czwartek, 13 września 2018

Tuman Tumański.

...czyli ''antypolskie gówno'' - ostrzegam hardkor ale sądzę iż należy się zaznajomić choć szczerze mówiąc sam pod koniec wymiękłem, nie dałem rady lecz mamy tu podaną w stanie klinicznym pewną patologię trawiącą nasze życie społeczne i umysłowe, nie należy się łudzić co do części naszych ''rodaków'' a mieć odwagę stawić czoła faktom z jakim pretensjonalnym ścierwem musimy się męczyć, i tu nie idzie tyle o odmienne poglądy co formę w jakiej są okazywane i do jakiego zdziczenia one prowadzą [ nie wklejam całości dając, póki jeszcze można, odsyłacz bo nie zamierzam zapaskudzać sobie tym bloga ] :

https://www.youtube.com/watch?v=TU2YmWSHdmU

- i co jam mam z taką kanalią wspólnego, cóż z tego iż jesteśmy tej samej rasy a nawet niby jednej narodowości i mówimy tym samym językiem skoro nijak się nie dogadamy, już prędzej znalazłbym porozumienie z konserwatywnym Murzynem jak kard. Sarah czy nawet muslimem niż takim białym gównem. Pojmujesz chyba czytelniku, że musiałem im pocisnąć na pełnej kurwie w komentarzu, tym bardziej, że nie krępuje mnie żadna ''miłość bliźniego'', oto więc i on :

''Ja pierdolę, nie wierzę własnym oczom - ordynarne, gówniarskie podśmiechujki starych capów tuż pod obrazem ofiary Auschwitz, prawdziwego bohatera jakim był o. Kolbe - cienkie to jak wargi sromowe Oliwii Njuton Dżon i spierdolone niczym łeb Tymańskiego. Abyśmy się dobrze zrozumieli : jestem zdeklarowanym agnostykiem, i właśnie dlatego z czystym sumieniem, którego nie mam życzę obu skurwysynom aby zdechli na raka jąder z przerzutami do odbytu topiąc się we własnym łajnie. Doprawdy, jakim chujem złamanym trzeba być aby coś takiego odpierdalać, mogę jeszcze w ostateczności zrozumieć gówniażerię ale dziadów, którym z dupy zaczyna już wystawać wieko od trumny ? Mam przykrą wiadomość dla tego cwela Betlejewskiego, pierwsze zresztą słyszę o typie : nadal kurwa jesteś idiotą, i nie rokujesz beznadziejny przypadku, żywy dowodzie na nieprawdziwość teorii ''doboru naturalnego'' Darwina, najlepiej więc zrób przysługę ludzkości i uwolnij nas od swojej męczącej obecności zjebie [ niestety muszę przyznać, że aborcja eugeniczna może przynajmniej w niektórych specyficznych przypadkach mieć sens, tego typu spierdolin jak ci powyżej na pewno ]. Bełkotu Tymańskiego nie da się spokojnie słuchać, wymiękłem pod koniec : ''przyszedłem wyzwolić was od Polski'' - a kim ty kurwa jesteś, arogancki chuju ?! Kolejny pseudobuddysta pokroju Kiniora, który zamiast dążyć do wyzwolenia od swojego ''ja'' trzyma dystans do wszystkich innych ego poza własnym wynosząc się ponad tamte, pierdolony narcyz, dupek. Prorok się znalazł, kacapski mesjasz, fuhrer mentalny - jakim prawem będziesz decydował za mnie wyzwalając na siłę od polskości czy czegokolwiek ? I co ci każe mniemać, że masz w ogóle cokolwiek interesującego do przekazania ? Tumanie skończony, przeciętny katolik dzięki istnieniu instytucjonalnego kościoła dysponuje takim zasobem swobody o której protestant może tylko marzyć, o muzułmaninie czy ortodoksyjnym żydzie już nie wspominając, bo wskutek istnienia hierarchii i ścisłego podziału kompetencji łatwiej zidentyfikować zło, tymczasem WŁADZA NIEFORMALNA WŁAŚNIE DLATEGO JEST NICZYM NIEOGRANICZONA, żadnymi krępującymi ją strukturami, prawami etc., dlatego jeśli już współczesnemu KK prędzej można zarzucić, że przypomina rozsypujący się, miotany falami statek bez sternika, gdyż cierpi na kryzys przywództwa i wynikający stąd paraliż decyzyjny, przerost biurokracji i demokratyzmu bo tam, gdzie kucharek sześć... Poza tym wolę kult mający jakie takie choćby pozory racjonalności w postaci tak potępianej scholastyki, która była próbą dostosowania dziedzictwa grecko-rzymskiego do chrześcijaństwa i jego ocalenia w ten sposób, niż słodkie panteistycznie pierdolenie serwowane przez obu panów-chamów bo kończy się to natchnionymi pojebami w typie Krzysia Pieczyńskiego, szamanerką, sabatami wiedźm i carami Wielkiej Lechii, jednym słowem ordynarnym zabobonem. Jeśli ktoś nadal wątpi w to jak wielkim dobrodziejstwem było zwycięstwo kontrreformacji w Rzeczpospolitej i ocalenie w niej instytucjonalnego kościoła niech obaczy pastora Chujeckiego, dzięki temu u nas to margines a w USA podobne apokaliptyczne kanalie modlące się o wojnę nuklearną, bo to rzekomo ma przybliżyć nadejście mesjasza, zbierają całe stadiony ! Co do samej świątyni trudno właściwie nazywać ją kościołem bo bardziej przypomina zmodernizowaną wersję gigantycznej loży masońskiej, która miała stanąć tam jeszcze za ''króla-brata'' co udaremniły rozbiory, więc powinna raczej nosić miano ''Opaczności'' a za ''betonowy silos'' należy mieć pretensję do farmazonów pokroju Cegielskiego, którzy regularnie tam pielgrzymują. Opychaniu ludziom nowego totalitaryzmu w oprawie ''wyzwolenia'' służy duraczenie ''demokracją'', ''prawami człowieka'', ''Bogiem w sercu'' itp. bzdetami a wy podstarzałe durnie bierzecie w tym procederze udział,  na własną zgubę zresztą czego wam serdecznie życzę. Chuj z tym nieudacznikiem Rafałem Pedalskim czy jak mu tam ale Tymański to jednak przykre rozczarowanie, mimo wszystko miałem doń sentyment i poważanie za ''Miłość'' i jeszcze parę innych projektów muzycznych a tu taka kaszana, żenada normalnie, dno i kilka warstw mułu niczym okładka ''Fucktu'' po śmierci syna Millera - chociaż powtarzam jestem zdeklarowanym niedowiarkiem patrząc na takowe skurwysyństwo zaczynam tęsknić za trybunałem inkwizycyjnym, obu gnojom zdecydowanie przydałaby się ''kuracja ogniowa'' a przynajmniej ośla czapka, oj tak. Użyźnijcie więc glebę albo nakarmcie sobą ryby jak tego pragniecie i to jak najprędzej, bo tego waszego pierdolenia kocopołów nie sposób wytrzymać. A póki co radzę Tymańskiemu by robił to co mu wychodzi najlepiej tzn. grał, komponował itd. - i nie odzywał się przy tym ani słowem dla własnego i reszty ludzkości dobra, morda w kubeł bucu, paniał ?!''

Do powyższego mogę jedynie dodać, że z tego typu postludzkimi formami istnienia, a jest tu takowych pełno i to z tendencją wzrostową, Polskę czeka raczej mocno niewesoła przyszłość - ale o tym inną razą.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Kielce to brzmi dumnie.

...przynajmniej czasem, nie tylko sowieckie pogromy mają miejsce w tym Ubekowie, ale bywa wydarzenia przy których wizyta Ginsberga przejazdem to śmiem twierdzić mały chu. Sięgamy do archiwalnego numeru lokalnej gadzinówki ''Echo Dna'' z poniedziałku 27 kwietnia 1981 roku pamiętnego, pomijamy wypierdzielony na dwie pierwsze strony sążnisty artykuł o wyborze towrzysza Jaskierni na przewodniczącego komunojugend i od razu skaczemy na przedostatnią 7-mą stronę, gdzie tuż przed wiadomościami sportowymi wśród informacji o ''zmianach w systemie sprzedaży mięsa i wędlin'', rozważań czy aby ''kurczak będzie na kartki ?'', wreszcie szalenie ważnej kwestii jacy laureaci zakładowego konkursu w Radomiu pojadą decyzją jury na festiwal pieśni radzieckiej w Zielonej Górze [ bynajmniej Kayah, to jeszcze nie ten czas ], wciśnięto w prawy dolny róg takie oto lakoniczne nader powiadomienie w niepozornej rubryce ''Komunikaty ''Solidarności'' :

''W ubiegły piątek i sobotę gościliśmy trzech przedstawicieli największej amerykańskiej centrali związkowej A.F.L.C.I.O. Panowie Bayard Rustin, Charles Bloomstein i Adrian Karatnycky przyjechali do Polski na zaproszenie naszej organizacji regionalnej, przesłane jeszcze w grudniu ub.r. Głównym punktem wizyty - poza rozmowami w Zarządzie Regionu - było spotkanie z przewodniczącymi komisji zakładowych w Polmo-SHL". Całe spotkanie było nagrywane i niebawem pełny jego zapis wydrukujemy w specjalnym wydawnictwie. Trudno w kilku zdaniach oddać wiernie atmosferę tego niecodziennego zdarzenia; było bardzo spontaniczne - p. Rustin zaśpiewał nawet song jaki od trzystu lat śpiewali w Stanach jego czarni przodkowie, były improwizowane przemówienia i wiele, wiele pytań i odpowiedzi z obu stron. Goście mówili dużo o olbrzymim zainteresowaniu na Zachodzie naszym ruchem, o swoim zaskoczeniu, że w Polsce jest tak spokojnie mimo całego dramatyzmu sytuacji, że "Solidarność" otwiera przed związkami zachodnimi nowe perspektywy działania, zdobywa dla wszystkich ludzi pracy na całym świecie nowe doświadczenia, budząc wszędzie podziw dla naszej walki. Było to serdeczne i podniosłe spotkanie.''

http://sbc.wbp.kielce.pl/Content/39860/Echo_Dnia_1981_nr_81ocr.pdf

Bardziej szczegółowo okoliczności tego zaiste niezwykłego wydarzenia omówiono w monumentalnej, godnej polecenia pracy Pawła Zyzaka pt. ''Efekt domina'' traktującej o wsparciu antykomunistycznych amerykańskich związkowców dla ''Solidarności'' :

''W maju 1981 r. do Polski wyprawiła się delegacja A. Philip Randolph Educational Fund [ Fundusz Edukacyjny im. A. Philipa Randolpha ]. Wyprawa miała pomóc AFL-CIO w rozeznaniu sytuacji w Polsce. W delegacji znalazł się czarnoskóry bojownik o prawa obywatelskie Bayard Rustin, któremu towarzyszyli sekretarz Charles Bloomstein oraz Research Director [ dyr. działu badawczego ] Adrian Karatnycky. Największe zainteresowanie wzbudzała sylwetka Rustina, postaci już wówczas historycznej. Amerykanie skorzystali z zaproszenia Mirosława Domińczyka, szefa MKZ Regionu Świętokrzyskiego. Jak widać wystosowała je do AFL-CIO lokalna placówka ''Solidarności'', nie zaś krajowa centrala. Wynikało to ze splotu wydarzeń i zbiegów okoliczności, lecz przeważyło wymykające się przyjętym konwencjom postępowanie Domińczyka. Szef kieleckiej ''Solidarności'' nie miał kompleksów ani względem władz PRL, ani tym bardziej wobec przywództwa ''Solidarności''. O tym, że to akurat Domińczyk wystosował zaproszenie do AFL-CIO zadecydowała wewnątrzzwiązkowa rywalizacja, ale bynajmniej nie o względy amerykańskiej centrali. Więcej o kulisach tej wewnątrzzwiązkowej gry mówi sam Domińczyk :

''Gdańsk łapał maszyny.'' - wspomina - ''Mieli swoje kontakty. Warszawa, Bujak i Kuroń mieli francuskie związki. Kielce się nie liczyły. [...] Ale oni [ Warszawa, Gdańsk - P.Z. ] mieli związki francuskie, szwedzkie, włoskie. Wszystkie socjalistyczne. My nie mieliśmy takich kontaktów. Dowiedziałem się, że związki amerykańskie bardzo chcą wspierać ''Solidarność'' i są do wzięcia. Zrobiłem zebranie i zapytałem czy ktoś ma kogoś w AFL-CIO. Zgłosił się do nas Stanisław Żak, późniejszy senator. On miał kontakt z [ Waldemarem ] Włodarczykiem, działaczem związkowym z Chicago [ i członkiem grupy ''POMOST'' - P.Z. ]. Przez tego Włodarczyka nawiązaliśmy kontakt z AFL-CIO. Nastąpiła wymiana listów i w końcu poszło nasze zaproszenie. Przyjechali do Kielc : Bayard Rustin, asystent Rustina i Adrian Karatnycky, który znał język polski ale i rosyjski [ myślał, że my wszyscy mówimy też po rosyjsku ]. Najpierw więc przyjechali do Kielc. W Kielcach podpisaliśmy umowę, że jako Region Świętokrzyski współpracujemy z AFL-CIO. Byłem demokratą, więc myślę sobie : niech Warszawa skorzysta, bo to duży region [ -:))) ].''

Ale zanim Amerykanie pojechali do stolicy Rustin zabawił jeszcze przez jakiś czas w Kielcach. Wystąpił z prelekcją w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Wykład przyciągnął rzeszę młodych ludzi. Rustin wyjaśniał studentom paralele między tym co się dzieje aktualnie w Polsce a walką amerykańskich Murzynów o równouprawnienie. Studenci wypytywali go o Martina Luthera Kinga z którym gość się przyjaźnił. Dowiedzieli się odeń także, że 24-krotnie siedział w więzieniu. [...] Rozmowa musiała zejść na współczesne problemy Amerykanów, na ''konik'' reżimowej propagandy czyli kwestie bezrobocia oraz inne problemy natury ekonomicznej. Młodzi Polacy - przyznał potem w rozmowach z Ireną Lasotą Rustin - byli znakomicie poinformowani o wszystkim co się działo aktualnie na świecie. Wyjawili mu skąd to wiedzieli - z RWE oraz Voice of America. [...] Rustin spotkał się także z przedstawicielami ''Solidarności'' rolniczej. Był ''wstrząśnięty wysoką świadomością'' polskich chłopów. Nie omieszkał zaznaczyć, że wszędzie gdzie się pojawił traktowano go po ''królewsku''. Uwagę gości z USA przykuła - jak podaje raport, który po sobie zostawili - determinacja, brak strachu i cicha pewność siebie polskich związkowców. Otwarcie krytykowali oni system komunistyczny oraz ZSRR. Grupa Rustina próbowała zgłębić fenomen polskiego buntu. Wyliczyli cztery, zgodne ich zdaniem z polską tradycją, wyznane przez związkowców zasady : chrześcijaństwo, demokrację, socjalizm, egalitaryzm. Działacze ''Solidarności'' również zrobili na nich pozytywne wrażenie. Okazali głód informacji o strukturze i sposobie funkcjonowania AFL-CIO. Interesowały ich różne formy strajków i inne formy wywierania nacisku na władzę. Źródłem nieprzekłamanych informacji dla polskiego społeczeństwa - wnioskowali Amerykanie - jest Radio Wolna Europa, które pozwoliło fali strajkowej w sierpniu i wrześniu 1980 r. rozlać się na cały kraj. Stało się to niejako wbrew intencjom właściciela RWE. Jak wiemy, ówczesne władze USA starały się raczej zatamować z pomocą rozgłośni strajkowy pożar... W raporcie znalazło się wiele ciekawych spostrzeżeń. Wizyta papieża w 1979 r. podniosła poczucie dumy i osłabiła poczucie izolacji. [...] Autorzy raportu podkreślili, że ''nie odnotowali uczuć antysemickich w szeregach związku'' a przyjazny stosunek do Rustina był dowodem braku jakichkolwiek uprzedzeń rasowych. Amerykanie skonfrontowali własne obserwacje ze stale podnoszonymi przez propagandę sowiecką i lewicową, jak też część środowisk liberalnych i żydowskich w USA sugestiami, jakoby Polacy cierpieli na przypadłość ''antysemityzmu'' [ tak w oryg. - przyp. mój ]. ''Karnawał ''Solidarności" generalnie stworzył Polakom okazję do przezwyciężenia tego, utkanego między innymi przez sowiecką propagandę, stereotypu. [...] Do Gdańska delegację zawiózł Mirosław Domińczyk. Jak wspomina po latach, Wałęsa i jego współpracownicy, głównie ''doradcy'' [ z Geremkiem i Mazowieckim na czele - przyp. mój ], słysząc hasło współpracy z Amerykanami zareagowali alergicznie. [...] Pierwszorzędne znaczenie, podobnie jak w dyplomacji, miały kontakty bilateralne. W tym wypadku jednak otoczenie Wałęsy konsekwentnie stawiało na dystans, kierując przywództwo AFL-CIO do... kieleckiego regionu Domińczyka. Mirosław Domińczyk nie miał nic przeciwko. [...] Nie żałował, że ma być pośrednikiem, ale czy AFL-CIO chciała być dalekim kuzynem, którego należy się wstydzić ? W każdym razie podtrzymała swe relacje z Regionem Świętokrzyskim.

''Sprawa stanęła na Krajowej Komisji Porozumiewawczej - wspomina Domińczyk - Uchwalono, że skoro mam już nawiązane kontakty z AFL-CIO będę odpowiadał za nie w imieniu całej ''Solidarności''. Potem Amerykanie przyjechali jeszcze trzy albo cztery razy. [...] Nie przyjeżdżali jako AFL-CIO, więc wysyłali organizacje np. walczące o prawa Murzynów.'' [ - poniekąd słusznie, bo polscy robole, szczególnie ci z kieleckiego, byli i są ''białymi czarnuchami'', tak są traktowani - przyp. mój ] 

[...] Mirosław Domińczyk próbuje jednak zrozumieć wewnątrzzwiązkowy opór, który napotkał w ''Solidarności''. Utrzymywał swe kontakty z AFL-CIO, ale wbrew silnym trendom panującym na szczytach polskiego związku. Opór ten, jak twierdzi, narastał. Krótko po wspomnianej uchwale KKP dotyczącej współpracy z amerykańską centralą związkową, Wałęsa został wezwany do MSZ.

''Wziął mnie Wałęsa ze sobą na ten ''dywanik'' do ministerstwa'' - wspomina Domińczyk - ''Józef Wiejacz, pracownik MSZ, pytał dlaczego ''Solidarność'' współpracuje z takim strasznym związkiem jak AFL-CIO. Wałęsa się wyparł. Powiedział, że ja nawiązałem kontakty i ja odpowiadam za tę uchwałę.
''Jak to towarzyszu - powiedział do mnie minister - przecież oni z CIA współpracują ? To są nasi wrogowie.''
''Sam pan sobie odpowiedział, dlaczego współpracujemy. Skoro to są wasi wrogowie, to nasi przyjaciele. I tyle.''

Wałęsa na te słowa ponoć osłupiał. Nie wystąpił jednak otwarcie przeciw Domińczykowi, tym bardziej, że przed chwilą zrzucił na niego odpowiedzialność za współpracę z amerykańskimi związkowcami.''

[ wybór cytatów ze stron 295-302 t. I ]

- nie dziwota więc, że na jednej z podkieleckich wsi, uroczej skądinąd, gdzie obecnie pomieszkuje Domińczyk mieszkańcy nazywają go ''Mirek Amerykaniec'':)))

W uzupełnieniu informacji sięgnijmy jeszcze do niemal równie sążnistej pracy historyka Patryka Pleskota ''Za naszą i waszą Solidarność. Inicjatywy solidarnościowe z udziałem Polonii podejmowane na świecie (1980–1989)'' t. 2 :

''Trudno rozstrzygnąć, czyja pomoc i zaangażowanie były ważniejsze, czy ta dla samego ruchu „Solidarność”, czy ta dla wzmocnienia widoczności w USA działań podejmowanych przez środowiska polonijne. Zdaniem autora o sukcesie niektórych przedsięwzięć, w szczególności protestów i manifestacji oraz zbiórek pieniędzy, zadecydowała przede wszystkim pomoc amerykańskich związkowców. Ruch „Solidarność” cieszył się poparciem wielu przywódców AFL-CIO, wśród których kluczową rolę odegrali m.in.: Lane Kirkland, Tom Kahn, Tom Donahue, Albert Shanker. Wszyscy oni nie tylko przemawiali podczas wieców czy innych solidarnościowych manifestacji (których najczęściej byli zresztą współorganizatorami), lecz także dbali o to, by nadać akcjom pomocy dla „Solidarności” odpowiednie ramy organizacyjne i instytucjonalne. 4 września 1980 r. jednomyślną decyzją kierownictwa AFL-CIO powołano do życia Polish Workers Aid Fund (Fundusz Pomocy dla Polskich Robotników, PWAF) o kapitale wyjściowym 25 tys. dolarów. O powstaniu tego typu funduszu marzył już w 1970 r. (po tragedii grudniowej) redaktor Jerzy Giedroyć. Na początku 1981 r. na koncie funduszu było już ponad 160 tys. dolarów. Środki te pochodziły z wpłat dokonanych przez poszczególne organizacje związkowe, ze zbiórek oraz ze sprzedaży koszulek i innych solidarnościowych gadżetów. W tym samym okresie pomoc materialna ze strony zachodnioeuropejskich związkowców była zdecydowanie mniejsza. W przekazywanie pieniędzy dla „Solidarności” od samego początku zaangażował się A. Philip Randolph Institute, którego przedstawiciel rozmawiał w połowie września 1980 r. z Lechem Wałęsą i Jackiem Kuroniem. Kierujący Instytutem Bayard Rustin odwiedził Polskę po raz pierwszy jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych. Kolejny raz przyleciał do Polski wiosną 1981 r., kiedy podczas dziesięciodniowej wizyty rozmawiał z wieloma osobami, w tym także z Lechem Wałęsą. Zaplanowana początkowo na 15 minut rozmowa przeciągnęła się na kolejną godzinę podczas wspólnego obiadu. Po 13 grudnia 1981 r. charyzmatyczny, czarnoskóry Bayard Rustin (kiedyś prawa ręka Martina Luthera Kinga) wielokrotnie przemawiał na prosolidarnościowych manifestacjach w miastach na Wschodnim Wybrzeżu. Po ogłoszeniu stanu wojennego, 21 grudnia 1981 r., przy sekretariacie AFL-CIO po-wołano „Grupę Roboczą ds. Polski” (Task Force Poland), w której skład weszli nie tylko związkowcy, ale również: Jan Nowak-Jeziorański, Zdzisław Dziekoński, przedstawiciele działających w Waszyngtonie organizacji Poland Watch i Towarzystwa Przyjaciół „Solidarności”. Całością prac kierował wspomniany Tom Kahn.''

[ str. 159-60 ]

- aby nie było tak słodko przytoczmy informacje zawarte parę stron dalej :

''Z czasem wsparcie ze strony AFL-CIO stało się mniej widoczne. Do naturalnego procesu zmęczenia i „zużycia materiału” dochodził także problem natury politycznej i ideologicznej. Amerykańskie związki zawodowe w naturalny sposób walczyły z (często anty-związkową) polityką prowadzoną przez administrację Ronalda Reagana. Tymczasem dla wielu działaczy polonijnych, ale przede wszystkim dla wielu działaczy „Solidarności”,którzy po 13 grudnia 1981 r. przyjechali do USA jako „polityczni uchodźcy”, prezydent USA był symbolem zdecydowanej antykomunistycznej postawy. Na tym tle zaczęło dochodzić coraz częściej do nieporozumień. Ich wymownym przykładem był incydent podczas manifestacji związkowej z okazji Labour Day (Dnia Pracy) 3 maja 1984 r. w Nowym Jorku: „Brian McLauglin z Federacji Związków Zawodowych w Nowym Jorku, który przyjął zgłoszenie Polaków do udziału w defiladzie, zapewnił ich, że treść transparentów nie będzie cenzurowana. W istocie nie była. Ale stało się o wiele gorzej, niż gdyby była. Polacy biorący udział w pochodzie w koszulkach z napisem »Solidarność«, niosący transparent wyrażający wdzięczność nie tylko związkom zawodowym Stanów ale również i prezydentowi Reaganowi, zostali zaatakowani przez tzw. milicję porządkową AFL-CIO. Transparent został zniszczony, a kilku polskich uczestników pochodu zostało tak pobitych, że wymagali pomocy ambulatoryjnej''. Podobny incydent powtórzył się dwa lata później, podczas manifestacji 1 maja 1986 r.: „byli internowani, członkowie »Solidarności« włączyli się do parady. […] Przygotowane przez nich plansze, tworzące napis »Dziękujemy Ronaldowi Reaganowi i AFL-CIO za ich pomoc dla »Solidarności« i narodu polskiego«,zostały im odebrane siłą przez amerykańskch działaczy związkowych. Znów doszło do rękoczynów”. Pomimo tych nieporozumień centrala AFL-CIO (za pośrednictwem AFL--CIO Free Trade Union Institute) nadal pośredniczyła w przekazywaniu przyznawanych co roku przez NED dotacji dla Biura Koordynacyjnego NSZZ „Solidarność” za Granicą w Brukseli (300 tys. dolarów w 1984 r., 540 tys. – w 1985 r., 304 tys. – w 1986 r., 412 tys. – w 1987 r.,375 tys. – w 1988 r.), a także w wielu innych działaniach na rzecz ruchu „Solidarność”.''

[ str. 162-3 ]

http://www.academia.edu/36920918/29._P._Pleskot_red._Za_nasz%C4%85_i_wasz%C4%85_Solidarno%C5%9B%C4%87._Inicjatywy_solidarno%C5%9Bciowe_z_udzia%C5%82em_Polonii_podejmowane_na_%C5%9Bwiecie_1980_1989_t._2_Pa%C5%84stwa_europejskie_Warszawa_2018_ss._784

''Kolorytem'' całej sprawy jest, iż wspomniany Rustin i Tom Kahn byli homoseksualistami tworząc przez pewien czas nawet parę... A więc tak : z inicjatywy działaczy lokalnej ''S'' z Mirosławem Domińczykiem na czele zupełnie niezależnie od wałęsowo-geremkowo-kuroniowej ''centrali'' zjeżdża zza oceanu do Kielc i zapyziałej komuny dwóch żydowskich związkowców i czarny bojownik o równouprawnienie ''Afroamerykanów'' a nie dość, że Murzyn to jeszcze pedał przy tym, wygłasza on żarliwą mowę ubarwioną wykonaniem ''negro spirituals'' na miejscowej ubeckiej de facto uczelni dla nastawionych antysowiecko słuchaczy i wszędzie jest wraz z resztą delegacji serdecznie przez nich goszczony - czyż to nie piękne ? Endokomuna zapewne znajdzie w tym potwierdzenie swoich mokrych fantazji na temat genezy ''Solidarności'' w żydo-trockistowskiej i homoseksualnej międzynarodówce, z kolei dla lewaków jest to bardzo kłopotliwy raczej kamień do zgryzienia - jakże to tak, lewicowi geje przeciw komunie, jeden w dodatku ''afroafrykanin'' z otoczenia samego Kinga, wspierający pogardzanych białych roboli, polskich wąsatych dżanusów ? Niemożebne - a jednak, i satysfakcji z całego obrotu spraw nie psuje mi nawet fakt, iż pośrednik dzięki któremu nawiązano z Kielc kontakt z centralą związkową w USA czyli Stanisław Żak był kapusiem miejscowej komendy MO oraz SB o ksywie ''Piotr'' [ cytuję za Zyzakiem ] a więc cała rzecz przebiegała pod kontrolą wiadomych służb, bo też i w ówczesnej rzeczywistości ustrojowej raczej nie mogło być inaczej. Niemniej i tak bomba jak dla mnie bowiem rozpierdala schematy w obie strony, zadaje kłam rzekomemu monopolowi lewactwa na reprezentowanie tak praw robotników jak i wszelkich ''uciskanych mniejszości'', tu z murzyńską i homoseksualną włącznie, z kolei dostaje się też kurwinowej kucerii głoszącej bezmyślnie za Dżanusem jakoby związki zawodowe i walka o godne warunki pracy oznaczały z automatu ''socjalizm'' i prokomunistyczne ciągoty - taki ch... pani Jolu. Owszem, to właśnie wielki biznes amerykański i finansjera z Wall Street umoczona w kredytowanie komunistycznych reżimów, a nawet wielu przedstawicieli tamtejszej klasy średniej i small businessu kręcących z czerwonymi interesiki było z tej racji bardziej skłonnych zajmować koncyliacyjną, ''odprężeniową'' postawę w toczącej się wówczas ''zimnej wojnie'' niż nieprzejednanie antysowiecka od początku większość amerykańskich związkowców, choć i w tamtejszym ruchu robotniczym mieliśmy rzecz jasna do czynienia z komunistyczną infiltracją, tyle że problem ten równie o ile nie większym stopniu dotyczył także stricte wolnorynkowych liberałów i prawicy, stąd żadną miarą nie należy utożsamiać walki o poprawę warunków pracy z filosowietyzmem, wręcz agenturalnością na rzecz ZSRR czy maoistowskich Chin - dowodem najpotężniejsza wtedy centrala związkowa w USA, wspomniana AFL-CIO czy nasza ''Solidarność'' [ po szczegóły odsyłam do monumentalnej jako się rzekło książki ''Efekt domina'' Zyzaka, któremu wprawdzie ostatnio przytrafia się wygadywać niemożebne farmazony na temat rzekomej ''ruskiej agenturalności'' Trumpa - być może niebagatelny wpływ na kolportowanie przezeń bzdetów sfrustrowanych neokoszerwatystów ma fakt, iż jego małżonka ma na imię Estera:))) - niemniej należy mu się szacunek za ogrom pracy jaki wykonał przy kompilacji materiału, żmudnej kwerendy niezbędnej dla rzetelności badań na których oparł swe ustalenia, dlatego warto przebrnąć przez oba tomiszcza ]. I jeszcze ten obsrany Wałęsa oraz popłoch jego ówczesnych dworaków z Geremkiem na czele przerażonych niezależną inicjatywą kieleckich ''solidarnościowców'', którzy pokazali im wała nawiązując samodzielnie kontakty z wrażymi imperialistami zza oceanu - wyborne ! A jeśli przyjmiemy nawet, że operacja ta nie tylko była kontrolowana przez komunistyczną bezpiekę co wręcz stanowiła jej inicjatywę znaczy jedynie, że ubecki grajdół jakim jawią się Kielce, robiący obecnie wraz z całym regionem Świętokrzyskiego za rezerwuar białych Murzynów na budowy Krakowa i połowy Europy, odgrywa o wiele ważniejszą rolę na nieformalnej mapie kraju niż by się na pierwszy rzut oka zdawało...

Przy czym mój entuzjazm nie jest podyktowany specjalną admiracją dla ''walki o prawa pracownicze'' a uznaniem dla samej strategii zwalczania podobnego podobnym - nie było lepszego sposobu ugodzenia w samo serce i obnażenia hipokryzji reżimów roszczących sobie pretensje do sprawowania ''dyktatury proletariatu'' niż wykorzystanie mającego realne podstawy buntu robotników wobec swych komunistycznych nadzorców i wyzyskiwaczy. Podobnie dziś, gdy o ironio środki rzekomej ''emancypacji'' okazują się narzędziami realnej ''reakcji'' - ''tęczowi'' geje homofaszystami, ''wyzwolone'' kobiety mniej lub bardziej dobrowolnymi niewolnicami [ kapitału, mężczyzn, innych kobiet ] a ubóstwiany Inny, którego rzecznikiem samowolnie mianowała się lewica rasistą, seksistą, ''homofobem'', fanatykiem religijnym etc. z czego trafne wnioski wyciągnęła tzw. ''alt-prawica'', ale o tym może inną razą.

sobota, 21 lipca 2018

Nekropersona czyli człowiek-kompost.

Jeśli ostatnie wpisy mogły wydać się nazbyt ''ezoteryczne'', hermetyczne w swej tematyce i podejmowanych zagadnieniach, dziś dla równowagi zstąpimy wgłąb materii, istne anus mundi... Zanim jednak przystąpimy do penetracji od-bytu Natury parę słów wyjaśnienia by uniknąć nieporozumień : nie należy mylić sprzeciwu wobec globalizmu z służącymi mu za pretekst do narzucenia hegemonii kwestiami, którymi cynicznie posługują się jego aktywiści np. nie ma niczego złego we właściwie pojętej ochronie środowiska, przechadzka po okolicznych lasach i widok walających się tam ''dzikich'' wysypisk, opon, butelek i wszelakiego śmiecia w rzekach i strumieniach etc. wystarczy by przekonać się, że rodakom przydałaby się solidna edukacja a jak trzeba i srogie kary, żeby wreszcie przestali robić wokół siebie syf sr...ąc de facto na swoją głowę. To samo tyczy obecnego renesansu ''ludowizny'', która dzięki zasadzie ''myśl globalnie - działaj lokalnie'' przestała być obciachem a stała się wręcz modna wśród stołecznej hipsterki zjeżdżającej na potańcówki u nas do Sędka czy urządzającej je u siebie, terminującej u ostatnich mistrzów gry na harmonii czy wiejskich skrzypcach odkrywając zarazem dizajnerski potencjał pasiaków łowickich itp. Wszystko fajne pięknie i naprawdę bardzo mnie to cieszy, problem w tym, że ktoś tu nam przy okazji próbuje ożenić kilo szitu czego przykładem choćby skłamany od początku do końca zespół R.U.T.A. zjeba Szajkowskiego rzekomo bazujący na ''autentycznych nieznanych tekstach przyśpiewek'' a w rzeczywistości stalinowskim agitpropie Przybosia i radzieckich politruków z lat 50-ych jak ujawnił to Jacek Podsiadło, ich były ''kierownik literacki'', który pożarł się o coś z nimi, pewnie o ''pryncypia'' czyli kasę jak to zwykle u komuchów bywa [ feministyczną mutacją tej a-kulturowej patologii są takie projekty jak ''Pochwalone'' czy ''Same Suki'', adekwatna nazwa skądinąd ]. Podobnie z niejedzeniem mięsa, weganami, frutarianami etc. co wcale nie musi zaraz oznaczać, choć może niestety całkiem już oszalałego z nienawiści obrońcę zwierzątek, prawdziwego eko-terrorystę gotowego zaszczuwać rzeźników publikując ich zdjęcia wraz z danymi na stronach w necie czy rozlepiając szkalujące plakaty w miejscu zamieszkania a w końcu atakować fizycznie, członków rodzin włącznie z dziećmi nie oszczędzając tak jak miało to miejsce choćby we Francji.

No, tośmy se wytłumaczyli co i jak można więc przejść do zasadniczego tematu niniejszego posta to jest zreferowania konceptów kolejnej po przywoływanym tu Heńku Skolimowskim rodzimej ''ekozofki'' p. Ewy Domańskiej w ramach głoszonej przez badacz-kę ''post-humanistycznej eko-nekrofilii''... Zasadnicze jej tezy zostały wyłożone w pracy pt. ''Nekros. Wprowadzenie do ontologii martwego ciała'' wydanej w tym roku przez PWN, więc nie byle jaką instytucję, to jakby kto zastanawiał się z jakiej dooopy wyciągnąłem podobne bzdury, czytelnik drapiący się w głowę podczas lektury czy aby już do reszty mi nie odjebało i przeginam totalnie robiąc sobie ordynarne jaja ze śmierci będzie mógł przekonać się, że bynajmniej niestety bo na dowód przytoczę na koniec linki do artykułów i pism autorki oraz entuzjastycznych niemal w tonie ich recenzji. Warto przy tym mieć na uwadze iż poszło na to prawie 130 000 PLN z grantu Narodowego Centrum Nauki za rządów PO-PSL, to wprawdzie nic przy milionach na brednie Środziny czy Engelking-Boni z tego samego źródła, ale mimo wszystko pożyteczniej byłoby już dać tę kasę byle żulowi na przepicie [ to też pod adresem klnących szpetnie na beneficjentów ''pińcset'' ]. W pełni podzielam opinię wyrażoną kiedyś przez jednego z blogerów na coryllusowej ''Szkole Nawigatorów'', że prawdziwi patostreamerzy działają nie przed kamerkami w swoim domu, ale na uczelnianych katedrach, mowa tu o kreaturach pokroju Janion : ''Biorcy jej patostreamu, wszyscy doktoranci i studenci, mają przeświadczenie, niczym właściwie już dzisiaj nie poparte, że oto stoją na ramionach olbrzyma, a prawda jest taka, że chyboczą się jedynie próbując złapać równowagę na głowie pigmejki'' - jak ulał pasuje to w tym kontekście co będzie do okazania. Błędem byłoby jednak typowo prawackie śmieszkowanie z durnych lewaczek bowiem baba jest nie byle kim, to stypendystka Fulbrighta w Berkeley obecnie wykładająca jako ''visiting professor'' na uniwersytecie Stanforda, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie przodującej min. w biotechnologii, stąd można traktować lansowaną przez panią badacz ''nekroutopię'' jako swoisty pas transmisyjny przeszczepiający na nasz grunt tzw. California Ideology - konglomerat technokratycznych wizji, cybernetyki i post- lub transhumanizmu ukonstytuowany na zachodnim, ''progresywnym'' wybrzeżu USA w latach 90-ych, dlatego warto przyjrzeć się co w globalnej trawie piszczy czy raczej przedagonalnie rzęzi. Znamienne zresztą iż w niedawnych prawyborach na gubernatora Kalifornii po raz pierwszy wystartował kandydat jawnie głoszący transhumanistyczny program polityczny, można się z tego śmiać ale biopolityka staje się chcemy tego czy nie kluczową bodaj kwestią naszych czasów na równi z tradycyjną rywalizacją o zasoby ludzkie, kapitałowe i surowcowe nadając jej nowy charakter i coraz częściej musimy mierzyć się z bezprecedensowymi w dziejach problemami jak makabrycznie brzmiące ''pośmiertne poczęcie'' tj. czy dziecko powstałe wskutek ''pozaustrojowego zapłodnienia'' z zamrożonej spermy ojca już po jego śmierci może dziedziczyć na równi z urodzonymi za życia potomkami a jeśli tak to na jakich zasadach [ w USA rzecz jest ustalana na poziomie stanów i zdecydowana większość z nich posiada już odpowiednie regulacje w tym względzie, zwykle dość liberalne ], pomijam status takowego nasienia i skoro jak mówią niektóre prawnicze analizy można je traktować jako ''współ-własność'' małżonków lub partnerów to czy rezerwując je tylko do zapłodnienia żony albo konkubentki nie ingerujemy zanadto w prawo dysponowania nią, sądzę że wielu ''wolnorynkowcom'' pożądanym rozwiązaniem wydałoby się powołanie swoistej ''giełdy spermy'' na której można by obracać ''materiałami pochodnymi'' od ludzkich samców traktowanych jako ''byki rozpłodowe'':) Groteskowy koncept, ale już nie takie bzdury doczekały się realizacji, skoro można handlować powietrzem spekulując ''limitami CO2'' a nawet wskutek porachunków prawdziwej mafii klimatycznej parę osób we Francji nie przeżyło spotkania z ''seryjnym samobójcą'', to w sumie why not ?

Żarty żartami przejdźmy jednak wreszcie po tym niezbędnym wstępie do sedna czyli programu konceptualnej ''eko-nekrofilii'' Domańskiej - otóż w obranej przez nią naturalistycznej optyce cmentarze i pomniki ''eksterminują'' krajobraz, są niedopuszczalną ludzką ingerencją weń i przejawem śmiesznych ''edypalnych'' pretensji do uwiecznienia jednostki daremnie próbując przerwać cykl ''swobodnych przepływów'', obieg pierwiastków w przyrodzie zapewniany przez gnicie, drugi po fotosyntezie z zasadniczych procesów odtwarzającej się tym sposobem natury. Dlatego postuluje ich likwidację lub przynajmniej zastąpienie tradycyjnych epitafiów suchymi informacjami o aktualnym stanie rozkładu zwłok zaś lastrykowych nagrobków i nieekologicznych trumien wykonanych z drewna biodegradowalnymi urnami zawierającymi sadzonki drzew coby drogi zmarły na co się przydał po śmierci służąc za kompost [ zresztą polscy rzemieślnicy już od dawna ponoć takowe robią z wikliny póki co eksportując je na Zachód, głównie do Wlk. Brytanii ale czekać tylko jak wraz z postępami sekularyzacji i upowszechnianiem się eko pierdolca, mody na weganizm itp. postaw również u nas stanie się to popularne ] - jednym słowem grozę śmierci powinna nam osładzać radosna dla każdego ekologicznego kołtuna perspektywa stania się pokarmem dla robali i nawozem. Nie może więc dziwić, że pani transhumanistka jest radykalną przeciwniczką dokończenia ekshumacji w Jedwabnem poświęcając cały rozdział omawianej pracy krytyce przedsięwzięcia jako ''patologii sprawiedliwości tranzytowej'' i przejawu ''polskiego cmentarnego patriotyzmu'' [ ''pols/kość'' jak określa go Domańska w językowej manierze poststrukturalistów ] bowiem wedle niej ''naruszyłoby to równowagę w przyrodzie'' zaburzając naturalny ''proces powstawania nekropersony'', serio kurwa. Konsekwentnie neguje też formy upamiętnienia ofiar ludobójstwa takie jak muzeum w Oświęcimiu, bynajmniej nie oburza jej bezczelne zawłaszczenie przez Żydów na wyłączność Zagłady i zbijanie na niej kapitału politycznego i finansowego, ale w ogóle kwestionuje samą potrzebę oddawania im w ten sposób czci bez względu na ich przynależność narodową, rasową, wyznaniową etc. jako rzekomo ''uprzedmiotawiającego'' trupa, w kontrze rozpatrując pozytywnie fakt rozproszenia szczątków pomordowanych w anonimowych mogiłach co pozwala dostrzegać ich obecność w rosnących tamże drzewach, kwiatach czy stojących na miejscu pochówku domach w myśl postulowanego przez nią ''nowego animizmu'', pan-witalistycznej wizji świata wszechobejmującej przyrody, gdzie każda śmierć jest tylko niezbędnym momentem w kontinuum życia.

Mógłbym długo jeszcze referować kocopoły ''ekolożki'', ale tego co tu przytoczyłem chyba aż nadto, wnioski zaś jakie stąd płyną są upiorne, iście otchłanne - stwarza to choćby, cóż z tego że wbrew intencjom autorki, podstawę dla zalegalizowania zoofilii czy nekrofilii bo za tabuizacją takowych ''aktywności seksualnych'' [ czyt. ohydnych zboczeń, póki co... ] stoi przecież antropocentryczny ''szowinizm gatunkowy'', mocne przeświadczenie o nienaruszalności granic między ludźmi a zwierzętami i szacunek dla zwłok tych pierwszych służy potwierdzeniu wyróżnionej pozycji w świecie natury, gdy więc w post-humanistycznej perspektywie podobne ostre rozgraniczenia zanikają zastępowane neutralnym statusem ''persony'' jaki równie dobrze może określać żywego człowieka co i trupa, zwierzę a nawet kamień to dlaczegóż by nie ? Skoro jak pisze Domańska ''podstawę humanistyki ekologicznej stanowi ontologia związków promująca zarówno ludzkie relacje międzykulturowe, jak i związki międzygatunkowe'' to czy można sobie wyobrazić dosadniejszą ich formę jak seks, w imię czego bronić wszelkim istotom spełnienia ? To samo jeśli idzie o kopulację z trupami czy kanibalizm - ''oszalały pracownik prosektorium'' podniecony ludzkim rozkładem, którego opiewała onegdaj kultowa formacja ''Necrophil'' nomen omen staje się figurą wyzwolonego z pęt szowinizmu gatunkowego post-człowieka, nie ma też powodu by nie wpierdolić póki jeszcze ciepły nieboszczyka skoro i tak ma użyźnić glebę, po co czekać aż mozolnie przejdzie w życiodajne soki roślin, lepiej od razu zabrać się do rzeczy. Idąc za tym całkiem realną staje się możliwość powołania burdelu ze zwłokami albo ludźmi w stanie śpiączki farmakologicznej - dr Willard Gayllin, jeden z pierwszych i czołowych amerykańskich ''bioetyków'', noszący to miano chyba na urągowisko, entuzjasta manipulacji genetycznych i transhumanizmu zajmujący się tymi zagadnieniami już od późnych lat 60-ych, mówi wprost z aprobatą o traktowaniu człowieka jako rezerwuaru organów, ''części zamiennych'' wedle jego określenia i surowca dla doświadczeń medycznych, w takowym ''użytkowym'' podejściu nie widać więc przeciwwskazań co do postępowania z nimi w równie nikczemny sposób. Na marginesie : ''przeszczep serca'' czy innego narządu jest podobnie jak ''operacyjna zmiana płci'' semantycznym oszustwem - człowiek to nie silnik z którego można dowolnie wyjąć jakąś część by wmontować go w innym, organizm zawsze odrzuca rzekomy ''przeszczep'' stąd niezbędnym jest przy tym podawanie specjalnych leków, które opóźniają jedynie nieuchronne, ''pobrane'' organy zaś muszą być ukrwione a więc serce ''dawcy'' bić, dlatego niby ''trupom'' jakim się je de facto wydziera serwowane są środki znieczulające, tak przynajmniej dzieje się w Niemczech bo już w Polsce, ''krainie pavulonu'', ponoć nie... Radzę więc zachować dystans wobec propagandy ''przeszczepowego'' nekrobiznesu jeśli nie chcesz drogi czytelniku, by krojono cię na żywca po tzw. ''śmierci mózgowej'' dla kasy i w imię chorej biotechnologicznej ideologii. Zawsze jednak można próbować samemu tak jak wspomniani przez Domańską w wykładzie jaki przytoczę na końcu przedstawiciele subkultury ''transableism'' dobrowolnie dokonujący amputacji zdrowych kończyn by zastąpić je bionicznymi protezami... choć ci akurat raczej chcą stać się cyborgami, ale tak czy siak mamy do czynienia z dążeniem do przekroczenia ludzkiej kondycji, ruchem transgresji ku maszynie, zwierzęciu, materii nieożywionej, w praktyce rozpuszczeniem się człowieka w kompoście [ już teraz działają firmy takie jak szwedzka a jakże ''Promessa Organic Burial'' oferująca przemianę ''drogiego zmarłego'' w ekologiczny nawóz, choć na szczęście w świetle prasowych doniesień przedsięwzięcie okazało się chyba zbyt ''progresywne'', w Norwegii zaś jak podaje w jednym z przypisów badaczka powszechną praktyką jest wpuszczanie wapna do grobów, nazywa się toto ''rehabilitacją cmentarzy'' ]. 

Najpoważniejszy zarzut wobec wizji ''eko-nekro'' Domańskiej stanowi, iż nie tylko nie sposób na jej gruncie rzetelnie potępić ludobójstwa ale wręcz wygląda ono w tym kontekście na pożyteczny fenomen użyźniając zwłokami pomordowanych glebę, wzmagając proces ''humifikacji'' na którego cześć pieje peany autorka i przyśpieszając cyrkulację pierwiastków w przyrodzie, dostarczywszy jej obficie życiodajny węgiel wskutek gnicia trupów stających się domem i pokarmem mnóstwa żyjątek, grzybów, bakterii oraz czerpiących z nich soki drzew i innych roślin porastających zbiorowe mogiły. Nie ma więc żadnej przesady w tym, by nadać tytuł ''wielkich ekologów'' i ''dobroczyńców natury'' Leninowi-Hitlerowi-Stalinowi-Mao czy Pol Potowi, szczególnie temu ostatniemu bowiem preferował ''przyjazne planecie'' metody eksterminacji zastępując trudno biodegradowalną kulę ołowiu ''czystym'' ciosem motyki w potylicę a zamiast produktów przemysłu typu trujący gaz stosując tradycyjne zaharowywanie na śmierć przy pracach polowych ponad siły, morzenie głodem itd., słynne ''pola śmierci'' zaś jawią się tu jako gigantyczne kompostowniki... Oczywiście Domańska żywi na tyle resztek przyzwoitości, a może zwyczajnej obawy przed naruszeniem politpoprawnych tabu by posunąć się do czegoś takiego, tyle że potępiając ludo- a nawet ''ekobójstwa'' posługuje się całkowicie nieuzasadnionymi dychotomiami na gruncie obranego przez nią holistycznego, pan-witalistycznego obrazu rzeczywistości, na tym zresztą polega zasadnicza aporia ekologizmu w ogóle, który traktuje ludzkość jako część przyrody o nie wyróżniającym się niczym istotnym statusie gatunkowym a zarazem posądza ją o ingerencję w świat natury - nie ma ''ingerencji'' od wewnątrz, no chyba że mowa o auto-agresji, ale nawet wówczas mielibyśmy do czynienia z naturalnym jak najbardziej procesem, więc w czym problem ? Tak czy siak w tej optyce działalność przemysłową człowieka na równi z popełnianymi przezeń masowymi zbrodniami należy rozpatrywać jako coś podobnego przemianom geologicznym wręcz, przedłużenie i intensyfikację co najwyżej przyrodniczych fenomenów, zwłaszcza sumujące te aktywności ''fabryki śmierci'' takie jak Kołyma czy Auschwitz. Domańska dla podkreślenia rzekomej dystynkcji jaka wg niej ma tu zachodzić odwołuje się do mieszczańskiej, infantylnej wizji natury jako przestrzeni współ-zależności i zgodnych działań wszelkiej żywiny ignorując potężną dozę przemocy jaką świat przyrody zawiera [ choć rzecz jasna nie można go doń redukować, ale i przeczyć temu jak to czyni ] - przecież pojawienie się zwłok w środowisku jest zwykle skutkiem agresji czy to innych zwierząt czy chorobotwórczych bakterii i wirusów, niektóre pasożyty potrafią jak dziś już wiemy nawet wpływać na zachowanie swoich żywicieli osłabiając ich instynkt samozachowawczy np. zarażone owce podchodzą do drapieżników, nie uciekają przed nimi co w rezultacie zapewnia wewnętrznym agresorom przejście do innego organizmu, sam trup także staje się przedmiotem zaciekłej rywalizacji padlinożerców, choćby niedźwiedzi z wilkami, tych z kolei z ptakami a ich wszystkich między sobą, wyrastające na ścierwie rośliny również w niczym im pod tym względem nie ustępują walcząc o dostęp do Słońca etc. etc. Dlaczego więc potępiać ludobójstwo, na jakiej to podstawie skoro tu jak i tam mamy do czynienia z analogicznymi procesami mordu i rozkładu zapewniającymi witalny obieg materii w przyrodzie a jego człowieczy sprawca nie dysponuje wyróżnioną pozycją w post-humanistycznej wizji świata, jest rzeczą jak ptak, ryba czy kamień podległym jednako prawom natury - tylko dlatego, że uzupełnione o ludzki komponent racjonalnej selekcji i kontroli oraz specyficzne dla homo sapiens perfidne formy okrucieństwa ? Żadne to kryterium, przecież tak czy siak wszystko jedno i to samo w myśl ''nowego animizmu'':) Skoro ekologiczną wrażliwość p. Domańskiej tak rażą ''eksterminujące krajobraz'' cmentarze i pomniki powinno przypaść jej do gustu rosyjskie podejście do miejsc zagłady, komunistycznej eksterminacji zwane przez mniej uświadomionych, nie tak otwartych i postępowych jak ona ''barbarzyństwem'' bo obywające się zwykle bez zbędnych ingerencji w świat przyrody za pomocą upamiętniających ofiary monumentów czy ''naruszających równowagę natury'' ekshumacji, pozwalające rozpadać się w syberyjskiej głuszy i zarastać ostatnim pozostałościom Gułagu a walającym się wszędzie szczątkom niepogrzebanych należycie przemieniać w życiodajny humus lub stawiać na miejscu zbiorowych mogił bloki, boiska osiedlowe, fabryki, wysypiska śmieci czy sadzić drzewa i klomby, o zwłaszcza to ostatnie jakże ''eko-nekro'' ! [ patrz wstrząsający dla ''zacofanych'' cykl fotografii Tomasza Kiznego pt. ''Topografia terroru'' ]. Nie mówiąc już, że w kontekście śmierci rozpatrywanej jako niezbędny element jedynie w kontinuum życia niespodziewanej witalności nabiera nie tylko żerująca dosłownie na Zagładzie ''religia holocaustu'' ale i tak potępiany przez nią ''cmentarny patriotyzm'' Polaków, owa ''pols/kość'' wedle jej określenia - to już nie forma tanatycznego, nekrofilnego wręcz opętania jak dla innej mądrali Bielik-Robson a życiodajny kult w takim razie czerpiący energię z ziemi i grobów naszych męczenników do kurwy nędzy ! No i co w takim razie z abortowanymi płodami, nawet jeśli uznamy je za ''przedludzi'' i tak w post-humanistycznej optyce są stworzeniami żywymi tak czy siak zasługującymi na szacunek, stąd niedopuszczalnym jawi się z ekologicznego punktu widzenia traktowanie ich jako surowiec dla produkcji przemysłowej jak to się dzieje choćby z ''ludzkimi liniami komórkowymi'' w niektórych szczepionkach pozyskiwanymi z żyjących człowieczych embrionów.

Dobra, pora z wolna ''eutanazować'' ten wpis nomen omen - na plus Domańskiej należy policzyć podjęcie próby ogarnięcia nadchodzącego biotechnologicznego ''neobarbarzyństwa'', postępującej zapaści cywilizacyjnej wskutek paradoksalnie postępu naukowego [ koresponduje z tym ''nowym totemizmem'' wspomniany przez nią w wyżej pomienionym wystąpieniu napływ pozaeuropejskich migrantów przynoszących ze sobą dawno zapomniane na naszym kontynencie pierwotne formy religijności ], tyle że wnioski które wyciąga z tej sytuacji są totalną porażką co zostało okazane. Należy przy tym dodać, iż nie jest to zjawisko nowe - jak pisze Tadeusz Nasierowski w znakomitej dla odmiany pracy ''Z czarta kuźni rodem...'' traktującej o stanie rosyjskiej nauki w pierwszych dekadach sprawowania władzy przez bolszewików ze szczególnym uwzględnieniem tamtejszej psychofizjologii :

''Spośród nauk przyrodniczych biologia okazała się być najbardziej podatna na wpływy aparatu partyjno-administracyjnego, zaś tzw. biologia miczurinowska i pawłowizm stanowiły koronne przykłady posługiwania się nauką do celów ideologicznych i politycznych. [...] Wynikało to z faktu szczególnego upodobania ideologów sowieckich do biologii, którą mieli w zwyczaju traktować jako podstawowe pole walki światopoglądowej. [...] Co ciekawe dążenia te znalazły pozytywny odzew wśród biologów, którzy bardzo chętnie posługiwali się frazeologią marksistowską w interpretowaniu wyników prowadzonych przez siebie badań. [...] Wśród ideologów sowieckich istniała duża skłonność do wyjaśniania zjawisk społecznych przy pomocy terminologii zapożyczonej od nauk biologicznych. Wyrażało się to w utożsamianiu prawidłowości rozwoju społecznego z prawami biologicznymi [ darwinizm społeczny ], w poszukiwaniu sposobów skutecznego oddziaływania na zachowania społeczne [ refleksologia społeczna ], w wypracowywaniu metod wykorzystania genetyki do ''udoskonalania'' człowieka [ eugenika ] oraz w wyznaczaniu granic wykorzystania uogólnień wynikających z teorii Freuda w ideologii marksistowskiej.''

- a więc już blisko 100 lat temu w ''najbardziej przodującym kraju świata'' miała miejsce ideologiczna instrumentalizacja nauk biologicznych spotykająca się, podkreślmy to z całym naciskiem, z pozytywnym odzewem wśród uczonych, nawet tak jawnie krytycznych początkowo wobec komunistów jak Pawłow, godzili się jednak na to a wręcz chętnie brali udział w procederze w zamian za status pupilów reżimu, płynące stąd apanaże i deszcz orderów, możność robienia międzynarodowej kariery dla najlepszych wspieranej autorytetem państwa a nade wszystko prowadzenia dzięki temu kosztownych badań, utrzymania laboratoriów i zespołów naukowców. Warto pamiętać, że ''uczony też człowiek'' nie pozbawiony typowo ludzkich słabości jak pycha, nadmierne ambicje, małostkowa zawiść itp. bo o tym banale wydawałoby się zwykle przeciętniacy zapominają traktując często intelektualistów niczym herosów, nadludzi niemal wyposażonych w ''boską'' moc a tak kurwa nie jest ! Dlatego podobne procesy zachodzą obecnie również w ''wolnym świecie'', gdzie kontrola nad nauką nie jest tak ścisła jak w ZSRR, ale zwykła potrzeba funduszy czy omerta środowiskowa działa często skuteczniej niż państwowa cenzura i terror.  

Tym bardziej więc należy przypomnieć iż zarówno komunistyczne jak i nazistowskie obozy koncentracyjne będące gigantycznymi laboratoriami makabrycznych eksperymentów na człowieczej duszy i ciele, poddawania ludzi ekstremalnym próbom na tle których rażenie prądem szczurów czy małp jawi się niczym niewinne igraszki, wykazały dobitnie iż powrót do natury nie jest nam dany bowiem jesteśmy zwierzętami nienaturalnymi jakby to paradoksalnie nie zabrzmiało - człowiek sprowadzony do swych animalnych, wegetatywnych wprost poziomów egzystencji obumiera w duchu stając się ''muzułmanem-dochodiagą'' i jeśli proces ten nie zostanie powstrzymany wkrótce idzie za tym już śmierć dosłowna jak najbardziej, fizjologiczna zapaść i koniec. Zadziwiające, że Domańska poświęcając temu granicznemu doświadczeniu sporo miejsca w swej pracy zdaje się być kompletnie ślepa na płynące stąd konsekwencje - dlatego na koniec powtórzę jeszcze raz z całym naciskiem na jaki mnie stać bo chciałbym aby wybrzmiało to na tyle mocno by każdy pojął wagę poruszanego tu zagadnienia, iż na gruncie ideologii ''eko-nekro'', holistycznej, panwitalistycznej wizji kosmosu, gdzie śmierć jest niezbędnym elementem w kontinuum życia, każdy mord czy masowa zbrodnia jest li tylko katastrofą naturalną, ożywczym dla całego układu wstrząsem na wzór erupcji wulkanu czy pożaru sawanny pozwalającym regenerować się systemowi niemal w nieskończoność niczym wiecznie pożerającej się otchłani. Symbolem takiego świata jest Uroboros a jego panem Aryman, nie ma więc ''etyki immanencji'', warunkiem moralnego stosunku do rzeczywistości i władzy sądzenia jest przyjęcie istnienia jakiegoś transcendentnego, pozaświatowego punktu odniesienia - czy to Bóg w Trójcy Jedyny lub nie religii ''abrahamowych'' czy też Nirvana/Nibbana ''dharmicznych'', konkretnie jednej z nich : buddyzmu [ i jak niby potępić ludo-bójstwo, gdy w post-humanistycznej perspektywie w ogóle zanika człowiek ?! ]. No, chyba że za Aleisterem ''Bestią'' Crowleyem będziemy twierdzić, że ''prawo silnych'' jest naczelną zasadą świata, stąd są oni ''władni zabić tych, którzy ograniczają ich swobodę'' zaś ''niewolnicy istnieją po to by im służyć'', taka to ''miłość'' - podług WOLI [ mocy ].

Przypisy :

''U podstaw idei Nekrosu stoi teoria nekro-witalizmu, tj. powstawania życia z materii martwej. Zakłada ona, że istniejące obecnie różne formy Nekrosu/nekrosu, a zwłaszcza te organo-technologiczne oraz krystaliczne, stanowią prefigurację przyszłych form życia opartego na węglu lub innej substancji podstawowej. [...] Zamiast alienującej nekrofobii proponuję zatem przyjęcie postawy uruchomianej przez etyczny impuls nekro-philii, którą rozumiem tutaj jako rodzaj akceptacji i przyjaznej relacji z tym, co uznawane za martwe. [...] Dyskusje na temat ekshumacji w Jedwabnem stanowią temat rozdziału czwartego (Prawda forensyczna: przypadek ekshumacji w Jedwabnem). [...] W rozdziale przedstawiam różne punkty widzenia i argumenty za przeprowadzeniem pełnej ekshumacji i przeciw niemu. W efekcie w centrum zainteresowania stają nie ofiary, ale ich zdepersonalizowane szczątki traktowane jako dowód materialny. Ruch ekshumacyjny, który widoczny jest nie tylko w Polsce, przedstawiam jako patologię sprawiedliwości tranzytowej, element przetargowy w konflikcie różnych pamięci i aspekt znanego z polskiej tradycji romantycznej „cmentarnego patriotyzmu” (pols/kość).'' 

http://ewadomanska.pl/wp-content/uploads/2011/03/Domanska-Nekros-spis-tresci-abstrakty-rozdzialow.pdf 

''W książce Domańskiej silnie akcentowane jest stanowisko nienaruszalności miejsc pochówku, a tym samym sprzeciw wobec ekshumacji rozumianych przez nią nie tylko jako wyjęcie z grobu, ale przede wszystkim – zgodnie z łacińskim terminem exhumatio (ex-humus) – jako wydobycie z humusu, specyficznego składnika gleby. Wiąże się to z zakłóceniem, zachodzącego w wyniku humifikacji i mineralizacji, procesu powstawania nekropersony.''

[ str. 4 pdf ] :


''Ludzkie pozostałości stały się więc z braku możliwości ekshumacji mieszkańców warszawskiej Woli, Muranowa i Drezna komponentem organicznym nowego, zmodernizowanego krajobrazu. [...] Szafowanie życiem zagarnia też sferę eschatologii, w ramach której praktyki ludobójcze przeczą celowości użycia względem eksterminowanych określenia „ludzkie szczątki”, ich status pozostaje chwiejny, lecz, paradoksalnie, sprzyja to nekrowitalnej dehumanizacji i depersonalizacji (terminy te stosuje Domańska dla podkreślenia rozpadu ludzkiej powłoki i uczestnictwa tego, co pozostało, w obiegu przyrody). W tym właśnie miejscu pojawia się możliwość snucia dywagacji na temat niekonwencjonalnych form pochówku, które zapewniają jakościową poprawę środowiska (dzięki ograniczeniu zużycia chemicznych środków konserwujących tradycyjne nagrobki) i wspierają regenerację przestrzeni niezalesionych lub konstytuują nowe przestrzenie, tzw. „ogrody pamięci”. Pola popiołów konotujące los ofiar Treblinki lub Drezna i wpisaną w ten obraz wizualnie efektowną wizję destrukcji ujawniają swój rewers, który, dzięki pracy metafory, objawia Jerzy Ficowski w „Odczytaniu popiołów”: „Pola pod zasiew spadających gwiazd”; przywołana fraza, dzięki kontaminacji obrazu spadającej gwiazdy (który, według Juana Eduardo Cirlota, pozostaje najbardziej znanym symbolem ludzkiej egzystencji, znaczonej piętnem przejściowości: exitus i reditus) oraz pola emanującego życiodajną mocą popiołu rewaloryzuje moment spopielenia, który nabiera symbolicznego powrotu do łona Matki-Ziemi (Genitrix). [...] Ofiary Holokaustu krążą w powietrzu, wodzie i glebie, zasilają uprawy, stają się niezbywalną częścią krajobrazu: „Ważne jest, jak sądzę, by przekonać się do tego, że pojmowanie szczątków ludzkich w kategoriach ich naturalnego mieszania się (organic commingling) z innymi elementami ekosystemu (ich dehumanizacja związana z zamianą w humus) nie oznacza degradacji czy/i redukcji człowieczeństwa osoby zmarłej, ale potwierdza jej potencjalne (biologiczne) istnienie. W takiej perspektywie przestrzenie grzebalne, które często rozpatruje się w kategoriach separacji, gettoizacji i wykluczania zmarłych, stają się miejscami inkluzji, łączenia z innymi formami życia i symbiotycznego trwania. Przestrzenie Zagłady widziane zaś w perspektywie długiego trwania (eko-nekro) stają się figurą możliwej przyszłości i możliwej formy wspólnotowości, symbiotyczną diasporą – ekumeną różnych form życia” (s. 206).''


O, a nad tym należy się na chwilę zatrzymać bo to prawdziwa perła gówna posadzona na cześć książki Domańskiej przez ''antropolożkę'' kulturową Annę E. Kubiak - zgroza bierze, że podobne brednie wypisuje tak utytułowana ''naukowczyni'', profesor nadzwyczajny w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, choć sprowadza na ziemię wiele zarazem tłumacząc ów fakt, iż shabilitowała się pracą entuzjastycznie traktującą o fenomenie New Age [ sfinansowaną z sorosowych grantów, jakże by inaczej ], tak tak, stopień doktora nauk można dziś uzyskać lansowaniem zabobonów, nie dziwi więc, że wydał toto Santorski, ''czarny mag'' i kołcz tuskowy, miejmy to wszystko na uwadze podczas lektury niniejszych elukubracji, uwaga, zapiąć pasy, psorka lewituje ! :

''Domańska krytycznie opisuje ‘nekropolitykę historyczną’, którym to pojęciem określa: „możliwości władzy decydowania o tym, którzy zmarli aktorzy historyczni mają być ekshumowani i umieszczeni w panteonie politycznych i kulturowych przodków przodków/bohaterów, a których należy z niego usunąć lub przesunąć na niższą pozycję w hierarchii ważności”. Nieznośne i kosztowne odkomunizowywanie Polski w postaci burzenia pomników i zmieniania nazw ulic jest manipulacja polityczną i historyczną. Kradnie też część naszych biografii. W swoim oporze wobec przemocy władzy zawsze mówię, że dzieciństwo spędziłam przy ulicy Marchlewskiego i obecnie nazywam ją „Jana Pawła Marchlewskiego”. [ czerwona szmato, czy ty wiesz co to prawdziwy opór wobec komunistycznej władzy, której pamięci bronisz i ile realnie on kosztował ? - przyp. mój ]

Osobiście –  podobnie jak autorka - zachwycam się formułą pogrzebu w rodzaju ''zrób to sam'', która pozwalałaby obcować ze zmarłym (umyć, ubrać lub tylko owinąć w całun i wywieźć na teren ''zielonego cmentarza oraz w trosce o środowisko zwrócić ciało ziemi (po wyjęciu przez specjalistę metali w rodzaju rozrusznika) by stało się elementem naturalnego środowiska i nie zanieczyszczało go przez lastrykowe grobowce, o które nikt wkrótce nie będzie dbał. Nie widzę potrzeby jakiegokolwiek oznaczania miejsca. Wystarczy pamiętać ten las, tę łąkę czy to bagnisko. Tymczasem w Polsce nie można nawet legalnie rozsypać prochów, nie wolno nie mieć kwatery na cmentarzu, nie jest respektowane prawo do bezgrobia, o którym pisze autorka. W tej rewolucji silny opór powstanie w branży funeralnej i Kościele katolickim zbijającym kabzę na pochówkach. Zachwyca mnie, iż autorka z triady: przodkowie, ziemia i naród, wybiera ziemię wraz z nie -ludzkimi przodkami (roślinami, zwierzętami, mikroorganizmami i minerałami), jako priorytet, o który powinniśmy się troszczyć. [...] Swój pogrzeb – gdyby prawo w Polsce na to zezwalało –  zaplanowałabym w formie sky burial  tybetańskiego zwyczaju nacinania, a nawet porąbania ciała zmarłego, zostawionego na skale, a następnie zjedzonego przez padlinożerne ptaki. Taka formuła dysponowania zwłokami jest najzdrowsza dla środowiska, gdyż nie zanieczyszcza ani ziemi (inhumacja) ani powietrza (kremacja). [ no właśnie, ile przy tym CO2 idzie do atmosfery, doprawdy jak postępowe kołtuny nowocześni ludzie mogą preferować tak nieekologiczną formę pochówku:) - pomijam, że nawet przy obecnych technologiach nie tak łatwo całkiem spopielić zwłoki i to co zostaje a jest tego sporo, praktycznie cały szkielet i duża część organów, mieli się w odpowiednich niszczarkach tak więc w urnach pogrzebowych zawierają się nie tyle prochy zmarłego co mielonka zeń - przyp. mój ]. Promesja i resomacja zużywają dużo energii. Nie wiem czy przy masowym zatapianiu zmarłych w morzu chciałabym jeszcze w nim pływać. Biourny będące jednocześnie sadzonkami drzew wydają się w każdym razie lepszym pomysłem niż metalowe urny wkładane do murowanych grobowców. Zauważony przez autorkę brak symbolu kobiety na biournie jest dla mnie zrozumiały w odczytaniu sadzenia, jako aktu seksualnego: zapładniania Ziemi. Oczywiście i tutaj można by spodziewać się protestów środowisk LGBT. [ oczywiście:))) - przyp. mój ] Zmiany w ustawie o cmentarzach wymagałyby rewolucji w świadomości Polaków, narodu jednego z najmniej ekologicznych [ o dzięki Ci Panie ! i oby tak zostało jak najdłużej potrzeby czego w świetle tych monstrualnych bredni chyba tłumaczyć nie muszę - przyp. mój ] obok Amerykanów (gdzie jednak dokonują się duże zmiany spowalniane przez korporacje funeralne promujące balsamację, nieekologiczne trumny i grobowce), w kontekście pogrzebów. Pozytywne przykłady amerykańskiego podejścia do pochówku w NEKROSIE są niereprezentatywne, bowiem autorka czerpie je z badań terenowych w Kalifornii, oświeconej pod wieloma względami. Cenne są dla mnie refleksje na temat przestrzeni śmiertelnych, deathscapes, w ramach rozwijającego się nurtu badań krajobrazów w naukach humanistycznych. W duchu eko-nekro autorka odwołuje się do biohumanistycznych podejść oraz przykładów projektów‘ przeciw-pomników’, które również podobnie jak ''zielone cmentarze'' nie prowadzą do„eksterminacji krajobrazu. Gorąco popieram takie projekty, zwłaszcza w kraju gdzie natręctwo monstrualnych pomników
(paradoksalnie pozwalających zapomnieć) służy władzy śmierci nad życiem. Koszty budowy tych „martyrologicznych kiczów” można by spożytkować do tworzenia terenów zielonych, miejsc rekreacji, edukacji, czy po prostu zamieszkiwania przez żywych.'' 

- ejże, w takim razie obalanie ''ubelisków'' przez obecną władzę powinno być działalnością proekologiczną jak najbardziej ! No ale logika jest ''fallocentryczna'' i towarzyszki ''antropolożki'' jak i ''ekozofki'' nie są z nią za pan brat czy raczej wielka mać siostra. Jedźmy dalej, nie mam litości dla czytelnika, ale to jest tak cudne w swej upiornej głupocie, że nie mogę powstrzymać się przed zacytowaniem jeszcze tego :

''Skoro wszyscy żyjemy na cmentarzu (owe sto miliardów szczątków), to niepokoimy je wciąż rozbudowując miasta czy uprawiając ogródki. Myśląc o przyszłości, sądzę, że obok znakomitych rozwiązań w rodzaju ‘zielonych cmentarzy’, prawa do bezgrobia’, delegalizacji balsamacji ciał, tanatokosmetyki oraz części przemysłu pogrzebowego związanego z produkcją trumien z metalowymi okuciami i lakierami szkodliwymi dla środowiska (zamiast tego całuny), trzeba będzie likwidować cmentarze (może poza cmentarzami historycznymi), na których zaczyna brakować miejsc, i stworzyć ''humusy'' zbiorowych mogił. Sprzeciw, jaki może budzić ten pomysł wynika z wartości, jaką kultura zachodnia przypisała indywidualizmowi w postaci idei persony. [...] Szczątki już nie są człowiekiem tylko elementem większej całości – jak pisze Domańska – meta persony, ''nekrobionta''. Myślę, że nie unikniemy w przyszłości kolejnych ekshumacji. Dużo większym problemem nekro-eko są rosnące i pływające stosy śmieci – materiałów wolno lub w ogóle nie biodegradowalnych i produkcja smogu, a więc globalne zanieczyszczenie ziemi, wody i powietrza. Stąd moje zdziwienie budzi bijący z pracy optymizm, gdy można raczej spodziewać się nieuniknionej katastrofy ekologicznej bądź atomowej. Być może jednak zniknięcie rodzaju ludzkiego z galaktyki będzie miało zbawienne skutki dla wszechświata.''

- itd. od podobnych zgniłych wykwitów zabagnionego umysłu aż się roi w niniejszej recenzji, czy muszę dodawać, że zepsowana doktorka od ''ded sajens'' jest entuzjastką eutanazji ? Jednak nie ma co śmieszkować bowiem problem istnieje :

''Uczestnicząc w dwóch konferencjach prawników miałam okazję zobaczyć, jak różne formy życia nie-całkiem ludzkiego: zarodków i spermy osób zmarłych, stanowią nowe wyzwania legislacyjne. Również biotechnologia wraz z eksperymentowaniem z komórkami macierzystymi, materiałem genetycznym i tkankami, stanowi wyzwanie nie tylko etyczne, ale i legislacyjne i kulturowe. Oczywiście można by tę problematykę rozciągać na sztuczną inteligencję, boty, które mogą posiadać elementy organiczne. Np. ktoś w żałobie może zamówić sobie bota wzorowanego na zmarłej osobie, z użyciem jej włosów, skóry itd.''


Jeśli ktoś po tym wszystkim ma wciąż ochotę katować się wykładem Domańskiej proszę bardzo :



piątek, 13 lipca 2018

Fu-ko.

Ostatnio miałem okazję obaczyć wykład o myśli Foucaulta tłumacza jego prac na polski Michała Herera [ skądinąd ''antyfaszystowskiego'' zjeba, ale to osobny temat ] stąd postaram się z grubsza przynajmniej zreferować koncepty francuskiego post-filozofa tak jak je omówił rzeczony antyfiarz i insi badacze by nakreślić to co widzę w nich ciekawego i wartościowego ale też i dyskusyjnego co najmniej. Wiele wyjaśnił mi istotny szczegół jego biografii, otóż nie był to pierwszy lepszy goszysta z ulicy ale wychowanek a później wykładowca Ecole Normale Superieure, elitarnej uczelni kształcącej kadry administracyjne zarządzające Francją [ faktycznie bez jej ukończenia - i przynależności do loży masońskiej - nie ma szans na zaistnienie w tamtejszej polityce obojętnie czy tyczy to prawicy czy lewicy, więc ''równość'' na sztandarach to jedno, ale w praktyce ktoś musi trzymać ''motłoch'' za pysk:) ], a to dlatego, że można by określić jego ''doktrynę'' jako coś w rodzaju ''filozofii zbuntowanego biurokraty'' albo ''antysystemowego systemowca'' - szydzę rzecz jasna ale coś w tym jest analizując jego badania nad naturą władzy. Otóż ''przewrót kopernikański'' w rozpatrywaniu przezeń tego zagadnienia polega na tym, że władza nie jest dlań czymś narzuconym z zewnątrz społeczeństwu i stanowiącym je jednostkom ale oddolnym fenomenem, organicznym wręcz można rzec dany rząd zaś czy władca nie tyle nawet zwieńczeniem bo to by sugerowało hierarchiczną strukturę, ile ogniskową jakby rozproszonej sieci wszechobecnych stosunków panowania konstytuujących daną wspólnotę i składające się nań poszczególne podmioty. Szokująco brzmi ale jest logicznym wnioskiem w tej perspektywie rola przypisywana mechanizmowi kontroli państwowej i społecznej, który nie dławi tu bynajmniej indywidualności ale ją właśnie stanowi - Foucault tłumaczy to na przykładzie szpitali-przytułków, gdzie początkowo z racji niedoskonałych, mało wyrafinowanych narzędzi nadzoru osadzeni byli traktowani jako anonimowa ciżba, bezkształtna masa ale wraz z postępem cywilizacyjnym i rozwojem środków kontroli zaczęto indywidualnie podchodzić do pacjentów każdemu przydzielając w końcu kartę choroby, odpowiednio klasyfikując i wciągając do ewidencji nadając im ten sposób paradoksalnie podmiotowość [ no czyż nie jest to spojrzenie typowego biurokraty ? aczkolwiek przyznaję może zarazem służyć jako dobre narzędzie opisu obecnych ''społeczeństw kontroli'' wedle terminologii Deleuza, gdy instytucje właściwe poprzedniemu ''społeczeństwu dyscypliny'' czyli rodzina, Kościół, państwo czy fabryka przeżywają kryzys o ile wręcz nie rozpad co owocuje rozbuchanym indywidualizmem, frazesami o ''samorealizacji'' itd. a zarazem wszechobecne kamery niedługo będą zaglądać nam do tyłka ]. Igra przy tym ze słowami co typowe dla poststrukturalistów traktujących filozofię programowo jako literaturę wskazując, iż w wyrażeniu ''assujetissement''/''ujarzmienie'' kryje się ''podmiot'' - ''sujet'' [ podobnie w jęz. polskim jak widać ], który co ciekawe we francuskim oznacza także ''poddanego''... Skrajną postacią tego swoistego ''upodmiotowienia'' przez władzę w której manifestuje się ona najpełniej jest kara śmierci co nazywa ''logiką daniny'' i faktycznie takim się jawi w myśl przyjętych przezeń założeń jakby to paradoksalnie nie zabrzmiało - skoro podmiot jest tylko ''pustym miejscem'', ''fałdą rzeczywistości'', nikim mówiąc wprost [ bo jest nie-tożsamy z sobą, wytworzony przez stosunki władzy i czymś konstytuującym się na styku zewnętrznej i wewnętrznej rzeczywistości ] to spełnieniem jego nie-istnienia jest u-nicestwienie siebie czy innych, przy czym francuski badacz rezerwuje takową prerogatywę jedynie dla ''władzy suwerennej'' utożsamianej przezeń z absolutyzmem ''króla Słońce'', ale moim zdaniem fenomen ten towarzyszy w o wiele większym jeszcze stopniu narodzinom ''społeczeństwa dyscypliny'' podczas rewolucji francuskiej - dotąd jak pisze Foucault podmiotem był tylko monarcha, suweren i świecący jego światłem odbitym dworzanie zaś reszta li tylko anonimową masą poddanych, rewolucja obalając ten porządek upodmiotowiła lud ''deklaracją praw człowieka i obywatela'' tyle że zgodnie z krwawą ''logiką daniny'' zaprzęgła go tym samym do państwowej machiny powszechnym poborem do wojska i szkolnictwem [ także traktowanym wówczas jako forma jakobińskiego terroru i nie bez podstaw ] oraz odpowiednio poszerzając zakres przemocy najpełniej wyrażony w pierwszym nowożytnym ludobójstwie katolickich chłopów w Wandei. Różnicę i nie/ciągłość między obu systemami widać na przykładzie swoistych dla nich sposobów egzekucji - opisywaną przez Foucaulta wielogodzinną makabrę ćwiartowania żywcem, szarpania rozpalonymi obcęgami itp. kar wymierzanych buntownikom za monarchii co jednak z racji swej czasochłonności ograniczało zasięg stosowania takowych represji, zastąpiono wraz z nastaniem nowożytnej republiki demokratyzacją procesu poprzez uproszczenie procedur i usprawnienie narzędzi represji, rzecz jasna mowa o gilotynie ale też innych morderczych wynalazkach jakobińskich jak rozstrzeliwanie powstańców w Lyonie armatami na polach pod miastem czy topienie kontrrewolucjonistów hurtem wraz ze statkami, barkami etc. [ pomysł ten świadomie zaadoptował i rozwinął w Rosji Lenin ]. Słabością konceptów Foucaulta jest jego ewidentnie uwikłanie nazbyt we francuską historię i czerpane z niej przykłady co naturalne skądinąd, spójrzmy jednak jak upiornie jawi się dialektyka ''upodmiotowiającego uJArzmienia'' w kontekście nowożytnej historii naszej części Europy, zwłaszcza okupacji komunistycznej i nazistowskiej - gdyby ktoś pozwolił sobie u nas na konsekwentne rozwinięcie w duchu francuskiego filozofa rozważań o ''indywidualizującym charakterze mechanizmów kontroli'' w Gułagu a zwłaszcza Auschwitz musiałby liczyć się z bolesnymi konsekwencjami, jeszcze czyniąc to wobec Polaków pół biedy bo groziłoby mu co najwyżej oburzenie części opinii publicznej i tyle, natomiast stosując wobec Żydów miałby jak nic wizytę smutnych panów z rana, zarekwirowany komputer i sprawę w sądzie a może i nawet areszt wydobywczy, w rezultacie pozbawiony wsparcia i o słabym charakterze skończyłby jak Ratajczak zapity w samotności ku przestrodze. 

W moich oczach fundamentalny błąd obranej przez Foucaulta optyki polega na czym innym - skoro tożsamość, tak zbiorowa [ narodowa, klasowa etc. ] jak i jednostkowa jest czymś z natury rzeczy opresywnym, wytwarzanym przez władzę i nieodłącznie towarzyszące jej mechanizmy kontroli a nie tłumionym rzekomo przez nie, to logicznym jest iż proces emancypacji musi polegać na wyzwoleniu się z niej, stąd podtytuł [anty]Biblii gender autorstwa Judith Butler brzmi ''subversion of identity'' czyli ''podważenie/obalenie tożsamości'' a nie jakoweś ''uwikłanie w płeć'' jak stoi w fatalnym polskim przekładzie [ dlatego jako motto rodzimego instytutu dżenderyzmu stosowanego służy hasło ''nikt nie rodzi się sobą'':))) ] zaś obalenie tożsamości to nic innego jak obłęd bo schizofrenia nie polega jak głosi powszechny mit na ''rozdwojeniu jaźni'' lecz jej rozpadzie, formuła koordynująca nasze myśli i czyny odpowiadająca za poczucie ''ja'' ulega w chorobie destrukcji stąd niezborność wypowiedzi, bełkot szaleńca i jego niekontrolowane odruchy lub stupor, dlatego Deleuze wraz z Guattarim postulują w ''Anty-Edypie'' programową schizofrenizację społeczeństwa posługując się figurą ''schizola'' wedle ich określenia jako czymś pożądanym, symbolem wyzwolonego pragnienia, które obaliło ''edypalne super-ego'' na rzecz ''swobodnych przepływów'' tego co ''inne'' w człowieku, twórczego wg nich chaosu irracjonalnych popędów [ nie obchodzi mnie, że to metafora aktywizmu, której nie należy utożsamiać z klinicznym pacjentem - czystym skurwysyństwem typowym dla lewicy jest taka polityczna instrumentalizacja i kolonialne zawłaszczanie Innego jakiego arbitralnie rzecznikiem się czyni nie pytając czy aby sobie on tego w ogóle życzy ]. Tak się składa, że nie teoretyzowałem o tym a otarłem się mocno w pewnym okresie swego żywota i do końca mych dni będę nosił traumę z tego tytułu, dlatego każdy zachwalający to g... nieodpowiedzialny zjeb jakiejkolwiek płci, orientacji i narodowości by nie był jest moim osobistym wrogiem i będę go tępił póki starczy mi sił - jak powiedziała mi jedna schizofreniczka na oddziale zamkniętym ''zwracając wzrok do wewnątrz, zaglądając wgłąb duszy można się przerazić'' i nie idzie jedynie o to, że na dnie umysłu spoczywają takie nieczystości, iż najbardziej nawet odrażające, cuchnące wydzieliny ludzkiego ciała są przy tym niczym, rzecz przedstawia się znacznie gorzej : zieje tam otchłań bez dna, u spodu kryje się czarna dziura z której wszystko się poczęło i prawdopodobnie zasysa je w końcu... W każdym razie zaglądanie weń nie należy do przyjemnych zajęć oględnie zowiąc, przypomina zapuszczanie się w zatęchłą piwnicę pełną robali, szczurów, wszelakiego plugastwa z potwornością czyhającą na nas ''u kresu nocy''.

Oddajmy sprawiedliwość Foucaultowi, że sam nie głosił podobnych ''schizoemancypacyjnych'' bredni, choć się nimi entuzjazmował, jego wina polega na tym iż stworzył podwaliny dla programowego ''obalenia/wyzwolenia z tożsamości'', które podchwycili inni wyżej wymienieni, natomiast borykał się z inną aporią swojej metody - zakładana przezeń wszechobecność i anonimowość władzy nie tyle wykluczała praktycznie kontestację co paradoksalnie czyniła z niej wręcz warunek panowania, prowadząc w ten sposób do odtworzenia się go w innej konfiguracji np. zamianę reżimu dyskryminującego homoseksualistów na represjonujący ''homofobów'' jak to jest obecnie itp. bo przecież nie można obalić systemu od wewnątrz, nie tyle nawet siedząc w brzuchu Lewiatana co będąc jego integralną częścią, na-rządem [ już łapię Foucaultowską manierę:) ]. Dlatego w ostatnim etapie rozwoju swej myśli próbował wybrnąć z tego składając pryncypialną samokrytykę iż zbytnio położył nacisk na mechanizm wytwarzania podmiotu czyniąc go niejako biernym narzędziem władzy i począł głosić jego aktywną rolę jako samo-stwarzającego się w procesie swoistej auto-paidei, samowychowania jakby tyle że tym samym popadł w kolejną sprzeczność, gdyż w praktyce nie zmieniało to nic w układzie panowania jako takim interioryzując go jedynie bo tam, gdzie pan/pani tam i niewolnik/niewolnica, więc skoro pan-ujemy nad sobą to kto jest naszym niewolnikiem/niewolnicą ?... Nie mówiąc że takowy mechanizm wpisuje nas w system zarządzania sprawowany przez wzmiankowane wyżej ''społeczeństwo kontroli'', gdzie nie tyle tłumi się popędy i pragnienia co wręcz podsyca je umiejętnie przy tym kanalizując a sama ''wyzwolona'' rzekomo z pęt dyscypliny indywidualność staje się narzędziem niewidzialnej tyranii jak postulował już 300 lat temu Spinoza, w projektowanym przezeń systemie społecznej kontroli masy ludzkie trzyma w karbach ''wolność osobista'', dziś zaś odbywa się to dodatkowo w myśl hasła : ''bądź niezależny - weź kredyt !'' [ serio, nie wymyśliłem sobie, dokładnie w tym nieczystym duchu pierdolił w reklamie tv Marek ''beczka'' Kondrat vel ''bankier'' ]. Oczywiście Foucault był zbyt inteligentny aby nie dostrzec kolejnej aporii swych dociekań więc próbował rozwiązać ją ostatecznie postulatem ''permanentnie krytycznego podmiotu'', czegoś w rodzaju ''a-totalnej nie-tożsamości'', tyle że to figura beznadziejnie utopijna, od praktykowania czegoś podobnego szlag trafiłby każdego na miejscu najdalej po tygodniu jak sądzę, musielibyśmy wówczas rozważać i podważać zarazem każdy krok dosłownie, życie możliwym niestety czyni bezmyślność i bez-wiedność podstawowych procesów, jedziemy głównie na automatyzmach i odruchach w niewielkim stopniu będąc ''sobą'' i co najwyżej bywamy wolni, zakres dostępnej nam autonomii jest mocno ograniczony, ale też właśnie dlatego tym bardziej cenny i należy go pielęgnować wszakże pod warunkiem, że nie będziemy mu nadawać przesadnie wielkiego znaczenia bo wówczas grozi nam popadnięcie w prometejską ''hybris'' i wskutek tego paradoksalnie totalne zniewolenie tak jak to stało się udziałem wyrastającego z podobnych założeń marksizmu/socjalizmu/komunizmu.

Nie chciałbym jednak aby powyższe zabrzmiało jako potępienie w czambuł i kompletna dyskredytacja, bynajmniej, o przydatności metody Foucaulta do opisu naszych zniewalających konsumpcją i opartym na niej długiem ''społeczeństw kontroli'' z ich tak wszechobecnym, że niewidzialnym cyfrowym szpiegostwem i ''sieciową, rozproszoną strukturą władzy'' już pisałem, nikt nie musi mnie też przekonywać o pozorności istnienia podmiotu i jego nie-tożsamości po tym co przeżyłem, podoba mi się także jako zdeklarowanemu reakcjoniście demaskowanie rzekomej oczywistości ''dziejowego postępu'' i tym podobnych oświeceniowych przesądów, niemniej w mej optyce na francuskim post-filozofie ciążą poważne błędy podważające wręcz cały głoszony przezeń projekt. Najcenniejszym poznawczo wszakże jawi się tu paradoksalny status buntu jako warunku wszelkiej władzy, dzieje się tak bowiem ta ostatnia nie jest  utożsamiana przez Foucaulta z jej spetryfikowanymi, hierarchicznymi formami obalanymi przez rewolty itp., a - przypomnijmy - istnieje jako sieć anonimowych w dużej mierze, rozproszonych relacji konstytuujących społeczeństwo wobec której to ''stosunek dominacji i zwalczającego go oporu to zjawisko wtórne, efekt prowizorycznego ustalenia się relacji sił'' na wzór homeostazy całego układu, tym samym kontestacja nadaje systemowi życiodajnej dynamiki pozwalając odtwarzać się potencjalnie w nieskończoność. Tłumaczy to dziwną z pozoru zażyłość między komunistami a kapitalistami omawianą w poprzednim wpisie i nie idzie tu jedynie o prostą zbieżność interesów czy naturalne poniekąd wchodzenie przez panów rewolucjonerów [ i panie ] w buty burżujów jak to miało miejsce w ZSRR, gdy po zniesieniu prywatnej własności bolszewickie państwo i zarządzająca nim kasta partyjniaków stając się właścicielem środków produkcji i samych robotników chcąc nie chcąc zaczęła prowadzić działalność gospodarczą w ramach kapitalistycznej buchalterii zysków i strat wraz z nieodzownie towarzyszącym jej systemem bankowym, emisją pieniądza, kredytem etc. nawet jeśli charakteryzowała się ona w ich wykonaniu gigantycznymi kosztami, makabrycznym wręcz marnotrawstwem sił ludzkich i materiałowych oraz stopniem imbecylizmu decyzyjnego na który nigdy nie mogłoby sobie pozwolić żadne prywatne przedsiębiorstwo nie wiem nawet jak znaczne. Sedno sprawy w tym, iż lewacy świadomie lub nie torują drogę kapitalizmowi, są jego narzędziem de facto właśnie poprzez swoją strategię oporu wobec niego, w tym sensie Marks miał słuszną intuicję, że w samym systemie tkwi jakaś wewnętrzna sprzeczność całkiem opacznie jednak wyprowadził stąd wniosek, że stanowi to warunek jego zniesienia, bynajmniej - w tym jego siła, an-archia ta nadaje mu witalności pozwalając odtwarzać się wciąż w nowych formach. Na tym polega mój podstawowy zarzut wobec kapitalizmu - że jego głównym produktem rynkowym są komuniści, przecież socjalizm nigdy nie był tak naprawdę ''ruchem robotniczym'' a dziełem właśnie burżujów i wyzyskiwaczy [ Marks i Engels ], arystokratów [ Saint-Simon ] etc. o czym zresztą otwarcie pisał w swej sztandarowej pracy ''Co robić'' obszarnik Lenin. Wprawdzie można zarzucić takowemu podejściu, że to jakby oskarżać papiestwo iż generuje heretyków, tyle że system kapitału nie ma swoich dogmatów, jako taki doskonale obywa się bez oficjalnej hierarchii a swych domniemanych kapłanów traktuje z buta jako bandę nadwornych klaunów potrzebnych co najwyżej do szerzenia ''freemarketowej'' ściemy dla doraźnych korzyści, no i aby ciężko opłacani czerpiącą z [wy]zysku i spekulacji grantozą hołubieni lewacy mieli kogo flekować poprawiając sobie i tak już nazbyt dobre samopoczucie. Z tego płynie jakże ironiczny wniosek iż miłość wszelkich liberałów/libertarian do kapitalizmu była nieodwzajemniona i od początku skazana na porażkę bowiem oparta na fatalnym ''wolnorynkowym'' złudzeniu, tymczasem obiekt ich adoracji okazał się zwykłą suczą, która najwięcej satysfakcji, czerpiąc przy tym całkiem realny zysk, ma z tymi co ją źle traktują a nie jakimiś żałosnymi beta-orbiterami o spoconych łapskach nie wiedzącymi nawet jak zabrać się do rzeczy:) Bo też i większość z nich teoretyzuje jedynie a nie uprawia realnej działalności gospodarczej na wzór erotomanów-gawędziarzy czy netowych stulei, przeważnie to cwani naciągacze pokroju Michalkiewicza czy Janusza Koran-Mekki albo w najlepszym wypadku naiwni idealiści jak Marcin Chmielowski albo Sośnierz, przy całym szacunku należnym ostatnim z wymienionych. W każdym razie strategia ''afirmatywnego oporu'' jest bardzo poręcznym ideologicznym uzasadnieniem dla postawy nowolewicowych pasożytów sprowadzając się do tego jak zarobić a się nie narobić, korzystać w pełni z możliwości i owoców zaawansowanego kapitalizmu zarazem głośno nań psiocząc - przewrotne to, chamskie i bezczelne ale skuteczne niestety.

W uzupełnieniu wywodu załączam omówienie sporu Focaulta z Chomskym, pracę doktorską referującą myśl francuskiego post-filozofa, krytykę jego kontestacji ''totalizujących dyskursów'' opartej o totalizujący dyskurs ''wszechobecności władzy'' czy błędne upatrywanie przezeń w poprzednich systemach filozoficznych li tylko ''logocentrycznych'' ciągot a przecież choćby największy ze scholastyków Tomasz z Akwinu był w pełni świadom wymykającej się całościowemu racjonalizującemu ujęciu ''ślepej plamki'' Trójcy Św., niepokalanego poczęcia, zmartwychwstania etc., dalej parę istotnych w tym kontekście tekstów, wreszcie na koniec sam wykład Herera :

''W ramach postfoucaultowskich badań nad dyskursem rzeczywistość społeczna, a także konstytuujące ją relacje władzy, jest na tyle złożona, iż jakiekolwiek proste jej kategoryzowanie nie jest w ogóle możliwe. Z tej perspektywy wyłania się konieczność ciągłego poszukiwania nowych metod krytyki społecznej, będących w stanie wyprowadzić na światło dzienne symptomy panowania ukryte w miejscach najmniej oczekiwanych. Bez względu jednak na sposoby prowadzenia krytyki, jedynym jej efektem może być wyłącznie zmiana pewnych arbitralnych relacji władzy na inne, przy czym żadnym z nich nie przysługuje uniwersalna wartość. W tej optyce przejawów panowania sprawowanego mocą środków dyskursowych i pozadyskursowych należy szukać również tam, gdzie dominującą pozycję zajmują postulaty autonomizacji i emancypacji dyskursów i grup dotąd podległych. Z kolei przypisywanie im takiej wartości, co może być zarzutem wobec perspektywy Chomsky’ego formułowanym na gruncie postfoucaultowskim, nadaje tylko dynamikę zmianom relacji władzy, ale ich w sposób ostateczny nie uzasadnia. W ramach antyesencjalistycznej perspektywy inspirowanej Foucault jest sprawą oczywistą, iż obrona wartości traktowanych jako uniwersalne odbywa się zawsze na gruncie partykularnych warunków historycznych, których produktem są przekonania aksjologiczne. Jednocześnie, nie sama zmienność warunków oraz brak ponadczasowych podstaw filozoficznych jest barierą na drodze do uzyskania trwałych, teoretycznych podstaw dla społecznej emancypacji, ale właśnie natura relacji władzy. Nawet najbardziej inkluzywna wizja porządku społecznego jest w ujęciu Foucault zawsze ograniczająca, ponieważ jej realizacja oznacza marginalizację innych możliwych porządków. Stąd już domaganie się uznania modelu społeczeństwa, dla którego naczelną własnością miałby być szacunek dla właściwości natury ludzkiej, oznacza homogenizację różnorodności działań w ramach takiego społeczeństwa oraz ekskluzję innych modeli, a to już przejaw władzy, zalążek nowych mechanizmów kontroli. Przykładem mogą tu być wszelkiego typu „prawa do” traktowane jako rdzeń współczesnego społeczeństwa liberalnego. „Dyskurs praw” miałby w tym ujęciu implikować powrót do władzy suwerennej ograniczającej tożsamość podmiotów do treści, które te prawa powołują do życia i na których w konsekwencji bazują. Ta zasada dotyczy także prawa do jednostkowej autonomii i nieskrępowanej twórczej ekspresji. W tym sensie Chomsky niezamierzenie miałby mylić pojęcie sprawiedliwości (choć potencjalnie również takie, warte społecznego zaangażowania, pojęcia jak: szacunek, godność, równość) z mechanizmami panowania. Tak zarysowane spojrzenie zmusza do traktowania badań nad dyskursowymi nośnikami władzy w sposób dość przewrotny, a przy tym kłopotliwy, bowiem miałyby one prowadzić do odbierania badaczowi oręża, przy użyciu którego chce on krytykować i stawiać opór władzy. W świetle stanowiska wyrażanego w debacie przez Chomsky’ego oznacza to ciągłe poruszanie się po niepewnym gruncie i przewlekłą niezdolność do rozwiązywania palących problemów społecznych wynikających z presji władzy. Foucault permanentnie dąży do ujawnienia zakamuflowanych mechanizmów dominacji, co sprawia, iż krytyce prowadzonej na mocy innych założeń teoretyczno-badawczych stale grozi zarzut o ożywianie władzy, której miała się ona sprzeciwiać. Jako rekompensatę „niepraktyczności”, perspektywa Foucault oferuje zyski poznawcze wynikające z niemal narzucającego się wymogu przyjęcia postawy zdystansowanej, której podstawą miałyby być nieufność wobec jakichkolwiek koncepcji porządku społecznego oraz podejrzenie maskowania arbitralności reguł nadających temu porządkowi kształt.''


''Jednak przemiany w przedmiocie i metodach badań historycznych są tylko echem przemian społecznych, politycznych i gospodarczych. Głos słabych i uciskanych jest słyszalny tylko dlatego, że nabierają oni siły i wyzwalają się. Słabi nie mają prawa głosu, nie mają prawa do swojej historii i do swoich racji. Tylko silni mogą stale i skutecznie głosić swoje idee i wcielać je w życie (istnienie silnych implikuje istnienie słabych). Siła (wynikająca z liczebności, metod działań, dostępnych środków) przeradza się we władzę, która potrzebuje legitymizacji, by trwać i w tym celu tworzy historię oficjalną. Nie zachodzi współistnienie „nowych” i „starych” historii, ale ich starcie, w którym musi dojść do rozstrzygnięcia – powrotu do starego systemu lub zamiany ról – zwycięzcy stają się zwyciężonymi, zwyciężeni zwycięzcami. Precyzuje to Ewa Domańska słowami: ''niekonwencjonalne przeciw-historie stają się po pewnym czasie konwencjonalnymi Historiami legalizującymi nową władzę''. Stosunek rządzących do rządzonych nie zanika, władza jedynie przechodzi z jednych na drugich, umożliwiając tworzenie nowych dyskursów i modyfikowanie już istniejących. Władza rozumiana może być jako przewaga fizyczna (w wymiarze jednostkowym), ilościowa, instytucjonalna, ekonomiczna (i wynikająca z niej materialna), kulturowa, polityczna. Czynniki te są ze sobą skorelowane, choć nie musi zachodzić między nimi stosunek wynikania. Nasuwa się wniosek, że historia zawsze będzie wersją zwycięzców, czyli grupy mającej większe wpływy i/lub większe zasoby. Demokracja liberalna tylko pozornie stwarza warunki do wyrażania swojego zdania, opowiedzenia swojej historii. Mimo braku instytucjonalnych barier (wyłączając nieliczne zapisy w prawodawstwie) informacja i sposoby jej przekazywania są kontrolowane przez media, których działanie determinowane jest przez siły ekonomiczne lub polityczne. Wydaje się więc, że instytucja państwa zawsze będzie tworzyła ramy, w których nie wszyscy się mieszczą, i pozostawiała pewne grupy czy jednostki na marginesie. Klasyfikując i hierarchizując, wytwarza dość sztywną strukturę, której trwałości ma bronić system prawny. Państwo, by istnieć, musi nakładać ograniczenia – także w sferze ideologicznej, co skutkuje m.in. narzucaniem określonej wizji przeszłości i dyskryminowaniem bądź prześladowaniem innych koncepcji (współcześnie np. propagowanie faszyzmu zagrożone karą więzienia). Funkcje historii pozostają więc niezmienne (aktualny wydaje się zaproponowany przez Foucaulta podział na genealogiczną i upamiętniającą), mimo że ona sama przybiera różne formy i zostaje nasycona różnoraką treścią.''


''Sam Foucault zresztą konstatuje, że być może zbyt jednostronnie podchodził do zagadnienia i nie doceniał roli, jaką może odgrywać władza nad samym sobą rozumiana jako kształtowanie siebie, samorealizacja, praca nad sobą, pisząc :

„Być może kładłem zbyt duży nacisk na techniki dominacji i władzy. Teraz jednak coraz bardziej interesuje mnie interakcja między >>mną<< a innymi oraz techniki indywidualnej dominacji, historia tego, jak jednostka oddziałuje sama na siebie poprzez technikę siebie”.

Te „techniki siebie” (które nazywa też innymi określeniami: „zabiegi koło siebie”, „sztuki życia”, „estetyki istnienia”, „techniki samorealizacji”) to nic innego jak praktyki, dzięki którym ludzie mogą przekształcać samych siebie, pracować nad sobą, samorealizować się, wreszcie „uczynić z własnego życia dzieło”. W tekście Techniki siebie z kolei pisze, że są to praktyki pozwalające „jednostkom dokonywać, za pomocą własnych środków bądź przy pomocy innych, pewnych operacji na własnych ciałach oraz duszach, myślach, zachowaniu, sposobie bycia, operacji, których celem jest przekształcenie siebie tak, by osiągnąć pewien stan szczęścia, czystości, mądrości, doskonałości czy nieśmiertelności.” Zwrot, jaki się dokonał w późnej twórczości Foucaulta, Bartłomiej Błesznowski nazywa przejściem od podmiotu opanowanego do podmiotu panującego. Kreśli zatem Foucault starożytnych Greków „zabiegi wokół siebie”, ich „troskę o siebie”, przeciwstawiając je chrześcijańskim sposobom „poznania siebie”.''

[ str. 156-7 ] :



''Ludźmi trzeba kierować tak, aby im się wydawało, że nie kieruje się nimi, lecz że żyją według swego własnego usposobienia i swojej wolnej woli, a zatem tak, aby trzymały ich w karbach umiłowania wolności, dążenie do pomnożenia dóbr i nadzieja pozyskania godności państwowych”. 

''Antonina: – Wojtek i Ben często podkreślali równość wszystkich członków kolektywu. Dlatego trudno było dostrzec, kto rzeczywiście ma władzę. Gdyby hierarchia była oficjalna, byłoby jasne, skąd się biorą pewne decyzje i jak reagować. Władza niejawna jest nieograniczona.''