sobota, 8 sierpnia 2020

Biomasa z wielkich miast.

W poprzednim wpisie traktującym o ''psychopłciowym'' zajobie, zapomniałem wspomnieć o bodaj najważniejszym: biopolityka, czyli zafiksowanie na kwestiach rasy i płci, mniejsza że często urojonej przy tym, jest ściśle skorelowana z biokapitalizmem, postacią jaką przybrała obecna ekonomia światowa. Wobec tego fenomenu bezradne są wszelkie Mysesy jak Marksy, doskonale to widać po stosunku obecnej prawicy jak i lewicy wobec przemysłu pornograficznego. Konserwatyści, bo nie mówię o ''porno prawicy'', poprzestają zwykle na głośnym, lecz jałowym raczej pomstowaniu na upadek obyczajów. Owszem, o tyle jest to dobre, że dzięki temu zachowano jeszcze w ogóle jakieś tabu, boć przecież z pozycji czysto wolnorynkowych nie ma właściwie żadnych przeciwwskazań wobec używania dzieci do kręcenia pornoli. ''Żelazne prawa ekonomii'' mówią wyraźnie, iż skoro istnieje popyt, tu na pedofilską pornografię, powinna więc temu odpowiadać podaż takowej - tym bardziej iż cadyk libertarianizmu Rothbard wykładał, że dogmat ''samowłasności'' nie obowiązuje dziecka, które jako zależne od rodziców należy przez to całkiem do nich, stąd mogą poczynać sobie z nim dowolnie np. sprzedać jakiemuś oblechowi, by je ruchał [ ostatnie to już mój dopisek, niemniej naprawdę uzasadniał on w ten sposób handel dziećmi, czy aborcję ]. Bolszewia niewolnorynkowa także apelowała jeszcze w latach 70-ch XX w. o legalizację pedofilii, by wymienić Foucaulta, Deleuza czy feminazistowską fuhrerzycę Simone de Beauvoir, przecież ''miłość nie wyklucza'', czemu niby więc i dzieci miały być pod tym względem ''dyskryminowane''. Dobrze stąd powiadam, iż autentyczni konserwatyści a nie żadne tam kolibowe ich podróbki, stosują nacisk by wprowadzić przynajmniej pewne obostrzenia w tej mierze, niemniej w niczym to nie zmienia rozmiarów patologii, ani też uderza w sedno. Z kolei lewica, przynajmniej jej główny nurt, pieprzy coś nadal o ''rewolucji seksualnej'' - jak niby można o niej prawić w przypadku przemysłowej eksploatacji ludzkiej seksualności, bo z tym właśnie mamy tu do czynienia?! To zaś jest częścią szerszego procesu, jaki stanowi biokapitalizm, dokonujący zamiany człowieka w ''Menschenmaterial'' - człowieka-rzecz lub produkt, ''homo ferramentum'' [ w zamyśle trans-humanistycznych opętańców ma to być wstęp do przekształcenia go w ''homo apparatus'', czyli cyborga ]. Sługusami ''organicznego'' kapitału są fanatyczni zwolennicy ''tęczawej'' anarcho-komuny, znamię jej biopolityczności nosi widoczne zezwierzęcenie jakie właśnie prezentują na dniach, zachowując się niczym agresywne małpy wypuszczone z klatek zaśmierdłych skłotów i kloacznych darkroomów, by terroryzować ludzi na ulicach. Wszystkich włącznie z Małgorzatkiem przebił ten pajac co to smerał się po jajach niczym szympans w klatce na oczach manifestantów ku czci Powstania Warszawskiego, i dla takich jest miejsce w post-człowieczym zoo, typ już się transhumanistycznie przepoczwarzył w ''nieludzkie zwierzę''.

Ilustracją powyższego stanowi również przemysł aborcyjny, przecież jego ekonomicznym uzasadnieniem są gigantyczne zyski osiągane na handlu organami zamordowanych w łonie MADek ''przedludzi'', pamiętamy chyba jeszcze upiorny śmiech nagranych potajemnie wiedźm z ''Planned Parenthood'', gdy przechwalały się jakie Bentleye czy insze wypasione samochody sobie za to sprawią. Dlatego każda pożyteczna idiotka jaka dała sobie wmówić, że to ''jej brzuch i sprawa'' jest potencjalną dostarczycielką surowca do obróbki biotechnologicznej. Proces jaki przed paru laty wygrała antyaborcyjna działaczka z Nowicką jasno jak na dłoni ukazał, iż ta ostatnia jest typową lewacką dziwką ''tęczawego'' kapitału, ordynarną lobbystką koncernów farmaceutycznych produkujących piguły na sztuczne poronienie itp. - wyrok zawiera skrupulatne wyliczenie takowych firm, stąd żadną miarą nie jest to jakowaś ''teoria spiskowa'', wystarczy zajrzeć doń by zweryfikować fakty. Na tym min. polega skrajny idiotyzm kucerii uznającej kwestie dosłownie życia i śmierci jak aborcja za ‘’tematykę zastępczą’’, mimo iż mają one jak widać konkretny wymiar ekonomicznej eksploatacji już człowieka jako takiego. Pora to sobie wreszcie uświadomić, iż przyszło nam żyć w czasach, gdy samo życie i jego podstawowe procesy jak oddychanie uległy kapitalizacji, stąd dziś najlepsze pieniądze zarabia się na handlu wydychanym w powietrze dwutlenkiem węgla. Każdy z nas czy tego chce lub nie, staje się tym samym generatorem wartości wymiennej, przeliczalnej na konkretne sumy, przez sam nagi fakt biologicznej egzystencji, choćby żrąc i pierdząc przy tym, bo nie zapominajmy o wpływie metanu na globalne ocieplenie klimatu:))). Szydzę, ale naprawdę w nomenklaturze ''zielonego ładu'' Słońce, które nas oświetla darząc życiodajną energią, wiatr działający orzeźwiająco podczas upału, samo powietrze, którym oddychamy, a nawet piękny krajobraz otaczający nas jeśli udało nam się w takowe miejsce utrafić, wszystko to stanowi ''usługi ekosystemowe'' świadczone nam przez przyrodę. Po to więc grzana jest histeria klimatyczna, wykorzystująca cynicznie upośledzone dziewczynki z zapałkami do podpalenia świata pokroju Grety, bo jeśli wszystkie te dane nam przez naturę rzeczy staną się dobrem rzadkim jakoby z winy człowieka, należy je tym samym wycenić i dostęp doń odpowiednio reglamentować.

Jeśli ktoś uważa to za niemożliwą szurię przypomnę, że już dziś właściwie wnosimy opłatę z tytułu samego faktu życia, bo do tego w gruncie rzeczy sprowadza się ''opłata klimatyczna'', a będzie tylko ''lepiej'' czyli gorzej. Z drugiej nie ma co szarpać się z koniem, zbyt poważne siły globalnego kapitału czerpią niepomierne zyski z opisanego tu procederu, byśmy w pojedynkę byli w stanie z nimi wygrać. Prędzej należy znaleźć jakiś alternatywny, ''ekologiczny'' sposób wyzyskania rodzimych pokładów węgla, walcząc oczywiście przy tym o zachowanie jak największego polskiego stanu posiadania w tej mierze. Wreszcie najdobitniejszym ostatnio objawem biopolityki jest rzecz jasna pandemia koronawirusa, i powstały wskutek tego stan chaosu, wymuszający zasadnicze przewartościowanie dotychczasowego porządku gospodarczego, oraz ustrojowego poszczególnych państw. Doprawdy mniejsza z tym, czy przyczyną była tu zaraza jaka zalęgła się ponoć w trzewiach pancernego szczura na drugim końcu Eurazji, czy też jest to atak bronią biologiczną sprokurowaną w tajnych laboratoriach Chin lub USA, jak twierdzą niektórzy. Tym bardziej tyczy to ''szurowskiej'' na pierwszy rzut oka ''teorii spiskowej'', głoszącej jakobyśmy mieli do czynienia z masową histerią rozpętaną w interesie koncernów farmaceutycznych, by nabić kabzę producentom szczepionek. Przyznam szczerze, iż wszystkie te i podobne tłumaczenia mało mnie obchodzą, ze względu na niemożność ich osobistej weryfikacji, stąd nie zamierzam niepotrzebnie zaprzątać sobie nimi głowy. Dla ''szarego obywatela'' jak ja, pozbawionego istotnego wpływu na bieg wydarzeń dziejowych, interesujące są jedynie doświadczane przezeń mniej lub bardziej bezpośrednio skutki ''koronarskiej'' pandemii, te zaś rozpatrując je na chłodno, możliwie trzeźwo sprowadzają się do zaprowadzenia stanu quasi-militarnej mobilizacji, wszakże bez otwartego wypowiadania wojny. W związku z tym przewiduję powstanie Ruchu Wyzwolenia Bakterii i Wirusów walczącego o ich ''emancypację'' atakując farmaceutów i podpalając apteki, na wzór już istniejącego biopolitycznego ''antyspecyzmu'', który uznaje zwierzęta za ''uciskany proletariat'', co każe jego zwolennikom przeprowadzać zamachy terrorystyczne na rzeźników i masarnie. Niestety wróży to również koniunkturę dla rozwolnościowców, żerujących na oporze wobec drakońskich i chaotycznych często obostrzeń ''antypandemicznych'' wprowadzanych przez poszczególne państwa, jak choćby te zarządzone na dniach w Australii. I trzeba przyznać, że niezależnie jak szurowskie formy partyzantka ta przyjmuje, groteskowa przesada sankcji i mnogość wzajemnie sprzecznych rozwiązań panujących w tej materii, stwarza okazję dla szerzenia się najgorszego rodzaju anarchii, bo biurokratycznej, samowoli urzędników i funkcjonariuszy podważającej w rezultacie autorytet państwa.

Niemniej cóż z tego pojmuje przeciętny kuc z jego januszowym, straganiarskim kapitalizmem, co to niby jak ten Atlas z grafomańskich powieścideł Ayn Rand dźwiga na sobie ciężar całej gospodarki? Tym bardziej marksista obecnej doby, którego co najwyżej stać na bełkot o wyzysku ''sexworkerek'', czyli zwyczajnego kurewstwa - jedni i drudzy ze swoimi zdezaktualizowanymi jeszcze w XIX wieku ideologicznymi bzdetami, stoją jednako bezradni wobec opisanych tu biokapitalizmu, jak i towarzyszącej mu biopolityki, czy to idzie o ruch Black Lives Matter, czy też wszelkie postacie ''transpłciowizmu'', ze zmaskulinizowanym, agresywnym [anty]feminizmem włącznie. Co najwyżej koliby sprowadzają to do ''lewackiej szurii'' i efemerycznego ekscentryzmu, a niestety jak widać w tym obłędzie jest metoda. Żaden wolnorynkowiec powtarzam, programowo przywiązany do swej wizji kapitalizmu jakiego świat nie widział, nie ogarnie tematu bełkocząc za to jak Hans-Hermann Hoppe, którego lekturę niedawno sobie odświeżyłem, że wszystkiemu winne a jakże państwo, zwłaszcza stosowane przezeń ''socjalistyczne rozdawnictwo'', które rzekomo rozbiło tradycyjne struktury społeczne, w tym rodzinę. Jest dokładnie na odwrót: rozwój cywilizacyjny, nade wszystko przemiany technologiczne, i stąd przejście z fazy produkcyjnej w konsumpcyjną kapitalizmu, a w końcu obecną biologiczną i zarazem wręcz psychotyczną, spowodowały konieczność przywrócenia przez państwo narodowe ładu, polepienie na powrót w sztuczny sposób wspólnoty, zanikłej wskutek wspomnianych wyżej procesów. Do tego umożliwiły one stosowanie inżynierii społecznej na bezprecedensową w dotychczasowych dziejach ludzkości skalę, bo nigdy dość powtarzania, iż wymiar ekonomiczny konsumeryzmu jest wtórny wobec jego przydatności jako narzędzia politycznej kontroli mas [ omawiałem to we wpisie poświęconym Edziowi Bernaysowi, i tam odsyłam kto chce po szczegóły ]. Nie mam pojęcia co nas wskutek tego czeka, ani nawet jaki nadać temu możliwie adekwatny opis, wiem tylko iż na pewno nie nadaje się do tego zarówno misesowski jak i marksowski talmudyzm, cokolwiek by sobie nie roili fanatyczni wyznawcy obu doktryn, jednako w tym bezradni i to żenująco wręcz, bo niezdolni na gruncie własnych systemów do postawienia choćby samego problemu, nie mówiąc już o jego pojęciowym ujęciu.

Dziś bowiem zapewnienie podstawowych środków do życia wymaga minimalnych w porównaniu z jeszcze nie tak odległymi czasy nakładów sił i pracy, oraz angażuje znikomą w stosunku do ogółu populacji liczbę producentów żywności, czy odzieży itp. Dlatego jak wszystko na to wskazuje kryzys, którego skutki dopiero odczujemy, zwiększy jeszcze zapotrzebowanie na ''gównopracę'', i nie nastąpi żadne ''urealnienie'' gospodarki wydumane przez kucerzy jak i socjalistów, na równi hołdujących podobnie co i Karoń anachronicznym kategoriom ekonomicznym, stąd próbują zawracać kijem Wisłę. I wcale przeczyć temu nie będzie, że najprawdopodobniej idą takie czasy, iż pogardzane tak obecnie buraki mogą stać się nawet na wagę złota dosłownie, bo mieścić się to będzie w opisanej logice biokapitalizmu, podobnie jak lukratywny wielce handel gazem wychodzącym odruchowo z naszych ust, czy wyczarowywanie już wprost z powietrza wirtualnej całkiem waluty. Obecnie kupczy się nie tyle realnym towarem, co przedmiotem sprzedaży jest status, najczęściej urojony - nowobogaccy obnoszą się z wypaśnymi brykami z leasingu, żyjąc w luksusowych apartamentowcach i domach na kredyt, nawet markowe ciuchy na nich bywa są wypożyczone. Jeśli i pieniądze z kont cwelebrytów i januszexów byznesu staną się już całkiem wirtualne, co zresztą byłoby jedynie usankcjonowaniem stanu faktycznego, wyjdzie na to, że te pajace nic tak naprawdę nie posiadają. Poza swym nadętym do niemożliwości ego, i wydumanym statusem rzecz jasna, stąd bronią go tak zaciekle niczym ostatniej urojonej reduty, żywiąc przy tym jadowitą pogardę do stojących od nich niżej w swej opinii, całkiem arbitralnej. Bowiem tam, gdzie zaczyna brakować realnych wyznaczników hierarchii społecznej, w tym majątkowej, niesłychanego znaczenia nabierają jego niematerialne, wyobrażone symulakry jak prestiż płynący z wykształcenia [ coraz bardziej wątpliwy wobec jego dewaluacji ], medialna popularność czy jedyne słuszne poglądy ''lepszego towarzystwa'', tylko w swoim mniemaniu oczywiście. Jednym słowem decyduje to co się akurat dobrze nosi w danym sezonie, ot i cała tajemnica ''konformistycznego buntu'' LGBT czy BLM, ściśle powiązana z psychotycznym charakterem obecnej ekonomii, gdzie biologiczne kategorie płci, seksu i rasy nabierają politycznego, jak i urojeniowego wymiaru, stając się przez to chodliwym towarem na rynku. Zwyczajnie aby uczynić to co do niedawna jeszcze intymne przedmiotem kupna i sprzedaży, należało dokonać na nim takowej operacji reklamiarskiej ideologizacji, nadawszy tym sposobem chwytliwą medialnie markę, w rodzaju fejkowej ''tęczy'' jako rozpoznawalnego w przestrzeni publicznej znaku handlowego.

Państwo w jego narodowej postaci jawi się na tym tle jako bodaj jedyne ''realne'', i kontra wobec procesu niszczenia wszelkiej wspólnotowości, stąd taką nienawiścią i pogardą obdarzają je globaliści wszystkich opcji, tak wolnorynkowych jak i komunistycznych, niezależnie od zaciekłych poza tym sporów między nimi o kształt przyszłego światowego ładu, do ustanowienia jakiego otwarcie już dążą. Przymiotnik ''narodowe'' jest tu kluczowy, gdyż państwo może pełnić też rolę służebną wobec globalizmu, rozbijając wspólnotę na neoplemienne hordy, czyniąc z niej zezwierzęcone ludzkie stado, o to więc jaki będzie mieć ono charakter idzie zasadniczy dla naszej epoki spór. Groteskowo w tym kontekście jawią się archaiczne resentymenty Hoppego, jego postulaty przywrócenia prywatnej jurysdykcji sprawowanej niegdyś przez ''pater familias'', patriarchalnych tyranów jako panów życia i śmierci członków swych rodzin. Owszem, ''archeofuturystyczne'' neo-barbarzyństwo biopolityki pozornie temu sprzyja, tyle że przedrostek ''neo-'' odgrywa tu kluczową rolę. Bowiem nie idzie o prosty regres do prehistorycznych form, lecz odtworzenie ich w zupełnie nowych warunkach, poniekąd stworzenie na nowo, jak by to paradoksalnie nie zabrzmiało. Na tym jednak zasadza się postmodernizm, jako epoka ''po-przyszłości'' i przez to re-konstruowanej tradycji - jeśli komuś brzmi to w wydumany i abstrakcyjny sposób, niechże spojrzy na putinowską Rosję jako żywy dowód tegoż procesu: kraj gdzie kagiebista zgrywa ''katechona'' rewolucji konserwatywnej, zaś Stalin robi za ikonę ''żywej cerkwi''. Wątpię stąd, by restytucja klanowego systemu sprywatyzowanej na powrót [nie]sprawiedliwości jaka marzy się Hoppemu, była akurat możliwa, i nade wszystko pożądana w obecnych warunkach. Śmieszy mnie okrutnie jak kuceria broni kapitalizmu przed nim samym, paradoks polega na tym, że są oni nie mniej żarliwymi krytykami jego obecnej postaci co lewactwo, tyle że czynią to w imię swej ''wolnorynkowej'' utopii, która jako żywo nigdy nie miała nic z nim wspólnego, nawet w mitycznym XIX-ym stuleciu. Konkretnie idzie o ich ból dupy z powodu szykowanego przez globalny kapitał ''wielkiego resetu'' światowej ekonomii, wszystko zaś pod szyldem ''zielonego ładu'', nie będzie więc to oznaczało żadnego ''urealnienia'' ekonomii wymarzonego przez rozwolnościowców, czyli powrotu do wyidealizowanych przez nich zaprzeszłych uwarunkowań gospodarczych, raczej wręcz przeciwnie, takim kierunku o jakim tu mowa: wirtualizacji waluty, automatyzacji produkcji, kapitalizacji podstawowych zasobów jak ziemia, woda, powietrze, wiatr, samo życie wreszcie. Nic z tego nie kumają poza nielicznymi doprawdy wyjątkami, o czym najlepiej świadczą ich brednie utożsamiające etatyzm państwowy z komunizmem nieledwie, gdy ten ostatni ma oznaczać właśnie ich upragniony ''ład bezpaństwowy'', tyle że kucerze roją o nim jako wolnym rynku już na pełnej kurtyzanie [ pisałem o tym obszernie w poprzednim wpisie, i tamże kto chce odsyłam po szczegóły ].
 
Poświęcam im jednak tyle miejsca w kontekście rozważań o biokapitalizmie, gdyż wpisują się weń na równi z ''tęczystami'' czy murzyńskimi rasistami - patrz choćby Zoltan Istvan i jego ''Partia Transhumanistyczna'', choć on przynajmniej stanowi niesłychanie rzadki przykład libertarianina ''wrażliwego społecznie''. Otóż zwraca uwagę na realny problem, jakim już teraz jest rosnąca automatyzacja usług i produkcji, co wcale nie przekłada się automatycznie nomen omen na faktyczny wzrost dobrobytu w świecie Okcydentu, a raczej wydaje się powodować wręcz jego zastój gospodarczy i pauperyzację szerokich mas, zwłaszcza starych ludzi zmuszonych przez brak osłon socjalnych do pracy w podeszłym już wieku. Stawia to pod znakiem zapytania dotychczasową formułę systemu ubezpieczeń społecznych, czemu nie zaradzi podwyższanie wieku emerytalnego noszące wszelkie znamiona ucieczki do przodu, i ma też swe granice - chyba że serio roimy o żwawo zapierniczających w fabrykach 90-latkach. Tak więc w cieniu darcia ryja o rzekomo zagrożonych ''prawach'' wszelkich możliwych dewiantów i grup rasowych, etnicznych czy religijnych, narasta realny problem biopolityczny o którym prawie w ogóle nie prawi się w przestrzeni publicznej, może dlatego, iż stanowi prawdziwą tym razem tykającą bombę zegarową. Otwarcie przyznał to Ralf Fücks, niemiecki eko-bolszewik w swej pracy traktującej o ''zielonej rewolucji'' - między rytualnymi frazesami o ludzkim rzekomo sprawstwie zmian klimatycznych, zawarł jednak sporą dawkę trzeźwego oglądu spraw, zaskakującą jak na lewackiego oszołoma. Otóż napisał on wyraźnie co następuje, cytuję z setnej strony:

''Wobec wykazującej tendencję spadkową liczby ludzi prowadzących działalność zarobkową finansowanie zadań publicznych nie może już odbywać się poprzez podatki i obciążenia nakładane na dochody z pracy. Będzie ono w przyszłości przesuwać się w kierunku podatków za zużywanie i wykorzystywanie zasobów. Musi również zwiększyć się wkład dochodów z majątku. W wyniku zmiany demograficznej zdolność państwa socjalnego do świadczeń będzie się ostatecznie wyczerpywać. Tym ważniejsza staje się zdolność społeczeństwa do samopomocy. Zaangażowanie obywatelskie, działalność honorowa, inicjatywy sąsiedzkie i projekty spółdzielcze staną się ważniejsze niż dotąd.''

- ot, i całe wyjaśnienie takiego parcia na zaprowadzenie ''eko-porządku'' w gwałtownie starzejącej się Europie, stanowiącej jak sam przyznaje ''przypadek szczególny'', gdzie ''po raz pierwszy w historii ludzkości rozpoczął się długotrwały spadek liczby ludności w czasach znacznego dobrobytu i trwałego pokoju'', co ''odwraca całkowicie dotychczasowy wzorzec ewolucji'', bowiem ''dotąd wzrost ludności szedł równolegle z rozwojem sił wytwórczych''. Niestety, zdaje się, że ofiarą tego pada właśnie polskie górnictwo, przynajmniej węglowe bo jakoś dziwnie zaraza omija póki co kopalnie miedzi:). Szydzę, ale nie jest mi do śmiechu, sądzę zresztą, iż nie przypadkiem do jakże niewdzięcznego zadania PiS wyznaczył nieudacznika Sasina, o którym już parę lat temu pisałem w komentarzach na blogu Foxa, iż powinień siedzieć na równi z Tuskiem i Komorowskim za to, co wyprawiał w Smoleńsku, i to podtrzymuję. Nie ujmą się jednak za górnikami kucerze, dla których wszystkie pracownicze związki należałoby posłać na Powiązki, zaś same kopalnie ''sprywatyzować'' czyli porosprzedawać obcemu kapitałowi, boć przecież wszystko co państwowe i narodowe przy tym im cuchnie, jest ''nieefektywne''. Tym bardziej autentycznym rzecznikiem rodzimych proletariuszy nie będą ''razemkowe'' burżuje na czele z towarzyszem-mikroprzedsiębiorcą Zandbergiem, skompromitowane w dodatku niedawną aferą z przepierdalaniem publicznej kasy - mają zresztą ''poważniejsze'' problemy, jak uczczenie z ich inicjatywy Róży Luksemburg, fanatycznie wrogiej polskiej niepodległości żydowskiej komunistki, więc samo wniesienie takowego kuriozum pod obrady Sejmu stanowi przykład wyjątkowo bezczelnej głupoty, bo to niemal jakby domagać się od Knesetu upamiętnienia Hitlera. Ostawmy to, realnym problemem biopolitycznym jest nieuchronna ''konwergencja katastrof'' w lokalnym wydaniu jaka nas czeka w najbliższych latach, czyli kumulacja kryzysu demograficznego, ''koronawirusowego'' i wskutek tego potrzeby radykalnej przebudowy dotychczasowego porządku ekonomicznego i społecznego, w tym edukacji a nade wszystko strategicznej wręcz w tej perspektywie służby zdrowia.

Stanowi to konieczność, bowiem i nasze społeczeństwo trawi plaga niemal całego współczesnego świata [ za wyjątkiem bodaj Afryki ] radykalnego zerwania ciągłości pokoleń, masowej już samotności, by dać obraz skali zjawiska szacuje się, że w samej tylko Wielkiej niegdyś Brytanii dotyczy to bezprecedensowej w dotychczasowych dziejach liczby ponad 7 i pół miliona osób. W tym szczególnie przykry los czeka starzejące się ''singielki'', które wesoło balując do 40-tki budzą się nagle z twarzą w nocniku bez męża i dzieci, ani szans na założenie rodziny, bo też i z cudem graniczy znalezienie godnego zaufania małżonka w świecie przygodnych związków, tym bardziej gdy samemu ochoczo praktykowało się ''poliamorię'' czyli pokątne dawanie dupska, o biologicznych ograniczeniach możliwości rodzicielstwa już nie wspominając. Czeka więc je los wspominanej już tu żony Macrona, tak zdesperowanej i przerażonej wizją samotnej starości, że gotowej przykleić się do byle pedała, który będzie traktował jak ścierkę stare pudło i zdradzał notorycznie z homo-Chadami. Żadne operacje plastyczne i tony botoksu nie uchronią je przed samotnym końcem w przytułku, ze zrytym przez setki Enrique'ów i Mokebe tyłkiem podczas sexturystycznych wypadów, gdzie czarna lub ciapata rasistowska pielęgniarka będzie napierdalała wściekle ich siwym łbem o ścianę, wyzywając je przy tym od ''białych suk''. Zresztą pacjentki domów starości mogą zdechnąć z głodu nawet bez złej woli personelu, bo ten zwyczajnie nie będzie znał ich języka, stąd i rozumiał poleceń, jak to ma miejsce choćby coraz częściej w Szwecji. Dlatego zgłaszane są już jawnie postulaty zaprowadzenia przymusowej eutanazji po 75-ym roku życia, jak niedawno w Holandii a jakże, oraz praktyki ''kompostowania'' zwłok, zamiany człowieka w ''nekropersonę'', czyli ludzki obornik, i związanej z tym likwidacji ''nieekologicznych'' praktyk pochówku jak drewniane trumny z metalowymi okuciami i solidne, wykonane z trwałych materiałów nagrobki, zastąpienie ich ''biodegradowalnymi'' mogiłami z sadzonkami drzew coby trup posłużył za nawóz dla nich, ''dając życie'' nowym formom istnienia przyrody. Żadne to ''lewackie szaleństwo'' jak pierniczą kuce, a perspektywiczny biznes w świetle opisanych wyżej trendów masowej samotnej starości i śmierci, oraz logiczne poniekąd wyście, skoro i tak nie będzie komu z braku potomków dbać o groby i cmentarze na których spoczną zmarli bezdzietnie ludzie - a ponieważ patologia trawi również nasz naród, więc zapewne stanowimy ostatnie pokolenia celebrujące Wszystkich Świętych, przynajmniej na taką skalę. I tak oto konsument i -tka sami zostaną skonsumowani, zutylizowani po zużyciu się na własne poniekąd życzenie - aby osłodzić nieco grozę nieuchronnego użyźnienia swym ścierwem gleby, już otwarcie bez łudzenia się co do jakichkolwiek form upamiętnienia na tym padole wyjałowionej ze szczętem egzystencji, dotychczasowe antropocentryczne religie, w tym szczególnie chrześcijaństwo polegające na wierze w Boga Żywego i Wcielonego w konkretną osobę, ustąpią powszechnie panteistycznej tech-gnozie, doktrynom post-natury sankcjonującym biotechnologiczne praktyki manipulacji życiem, włącznie z wspomnianym czynieniem z ludzi obornika. 
 
Powtórzę więc, com już pisał a propos ''nekropersonalizmu'' Ewy Domańskiej, iż bolszewicy i naziole byli skończonymi durniami tak brutalnie i mechanicznie przyspieszając procesy ''humifikacji'' całych społeczności - macherzy ''zielonego ładu'' mają od nich zdecydowanie więcej rozumu, i działają przemyślniej, dzięki temu masy współczesnych pożytecznych idiotów a kretynek zwłaszcza same ochoczo dają się zamykać w auszwicach naszych powszednich, gotowe dobrowolnie ubrać ''tęczawy'' elgiebetowy pasiak i żreć wegańską breję z lebiody, by na koniec poddać się utylizacji, oczywiście ''dla dobra planety''. ''Zielony'' eko-bolszewizm nieuchronnie więc wypiera związany z industrializacją ''czerwony'', i niestety ma on wszelkie szanse dalszej ekspansji w świetle opisanych wyżej procesów, podobnie jak ''transpłciowe'' i post-rasowe formy biopolityki. W takim świecie na szaleństwo wręcz zakrawa zakładanie rodziny, i to nie z powodów ekonomicznych, co nade wszystko obyczajowej i cywilizacyjnej wręcz natury, aczkolwiek ma to swój wymiar gospodarczy, wszakże tyczący współczesnego ''biopsychokapitalizmu'', stąd nie zaradzą temu anachroniczne metody rodem z XIX stulecia, typu postulowane przez post-korwinowych stulejarzy niskie podatki ''jak za Hitlera''. Ryzykujemy bowiem w ten sposób, że skończymy u boku pomiatającej nami i zdradzającej notorycznie ''poliamorystki'' ze zrytym serialami łbem, bachory zaś nam się spedalą, lub ostaną pospolitymi degeneratami nie szanującymi rodziców. Z drugiej ''niezależne'' od nikogo życie na kredyt skazuje nieuchronnie na jałową, samotniczą egzystencję, choćby nie wiem jak desperacko wypełniać powstałą w ten sposób próżnię wszelkimi używkami i wyuzdanym seksem, by w końcu przepaść całkiem bez śladu jako post-ludzki kompost. Dlatego mimo wszystko ten a zwłaszcza ta kto podejmuje choć próbę wyjścia z matni, zakładając rodzinę w możliwe młodym wieku, i rodząc dzieci ma jednak większe szanse chociaż uniknięcia strasznego losu starego ''singla'' i szczególnie ''singielki'' - rodzina dziś to wielce ryzykowna, szalenie niebezpieczna wręcz, wszakże opłacalna summa summarum inwestycja, nawet przy uwzględnieniu ponoszonych na jej rzecz kosztów i wyrzeczeń [ rzecz jasna za wyjątkiem tych, co z przyczyn od się niezależnych np. bezpłodności lub obłędu, pozbawieni zostali ku temu możności ]. Ku przestrodze powinien zostać nakręcony serial ''Śmierć w wielkim mieście: Carry Bradshaw 40 lat później'': byłby to ponury dramat w najgorszym bergmanowskim stylu, przedstawiający ją jako starą, spłukaną ćpunkę ze spauperyzowanej klasy średniej uzależnioną od opiatów, a niechby i obrzydliwie bogatą, lecz przeraźliwie samotną, zmuszoną przez to opłacać żigolaków i Chadów, by ją pieprzyli, bo nikt inny dobrowolnie nie chce już ruchać starego próchna, cuchnącego jak mokry pies.

Nieciekawie w świetle powyższego jawią się perspektywy tytułowej wielkomiejskiej biomasy, najczęściej przyjezdnych ćwoków z kompleksem prowincjusza, stąd dumnych wielce ze świeżo zyskanego statusu ''światowca''. Jak trafnie spostrzegł ostatnio Marek Cichocki, ich egzystencja przestanie być już tak wesołkowata jak dotąd, wskutek obostrzeń zaprowadzanych w ramach zwalczania koroniarskiej pandemii. Abstrahując całkiem, czy faktycznie mamy z takową do czynienia, lub też grzaną celowo masowo histerią, skutkiem tego możliwe jest zaprowadzenie stanu wyjątkowego i jako się rzekło niemalże militarnej mobilizacji społecznej, bez otwartego wypowiadania wojny. Dzięki temu nastąpiło min. faktyczne urealnienie ekonomii np. okazało się, iż większość korporacyjnej ''gie-roboty'' można spokojnie wykonywać zdalnie, i ludzie nie muszą przesiadywać w niej po 12 godzin, dusząc się wzajem niczym stadne szczury w biurowcach, te ostatnie więc będą najprawdopodobniej pustoszeć, a na pewno użytkowana przez znajdujące się w nich firmy przestrzeń gwałtownie skurczy się. Toż samo jednak tyczyć będzie swobody poruszania się, i rosnącej samoalienacji w wielkim mieście człowieka, wskutek konieczności zachowania ''dystansu społecznego'', oraz innych obostrzeń szczególnie ostro odczuwalnych właśnie w metropoliach. Rzecz jasna wielu nie podporządkuje się ograniczeniom, a skala wykroczeń zależeć będzie od czynników dwojakiej natury, tak siły oporu ze strony mieszkańców, jak i na ile samej władzy starczy mocy niezbędnej do wyegzekwowania własnych rozporządzeń. Nawet jednak jej przewidywalna niestety nieudolność, i pospolitość ''antypandemicznej'' przestępczości będzie związana z ryzykiem płynącym z łamania prawa, nie mówiąc już jakie demoralizujące skutki przyniesie to przy takowym obrocie spraw. Zresztą znając podatność ludzi na oddziaływanie zbiorowej histerii grzanej przez media antyspołecznościowe zwłaszcza, spokojnie można przewidzieć, iż zdecydowana większość jednak ulegnie, i sama będzie trzymać się za twarz własnym strachem, obawą o życie, oraz pilnować sąsiadów a nawet członków sypiącej się i tak szczególnie w metropoliach rodziny. W tle zaś następuje fenomen znacznie poważniejszy, jaki już od pewnego czasu możemy obserwować w Stanach i Europie Zach., ale zapewne stanie się on wkrótce i naszym udziałem, w odpowiednio tylko mniejszej skali [ bo na szczęście dla nas samych jesteśmy ''zachodnią peryferią Azji'' ] - o tym jednak następną razą...

piątek, 31 lipca 2020

Płeć urojona.

Asumpt do niniejszego wpisu dała głośna ostatnio ''konwencja stambulska'', należy wpierw objaśnić co z nią nie tak, bo nastąpiło tu spore materii pomieszanie, i to po obu stronach politycznego sporu. Oczywiście nie idzie tu o żadną ''ochronę kobiet przed przemocą'', a w każdym razie na pewno nie tylko o nie jak zaraz się przekonamy. Jednak nie jest też tak, jak to przedstawił red. Otokeł jakoby Niemcy próbowali nam w ten sposób narzucić własne prawodawstwo, oni wykorzystują ją jako okazję, by nas ''ucywilizować'' na swoją modłę. Po pierwsze pomyliła mu się Rada Europy, której dokumentem jest rzeczona konwencja, z Unią Europejską a to co inszego, choć jednako z nich rakowate twory globalistyczne, niemniej. Wyłazi zeń też nieprzezwyciężony mentalnie korwinizm, czyli zafiksowanie na kwestiach ekonomii jako rzekomo podstawie wszelkiej racji, i stąd ignorancja zagrożeń w sferze kulturowo-cywilizacyjnej, oraz obyczajów. Zło tej konwencji polega na czym innym - idzie o to, że wprowadza ona jak bodaj żaden inny dokument międzynarodowy zakaz dyskryminacji ze względu na ''płeć społeczno-kulturową'', sztuczny genderowy twór ideologiczny. Konkretnie pkt.3 art. 4 oraz art.6, co może powodować, że jeśli jakaś facetka sprawi w samoobronie srogi łomot napastnikowi, ten zaś poda się za płeć odmienną, to ona będzie odpowiadać za ''przemoc wobec kobiet''. Nie są to niestety kpiny, podobne sytuacje mają już miejsce np. w Wielkiej niegdyś Brytanii do kobiecego więzienia wsadzono pedofila i gwałciciela kobiet, bo sam uznał się za babę - dopiero jak zaczął robić za kratami to samo co na wolności, przenieśli go tam gdzie jego miejsce, czyli do męskiej części. Dobrze, iż wyspiarze nie ratyfikowali tej konwencji, inaczej byłby w prawie odwołać się jako ofiara ''dyskryminacji'' ze względu na swą ''płeć społeczno-kulturową''. Ponieważ współcześni post-Polacy to gęsi, więc bezmyślnie małpują wszelkie tego typu głupoty, i owszem doczekaliśmy się również podobnego pajaca, niejakiego Michasia Sz. z ''elgiebetowego'' kolektywu ''Stop Bzdurom'' [sic!] identyfikującego się jako Małgorzatka... I naprawdę tak go oficjalnie tytułują nie tylko ''tęczawe'' portale, ale i media głównego ścieku, by wymienić onet, ''politykę'' czy tvn ofkors. Bidny Małgoś, współczujemy mu życia pod butem ''homofobicznego'' reżimu, zachęcając zarazem, by ten coś czymkolwiek onże jest ''wybrało wolność'' z dala od dusznej atmosfery panującej w ''tenkraju'', świat czeka by podzieliło się wreszcie z nim swymi talentami, zamiast tylko męczyć bułę na miejscu [ ale od tego niestety toto jest ]. Wracając do konwencji - również art. 60 nakazuje wprost uwzględnianie kategorii ''gender'' w przyznawaniu wniosków o azyl i statusu uchodźcy, a więc jeśli jakiś cwany migrant poda się za kobietę represjonowaną rzekomo ze względu na swą ''płeć urojoną'' w kraju pochodzenia, dostanie odpowiednie papiery i będzie traktowany jako godna pożałowania jej, prześladowana uchodźczyni. Wreszcie pkt.4 art. 4 rzeczonej konwencji sankcjonuje ''nadzwyczajne ustawodawstwo'', czyli de facto bezprawie, w imię ''zwalczania dyskryminacji i przemocy'', stanowiąc, iż:

''Specjalne środki, niezbędne do zapobiegania przemocy ze względu na płeć i ochrony kobiet przed taką przemocą nie są uznawane za dyskryminację w myśl zapisów niniejszej konwencji.''

- czyli ''dyskryminacja pozytywna'', głównie mężczyzn, ale i tych kobiet, które będą stawiać opór rozwiązaniom lansowanym przez niniejszą konwencję np. ofensywie ideologicznej gender w szkołach.

Co prawda można to również potraktować jako zastrzeżenie przed ewentualnymi oskarżeniami o ''islamofobię'', bowiem art. 42 uznaje za niedopuszczalne usprawiedliwianie tzw. ''morderstw honorowych'' popełnianych na kobietach głównie przez muzułmanów. I słusznie, tyle że z krajów muzułmańskich konwencję podpisała jedynie Turcja, a to w nich przydałoby się najbardziej jej surowe egzekwowanie. Kraje zachodniej Europy i Skandynawii są zaś bezsilne wobec ogromu przemocy seksualnej ze strony głównie przedstawicieli diaspory migranckiej, jak wygląda to w praktyce wystarczy obaczyć u Niemców, którzy tak bardzo lubią nas pouczać co do przestrzegania ''praworządności''. Od lat funkcjonuje tam portal zajmujący się dokumentowaniem morderstw "honorowych" na kobietach, głównie o islamskich korzeniach, lub żyjących w związkach z muzułmanami, zawierający porażającą statystykę - oto przypadki zabójstw tylko z tego roku. Z końcem czerwca niemiecka min.ds.rodziny podała też szokujące dane dotyczące rytualnego okaleczania kobiet w RFN - okazało się, że z 50 tys. w 2017r. w 2020 zrobiło się 68 tys. i nawet prorządowa tuba ARD przyznała, że "problem rośnie wraz z migracją". Szwecji ratyfikacja ''antyprzemocowej'' konwencji nie uchroniła przed falą gwałtów i morderstw popełnianych na kobietach przez sprawców wywodzących się głównie spośród migrantów, najczęściej z krajów muzułmańskich. Wymieńmy choćby sytuację jaka miała miejsce niedawno w Uppsali, gdzie skończyło się ''tylko'' na pobiciu i ciężkich obrażeniach dwóch Szwedek, zaczepionych bezczelnie wyzwiskami przez jakiegoś nachodźcę - gdy zwróciły mu uwagę, odpowiedział wyraźnie dumny z siebie, iż bije kobiety dla przyjemności, po czym rzucił się na nie. Na ich szczęście uratowała je pomoc mężów z którymi wybrały się wtedy na miasto, tyle że w sukurs bandziorowi ruszyli jego ziomkowie z migranckiego gangu, i nie wiadomo jakby rzecz się skończyła, jeśliby nie zainterweniowała ochrona z pobliskiego baru. Wspominałem tu również onegdaj o mordzie jaki popełnił na swej szwedzkiej Julii kurdyjski Romeo, jednak ostatnio wyszły szokujące szczegóły zbrodni - otóż Tiszko Ahmed, bo o nim tu mowa, uciął głowę blond ''wybrance serca'' Wilmie Andersson, po czym owinął ją w folię, zapakował w walizkę i zabrał w podróż samolotem do Iraku skąd pochodził, gdzie też w jego rodzinnym domu dokonano makabrycznego odkrycia... U nas jednak póki co nie jest to na szczęście problem, za to niniejszy dokument pełni rolę narzędzia nacisku na polski rząd, dla wprowadzania pod szczytnym jakoby pozorem patologicznych rozwiązań w naszym systemie prawnym i edukacji. Poza tym jako się rzekło nie o kobiety się tutaj rozchodzi, a w każdym razie nie tylko o nie, ale również zboczeńców i niebezpiecznych dla otoczenia degeneratów, którzy się za nie podają, co ''konwencja stambulska'' sankcjonuje pomyloną całkiem kategorią ''płci społeczno-kulturowej'' niezależnej jakoby od biologicznej. Pod tym względem również złym przykładem może służyć Szwecja, gdzie przed dwoma laty zaprowadzono specjalnym ukazem operacje ''zmiany płci'' już u 15-letnich niedorostków, i to mimo iż wiele z tych dzieci jeszcze według oficjalnych badań cierpi na poważne zaburzenia psychiczne. Co zaskakujące w tak ''sfeminizowanym'' wydawałoby się kraju, są to głównie dziewczynki, które pragną zostać ''chłopcami'' - na miano czystego sk*ństwa zasługuje, iż zamiast poddać nieszczęsne pomylone leczeniu i odwieść od fatalnej decyzji, utwierdza się je w obłędzie okaleczając przy tym, a wszystko w imię rzekomo ''zwalczania przemocy wobec kobiet''!

Nie będę ciągnął wątku, bowiem rozpisywałem się już i to nie raz, jakim raczyskiem ideologicznym jest ''elgiebetyzm'', gendryzm a zwłaszcza post-genderyzm, o którym póki co u nas cicho, gdyż to jeszcze nie ten etap ''postępu''. Tym bardziej więc należy uświadamiać gdzie się tylko da, że programowe rozmywanie kategorii płciowości, i promocja zboczeń czy jak kto woli ''eksperymentów z własną seksualnością'', stanowić ma jedynie wstęp do jej całkowitej likwidacji! W zamyśle opętanych ideologów celem jest ''wyzwolenie'' człowieka z ''binaryzmu płci'', i w ogóle samego człowieczeństwa, jego transhumanistyczna radykalna rekonfiguracja - a że to niemożliwe? Dla tych fanatyków jeśli fakty przeczą arbitralnie przyjętym teoriom, tym gorzej dla faktów, tak więc żadne odwołania do rzeczywistych uwarunkowań i ograniczeń nie powstrzymają entuzjastów, bodaj najgorszej zarazy jaka może istnieć na tej planecie, i doprawdy obojętne już czy idzie o ''transpłciowość'', czy też totalny ''wolnorynkizm'' jakiego świat nie widział, i nigdy nie obaczy. Przypomnę więc tylko, iż jednako postawy te są podszyte nihilizmem, mimo szumnych odwołań do ''prawa naturalnego'' w rothbardiańskim akapie, i stąd histerycznie wyolbrzymiają jednostkę podnosząc ją do rangi absolutu. Posiada ona jakoby prerogatywę dowolnego dysponowania sobą, czy tyczy to elementarnych uwarunkowań typu płeć lub rasa, czy też swobodny dryf ''kontraktualnych'' relacji międzyludzkich, na mocy totalnego niemalże prawa samowłasności, jakie rzekomo jej przysługuje [ a w gruncie rzeczy sama je sobie arbitralnie nadała ]. Paradoksalnym efektem tego jest całkowita anihilacja, i pognębienie człowieczeństwa, bo jak coś chce być wszystkim okazuje się w końcu niczym. Nie przeczy to wszakże politycznej jałowości takichże fenomenów, i to nawet jeśli przybierają one rozmiary prawdziwej plagi społecznej trawiącej ocalałe resztki cywilizowanego świata. Dlatego nie należy stąd wyciągać wniosku, o jakoby lekceważeniu ich niszczącego wpływu - nie jest mi do śmiechu, gdy natrafiam w fachowym periodyku dla polonistów na artykuł ''naukawy'' o tytule: ''Gombrowicz od tyłu. Projekt krytyki analnej'' zawierający aż 40 stron PDF [!!!] niemożliwego pier****nia o ''rewolucyjnym potencjale tezy, iż ''odbytnica jest grobem'' w którym pogrzebana została męskość hegemoniczna, i fallogocentryczna'', bo to widomy dowód upadku naszej cywilizacji, i równi pochyłej po jakiej staczamy się coraz gwałtowniej.

Nie muszę zaś chyba mówić czym to nam grozi w konfrontacji z postkomunistycznymi Chinami, które przez ten czas nie tylko kradły technologie z Zachodu, ale i szkoliły własnych specjalistów, jacy teraz je twórczo u siebie rozwijają. W efekcie wyprzedzili go jeśli idzie o zaawansowanie prac na siecią 5G oraz ''internetem rzeczy'', czy tzw. AR od ''augmented reality'' - rzeczywistości poszerzonej o oddziaływanie urządzeń elektronicznych. Dlatego jako wyraz desperacji i widomy dowód porażki należy rozpatrywać celowe zapewne grzanie odjechanych teorii o szkodliwym oddziaływaniu rzeczonej technologii, bo  nie wierzę w ''spontaniczny'' charakter akcji masowego niszczenia masztów 5G jaka miała niedawno miejsce w Wielkiej niegdyś Brytanii, przedsięwzięcie na taką skalę wymaga koordynacji działań na poziomie niedostępnym byle szurom czy zwykłym ignorantom skrzykującym się na profilach antyspołecznościowych. Prędzej jako narzędzie nacisku na tamtejszy rząd, i skuteczne jak się okazało, bowiem niedawno zrezygnował on z usług Huawei przy budowie krajownej sieci 5G, to jednak nie rozwiązuje sprawy. Wprawdzie sankcje powzięte przez administrację Trumpa uderzyły mocno w chińską firmę korzystającą z usług producentów z USA czy Europy, a nade wszystko Tajwanu i Korei Płd., najbliższe lata pokażą jednak czy CHRL doczekała się w międzyczasie własnych kadr zdolnych do samodzielnego wytwarzania zaawansowanych technologii, a mają na to przynajmniej realne widoki. Póki co uruchomiony właśnie przez komunokapitalistyczne Chiny system nawigacji satelitarnej Beidou-3, ma być dokładniejszy od GPS'a, stąd czujący oddech konkurencji na karku Amerykanie musieli spiąć ostro poślady, by ten ostatni udoskonalić. Tym bardziej, iż oba mechanizmy mimo ich komercyjnego wykorzystania mają głównie militarny charakter, i służą nade wszystko nadal koordynacji działań wojska, czego zresztą Pekin nawet niespecjalnie ukrywa, dlatego USA utworzyły w kontrze swe dowództwo sił kosmicznych. Do tego samego dąży Japonia rozważając także umieszczenie na orbicie własnego satelity bojowego, bowiem jak twierdzą jej władze CHRL posiada sondy wyposażone w broń elektromagnetyczną, ale i robotyczne ramiona pozwalające bezpośrednio razić ''obiekty latające'' wroga. Ba, nawet Indie pracujące nad własnym programem kosmicznym, dołączyły już blisko półtora roku temu do elitarnego klubu państw dysponujących systemami niszczenia wrażych satelitów za pomocą wystrzeliwanych na orbitę okołoziemską rakiet. Rzecz jasna nie tylko nawigacja satelitarna, ale i wspomniana wyżej technologia 5G ma mimo swej niewątpliwej komercyjnej użyteczności, nade wszystko wymiar wojskowy, antycypacją tego co nas może czekać pod tym względem jest ostatnia fala ataków ''ransomware'' na istniejące już sieci przesyłowe, którego ofiarą padło wiele korzystających z nich przedsiębiorstw np. na dniach gigant rynku ''smartwatch'y'' Garmin. Działalność firmy została praktycznie sparaliżowana przez rosyjskie cyberkomando o nazwie EvilCorp, którego mniemany szef ma współpracować rzecz jasna z FSB - ponieważ koncern podejrzanie szybko wznowił produkcję, świadczy to iż prawdopodobnie zapłacił hakerom okup, łamiąc tym samym sankcje finansowe nałożone przez USA na Rosję.

Rozpisuję się o tym pozornie tylko poza tematem, gdyż jasnym jest dla każdego trzeźwego obserwatora narastającego globalnego konfliktu z jakim mamy obecnie do czynienia, że górę weźmie w nim ten, kto będzie miał niezbędne ku temu, zaawansowane technologicznie narzędzia, i specjalistów do ich wytworzenia oraz obsługi. Potrzebni nam są więc ludzie dysponujący realną wiedzą z zakresu nauk technicznych, biologii i matematyki, którzy pociągną naszą cywilizację dając jej szansę na rozwój, a nie ''transpłciowi'' w swym mniemaniu adepci chujmanistyki za przeproszeniem. Jedynie przywrócenie w edukacji tego, co ci paraintelektualni terroryści określają mianem ''logocentryzmu'' może dać im należyty odpór, do tego zaś niezbędnym jest także właściwie pojmowana filozofia, w tym nauki prawne, i zwłaszcza epistemologia, o czym jeszcze za chwilę. Zresztą być może rozplenienie się ''junk sciences'' w świecie Okcydentu, którego jesteśmy faktyczną eurazjatycką peryferią, stanowi oznakę zbliżającego się w gwałtownym tempie końca nauki akademickiej w jej obecnej postaci przynajmniej. W sumie słusznie, bo jeśli studenci mają trawić czas na podobne brednie mieszające im tylko niepotrzebnie we łbach, a co poniektórzy i zwłaszcza -re ustawiać na tym swoją pożal się karierę ''naukawą'', to lepiej aby uniwersytetów, gdzie dochodzi do takowego skandalu w ogóle nie było. Owszem, specjaliści od tzw. ''nauk ścisłych'' oraz zaawansowanej inżynierii stosowanej, jeśli nie zostaną poddani odpowiedniej ''obróbce'' etycznej, mogą również stać się ''technobarbarzyńcami'' gotowymi akceptować najdziksze eksperymenty na ludziach, traktując ich niczym laboratoryjne szczury czego dowodem niesłynny dr. Mengele, i cała plejada podobnych mu ''lekarzy gazujących''. Na pewno jednak nie nauczą ich cnoty intelektualnej spier****ny umysłowe ze zrytym od ''płci psychospołecznej'' i tego typu głupot łbem. Zarazem gwoli uczciwości należy przyznać, iż postępująca ''cyborgizacja'' jednostek ludzkich, oraz ''fantomatyzacja'' doznawanej przez nich rzeczywistości, tak poprzez otoczenie technologiczne w jakim funkcjonują, jak i powszechne niemal w użyciu syntetyczne narkotyki modyfikujące trwale zazwyczaj percepcję, sprzyja niewątpliwie szerzeniu się podobnych guseł i zabobonów. Otwartym pozostaje więc kwestia, czy aby rozwój technologiczny nie stwarza paradoksalnie warunków swej niemożności, tworząc takowych ''technobarbarzyńców'' z wypłukanym z wszelkich istotnych treści umysłem?

Tym bardziej jednak nie należy nadawać ''naukawej'' sankcji genderowym bredniom, bo nigdy dość powtarzania, iż to przepis na cywilizacyjną katastrofę, jaka niechybnie nas czeka, o ile wczas nie opamiętamy się. Nic się pod tym względem nie zmieni, dopóki beznadziejni decydenci pokroju Gówina będą chronić uprawiających proceder intelektualnych przestępców nie waham się rzec, w imię rzekomej ''wolności badań naukowych'', z którymi podobne gusła jako żywo nie mają nic wspólnego. Potrzebny nam jest odgórnie zaprowadzony ład, gdzie jak w porządnym kapitalizmie państwowym rząd wyznacza strategię i ogólne cele, koordynując prace zespołów uczonych i prywatnych podmiotów, zlecając im całą resztę w której wyręczą go lepiej od biurokratycznych agend samego państwa. Dzięki temu władza oszczędza sobie niepotrzebnego zachodu, zaś kapitał ludzki, wiedzy jak i pieniądza ma interes w sprzyjaniu własnemu krajowi. Pytanie, czy takowa optymalna sytuacja może mieć miejsce i u nas? - nie chcę dołączać do chóru tanich szyderców projektu ''elektromobilnego'' samochodu, jednej ze sztandarowych inicjatyw Morawieckiego, więc pozwolę sobie jedynie wyrazić uzasadnioną jak sądzę obawę, czy aby nie okaże się to kolejnym pretekstem do ''przewalania budżetu'', jak miało to miejsce z niesłynną korwetą ''Gawron'', kosztującą nieproporcjonalne zupełnie nakłady w stosunku do finalnego efektu. Wszakże nie oznacza to uznania wolnorynkowych przesądów, innego zabobonu naszych czasów, równie pustoszącego zwłaszcza młode, lub wiecznie infantylne umysły co wszelkie ''elgiebety'' i psychopłciowe fantazmaty - ''samo się'' nie zrobi, potrzebny jest powiadam odgórnie narzucony plan, konsekwentnie wdrażana strategia rządowa realnie oceniająca nasze możliwości, bez groteskowego sadzenia się, że to prawda panie ''dogonimy i przegonimy'', ale i pozbawiona zbędnych kompleksów. Nie mam złudzeń, iż wielcy tego świata pozwolą nam na jakowyś ''polski Microsoft'', nie mówiąc już o własnym programie kosmicznym, abstrahując całkiem czy w ogóle znalazłyby się na miejscu niezbędne ku temu kapitały i specjaliści. Możemy jednak gospodarząc dobrze swymi skromnymi dość zasobami, zyskać przynajmniej szansę stania się producentem zaawansowanych technologicznie podzespołów dla globalnych gigantów, a może i nawet zagospodarować samodzielnie jakiś niszowy segment światowej ekonomii. Nie mamy zresztą wyjścia, bo dalsze jechanie na ''byznesowym januszostwie'' jest niemożliwe w obliczu wyczerpywania się rezerw taniego pracownika, kontynuacja zaś dotychczasowego modelu neokolonialnego kapitalizmu a la Baal-cerowicz, i zasypywanie powstałej luki demograficznej robolem z Ukrainy, a nawet drugiego krańca Eurazji, to w obliczu strukturalnej słabości państwa, oraz przeżywającego potężny kryzys tożsamości narodu podatnego niestety na obce wpływy, grozi stanem permanentnej destabilizacji politycznej i społecznej - zwyczajnie nie stać nas na to, w każdym możliwym tego sensie.

Dobra, czas kończyć, bo wpadam w kasandryczne tony, a nie o to przecież idzie, tylko by opamiętać się póki nie jest za późno. Kto szuka dodatkowych argumentów przeciwko pladze ''płci urojonej'', odsyłam do prac czołowego bodaj epistemologa w Polsce, teoretyka metodologii nauk Adama Groblera, który przeprowadza jej krytykę z pozycji racjonalistycznych i świeckich jak najbardziej. Wykazuje on wprawdzie, iż w świetle obecnego stanu wiedzy zastarzały XIX-wieczny jeszcze pozytywistyczny paradygmat ''naukowej pewności'' jest nie do utrzymania, wszakże nie płynie stąd ekstremalny wniosek jaki wyciąga z tego faktu akademicka lewica, jakoby prawda była li tylko kwestią językowej konwencji i arbitralnej uznaniowości. Prowadzi to bowiem do takich absurdów jak ''genderyzm'' właśnie, bazujący na założeniu, że można dowolnie zamianować się mężczyzną lub kobietą, albo ''transpłciowym'' mutantem za pomocą neoszamańskich formuł magicznych, zwanych dla niepoznaki ''wypowiedziami performatywnymi''. Język i jego pojęcia, owszem uwikłany w historię i kontekst danej kultury, religii etc. nie stanowi przez to wiernego odzwierciedlenia rzeczywistości, wszakże zachodzi między nimi relacja podobieństwa, pozwalająca traktować słowa niczym mapę, także przecież nie odwzorowującą dokładnie rzeźby terenu, a jedynie wskazującą na punkty orientacyjne umożliwiające nam odnalezienie się jakoś w przestrzeni. Płynący stąd zdrowy sceptycyzm wobec wszelkich uchodzących za ''naukowe'' zakamieniałych dogmatów i ''konsensusów klimatycznych'', nie jest tym samym więc co jawny nihilizm postmoderny, i jej wiara w gusła i zabobony pokroju iście magicznego konstruktu ''psychopłci'', czy wręcz posthumanistycznej modyfikacji człowieka za pomocą czysto językowej operacji, konkretnie neutralnej jakoby kategorii ''persony'' równie dobrze mającej identyfikować ludzką istotę, jak i zwierzę, świat wegetatywny a nawet materię nieożywioną. Wspominałem o tym ostatnim onegdaj omawiając kocopały Ewy Domańskiej, ''zwrot performatywny'' we współczesnej post-humanistyce o jakim prawi to właśnie nic innego jak akademickie voodoo, któremu tacy jak ona jawnie się oddają. Jeszcze czołowy amerykański postmodernista Richard Rorty, i zarazem przedstawiciel tamtejszej ''old left'' spod znaku trockizmu, uznawał za oczywisty absurd, iż język miałby rzekomo kreować ''prawdę'' i przez to samą rzeczywistość, ale jego następcy już nie mają żadnych hamulców, i bez żenady głoszą takowe brednie agresywnie narzucając je przy tym całej reszcie, co nie postradała całkiem rozumu.

Dlatego jeśli nie powstrzyma się tych hunwejbinów Okcydentu, spustoszą go na wzór swych poprzedników i ideologicznych kuzynów czasu ''rewolucji [anty]kulturalnej'' w Chinach. Porównanie jak najbardziej na miejscu, gdyż istnieje między nimi polityczne pokrewieństwo, dość powiedzieć, że cały ruch ''Black Lives Matter'' tkwi korzeniami w maoistowskiej właśnie organizacji ''Freedom Road'', temat godny osobnego omówienia. Przykro mi więc, ale fanatyków kierujących się maksymą Przewodniczącego: ''wy macie rację - ale my mamy karabiny!'' nie powstrzyma żadna racjonalna argumentacja, lecz tylko kule ołowiu, stąd żywię skromną nadzieję, iż rząd amerykański wykaże się odpowiednią stanowczością pod tym względem, gdy zapewne już tej jesieni dojdzie do eskalacji rozruchów w USA. Jeśli zaś polskie władze zamiast jak dywersant Gówin brać stronę potencjalnych terrorystów, torujący im niczym nowy Kiereński drogę do skutecznego zamachu stanu, nie wezmą się wreszcie za coraz to bardziej rozbestwioną hołotę, czego dowodem ostatnie akty profanacji w wykonaniu ''elgiebetów'', podobne obrazki jak za oceanem staną się wkrótce i naszym udziałem. Póki jeszcze wystarczą by ich powstrzymać środki administracyjne i odcięcie od kasy należy się z tym spieszyć, bo później obawiam się pozostanie już tylko strzelanie w odpowiedzi na jawny rewolucyjny terror... Pół biedy zresztą, gdyby choć na miejscu wśród rządzących obecnie była przynajmniej niezbędna do tego determinacja, a tej niestety mimo ich neopiłsudczykowskich gromkich napinek jakoś nie dostrzegam, tym bardziej więc - ''wszyscy won!'' z uczelni, i wszelkich urzędów, dopóty istnieje jeszcze możliwość by ich usadzić legalnymi metodami. Czas nagli, stąd nie ma co oglądać się na protesty brukselskich i globalistycznych pasożytów finansujących to badziewie, a wypowiedzenie nędznej ''konwencji stambulskiej'' byłoby ku temu wstępnym, i bardzo dobrym przez to krokiem. Niestety kunktatorskie wypowiedzi niektórych polityków PiS wskazują, że jak zwykle skończy się u nich rejteradą, obym się tu mylił, w każdym razie samo podjęcie tematu w świetle powyższego należy jednak poczytać przynajmniej niektórym z rządzących na plus. Jeśli to faktycznie inicjatywa Ziobry i jego ludzi, tym razem muszę go na finał pochwalić, jak jeszcze poprzednio ganiłem, i to nawet jeśli uczynił to z powodów koniunkturalnych, na użytek walki wewnętrznej w obozie władzy, co do czego nie mam złudzeń.

ps. Już po napisaniu powyższego natrafiłem na znakomity tekst amerykanisty Tomasza Żyro, celnie ujmujący genezę opisanego tu procesu, z którego to artykułu pozwolę sobie zacytować kluczowe fragmenty:

''Jak pisze Tocqueville, zasada demokracji i arystokracji sprawiają, że mamy przed sobą dwa typy mentalności albo wręcz „dwie odrębne ludzkości”. Ludzkość demokratyczna jest znakiem naszej epoki. „Narody naszych czasów nie mogą uniknąć równości”. Równość, generująca społeczeństwo demokratyczne i człowieka demokratycznego, sprawia, że historia nie ma ani celu, ani końca: „w miarę jak zwiększa się równość, pragnienie równości staje się coraz bardziej nienasycone”. Można powiedzieć, że bardziej niż przez zawiść postępowanie człowieka demokratycznego jest charakteryzowane przez nienasycenie (dotyczy to nie tylko dóbr materialnych, ale również większej i większej równości). Równość nigdy nie jest taka, jakiej by pragnęły czy chciały społeczeństwa demokratyczne. [...] Jednym słowem: pochód równości jest nie do zatrzymania. Stąd pęd, pogoń i zmienność wszystkiego, pęd bez celu, ożywiony pasją równości: doktryny, prawo, konstytucja, wreszcie obyczaje. Nie chodzi o to, aby cel osiągnąć, ale żeby ten ideał równości, nieustannie zmieniający kształty, gonić bez ustanku aż do utraty tchu. Chodzi więc o sam ruch, który jakoby znamionuje postęp. Napór równości jest odczuwalny także w sytuacji niedemokratycznej. Nienasycenie równością prowadzi do radykalizacji postulatów, postaw, oczekiwań. Pierwsza i podstawowa konsekwencja tej radykalizacji sprowadza się do sytuacji, w której równość wypiera wolność (także polityczną). [...] Wszelkie formy tyranii mają swój rodowód w doktrynach egalitarnych. Nie mówimy o tyranii większości ani tyranii jednego człowieka (w sytuacji równości wszystkich pozostałych). Mówimy o tyranii, którą ustanawiają mniejszości lub wręcz jedna dominująca mniejszość w obrębie demokratycznej struktury społecznej, władająca człowiekiem demokratycznym z jego charakterystycznymi upodobaniami. Nie jest to już demokracja polityczna, lecz ukryta pod sztafażem demokratycznym nowa forma rządzenia. [...]

Namiętność równości (zwłaszcza ta na krawędzi fanatyzmu) prowadzi do obszaru biopolityki; szczególnie w przypadkach, gdy rytm życia społecznego narzuca narracja o nierówności i niesprawiedliwości. Jeśli rewolucja równościowa jest nie do zatrzymania, a na dodatek wkracza na nowe pola (płci, orientacji seksualnej), to zasadne jest pytanie, jakie pola życia społecznego jeszcze obejmie. Tym bardziej że podejście konstruktywistyczne tworzy nowe pola nierówności, nawet jeśli nie występują w sferze realissimum. Mamy wówczas do czynienia z aktywnością zwaną od Ervinga Goffmana framing, która sprawia, że odkrywane są nowe, dotychczas jakoby zasłonięte, obszary życia społecznego, na które należy ukierunkować impet egalitaryzmu. Rezultatem działania równości jest postępujący pluralizm. Zasadą organizującą pluralizm jest stała inkluzja kolejnych grup domagających się równości. Wiemy wszakże, że w oceanie walczących o uznanie grup pływają i rekiny. Tak więc napierająca na życie społeczne równość, wsparta aktywnością konstruktywistyczną, będzie odkrywać coraz to nowe obszary nierówności. „Logika” napierania równości jest oczywista: najpierw wydobywa naturalną nierówność kondycji, pojawiają się prawa człowieka (począwszy od praw osobistych przez obywatelskie do politycznych), następnie zdefiniowane zostają prawa socjalne. Kolejne odsłony nierówności ukazują relacje damsko-męskie, sferę płci (w tym płci kulturowej). Inne odsłania wiktymologia, jak i psychiatria (jaki jest status choroby psychicznej?). Dzięki postulatom równości można zdefiniować status normalności w sferze seksualnej. Potem konstruuje się kolejne generacje praw: do aborcji, turystyki, imigracji, ostatnio do cyfrowej tożsamości (digital identity). Unormalnienie tego, co nienormalne, zostaje dokonane pod hasłami równości. W świecie rządzonym przez zasadę równości nie ma miejsca na hierarchię, autorytet ani wolność. Sytuacja jest tym bardziej niebezpieczna, że wielorakie postulaty egalitaryzmu są utożsamione ze sprawiedliwością.

Wygląda na to, że aktywność odkrywania wciąż nowych sfer nierówności polega na tym, aby wznosić coraz to nowe parawany (w terminologii Jeana Baudrillarda tworzyć nowe symulakry), aby przysłonić to, co najistotniejsze. Rzecz charakterystyczna, że jedyny obszar, gdzie nietknięta pozostaje nierówność, to sfera własności – zwłaszcza ta wyłoniona w procesie globalizacji. W ten sposób człowiek współczesny żyje w dwóch światach: świecie rzeczywistym, w którym mamy do czynienia z rządami oligarchii w sztafażu demokratycznym, i świecie wirtualnym, w którym nieustannie obalamy wytworzone symulakry nierówności: płci, dewiacji, statusu oprawcy czy zwierząt. Przy okazji wytworzona została ideologia głębokiej ekologii: bezbronna Ziemia/Gaja wobec zaborczego człowieka.

Jak więc będzie się toczyć rewolucja demokratyczna w dzisiejszym świecie? I to w sytuacji, gdy demokracja jako typ ustroju odchodzi w przeszłość? Niwelowanie to główna siła współczesności. I pierwszą ofiarą tego rozpanoszenia idei równości jest wolność. Porządek duszy, intymność, sfera prywatna były polami świata społecznego wyjętymi spod patronatu równości. Za każdym razem postulowany postęp równości tworzy kolejne nierówności, które należy zniwelować. Nie ma mety w pochodzie równości. Horyzont równości stale się oddala. Kiedyś horyzont równości zakreślała koncepcja społeczeństwa bezklasowego, obecnie społeczeństwa bezpłciowego.''


piątek, 24 lipca 2020

Czy wolnorynkizm jest rakiem prawicy, i dlaczego?

Dziś zajmiemy się wytłumaczeniem, czemu decydenci PiS mogą bezkarnie odp*****lać takie numery, jak partyjny ślub ''swojego'' Kurskiego, albo rezygnacja z resztek suwerenności narodowej - wiele na to wskazuje - na rzecz unijnego parapaństwa europejskiego, by wymienić tylko najświeższe przykłady? Dzieje się zaś tak nie tylko przez to, iż jak to objaśnialiśmy uprzednio, najgłupsza opozycja polityczna świata pokrywa swą polityczną nicość i programową pustkę knajackim ''ośmiogwiazdkowym'' chamstwem, histeryczną agresją i odrażającą ''klasową nienawiścią'' wobec uznanych de facto za podludzi rolników, starców, czy mieszkańców Podkarpackiego dajmy na to. Bodaj jednak główną przyczyną czemuż to prezes i jego kamanda mogą bezczelnie pogrywać ze swymi najwierniejszymi nawet zwolennikami, do których dalibóg nigdym nie należał, jest fakt, iż nie mają żadnej praktycznie konkurencji na prawicy. Bowiem pragnący za takowych uchodzić, są w rzeczywistości gospodarczymi liberałami bezczelnie drapującymi się w szaty ''ideowej prawicy''. Czyni ich to więc skrajnie niewiarygodnymi, i to szczególnie wtedy właśnie, gdy wypominają akurat faktyczne przeniewierstwa i zaniechania rządzącym. Trudno doprawdy traktować serio całkiem już niestety przecwelonego wolnorynkowo Bosaka, gdy staje w obronie górników jednocześnie umieszczając na swym tubowym profilu kelthuzowe peany na cześć skrajnych liberałów z ''austriackiej szkoły ekonomii''. Niechże więc zdecyduje się wieczny chłopak - prawa pracownicze, czy też ''wszystkie związki na Powiązki'', analogicznie: solidaryzm społeczny, albo zaciekła krytyka ''socjalistycznego rozdawnictwa'', bo wzajem się jedno z drugim wyklucza. Groteska zaś sięga szczytów absurdu, kiedy na obrońcę ''narodowej suwerenności'' pozuje zadeklarowany ''anarchokapitalista'' Jakub Kulesza, a więc programowy wróg każdego państwa jakie by ono nie było, obojętnie czy idzie o unijny ponadnarodowy federalizm [ a w praktyce paneuropejską Rzeszę ], czy też obecną Rzeczpospolitą Polską. Zwyczajnie ludzie dla których prawa jednostki stoją ''über alles'', nie są władni wypominać decydentom PiS sprzeniewierzenia się fundamentalnej dla republikanizmu zasadzie, że nie sposób być wolnym bez własnego, rzeczywiście niepodległego państwa.

Nie wiem, skąd powzięto dane jakoby blisko połowa wyborców Bosaka, i ponad 60% Konfederacji poparło Czaskosky'ego - jak dla mnie bardziej wiarygodne szacunki mówią odpowiednio o 1/3 i mniej więcej połowie, gdyż uwzględniają tych, co ostali się podczas II-ej tury w domach. Nawet jednak wtedy oznacza to całkowitą niemal kompromitację formacji mieniącej się ''ideową prawicą'', gdyż doprawdy trudno zgrywać polityczną cnotkę mając aż tyle kurew za popleczników - bynajmniej dlatego, iż nie wsparli kandydata [ niecałego ] PiS, lecz oddali głos na skończonego cwela i sprzedajną kanalię. Nie powinno to jednak dziwić, jeśli uwzględnimy wreszcie, iż Konfederacja stoi przede wszystkim wolnorynkowcami, dla których ''ekonomia jest podstawą wszelkiej racji'' [ podobnie zresztą jak i dla marksistów ], stąd obojętnie, a bywa wręcz, że i wrogo odnoszą się do kwestii dosłownie życia i śmierci jak aborcja, eutanazja czy obyczajowa deprawacja, uznając je za ''tematy zastępcze''. Tym samym więc nie stanowią wiarygodnych krytyków rozmaitych przeniewierstw i zaniechań w tym względzie ze strony PiS, tak naprawdę liczą się dla nich jedynie niskie podatki ''jak za Hitlera'', stąd gotowi są poprzeć każdego kto im je zagwarantuje, a przynajmniej wystąpi przeciwko ''socjalnemu rozdawnictwu'' na koszt podatników, ze zmitologizowanymi przedsiębiorcami oczywiście na czele. Jeśli dodamy do tego skrajny indywidualizm, przybierający często gęsto postać odrażającego sobkostwa, i jawnej pogardy wobec uznanych za ''przegrywów'' [ choć jako żywo nader wielu kucerzy w pełni samemu zasługuje na to miano ], otrzymujemy dość wiarygodny profil typowego Kondomity.

Oto źródło ignorancji dla interesów strategicznych państwa polskiego i narodu, jaką popisał się Dobromir Sośnierz na komisji sejmowej ws. CPK, bredząc coś o ''prywatnych pociążkach'' i rzekomo ''anachronicznym wynalazku'', przestarzałej jakoby technologii, którą wedle niego miałaby być w XXI wieku kolej. Tuman nie kuma najwidoczniej, iż to właśnie dzięki nowoczesnej i świetnie rozwiniętej infrastrukturze transportowej opartej głównie o sieć szybkich kolei, pozwalającej koordynować pracę zakładów na olbrzymich przestrzeniach, przerzucając sprawnie towary jak i potrzebne do ich wytworzenia surowce, tak trudno obecnie zastąpić Chiny w roli ''fabryki świata'', i przenieść stamtąd przemysł do innych krajów regionu. Bowiem nikt w Azji poza bodaj Tajwanem, Japonią i Koreą Południową nie może poszczycić się takowym systemem o równym stopniu ''połączoności'', a już na pewno nie na taką skalę. Przede wszystkim jednak idzie o kwestie strategiczne - nie jest przypadkiem, iż szybkie koleje podlegają chińskiej armii, bo też i pod jej głównie potrzeby ich sieć została zbudowana, umożliwiając szybki i sprawny przerzut wojsk nawet w najdalsze zakątki chińskiego imperium, a zarazem w razie inwazji tak z morza, jak i od strony kontynentu, zabezpieczyć produkcję przemysłową wycofując ją wgłąb kraju [ stąd tak ważna rola Wuhanu jako środlądowego portu, uznawanego za jeden z głównych ''pieców Chin'' ze względu na olbrzymią koncentrację w nim fabryk i magazynów ]. Podobnie jest w Rosji, gdzie armia tradycyjnie atakuje wzdłuż tras kolejowych, pod to jeszcze za Stalina sowieci rozbudowywali ich sieć, a wojsko do dziś posiada specjalne zbrojne platformy na szynach, zresztą mogą tam poszczycić się długą całkiem tradycją efektywnego wykorzystania pociągów pancernych, sięgającą co najmniej czasów wojny domowej wywołanej bolszewicką rewolucją. Żaden prywatny inwestor nie wiem nawet jak potężny, nie udźwignie finansowo inwestycji infrastrukturalnych na podobną skalę, a już na pewno nie podejmie się ich zaplanowania w takim wymiarze, bo do tego koniecznym jest świadomość długofalowego interesu państwowego i narodowego. Tłumacz to jednak wolnorynkowemu tumanowi, dla którego jedynie ''ekonomia jest podstawą wszelkiej racji'' jako się rzekło, a postulowanym ziemskim rajem świat oparty na dobrowolnej wymianie i pokojowej koegzystencji drobnych handlarzy i producentów. I nic to, że wojny często, zazwyczaj nawet mają wymiar konfliktu ekonomicznego - gdyby nie ''interwencjonizm państwowy'' znalazłby on zapewne polubowne rozwiązanie w prywatnym arbitrażu, się wie. Stoi za tym infantylna wizja ludzkości jako wioski skrzętnych Hobbitów, prowadzących rajską niemal egzystencję w anarchistycznym falansterze, zanim padli ofiarą inwazji Orków, którzy to narzucili im ''opresyjny system'' i podatki - i tak oto powstało państwo:))).

Nic dziwnego więc, że PiS tak się rozbestwił mając za pożal się konkurencję groteskową ''ideową prawicę'', złożoną głównie z wolnorynkowych przebierańców pozujących na ''tradycjonalistów'' czy ''narodowców''. Konfederacja stoi ograniczonymi umysłowo osobnikami, którym można ożenić najgorsze plewy, czego trwające właśnie piwne tournee Mentzena z jego zwolennikami najlepszym dowodem - sam fakt, że ktoś wpadł tam na podobny pomysł, i cieszy się on taką popularnością świadczy o ich poziomie [ oraz pogardzie jaką liderzy tejże formacji żywią do swego elektoratu, słusznie skądinąd ]. Trudno obawiać się, że rządy nad państwem przejmie stronnictwo programowo gardzące ''urzędasami'', pracę niezbędnego do sprawowania realnej władzy aparatu administracyjnego traktując jako ''pasożytnictwo'' na krwawicy stanowiących wedle niego ''sól tej ziemi'' przedsiębiorców. Oto proletariat liberałów, klasa pracująca ciemiężona przez biurokratycznych wyzyskiwaczy podatkami, i pochodzącym stąd ''socjalistycznym rozdawnictwem'' - precz z tym! Nikomu jednak z wywrzaskujących podobne farmazony ignorantów nie przyjdzie do zakutego łba, iż z góry skazanym na klęskę jest uprawianie polityki, głosząc przy tym jej podrzędność względem ekonomii, a wręcz zastąpienie kategoriami rynkowymi. Tym samym Kondomitom przeznaczony jest w dłuższej perspektywie wieczny polityczny przegrywizm, i to nawet gdyby znacząco powiększyli bazę zwolenników, bo nie sposób dążyć serio do zdobycia władzy w państwie, kwestionując sam sens jego istnienia, lub tak absurdalnie ograniczając kompetencje rządu, że w praktyce czyniąc go bezsilnym. Marksiści przynajmniej mając w gruncie rzeczy na celu to samo, tłumaczyli sobie przewrotnie w duchu heglowskiej dialektyki konieczność zaprowadzenia uprzednio komunistycznego zamordyzmu. Natomiast bez własnych kadr zdolnych zarządzać machiną biurokratyczną, wierząc ślepo, iż mityczny w pełni ''wolny rynek'' oraz ''uwolniona'' spod brzemienia podatków gospodarka władne będą powołać do życia jakowyś ''ład bezpaństwowy'', rozwolnościowcy dosłownie na własne życzenie stają się kuriozalną [anty]partią drobnych geszefciarzy, marnych krętaczy, miglanców i szołmenów wyżywających się w pustym rezonatorstwie, na podobieństwo Kurwina i jego pomiotu. Przykro, że i Mentzen jak widać do tego grona właśnie dołączył, mimo iż zdawał się rokować, ale biorąc powyższe inaczej być nie mogło: tak kończy każdy zdeklarowany wolnorynkowiec, próbujący uprawiać niemożliwą, idiotyczną z zasady a typową dla liberałów i szczególnie libertarian ''antypolityczną politykę''. No, chyba że zatriumfuje globalny kapitalizm, formujący planetarną gładź bez granic ni państw, tak by nic nie zakłócało doskonałej cyrkulacji kapitału i ludzi w skali planety już, którego forpocztą jest wolnorynkizm. Nawet jednak przy takim obrocie spraw oznaczałoby to jedynie, iż rozwolnościowym chłoptysiom pisana jest rola pożytecznych idiotów, i niczego ponad to, tak czy siak więc nędza i brak perspektyw, realnych szans na efektywne sprawowanie władzy.

Przyjrzyjmy się więc fenomenowi popularności mimo wszystko tych ostatnich - jego przyczynę, obok mniej lub bardziej uzasadnionego rozczarowania PiS, trafnie jak sądzę w niniejszych słowach zdiagnozował Okraska, jako widomy objaw alienacji i rozpadu struktur zapewniających do niedawna jeszcze Polakom elementarne poczucie wspólnoty:

''Konfederacja to po prostu elektorat ukształtowany przez III RP i jej realia. Elektorat darwinizmu społecznego, indywidualizmu, nie znający wspólnoty innej niż ledwo trzymająca się w kupie rodzina, lub przygodne fandomy internetowe, odspołeczniony, taki któremu wspólne, publiczne i państwowe przeszkadza, lub nie zaznał go zbytnio. To nie są mohery podkarpackie, kruchta, wieś i prowincja, starcy i zacofańcy, wszyscy ci co przez liberalne media byli portretowani jako bagaż przeszłości i zaszłości, lub przez liberalno-lewicowe analizy byli zapisywani do wszystkiego czego tam się nie lubi. To po prostu dzieci Balcerowicza i ''etosu'' jaki on z kumplami promował. Z tą może różnicą, że to taka część tego pokolenia przeoranego przez liberalizm i indywidualizm, która ma mniej szans na sukces i samorealizację, niż wielkomiejskie i ''dobrorodzinne'' erasmusiątka i inni kreatywni. To liberalni indywidualiści, którzy rozbijają sobie nosy o systemowe bariery kiepskiego państwa, kiepskiego rynku i kiepskiej wspólnoty, więc frustracja pcha ich w tym kierunku. To dzieci Balcerowicza realnego, a nie tego propagandowego z opowieści o wielkim polskim sukcesie.''

Nic dodać ni ująć, co najwyżej mocniej podkreśliłbym wpływ nowych technologii polegający na cyfrowej barbaryzacji społeczeństwa, ich oddziaływanie poprzez polaryzację, tworzenie swoistych ''cyber-hord'' w sieci skupionych w efemeryczne wirtualne wspólnoty. Przebodźcowanie wskutek tego percepcji, i trwałe rozkojarzenie jakie temu towarzyszy, tłumi racjonalne myślenie zamieniając poddanych takowej obróbce ludzi w powodowane atawizmami, i kierujące się wątpliwej próby estetyką wirtualne mutanty, bioroboty niemalże. Wraz z postępami ''cyfrozy'' coraz więcej jednostek ma problemy z rozpoznaniem granicy między tym, co napotykają lub w czym uczestniczą w internetowej sieci, a rzeczywistością poza nią, stąd można wmówić im dosłownie wszystko skoro tracą elementarny kontakt z tym co dojmująco wydawałoby się realne. Sprzyja to zaprowadzeniu nowego zupełnie rodzaju zamordyzmu, perfidnie libertariańskiego, gdzie każdy sam będzie trzymał się za twarz, jak i pilnował sąsiadów, bez potrzeby uciekania się do instytucji ''opresyjnego państwa''. Przyszło nam bowiem żyć w epoce jakowegoś ''psychotycznego komunokapitalizmu'', gdzie lewackie ideologie typu LGBT czy gender, ale i akapowy bolszewizm ''wolnościowy'' ściśle korelują z władzą globalnego kapitału, sprowadzając ludzi jednako do poziomu bezmyślnego, rządzonego popędami konsumenta z którym można poczynać sobie dowolnie - Marks z Engelsem głosili wprawdzie, że ''byt kształtuje świadomość'', tyle że nie przyszło im do zakutych łbów, iż może być to byt urojony... I to min. tłumaczy fenomen społeczny tych biedaków, którzy mimo iż często ledwo wiążą koniec z końcem dali sobie wmówić, że gdyby nie rzekome ''socjalistyczne rozdawnictwo'' rządzących też mogliby zarabiać jak ludzie z warsiawki pracujący w korpo przy obsłudze wielkiego, zagranicznego przeważnie biznesu. Nie przypadkiem wspominam w tym kontekście o postępującej wirtualizacji życia społecznego, w tym i politycznego, bowiem wizja w pełni wolnorynkowego ładu ''uporządkowanej anarchii'' posiada co tu kryć pewien zwodniczy urok, właściwy atrakcyjnym serialom, grom komputerowym czy pornografii. Libertarianizm jest ideologicznym odpowiednikiem ''simsów'', pozwalając na budowę od podstaw alternatywnej [nie]rzeczywistości, kusząc fikcyjną perspektywą nieograniczonej niemalże aktywności jednostek, w utopijnym ''społeczeństwie kontraktualnym'' opartym na pełnej ekonomizacji i urynkowieniu wzajemnych relacji ludzi-towarów de facto.

Dlatego niestety fenomen ''korwinizmu'' przeżyje swego twórcę, przyznaję przeceniłem jego wpływ na kucerię, jak okazały wyraźnie ''konfederackie'' prawybory nie cieszy się on mirem już nawet wśród swoich niedawnych wyznawców, coraz częściej traktujących go jak należy, tzn. jako brzydko starzejącego się pajaca. Zresztą gdyby Ozjasz zastosował do siebie głoszony przez się socjaldarwinizm, dawno już powinien wyeliminować się z polskiej sceny politycznej, a wręcz spośród żywych, z pożytkiem dla naszej wspólnoty, której tacy jak on są rakiem. Januszowa socjocybernetyka nigdy nie przynosiłaby jednak aż tak pustoszących zwłaszcza młode umysły skutków, gdyby nie niosła jej fala realnych zmian ekonomicznych i technologicznych, niszczących dotychczasowe struktury społeczne i polityczne. Innymi słowy odklejanie się tych ostatnich od rzeczywistości i ich rozpad, sprzyjają plenieniu się najgorszego rodzaju ideologicznego fantasy, obojętnie czy to w wydaniu ''tęczyzmu'' LGBT, czy też mokrych snów na jawie wyznawców wolnorynkowego nierządu. Jednako spotykają się one w podszytej nihilizmem, mimo szumnych odwołań do ''prawa naturalnego'' jak w rothbardiańskim akapie, i stąd histerycznie wyolbrzymionej do rangi absolutu aktywności jednostki. Posiada ona jakoby prerogatywę dowolnego dysponowania sobą, czy tyczy to elementarnych uwarunkowań typu płeć lub rasa, czy też swobodny dryf ''kontraktualnych'' relacji międzyludzkich, na mocy totalnego niemalże prawa samowłasności, jakie rzekomo jej przysługuje [ a w gruncie rzeczy sama je sobie arbitralnie nadała ]. Nie przeczy to wszakże wspomnianej wyżej politycznej jałowości takichże fenomenów, wręcz przeciwnie jak widać, i to nawet jeśli przybierają one rozmiary prawdziwej plagi społecznej trawiącej ocalałe resztki cywilizowanego świata. Zastrzegam przy tym zarazem, że sam znam nader liczne wyjątki od powyższego, ludzi żywiących często uzasadnione pretensje do obecnej władzy za jej przeniewierstwa i niekonsekwencje, wszakże mylnie zazwyczaj identyfikujących źródło zła np. nie pojmujących, iż samowola urzędników i buta, chamstwo wręcz okazywane przez funkcjonariuszy publicznych dowodzi nie siły, a fundamentalnej słabości władzy, jaka dozwala sobie poczynać tak swym formalnym jedynie podwładnym. Stanowi to objaw swoistego anarchizmu biurokratycznego, bodaj gorszego nawet niż burdy ulicznych zadymiarzy, bowiem podważającego zaufanie do struktur państwa u zwykłych obywateli. Na tej słabości pasożytuje roszczeniowy ''korwinus pospolitus'' i wszelkie utopijne zajoby, doprawdy mniejsza już totalnie wolnorynkowe czy komunistyczne, skoro i tak jednako antypaństwowe.

O ironio, to co zwykle w swej głupocie kuc określa mianem ''socjalistycznego rozdawnictwa'', to nic innego jak... liberalna z ducha polityka społeczna! Jak pisze dr Andrzej Karalus w artykule poświęconym konceptowi ''sprawiedliwości agrarnej'' Thomasa Paine'a, jednego z fundatorów myśli wolnościowej i autora najbardziej poczytnego pamfletu politycznego doby Rewolucji Amerykańskiej ''Common sense'', antycypował on tak palącą obecnie kwestię wprowadzenia jakiejś formy ''dochodu gwarantowanego''. Z jednej strony uznawał, iż nierówności społeczne są ceną za rozwój cywilizacyjny, oraz niemożność zaprowadzenia utopijnej równości majątkowej, i ''społecznej własności środków produkcji'' postulowanej przez współczesnych mu pre-komunistów jak Babeuf. Zarazem jednak nie oznaczało to u niego pochwały odrażającego socjaldarwinizmu a la Korwin, lecz wyciągał stąd wniosek o konieczności aktywnej polityki rządu dokonującego niezbędnej korekty na rzecz zmniejszenia chociaż rozwarstwienia społecznego, tak z powodów moralnych jak i utylitarnych, by zaradzić groźbie rewolty spauperyzowanych mas wykorzystanej przez fakcje polityczne do przejęcia władzy nad państwem. Służyłaby temu zapomoga wypłacana z podatku nałożonego na wielką własność, które to świadczenie nie byłoby ''pasożytowaniem na przedsiębiorczych, najbardziej utalentowanych jednostkach'' jak twierdzą psychopaci pokroju Ayn Rand, lecz rodzajem sprawiedliwego odszkodowania za pierwotne wywłaszczenie leżące u podstaw prywatnej własności, i niemożność jednakiego partycypowania przez wszystkich członków wspólnoty w podziale płynących z niej zysków. Powyższe nie oznacza bynajmniej jakoby PiS był partią ''liberalną'' w kontrze, a jedynie iż doktryna ta nie musi przybierać tak odrażającej postaci jaką nadała jej w Polsce ''socjocybernetyczna'' manipulacja Kurwina i wyhodowanego przezeń pomiotu, i do pewnego przynajmniej stopnia może być elementem rzeczywiście prospołecznych działań rządu. Redystrybucjonizm więc leży u podwalin takowej polityki, a nie żaden socjalizm mający polegać na utopijnym kolektywnym zarządzaniu post-kapitalistyczną gospodarką, prowadzący jakoby ku ''bezpaństwowemu ładowi'' spełnionego komunizmu. Rola państwa jest tutaj nie do przecenienia, i kłóci się całkiem z traktowanym serio lewicowym programem politycznym. Jak pisze brytyjski trockista John Molyneux w propagandowej broszurze ''Czym jest socjalizm odbytniczy?'', przepraszam - ''oddolny'', której to egzemplarz wydany w latach 90-ych nakładem rodzimej sekty wyznawców Lwa Bronsztejna, zawdzięczam uprzejmości znajomej, za co jej niniejszym dziękuję:

''Dość powszechnie mniema się, że marksiści ''wierzą'' w państwo. Tymczasem jest wprost przeciwnie. Jesteśmy przeciwnikami państwa. Państwo przez samą swoją naturę jest czynnikiem dominowania i ucisku. Jedna grupa ludności dąży w nim do podporządkowania sobie drugiej. Państwo jest zawsze instytucją przymusu. Jak powiedział Engels, składa się ono z grup ''uzbrojonych ludzi''. Posiadają oni broń, bądź to aby zabijać innych, bądź też aby ich zmusić do postępowania wbrew ich woli, czyli do pozbawienia ich wolności. [...] Co do kierowania gospodarką, w końcu raczej ekonomia kieruje państwem, niż odwrotnie. Fakt, że państwowe kierowanie gospodarką bardzo wzrosło w nowoczesnym świecie, ma dwa główne powody: usiłuje ono [ co prawda bez powodzenia ] łagodzić wewnętrzne sprzeczności kapitalizmu, i organizować współzawodniczące ze sobą siły narodowych kapitalizmów. W socjalizmie żadna z tych funkcji nie będzie potrzebna. Tak więc w socjalistycznym społeczeństwie przyszłości państwo będzie obumierać, co oznacza zanikanie ostatniej pozostałości okropnej spuścizny po społeczeństwie klasowym i ostateczny przeskok ludzkości z królestwa konieczności do królestwa wolności, które jest istotą socjalizmu.''

- gdyby w powyższym dokonać zamiany ''socjalizmu'' na ''kapitalizm'' każdy libertarianin i zadeklarowany akap mógłby spokojnie podpisać się pod tym. Zwłaszcza jeśli idzie o prymat ekonomii nad polityką, jednaki dla wolnorynkowców i socjalistów różniących się tylko i aż co do definiowiania podmiotu gospodarki, w zależności od wewnętrznych podziałów doktrynalnych dla pierwszych jest to przedsiębiorca lub konsument, drudzy zaś obok robotnika rzecz jasna w kolejnych mutacjach marksizmu uznają za takowy również kobiety, zboczeńców, nie-białe rasy lub mniejszości etniczne w danym kraju, zwierzęta nawet czy cyborgi, skolko ugodno. Zbrakło jedynie w zestawie kluczowych pojęć ''walki klas'', zaczerpniętej także od liberałów przez Marksa, pierwotnie oznaczającej bój emancypującej się burżuazji z feudalnymi przywilejami arystokratów i monarchią. Nie może więc dziwić, że w polemice z konserwatystami Rothbard wychwalał Marksa i Lenina jako ''wolnościowców'', Mao zaś był dlań niemalże spełnionym ''libertarianinem'', gdyż wedle niego zwalczali oni ''imperialistyczną opresję państwa''... Odsyłam także do lektury obszernego rozdziału pracy Dariusza Jurusia, w zgodnej opinii Marcina Chmielowskiego i Norberta Slenzoka największego obecnie w Polsce znawcy myśli liberalnej jak i libertariańskiej, traktującego o bynajmniej talmudycznej sprzeczności doktrynalnej między tymi ostatnimi. Jak przekonująco wykazuje, wbrew temu co twierdził Rothbard arbitralnie upatrujący w myśli Locke'a źródeł głoszonego przezeń radykalnego anarchokapitalizmu, istniały w ich postawie fundamentalne różnice min. co do roli państwa w kształtowaniu polityki społecznej. Otóż fundator liberalnej doktryny twierdził stanowczo, iż rząd winien zapewnić najuboższym poddanym jakieś minimum egzystencjalne choćby, tak by mieli co jeść, gdzie spać i co na grzbiet włożyć, zaś najlepszą rzeczą wedle niego jaką mógł on dla nich zrobić, to dać im pracę, a więc roboty publiczne jak za Roosevelta - John Locke lubi to!

Dla porządku wszakże należy zaznaczyć, iż opieka ze strony państwa w jego czasach niestety przybierała często koszmarną postać ''domów poprawczych'', prekursorów osławionych ''workhouse'ów'', stanowiących połączenie zasyfionego przytułku z obozem pracy przymusowej, niemniej po zniszczeniu wskutek wyspiarskiej rewolucji protestanckiej tamtejszych klasztorów pełniących rolę ośrodków charytatywnych, nie istniała dla tego systemu alternatywa. Póki co jednak poprzestawano zwykle na udzielaniu pomocy w postaci rozdawnictwa produktów pierwszej potrzeby, takich jak żywność czy pieniądze, finansowanych z lokalnych podatków nałożonych na majątek co bogatszych gmin [ czyli dzięki ''państwowej grabieży'' wedle wolnorynkowych anarchistów ]. Stało za tym przeświadczenie, któremu dał wyraz w swych pismach Locke, że własność nie istnieje bez spełniania istotnej funkcji publicznej. Dlatego rządowi przysługuje funkcja regulatywna dbania o jej zachowanie, wszakże nie jedynie w wąskim rozumieniu posiadanego majątku, jakie zwykle się temu pojęciu nadaje, ale również wolności i życia obywateli. Tym więc spośród nich, którzy z przyczyn od siebie niezależnych nie mogą utrzymać się o własnych siłach, państwo winne jest zapewnić niezbędne ku temu środki, niezależnie od tego czy pracują, lub nie. Co więcej rząd wedle niego ma wręcz obowiązek interweniować jeśli nierówności majątkowe i społeczne zagrażają spoistości wspólnoty, za pomocą redystrybucji finansowanej z opodatkowania najbogatszych dokonując bardziej sprawiedliwego podziału własności, pierwotnie przynależnej wszystkim na mocy praw naturalnych. Inaczej u Rotbarda, gdzie wyłącznie jednostce przysługuje absolutna niemalże prerogatywa samowłasności, co oznacza jej niezbywalność na wszelki rząd, oraz brak jakichkolwiek zobowiązań wobec innych - jak przynaje Norbert Slenzok w wykładzie poświęconym cadykowi anarchokapitalizmu, wedle tegoż jeśli posiadacz jedynego ujęcia wody w okolicy zablokuje do niej dostęp zależnym od niego sąsiadom, wszyscy muszą wyzdychać z pragnienia i nikt z nich nie ma prawa przywołać psychopaty do porządku, gdyż byłoby to złamaniem fundamentalnej ''zasady nieagresji'' błędnie zwanej ''aksjomatem''. Tak więc totalistycznie wolnorynkowy ''maksymalizm etyczny'' Rothbarda wiedzie go do jeśli nie pochwały zaraz, to na pewno przyzwolenia dla zbrodni ludobójstwa de facto, podobnie tyczy to jego usprawiedliwiania sprzedaży dziecka przez rodziców, czy aborcji co stanowi logiczną konsekwencję postulowanej przezeń całkowitej ekonomizacji i urynkowienia wszelkich relacji społecznych. Z powyższego płynie nieodparty wniosek, iż libertarianizm jest nie tylko rakowatą naroślą obecnej polskiej niby-prawicy, ale nawet liberalizmu jako takiego, stanowiąc w istocie czysty bolszewizm perfidnie ubrany w ''wolnościowe'' frazesy.

Jeśli ktoś nadal mimo wszystko żywi co do tego wątpliwości, przytoczmy na dowód niewiarygodnie wprost durne prosowieckie brednie Rothbarda z jego ''Manifestu libertariańskiego'':

''Gdy w 1917 roku bolszewicy przejęli władzę w Rosji, nie myśleli za wiele o przyszłej sowieckiej polityce zagranicznej, ponieważ byli przekonani, że rewolucja komunistyczna ogarnie wkrótce rozwinięte uprzemysłowione kraje Europy Zachodniej. Gdy te nadzieje rozwiały się po zakończeniu pierwszej wojny światowej, Lenin i inni bolszewicy za podstawę polityki zagranicznej państwa komunistycznego przyjęli teorię „pokojowego współistnienia”. Pomysł był następujący: jako pierwszy zwycięski ruch komunistyczny Rosja Sowiecka będzie stanowiła drogowskaz i posłuży za wsparcie dla innych partii komunistycznych na świecie. Jednocześnie jednak państwo sowieckie jako państwo będzie utrzymywało pokojowe stosunki z wszystkimi innymi państwami i nie podejmie prób eksportowania komunizmu na drodze wojennej. Chodziło tu nie tylko o realizację teorii marksizmu–leninizmu, lecz także o wysoce praktyczny sposób na przetrwanie istniejącego państwa komunistycznego, które stanowiło naczelny cel polityki zagranicznej. Sposób ten polegał na tym, by nigdy nie doprowadzić do zagrożenia państwa sowieckiego przez sprowokowanie konfliktu między państwami. Inne kraje miały wprowadzić u siebie komunizm na drodze wewnętrznych przemian. A zatem, przypadkowo, z mieszanki motywów teoretycznych i celów praktycznych Sowieci wypracowali politykę zagraniczną, którą libertarianie uznają za jedynie słuszną i uzasadnioną. Z biegiem czasu polityka ta ugruntowała się jeszcze dzięki „konserwatyzmowi” właściwemu wszystkim ruchom, które zdobędą władzę i utrzymają się przy niej przez pewien czas. Po jakimś czasie dążenie do utrzymania władzy nad narodem zaczyna spychać w cień początkowy ideał światowej rewolucji. Wzrost konserwatyzmu za Stalina i jego następców umocnił jeszcze zasadę powstrzymania się od agresji i „pokojowego współistnienia” w polityce zagranicznej. [...]

Po pierwszej wojnie światowej i przegranej Niemców nowe państwo polskie zaatakowało Rosję. Udało mu się zająć dużą część Białorusi i Ukrainy. [...]  Trzeba jednak podkreślić, że podczas gdy hitlerowskie Niemcy przedsięwzięły drastyczne środki w celu odzyskania utraconych ziem, ostrożni i konserwatywni przywódcy sowieccy nie zrobili w tym celu absolutnie niczego. Dopiero po zawarciu paktu Stalin–Hitler* i podbiciu Polski przez Niemcy Sowieci odzyskali swoje utracone terytoria, nie narażając się już na żadne niebezpieczeństwo. W szczególności Rosjanie odzyskali Estonię, Łotwę i Litwę, a także należące od dawna do Rosji terytoria na Białorusi i Ukrainie, które stanowiły wschodnią część Polski. I zrobili to bez walki*. Rosja została w ten sposób odbudowana w granicach sprzed pierwszej wojny światowej, z wyjątkiem terytoriów Finlandii. [...]

Tak więc Rosja sprawowała władzę na terenie Europy Wschodniej, jako okupant wojskowy po zwycięstwie odniesionym w wojnie, którą prowadzono przeciwko niej. Pierwotnym celem Rosji nie było komunizowanie wschodniej Europy przy użyciu bagnetów. Jej celem było uzyskanie gwarancji, że Europa Wschodnia nie stanie się szeroką bramą dla ewentualnego najazdu na Rosję, tak jak miało to miejsce trzy razy w tym stuleciu – ostatnio w czasie wojny, w której zginęło ponad 20 milionów Rosjan. Rosja chciała mieć przy swojej granicy państwa, które nie byłyby antykomunistyczne w sensie wojskowym i których terytoria nie zostałyby wykorzystane jako trampolina do kolejnego najazdu. [...] Nawet w innych państwach wschodnioeuropejskich przez kilka lat po wojnie Rosja poprzestała na wprowadzeniu rządów koalicyjnych. Skomunizowała je w pełni w roku 1948, po trzech latach bezlitosnej zimnej wojny, za pomocą której Ameryka usiłowała zmusić Rosję do opuszczenia tych krajów. Z innych rejonów, z Austrii, Azerbejdżanu [ ?! ], Rosjanie wycofali się bez ociągania.[...] Po zwycięstwie nad Niemcami i ich sojusznikami w drugiej wojnie światowej Sowieci kontynuowali zachowawczą politykę wojskową. Swoich sił zbrojnych używali wyłącznie do obrony własnych terytoriów w bloku komunistycznym, a nie do zdobywania nowych terenów. Gdy Węgry zagroziły wystąpieniem z bloku komunistycznego w 1956 roku, a Czechosłowacja – w 1968 roku, Sowieci odpowiedzieli interwencją zbrojną.''

- itd. w ten deseń [ z rozdz. 14. ''Wojna i polityka zagraniczna'' w ''polityka zagraniczna Związku Sowieckiego'' ] - mogę jeszcze przymknąć oko na niektóre powyższe horrendalne pierdoły ze względu na typową dla Amerykanów ignorancję, brak rozeznania w zawiłościach historii Starego Świata [ aczkolwiek jak widać Rothbard żywo się nią interesował ], ale tłumaczenie oczywistego komunistycznego imperializmu i brutalnego militarnego interwencjonizmu przez ''wolnościowca'', agresji totalistycznego państwa w wykonaniu człowieka mieniącego się ''libertarianinem'', całkowicie dyskredytuje go kompromitując ostatecznie głoszoną przezeń doktrynę. Wprawdzie to dość wczesny tekst cadyka libertarianizmu, ale niewiele zmądrzał na starość, skoro w pisanych pod koniec życia artykułach sadził równie idiotyczne farmazony, snując koncepcje rozwiązania konfliktów etnicznych, takich jak rozgorzały po upadku ZSRR między Ormianami a Azerami o Górny Karabach, za pomocą totalnej wprost prywatyzacji. Wedle niego zakończyłoby to krwawe walki poprzez nabycie przez Ormian prawa własności do pasa ziemi łączącego sporną enklawę z Armenią. Niestety nie raczył przy tym wyjaśnić kto lub co wymusiłoby na Azerach jego respektowanie, bo jeśli któraś z zalecanych przezeń ''prywatnych agencji ochrony'', to przecież tamci mogliby wynająć z kolei swoją naparzającą się mordeczo z ormiańską i cała jatka poczęłaby się od nowa, więc cóż za różnica. Pomijam już idiotyczne założenie, iż wojna jest źródłem siły państwa - tak może to wyglądać z perspektywy Stanów Zjednoczonych, gdzie okres obu wojen światowych faktycznie oznaczał gigantyczny rozrost uprawnień rządu, ale jedynie skrajnie zdurniały kuc będzie utrzymywał, że podobnie rzecz ma się w przypadku Polski, która dzięki pierwszej odzyskała i tak niepewną niepodległość, podczas drugiej zaś padła ofiarą ponadnarodowych w istocie kolonialnych imperializmów III Rzeszy i ZSRR [ bowiem nazizm bazując na wszechniemieckim szowinizmie, stanowił jednak ruch paneuropejski, i przez to globalistyczny ].

Przedstawiciele i poplecznicy obozu rządzącego popełniają fatalny błąd jak zwykle, próbując nieudolnie obwiniać kucerię o wspieranie LGBT jej głosem oddanym na Czaskosky'ego, co u nich jako ''porno prawicy'' w osobie takich jak Dobromir ''cycu'' Sośnierz wywołuje najwyżej wzruszenie ramion. Nie może być inaczej w środowisku słynącym z akcji typu 2 pedałów+pies, czy zarażanie kiłą karyn przez łamiącego bezczelnie III aksjomat wyjątkowo jurnego kuca, tym bardziej tyczy to ośmieszania się PiSowców rytualnymi obelgami o ''ruskich onucach'', miotanymi pod adresem rozwolnościowców. Zamiast tego należy cisnąć ich tam, gdzie najbardziej zaboli, czyli za każdym razem, gdy kolejny chamowaty kurwinowiec z Konfy bluźnie w komentarzu rytualnie ''socjalistycznym rozdawnictwem'' PiS, natychmiast trzeba zamknąć ordynusowi gębę przytaczając powyższe cytaty, po czym zrugać w kontrze od komunistów, tak by dostał piany ze wścieklizny jaka go wskutek tego ogarnie, gwarantuję bom przetestował niniejszą strategię nie raz. Jakuba Kuleszę trzeba uparcie odpytywać, czy deklarowany przezeń ''anarchokapitalizm'' przeszkodzi mu świętować wraz z konfederackimi narodowcami odzyskanie przez polskie państwo niepodległości udziałem w marszu 11 listopada, a nade wszystko jak śmie pobierać państwowe apanaże jako poseł żerując na kasie podatników, zamiast wziąć się do porządnej roboty utrzymując pracą własnych rąk i pomyślunkiem jako przedsiębiorca?! Jedynie obnażając bezlitośnie prawdziwy charakter konfederackiej niby-prawicy, podważając jej pretensje do tego miana, wypominając nieustannie antypaństwowy, i antynarodowy charakter wolnorynkizmu jakim przeżarci są także Braun z Bosakiem, niczym pod tym względem właściwie nie różniący się od Kurwina, można zepchnąć tą formację do politycznego narożnika. Pytanie tylko po co, skoro nie stanowi ona właśnie przez swoje libertariańskie zboczenie ideologiczne właściwie żadnej konkurencji dla PiS, nawet wśród młodych, którym wystarczy uświadomić fundamentalną sprzeczność jaka zachodzi między konserwatywnym i republikańskim paradygmatem opartym o wspólnotowość, a posuniętym do granic psychopatii indywidualizmem rozwolnościowych rady-kałów z wolnorynkowego skrzydła Konfy. Kuceria świetnie nadaje się wręcz, by odstraszać co bardziej ogarniętą młodzież od libertarianizmu, byle tylko umiejętnie nad tym popracować, a to niestety jak wiadomo w PiS tradycyjnie kuleje, miejmy nadzieję, że znajdą się tam jednak ludzie jacy skutecznie to przeprowadzą. Za to Kondomici mogą odegrać mimowolnie pozytywną rolę wyjmując gówniażerię spod jadowitego wpływu PO a nawet mazgaja Hołowni, przynajmniej jakąś jej część, wprowadzając niszczący ferment i rywalizację wśród opozycji, no chyba że wszystkie ostatnie utarczki z nimi obozu rządowego mają właśnie służyć pozycjonowaniu liderów ''porno prawicy'' na totalnych przeciwników rządu i uwiarygodnieniu ich w tej roli, a to co inszego.

W każdym razie co do mnie nie miałbym pretensji do nich, gdyby zamiast ordynarnie palić głupa zgrywając się na jakowąś ''ideową prawicę'', otwarcie wystąpili jako liberałowie, co najwyżej nieco bardziej od innych zachowawczy, lub wręcz paleolibertarianie. Niechże więc sformują ugrupowanie na wzór niemieckiej FDP, albo Partii Libertariańskiej w USA, i skończą to pozowanie na ''konserwatystów'' czy ''narodowców'' nawet, bo nijak ma się to do deklarowanych przez nich celów, zwłaszcza ekonomicznych. Wprawdzie porażającym jest, iż tylu aż zwolenników znajduje doktryna kwestionująca de facto sens istnienia państwa narodowego akurat w Polsce, z jej bagażem doświadczeń nie tak znowu odległej historii, dowodząc tym samym, że nie są oni w stanie wyciągnąć z niej oczywiste wydawałoby się wnioski, z nieodzownością utrzymania lub dążenia do niepodległości na czele. Cóż, szerzenie się anarchistycznego wolnorynkowego nihilizmu stanowi ideologiczny trupi jad wydzielany przez rozkładającą się na naszych oczach dotychczasową postać polskiej wspólnoty narodowej, skupionej tradycyjnie wokół instytucji Kościoła, rodziny i przywiązania do patriotyzmu. Miejmyż wiarę, że będzie to jednak zaczynem nowego życia dla naszej państwowości i narodowej egzystencji, a nie jej ostatecznym końcem, obaczymy. Natomiast nie ulega dla mnie wątpliwości, iż rzekoma ''ideowa prawicowość'' utożsamiając się z radykalnym wolnorynkizmem, i to w tak obscenicznej formie jaką przybrał on nad Wisłą, zaorała się tym samym totalnie wpuszczając w kanał bez wyjścia, i niedługo zapewne przeżyje bolesne przebudzenie z rozwolnościowych majaczeń nawet nie z ręką, co wprost głupim ryjem w nocniku.