piątek, 17 stycznia 2020

UE jako ''zamknięte państwo handlowe'' i globalistyczne ''das Reich''.

Miała być wedle zapowiedzi merytoryczna orka putinowskich kocopałów historycznych, i będzie, ale należy poczynić wpierw suplement do poprzednich rozważań tyczących rojeń o ''europejskiej mocarstwowości'' i aktualnego kursu na centralizację jaki obrała UE zaś obecna chryja z obroną ''praworządności'' w Polsce jest tegoż przejawem, bo tu nie o żadną konstytucję ni ''wolne sądy'' się rozchodzi, tylko ostateczne wymuszenie całkowitej nadrzędności unijnych regulacji nad prawem krajowym [ nieomylna oznaka, że w Brukseli, a tak naprawdę Berlinie i Paryżu pali się już naprawdę mocno pod tyłkiem, i ktoś tam traci nerwy ]. Po zakreśleniu współczesnego kontekstu wydarzeń i historycznych przesłanek dzisiejszej mizerii politycznej Europy pora poświęcić nieco uwagi namysłowi nad głębszymi, ideowymi przyczynami tego stanu rzeczy, bo wygląda na to, iż Unia w coraz większym stopniu zaczyna przypominać wymienione w tytule ''zamknięte państwo handlowe'' rodem z filozofii Johanna Gottlieba Fichtego. Rzecz jasna nie zamierzam twierdzić, że eurokraci jak Juncker zaczytują się w dziełach klasycznych niemieckich filozofów - choć w sumie czemu by nie, powtórzę to całkiem łebski facet musi być o czym świadczy właśnie jego alkoholizm, bo nikt kumaty nie byłby w stanie na trzeźwo przewodzić czemuś takiemu jak Unia Europejska - ale ludzie z pretensjami do ilorazu bełkoczący ciągiem mantrę o ''inności'' i ''dyskursie'' nie muszą nawet wiedzieć, że mówią Derridą, Foucaultem czy Deleuzem, ni znać z kolei prac francuskich poststrukturalistów, wystarczy iż posługują się stworzonym przez tamtych językiem z jego specyficzną manierą i pojęciami, nieważne, że zwulgaryzowanym często niemiłosiernie i karykaturalnie wypaczonym bywa. Tak to jest, iż idee najsamprzód wykuwają się w zaciszach uniwersyteckich katedr, lub gorących sporach toczonych przez garstkę zacietrzewionych fanatyków po jakichś zatęchłych kawiarniach czy pubach, i dopiero potem wcielane są w czyn o ile rzecz jasna okoliczności dziejowe temu sprzyjają - gdy Lenin po przyjeździe do Rosji wygłaszał swoje ''tezy kwietniowe'' wszyscy tam z lewa jak i prawa mieli go za pojeba włącznie nawet z częścią partyjnych towarzyszy, jeszcze długie miesiące po dokonanym przez bolszewików przewrocie październikowym wróżono ich reżimowi rychły upadek i wiadomo jak to się skończyło. Podobnie co się tyczy pewnego ekscentrycznego austriackiego malarza i jego konceptów rasowych, więc radziłbym nie lekceważyć utopistów i najbardziej szalonych nawet pomysłów na uszczęśliwianie ludzkości, zwłaszcza gdy przekonaliśmy się jak apokaliptyczne wręcz konsekwencje mogą nieść przynajmniej niektóre ideo-logie. Jak widać nie tylko Marks wyrasta na duchowego patrona integracji europejskiej, aczkolwiek i on rzecz jasna ma miejsce w panteonie tychże, czego wymownym świadectwem jego świecka deifikacja przez zaprzedanego złu Junckera dokonana w byłej trewirskiej katedrze zamienionej w laicką świątynię rozumu komunikacyjnego - trudno o lepszy symbol czym w istocie jest UE. Nie mogło więc zbraknąć w tym gronie zdeklarowanego masona Fichtego, a by wykazać, iż ma to znaczenie i nie są to żadne ''teorie spiskowe'' posłużymy się nie świadectwem ignorantów i kompilatorów pokroju Krajskiego, tylko apologetycznymi wręcz w tonie obszernymi cytatami zaczerpniętymi z organu prasowego ''marksistów-ezoterystów'' pt. ''Nowa Krytyka'', konkretnie artykułem autorstwa Jerzego Kochana poświęconym osobie rzeczonego niemieckiego filozofa - uprzedzam, że lekko nie będzie, warto jednak przebrnąć przez ten bełkot bo daje on dobre pojęcie umysłowego spierdolenia znacznej części nadwiślańskiej elitki, której przedstawicielom upierdzieliło się, że mogą awansować na wszecheuropejskiego ''uniwersalistycznego Niemca'' :

''Jaka nieskończoność możliwa jest jednak do osiągnięcia dla człowieka uwolnionego od „wehikułu” moralności, jakim jest religia? Ta, użyjmy tego określenia – świecka nieskończoność wiąże się w ujęciu Fichtego z powiązaniem indywiduum z ludzkością, z aktywną działalnością dla dobra ludzkości, z przyczynianiem się do realizacji postępu, ze złączeniem egzystencji jednostki z powołaniem człowieka. „Jest przeznaczeniem i powołaniem rodu ludzkiego – twierdzi J.G. Fichte – ażby się zjednoczył i utworzył jedno ciało, we wszystkich swych częściach całkowicie ze sobą obznajomione i pod każdym względem jednakowo rozwinięte”. Sposobem osiągnięcia nieskończoności i ugruntowania tym samym możliwości szczęścia jest wtopienie się w proces doskonalenia ludności, przezwyciężania kataklizmów i zła będącego konsekwencją „złej wolności”, to znaczy klęsk, wojen i niesprawiedliwości wynikających ze złego korzystania przez ludzi z wolności. Następnym, drugim etapem konkretyzacji apelacji Fichtego jest przejście od nieskończoności i sensu życia do stopniowo uszczegóławianego programu społecznego powołania człowieka. Tradycja interpretacyjna filozofii Fichtego przekazuje nam dwa szlaki takiej konkretyzacji w jego dorobku. Pierwszy realizuje się głównie w Mowach do narodu niemieckiego i ma charakter nacjonalistyczny, szowinistyczny. Drugi, znajdujący swój wyraz najczystszy w Zamkniętym państwie handlowym, miałby stanowić prekursorską w stosunku do późniejszego ruchu politycznego fichteańską wersję socjalizmu. Wydaje się jednak, że tak rozumiana dwoistość stanowiska Fichtego może być uznana za nieporozumienie. Sądzę, że można z powodzeniem próbować rekonstrukcji w miarę jednolitego stanowiska Fichtego, a nawet broniłbym tezy o daleko idącej harmonii i konsekwencji jego wypowiedzi. Do akceptacji takiej oceny niezbędne jest przede wszystkim zniesienie podstawowej przeszkody, to znaczy oskarżeń Fichtego o nacjonalistyczne skłonności. Musimy, rzecz jasna, abstrahować w tym momencie od historycznych form recepcji myśli fichteańskiej i skupić się na samych poglądach autora Mów do narodu niemieckiego. Tak, to prawda, że Fichte, prowadząc w okupowanych Prusach, w Berlinie, wykłady zagrzewające Niemców do czynu, mówi o wybranym narodzie niemieckim, krytykuje wszystko, co zagraniczne, mobilizuje do aktywności i odrodzenia. Ale też interpelacje Fichtego nie wiążą się z nawoływaniem do jakiejś dominacji Niemców nad innymi narodami; pamiętać również trzeba, że wygłaszane są one w skrajnie niehonorowym położeniu Niemiec. A jednak i tak to, do czego namawia Fichte, mieści się całkowicie w ogólnym planie powołania człowieka. Wyróżniona pozycja Niemców jest bowiem u niego funkcją konieczności wyjścia z upodlenia narodowego i ze związanej z tym sprzyjającej okoliczności złączenia ruchu emancypacyjnego Niemców z ogólnym powołaniem człowieka. Niemcy są narodem wyróżnionym nie ze względy na więzi krwi, tradycję, historię; ich wyższość jest związana z istnieniem filozofii niemieckiej, a konkretnie – naukowej filozofii Fichtego, rozumowej, subiektywnej przesłanki wzniesienia się Niemiec ponad stan innych nacji. Lecz i tak daleko idące „osłabienie” nacjonalizmu Fichtego nie oddaje w pełni jego stanowiska. Przytoczmy dwie bardzo klarowne i wiele mówiące wypowiedzi.

Tak oto w końcu staje się w pełni jasne znaczenie, jakie w naszym dotychczasowym opisie nadaliśmy słowu Niemcy. Właściwa podstawa rozróżnienia tkwi w tym: czy wierzymy w coś absolutnie pierwszego i pierwotnego w samym człowieku, w wolność, w możliwość jego nieskończonego doskonalenia się, w wieczność postępu ludzkiego rodzaju, czy też we wszystko to nie wierzymy, sądząc, że zyskaliśmy wyraźny wgląd i zrozumieliśmy, że ma miejsce coś przeciwnego. Ludźmi pierwotnymi są wszyscy ci, którzy albo sami żyją twórczo i kreują to, co nowe, albo też ci, którzy – w przypadku, gdy im się to nie udało – zdecydowanie porzucają wszelkie błahe sprawy i z uwagą obserwują, czy rzeka pierwotnego życia kiedyś zabierze ich ze sobą. Są nimi też ci, którzy – jeśli i to ich przekracza możliwości – przynajmniej przeczuwają wolność i jej nie nienawidzą, ani też jej się nie boją, lecz ją kochają. Są oni, jeśli potraktować ich jako naród, ludem pierwotnym, narodem po prostu, Niemcami. Natomiast wszyscy, którzy godzą się z tym, że są czymś wtórnym i pochodnym i którzy tym samym mają jasną wiedzę i wyobrażenie o sobie samych, są takimi w rzeczy samej oraz będą nimi w coraz większym stopniu w wyniku tej swojej wiary. Są oni dodatkiem do życia, które toczy się przed nimi, czy też obok nich, pobudzone swą własną mocą [der Trieb]. Są oni niczym odbijające się od skały echo głosu. Są oni, wzięci jako naród, poza obrębem narodu pierwotnego, traktuje on ich jako ludzi obcych i cudzoziemców.

I nieco dalej dodaje Fichte, że:

[...] kto wierzy w duchowość i w wolność owej duchowości oraz pragnie po-stępującego wiecznie naprzód kształcenia tej duchowości przez wolność, ten jest z naszego rodu, należy do nas i będzie razem z nami, obojętnie, gdzie się urodził i czy mówi naszym językiem. Kto natomiast wierzy w martwotę, upadek i ruch w zamkniętym kole, a u steru rządzenia światem usadowił martwą przyrodę, ten, niezależnie od tego, gdzie się urodził i jakim językiem mówi, nie jest niemiecki, jest nam obcy i należałoby sobie życzyć, aby się od nas całkowicie odłączył, i to im szybciej, tym lepiej .

Wspólnota niemiecka”, „naród niemiecki” w wydaniu Fichtego to wspólnota, w której mogą się znaleźć wszyscy akceptujący powołanie człowieka niezależnie od narodowości, pochodzenia, języka i kultury, nie mogą zaś do niego być zaliczeni niemieckojęzyczni cudzoziemcy, nie akceptujący powołania człowieka. Stanowisko Fichtego trudno uznać za nacjonalizm, choć niewątpliwie cechuje je pewien elitaryzm czy ekskluzywność. Przytoczyłem tak obszerny cytat z mów Fichtego również i dlatego, by zwrócić uwagę na jego w istocie swej kosmopolityczny charakter. Jedność „narodowa” konstytuowana jest w tym przypadku na płaszczyźnie ideowej i słuszniej pewnie można by ją określić jako jedność ideową czy ideologiczną niż narodową. Wbrew pozorom kategoria narodu ma u Fichtego status całkowicie atrapowy i jest pojęciem chwilowo tylko syntetyzującym świadomość ideologiczną. Co więcej, przyjrzenie się kategorii narodu u Fichtego prowadzić nas może do uznania istnienia czegoś, co moglibyśmy określić jako wspólnotę intelektualną, polityczną, „naród filozoficzny” (bo przecież powołanie człowieka jest konstruowane w polu zreformowanej, ale wciąż chyba... filozofii), prowadzi nas w obszar kosmopolityzmu, a więc z powrotem do zagadnienia stanowiącego istotę powołania człowieka: zjednoczenia się rodu ludzkiego w „jedno ciało”.

W ten sposób powracamy znów do Zamkniętego państwa handlowego. Wydawać by się mogło, że idea zamkniętego państwa handlowego potwierdza narodowe, w potocznym sensie, skłonności Fichtego. Jeden naród, jedno państwo... nie brzmi to ładnie po doświadczeniach dwudziestego wieku... Jednakże ujawniło się nam przed chwilą, że pojęcie narodu ma w rozumieniu Fichtego bardzo szczególny sens – sens ideowy, ideologiczny. Podobnie idea zamkniętego państwa handlowego nie ma cech „zamkniętego państwa narodowego”. Opis postulowanego zorganizowania społeczeństwa nie odwołuje się w żadnym momencie do treści narodowych, niemieckich czy jakiegokolwiek narodu innego. Projekt Fichtego jest tak kosmopolityczny, jak działania matematyczne, jak 2 + 2 = 4. Racjonalna organizacja pożądanego społeczeństwa da się zastosować do każdego narodu. Ale jest w rozważaniach Fichtego jeszcze jeden moment, na który nie zwraca się zbytnio uwagi w wyniku hipnotycznego oddziaływania idei zamkniętego państwa handlowego. Myślę teraz o tym, co ma nam do powiedzenia autor fascynującego konstruktu społecznego o przyszłości owego państwa, o przyszłości ludzkości w kontekście realizacji projektu stworzenia zamkniętego państwa handlowego. Niezbyt rozbudowane stanowisko Fichtego jest jednak całkowicie jasne: państwo to, bogate i szczęśliwe w wyniku wprowadzanych reform, staje się wzorem dla innych, przedmiotem pożądania i zazdrości, inne zaś państwa, te, które, dzięki potędze zamkniętego państwa handlowego, nie mogą zrealizować się w sposób łupieżczy, muszą w związku z tym iść drogą naśladownictwa i dobrowolnego upodabniania się do zamkniętego państwa handlowego. Wszystkie więc państwa ruszają za przykładem pierwszego państwa zamkniętego. Co więc otrzymujemy w finale?

Połączony ród ludzki w ramach światowego projektu społecznego. Zamknięte państwo handlowe jest medium wprowadzania projektu społecznego dotyczącego całej ludzkości. Dokładna analiza zamkniętego państwa handlowego pozwala nam odsłonić cechy swoiste stanowiska Fichtego i zweryfikować sprzeczne opinie co do jego socjalistycznego charakteru. W każdym razie pozornie tak się wydaje. Sprawa jest jednak bardzo skomplikowana przede wszystkim dlatego, że trudno wdawać się teraz odpowiedzialnie w dyskusję na temat, co to jest socjalizm. A potem mierzyć relacje pomysłów Fichtego do jakoś wynegocjowanego modelu – nie to jest przecież w istocie przedmiotem naszego zainteresowania w tej książce. Trudno mi jednak uciec od pewnych istotnych momentów fichteańskiego projektu społecznego. Wbrew poglądom deprecjonującym utopizm i „subiektywizm” koncepcji społecznej Fichtego rozwinięta przez niego idea zamkniętego państwa handlowego jest niezwykle precyzyjna i patrząc z perspektywy współczesnej socjologii, chciałoby się często powiedzieć: „fachowa”. Nie religia, jak u Kanta, służy u Fichtego do upowszechniania zasad rozumu, lecz rzeczywiste państwo stopniowo wnoszące zasady państwa rozumu. Państwo rozumu zaś można skonstruować, kierując się przy tworzeniu pożądanego systemu społecznego rozumem i respektowaniem praw powstających „na gruncie pojęć prawnych czystego prawa państwowego, które ujmuje ludzi jako wolnych od jakichkolwiek wcześniejszych stosunków w rodzaju stosunków prawnych”. [...] Jaki jest więc sens tworzenia koncepcji zamkniętego państwa handlowego? Chodzi o stworzenie naukowego programu realizacji szczęścia na ziemi

Każdy chce żyć tak przyjemnie, jak tylko możliwe, a że każdy domaga się tego jako człowiek, a nikt nie jest bardziej lub mniej człowiekiem niż ktoś inny, to żądanie to jest równie słuszne u wszystkich. Podział należy przeprowadzić zakładając tę równość ich praw, tak by wszyscy razem i każdy z osobna mógł żyć tak przyjemnie, jak to możliwe, gdy tylu ludzi, ilu tylko ich jest, ma współistnieć w danej im życia sferze – a więc w ten sposób, by wszyscy mogli żyć mniej więcej jednakowo przyjemnie. „Mogli” powiadam, żadną miarą „musieli”. Jeśli ktoś żyje mniej przyjemnie, to powinno to zależeć tylko od niego samego, żadną miarą od kogoś innego .

Realizację tak zakreślonego celu przeprowadza Fichte, wychodząc od stosunków własnościowych, przy czym przez własność rozumie on prawo do pewnego typu zmonopolizowanej, wyłącznej formy aktywności w ramach istniejącego podziału pracy społecznej (moglibyśmy powiedzieć: „praktyki ekonomicznej”). Przedmiotem własności nie jest więc „rzecz”, lecz prawnie zagwarantowany pewien typ aktywności, w której tradycyjnie rozumiana własność rzeczy jest jej szczególną formą. Następnie Fichte przechodzi do społecznego podziału pracy dzielącego społeczeństwo na wytwórców (rolnicy, rybacy, sadownicy etc.), przetwórców (rzemiosło, robotnicy), handel (kupcy); te typy aktywności wraz z ich mnóstwem specjalizacji winny być, zdaniem Fichtego, objęte reglamentacją aktywności. Tłumacząc na język bardziej współczesny, moglibyśmy uznać, że chodzi tu o gwarantowane przez państwo prawo do wykonywania swojej działalności gospodarczej i obowiązek wymiany oraz współpracy z innymi segmentami podziału pracy. Jest więc to deklaracja obowiązku pracy i kooperacji, lecz także powszechnego dostępu do pracy i niedopuszczalności bezrobocia. Reglamentacja ta dotyczy stosunków własnościowych, ale Fichte wiąże ją również ze stosunkami podziału; ma ona sprzyjać przede wszystkim temu, aby każdy miał zapewnione godne warunki egzystencji: „Wszyscy powinni naprzód być syci i przyzwoicie mieszkać, nim ktokolwiek zacznie ozdabiać swoje mieszkanie; zanim ktokolwiek się wystroi, wszyscy powinni być wygodnie i ciepło ubrani”. Oszczędnościowych wezwań i krytyki zbytku jest tu zresztą znacznie więcej i dotyczą one nie tylko ozdabiania domu, ale i wystawnych posiłków, strojów, importu towarów rzadkich i luksusowych. Nie oznacza to jednak bezwzględnej równości. Podział dokonuje się w sumie według pracy, wszyscy są sługami całości i otrzymują za to sprawiedliwy udział w dobrach całości, nikt nie może się szczególnie wzbogacić, ale też nikt nie może zbiednieć. „Wszystkie jednostki mają zagwarantowaną trwałość swego statusu, a całość ma przez to zagwarantowane spokojne i równomierne trwanie”. Inne są jednak – zdaniem Fichtego – potrzeby urzędnika, który do swej pracy potrzebuje czystego odzienia, spokoju, ciszy i specjalnych posiłków, a inne – ludzi pracujących fizycznie, w brudzie i pocie, na świeżym powietrzu; zróżnicowanie w stosunkach podziału ma więc uzasadnienie nie tylko w wydajności pracy, ale także w odmiennych cechach wykonywanej pracy, determinującej zróżnicowanie w innych warunkach życia i pracy. Potrzeba regulacji stosunków podziału i problemy konsumpcji prowadzą Fichtego do podjęcia problematyki pieniądza i poszukiwania wspólnego miernika wartości dla różnych towarów i mimo że poprzestaje on na przyjęciu za ten miernik chleba, zboża, z uwagi na ich najbardziej potrzebny dla życia ludzkiego status, a pomysł mierzenia wartości czasem pracy uznaje za nieudany, trudno nie dostrzec dużego podobieństwa tych rozważań do początkowych analiz w Kapitale Marksa. Fichte musi jednak powrócić do stosunków międzynarodowych; możliwość budowania tak organizowanego przez państwo społeczeństwa nie jest realna w warunkach istniejącej wymiany towarowej, zależności konkretnych społeczeństw od gospodarki światowej, jej kapryśności i nieprzewidywalności. Aby uwolnić się od takiego wpływu gospodarki światowej, Fichte postuluje zamknięcie państwa pod względem handlowym, inaczej mówiąc: monopol handlu zagranicznego dla państwa, monopolizację własności pieniądza światowego w rękach państwa i wprowadzenie na rynek wewnętrzny krajowego pieniądza niewymienialnego na pieniądz światowy. Reforma ta, oprócz odcięcia od przypadkowości światowego rynku, kumuluje w rękach państwa pieniądz światowy, pozostający dotychczas w rozproszeniu w rękach obywateli, i daje tym samym państwu decydującemu się na reformę radykalnie uprzywilejowaną pozycję wobec innych państw. Spokój, ład, porządek, współpraca, silne i bogate państwo, brak biedy, łatwość zarządzania społeczeństwem, likwidacja przypadkowości w życiu społecznym, a do tego jeszcze zastąpienie stałej armii czymś na podobieństwo pospolitego ruszenia, milicji i w związku z tym bardzo tanie państwo – wszystko to sprawi, że harmonijny i bezprzykładny rozwój takiego społeczeństwa doprowadzi do jego niespotykanego rozkwitu i szczęścia obywateli, a inne państwa, zauroczone jego przykładem, chętnie pójdą przetartym już szlakiem.

Na horyzoncie pojawia się wspomniane wcześniej społeczeństwo globalne nie będące już zamkniętym państwem handlowym, ale zachowujące w sobie wszystkie jego zalety, lecz tym razem już w wymiarze światowym. Nie jest to już nawet państwo. W wielu tekstach Fichtego odnajdziemy stwierdzenia odrzucające konieczność istnienia państwa; zamknięte państwo handlowe jest więc w tym sensie także medium prowadzącym do odrzucenia państwa: „uczynić rząd zbytecznym – oto cel wszelkiego rządu” . Fichte jest jednak przekonany, że możliwość osiągnięcia celu nie jest konstytutywna dla podjęcia aktywności na rzecz zamkniętego państwa handlowego; chodzi o dążenie, o aktywność w określonym kierunku, o podporządkowanie swego działania szeroko opisanemu projektowi społecznemu, chodzi o utożsamienie się nie z utopią i jej zero-jedynkowo pojmowaną możliwością realizacji, lecz o – jakbyśmy powiedzieli, sięgając do terminologii z innej pracy – akces do narodu niemieckiego. Twórczość Fichtego w całości jest zorganizowana wobec wolnościowej interpelacji. Tym razem ogólna apelacja o uczestnictwo w powołaniu człowieka przyjmuje postać skonkretyzowaną do poziomu szczegółowego projektu społecznego. Naukowa argumentacja określa to, co naukowe, sprawiedliwe, dobre, prawdziwe, rozumne, konieczne, a jednocześnie wyklucza to, co nienaukowe, niesprawiedliwe, niedobre, przypadkowe. Jest to moment apelacji, interpelacji o uczestnictwo w projekcie społecznym formułowanym w języku nauki, a jednocześnie moment wykluczania tego, co inne, co zewnętrzne, tych, co na interpelację nie odpowiadają. Fichte wielokrotnie wypowiada się na temat zła. Jego zdaniem zło związane jest z brakiem wolności, nieużywaniem jej, bezwładem i lenistwem. Pojawia się więc ono w ramach idei Fichtego zawsze, gdy nie następuje odpowiedź na interpelację powołania człowieka. Uniwersalistyczna ideologia okazuje się partykularna. Jeśliby miała być naprawdę uniwersalistyczna, winna to, co powszechne albo to, co średnie – przyjąć za zobowiązujące. Tymczasem jest na odwrót: to, co powszechne, okazuje się nieporozumieniem, prawdziwe i rozumne jest to, co partykularne, choć ono samo siebie przedstawia w końcu jako uniwersalne, „nieskończone”, jak chce Fichte, a to, co inne – jako skończone, przeszłe i wrogie. Wolnością jest więc w wymiarze jednostkowym uczestnictwo w projekcie Powołanie Człowieka, niewolą jego kontestacja, nieodpowiedzenie na interpelację Innego, który, podkreślmy to raz jeszcze, tym razem nie jest żadnym kantowskim „wehikułem”, lecz na sposób naukowy skonstruowaną ideologią. Wolność nie ma więc charakteru powszechnego, nie przysługuje wszystkim. Jest ona dla tych, co odpowiadają na apel i pojawia się jako walor więzi ideologicznej spajającej jednostki w społeczny podmiot historyczny. Ale nie jest tylko tym, gdyż w rzeczywistości, pisząc o niej wyłącznie w ten sposób, redukujemy jej egzystencję do efektów występujących w indywidualnym podmiocie, a jest to tylko jej subiektywny i jednostkowy sposób istnienia. Wolność, która jest przedstawiana w Zamkniętym państwie handlowym, stanowi rdzeń pewnego projektu społecznego. Jednak – określmy to jeszcze precyzyjniej, uciekając od traktowania wolności jako istoty, bo przecież istotą zamkniętego państwa handlowego nie jest wolność, lecz właśnie skonstruowana idealna rzeczywistość nowego projektu społecznego – o wiele trafniejsze będzie stwierdzenie mówiące o tym, że wolność jest sama pewną koniecznością, jest pewną przestrzenią społeczną zawartą w koncepcji zamkniętego państwa handlowego, jest historycznie określonym możliwym typem praktyki społecznej. Czym jest w takim razie wolność dla tych, którzy nie odpowiadają na apel, na interpelację Fichtego wołającego: To tu, w powołaniu człowieka jest wolność! Jest to pytanie poniekąd zasadnicze. Czy nie mają oni wolności? Z perspektywy Fichtego nie mają, ale tylko z perspektywy Fichtego jako twórcy pewnego typu praktyki wolności, aspirującego do uniwersalności i jako uniwersalny się prezentującego. Odpowiedź pełniejsza, pozaideologiczna, a w każdym razie nie-fichteańska na to pytanie wykracza poza teksty Fichtego. Jeśli jednak uznamy, że jego sposób rozumienia, praktykowania wolności, jako medium interioryzacji ideologii i aktywnego opowiedzenia się za zawartą w konkretnym projekcie społecznym praktyką wolności, został trafnie przed chwilą zrekonstruowany, to musimy uznać, że wolność jest możliwa tylko w wyniku opowiedzenia się, odpowiedzi na interpelację. Oczywiście ci, którzy nie odpowiadają na apel Fichtego, odpowiadają na inne interpelacje, na inne apele innych ideologii, prezentujących się jako prawdziwe, jedyne, uniwersalne projekty społeczne, oferujące prawdziwą przestrzeń społecznej wolności, prawdziwą jednostkową wolność. Albo też nie odpowiadają na nie ani na żadne inne i nie są w takim razie obecni w obszarze kształtującego się społeczeństwa obywatelskiego, poprzestając na tych formach determinacji swego bytu, które Fichte określa jako tylko przyrodnicze. Filozofia Fichtego nie jest teorią ideologii, lecz „przyłapaną na gorącym uczynku” chwilą konstytuowania się ideologii jako nowej formy praktyki społecznej. I to przyłapaną w momencie niepowtarzalnego zjednoczenia filozofii i ideologii, znajdującego swój wspaniały wyraz w filozofii twórcy Teorii Wiedzy, w całej jego twórczości, ale przecież i w jego losach, biografii. Jakże wspaniale współgra z przedstawioną rekonstrukcja poglądów Fichtego na wolność jego, nie zaakceptowany przecież przez odpowiednie władze, pomysł towarzyszenia armii niemieckiej w roli „świeckiego mówcy państwowego”, motywującego żołnierzy do poświęceń i odwagi. [ czyli politruka mówiąc wprost - przyp. mój ] Filozofia wolności Fichtego ujawnia w najczystszej postaci istotę pojęcia „wolność”, ważną dla całej późniejszej historii, także dla historii filozofii. W najbardziej bezpośredni sposób odsłania „kuchnię” istnienia wolności w praktyce filozoficznej jednego myśliciela. To, co z biegiem lat stanie się złożoną strukturą praktyk ideologicznych rozpisanych na chór, wyłaniający się z postępującego podziału pracy społecznej i komplikujących się form egzystencji społeczeństwa obywatelskiego, tu występuje jako trud teoretyczny jednostki, interpelacja filozofa skierowana do człowieka w ogóle w celu uzmysłowienia mu jego powołania, zapewnienia wolności, szczęścia i nieśmiertelności. Wystarczy tylko odpowiedzieć na tę interpelację i włączyć się w realizację konkretnego projektu społecznego. Fichte jako filozof wolności jawi się więc wobec przemysłowych form produkcji wolności w czasach późniejszych, także tych nam współczesnym, trochę jak rzemieślnik wolności. Twórca, dla którego to, co zawodowe, jest często nieodłączne od tego, co amatorskie, a to, co wytworzone, splecione z tym, co artystyczne, twórcze, przeżyte, autentyczne i własne. Zapewne ten brak dystansu wobec wolności, człowieka i jego powołania może wydawać się praktykom wolności czasów stalinowskich i czasów multimedialnej wirtualnej rzeczywistości szczególnie nieznośny, egzaltowany, pełen przesady, „namiętny w sposób żenujący”, „groteskowy”, pozbawiony zawodowstwa. Ale to Johann Gottlieb Fichte jest Filozofem Wolności.''

http://www.nowakrytyka.pl/pl/artykuly/Nk_on-line/?id=658/__J_G_Fichte_a_wolnosc_

- gdyby ktoś śmiał jeszcze żywić jakiekolwiek wątpliwości co do masońskiej genezy wyżej zarysowanego projektu odsyłam do lektury artykułów z tejże neomarksistowskiej ''Nowej Krytyki'' pod wymownymi tytułami: ''Johanna G. Fichtego koncepcja wykształconego wolnomularza'' i zwłaszcza ''Masoneria jawna i tajna w świetle piętnastego listu J. G. Fichtego''. A jak w praktyce pan filozof widział wcielenie swego konceptu w życie:

''Fichte rozwinął myśl utworzenia wielkiego obszaru gospodarczego w swej pracy wydanej w 1800 r., a zatytułowanej ''Zamknięte państwo handlowe''. Mimo że filozof nie używa w niej ani razu terminu Grossraumwirtschaft, zawiera ona już całkiem wyraźnie skrystalizowane wszystkie główne idee, które w XX w. złożyły się na doktrynę określaną właśnie tym mianem. Znajdują się w niej więc: 1. podstawowa idea rozszerzenia wyjściowego obszaru gospodarczego. 2. idea wzajemnego uzupełniania się (komplementarności) części tego nowego obszaru gospodarczego, 3. idea planowego kierowania gospodarką i w końcu 4. idea stabilizacji koniunktury. […] 

Tak wygląda zespół idei składających się na fichteańską wizję gospodarki wielkiej przestrzeni. Jak jednak wyobrażał sobie Fichte urzeczywistnienie swego ideału? Otóż filozof uważał, że dla normalnego funkcjonowania takiej gospodarki jest konieczna jej izolacja od zagranicy. Do tego prowadzi zaś ściągnięcie z obiegu pieniądza, który ma wartość i za granicą, i zastąpienie nowym pieniądzem (ze skóry, metalu, papieru itp.), który nie posiadałby żadnej wartości samoistnej, a tylko wartość nadaną mu przez państwo. Taki bowiem pieniądz nie miałby mocy płatniczej za granicą i mógłby kursować tylko wewnątrz państwa. Szczegóły tej wymiany pieniądza zachowuje Fichte w tajemnicy, by nie podniecać w społeczeństwie ewentualnych wątpliwości i nieufności, gdyż i tak błogie skutki całej operacji wykażą ich bezzasadność. Powinna ona zostać dokonana nagle, jednym aktem, ale bez stosowania jakiejkolwiek siły. Po prostu pewnego dnia całe złoto i srebro znajdujące się w posiadaniu społeczeństwa straci swą wartość jako środek płatniczy i zostanie zastąpione przez nowy pieniądz krajowy. Drogą tej obowiązkowej wymiany pieniądza dawnego na nowy państwo nabędzie monopol posiadania pieniądza światowego, kursującego za granicą. Pozwoli mu to również na zmonopolizowanie w swych rękach w okresie przejściowym całego handlu zagranicznego, który w szczątkowych rozmiarach będzie się utrzymywać do czasu kiedy wielki obszar gospodarczy nie zacznie produkować wszystkich towarów sprowadzanych dotąd z zagranicy. Państwo przejmie również rolę likwidatora wzajemnych zobowiązań kupców krajowych i zagranicznych. Tak więc wielki obszar gospodarczy będzie dysponować podwójnym pieniądzem: jednym, krajowym znajdującym się w rękach zarówno państwa, jak i obywateli, oraz drugim, światowym, używanym tylko do handlu z zagranicą i będącym jedynie w gestii państwa. Rola tego drugiego pieniądza będzie maleć w miarę usamodzielniania się gospodarki wielkiego obszaru, ale nigdy nie zaniknie w pełni, gdyż pieniądz ten będzie używany stale, do opłacania sprowadzanych z zagranicy wybitnych fachowców spośród chemików, fizyków, mechaników, artystów i fabrykantów. Bezpośrednio przed przeprowadzeniem tej reformy pieniężnej państwo powinno wykupić wszystkie znajdujące się w kraju towary zagraniczne. Winno to nastąpić w jednym dniu utrzymywanym w tajemnicy i wiadomym tylko urzędnikowi odpowiedzialnemu za przeprowadzenie całej akcji. Celem jej jest zarówno zorientowanie się w istniejących w kraju zasobach towarów zagranicznych i w stanie ich zapotrzebowania, jak i zapewnienie skuteczności ustawowej reglamentacji ich cen. Jednocześnie państwo musi zdobywać dla siebie naturalne granice. Ponieważ rząd wejdzie w posiadanie olbrzymiego majątku pieniężnego, będzie mógł użyć go na zakup za granicą wszelkich środków potrzebnych do uzbrojenia; państwo zdobędzie szansę stania się tak wielką potęgą, że nikt nie będzie mógł mu stawić oporu. W rezultacie osiągnie ono swe naturalne granice bez rozlewu krwi i dobywania miecza. Jego operacje militarne będą raczej marszem okupacyjnym niż wyprawą wojenną. Bezpośrednio po okupacji nowych terenów państwo przeprowadzi na nich te same operacje pieniężne, których dokonało w macierzy. Celowe będzie następnie dokonanie odpowiednich przemieszczeń ludności, tak żeby się zatarły różnice między dawnymi a nowymi obywatelami państwa. Wpłynie to poza tym dodatnio na podniesienie się poziomu gospodarki. Po zakończeniu okupacji rząd wyda manifest skierowany do wszystkich państw, w którym uzasadni swe kroki koniecznością zdobycia granic naturalnych. Jednocześnie złoży solenne zapewnienie i zobowiązanie, że odtąd nie wejdzie w żaden sojusz z jakimkolwiek państwem, ani też pod żadnym pretekstem nie przekroczy swych obecnych granic. Jak znajomo brzmią te słowa, mimo że od ich napisania upłynęło 170 lat! Cały projekt utworzenia wielkiego obszaru gospodarczego wieńczy Fichte wizją błogich lat, które nastąpią po jego zrealizowaniu. Znikną wojny, gdyż państwo będzie mieć granice naturalne. Nie będzie kogo atakować, więc samo nie zostanie zaatakowane. 

"Rząd opisanego państwa rzadko będzie musiał się uciekać do karania i rzadko wszczynać wstrętne śledztwa. Ucisk prawdziwej nędzy czy lęk przed przyszłością, jako główne źródła przestępstw wśród osób prywatnych, zostały usunięte; wiele zaś wykroczeń jest całkowicie uniemożliwionych wskutek zaprowadzenia surowego porządku. Również nie należy obawiać się przestępstw przeciw państwu, buntu i rozruchów. Poddanym powodzi się dobrze, a rząd stał się ich dobroczyńcą [...] Jest jasne, że w takim zamkniętym narodzie, którego członkowie współżyją tylko ze sobą [...J, bardzo szybko wytworzy się wysoki poziom dumy narodowej i wyraźnie zarysowany charakter narodowy. Stanie się on innym, całkowicie nowym narodem." […] 

Fichte stawia tezę, naprzód bardzo ogólną i bezwzględną, że autarkia nie będzie oznaczać ograniczeń w zaspokojeniu potrzeb. Jeśli się bowiem ma odpowiednie surowce - a w państwie zamkniętym będzie to wynikiem jego granic naturalnych - nie ma przyczyny, dla której nie można by produkować wszystkiego wewnątrz kraju. Ale już na następnych stronach swego wywodu autor Zamkniętego państwa handlowego zdaje sobie sprawę, że teza taka jest zbyt absolutna i osłabia ją przez wprowadzenie rozróżnienia między "potrzebami, które rzeczywiście mogą się przyczynić do zdrowia, a potrzebami, które tylko i wyłącznie opierają się na opinii". I tylko tym pierwszym przyznaje prawo zaspokojenia w zamkniętym obszarze gospodarczym. Nie odmawia obywatelom swego państwa prawa do futra czy lekkiego ubrania, nie widzi jednak konieczności, by musiało to być futro sobolowe lub ubranie jedwabne, jeśli kraj nie ma ani soboli, ani jedwabników. A już całkiem bez żalu pozbawia Fichte swych obywateli wszelkich koronek i haftów, które nie czynią odzieży ani cieplejszą, ani trwalszą. Wyczuwając, że i ta argumentacja mogłaby się spotkać z zarzutami, Fichte dokonuje przeskoku myślowego: z terenu ekonomii przerzuca się na teren ogólnych postaw życiowych i tam, w spartańskim stosunku do życia szuka wsparcia dla racji ekonomicznych. 

"Pytać się, dlaczego nie mogę mieć towaru tej jakości, która być może jest wytwarzana w jakimś innym kraju, to znaczy pytać się: dlaczego nie jestem mieszkańcem tego kraju, i jest akuratnie tym samym, jak by dąb chciał się zapytać: dlaczego nie jestem palmą; i odwrotnie. Każdy musi być zadowolony ze sfery, w której go natura umieściła i z tego wszystkiego, co stąd wynika."

Oznacza to, że cale rozumowanie ekonomiczne Fichtego osiadło na mieliźnie. Twardej bowiem rzeczywistości ekonomicznej nie wystarczą piękne, a nawet heroiczne słowa. [...] 

I jak na ironię losu, nie długo musiał czekać filozof, by na własnej skórze odczuć, czym jest brutalne dążenie do utworzenia wielkiego obszaru gospodarczego. Już bowiem w 5 lat po wydaniu jego ''Zamkniętego państwa handlowego'' Napoleon - zapewne nie znając tej książki - rozpoczął realizację pewnych jej myśli. Dążąc do utworzenia pod egidą Francji Stanów Zjednoczonych Europy, zamknął 21 XI 1806 r. wszystkie podległe swej władzy terytoria w jeden wielki obszar gospodarczy. Jednocześnie z ogłoszeniem blokady kontynentalnej Anglii powstała pod przewodnictwem Francji wielka, autarkiczna przestrzeń gospodarcza, która pod wieloma względami była ziszczeniem idei Fichtego. I rzeczywiście, niezbadane są wyroki historii: utworzenie jego ogłoszone zostało w Berlinie. Właśnie tam, gdzie Fichte marzył o wielkim obszarze gospodarczym niemieckim. Filozofa już jednak tam nie było. Po zajęciu Prus przez Francję, uciekł wpierw do Królewca, a następnie do Kłajpedy. Do Berlina powrócił dopiero w 1807 roku. W 1813 r. wysoki mason, ongiś podejrzany o ateizm i z tego powodu wygnany z Jeny, zgłasza się Fichte na kaznodzieję do armii pruskiej, ale spotyka się z odmową. Nie pozwolono mu również wziąć udziału w wojnie przeciw Francji w szeregach czynnej armii. Poświęcił się więc pielęgnowaniu rannych i zapadłszy na zakaźną chorobę, której nabawił się w lazarecie, zmarł 29 I 1814 roku. Ostatni więc etap swego życia poświęcił walce przeciw swej własnej koncepcji wielkiego obszaru gospodarczego, tylko zrealizowanej nie przez Prusy, a Francję. W ten sposób dała znać o sobie podstawowa wada fichteańskiej Grossraumwirtschaft - jej statyczność.'' 

[ str. 23 i dalej ]: 

https://bibliotekacyfrowa.pl/dlibra/docmetadata?showContent=true&id=27013 

- owszem, tak byłoby, gdybyśmy mieli do czynienia nadal z żywiołowym rozwojem, natomiast zarysowana wyżej wizja idealnie niemal odpowiada ulegającej gwałtownemu regresowi, tracącej pozycję Europie co narzuca jej zachowawczą politykę i ratowanie resztek czego się jeszcze da. W każdym razie brzmi znajomo, czyż nie? Zwłaszcza ta ''pozbawiona samoistnej wartości waluta'', której znaczenie zapewnia jedynie ponadnarodowe państwo, wypisz wymaluj euro, albo przesiedlanie kontyngentów ludności w celu budowy nowej wspólnoty europejskiej, toż przecież nic innego jak kwoty nachodźcze! Rzecz jasna to nie jest i nie może być realizacja 1:1 w tak zmienionych obecnie warunkach, niemniej trudno pozbyć się wprost narzucających się skojarzeń w obliczu ostatnich oświadczeń Merkelowej wykładającej racje stojące za ustanowieniem Rzeszy Europejskiej już bez ogródek: 

''Postrzegam Unię Europejską jako nasze ubezpieczenie na życie. Niemcy są zbyt małe, by samodzielnie wywierać wpływ geopolityczny, i dlatego musimy wykorzystać wszystkie zalety jednolitego rynku". To dlatego - jak mówiła - UE musi kontynuować reformy, dokończyć tworzenie jednolitego rynku cyfrowego, dążyć do unii bankowej (planu scentralizowania nadzoru nad europejskimi bankami i zarządzania kryzysowego) oraz rozwijać unię rynków kapitałowych, aby zintegrować rozdrobnione rynki kapitałowe i dłużne Europy. 

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1449027,merkel-brexit-unia-europejska.html 

- nie wiem czy ona zdaje sobie sprawę, że niemal dosłownie powtórzyła argumentację Hitlera z jego ''Zweites Buch'', niewydanego za życia fuhrera suplementu do ''Mein Kampf'', tyle że bez Lebensraumu oczywiście, który należało sobie odpuścić wobec mizerii demograficznej i militarnej dzisiejszych Niemiec [ na szczęście ]. Wypadałoby stąd przywołać opis formy, którą te projekty przybrały w okresie III Rzeszy i z jakim rozmachem je wówczas kreślono, bo jak się zaraz przekonamy brzmią niezwykle aktualnie, nie były więc tak szalone i pozbawione podstaw jak dziś duraczą kucerię różne Ziemkiewicze [ tym bardziej, iż posłuży nam za dobry wstęp do orania putinowskich kocopołów historycznych w następnym wpisie ]: 

''Niepowodzenia te nie powstrzymały prac nad przygotowywaniem planów włączenia obszarów Związku Radzieckiego w system gospodarczy Niemiec, tym razem w ramach zmodyfikowanej na modłę nazistowską niemieckiej doktryny gospodarki wielkiego obszaru (GrossraumWirtschaft). Nowy nadprezydent Prus Wschodnich, a zarazem gauleiter partii hitlerowskiej w tej prowincji, Erich Koch, należał do grona tych gauleiterów, którzy uznawali konieczność ścisłych związków ze Związkiem Radzie­ckim. Uważał on przy tym, iż jednym z zadań narodowosocjalistycznych Prus Wschodnich jest przywrócenie wybrzeżu Bałtyku roli, jaką spełniało ono w okresie Hanzy. Pod jego egidą, w działającym przy uniwersytecie królewieckim Instytucie Wschodniopruskim (Ostpreusseninstitut), kierowanym przez Hansa-Bernharda von Grünberga, opracowywano plany, według których wielki obszar gospodarczy Niemiec rozciągał się na całą zachodnią część Związku Radzieckiego aż po Morze Czarne i Kaukaz oraz, oczywiście, na państwa leżące między Niemcami a Związkiem Radzie­ckim. Już w 1934 r. sporządzono w instytucie mapy linii komunikacyjnych, autostrad, projektów kanałów, źródeł pozyskiwania energii i całej związanej z tym infrastruktury. W planach tych traktowano Związek Radziecki jako państwo współdziałające na prawach partnera handlowego. Warunki realizacji tych planów powstały dopiero w 1939 r., a ściślej - w drugiej połowie tego roku, po aneksji przez Niemcy obszaru Kłajpedy, kiedy to port kłajpedzki stał się znów portem niemieckim, po umowie Ribbentrop-Mołotow i wynikającym z niej podziale sfery wpływów między Niemcami a Związkiem Radzieckim, wreszcie po zakończeniu kampanii wrześniowej 1939 r. i podziale okupowanych ziem polskich na tzw. obszary wcielone i Generalne Gubernatorstwo. Okupacja Polski spowodowała bezpośredni kontakt gospodarczy Niemiec ze Związ­kiem Radzieckim, a okupacja zachodniej Europy w 1940 r. wciągnęła i tę część kontynentu w sferę wpływów gospodarki niemieckiej. Tak więc wojenne zdobycze terytorialne Niemiec rozszerzyły ich obszar gospodarczy - z wielkoniemieckiego stał się on europejski. Zmiany te pociągnęły za sobą modyfikację planów opracowywanych w Prusach Wschodnich. Pojęciu nowego porządku na niemieckim Wschodzie (Neuordnung des deutschen Ostens) nadano nową, znacznie szerszą treść. Uznawano, iż wynikiem zwycięskiego zakończenia kampanii w Polsce było utworzenie nowej niemieckiej granicy wschodniej. Dotychczasowe rozbicie wschodnioniemieckiego obszaru, który przed wojną zaznaczał się trzema skierowanymi na wschód pomostami: Prusami Wschodnimi, Śląskiem i Marchią Wschodnią, zostało zlikwidowane. Prusy Wschodnie, południowa granica Niemiec i obszar Marchii Wschodniej utworzyły wewnętrzną zamkniętą linię, a Generalne Gubernatorstwo należący do tej jedności obszar uzupełniający. Zlik­widowana została izolacja Prus Wschodnich. Zmiany te miały decydujący wpływ na sytuację pobrzeża Bałtyku. Przed wojną bowiem państwa pobrzeża Bałtyku — Litwa, Łotwa, Estonia, jak również Finlandia, Szwecja i Polska z roku na rok zacieśniały swoje związki gospodarcze z Anglią. W efekcie Bałtyk przestał być obszarem wymiany między poszczególnymi państwami jego wybrzeża, a stał się swoistą odnogą Morza Północnego, którego wymiana koncentrowała się również na Anglii. Podobnie też rola, jaką w komunikacji bałtyckiej spełniał Hamburg, wiązała się z tą tendencją. Dlatego też „nowy porządek” na obszarze bałtyckim winien był oznaczać przede wszystkim wyparcie Anglii z handlu ze Związkiem Radzieckim, Finlandią i Szwecją. Kraje te winny przystąpić do intensyfikacji wymiany towarowej z Niemcami, bo tylko to stanowi naturalną drogę do powiązania wszystkich państw bałtyckich między sobą, jak również przemieszczenia całego obrotu towarowego do portów bałtyckich. Uznawano przy tym za oczywiste, że punktem ciężkości tych obrotów będzie centrum Bałtyku, a więc obszar wyznaczony przez porty gdański, królewiecki i kłajpedzki. Tym samym więc porty wschodnio- i zachodnio-pruskie miały uzyskać zupełnie nowe znaczenie. [...] Uznawano więc, że dzięki traktatowi ze Związkiem Radzieckim, jak również dzięki pokojowi na Dalekim Wschodzie, stanowiącym jeden z owoców Paktu Trzech, wy­tworzyła się na całym kontynencie atmosfera polityczna sprzyjająca globalnemu roz­wiązaniu problemu wymiany towarowej na tym obszarze. Podkreślano, iż już teraz w czasie wojny (mowa o okresie sprzed napadu Niemiec na Związek Radziecki) droga z Dalekiego Wschodu przez Syberię do Europy ma olbrzymie znaczenie. Przyjmowano za pewnik, że znaczenie tej drogi z biegiem czasu, również i po zawarciu pokoju, nie będzie się zmniejszało, ale zwiększało. Jak też i to, że obok, czy równolegle z ruchem kolejowym i komunikacja drogowa będzie się nasilała. Zwracano przy tym uwagę, że trasa z Europy Środkowej do Europy Wschodniej i dalej na Wschód przez Moskwę prowadzi połu­dniową częścią Prus Wschodnich po linii Olsztyn — Ełk. Ta część prowincji będzie bramą wlotową z Europy Środkowej do Wschodniej. Wraz ze wzrostem znaczenia tej drogi zwiększać się będzie również znaczenie tej bramy wlotowej, a tym samym i leżącej dotychczas na peryferiach części prowincji. Jeszcze większe znaczenie dla prowincji i jej portów miało mieć w najbliższej przyszłości połączenie z obszarami nadwyżek rolnych — Rumunią, Besarabią i Ukrainą. Uznawano, iż rosyjskie obszary czarnoziemu będą z pewnością kierowały część swoich produktów do portów Morza Czarnego, a stamtąd dalej drogą morską przez Morze Śródziemne lub też śródlądową drogą wodną (Dunajem) do krajów przeznaczenia. Znaczną jednak część, głównie z obszarów północnych tych ziem, skierują względnie krótszą drogą nad Bałtyk, by przez niezamarzające porty bałtyckie przesłać je dalej do miejsc przeznaczenia. Tymczasem najbliższym centrum przetwórstwa, w którym południoworosyjskie surowce mogą być przetwarzane, są Prusy Wschodnie, a najbliższym portem bałtyckim — Królewiec. Rozbudowę połączeń komunikacyjnych na południe tak wodnych, jak i lądowych uznawano za niezmiernie ważne dla współpracy tych olbrzymich obszarów produkcji nadwyżek rolnych, a resztą obszaru europejskiego jako rynku zbytu na te produkty. Stwierdzano, że w centralnych ośrodkach Rzeszy traktuje się nowe obszary wschodnie Niemiec jako swoiste „przedłużenie” po linii Zachód — Wschód. Tak więc Śląsk i Warthegau uznaje się za przesunięcie na Wschód Niemiec środkowych. Śląski zaś okręg przemysłowy jako najdalej na wschód wysuniętą część niemieckiego centrum przemysłu ciężkiego. Byłoby oczywiście rzeczą niesłuszną zaprzeczać znaczeniu tych powiązań horyzontalnych. Uznawano to jednak za zbyt ograniczony i jednostronny punkt widzenia. A to dlatego, iż traci się z oczu fakt, że nowa niemiecka granica na Wschodzie stwarza doskonałe warunki do powiązań gospodarczych po linii wertykalnej — z Połu­dnia na Północ. Linia ta bierze swój początek we włoskich portach adriatyckich, prowadzi przez Styrię i Karyntię, krzyżuje się w okolicy Wiednia z ważną arterią komunikacyjną, jaką jest Dunaj, prowadzi dalej przez Bramę Morawską i w swoim centrum przekracza i przecina morawsko-górnośląski okręg przemysłowy. Od tego miejsca zaczyna się jej bieg północny, którego pierwszym etapem jest łódzki okręg przemysłowy. Centrum tego północnego biegu stanowi przejście przez środkowy bieg Wisły w okolicy płocka. To przejście można bez przesady porównać z jej środkowym przejściem w biegu połu­dniowym, a więc przez Dunaj w okolicy Wiednia. I jakkolwiek Dunaj stanowi jeszcze arterię o znacznie większych możliwościach komunikacyjnych niż Wisła, to jednak również i Wisła wraz ze swoim dorzeczem, a przede wszystkim systemem kanałów powiązanych z Prypecią i Dnieprem odegra w przyszłości poważną rolę jako arteria komunikacyjna. Dzięki temu miejsce przecięcia Wisły w okolicy Płocka przez tę trasę południowo-północną stanie się ważnym centrum komunikacyjnym i gospodarczym. W bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się tereny doskonałych gleb w powiatach płockim i płońskim, należących do rejencji ciechanowskiej. Na ziemiach tych powstaną nie tylko wydajne niemieckie gospodarstwa rolne, nie tylko pracujące na potrzeby wsi zakłady rzemieślnicze, ale również stosowny przemysł przetwórczy. Zwracano przy tym uwagę, iż w okolicy Ciechanowa trasa komunikacyjna pro­wadząca wzdłuż nowej niemieckiej granicy wschodniej krzyżuje się z odgałęzieniem linii komunikacyjnej przecinającej Generalne Gubernatorstwo. Stąd wkracza ona na Mazury i południową Warmię. Tu też krzyżuje się ze wspomnianą linią Wschód — Zachód. Bieg swój kończy trasa południowo-północna w Królewcu nad Bałtykiem. Jeśli chodzi o Generalne Gubernatorstwo to miało ono stanowić przedpole nowej niemieckiej granicy wschodniej. Jego zadaniem miało być pełnienie roli łącznika obszarów między Rumunią i południową Rosją a Bałtykiem. Zwracano uwagę iż linia komunikacyjna Kraków — Warszawa oraz Rosja — Warszawa przebiega koło Ciecha­nowa w kierunku południowo-północnym. Tak jak Wisła winna kierować transport drogą wodną do morza, tak również ta linia kolejowa winna stanowić ważne połączenie z południowymi obszarami Prus Wschodnich. Zakładano, iż porty królewiecki i kłajpedzki otrzymają bezpośrednie połączenie w kierunku wschodnim dzięki budowie linii komunikacyjnej wiodącej przez Wystruć do miejsca, w którym arteria Wschód — Zachód krzyżuje się z przejściem granicznym w Suwałkach. Tę linię komunikacyjną Związek Radziecki miał przedłużyć o 600 kilometrów aż do Kijowa, by przyłączyć do niej Ukrainę. Dzięki temu również i zaniedbana dotychczas północno-wschodnia część prowincji — rejencja gąbińska — miała zostać przyłączona do trasy komunikacyjnej o olbrzymim znaczeniu gospodar­czym. Uznawano, że dzięki realizacji tych planów Prusy Wschodnie przestaną być niemiec­kim krajem, w którym biegnące z Niemiec trasy komunikacyjne wpadały w ślepą uliczkę. Prowincja miała bowiem w przyszłości otrzymać połączenia, które zamienią ją w ważne centrum komunikacji morskiej i lądowej Europy. Realizacja scharakteryzowanych wyżej planów „nowego porządku na wschodnich obszarach niemieckich”, opublikowanych w kwietniu 1941 r., zmierzała do tego samego celu, który już w lipcu 1940 roku przedstawił w odczycie dla przedstawicieli prasy krajowej i zagranicznej minister gospodarki Trzeciej Rzeszy Walter Funk stwierdzając, iż przygotowany przez niego plan gospodarki wielkiego obszaru gospodarczego „musi zagwarantować Niemcom maksimum pewności gospodarczej, a narodowi niemieckiemu maksymalną konsumpcję dóbr celem podniesienia dobrobytu narodowego. Na osiąg­nięcie tego celu musi być skierowana gospodarka europejska”. Po napaści Niemiec na Związek Radziecki scharakteryzowane wyżej plany uległy pewnej korekcie, wprawdzie nie co do głównych założeń, ale co do sposobu ich realizacji. Związek Radziecki przestał od tej chwili być państwem współdziałającym na prawach partnera handlowego, a stał się terenem eksploatacji ekonomicznej (Nutzungsgebiet). To samo tyczyło „wyzwolonych” przez Niemców republik bałtyckich.''

http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Komunikaty_Mazursko_Warminskie/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1994-t-n2_3/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1994-t-n2_3-s341-345/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1994-t-n2_3-s341-345.pdf
 
A propos: wcale nie jestem pewien w przeciwieństwie do wyżej cytowanego apologety Fichtego czy postulowany przez tegoż idealny ustrój jest aż tak odległy od III Rzeszy, wystarczy że za ''nieoświeconych'' żyjących na podobieństwo bydląt ''Naturmenschen'' określanym przezeń wdzięcznym mianem ''Wilde'' i ''Cannibalen'' [ dzikusów i kanibali ] uznamy jak Hitler przedstawicieli tzw. Sklavenvölker - ''narodów niewolniczych'' łamane przez ''słowiańskich'' [ ta bliskoznaczność jest tu znamienna ], no i rzecz jasna Żydów. Paradoksalnie skłonność Niemców do zatracania się w tego typu ''filozoficznym'' szowinizmie jak wymyślona przez nazistów paneuropejska ''rasa nordycka'' ma za przyczynę ich późno i nigdy w pełni nie wykształcone poczucie tożsamości narodowej, w czym zresztą bliźniaczo do nich podobni są Rosjanie, to też tłumaczy czemu tylu hitlerowców tak płynnie odnalazło się w projekcie europejskiej integracji i ponadnarodowej UE. Dobrze ukazuje to koncept Fichtego ''Totale Mobilmachung'' w imię pojmowanej absolutnie wolności jednostkowej i zbiorowej, oraz ustanowienia globalnego ''das Reich'', którym zajmuje się dr Małgorzata Kwietniewska w swym artykule naukowym, gdzie wyraźnie dystansuje się od grubej, ordynarnej wręcz manipulacji jakiej dopuścił się Kochan na siłę próbując negować ludobójcze wątki w myśli swego intelektualnego mistrza: 

"Wolność: Przede wszystkim wolność tę należy sobie zapewnić samemu w ramach życia wewnętrznego, podczas gdy w wymiarze zewnętrznym, czyli społecznym, należy ją wywalczyć wspólnie. W ten sposób wolność staje się warunkiem wyniesienia indywiduum ponad swój jednostkowy los i osiągnięcia życia wiecznego za pośrednictwem wspólnoty, którą stanowi naród. Ten ostatni zaś powołany jest do ustanowienia największej wartości doczesnej – która przechodzi już niejako na poziom wyższy i ociera się o nieśmiertelność – czyli Królestwa (das Reich). Inaczej mówiąc, Królestwo stanowi ziemski obraz Boga, który osiąga się moralnym wysiłkiem narodu. Wieczne życie czy też życie w ogóle oraz obowiązek moralny są autonomiczne, nie potrzebują one wolności do swej samorealizacji. Wolność jest jednak nieodzowna w doczesnym życiu indywiduum i tu okazuje się ona najwyższym celem, który człowiek może sobie praktycznie przedstawić do realizacji. W tym kontekście należy rozumieć orzeczenie Fichtego: „wolność jest dobrem najwyższym” (Freiheit ist das höchste Gut). Oznacza to, że życie doczesne posiada wartość jedynie w tej mierze, w jakiej jest wolne. Nie będąc wolne, nie posiada żadnej wartości, staje się złem i udręką. Krótko mówiąc, życie doczesne jest walką o wolność. Tam, gdzie życie doczesne wolnym być nie może, wyzwolicielką staje się śmierć. Oczywiście śmierć ziemska nie dotyczy życia w ogóle, jego bowiem nic nie może przerwać. O ile życie ziemskie jest tylko iluzją i pozorem, o tyle życie wieczne jest czymś absolutnym. Dopiero właściwe zrozumienie znaczenia, jakim Fichte obdarza wolność, daje nam wgląd w sedno jego koncepcji społeczno-politycznej. [...] I tak oto staje się możliwe przejście do kluczowego motywu tematycznego rozważanych tu wykładów Fichteańskich, a mianowicie do problematyki wojny prawdziwej. Ten sposób rozumienia wojny Fichte przedstawia – podobnie jak to miało miejsce przy drugim rozumieniu państwa – jako jedynie prawdziwy. Żywiołowość wypowiedzi jeszcze bardziej wzrasta, zdania stają się krótkie i przepełnione gwałtownymi uczuciami. Fichte zatraca się niejako w żywiole przeżyć. Zaczyna od słów: „Tu właśnie pojawia się prawdziwa wojna” (Da ist ein eingentlicher Krieg). Natura tej wojny polega na tym, że jest to wojna o wolność. Jako taka stanowi obowiązek indywidualny, który nie dopuszcza żadnych zastępstw ani ustępstw. To bezwzględna walka na śmierć i życie (Kampf auf Leben und Tod). Charakter wojny prawdziwej wyraża się przede wszystkim w totalności (Anstrengung aller Kräfte). Wojna nie jest sprawą indywiduów, nawet jeśli są to suwerenowie, lecz sprawą wszystkich członków narodu (nicht der Herrscherfamilien, sondern des Volkes). Wymusza ona mobilizację wszystkich sił, co już stanowi zapowiedź późniejszych koncepcji die Totale Mobilmachung, znanych m.in. z pism Ernsta Jüngera oraz generała Ericha Ludendorffa. Wojna totalna dotyka każdego i zmusza go do maksymalnego wysiłku, bez względu na to, czy jest żołnierzem, czy cywilem. Jej celem jest zwycięstwo, gdyż pokonani, tracąc wolność, tracą wszelkie prawo do życia wiecznego. Fichte w ogóle nie bierze pod rozwagę politycznego kompromisu: albo zwycięstwo, albo śmierć. Poddanie się nieprzyjacielowi stanowiłoby bowiem zgodę na stan niewolnictwa, a to zamknęłoby człowiekowi bramę do królestwa wiecznego, pozbawiając go na zawsze dostępu do absolutnego życia. Od takiej śmierci ucieczką może być jedynie śmierć doczesna, będąca najmocniejszym wyrazem sprzeciwu wobec zniewolenia. Żaden wynegocjowany pokój nie wchodzi tu w grę, gdyż wolność – czy to moja własna, czy też narodu – nie może ulec podziałowi, nie da się jej rozciąć na części, by je następnie poprzydzielać walczącym stronom. Wolność jest niepodzielna – albo jest, albo jej nie ma. Gdy umieram w imię swej wolności, zabieram ją ze sobą do wiecznego królestwa i nikt inny nią już nie zawładnie. [...] Tak też rzeczy wyglądają w przypadku wojny. Fichte wczuwa się głęboko w sytuację, którą przedstawia swoim słuchaczom. Znów mnożą się zdania o bardzo subiektywnym zabarwieniu. To ja muszę zidentyfikować wroga jako istotę niemoralną, koncentrującą w sobie zło i muszę się jej przeciwstawić. Żyję w czasach, gdy nie można pozostać bezmyślnym i bezczynnym. Jeśli wróg jest czymś w rodzaju rózgi w ręku Boga, to nie jest nim po to, byśmy naginali karku, lecz po to, byśmy tę rózgę złamali. Sedno sprawy polega bowiem na tym, czy zdajemy się na Boga, majacząc coś o jego domniemanych planach, czy też służymy mu zgodnie z jego wolą, która wyposaża nas w siłę pozwalającą nam jasno rozpoznać sytuację. Wtedy najgorsze, co może nas spotkać, to śmierć doczesna, ale o niej wiemy już, że jest tylko wyzwoleniem i wyniesieniem na wyższy poziom życia. Celem człowieka oświeconego jest królestwo wolności, w niczym zatem nie dotykają go machinacje rodów panujących ani klasy posiadaczy. Jego państwo nie bierze bowiem za punkt wyjścia pojęcia własności, lecz pojęcie wolności. Przedstawione powyżej przemyślenia Fichtego zasługują na szczególną uwagę, a w związku z tym na oddzielny, choć krótki komentarz. Otóż są one wyraźnym świadectwem wyboru aktywnej postawy człowieka wobec świata oraz powinności organizowania życia zarówno własnego, jak i kolektywu, w jakim przyszło mu żyć. Aktywizm taki (przejęty zresztą później przez Hegla i innych myślicieli niemieckich) staje się wyróżnikiem rodzącej się na początku XIX wieku kultury narodowej Niemiec. [...]  Niemcy: Chcąc dobrze scharakteryzować swoich rodaków, Fichte sięga do historii kształtowania się niemieckiej państwowości. Jego zdaniem świadomość swej jedności Niemcy zdobywali i wciąż jeszcze zdobywają na drodze negatywnej – jako ci, którzy pozostając w tyle za swoimi bardziej zjednoczonymi sąsiadami, odróżniali się od nich i nie dawali się wchłonąć w zaawansowane gdzie indziej procesy państwotwórcze: „Pojęcie jedności przyszło do nich z zewnątrz, wewnątrz pozostawali w swej niezależności jedni od drugich” (Der Einheitsbegriff kam ihnen von aussen, im Innern blieben sie in ihrer Unabhängigkeit voneinander). Nawet chrześcijaństwo nie zdołało scalić ludów niemieckich, tym bardziej że w pewnym momencie i tu zarysował się podział na katolików i protestantów. To, co u innych stawało się czynnikiem wiążącym, wśród Niemców pojawiało się w postaci treści podlegających osądowi indywidualnemu. Wprawdzie zawiązywało się wokół nich królestwo, ale w sposób niezwykle luźny. Nawet powstające wówczas domeny feudalne – jak przykładowo komitat (Comitat) – nie spełniały wystarczających warunków, by widzieć w nich zaczątkowe struktury państwowe. Co najwyżej zawierano pewne sojusze pomiędzy Saksonami, Prusakami i innymi zgrupowanymi wokół swych książąt w obronie przed najazdami Słowian, Wandali lub innych ludów ościennych. Jedność języka nie pociągnęła za sobą jedności historii i narodu. Nie powstawało państwo, lecz co najwyżej koalicja państw, a właściwie luźna federacja ksiąstewek. Jedność narodowa pozostawała w tych warunkach jedynie postulatem. Tej sytuacji Fichte nie pochwala. Uważa, że właśnie Niemcy są powołani do stworzenia królestwa prawdziwego, królestwa moralności, prawa i wolności, do jakiego nie doszli Francuzi. A te predyspozycje związane są nie tyle z jakimiś przymiotami mentalnymi jego rodaków, ile z ich dziejami, w toku których ukształtowanie osobowości poprzedziło utworzenie państwa. Powstanie królestwa, w którym panują rządy prawa, musi mieć u swych podstaw pojęcie i urzeczywistnienie wolności obywatelskiej podobnej do tej, jaką cieszyli się obywatele państw antycznych – z tym zastrzeżeniem, że w niemieckim królestwie moralności nie będzie już miejsca dla niewolnictwa, bez którego państwa antyczne nie mogły się obejść. Mając przed sobą tak wielkie zadanie, Niemcy nie mogą w żaden sposób wyrazić zgody na to, by stać się „aneksem” (Anhang) do historii Francji. Nie przystoi postawa służebna ani rola terytorium podbitego tym, którzy przewyższają najeźdźcę zarówno moralnie, jak i w zakresie rozwoju świadomości prawa oraz wolności. [...] Przedstawiona powyżej Fichteańska koncepcja państwa wraz ze sposobem, w jaki prowadzi ono wojnę, do dziś tkwi w trzonie sporu pomiędzy komunitarystami a liberałami, a także pomiędzy przedstawicielami lewej i prawej strony współczesnej sceny politycznej. Najmniej zwolenników (przynajmniej w świecie Zachodu) zyskuje sobie jego pomysł na państwo narodowe: podejmowane są nawet próby zanegowania faktu, jakoby Fichte miał być nacjonalistą - por. dostępny w wersji on-line art. J. Kochana, gdzie można przeczytać: „Przytoczyłem tak obszerny cytat z mów Fichtego również i dlatego, by zwrócić uwagę na jego w istocie swej kosmopolityczny charakter”. Nie zgadzając się na taką wykładnięźnej filozofii Fichtego na obecnym etapie badań, autorka artykułu przyznaje, iż jest to pomimo wszystko problem wart głębszego przebadania. Ale chyba nawet zwolennicy kosmopolitycznej wykładni jego filozofii muszą przyznać, że to właśnie Fichte jako jeden z pierwszych myślicieli nowożytnych ukazał, jak potężną siłę stanowi naród przystępujący do wojny totalnej. Siłę tę łatwiej zmanipulować niż przewalczyć. Odtąd pytanie nie brzmi już, czy naród dysponuje siłą, tylko, jak tę siłę skanalizować i które ze środków nadawania jej kierunku uznać za dopuszczalne, a które – nie. [...]  Wróg przestawiany przez Fichtego staje się po pierwsze bezimienny, po drugie niemoralny:
1. Choć w opisie wroga bez trudu można zidentyfikować postać Napoleona I Bonapartego, Fichte w żadnym miejscu swoich wykładów nie nazywa go wprost ani imieniem, ani nazwiskiem, ani nawet funkcją społeczną (generał, konsul, cesarz). Zawsze jest to tylko „on”. W ten sposób pozbawia realnego człowieka jego twarzy i nie pozwala, by słuchacz lub czytelnik nawiązał z nim jakąkolwiek pozytywna więź emocjonalną, wykazał się empatią lub przejawił sympatię w stosunku do jego osoby. Ponadto zabieg pozbawienia kogoś jego imienia własnego może być odebrany jako naruszenie jego godności osobistej, rozumianej jako to, co wyróżnia danego człowieka pośród innych ludzi lub rzeczy. Byłby to rodzaj uprzedmiotowienia, czyli zepchnięcie osoby z przysługującego jej miejsca w chaos rzeczy pozbawionych cech dystynktywnych. Jeszcze niedawno pytanie o nazwisko formułowano w grzecznej polszczyźnie jako pytanie o godność („Pana godność, proszę?”). To ostatnie posunięcie Fichtego wobec wroga łączy się już wyraźnie z drugim czynnikiem jego deprecjacji, tzn. z oskarżeniem o niemoralność.
2. Jeśli uzna się wroga za kogoś pozbawionego moralności, to bardzo łatwo wyzbyć się można wszelkich ludzkich skrupułów w postępowaniu z nim. Można go będzie obrażać, zabić, pozbawić podstawowych praw (jak np. prawa do ludzkiego pochówku), a wszystko to z najczystszym przekonaniem, że on sobie na to zasłużył. „Argument niemoralności” przypomina bowiem ostrą obosieczną broń, z którą nieostrożne obchodzenie się łatwo może doprowadzić do okaleczenia obu stron konfliktu. I tego chyba Fichte, obrońca moralności, nie poddał głębszej refleksji. Niesiony żarliwym patriotyzmem, budujący zręby doktryny nacjonalistycznej Johann Gottlieb Fichte pozostawił nam do przemyślenia trudną problematykę i wiele otwartych pytań, których nie wolno zlekceważyć, jeśli tylko zależy nam na zbudowaniu „wolnego państwa istot rozumnych”.''

[ str. 78-94 ]:
http://egzystencja.whus.pl/wp-content/uploads/2014/10/AiE_13.pdf 

- warto by powyższe zakodowali sobie zwłaszcza libertarianie do czego może prowadzić fetyszyzacja pojęcia ''wolności'': totalniackiej w istocie ''wojny rewolucyjnej'' i eksterminacji uznanych arbitralnie za ''niewolników''. Nie zmienia niczego w zasadzie, iż nie jest ona tu ufundowana w prawie indywidualnej własności, boć i drugiego człowieka można uznać za rzecz i przedmiot handlu, jak to już praktykowano w przeszłości na masową skalę, i nadal jest.

Powtórzę stąd: typowy dla Niemców imperializm, statolatria i skłonność do stadnego, kolektywnego myślenia jest paradoksalnie efektem ich karłowatej świadomości narodowej, co też tłumaczy dlaczego taką niechęcią, nienawiścią wręcz darzą nacjonalizm, i czemu na wrogości wobec niego ufundowano rządzoną przez nich UE. Mitem więc jest kłamstwo założycielskie'' tejże wspólnoty europejskiej jakoby to przez ''szowinizmy narodowe'' rozpętano dwie wojny światowe, szczególnie jeśli chodzi o ostatnią [ póki co ] podczas której starły się tak naprawdę zasadniczo trzy konkurencyjne globalistyczne projekty polityczne, odpowiednio nazistowski, bolszewicki oraz atlantycki [ do tego można dodać jeszcze azjatycki pod przewodem cesarskiej Japonii ]. Jak słusznie spostrzegł niedługo przed wybuchem wojny Feliks Młynarski właściwie rozumiany nacjonalizm, a raczej by trafniej rzec ''nacjokratyzm'' oznacza prymat narodu nad państwem, więc żadną miarą nie może być mylony z totalizmem nawet gdy ten posługuje się szowinistyczną retoryką na użytek propagandowy, bo w gruncie rzeczy podporządkowuje on daną nację władzy państwa spełniającego z kolei służebną rolę wobec stricte globalistycznych idei, odpowiednio światowej hegemonii Europy pod wodzą ''rasy nordyckiej'' jak w przypadku niemieckich ''narodowych'' socjalistów [ za wyjątkiem wyłączonych z tejże wspólnoty ''Sklavenvölker'' i Żydów ], uniwersalistycznej komunistycznej w wypadku stalinowskiego ZSRS aczkolwiek nabierającego coraz bardziej charakteru wielkorosyjskiego imperializmu, którego nie należy utożsamiać ze stricte słowiańską ruskością ze względu na germano-mongolską genezę rosyjskiej państwowości, wreszcie amerykańskiego euroatlantyzmu opartego o planetarny merkantylizm i abstrakcyjny ''prawoczłowieczyzm''. Nie zdejmuje to bynajmniej odpowiedzialności z Niemców za popełniane przez nich w imię swego ''uniwersalistycznego szowinizmu'' zbrodnie, wręcz przeciwnie - pokazuje jak bardzo są spierdoleni, i dlaczego pod żadnym pozorem nie można pozwolić im na rządzenie czymkolwiek poza nimi samymi.

piątek, 10 stycznia 2020

Wowka, eh ty...

Ponieważ minęło już nieco czasu od prowokacyjnych durnot historycznych Putina wypowiedzianych przezeń pod adresem Polski, więc można na spokojnie zająć się ich merytoryczną orką, tym bardziej że wszystko rychło przykryła medialna histeria rozpętana po likwidacji irańskiego wojskowego-terrorysty [ przepraszam - ''eksperta ds. wojny asymetrycznej'' ]. Zanim jednak do niej przejdziemy należy koniecznie ukazać ich aktualny kontekst, bowiem wszystkie gorące spory historyczne jakie są naszym udziałem już od jakiegoś czasu stanowią zasłonę dymną i pretekst zarazem dla ważkich kwestii rozstrzygających obecnie nasz los na dekady naprzód. Dzieje się zaś tak, gdyż pamięć jest dosłownie fundamentem tożsamości tak jednostkowej jak zbiorowej, i to jak postrzegamy własną przeszłość ma często zasadniczy wpływ na podejmowane przez nas decyzje i wybory życiowe, o czym doskonale wiedzą zapewniam spece od ''zarządzania refleksyjnego'', czyli mieszania nam we łbach. Beznadziejną hipiserką jest sądzić, iż da się uniknąć niszczących skutków tej ''wojny mózgowej'' odcinając się całkiem od mediów w czasach wszechobecnej już niemal ''cyfrozy'', stąd zamiast chować głowę w piasek należy podjąć wyzwanie i wejść w spór. Uprzytomnijmy więc sobie do czego w istocie doszło - otóż Putin wypiął się właśnie na kraje Wyszehradu, nie tylko Polskę ale i Czechy, tak że nawet prorosyjski dotąd prezydent Zeman stracił doń cierpliwość [ mówiąc wprost wkurwił się ], za wyjątkiem może jedynie Węgier. Nie jest to wszakże efekt rzekomej ''polityki wielowektorowej'' Orbana istniejącej wyłącznie w głowach narodowcuff i korwinowej kucerii, a raczej tego, iż cwany i chętniejszy do politycznego prostytuowania się od Jarosława węgierski przywódca zmienił w porę jednego żydowskiego protektora, który go wypromował czyli Sorosa na jego zaciekłego rywala Netanjahu - przypomnę, że to Orban wpadł na ''cudowny'' pomysł by zaprosić Izrael do Grupy Wyszehradzkiej, do dziś nie wiadomo z jakiej to bajki, oraz urządzić obrady krajów tejże w ''państwie położonym w Palestynie'', co zapewne tłumaczy czemu ten rzekomy ''autokrata'' cieszy się względami ambasadora USA, amerykańskiego Żyda powiązanego ściśle z kołami syjonistycznymi. Bowiem od dłuższego już czasu Moskwa basuje antypolskiej propagandzie diaspory, i to co się właśnie stało na dniach było jedynie postawieniem kropki nad i, a też podgotowką pod rychłe kuriozalne obchody wyzwolenia obozu Auschwitz urządzane w Izraelu przez Netanjahu i żydoruskiego oligarchę Mosze Kantora, tego samego co omal nie dokonał wrogiego przejęcia strategicznych Azotów i był pracodawcą Stoltzmana Kwaśniewskiego [ wcale mnie ten egzotyczny jedynie z pozoru sojusz nie dziwi, gdyż poświęciłem mu dwa obszerne wpisy, odpowiednio: ''Rosyjoniści'' oraz ''IZSRRael'' i tamże po jego szczegóły odsyłam ]. Wyjątkowo zgadzam się tu z Sommerem, który napisał otwarcie na swoim twitterze, iż obecnie ''największymi wrogami Polski jest Rosja i amerykańscy Żydzi'' włącznie z Izraelem dodajmy, bo dla jednych i drugich jesteśmy hitlerowcami bez mała i szaleńcami przez których rzekomo wybuchła II wojna światowa oraz miał miejsce Holocaust, i pozostaniemy takimi choćbyśmy się nawet zesrali od umizgów pod ich adresem. Warto by zakodowali to sobie wreszcie zarówno rodzimi neokoszerwatyści, których nadal pełno w obozie rządzącym jak i ślepo zapatrzeni w Moskwę autentyczni rusofile i zwolennicy rzekomego ''słowiańskiego braterstwa'', którzy właśnie dostali jednako po mordzie od obiektów ich adoracji, nie pierwszy raz zresztą, atoli nie mam złudzeń, że wywoła to otrzeźwienie wśród tych nieszczęsnych istot cierpiących na polityczny odpowiednik ''syndromu żony alkoholika'', z drugiej jedyną szansą na wyleczenie się z tej przypadłości przynajmniej dla niektórych jest właśnie srogi wpierdol jakiego doświadczyli choćby prorosyjscy dotąd Ormianie, którzy doznali ożywczego wstrząsu dopiero, gdy na łeb zaczęły spadać im ruskie rakiety sprzedane przez Putina Azerom. Nie znaczy to wszakże, iż mamy w kontrze brać stronę wrogów Izraela jak Iran, gdyż gra on w jednej drużynie z Rosją właśnie i pozostającymi z nią w cichym sojuszu wojskowym Chinami - pozorny paradoks stąd, że mamy do czynienia z typowo imperialną grą w ''dziel i rządź'', zwolennicy Korwina, ponoć mistrza szachowego nie powinni akurat się temu dziwić, zamiast tego wolą jednak ulegać ślepej politycznej histerii bełkocząc tu jednym głosem wraz z lewakami [ kolejny dowód, że ''liberałowie i socjaliści jedne k...'' ]. Skądinąd mam niezły ubaw obserwując z jakim zapałem lewica bierze w obronę ''klerofaszystowski'' reżim ajatollahów mający przecież krew na rękach tzw. mudżahedinów ludowych oraz ichnich komunistów, nie wadzi im już najwidoczniej ni oburza brak rozdziału religii od państwa i tamtejsza teokracja, podobnie jak z kolei narodowcom islam a kucom władza oparta w dużej mierze o szerokie transfery społeczne i interwencjonizm państwowy w gospodarce irańskiej.

Znajomy, który spędził dobrych parę lat w Rosji skąd pozostała mu wyraźna fascynacja tym krajem, więc nie można posądzić go o jakowąś ''rusofobię'', przyznał jednak, że Rosjanie w rozmowach z nim nie skrywali, iż będą Polskę szanować dopiero wtedy, gdy zaczną się nas bać... Z imperialną Rosją zwyczajnie nie da się inaczej ''dialogować'' jak z pozycji siły, innego języka oni nie pojmują a słabymi gardzą i nimi pomiatają skądinąd słusznie żywiąc odrazę do naszego wiecznego użalania się nad losem i pieprzenia o ''moralnych zwycięstwach''. Należy więc raz na zawsze wybić sobie z głowy, iż kiedykolwiek będziemy dla Moskwy - podobnie zresztą jak i Berlina - jakowymiś ''partnerami'' a tym bardziej ''braćmi'', w praktyce ''miłość'' oznacza tu chapanie władczej knagi i branie w dupę, zawsze [ co najwyżej możemy stanowić kartę przetargową w ich imperialnych rozgrywkach ]. Szaleńczą tromtadracją zaś byłoby mniemać, że możemy przeciwstawić się im dziś w pojedynkę, stąd konieczne jest tu wsparcie Anglosasów i części zorientowanych wciąż proatlantycko europejskich elit z niemieckimi na czele, szczególnie w obliczu tworzącego się na naszych oczach kontynentalnego bloku, osi Paryż-Berlin-Moskwa grożącej nam śmiertelnie politycznym zmiażdżeniem. Dlatego na dywersję wręcz zakrawa, iż polski rząd wbrew gromkim antychińskim deklaracjom przyzwala po cichu panoszyć się w kraju Chińczykom pozostającym powtórzę w faktycznym sojuszu wojskowym z Rosją, bo jak inaczej rozumieć zgodę wydaną przez państwową agendę dla Huawei na uruchomienie w Gdyni testowej wersji sieci 5G [ niebagatelna rzecz, gdyż technologia ta ma w istocie znaczenie głównie militarne ] czy pierwszy chiński skład jaki dotarł właśnie do Sławkowa o najdalej na zachód wysuniętej linii ''szerokich torów''. Jeśli do tego prawdą jest o co toczył pianę ostatnio Targalski jakoby premier zignorował amerykańską ofertę przeniesienia części zaawansowanej technologicznie produkcji z Chin nad Wisłę, w takim razie powinien on zostać osądzony za to przed trybunałem za zdradę stanu, bowiem jak ostatnio na konferencji poświęconej europejskiej pożal się ''obronności'' prawił Bartosiak, gdy USA postawią Unię czyli w praktyce Berlin i Paryż pod ścianą, przed wyborem czy trzymają z nimi albo Chinami co wedle Targalskiego ma nastąpić już w tym roku, i stąd dojdzie do rwania ''łańcuchów dostaw'' na serio wobec czego dotychczasowa wojna handlowa była zaledwie przebieżką, kontrakt społeczny na jakim było dotąd oparte bezpieczeństwo wewnętrzne i dobrobyt krajów Zachodu runie najprawdopodobniej w drebiezgi [ zastrzegam iż nie należę do ślepo zapatrzonych w pana Jacka wyznawców, ale facet chyba wie co mówi jako de facto jawny agent wpływu amerykańskiej armii poprzez stanowiącą tejże przybudówkę Potomac Foundation z którą jest związany ]. Jasnym chyba jest, że przy takim obrocie spraw dostaniemy rykoszetem po tyłku jako część niemieckiego ekonomicznego Grossraumu, gdy ulokowane tutaj ich montownie zostaną pozbawione możliwości produkowania na rzecz eksportu do Chin, lub też odwetowymi sankcjami amerykańskimi jeśli Berlin obierze inną drogę, tak czy siak najwyższy czas więc szykować sobie jaki dupochron! 

Przykro mi, ale nie zapewni go nam mityczna ''deregulacja gospodarki'' korwinowców i aktywność rodzimych przedsiębiorców z całym należnym im szacunkiem przy obecnym układzie globalnych sił - jak w wielkiej jesteśmy dupie okazał właśnie kryzys po zabiciu Solejmaniego, gdy nasze Janusze byznesu obsrały się, bo gwałtowna zwyżka cen ropy i benzyny wskutek tego da zapewne po kieszeni polskim przewoźnikom, miarą nędzy rodzimego biedakapitalizmu, jego neokolonialnego wręcz statusu i uzależnienia od zewnętrznych koniunktur jest, iż stanowimy ''potęgę'' jako podwykonawcy dla innych i tanią siłę roboczą, gdy to my winniśmy zlecać wożenie produkowanych przez nas i co najważniejsze opartych na własnych technologiach towarów. Pomarzyć można, nie łudźmy się jednak, że pozwolą nam na rodzimy Microsoft ''sojusznicy'' tak zamorscy jak i zwłaszcza najbliżsi, niemniej oferta Amerykanów o ile realna stwarzałaby szansę na wyszkolenie wysokiej klasy specjalistów i nade wszystko zatrudnienie przynajmniej części z nich na miejscu za godziwe pieniądze, tak by nie musieli w tym celu tradycyjnym niestety szlakiem polskich inżynierów, naukowców i autentycznych a nie dętych jedynie innowatorów wypierdalać za granicę. Powyższe wyjaśnia co wcale nie znaczy, że tłumaczy skandaliczne zachowanie Amerykanów wobec nas i chucpę antyirańskiej konfy w Warszawie: wygląda iż usiłowali brutalnie wymusić na obecnych władzach RP jednoznaczne opowiedzenie się po ich stronie w nadchodzącym konflikcie z Pekinem i obozem jego popleczników w skład którego przypomnę wchodzi także Iran, oraz całkowite zerwanie z nim stosunków, daremnie jak widać kontentując się bagatela rezygnacją z nałożenia podatku cyfrowego na jankeskie giganty korporacyjne i zakupem F-35 za naszą ciężką kasę. Nawet Winnicki przyznał niechętnie wtedy, że polski rząd wysyłał pod adresem Iranu wyraźne sygnały, iż został postawiony pod ścianą i nie ma z imprezą jaką naszym kosztem urządziły sobie USA wespół z Izraelem nic wspólnego, o czym przekonywali decydentów tego kraju podczas uroczystych obchodów ichniego święta narodowego w ambasadzie najwyżsi rangą oficjele jak ówczesny wicemarszałek Sejmu Terlecki, szef prezydenckiej kancelarii Szczerski i wreszcie urzędnicy MSZ, tego samego jaki oficjalnie miał być rzekomo ''gospodarzem'' bliskowschodniej konferencji! Insza inszość, że Iran nie jest jakimś mocarstwem którego możemy specjalnie się obawiać, poza tym dominująca w nim, heretycka dla większości muzułmanów szyicka wersja islamu obejmuje jedynie jakieś 10% jego wyznawców, na pewno więc w Arabii Saudyjskiej i wszędzie gdzie dzierżą prym sunnici nikt specjalnie nie opłakiwał Solejmaniego, a niejeden wiwatował wręcz, nie mówiąc już, że nawet wielu irackich szyitów ma dość panoszenia się w ich kraju pobratymców z Teheranu takich właśnie jak zabity przez Amerykanów generał, który dopiero co kierował z tylnego fotela masakrami uczestników burzliwych demonstracji, jakie niedawno miały miejsce nad Eufratem. W dodatku jeśli potwierdzą się informacje, że wojskowy ten odgrywał kluczową rolę nie tylko w kontaktach z Rosją, ale i Chinami, które nawiasem są głównym importerem irańskiej ropy, a także w kontekście zakończonych dopiero co wspólnych manewrów połączonych flot wymienionych krajów zwanych pompatycznie ''trójkątem potęgi morskiej'' jakim przeszkodzić usiłowały USA, zaczyna klarować się za co tak naprawdę Trump kazał odjebać perskiego szahida i pod czyim adresem miał to być sygnał. O tym, że był to najprawdopodobniej Pekin może świadczyć także śmierć w podejrzanych okolicznościach tajwańskiego szefa sztabu generalnego, generała o antykomunistycznej przeszłości akurat w przeddzień likwidacji Solejmaniego... bynajmniej nie o Bliski Wschód głównie rozchodzi się, i Bartosiak niepotrzebnie rezonuje, iż Amerykanie rzekomo zbyt skupiają uwagę na tym rejonie świata zamiast skoncentrować się na Pacyfiku. Konfiarze i lewacy na równi więc ośmieszają się wzniecając histerie z powodu wojny globalnej w Lewancie [ jakby nie rozpętała się dobrych parę lat temu ] porównując w kompletnym już amoku likwidację Soleimaniego z zamachem na arcyksięcia Ferdynanda. O wiele ważniejszy jest stosunek do tych wydarzeń naszych decydentów, a z powyższego wnioskować można, iż obecne władze mają widocznie świadomość o czym od dawna prawi Bartosiak, że zwycięstwo Waszyngtonu w konflikcie z Pekinem wcale nie jest przesądzone, stąd warto by nie palić wszystkich mostów i mieć w zanadrzu jaką alternatywę, albo zwyczajnie ulegają w tym z kolei naciskom Berlina, Paryża i Moskwy. Oto właśnie jest pytanie na które nie znam odpowiedzi ani będę sadził się na jakowegoś eksperta próbując jedynie jakoś to wszystko poukładać sobie we łbie - czy posiadamy w ogóle jakiekolwiek pole manewru, czy też jesteśmy li tylko szmacianą kukłą, igraszką w rękach obcych mocarstw wyrywaną sobie wzajem w zażartej walce o dominację nad globalną piaskownicą? 

Przyznając się otwarcie do swej bezradności w tej materii mogę jedynie powtórzyć co z uporem maniaka twierdzę od dawna: wszystko wskazuje na to, iż Polska nie jest podmiotem, lecz przedmiotem polityki międzynarodowej, a to oznacza, że żadna z sił politycznych w naszym kraju [ włącznie z Konfederatami ] ani żaden z naszych decydentów nie jest suwerenny w swych decyzjach, jak i też masy Polaków podmiotowe, więc mało co o ile w ogóle od nas zależy - przy czym politycznej niesuwerenności Kondomitów rzecz jasna nie należy rozumieć jako ich statusu ''ruskich onuc'' co próbuje nieudolnie przypisać im PiSowski agitprop, bo jest to równie durne jak rzekome ''socjalistyczne rozdawnictwo'' obecnych rządów. Jak retorycznie pytał wspomniany Bartosiak w gorącej dyskusji z Lubiną sprzed paru miesięcy wyraźnie poirytowany tym, wściekły wręcz: ''mogliśmy nie kupić F-35?! Możemy ot tak wystąpić sobie z UE?!'' - no właśnie... Tylko skończona mentalna kurew z powyższego wyciągnie wniosek, iż stąd należy zachowywać się niczym ''brzydka panna na wydaniu'', wręcz przeciwnie! - jako średniej wielkości kraj europejski, który wprawdzie Wielkim Imperium Lechickim nie jest i nigdy nie był, ale też jakieś tam aktywa wciąż posiada i my nie jacy tacy, więc bez zbędnych napinek, ale z godnością powinniśmy bronić swych racji choćby nie wiem co [ niestety zwykle miotamy się za to histerycznie między mocarstwowymi rojeniami a skrajną pogardą do siebie jako ''Polaków-robaków'' i niewolniczym nadskakiwaniem obcym ]. Widać o co toczy się gra: czy rzeczywiście wyjdziemy z neokolonialnego statusu ekonomicznego czy też wszystko okaże się jedynie powtórką z propagandowego pieprzenia okresu nierządów PO, wygląda więc na to, że jeśli ktoś faktycznie prowadzi wymarzoną przez narodowców ''politykę wielowektorową'' to właśnie obecny rząd PiS choćby w tak skromnym wymiarze co wyżej zarysowany, a w każdym razie na pewno sam Maowiecki, który w pełni zasłużył sobie na swój przydomek, wraz ze skupionymi wokół niego WSIokami jak aktualny minister finansów, pół na pól kreatura Moskwy i części globalnych elit finansowych wrogich obecnej amerykańskiej administracji. Radziłbym więc PiSowcom zamiast tropić tak gorliwie ''ruskich agentów'' wśród nieudolnej opozycji i pozbawionych mocy decyzyjnych Konfiarzy i lewaków poszukać ich wpierw we własnych szeregach, i to właśnie zanim ludzie kolaborujący z Moskwą jak i Berlinem zaczną im przyprawiać gębę takowych - zaś naiwnym by nie rzec durnym kucerzom dać sobie na wstrzymanie sądząc za to po czynach a nie deklaracjach tylko rządzących dziś Polską. Jak pisałem jednak korwinizm to polityka dla idiotów, toksyczny stan umysłu, gdzie ślepa czołobitność wobec stricte anglosaskiego liberalizmu płynnie łączy się z zaciekłą nieraz pogardą i nienawiścią wręcz do tychże Anglosasów.

Skądinąd podejrzewam - taka dygresja - że biedakom przypadła jedynie rola statystów w teatrzyku cieni: nie zamierzam bawić się w Piątkowe paranoje i łączenie na siłę kropek, wolno mi jednak wyrazić zdziwienie, iż rzekomy ''ruski agent'' Grzegorz Braun brużdżący Amerykanom głośnym oprotestowywaniem ich baz w Polsce i nawołujący do wycofania naszych wojsk z Iraku bez przeszkód odwiedza swą rodzinę w USA, jest też częstym gościem wolnorynkowej polsko-amerykańskiej fundacji PAFERE w której zarządzie zasiada inny mniemany ''szpion'' Michalkiewicz, zaś duet wschodzących konfederackich ''gwiazd'' Mentzen i Dziambor objawił się tuż po wyborach jako gorący zwolennicy ''zielonej'' energetyki jądrowej, zupełnym przypadkiem w interesie koncernów zza oceanu mających budować nad Wisłą elektrownie atomowe. Hajs na kucowskie ''miltoniady'', których uczestnikiem jest inny poseł Konfederacji i zdeklarowany ''anarchokapitalista'' Kulesza, gdzie ryje się banie gówniażerii wolnorynkizmem nie płynie bynajmniej z Moskwy, imprezę finansują różne ''prodżekty Arizona'' itepe. Tak tylko mimochodem przypomnę, że do standardu działania każdej porządnej służby specjalnej [ bo nie mówimy o rodzimych nieudacznikach zdolnych chyba jedynie do ordynarnych pokazówek z leszczami pokroju Mateusza Piskorskiego czy Międlara ] należy uprzedzanie faktów, a wręcz ich kreowanie oczywiście na ile pozwalają to ludzkie ograniczenia i posiadane środki. Narastanie antyamerykańskich nastrojów było do przewidzenia, szczególnie wśród młodzieży nie obciążonej jak pokolenia naznaczone PRL-em traumą syfu komuny i upokarzającej podległości sowietom, co zrozumiałe w kontekście systematycznego pomiatania nami tzw. ustawą 447 i zwłaszcza przy okazji skandalicznej konferencji antyirańskiej w Warszawie - może więc ktoś zawczasu zadbał by stworzyć jakąś namiastkę opozycji także po to, by skanalizować jej postulaty w bezpieczne dla systemu koryto pogardy i agresji do ''hołoty od pińcset'' i pierdolenia o ''socjalistycznym rozdawnictwie'', tak się jakoś dziwnie składa współgrające z płynącymi zza oceanu sugestiami cięć wydatków socjalnych i przekierowaniem ich na rozbudowę armii w interesie amerykańskiego hegemona. Zupełnie ale to zupełnie bez związku z tym konieczność odstąpienia od programów pokroju 500+ zakomunikowała niedawno pani Emilewicz z frakcji Gówina - kompletnego nonejma przy którym nawet Maowiecki urasta do rangi charyzmatycznego lidera, kreatury Anglosasów i honorowego współprzewodniczącego wraz z ambasadorzycą Mosbacherową krajowego oddziału globalistycznej fundacji Fulbrighta. Skoro nawet upadłe mocarstwa jak Rosja i Niemcy grają w imperialne szachy stosując taktykę ''dziel i rządź'' trudno, by tym bardziej nie tyczyło to walczących o zachowanie globalnego prymatu Amerykanów, wbrew życzeniowemu myśleniu szeregowych PiSowców naiwnie mniemających, że swoim nadskakiwaniem zamorskiemu hegemonowi zdołają wyżebrać monopol na jego łaskę. Nie daje im do namysłu nawet, podobnie jak i kucom, że jedyną antyrządową opozycją serio nad Wisłą jest należący do jankesów TVN, który znowu kolejnym już cudownym zrządzeniem losu podpucował mocno Konfiarzy w kluczowym momencie wyborów. Za przykrótki jestem by coś tu mniemać lub nie mniemać, ale przyznam trudno mi wyobrazić sobie lepszego agenta i prowokatora amerykańskich a może nawet izraelskich służb jak Grzegorz Braun o ile rzecz jasna jest nim w istocie - jeśli to wasza robota panowie [ i panie ] gratulacje w takim razie, gud dżob [ tłumaczyłoby to czemu nieudolnie usiłował skompromitować go Bubel posługując się w tym celu innym zjebem Tobiaszem Żuchewiczem, który wyskoczył nagle z dupy ze swoim ''aktywizmem społecznym'' - taki zawód jest - udzielającym się min. w podejrzanym środowisku skupionym wokół NaviTY, ludzi rozkręcających histerię przeciwko 5G, ale bynajmniej nie Huawei jest głównie na ich celowniku, radzę przyjrzeć się tym kreaturom ].

Nie będę ściemniał, iż jestem jakimś przesadnym entuzjastą rządów Trumpa a szczególnie jego żelaznego elektoratu złożonego z tzw. ''chrześcijańskich syjonistów'' czyli protestanckich sekciarzy ślepo zapatrzonych w Izrael bardziej nawet od samych Żydów, dlatego wszyscy wierzący i nie dziękujmy Bogu, że zwyciężyła u nas Kontrreformacja bo przez to tacy jak pastor Chujecki stanowią tu kompletny margines, i oby tak pozostało. Staram się też patrzeć trzeźwo na politykę USA pełną nieczystych, co tu kryć bandyckich wręcz bywa zagrań, choć pokażcie mi mocarstwo, które takowych nie ma na koncie, tyle że w przypadku ''imperium wolności'' hipokryzja szczególnie rzuca się w oczy. Zamiast jednak histeryzować i rzucać potępieńcze gromy na Waszyngton warto zapytać o alternatywę dlań, zwłaszcza w kluczowym dla nas kontekście Europy, całą jej nędzę zaś ukazała jak na dłoni szumnie zwana ''debata geopolityczna'' jaka niedawno odbyła się z udziałem Sikorskiego, gdzie panowało niewiarygodne stężenie głupoty wśród panelistów - Radzio w pełni potwierdził opinię ''Dyzmy polskiej polityki'' a takiego tumana jak Nałęczowa to ze świecą szukać, nawet Bartosiak z przykrością stwierdzam chyba doznał chwilowego zaćmienia umysłu, ale nie ma co się dziwić skoro ''z kim przestajesz itd.'' Ludzie, o czym wy bredzicie, jakie ''imperium'' czy tam ''mocarstwo europejskie''?! Ostatnią w dziejach szansą na światową hegemonię Europy była de facto... III Rzesza, bo bazując owszem na wszechniemieckim szowinizmie stanowiła jednak projekt paneuropejski i globalistyczny pod przewodem wymyślonej przez nazistów ''rasy nordyckiej''. Poparły go stąd rzesze ochotników z krajów europejskich np. więcej Francuzów walczyło w II-ej wojnie światowej po stronie Niemców niż aliantów, francuscy esesmani byli najwierniejszymi z wiernych, to oni do końca ochraniali bunkier Hitlera. W każdym razie wraz z upadkiem paneuropejskiej III Rzeszy Europa utraciła podmiotowość na rzecz eurazjatyckiego właściwie mocarstwa sowieckiego i euratlantyckiego imperium morskiego USA, które to stworzyło EWG a później UE, stąd i władne jest je zniszczyć. Niemcy boleśnie doświadczone dwiema spektakularnymi klęskami wojennymi i rozbite nie miały innego wyjścia jak odpuścić sobie militarną ekspansję zastępując ją hegemonią ekonomiczną, powojenna ''wspólnota europejska'' faktycznie stanowi ich gospodarczy Grossraum rozwijający się bezpiecznie pod wojskowym parasolem Stanów Zjednoczonych. To jednak pieśń przeszłości, stąd dotychczasowy porządek zaczyna trzeszczeć i rozpadać się - zgoda, że Niemcy są ''krajem rdzeniowym'' jeśli idzie o Europę, na pewno nie jest nim Francja, gdyż czasy ''króla Słońce'' i Bonapartego minęły bezpowrotnie niezależnie od tego co roi sobie cierpiący na kompleks ''Jupitera'' Macron. Tyle, że Berlin nie jest zdolny zapewnić tak upragnionej przez Radzia ''decyzyjności'' czego dowiódł swoją absolutnie skandaliczną, nieodpowiedzialną polityką migracyjną jaka wedle słów samego Sikorskiego może doprowadzić do rozpadu wspólnoty europejskiej. Niemcy zresztą wzięli już wystarczająco po łbie od Anglosasów za mrzonki o kontynentalnym imperium i trudno im się dziwić, że nie mają ochoty ponownie w to leźć, nie ukrywam też, że dla mnie jako potomka polskich ofiar hitlerowskiej okupacji, którym banda parchów próbuje teraz przyprawić gębę rzekomych ''pomocników nazistów'', wizja silnej niemieckiej armii bez której nie sposób mówić o samodzielnej potędze Europy wzbudza grozę, na szczęście jest mało realna, gdyż dziś przedstawiałaby sobą obraz na którego widok Hitler zszedłby na zawał, dobiłby go widok maszerujących kolumn murzyńskich esesmanów:))) 

Właśnie - jak sobie paneliści wyobrażają stworzenie ''imperium europejskiego'', gdy w perspektywie najbliższych dekad może zabraknąć w nim Europejczyków ? [ do rangi symbolu urasta tu Bruksela, stolica ''zjednoczonej Europy'' w której sami Europejczycy są mniejszością ]. Bo może skończyć się jak z armią czechosłowacką w '38, całkiem dobrze wyposażoną, cóż z tego jednak skoro większość rekruta w niej stanowili przedstawiciele mniejszości wrogo nastawionych do czeskiej de facto republiki, represjonującej ich masońskiej dyktatury policyjnej - już widzę jak palili się wprost do walki z III Rzeszą Niemcy sudeccy czy zinfiltrowani przez faszyzujące organizacje nacjonalistyczne Słowacy. Skoro Radek tak pomstuje na polskich nacjonalistów może byłby konsekwentny, i zdobył się na odwagę pocisnąć także tureckim, kurdyjskim, algierskim, pakistańskim, tunezyjskim, kameruńskim itd. coraz liczniejszym w Europie? Najwidoczniej jest ślepy, albo ordynarnie rżnie głupa nie chcąc dostrzec fenomenu drugiego, trzeciego często pokolenia migranckich społeczności, które poczuwają się do związków z krajem pochodzenia a nie jakimkolwiek europejskim w którym przyszło im żyć, tym bardziej nie z jakowąś ponadnarodową ''europejskością'' [ to tylko u nas roi się od zakompleksionych zjebów określających się w ten sposób, ale czysto deklaratywnie i do czasu oczywiście aż przestanie im się to opłacać i być modne ]. Niemcy musieli by już całkiem paść na łeb aby dać broń swoim muzułmańskim przeważnie mniejszościom, skonfliktowanym w dodatku ostro między sobą narodowościowo, politycznie itd., czekałby ich wówczas los jaki ich dalecy germańscy przodkowie zgotowali Rzymianom. Dlatego w mającej podobny problem demograficzny Rosji nie biorą Czeczeńców do wojska, rekrutujące się spośród nich jednostki militarne stanowią osobne formacje, a dla muzułmanów istnieje w ich armii ''szklany sufit'' jeśli idzie o dowodzenie, inaczej Rosjanie zostaliby prędko zmajoryzowani przez bitnych ''czornożopców'', stąd nie dziwię się Macronowi, że tak mu się tyłek pali z powodu ekspansji politycznego islamu, bo kogo on wystawi do walki z dżihadystami? I nade wszystko w imię czego, bo może Radziowi nie mieści się to w głowie, ale jak przyjdzie moment próby nikt nie będzie umierać za ten jego parlament europejski ani takież ''wartości'' - w sterylnym, zamkniętym świecie unijnej biurokracji i stanowiących jej rewers lóż masońskich wygląda to zapewne inaczej, ale w rzeczywistości ''profanów'' przysłowiowe g... one znaczą. Oto podstawowy problem, śmiem twierdzić ważniejszy niż wszystkie czynniki natury militarnej, ekonomicznej i politycznej razem wzięte: dramatyczny brak idei zapewniającej spójność papierowej jedynie ''wspólnocie europejskiej'' za którą warto by się bić a gdyby co poświęcić nawet życie, nie jest nią już na pewno łacińskie chrześcijaństwo zniszczone przez samych Europejczyków a mające je zastąpić świeckie religie w postaci ideologii ''oświeceniowych'', komunistycznych, faszystowskich itp. poniosły z takich czy innych względów druzgocącą klęskę, i obecne próby ich ożywienia nie wiem nawet jak spektakularne to jedynie pobudzanie prądem kończyn trupa, szamańska teurgia i coraz bardziej histeryczne, cuchnące desperacją zaklinanie rzeczywistości. W tej sytuacji jedyne co pozostało Zachodniej Europie to wybór komu dać d... i zrobić ''łaskę'' na czym akurat Radzio wyznaje się jak mało kto, kuma to Macron jak na rasową polityczną prostytutkę przystało, stąd jego obleśne i coraz bardziej natarczywe umizgi do Rosji i Chin, odpuśćcie więc sobie dame und panove to pitolenie o urojonej ''mocarstwowości europejskiej'', bo robi ono za klasyczny ''mechanizm wyparcia'' zrozumiały w tej sytuacji, ale przed przykrym obudzeniem się z nie tyle nawet ręką co twarzą w nocniku i tak was nie uchroni. 

Powtórzę z całą mocą na jaką tylko mnie stać: jeśli dojdzie do powstania wymarzonej przez Putina oraz Macrona [ i Kornela Morawieckiego... ] ''Europy od Atlantyku po Pacyfik'', kontynentalnej osi Paryż-Berlin-Moskwa, będzie to unia politycznych, cywilizacyjnych i ekonomicznych bankrutów skazana w perspektywie na nieuchronną klęskę i postępującą w galopującym tempie marginalizację. Zarządzony przez Niemcy desperacki skok do przodu w postaci centralizacji władzy w Europie pod ich zarządem przyspieszy jedynie katastrofę z podanych wyżej przyczyn miażdżąc Polskę przy okazji i pociągając wraz z nimi na dno. Przedsmak czego możemy się spodziewać obserwujemy właśnie we Francji a to zaledwie skromna podgotowka przed prawdziwym Wielkim Przesileniem jak sądzę, i co najmniej zasadniczym resetem systemu o ile wręcz nie jego upadkiem, zwłaszcza że nałożą się i skumulują tu inne czynniki jak gwałtowne wymieranie i postępująca nieuchronnie zamiana europejskich populacji oraz niemożność realnej integracji imigranckich wspólnot, stąd upadek systemów emerytalnych na bogatym dotąd Zachodzie, pauperyzacja mas, zachwianie bezpieczeństwa publicznego i uwiąd instytucji państwowych, wreszcie wspomniana wyżej militarna niemoc, regres geopolityczny Europy jednym słowem i wchłanianie jej przez Azję i Afrykę. Dlatego nie mamy za bardzo innego wyjścia jak robić za ''kordon sanitarny'', o ile nie wręcz drut kolczasty rozłożony między Berlinem a Moskwą, wszakże nie za wszelką cenę - jeśli USA nie są gotowe udzielić nam poważnych gwarancji militarnych i ekonomicznych angażując się nad Wisłą rzeczywiście mocno to lepiej czniać wszystko, najwidoczniej czas zejść ze sceny historii albo spieprzyć stąd w jakie bardziej szczęsne krainy by tam na antypodach kultywować dalej polskość, bo ja wiem - w Nowej Zelandii? O własnych siłach nie mamy szans zachować choć resztek własnej niepodległości, insza inszość, że jeśli prawdę mówi Targalski nie ma w takim razie odzewu na amerykańskie propozycje ni rzeczywistej woli współpracy i zaangażowania na jej rzecz, cóż pan premier okazuje się więc nieodrodnym synem swojego ojca skoro postanowił zachować wierność jego politycznemu testamentowi, powziętemu z ''inspiracji'' zapewne tych co pozwalali poczynać sobie śmiało ''solidarnościowemu radykałowi'' tuż pod nosem kwatery radzieckich wojsk w PRL na Śląsku. Jedno jest pewne: jak trafnie zauważył podczas niedawnej debaty ''Nowej Konfederacji'' poświęconej globalnemu duopolowi USA-Chiny norweski spec od tych kwestii prof. Øystein Tunsjø ''Europa w przyszłości będzie słaba, peryferyjna i niestabilna'' jak wszystko na to wskazuje, to tyle jeśli idzie o ''mocarstwowy'' status UE [ powtórzę com już tu pisał onegdaj - wbrew powszechnej opinii sądzę Juncker był całkiem kumatym gościem o czym świadczy właśnie jego daleko posunięty alkoholizm, każdemu z odrobiną choć pomyślunku gdyby przyszło szefować czemuś takiemu też by chodził ciągiem napruty, do urzygu ]. Aczkolwiek istnieje także inna możliwość, z pozoru całkiem fantastyczna i stąd odsyłana w sferę ''teorii spiskowych'', gwoli uczciwości należy jednak o niej wspomnieć choć na koniec - może cały opisany tu konflikt jest zwykłą ściemą, a tak naprawdę mamy do czynienia z globalną ''konwergencją systemową'' o jakiej wspominał niedawno na swym blogu Fox w kontekście markowanej w dużym stopniu jak okazało się z perspektywy lat ''zimnej wojny'' między obozem kapitalistycznym a komunistycznym? Przecież podczas wojny w Angoli tamtejsze instalacje wydobywcze należące do zachodnich koncernów naftowych były chronione przez kubańskie i radzieckie jednostki, nie za darmo oczywiście, nie wspominając już o położeniu podwalin pod potęgę zbrojeniową tak III Rzeszy jak i stalinowskiej Rosji przez amerykański głównie kapitał, i to są fakty z którymi tylko kompletny idiota może dziś polemizować. Na to, że i obecnie możemy mieć do czynienia z powtórką z rozrywki mogłoby wskazywać choćby, by daleko nie szukać, iż takie krajowe giganty przemysłowe jak grupa Boryszew czy Wielton, dynamicznie rozwijający się producent naczep w którego zainwestowała min. brytyjska Aviva, posiadają rozliczne zakłady rozsiane nie tylko po kraju, ale i w całej zachodniej Europie, a nawet Rosji... Czyli wierząc skonfederowanym w bojaźni kucom, narodowcom i neokomuchom zaraz będzie nowa wojna światowa i Putin może jebnie w nas atomem [ skądinąd gdyby wskutek tego wyparowało miasteczko Wilanów wraz z mieszkańcami nie płakałbym specjalnie ], a tymczasem mimo gromów słanych sobie wzajem przez bogów polityki światowej ponad naszymi głowami handełe między nimi odchodzi szparko, zwłaszcza więc zdeklarowani ''wolnorynkowcy'' powinni dać sobie na wstrzymanie [ nie kochani, to nie dowód na istniejący tylko w waszych rojeniach anarchokapitalistyczny ''ład bezpaństwowy'', wręcz przeciwnie: że polityka to teatrzyk dla takich frajerów jak wy, zaś realna ekonomia rządzi się prawami o jakich Misesowi nawet się nie śniło ].

Tyle co się tyczy aktualiów, pora by więc przejść wreszcie do postulowanej orki putinowskich farmazonów, ale ponieważ rozgadałem się jak zwykle - niestety z podanych na wstępie przyczyn nie sposób było pominąć aktualny kontekst - stąd zajmiemy się tym w następnym wpisie.