czwartek, 1 stycznia 2026

Dysypatyzm.

''Ponownie odkryliśmy Heraklita.''

René Thom

Niemalże odpuściłem komentowanie bieżących wypadków, czyniąc to już tylko sporadycznie, bo nabrały iście ''schrödingerowskiego'' charakteru. Postanowiłem stąd wysiąść z owej pieprzonej karuzeli, gdzie w poniedziałek Trump bredzi, iż Ukraina ponosi winę za agresję zbrojną przeciw sobie, we wtorek rżnie głupa, że nic takowego nie mówił, w środę rozkłada czerwony dywan przed Putinem i serdecznie się z nim obściskuje tylko po to, by w czwartek przyłożyć mu sankcjami, zezwalając przy tym Ukraińcom bić po Rosji ile wlezie rakietami i dronami, a następnie w piątek znowu poczyna odstawiać jakoweś szachrajstwa z kacapami, oraz cisnąć Zełeńskiego wykorzystując do tego korupcję jego rządu [ jaka skądinąd jest faktem, ale to jeno pretekst i obecne władze USA co i UE są ostatnimi, które mają prawo rozliczać kogokolwiek z łapownictwa ]. Niemniej w tym szaleństwie jest metoda, dowodem nowa strategia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych stanowiąca zwiastun omawianej już tu ''posteuropejskiej Ameryki'', traktującej ''Stary Kontynent'' jako region świata o dosłownie trzeciorzędnym znaczeniu. Wbrew ciotowskim histeriom jakie to wywołało rzecz nie oznacza wcale ''porzucania'' przez Amerykanów swych dawnych sojuszników, a tylko konieczne przeformułowanie atlantyckich relacji, by dostosować je do aktualnych realiów. Nigdzie Jankes stąd się nie wybiera, wystarczy obaczyć strukturę własnościową niemieckiego koncernu zbrojeniowego Rheinmetall, kontrolowanego przez kapitał zza oceanu: potężne fundusze Vanguard i BlackRock czy Bank of America. US Army wręcz zwiększa swą obecność wojskową w skandynawskich krajach ze szczególnym uwzględnieniem Finlandii, ale już tylko jako siła mobilna i wspierająca, dobrze więc że i polskie wojsko ma udział w tym procesie. Bowiem tak naprawdę nie tyle nawet idzie o zagrożenie agresją Rosji, wciąż całkiem możliwe wbrew pozorom, co nade wszystko przywrócenie Europie podmiotowości, czego zaś nie sposób dokonać bez jej re-militaryzacji. W czym siłą rzeczy wiedzie prym Ukraina, co nie znaczy iż Polska ma być jej przystawką, ni jedynie pośredniczyć między Kijowem a Berlinem, stąd postawa w owej kwestii obozu prezydenta Nawrockiego jest zasadna. Sama UE zaś musi właśnie dlatego sczeznąć, gdyż zasadza się na negacji państw narodowych, których fundamentem są przecież regularne armie! W zamyśle ''unijczyków'' tzw. ''wojsko europejskie'' pełniło li tylko rolę zbrojnej milicji służącej pacyfikacji wszelkich nacjonalistów, nie zaś obronie Europy przed jakąkolwiek inwazją z zewnątrz. Wprawdzie i sam Trump niewiele lepiej rozeznaje się w jej potrzebach, skoro uważa Krym za oceaniczną wyspę, najwidoczniej pomyliło mu się z tą Epsteina, ale też na szczęście w coraz mniejszym stopniu zajmuje się realną polityką z racji podeszłego wieku i starczych przypadłości. Płonne są jednak rachuby na rychłe zastąpienie go jakimś liberalnym bubkiem pokroju Gavina Newsoma, gdyż ów dowiódł już, że nie ma kręgosłupa politycznego, a też potrafi dogadać się przynajmniej w pewnych kwestiach z przedstawicielami ruchu MAGA. Zbyt mało takoż poświęca się uwagi faktowi, że Trump jest Republikaninem dość świeżej daty, przez większość swego dorosłego życia pozostając amerykańskim Demokratą i pewnie w głębi ducha nadal nim będąc. Patologiczna nienawiść, jaką żywi doń lewactwo i libtardy nie pozwala im dostrzec, iż rozpieprzył on neokoszerwatywną prawicę w stopniu do jakiego owi nieudacznicy nigdy nie byliby zdolni. W każdym razie, jeśli ktokolwiek nad Wisłą serio jeszcze wierzy, że gdyby co Amerykanie nie będę kupczyć Polską, jak próbują to czynić obecnie z Ukrainą, winien zamknąć ryj dla dobra ojczyzny [ bez ironii ]. Zresztą skąd to zdumienie, przecie jeszcze stary Bush jako prezydent USA, a przy tym b. dyrektor CIA, zaklinał ukraińskich komuchów na miejscu w Kijowie, by nie ogłaszali niepodległości własnej respubliki. Amerykańskie elity władzy wcale nie pragnęły rozpadu ZSRR, rojąc o ''konwergencji systemowej'' z kacapią, czy jak teraz o ''Wielkiej Hiperborei'', Globalnej Północy od Vancouver po Władywostok. Dlatego Zachód będzie ratował za wszelką cenę ową ''chorą dziwkę Eurazji'' jaką jest Rosja, nawet obecne ukraińskie ataki po jej rafineriach i tankowcach, co najmniej za przyzwoleniem władz USA, traktować należy prędzej jako środki dyscyplinujące wobec Kremla, niźli jego zniszczenia. Tak więc postępowanie ekipy Trumpa nie odbiega zbytnio od tradycyjnej amerykańskiej polityki w owej kwestii, co akurat świadczy o niej wprost fatalnie, wystarczy przypomnieć haniebne uznanie jakim bushowy synalek obdarzył zdecydowany sprzeciw Trupina wobec rozszerzania NATO.

Niezależnie od tego, iż Zełeński prowokował los pozwalając panoszyć się w swym otoczeniu żydowskiemu złodziejowi z paszportem Gudłajstanu, który jak wiadomo bezwzględnie chroni ''swoich'', niechby i najgorszych zwyroli [ tak i stało się owym razem ]. Wszakże choć i sam Trump jest politycznym kundlem Zesraela, ma jednak pełną rację wypominając wiodącym krajom UE, że jeśli faktycznie tak bardzo chcą wspomóc Ukrainę winny taką razą zaprzestać finansowania Rosji zakupami jej ropy i gazu. Od siebie dodam, iż tyczy to również transferu zachodnioeuropejskich technologii, jakimi stoi rosyjska zbrojeniówka, by wymienić tylko systemy operacyjne niemieckiego Siemensa zawiadujące zautomatyzowaną produkcją kacapskich dronów i rakiet, czy austriackie kowarki promieniowe do kucia luf artyleryjskich i czołgowych. Tłumaczy to czemu właścicielem niemal pół tuzina luksusowych willi w Hiszpanii może pozostawać niejaki Kolesow - mało znany, a niezwykle ważny rosyjski oligarcha z branży wojskowej. Bowiem pod jego bezpośrednim zarządem działają zakłady produkujące min. elektronikę do systemów naprowadzających w rakietach i dronach, zabijających właśnie nie tylko żołnierzy, lecz i licznych cywilów na Ukrainie. Wprawdzie sam Kolesow przez sankcje nie może latać do Hiszpanii swym prywatnym odrzutowcem, ale już jego dorosłe dzieci owszem tak, mimo iż są z nim powiązane biznesowo, stąd je także należałoby obłożyć embargiem. Bodaj jaskrawszy pod tym względem przypadek stanowi Oleg Deripaska, niesławny żydoruski oligarcha i miękki pedofil, żywiący chorą fiksację na punkcie rozdziewiczania małoletnich nimfetek. Nade wszystko zaś główny dostawca wozów bojowych dla rosyjskiej armii, acz formalnie nie on to czyni lecz własny fryzjer i osobista pielęgniarka, na których przepisał firmę zbrojeniową w jego faktycznym posiadaniu [ serio ]. Cwaniaczek by nie podpaść pod sankcje obniżył swoje udziały w aluminiowym koncernie ''Rusal'', co pozwala mu również nadal sprawować kontrolę nad swymi zakładami w takich krajach UE, jak Niemcy, Irlandia czy Szwecja. O powyższym i wielu podobnych przypadkach należy pamiętać, zanim pocznie się pieprzyć o ''zdradzie'' USA i rzekomej ''drugiej Jałcie''. Acz gwoli uczciwości dodać trzeba, iż według nowego raportu brytyjskiego RUSI amerykańskie firmy Rogers Corporation i Keysight Technologies pozostają wiodącym dostawcą komponentów dla rosyjskich radarów, przemycanych głównie drogą przez Chiny. Dzięki czemu Rosja może niestety usprawniać swój system obrony powietrznej i przeciwrakietowej, przyznajmy jeden z lepszych w świecie, strącając pociski bywa również jankeskiej produkcji. Wychodzi stąd NATO, że za pomocą Rosjan Amerykanie de facto testują metody zwalczania własnej broni, zapewne także ją tym sposobem doskonaląc... Skądinąd fakt, iż Ukraina jeszcze jako sowiecka republika uczestniczyła w rozwoju wspomnianego systemu obrony całych ZSRR przesądził, że kacapy nie zmogły opanować jej przestrzeni powietrznej w pierwszych dniach inwazji. Głównie to - i zaciekły opór na lądzie - zadecydowało, iż Charków czy Połtawa nie zostały przez nich obrócone w perzynę niczym drugie Aleppo i Grozny, nie zaś wydumane przez Trupina jak wzięcie szturmem Kupiańska ''gesty dobrej woli''. Przeto obecnie podoba się to komu czy nie Ukraińcy zyskali wprawdzie strasznym kosztem, jednak znaczne doświadczenie w realnym zastosowaniu na polu boju tradycyjnych, co i bardziej nowoczesnych rodzajów broni. W tym i ''sztucznego intelektu'' o jakim traktuje ów tekst, jeśli więc Polacy nie będą mieli tu choć skromnego udziału bo ''Wołyń i Bandera'' znaczy, iż jesteśmy dziejowymi idiotami zasługującymi na totalny łomot. Niezależnie od tego, iż nie widać żadnych realnych przesłanek dla nawrotu imperialnej ekspansji w świecie kurczących się zasobów, nade wszystko ludzkich przez obecne globalne zlodowacenie demograficzne. Co nie wyklucza a wręcz zakłada ostre konflikty o coraz rzadsze dobra, wszakże przypominając raczej walkę bezdomnych wyszarpujących sobie marne resztki na śmietnisku, niż starcie jakowychś ''mocarstw'' rodem z dawnej epoki. Siłą rzeczy więc ekspansjonizm nabiera teraz wirtualnego charakteru, stąd Trump zagarnia Grenlandię jedynie na słowach [ póty co przynajmniej ], zaś wojska Trupina w podobnym duchu ''zdobywają'' ukraiński Kupiańsk. Zresztą mogłoby to być jakieś rozwiązanie, skoro i tak Rosja stoi łgarstwem wykreowałaby sobie ''pabiedę'' sieciami neuronowymi i po sprawie. Sęk w tym jednakże, iż ''sztuczny intelekt'' mocno kuleje u kacapów, za bardzo odstają pod tym względem, by coś takowego wykonać.

Przeto minęły czasy, gdy wielkie potęgi mogły dzielić świat na sfery wpływów i jedynie skończeni ślepcy dziś nie widzą, że zarówno Rosja, USA jak i Chiny jednako zwijają imperialne fasady, każde tylko na swój sposób. Bowiem wbrew pozorom nie idzie wcale o powrót ''koncertu mocarstw'', lecz szykowanie gruntu do skoku ludzkości w nieznane. Obecny chaos rodzi zupełnie nowy ład, którym włada intensywny obieg informacji i wymiana energii, tak w obrębie tworzonych owym sposobem dynamicznych struktur, jak i ze swym otoczeniem. Przeto same państwa naruszają swą organizację, by przysposobić ją do działania w postmechanistycznym paradygmacie, jaki nastał wraz z rewolucją technologiczną, którą właśnie przeżywamy. Im mniej zaś wszystkiego jest tym jest ono bardziej, dlatego ów rzekomy nawrót mocarstwowości przypomina rywalizację alkoholika z wariatem o kaleką ''piękność'' na wózku inwalidzkim. Przyznał to poniekąd sam Trupin, oznajmiwszy na ostatnim forum wałdajskim, że jego reżim de facto działa po omacku, tym samym obalając własne łgarstwo, jakoby zbrojna inwazja na Ukrainę postępowała ''według planu''. Dlatego owa ''gejopolityczna nieoznaczoność'' przybrała najbardziej brutalną formę właśnie w Rosji, jakiej znacząca część jej męskiej populacji najwidoczniej jest zbędna, skoro traci ją na frontach bodaj najgłupszej wojny w dziejach. Czyni ona z siebie mięso armatnie, by spłacić ichnie ''chwilówki'' na których wegetuje, zaś właścicielką jednego z największych rosyjskich parabanków udzielających owych lichwiarskich kredytów jest... była pierwsza żona Putina Ludmiła. Zdzieraną tym sposobem forsę z kacapskich frajerów pakując rzecz jasna w zbytkowne nieruchomości na ''zgniłym Zachodzie'' Europy. Pazerne ruskie baby dla kasy na wyprzódki posyłają swych mężów i synów do grobu, acz warto nadmienić, że to istne ''piekło mężczyzn'' stworzyli inni mężczyźni, na czele z kremlowskim ''katechujonem''. W tym kontekście głębszego, a zarazem bardziej upiornego sensu nabiera nominacja na rosyjskiego ''ministra wojny'' ekonomisty Biełousowa. Dobre dwie dekady temu popełnił był on raport kreślący ponure perspektywy własnego kraju, odnotowując w nim min. olbrzymią liczbę zachorowań na AIDS wśród Rosjan, jaka dawno już przekroczyła granice epidemii. Zwracał również uwagę na gwałtowny wzrost ich zaburzeń psychicznych od czasu rozpadu ZSRR, nie dziwota stąd, iż od jesieni zeszłego roku schizofrenia nie stanowi przeszkody dla podpisania kontraktu z kacapską armią, zgodnie z morderczą logiką putinowskiego reżimu po więźniach musiała przyjść kolej na ''utylizację'' wariatów. Co się zaś tyczy Chin utraciły one swój główny dotąd walor jaki pełniła bezprecedensowa w dziejach, licząca nieprzebrane rzesze ludzi tania siła robocza. Po tym jak ledwie udało się im przeżyć masowy głód towarzyszący kolektywizacji ''Wielkiego Skoku'', który pochłonął dziesiątki milionów ofiar, oraz terror ''rewolucji [anty]kulturalnej'' zapieprz po 12 godzin na dobę w jakiejś podłej szwalni jawił się dla nich nieomal błogosławieństwem. Wszakże już wtedy neoliberalne reformy zaprowadzane przez chińskich komuchów i towarzyszący im wyzysk jęły wzbudzać opór, taka była prawdziwa geneza protestów na placu Tian'anmen. Po ich brutalnym stłumieniu rozzuchwalone pekińskie politbiuro przeprowadziło w drugiej poł. lat 90-ych bezlitosną ''optymalizację'' zatrudnienia w swej budżetówce, wyrzucając na bruk aż 1/3 jej pracowników co równało się prawie 35 milionom ludzi! Wówczas przez Chiny, zwłaszcza północ kraju, przetoczyły się gigantyczne demonstracje niemal zamilczane w liberalnej prasie Zachodu, gdyż tłumy wychodziły tam protestować pod portretami Mao, nie zaś żądać okcydentalnych wolności. Pojawienie się silnej nacjonal-komuszej opozycji stało za politycznym fenomenem Bo Xilai'a, omalże nie doprowadziwszy do przewrotu w Pekinie i wymuszając na gensekach jak Xi Jinping przejęcie części owej retoryki, by spacyfikować buntownicze nastroje. Owszem, w wielu chińskich metropoliach jest czyściej i żyje się bezpieczniej niż w niejednym z ich zachodnich odpowiedników, jednakże wystarczy wyjechać poza nie na prowincję, by okazać się w nędznych realiach, gdzie czas może nie zatrzymał się w epoce Mao, ale na pewno Deng Xiaopinga. Zdecydowanie lekceważy się skalę spustoszenia, jakie poczyniła tam barbarzyńska ''polityka jednego dziecka'', co stanowi tylko kolejny objaw iście klasowej dyskryminacji czynionej przez pekińskie politbiuro wobec własnego chłopstwa. Wprawdzie Chiny wyszkoliły rzesze swych inżynierów i techników, jacy nie tylko kopiują technologie Zachodu, ale i z powodzeniem rozwijają własne, w tym dzięki durnym Niemcom i Amerykanom, którzy uszykowali sobie zżerającą ich konkurencję. Niemniej okazuje to jedynie, iż owa rywalizacja przybiera coraz bardziej wirtualny charakter, nie wykluczając realnego starcia, lecz całkiem już inaczej rozkładając jego akcenty. Poza tym jak obrazowo i celnie ujął to Jon Czin, spec CIA od polityki Pekinu, zmagania obecnych Chin i USA przypominają zajadły spór dwóch zgrzybiałych dziadów, a nie wschodzących mocarstw. Wątpliwe zaś, by islam ponownie skorzystał z wojny współczesnych Bizancjum i Persji, bowiem od Heraklita jeszcze wiadomo, iż nie sposób zaleźć dwa razy w nurt tej samej dziejowej rzeki.

O przyczynach zaś owego stanu rzeczy właśnie traktuje niniejszy tekst, zresztą wystarczy obaczyć publiczne deklaracje wojenne Hegsetha i samego Trumpa, które wraz z towarzyszącą im medialną chucpą wyraźnie świadczą, że dziś oficjalna polityka robi za dezinformacyjną chujnię kryjącą radykalną transformację militarnych technologii. Procesualny ich charakter, oparty na łamaniu symetrii i polaryzacji zjawisk, rodzi jednoczesne narastanie dwóch przeciwnych tendencji. Z jednej ponieważ tylko nieliczne kraje dysponują niezbędnymi ku temu olbrzymimi zasobami kapitału i energii, prowadzi to do koncentracji władzy w rękach wąskiej grupy techoligarchii głównie z USA, a takoż dyszących im na karku Chin. Faktycznie mamy tu do czynienia z nowym dwubiegunowym podziałem świata w owej dziedzinie, zostawiającym daleko w tyle resztę wlokących się w ogonie wiodących państw Europy i Azji. Zarazem jednak dynamiczny charakter tychże technologii, polegających na gwałtownych przemianach zachodzących w czasie, sprzyja ich rozpowszechnieniu wśród pomniejszych krajów, nadając im przeto bardziej podmiotowy status już nie li tylko ślepych wykonawców imperialnej woli, a pełnomocników od których mocodawcy wręcz żądają sporej dozy samodzielności w działaniu. Celem bowiem jest tu jak najdalej posunięta autonomizacja poszczególnych składowych systemu, tak by uczynić je maksymalnie efektywnymi w skrajnie zmiennych warunkach obecnego pola walki. Dlatego prawicowy ''lokalizm'' czy wprost nacjonalizm bardziej odpowiada obecnej formie globalizmu, której istotą jest nierząd światowy, planetarny chaos[mos], fragmentaryzacja. Kto owego mechanizmu nie pojmuje bredząc wciąż o ''wielobiegunowości'' tj. nowym ''koncercie mocarstw'', niech lepiej zajmie się czymś pożytecznym np. płodzeniem dzieci, skoro tak ich dziś brakuje na niemal całej Ziemi. Trzeba bowiem pamiętać, że ''America First'' nie oznacza żadnego izolacjonizmu ni ''hemisferyzmu'', czyli jej zamykania się we własnej strefie wpływów, lecz globalny prymat USA w nowym już wydaniu. Na to zaś konieczna jest rozbiórka starego ładu światowego, w czym akurat Trump jako budowlaniec ma spore doświadczenie, acz to ''człowiek-demolka'' zdatny tylko do zgruzowania przedawnionego, niż położenia zrębów pod nowe. Wszakże było to konieczne, o czym mówił otwarcie Palmer Luckey: najmniej zwichrowany spośród amerykańskich techoligarchów, wręcz normalny na tle Muska i Thiela, choć jak tamci zagorzały syjonista, mimo iż podobnie co oni nie jest nawet Żydem! Najwidoczniej w Dolinie Krzemowej krąży izraelski wirus komputerowy infekujący także mózgi tamtejszych inwestorów i programistów, tym bardziej dziwnie to wygląda na tle admiracji Luckeya dla Charlesa Lindbergha, którego ''hemisferyzmu'' współczesnym uosobieniem jest Fuentes. W każdym razie imć Palmer słusznie przypomina, że ledwie niecałą dekadę temu w Dolinie Krzemowej panowała pełna swoboda nawet co do ''wyboru'' własnej płci, ale za to w jednym było żelazne tabu, jeśli idzie o krytykę Chin. Ludzie jacy ostentacyjnie brzydzili się współpracą z własnym wojskiem i wywiadem jako agendami ''amerykańskiego imperializmu'', nie mieli zarazem najmniejszych skrupułów by pomagać [ za pieniądze oczywiście ] chińskim postkomunistom wznosić zręby cyfrowego zamordyzmu. Zaprowadzając masową inwigilację i cenzurę internetu, które gromko potępiali na własnym podwórku, w cudzym kraju zaślepieni mirażem zysku. Dopiero gdy okazało się, że towrzysze z pekińskiego politbiura chcą wyhodować własnych posłusznych sobie kapitalistów, nie zaś oddawać krajowy rynek obcym firmom, jankeska techoligarchia w te pędy uderzyła pod opiekuńcze skrzydła tak dotąd znienawidzonego przez nią wujka Sama.

Przeto wielki kapitał winien być poskramiany przez polityczną władzę, inaczej gotów dosłownie zaprzedać się w cudzym interesie dla prywaty. Musk zachowuje się jakby był pustynnym kaktusem wyrosłym w surowych warunkach, gdy jest ledwie szklarniowym pomidorem, któremu cieplarniane warunki zapewniło amerykańskie państwo, mając stąd pełne prawo domagać się odeń lojalności za możność zarobienia ponad pół biliona dolarów. Nie trzeba ku temu zapędzać wszystkich do socjalistycznego kibuca, gdzie każdy będzie miał po równo, czyli jednako nic - wystarczyłoby nowe ustawodawstwo antymonopolowe i New Deal, wszak dostosowany już do warunków społeczeństwa w dużej mierze postindustrialnego. Póty co niestety kapitał zdaje się przeważać nad amerykańskim państwem, jakie za Trumpa 2.0 ceduje na jego rzecz wiele ze swych prerogatyw, prowadząc do prawdziwej prywatyzacji suwerenności. Należy bowiem pamiętać, że główne zagrożenie związane z ekspansją AI nie polega wcale na tym, iż to rzekomo ''Bóg w komputerze'' czy jakowyś ''demon'', a kto się z tym nie zgadza ów ''Antychryst''. Zapewne nie przypadkiem rozpowszechnianiem podobnej dezinformacyjnej chujni trudni się Thiel - oślizgły po jaszczurczemu niemiecki pederasta i kapuś FBI o ksywie ''Filozof''. Wszystko to stanowi nieadekwatne próby ujęcia w kategoriach wieczności czegoś wręcz arcyczasowego, jak się później przekonamy. Rzecz w tym, iż niby to ''sztuczny intelekt'' mimo swej militarnej genezy jest technologią o potencjalnie na tyle powszechnym użytku, że nie sposób w nim oddzielić aspekt komercyjny od ściśle wojskowego, trudno więc tu mówić nawet o jej ''podwójnym zastosowaniu''. Co w praktyce oznacza, iż AI żadną miarą nie może być poddana całkowitej kontroli ledwie kilku-nastu największych mocarstw jak broń nuklearna, przestaje tu więc obowiązywać sławetne ''odstraszanie'' się wzajem przez główne potęgi wojną atomową, czy tym bardziej ''nuclear sharing''. Trzeba stąd wreszcie przyjrzeć się pokrótce temu czym jest ów rzekomy ''sztuczny intelekt'' i jak to cholerstwo w ogóle pracuje, na jakich zasadach je oparto. Za przewodnika posłuży meksykański filozof Manuel DeLanda, który jeszcze na początku lat 90-ych zeszłego wieku popełnił był rozprawę pod jakże dziś wymownym tytułem ''Wojna w epoce inteligentnych maszyn''. Przewidywał tam rozwiązania testowane obecnie przez obie strony walk na Ukrainie tj. autonomizację systemów zabijania, gdzie dron zgodnie z wprogramowanym weń doborem celów ma samodzielnie znajdować do nich dostęp bez konieczności sterowania nim przez operatora. Znamienne iż była to polemika DeLandy z ówczesną hegemonią pseudointelektualną obmierzłego ''dekonstrukcjonizmu'', sprowadzającego rzeczywistość do absurdu tj. ''gier językowych'' i obsesyjnego tropienia jakoby zakamuflowanego w gramatyce ''fallogocentryzmu''. Tymczasem wojna stanowi bodaj najbardziej brutalny okaz realności materii, jej obiektywizmu bezwzględnego wobec indywidualnych wyborów ludzi, dosłownie miażdżąc liberalne bzdety. W dostępnym na YT wykładzie latynoski uczony potwierdził me podejrzenia, iż jakoby ''sztuczny intelekt'' jest pojęciem wprowadzającym w błąd, zapewne celowo jako dezinformacja co do prawdziwej natury owej technologii. Bowiem wedle niego więcej wspólnego ma ona z działaniem owadów czy ptaków, które trudno doprawdy posądzić o jakowyś ''intelektualizm'', wszakże potrafią one postępować w racjonalny tj. celowy sposób. Przecież żaden ''zbiorowy mózg'' nie kieruje dajmy na to budową kopca termitów, zasadą organizującą jest tu komunikacja między nimi, jaka zachodzi poprzez wydzielane przez nie hormony, powodując zestrojenie ich czynności przekształcające wpierw chaotyczne ruchy w uporządkowany wysiłek. Podobne mechanizmy władają również stadami ptaków, a nawet ludzkimi tłumami, znajdując zresztą obecnie zaskakujące zastosowania, np. algorytm bazujący na sposobie jakim pszczoła wyszukuje optymalną drogę z ula do zapylanych przez nią roślin i z powrotem, służy min. do usprawnienia działania serwerów hostingowych. Tak więc mamy tu do czynienia raczej z czymś w rodzaju ''cyfrowego behawioryzmu'', acz i do tego pojęcia trzeba podchodzić z należytym dystansem. Wedle DeLandy gdyby szukać stricte ludzkich odpowiedników owego ''sztucznego intelektu'', prędzej przypomina on wiedzę rzemieślnika dosłownie wyrabianą przezeń w bezpośrednim obcowaniu z surowcem, poprzez formowanie danego materiału i której to nie sposób do końca zwerbalizować, gdyż obejmuje zestaw praktyk manualnych pozwalających choćby wykuć miecz czy insze narzędzie. Dlatego mistrz cechowy nie mógł przekazać czeladnikowi swych umiejętności poprzestając li tylko na ich opisie, musiał dowodnie mu rzecz okazać na konkretnych przykładach, czuwając następnie by tamten nabył je możliwie wiernie naśladując. Przeto człowiek posiadający przysłowiowy ''fach w ręku'' jest daleko mniej zagrożony o ironio ekspansją owego ''sztucznego [a]intelektu'', niż ludzie tzw. ''wolnych zawodów'' np. dziennikarze, czy raczej już tylko ''mediaworkerzy''. Nie muszę daleko szukać dowodów: 90% o ile nie sto tekstów w kieleckim ''Echu Dna'' spokojnie mógłby generować ro-bot, nawet poprawiłoby to ich jakość:). 

Wszystko zaś dlatego, iż zupełnie błędnie zazwyczaj pojmuje się automatyzację, jaka realnie oznacza nie tyle zastąpienie ludzkiej pracy, co raczej niesłychane wzmożenie jej produktywności. Dzięki czemu jeden człowiek może robić nie za dwóch a wręcz dziesięciu, proces jaki zachodzi już od pewnego czasu w przemyśle i rolnictwie, coraz częściej też przy usługach. Rzecz bardzo pilna w obliczu gwałtownego ubywania siły roboczej, której nie sposób jak dotąd uzupełniać masową migracją, a to przez gromadne wymieranie człowieczego rodzaju z jakim mamy obecnie do czynienia na niemal całym globie. Póty co jesteśmy dopiero na progu owego procesu, stąd dantejskie sceny rozgrywające się jeszcze niedawno na południowych granicach USA, czy podczas inwazji nachodźców w Europie ledwie dekadę temu, ale to już tylko ostatnie podrygi ostrygi. Tak więc Stany Zjednoczone tracą z wolna swój zasób demograficzny, jakim przez ostatnie pół wieku ponad była głównie Latynoameryka, podobnie jak dla Europy Zachodniej północna Afryka i Bliski Wschód, zaś u Rosji kraje Azji centralnej. Wymierających Europejczyków i dalekowschodnich Azjatów zaś nie zastąpi dzicz z przysłowiowego buszu, ni afgańscy górale-pedofile, bo tylko tacy jeszcze płodzą masowo dzieci, nawet jeśli po to by je gwałcić czy wprost zeżreć. Nie zamierzam by to wytłumaczyć brnąć śladem żydowskiego ''ubermenscha'' Epsteina w eugeniczne pedalstwo, z jego obsesją na punkcie mierzenia IQ, kształtu czaszek czy wielkości kutasów i dup. Pozostaje mi stąd jeno skonstatować ów jakże przykry, ale nieodparty fakt starzenia się i zanikania siły roboczej, na co remedium może jawić się powszechne zastosowanie AI. Bowiem w miarę uwiądu rzeczywistego i jego obumierania wirtualne będzie je nadrabiać tworząc rodzaj ''hiperrealności''. Idzie więc nie tyle o zastąpienie co augmentację tj. wzmocnienie istniejących już możliwości, oraz uzupełnianie na bieżąco narastających braków. Rzeczywistość przetrwa stąd ową ''sztucznointeligencką apokalipsę'', ale w szczątkowej postaci - dosłownie, przeto biznes pogrzebowy ma perspektywy jak bodaj żaden inny w realnym świecie. Oby tylko nie doszło do przerabiania ludzi na ''człowieczy kompost'', jak to onegdaj tu opisywano, bo wówczas przyjdzie zrehabilitować Pol Pota, który użyźniał zwłokami swych ''wrogów klasowych'' kambodżańskie ''pola śmierci''. Dość wszakże zjadliwej ironii, mówiąc zaś serio: zgodnie z opisanym wyżej mechanizmem władającym AI, gdzie właściwie nie sposób oddzielić ściśle komercyjne od wojskowego, podobne reguły muszą rządzić i militarnymi zastosowaniami ''sztucznego intelektu''. Tym bardziej iż za jego genezą stoją agendy Pentagonu, jak osławiona DARPA i RAND sięgając jeszcze połowy zeszłego stulecia, natomiast rozwiązania na jakich bazuje ponoć były gotowe już w latach 80-ych XX wieku, ale dopiero rozpowszechnienie internetu i ogromna liczba danych, które tym sposobem zgromadzono umożliwiły wdrożenie owej technologii. Albowiem kluczowa dla sieci ''neurotycznych'' jest synergia tworzących je połączeń, oraz ich elastyczność pozwalająca im rozeznawać się w bezmiernych masach informacji jakie trawią, nabywając tak rosnącej autonomii w działaniu. Wyznaje się w tym jak mało kto wspomniany już Palmer Luckey, rozwiewając mity na temat wojskowych rozwiązań AI, które wedle niego żadną miarą nie zastąpią tradycyjnych rodzajów broni, raczej mając na celu lepszą integrację na nowoczesnym polu boju, tudzież co najwyżej uzupełnienie w pewnych określonych wypadkach. Tak więc to nie czołgi ni artyleria są rzekomo ''anachroniczne'', lecz tylko ich zastosowanie według schematów rodem z amerykańskich interwencji zbrojnych w Iraku czy Afganistanie, o ile jeszcze nie wprost ''zimnowojennych''! Należy to podkreślać, gdyż naroiło się nam ostatnio różnych mądrali bredzących czemuż to zamiast w broń pancerną Wojsko Polskie nie inwestowało w drony, jakby też jedno miało wykluczać drugie. Wystarczy posłuchać Luckey'a jako odtrutkę na podobne pieprzenie, bo facet nie pozostawia złudzeń, iż w razie możliwej wojny USA z Chinami przeważająca większość amerykańskiego uzbrojenia pochodzić będzie co najmniej z epoki Reagana. Żadne hipertechnologiczne gadżety nie zastąpią żołnierza podczas walki, tak jak niestety roboty nie będą za nas ludzi zapieprzać, mogą jedynie wyręczać w pewnych czynnościach zarówno podczas wykonywania pracy, jak i na polu boju. Nade wszystko zaś ''sztuczny intelekt'' znakomicie sprawuje się przy strategicznym planowaniu i jego taktycznym zastosowaniu, błyskawicznie przesiewając ogromną ilość informacji by uzyskać z nich potrzebną w danym momencie wiedzę. Stąd nie ma co przypisywać mu oczekiwań na wyrost, jak czyni to choćby Thiel sadząc transhumanistyczne kocopoły, ani też zbytnio demonizować wzorem antytrumpowskiego lewactwa, które niemalże pozuje w tym na jakowychś ''neoluddystów''.

Bowiem nawet jeśli ekspansja AI rzeczywiście zlikwiduje pewne zajęcia, całkiem możliwe stworzy nowe, jak to dzieje się już w Chinach, gdzie rzesze kobiet zazwyczaj pracują przy selekcji danych, karmiąc żarłoczny ''sztuczny [a]intelekt''. Klikanie myszką cały roboczy dzień może wydać się upiorne w swej monotonności, ale czy tak bardzo różni od mechanicznej harówki w przemyśle włókienniczym dajmy na to, o ileż od niej higieniczniejsze? Owszem AI już teraz służy masowemu zabijaniu ludzi, tylko czy zbrodnie wojenne pilotów rosyjskich myśliwców bojowych, tudzież katastrofy lotnicze niosące ze sobą nieraz setki ofiar w jednym tylko wypadku, razem stanowią argument za tym by w ogóle zrezygnować z latania samolotami? Czemuż więc mamy wyrzekać się owego ''sztucznego intelektu'', jaki ani nie sprowadzi całkiem zagłady na ludzkość, która i bez tego wymiera w zastraszającym tempie, ani też nie stanowi remedium na wszystkie związane z tym bolączki, mogąc co najwyżej jedynie osłabiać ich rujnujący znaną nam cywilizację efekt. Tym bardziej, iż jak widać AI nie będzie za nas ''myślało'' ni ''czuło'', nawet upierający się przy zasadności pojęcia ''sztucznego intelektu'' Geoffrey Hinton, zwany chyba na wyrost ''ojcem chrzestnym'' owej technologii, przyznaje że nie tyle bazuje ona na prawidłach logicznego myślenia co raczej intuicjach, w tym rzeczywiście dość udatnie naśladując człowieczy umysł oparty na skojarzeniach. Wątpliwe jednakże by doprowadziło to zaraz do zastąpienia samych ludzi, jak ów uczony alarmuje, zwłaszcza jeśli wedle niego AI ma cierpieć na ''fałszywą świadomość'', gdyż wciąż nadto ludzką... Tak czy owak wiele świadczy za tym, iż odstawiania przez Trumpa pajacada kryje radykalną tech-rewoltę, bowiem jak stanie się jasne w toku dalszego wywodu paradoks obecnej władzy zasadza się w tym, iż w pełni panować może ona tylko nad dość wąskim zakresem rzeczywistości, stąd by poszerzyć własną domenę musi przystać na sporą dozę żywiołu. Dlatego najlepiej rządzi dziś nie ten kto daremnie próbuje sprawować kontrolę nad możliwie każdym aspektem realności, a zdolny dać się ponieść fali wydarzeń nie tonąc w nich, lecz ostro nawigując wśród dziejowych burz niesionych przez niespodziewane. Stąd nie należy mylić tego z jakowymś ''zarządzaniem kryzysowym'', gdyż to stan trwały o ironio, jako permanentna już zmienność historycznych wypadków. Amerykanie sądzę rzecz pojęli, iż jeśli chcą utrzymać globalny prymat muszą porzucić swoją hegemonię o paradoksie, dlatego jęli rozmontowywać ustalony przez siebie po II wojnie ład światowy. Przeto kiedy rzeczywistość coraz bardziej przypomina własną symulację stworzoną przez ''śtućny yntelekt'', pozostaje tylko szukać realnej polityki na jej styku z nauką i militariami. Związek ów jest ścisły, o czym bez ogródek mówił René Thom, jeden z najwybitniejszych matematyków zeszłego stulecia, twórca tzw. ''teorii katastrof''. Cudzysłów stąd, iż jak sam zastrzegał nie należy jej traktować jako typowej, sprawdzalnej empirycznie naukowej doktryny na wzór tych Newtona czy Darwina, a bardziej niczym rodzaj metodologii tj. języka opisu nieciągłych ''przeskoków'' w ramach ewolucji poszczególnych systemów. Tak oto rzecz dobitnie wykładał w obszernym wywiadzie-rzece z nim, opublikowanym we Włoszech na pocz. lat 80-ych XX wieku - cyt. za polskim wydaniem PIW w 1991 roku:

''Jak więc według Pana przedstawia się związek między polityką a nauką?

Rząd jest mniej zainteresowany gromadzeniem bogactw niż opanowywaniem technologii o których się sądzi, że są skuteczne i jakie w pewnym żargonie zwie się ''szczytowymi''. [...] Doskonale się tu zresztą sprawdza teza Kuhna z jego ''Struktury rewolucji naukowych'': wielkie kierunki badawcze są w istocie niemal zawsze narzucane przez funkcjonariuszy politycznych, w większości niekompetentnych.

Nadmierne mieszanie się władzy w sprawy nauki?

Nie. Jest to sytuacja upragniona przez samych uczonych, którzy wolą pertraktować raczej z funkcjonariuszem politycznym niż innym uczonym, ten bowiem mógłby faworyzować własną dyscyplinę na niekorzyść innych. Ogólnie biorąc wolą oni, by to raczej gra polityczna decydowała, jakie mają być orientacje badawcze, niż wyznaczać je samym powodując się motywacjami ściśle naukowymi. [...]

Wszelako więzy między władzą a nauką są znacznie starsze. Samego Newtona można by traktować, pod pewnymi względami, jako człowieka nauki w służbie władzy...

Można się nawet cofnąć do Archimedesa, o którym się przypuszcza, że [ wykorzystując swą wiedzę i umiejętności ] podpalił flotę rzymską pod Syrakuzami. Najbardziej wszakże interesującym zjawiskiem jest odgrywanie dzisiaj przez naukę tej roli, jaką w przeszłości pełniła religia, w tym mianowicie sensie, że nauka dzisiejsza jest nosicielką eschatologicznych nadziei ludzkości. Powiada się, że dzięki nauce ludzkość będzie mogła przeżyć na Ziemi lub, jeśli nasza planeta okaże się już nie do zamieszkania, zmoże wyemigrować w kierunku innych, bardziej gościnnych światów. To są te nadzieje eschatologiczne, które sprzyjały masowemu rozwojowi badań naukowych. [...] Nie zapominajmy, że świat zewnętrzny przedstawia się naszym oczom jako mieszanina determinizmu i indeterminizmu. [...] A myśl matematyczna posunęła to rozróżnienie do skrajności: zmienna, argument funkcji jest tym co od nas zależy... Nie zależy od nas sztywny determinizm, który po przypisaniu raz na zawsze danej wartości każdej zmiennej wyznacza odpowiednią wartość funkcji... Idea ta miała wielkie znaczenie w rozwoju tradycji naukowej. W rzeczy samej sądzę, że u początków galileuszowej rewolucji leżał prosty fakt, iż do pewnego stopnia myśl naukowa była w stanie modelować, właśnie za pomocą pojęcia funkcji, pewną liczbę zjawisk jakie do tej pory nie dawały się modelować w sposób dostatecznie wierny. Z tego punktu widzenia dwa czynniki, moim zdaniem, działały łącznie: z jednej różne wymogi praktyki, głównie artylerii, co prowadziło do badania trajektorii kul armatnich, pocisków a więc ruchu ciał ciężkich, z drugiej pojęcie funkcji jakie zaczynało się w umysłach badaczy wykluwać, pozwalając im na wierny i dokładny opis właśnie trajektorii ciał ciężkich. Myślę więc, że utworzenie tego obrazu funkcji - a należy mówić o obrazie, funkcja jest tu bowiem bardziej obrazem niż pojęciem - stało u początków wielkiej rewolucji naukowej Galileusza. Owo pojęcie funkcji, nawet niejasne, umożliwiło modelowanie spadku ciał i załamania promieni świetlnych. A że poznawszy prawa można budować oparte na nich instrumenty, Galileusz skonstruował swoją lunetę, a nieco później pierwszy mikroskop. Dysponując narzędziami poznania można się nimi posługiwać: Galileusz obserwował gwiazdy, Malpighi tkanki istot żywych... Tak narodziła się nauka doświadczalna, ale znaczenie przypisywane doświadczeniu nie było przyczyną postępu naukowego a jego skutkiem, efektem dojrzenia w umysłach badaczy struktury teoretycznej, jaką jest pojęcie funkcji.''

- tak więc można sobie darować gadki o rzekomo ''apolitycznej nauce''. Co nie znaczy, iż należy ją redukować do ''socjologii wiedzy'' czy wprost ''ideologii'', jak czynili to zjebani postmode[rn]iści. Niemniej jej związek z polityką i wojskowością jest - powtórzmy - ścisły jak widać, bez przesady można wręcz rzec, iż swoisty militarny dynamizm legł u podstaw nowożytnych nauk przyrodniczych, więc ''sztucznoyntelygenckie'' technologie jedynie podążają ich śladem, jako współczesne tychże rozwinięcie. Wszakże więź politycznej władzy i nauki jest głębsza niż tylko praktyczne wymogi czy obopólna korzyść, co znakomicie objaśnił Ilja Prigogine [ czyli Prigożid - raczej nie rodzina, ale też rosyjski Żyd ]. Autor przełomowych odkryć z dziedziny fizykochemii, uhonorowany za nie Noblem w 1977 roku, kiedy jeszcze owa nagroda coś znaczyła. Tak o tym pisząc w popularnonaukowym opracowaniu jego i współpracownicy Isabelle Stengers, którego polski przekład a jakże również wydał PIW pod wymownym tytułem ''Z chaosu ku porządkowi'':

''[ Nowożytna ] nauka stawia człowieka w obliczu tragicznego, metafizycznego wyboru. Musi on wybierać między krzepiącą, lecz irracjonalną pokusą szukania w przyrodzie rękojmi ludzkich wartości, bądź znaku wskazującego na istnienie fundamentalnej współzależności rzeczy a obstawaniem przy racjonalności, która czyni go samotnym pośród niemego świata. Z tą przewodnią nutą rozczarowania współgra jeszcze jedna - woli panowania. Ów odczarowany świat jest zarazem światem, który można kontrolować i manipulować nim, bowiem nauka, która widzi świat jako obiekt rządzony podług uniwersalnego planu teoretycznego, redukującego jego rozliczne bogactwa do monotonnego zastosowania ogólnych praw, staje się nieuchronnie narzędziem dominacji. A człowiek, obcy w świecie, kreuje się na jego władcę.''

- otóż i to! Z owej wizji rzeczywistego jako automatu, którego rozpoznanie mechanizmu działania daje jakoby moc panowania nad nim, poczęły się trzy głowy ideologicznej hydry: liberalizm, socjalizm i rzekomy ''koncert mocarstw'', wszystkie jednako chujowe. Wolnorynkowi ''rozwolnościowcy'' wprawdzie niby to pozwalają sprawom iść na żywioł, ale tak naprawdę rozpatrują świat niczym doskonale samoregulującą się maszynerię, jakiej tylko niepotrzebnie miesza ''interwencjonizm państwowy w gospodarce''. Zakłócenia owe są tu czymś wysoce niepożądanym, naruszając jakoby ''naturalne'' prawidła ekonomii, ma się rozumieć tej jedynie słusznej misesowskiej. Socjaliści z kolei roją o dorwaniu się do globalnej kontrolki, by owym sposobem sterować ''wyzwolonymi przez ludzkość'' siłami wytwórczymi industrii i kapitału. Przeganiają ich stamtąd mocarstwowi imperialiści, rezerwując panowanie nad światem jedynie dla siebie tj. elit władzy i bogactwa, tak więc fora ze dwora biedniacka hołoto! Otóż wszyscy oni na równi przegrali, ich ambicje zostały zdruzgotane przez nową odsłonę rzeczywistości, jaka nastała wraz z odkryciami naukowymi takich badaczy jak Prigogine czy Thom. Wykazali oni bowiem, że CZAS NIE JEST ZŁUDZENIEM jakim jawił się jeszcze Einsteinowi, który obstawał przy tym, iż to wyłącznie omam ludzkiego umysłu. Faktycznie takim rzeczy wyglądały z punktu zarówno klasycznych nauk przyrodniczych, jak i tym bardziej tradycyjnych systemów metafizycznych. Przypisujących byt jedynie temu co trwałe i wieczne, umieszczając to w pozaświatowej transcendencji np. po platońsku lub chrześcijańsku pojmowanych zaświatach, czy też w wersji pannaturalistycznej kosmicznych cyklach nadających dopiero sens przemijalnej egzystencji człowieka. Wbrew pozorom nowożytna rewolta naukowa nic istotnie pod tym względem nie zmieniła, a ''tylko'' metafizykę zastąpiwszy fizyką, nadal wszakże zbywając obiektywne istnienie czasowości, wręcz obcesowo jej przecząc. Bowiem godziła ona w mechanistyczną wizję świata na jakiej tamta została ufundowana, tym samym uniemożliwiając sformułowanie kompletnej wiedzy o nim i przeto całkowite opanowanie jego materii! Nic takowego nie może mieć miejsca w rzeczywistości o istotowo otwartej na swobodne działanie żywiołów formule, co bynajmniej nie oznacza kompletnego chaosu i rozpadu na nie powiązane wzajem fragmenty niczego. Prawidła jednakże władające takowym światem są na tyle ogólnej natury, iż ostawiają sporo przypadkowi polegając raczej na rachunku prawdopodobieństwa, regułach stochastycznych bardziej, niźli ścisłym determinizmie z jakim zwykliśmy kojarzyć nauki w ich klasycznej postaci. Typowy dla nich mechanicyzm nie tyle zniósł sam siebie, ile wykazał swą ograniczoność w dalszym jego rozwoju, boć absurdem byłoby utrzymywać, że teoria względności Einsteina czy nieoznaczoności Heisenberga unieważniają dokonania Newtona i Galileusza. Niemniej dziś już nie sposób jak dotąd ignorować narzucającej się wprost obiektywnej realności czasu, a co za tym idzie tego co nieprzewidywalne i przeto NIE-DO-OPANOWANIA. Wprawdzie próbował ów żywioł oswoić Thom swą ''teorią katastrof'', bynajmniej nie upatrując w nich jedynie destrukcyjnego fenomenu, ale twórczy jako zasadniczy przełom kreujący nowe byty, stąd ''kryzys'' byłby tu zbyt słabym pojęciem, oznaczającym tylko przelotne zjawisko. Dystansował się również nieco do ustaleń Prigogine'a, zasadniczo wszakże zgadzając z nim, iż głupstwem jest przeczenie istnieniu czasowości, którym do dziś trudnią się co poniektórzy uznani fizycy! [Bio]chemia wszakże ma na ów temat całkiem odmienne zdanie, by się o tym przekonać sięgnijmy więc ponownie do ''Z chaosu ku porządkowi'', gdyż na jej kartach skreślono nowy obraz świata, jakiego zasadnicza niestabilność jest źródłem jego ładu.

Dzieje się zaś tak, albowiem ''w równowadze cząsteczki zachowują się niczym byty niezależne, jakby siebie lekceważąc. Miałoby się ochotę nazwać je ''hipnonami'' czy wręcz ''lunatykami''. Nierównowaga wszakże budzi je ze snu i wprowadza spójność całości, zupełnie równowadze obcą. [...] Ponadto w ściśle określonym punkcie przejścia od równowagi do nierównowagi pojawiają się korelacje dalekiego zasięgu pomiędzy cząstkami oddzielonymi od siebie makroskopowymi odległościami, przez co skutki zdarzeń lokalnych rozprzestrzeniają się na cały układ'' - objaśnia w swym opracowaniu Prigogine. O ironio więc destabilizacja i łamanie symetrii dobywa ład z chaosu, który osiąga stan przesilenia zwany ''bifurkacją'', rodząc nową strukturę dysypatywną tj. rozproszeniową, gdyż spójnię zapewnia jej wymiana energii i materii ze swym otoczeniem, jak i w obrębie niej samej. Takowymi są reakcje chemiczne czy procesy hydrodynamiczne, ale szczególnie organizmy żywe a nawet stricte ludzkie miasta, co doskonale znać po usychających dosłownie pod rosyjską okupacją aglomeracjach Donbasu, których nie ratują kosmetyczne naprawy rozdmuchiwane przez kacapską propagandę, bo jako żywo przypominającego makijaż u trupa. Ściśle rzecz biorąc sprawa jest bardziej zawikłana, gdyż jak zwraca uwagę Prigogine: ''układ żywy przedstawia się jako niezmiernie złożony. Pewne reakcje [ w nim ] są bliskie stanu równowagi, inne zaś nie. Nie wszystko w żywym organizmie ''żyje''. Strumień energii, który przezeń przepływa, przypomina rzekę płynącą na ogół spokojnie, lecz od czasu do czasu przemieniającą się w burzliwy wodospad, czemu towarzyszy wyzwolenie części mocy, jaką posiada''. Przy czym procesy nieodwracalne, świadczące o fluktuacjach tj. przemianach zachodzących w czasie, zdają się tu jednak górować nad tym co stricte deterministyczne. Zapewnia to bowiem żywym bytom, pojmowanym nie tylko jako pojedyncze organizmy, ale i całe gatunki czy wręcz prawdziwe społeczności, pewną elastyczność niezbędną do przetrwania w mocno niestabilnym środowisku, ulegającym nieraz gwałtownym przeobrażeniom. Prigogine błyskotliwie rozprawia się z żałosnymi próbami wtłoczenia owego żywiołu rzeczywistości w jednoznacznie mechanistyczną ''schematozę'', z której poczyna się całe to mocarstwowo-lewacko-liberalne pieprzenie, tak o tym pisząc: ''...tradycyjny sposób tłumaczenia zarówno ewolucji biologicznej, jak i społecznej opiera się na wyjątkowo nieszczęśliwym wykorzystaniu pojęć i metod zapożyczonych z fizyki - nieszczęśliwym dlatego, że obszar zagadnień, gdzie owe koncepcje są słuszne, jest nader ograniczony, wobec czego przenoszenie ich do kręgu zjawisk społecznych czy ekonomicznych jest całkowicie bezzasadne. Dobitnym świadectwem słuszności tej opinii jest paradygmat optymalizacji. Wprawdzie nie ma wątpliwości, iż zarządzanie społeczeństwami ludzi, a także stosowanie wybiórczych nacisków  przyczynia się do optymalizowania pewnych aspektów zachowań społecznych, bądź takichże powiązań. Niemniej upatrując w optymalizacji klucz do  zrozumienia, jak dochodzi do przetrwania tych a nie innych populacji czy jednostek, ryzykujemy pomylenie przyczyn ze skutkami. Modele takowe nie uwzględniają bowiem ani możliwości radykalnych przeobrażeń, zmieniających tym samym definicję problemu, a więc i rodzaj poszukiwanego rozwiązania, ani też obecności bezwładnościowych więzów, które mogą ostatecznie pchnąć układ na drogę zgubnego dlań funkcjonowania. Jak doktryny w rodzaju ''niewidzialnej ręki'' Adama Smitha, czy inne definicje progresu oparte na kryteriach maksymalizacji bądź minimalizacji, dające krzepiący obraz świata jako wszechwładnej, racjonalnej maszyny liczącej i przedstawiając spójną historię, którą cechuje globalny postęp''. Tymczasem ''ażeby oddać zarówno bierność, jak możliwość nieoczekiwanych zdarzeń, czyli otwarty charakter historii, musimy uznać niepewność za jej fundamentalną cechę. [...] Albowiem ''w odróżnieniu od sytuacji w pobliżu równowagi, zachowanie dalekiego od niej układu staje się wysoce osobliwe, gdyż wówczas przestaje obowiązywać jakiekolwiek uniwersalnie słuszne prawo, z którego można by wydedukować całościowe zachowanie się danej struktury [!]. Otóż znamienne jest, że przechodząc od warunków równowagowych do dalekich od równowagi oddalamy się od tego, co powtarzalne i powszechne, zbliżamy zaś ku niepowtarzalnemu, szczególnemu. Stan bliski równowagi sprzyja ''powielaniu się'' procesów zachodzących w materii, natomiast z dala od niej pojawia się ogromne bogactwo mechanizmów odpowiadających rozmaitym możliwym rodzajom struktur dysypatywnych'' - przeto swoiste i peryferyjne nabiera podmiotowego charakteru, dodam od siebie. [...] ''Z lekka antropomorfizując można by rzec: w równowadze materia jest ''ślepa'', natomiast w warunkach dalekich od równowagi zyskuje zdolność postrzegania, uwzględniania w swym sposobie funkcjonowania różnic występujących w świecie zewnętrznym''. Niemniej choć ''modele typu ''porządkowanie przez fluktuacje'' [ zakłócenia przepływu materii i energii ] wprowadzają obraz niestabilnego świata, gdzie drobne przyczyny mogą mieć ogromne skutki, ów świat wszakże nie jest całkiem arbitralny. Przeciwnie, powody dla których następuje spotęgowanie nieznacznego zdarzenia mają w pełni prawo być przedmiotem racjonalnych dociekań. Ponadto fakt, że fluktuacje wymykają się spod kontroli nie oznacza, że nie potrafimy umiejscowić źródeł niestabilności wywołanej ich nasileniem.''

Dlatego ''częstokroć podnoszono kwestię granic złożoności. W istocie im bardziej skomplikowany układ, tym liczniejsze rodzaje fluktuacji zagrażające jego stabilności. Jakim więc cudem, zapytywano, mogą istnieć tak złożone struktury jak biocenozy czy społeczności ludzkie? Jak im się udaje uniknąć permanentnego chaosu? Stabilizujący proces komunikacji, zjawiska dyfuzyjne - mogą być częściową odpowiedzią na te pytania. W złożonych układach, gdzie gatunki i indywidua oddziałują między sobą na wiele różnych sposobów, dyfuzja i łączność pomiędzy rozmaitymi fragmentami tychże struktur najprawdopodobniej przynoszą żądany skutek. Stabilizacja poprzez komunikowanie się rywalizuje z destabilizacją przez fluktuacje. Wynik owego współzawodnictwa wyznacza próg stabilności. [...] Z fizycznego punktu widzenia wiąże się to z rozróżnieniem stanów układu: z jednej strony takich, gdzie wszelkie inicjatywy jednostkowe są skazane na to, by pozostać bez odzewu, z drugiej zaś - obszarów bifurkacji w których pewna jednostka, idea czy jakieś nowe zachowanie może zaburzyć istniejący stan całościowy. Nawet w tych rejonach spotęgowanie owego zakłócenia następuje rzecz jasna nie za sprawą jakiegokolwiek bądź osobnika, idei czy postępowania, a jedynie dzięki tym z nich, które są ''niebezpieczne'' tj. mogą wykorzystać na swój użytek nieliniowe związki zapewniające stabilność dotychczasowego reżimu. Dochodzimy zatem do wniosku, iż te same nieliniowości mogą wytwarzać porządek z chaosu procesów elementarnych, a równocześnie - w pewnych okolicznościach - być odpowiedzialne za zniszczenie tegoż ładu i zarazem utworzenie nowej spójności po przekroczeniu następnej bifurkacji. [...] Wszakże ''zależność między deterministycznym charakterem równań kinetycznych,  jakie pozwalają obliczyć zbiór możliwych stanów układu i określić ich stabilność, a przypadkowymi fluktuacjami ''wybierającymi'' między dwoma lub więcej stanami w pobliżu punktów bifurkacji jest nie do rozwikłania. Owa mieszanina  konieczności i przypadku wyznacza historię danego układu''. [...] W tym oto ujawnia się ''podstawowa różnica pojęciowa między fizyką a chemią. W fizyce klasycznej wolno nam przynajmniej wyobrażać sobie procesy odwracalne, takie jak ruch wahadła bez tarcia. Pomijanie procesów nieodwracalnych  w dynamice zawsze jest idealizacją, ale - w pewnych wypadkach przynajmniej - mającą sens. W chemii sytuacja jest zupełnie odmienna. Procesy stanowiące jej przedmiot - przekształcenia chemiczne scharakteryzowane przez szybkość reakcji - są nieodwracalne. Z tego względu chemii nie sposób zredukować do idealizacji, jaka legła u podstaw mechaniki klasycznej bądź kwantowej, gdzie przeszłość i przyszłość zdają się równoważne. [...] Przemiany odwracalne należą do zagadnień nauki klasycznej w tym sensie, że określają one sposobność do oddziaływania na układ, możliwość kontrolowania go. [...] Z tej perspektywy nieodwracalność jest ''negatywna'', objawia się w postaci ''chaotycznych'' zmian, które występują z chwilą, gdy układ wymyka się spod kontroli. [...] Owa ''negatywna'' cecha dysypacji wskazuje zatem, że powstałe dzięki niej struktury można opanować jedynie częściowo. Od czasu do czasu one ''wyrywają się na wolność'', by ulec samorzutnej przemianie. [...] Gdy porównamy urządzenia mechaniczne z silnikami cieplnymi, na przykład rozpalonymi do czerwoności kotłami parowymi w lokomotywach, dostrzegamy od razu ogrom przepaści dzielącej wiek klasyczny od XIX-wiecznej technologii. Jednakże z początku fizycy sądzili, że uda się tę przepaść zignorować opisując silniki cieplne w ten sam sposób co mechaniczne, zupełnie nie zważając na kluczowy fakt, iż paliwo zużywane przez silnik parowy znika bezpowrotnie. Wkrótce jednak stało się widoczne, że ów wygodny [ dla uczonych ] stan rzeczy jest nie do utrzymania. Dla mechaniki klasycznej symbolem przyrody był zegar; dla wieku przemysłu zaś stał się nim zbiornik energii, któremu zawsze grozi jej wyczerpanie. Świat płonie jak piec; energia choć jest zachowana, ulega także rozproszeniu. [...] Można by rzec, iż cofnęliśmy się do początków nauki nowożytnej. Obecnie, jak za czasów Newtona, stoją naprzeciw siebie dwie nauki - nauka o grawitacji opisująca bezczasową, podległą prawom naturę, oraz ''nauka ognia'' chemia. Dziś pojmujemy już, dlaczego nie mogła stać się zupełną pierwsza stworzona przez naukę synteza dokonana przez Newtona: bowiem siły oddziaływań będące przedmiotem dynamiki nie mogą stanowić wytłumaczenia złożonego i nieodwracalnego zachowania materii. Ignis mutat res. W myśl owej starożytnej maksymy struktury chemiczne to ''twory ognia'', rezultaty procesów nieodwracalnych [ gdzie czas bierze górę ]. [...] Nauka jest wciąż proroczą zapowiedzią opisu świata widzianego z punktu widzenia Boga lub demona. To nauka Newtona, nowego Mojżesza, któremu odsłonięto prawdę o świecie; to nauka objawiona jaka wydaje się obca wszelkim uwarunkowaniom historycznym, mogącym określać ją jako rezultat społecznej działalności. Owego rodzaju natchniona dysputa przewija się w całej historii fizyki. Towarzyszyła każdej koncepcyjnej innowacji i momentowi, w którym wydawało się, że nastąpi zespolenie jej idei a odrzucona została przyziemnie rozważna maska pozytywizmu. Fizycy zawsze powtarzali [...]: to właśnie słowo - powszechne przyciąganie, energia, teoria pola, cząstki elementarne - jest Słowem stworzenia. Zawsze - w czasach Laplace'a, u schyłku XIX wieku, a nawet dzisiaj - fizycy głosili, że ich dziedzina nauki jest zamkniętą księgą, bądź też wkrótce się nią stanie. Pozostawała jedna, ostatnia twierdza w której przyroda nadal stawiała opór, jakiej upadek uczyniłby ją powolną i uległą naszej wiedzy. Fizycy powtarzali tedy bezwiednie obrządek swej odwiecznej wiary, obwieszczając przyjście nowego Mojżesza, a wraz z nim mesjanistycznej epoki w nauce. [...] Wszakże jeśli faktycznie świat jest taki, że demon - istota w końcu taka jak my, posiadająca tę samą wiedzę, a tylko obdarzona ostrzejszymi niż nasze zmysłami i umiejąca lepiej rachować - może na podstawie obserwacji chwilowego stanu obliczyć przyszłość i przeszłość świata, jeśli zatem nie ma jakościowej różnicy między prostymi układami jakie potrafimy opisać, a bardziej złożonymi do których ujęcia potrzebny jest demon, to ów świat jest niczym innym, jak bezmierną tautologią. Oto wyzwanie rzucone nauce, którą odziedziczyliśmy po naszych przodkach, oto czary jakie przyszło nam dziś rozwiać.'' - stwierdza Prigogine.

Tak więc nie sposób podzielić między butne potęgi świata, jaki nie posiada w pełni raz na zawsze ustalonej postaci, rządzonego przez prawa na tyle ogólnej natury, że dające sporo miejsca na żywioł nie do opanowania! Dlatego to nie tylko kwestia wspomnianej w poprzednim tekście na stronie ograniczoności ludzkich władz poznawczych, ale i jak widać samej istoty rzeczywistości dalekiej od całkowitego jej mechanistycznego zdeterminowania. Prędzej jawi się ona wypadkową tego co stałe i zmienne, przy czym sam czas zdaje się w niej górować nad ''wieczną'' koniecznością, stąd i nasz świat nie ma do końca określonej formy, lecz w dużej mierze otwartą na to co nowe i niespodziewane. O ironio dziś odpowiadają za ów stan rzeczy głównie maszyny obliczeniowe, przekształcające olbrzymie zasoby energii w cyfrową informację, której obieg pełni rolę zasady organizującej w tak powstałej ''wirtualnej realności''. Przenikając się w coraz większym stopniu z prawdziwą do jakiej zwykliśmy, uzupełniając prędzej jej naturalne braki niż sama zastępując, czemu raczej nie podoła coby se różne Thiele czy Muski na ów temat nie roiły. Niech dalej pierdolą eugeniczne bzdety wzorem Epsteina, który swe rancho w Nowym Meksyku pragnął zamienić w ''koszerny Lebensborn'', by stworzyć tam wespół z przeważnie ruskimi blond-dziwkami nowego Golema. Typ kreował się na ''władcę świata'', ale w rzeczywistości był zeń jedynie dość lichy alfons, królujący wyłącznie na urządzanych przezeń bestialskich orgiach bezpieczniackich ośmiornic, jakich macki go w końcu zadusiły. Przeto jego afera wbrew pozorom dowodzi marności wszelkich prób globalistycznych zmów, owszem możliwych jak widać, lecz tylko w znikomej skali i to nawet jeśli znane nam powiązania Epsteina stanowią przysłowiowy czubek lodowej góry. On i skupione wokół niego kanalie mogły jedynie wyżywać się na słabszych, jak na przegrywów przystało, gdyż sami byli zwykłym gównem, któremu poszczęściło się z pieniędzmi i społeczną pozycją. Absolutnie nie bagatelizuję tym samym wyrządzonych przez niego krzywd i popełnionych zbrodni, rzecz jedynie w proporcjach, a nade wszystko bodaj czy nie bardziej kompromitujących jego ścisłych związkach z wieloma utytułowanymi naukowcami, jakim nie wadziła bynajmniej ciągnąca się za nim ''fama'' pedofila. Kolejny argument za tym, by z nieco większą rezerwą podchodzić nawet do uznanych badaczy, takich jak lewacki autorytet Noam Chomsky, któremu deklarowany gromko ''antysyjonizm'' nie przeszkadzał w utrzymywaniu serdecznych relacji z ewidentnie pracującym na rzecz Izraela [ a może i Rosji ] Epsteinem. Dość jednak o tym zjebie korespondującym min. z niemieckim uczonym o korzeniach w byłym enerdówku, który zachwalał mu faszyzm jako najskuteczniejszą metodę rządzenia o ile zaprowadzi się go w ''zrównoważony sposób'', rekomendując przy tym powtórkę nazistowskiej ''akcji T-4'', czyli mordowania ''zbędnych'' już starców i kalek. Nadzieje bowiem, jakie Epstein pokładał w rzekomej ''sztucznej inteligencji'' na szczęście nie mogły się ziścić, gdyż jak wszystko na to wskazuje oczekiwał od niej upragnionej nieśmiertelności, albo przynajmniej radykalnego przeobrażenia własnej podłej egzystencji, niczym podążający jego śladem Thiel. Za DeLandą wskazywaliśmy już, że ''umysł'' pełni tu jedynie rolę metafory dla komunikacyjnej synergii heterogenicznych elementów, scalającej ich pierwotnie chaotyczne działania w zbiorowy, racjonalnie ukierunkowany wysiłek. Ceniony przez meksykańskiego filozofa Prigogine objaśniał ów proces na przykładzie kopca termitów:

''Budowa termitiery to jedna z owych spójnych czynności, których obserwacja skłoniła niektórych badaczy do spekulowania na temat ''umysłu zbiorowego'' przejawianego przez społeczności owadów. Ciekawe jednak, okazuje się bowiem, że termitom wystarcza bardzo niewiele informacji, by uczestniczyć we wznoszeniu tak ogromnej i zawiłej budowli, jaką jest ich gniazdo. [...] pierwszy etap czynności - budowa podłoża, jest wynikiem bezładnego na pozór zachowania owadów. Podczas tego etapu termity chaotycznie przenoszą i upuszczają grudki ziemi, ale czyniąc to nasycają je hormonem, który przyciąga inne osobniki. Sytuację można by zatem przedstawić następująco: początkową ''fluktuacją'' jest przypuszczalnie nieznaczne nagromadzenie ziemnych grudek, które musi niechybnie wystąpić w tej czy innej chwili i jakimś punkcie na powierzchni danego obszaru. Wzrost zagęszczenia owadów wokół tego punktu, przyciągającego je nieco wyższym stężeniem hormonu, nasila to zjawisko. W miarę jak przybywa termitów na owym obszarze, wzrasta tam prawdopodobieństwo upuszczenia przez nie grudek ziemi, co z kolei prowadzi do dalszego wzrostu hormonu. W ten sposób formują się ''kolumny'', jakich wzajemna odległość zależy od zakresu rozprzestrzeniania się hormonów [ pełniących tu rolę komunikatora ]. [...] Jak widzimy, żaden ''supermózg'' nie kryje się za dziełem budowy gniazda termitów, gdzie oddziaływania między poszczególnymi osobnikami wytwarzają w określonych okolicznościach pewne typy zachowań zbiorowych, lecz żadne z nich - mając charakter czysto lokalny - nie wiąże się z jakimś globalnym przedsięwzięciem.'' - dla pojęcia tego potrzeba odrobiny wiedzy i nieco wysiłku by ją zdobyć, ale po co skoro można dalej pierdolić farmazony o ''cyfrowym Logosie'' czy inszym ''Antychryście'', dodam od siebie.

Podsumowując: mym skromnym zdaniem naszą epokę definiuje fenomen, jaki na własny użytek ochrzciłem mianem politycznego i militarnego ''dysypatyzmu'', bazującego na postmechanistycznej rewolcie naukowej, która dała początek technologii określanej zwodniczo ''sztucznym intelektem''. Przy czym zdaję sobie sprawę, że AI to przysłowiowe ''pojęcie-worek'' w jakie zarzucono wiele często mocno nieprzystających do siebie rozwiązań, przeto me dyletanckie rozważania na ów temat należy traktować jako pewien szkic, nie pretendujący do wyczerpania danego zagadnienia. I tak jest to stokroć pożywniejsze śmiem twierdzić, niż te wszystkie kocopoły o rzekomym nawrocie ''koncertu mocarstw'', wygadywane teraz przez dętych ekspertów od wszystkiego. Pokroju ''biedarealistów'' typu Warzechy, Otoki-Frąckiewicza czy tej starej esbeckiej kurwy z ''Pagartu'' Romana Rogowieckiego, bo ''une najmądzejse w całej wsi, a resta ino romantyki politycne!''. Zresztą co tu komentować: że Putin niczym ciota zazdrosna o innego Włodka dojebał, iż go Ukraińce jakoby chciały ubić dronem, a Trump łyknął to niczym dubajskie ''kasztany''? Sam Chujło nie kryje już swych pedofilskich ciągot, publicznie zachwalając małżeństwa dzieci aranżowane przez kaukaskich ''dżygitów''. Czegoż się dziwić, skoro jednym z naczelnych ''gierojów' wojny o ''ruski mir'' jest Suhrab Sułtanowicz Ahmedow - rosyjski generał rodem z Groznego, ale nie Czeczen a Dagestaniec, bo Lezgin po narodowości. Nawet dla kacapów to rzeźnik własnych żołnierzy, posyłając ich hurtem wprost pod ogień ukraińskiej artylerii i dronów. Zasłynął z urządzenia apelu w dzień święta państwowego Rosji, każąc czekać ruskim sołdatom na siebie godzinami blisko linii frontu pod gołym niebem, sam w końcu nie przybył, ale za to nadleciały z Ukrainy rakiety kładąc trupem masę swołoczy. Życie to ponura groteska i zawsze takim było, dziś zwyczajnie bardziej rzecz widać przez wszechobecną już medialność, jak w sudańskiej wojnie, gdzie niejaki Abu Lulu transmitował online własne zbrodnie na Tik Tokowym profilu, do takowych należy przyszłość. Mimo wszystko jestem dobrej myśli, sądzę nasza epoka wyda jednak wreszcie nowego Roosevelta, który wydrze ''sztuczny intelekt'' z łapsk ''krzemowych doliniarzy''. Nie trzeba ich zaraz nacjonalizować, wystarczy ku temu odpowiednie ustawodawstwo antymonopolowe, a jeśli Muskowi coś nie pasi niech odda miliardy, jakie zarobił dzięki państwowym zamówieniom i może wypierdalać na Marsa! Gwoli uczciwości dodać należy, że tacy jak on nie rozbestwiliby się w tym stopniu, gdyby nie indolencja amerykańskich władz, które dozwalały cyberoligarchom kolaborować z Chinami, rząd w Waszyngtonie musi więc powrócić do New Dealu we współczesnym wydaniu, jeśli chce odzyskać choć część roztrwonionego autorytetu. Remedium na wszystkie zagrożenia i bolączki związane z ekspansją nowych technologii nie stanowią neoluddystyczne histerie, o ironio w wykonaniu lewaków i rzekomych ''progresywistów'' - Marks z Engelsem sprawiliby im srogi łomot za takowy ''reakcjonizm'':). Ogromne ilości energii, które już teraz pochłaniają nie tyle bazy danych AI, co wprost gigantyczne megakomputery jakimi są w istocie, wymagają modernizacji archaicznych sieci przesyłowych i nowych źródeł mocy, a nie porzucania całego projektu jedynie przez to, iż powoduje on zwyżkę cen prądu dla zwykłego konsumenta, gdyż okazałoby się to wprost samobójczym idiotyzmem. Nie sądzę też, by zapaść monstrualnych baniek spekulacyjnych, jakie narosły wokół rzekomego ''sztucznego intelektu'', położyła kres samej technologii, jaka nie ma zbawczych ni apokaliptycznych właściwości, coby to na ów temat nie wygadywano. Pojawia się również paląca kwestia kto wyjdzie lepiej na rywalizacji między USA a Chinami w dziedzinie AI. Z jednej rosnące dzięki temu możliwości inwigilacji i kontroli zdają się sprzyjać zamordystom z Pekinu, wykorzystującym nawet ''inteligentne samochody'' do szpiegostwa. Zarazem jednak nieodłączna od ''sztucznointeligenckiej'' rewolty spora doza chaosu i nieprzewidywalności preferuje model amerykański, programowo zdecentralizowany i umowny. Kluczowy tu czas rozstrzygnie wkrótce o rezultacie owego wyścigu.  Trump miał szansę ogarnąć to wszystko zostając nowym Rooseveltem, wolał jednak wzorować się na Williamie McKinleyu - amerykańskim prezydencie, za którego rządów nierówności społeczne i wywołane tym konflikty osiągnęły takie natężenie, że aż został odjebany przez polskiego anarchistę Leona Czołgosza. Chuj mu więc na grób, temu Donaldu, ważne zaś tylko jedno: polemos jest ojcem wszechrzeczy! Dysypatyzm jako zasada różnicująca, twórcza i zarazem niszcząca, rozwijająca poprzez spór i podziały, których intensywność napędza obieg komunikacji, zapewniający spójność tak powstałych struktur ''wirtualnego świata''. Paradoksalnie jego nieobliczalność polega na maszynach liczących, przeto choć walka toczy się w nim nieustannie, sama hegemonia nie jest już możliwa, innymi słowy ilość przechodzi tu w jakość:).