- znamienne, iż mimo swego potępienia dla ''sztuki zdegenerowanej'' naziści nie zdecydowali się zniszczyć tegoż ohydztwa, uczyniły to dopiero alianckie bombardowania w 1944 r. Powojenna restauracja ze zgliszcz zabytkowego już budynku, nie objęła wszakże odtworzenia owego symbolu Jezusa-Odyna, co również daje do myślenia. Czy zaś mógłby on posłużyć także za ilustrację ''lucyferianizmu chrystusowego'', o jakim prawił nasz Miciński, temu trzeba by poświęcić osobny wątek. A teraz porównajmy to z nie tyle klipem, co paradokumentalną etiudą filmową niesłychanie popularnego w Rosji [ miliony odtworzeń na YT ] rapera Xаски [ Husky ]. Nosi ona wymowny tytuł ''Lucyfer'' i opowiada min. o epizodzie jego udziału w walkach w Donbasie, gdzie pojechał na zaproszenie swego przyjaciela Zachara Prilepina: byłego towarzysza partyjnego Dugina z organizacji nazi-bolszewickiej pod wodzą Limonowa, również jak on nastawionego wielkorusko i szowinistycznie pisarza. Raper robił tam ponoć za osobistego fotografa donbaskiego watażki o pseudonimie ''Motorola'', raszystowskiego zbrodniarza wojennego, psychopaty i skończonego zjeba, którego dość mieli nawet jego mocodawcy i stąd pozbyli się wreszcie w zorganizowanym jakoby przez ''ukrów'' zamachu bombowym. Sam blisko półgodzinny paradokument osnuty jest wokół prowokacji Husky'ego, który zainscenizował własną śmierć, ''wywieszając się'' z okna balkonu w biały dzień przy ruchliwej moskiewskiej ulicy. Permormens ów wywołał skandal, gwiazdor został na krótko zatrzymany przez policję, groziły mu wszakże mocniejsze konsekwencje za promowanie ''moralnej zgnilizny'' wśród młodzieży, musiał stąd wstawiać się zań min. Prilepin. Rzecz kończy scena przedstawiająca Xаскиego, jak kroczy niczym żywy płonący krzyż, czemu towarzyszy zza offu wyznanie iście prometejskiego lucyferianizmu, wizji człowieka-boga władnego dokonywać wszystko czego tylko zapragnie, choćby i podróżować swym ''ciałem astralnym'' po kosmosie. Oto więc rzeczony Люцифер - ponieważ niestety wyszukiwarka YT na blogspocie jest do dupy, umieszczam jedynie link zamiast całego obrazu:
- wspólnota między nimi przetrwała do dziś, bo więzi zadzierzgnięte pracą w jednym resorcie to bodaj czy nie ostatni relikt trwałości w tym zepsutym świecie:). Panowie nagrali jeszcze w tym roku dysputę o ''filozofii wojny'' na wiadomą okoliczność, Żygałkin produkuje się zresztą od dawna u Dugina np. bełkocząc ezoteryczne farmazony o ''Nowej Atlantydzie''. Wygląda stąd, że miał więcej zawodowego szczęścia jako funkcjonariusz wywiadu, niż wspomniany już Dudinski, który upijając się na smutno w domu narzekał ponoć, że nie chcą go wziąć choćby na zwykłego lejtnanta w KGB. Przynajmniej tak wyznała jedna z jego licznych żon Dżemalowi, o czym pisze otwarcie w swych memuarach. Zapewne niepoślednią rolę odegrała tu przekraczająca nawet sowieckie normy skłonność Dudinskiego do alkoholu, nie tylko wódy bo w kręgu sowieckich ''spirytystów'' z braku czego inszego nie gardzono i podłymi radzieckimi perfumami, a bywało degeneraci szprycowali się także efedryną prosto w żyłę. Sam to w wywiadzie z nim przyznaje, jak i że całymi miesiącami nie wysychał wraz z kompanami, wprawdzie wszyscy niemal chlali za komuny, ale dla radzieckich adeptów ''wiedzy tajemnej'' był to wręcz sposób na wyzwolenie się jak mniemali z otaczającego ich koszmaru. Gołowin bowiem dokonał pomysłowej reinterpretacji gnostyckiego mitu świata jako ''więzienia duszy'', ciała zaś pełniącego rolę jej ''grobu'', przystosowując go do okoliczności dziejowych swej epoki. Otóż wedle niego trzeźwa świadomość miała kotwiczyć człowieka w ponurej socnierealności wokół, dlatego należało zalać się w trupa, by zerwać z nią wszelkie więzy - doskonała formuła dla ''wódczanej gnozy''. Biorąc zaś pod uwagę monstrualne ilości wszelakich trunków i substancji psychoaktywnych przyjmowanych w tym celu, nie sądzę aby towarzyszyły temu aż takie ekscesy seksualne o jakich się plotkuje. Raczej stawiałbym, że jak u nas za PRL kończyło się zazwyczaj na pokątnym ruchaniu po pijaku, aczkolwiek baby faktycznie lgnęły do Gołowina - Dżemalowi podebrał dwie co najmniej, jak on sam we wspomnieniach z bólem wyznaje. O ironio najpierw żonę a później kochankę, które nieopatrznie z nim zapoznał, wystarczy więc spojrzeć na jego żulerskiego ryja [ patrz wyżej ], by raz na zawsze wyzbyć się wszelkich kompleksów w tej materii, budowanych przez współczesne socmedia u mężczyzn. Acz nie był to zwykły pijaczek i przegryw życiowy, bowiem nabyta wiedza jak i talent literacki pozwalały mu pisać teksty przebojów wielu znanych w Rosji kapel rockowych. Na czele z ''Kinem'', prawdziwie kultową do dziś formacją w całej niemal poradzieckiej zonie. Pozazdrościł mu tego chyba Dugin, nawiązując polityczno-artystyczną więź z Siergiejem Kuriochinem, wybitnie uzdolnionym pianistą grającym z najpopularniejszymi wykonawcami późnego ZSRR: grupami ''Akwarium'' i pomienionym już ''Kinem''. W swej solowej twórczości dokonał on udatnej interpretacji formuły amerykańskiej postawangardy muzycznej a la Charles Ives, Cage, Zappa czy John Zorn, polegającej min. na zderzaniu sprzecznych całkiem konwencji i stylów, tworząc z nich zupełnie nową jakość. Wszystkiemu zaś nadał swe oryginalne piętno, nasycając słowiańską melancholią i przewrotnym humorem. Podczas jego koncertów, gdzie dyrygował orkiestrowym niemalże zestawem muzyków pod nazwą ''Pop-Mechanika'', rozpętywało się iście orgiastyczne pandemonium wizualno-dźwiękowe. Wykonawcy rockowi z wokalistą ''Kina'' Wiktorem Cojem włącznie, grali z jazzowymi muzykami jak saksofonista Siergiej Letow [ brat Jegora, lidera ''Grażdanskiej Oborony'', kolejnej ''kultowej'' w Rosji kapeli ]. Na scenie zaś trwał nieustający performens pełen dziwacznych ekscesów np. śpiewaczka operowa wykonywała arię z towarzyszeniem... stada gęsi drepczących u jej stóp. Nic dziwnego więc, że występy formacji Kuriochina kończyły się często skandalem i gwizdami zdezorientowanej publiki, lub nie dochodziły do skutku blokowane przez radzieckie jeszcze wtedy władze. Szczytowym jak dla mnie jego dokonaniem jest ''wróble oratorium'' [ ironia zawarta już w tytule ], gdzie zestawił hałaśliwą energię punk-rocka i wściekłą atonalność free-jazzu, z operetkowo melodyjnymi wokalizami naśladującymi wyimaginowany przezeń ''język ptaków'', w oprawie klasycznej orkiestracji symfonicznej. O dziwo tym razem wyszukiwarka YT blogspota zadziałała prawidłowo, stąd umieszczam zapis promującego owo dzieło koncertu z 1993 r. w Petersburgu. Znamienne, iż planowany w ramach trasy występ w Moskwie, nie odbył się ze względu na trwające wówczas tam krwawe walki, znamionujące koniec pewnej epoki. Kuriochinowi udało się genialnie odtworzyć na scenie twórczy chaos swych czasów, nie tak odległych przecież, wcielając się w rolę ''lewitującego'' nad fortepianem pianisty, zaś umundurowanym rosyjskim żołnierzom każąc tańczyć na scenie parami, niczym w trakcie orgii radzieckiej gejozy. Spokojnie można pominąć pierwsze 6 minut z hakiem dokumentu, przedstawiające próby muzyczne do spektaklu, bo później dopiero zaczyna się prawdziwa jazda:
- dla własnej satysfakcji wrzucę tu jeszcze z oryginalnego albumu śliczny 12-minutowy fragment pod nazwą ''Lato'', szaloną muzyczną humoreskę w sam raz na jego pożegnanie. I ten oto utalentowany, inteligentny i wrażliwy artysta, jakim niewątpliwie był Kuriochin, ostał się w końcu nazibolszewikiem wiążąc wraz z Duginem i Jegorem Letowem z formacją Limonowa... Dawni przyjaciele pomni jego dysydenckiej działalności jeszcze z lat 80-ych, próbowali bronić go typową dlań skłonnością do przekory, chodzenia pod prąd obowiązującym trendom [ wcześniej komunistycznym, teraz demoliberalnym ], a nawet tłumaczyć dokonany przezeń wybór polityczny jako rodzaj performensu czy wygłupu, do których miał skłonność. Zasłynął choćby udaną prowokacją medialną, przedstawiając w programie telewizyjnym Lenina jako... jeden wielki grzyb psylobicytowy, którym ''wódz rewolucji'' stał się rzekomo wskutek intensywnego zażywania takowych, ''zainspirowany'' przez nie do dokonania bolszewickiego przewrotu. Po latach wszakże Kuriochin w jednym z wywiadów tłumaczył, że mówił wtedy o tyle serio, iż chciał wskazać na ''magiczny'' aspekt wszelkiego rewolucjonizmu, nie tylko zresztą komunistycznego, ale i faszystowskiego również. Bredził w nim jakoby Hitler zdradził ''czysty nazizm'', uosabiany wedle niego przez takich jak niemiecki ''narodowy bolszewik'' Ernst Niekisch, a sam faszyzm był dlań nade wszystko ''ruchem romantycznym'' i takąż reakcją na kapitalizm. Mówił wprost, iż poznany z bliska Zachód osobiście go rozczarował, czyniąc ''rosyjskim patriotą'' i zwolennikiem utrzymania sowieckiego imperium. Protestującym żywo przeciwko obalaniu pomników Lenina, ''wielkiej postaci'' dlań jako gorącego entuzjasty idei ''sprawiedliwości społecznej'', leżącej rzekomo u podwalin socjalizmu [ bzdura! ]. Deklarował się jako przeciwnik amerykańskiego pragmatyzmu, zabijającego w jego opinii ''romantycznego ducha'' i ''metafizyczność'' rosyjskiej kultury, tym samym powielając znany nam do urzygu inteligencki bełkot, jakoby przysłowiowy Tołstojewski miał usprawiedliwiać barbarzyństwo kacapów. Najważniejsze jednak w omawianym kontekście, że Kuriochin otwarcie przyznawał się do okultystycznego ''powinowactwa duchowego'' z Duginem i Limonowem, nie dziwi stąd ich wspólny występ na koncercie ku czci Aleistera Crowleya, brytyjskiego gnostyka i szpiega zarazem. Rzecz można określić jako satanistyczne misterium w konwencji ''opery buffo'', gdzie orgiastyczne ekscesy na scenie i masońska symbolika towarzyszyły obleśnej parodii ukrzyżowania Chrystusa. Ciekawie prezentują się crowleyańskie ''magiczne zaklęcia'' rzucane przez Dugina podczas owego spektaklu, gdy dziś pozuje on na ideowego wroga Zachodu, jaki posądza wprost o ''lucyferyzm''. Powinien dokonać więc publicznej ekspiacji za sławienie wtedy pedała, który praktykował rytualną kopulację wierząc zdaje się serio, że gdy zapina w tyłek swego kochanka nawiedzają go greccy bogowie, albo wcielają się weń demony. Zabawne, iż Dugin piał wówczas peany na cześć nie tylko odrażającej postaci uosabiającej faktyczną zgniliznę moralną Okcydentu, ale i przy tym agenta tajnych służb ''perfidnego Albionu''. Bowiem ponad wszelką wątpliwość biografowie Crowleya ustalili, że ''bestia 666'' [ kryptonim, jaki sam sobie nadał ] w czasie I wojny światowej prowadził działalność szpiegowską na terenie USA. ''Legendował'' się tam, jak na zawodowego prowokatora przystało, jako irlandzki terrorysta ziejący nienawiścią do brytyjskich okupantów, a to by infiltrować liczne wtedy za oceanem środowiska germanofilskie. W rzeczywistości zaś intensywnie lobbował za przystąpieniem Ameryki do wojny, po stronie Anglii ma się rozumieć. Z kolei w Niemczech tuż przed przejęciem władzy przez Hitlera, Crowley poza odwiedzaniem licznych wówczas w Berlinie pedalskich klubów, zajmował się szpiegowaniem po równi miejscowych komuchów co i nazioli. W tym świetle jako porozumiewawcze mrugnięcie okiem ze strony rosyjskich specsłużb, które ewidentnie sprokurowały zamach na córkę Dugina, jawi się posądzenie o jego sprawstwo Brytyjczyków. Sama ofiara także wygląda symbolicznie na ostatnich bodaj zdjęciach wykonanych przed śmiercią, ubrana w t-shirt z okultystycznym symbolem ''magii seksualnej'' Crowleya, ''gwiazdą chaosu'' zaadaptowaną przez jej ojca na godło rosyjskiego ''eurazjanizmu''...
- wśród wykładowców leśnej szkółki ''jewrazijstwa'', obok rzecz jasna bywszego ''spaślaka'', można uświadczyć znanego nam już Żygałkina, a biorąc jego jak wszystko na to wskazuje bezpieczniacką przeszłość, zapewne także miał świadomość co i jak. Delektując się widokiem przyszłego trupa Duginej, bowiem nic tak bodaj nie podnieca wampirycznych starców, jak krew młodej ofiary i to kobiecej w dodatku. Odgrywała zresztą takową już jako gówniara, nieświadomie antycypując swój los w ''apokaliptycznym'' spektaklu, wystawionym w trakcie podobnego obozu zorganizowanego przez jej ojca dobrą ponad dekadę temu. Rosyjski dziennikarz Andriej Łoszak, który był świadkiem owych groteskowych bachanalii wspomina, że córka Dugina dokonywała tam symbolicznego samospalenia w ramach okultystycznego misterium, poświęcając swe życie dla ocalenia ''świętej Rusi''... Opętany tatuś zaraził ją też swoją fascynacją brytyjską sceną industrialną, przesiąkniętej crowleyowską ''thelemą'', nazistowskim satanizmem i zboczeniami twórczości takich zespołów jak Current 93 czy Death in June, na których występie w Moskwie ponoć radośnie ''hajlowała''. Oto zaś inna słynna fanka podobnej muzy i a jakże wyznawczyni ''magii seksualnej'', tu w objęciach lidera pierwszej z wymienionych formacji:
Żywiona przez Dugina fascynacja tym syfem stanie się jasna, gdy zapoznamy się z przesłaniem zespołu - cytuję za artykułem z ''Czasu Kultury'':
- młodej parze ''homoniewiadomo'' życzymy wszystkiego dobrego i oby jak najwięcej takowych w ojczyźnie ''rasowych Nordyków''. Głodnych większej porcji informacji o rzeczonym miejscu odsyłam do wywiadu z żydowską artystką ewidentnie zafascynowaną tym projektem, tudzież serii dobrych zdjęć wnętrza budynku, wreszcie artykułu po niemiecku, skąd zaczerpnąłem niniejsze foty. Dugin świetnie by się tam odnalazł, skoro sadził ''hiperborejskie'' farmazony ku pamięci swego mistrza Gołowina, zwanego ''ostatnim rosyjskim neoplatonikiem''. Dzierżąc w ręku pochodnię snuł fantazje, jak to podobne ''menhiry'' co stojący zamiast krzyża na grobie ''admirała'', białe ludy fundowały swym ''wielkim przywódcom''. Przebił go jednak w chucpie Dżemal, który po krótkiej inwokacji ku czci zmarłego ''wodza'' oddał mu cześć ''słonecznym pozdrowieniem'' faszystów. Zresztą wspominając swą wizytę w Niemczech tuż przed rozpadem ZSRR otwarcie przyznaje, iż odwiedzał zarówno tamtejszych neonazistów, co i skrajnie prawicowych Turków, wszędzie witany jak swój. Bowiem wedle własnych słów miał być jakoby ''inicjowany'' do bałtyckiego Zakonu Srebrnego Krzyża i Róży, wywodzącego ponoć swój ród od Teutonów, którzy przeżyli klęskę pod Grunwaldem:). Najlepsze jednak, iż jak twierdzi z owego ''sekretnego zakonu'' d. Krzyżaków miała wywodzić się... SS, jej żołnierze zaś jacy dostali się do sowieckiej niewoli ''wtajemniczyli'' z kolei wielu Rosjan siedząc jeszcze w Gułagach. Mało tego, wedle Dżemala ci różokrzyżowcy prowadzą globalną krucjatę, czy też jak pewnie by wolałby ''konserwatywny dżihad'' przeciwko iluminatom, jako lewakom i demoliberałom... Tym samym objaśniony nam został sens ''pogańskiego imperializmu'' Evoli, tłumaczonego przez Dugina jeszcze za ZSRR, którego przejawem dziś jest skryty sojusz Rosji i Niemiec wymierzony w hegemonię Anglosasów, natomiast odsłoną wojna na Ukrainie. Mówiąc zaś serio, nie chce mi się nawet komentować tych bredni, dających jednak dobre pojęcie co też siedzi w głowach podobnych osobników, jak Gejdar Dżemal i jego koledzy z ''czornego orderu''. Pora stąd wreszcie zająć się typem, pokrótce choćby tłumacząc jakimże to ''cudem'' ów ''radziecki islamista'' odnalazł się w gronie rosyjskich ezoteryków zapatrzonych w mroczną stronę Zachodu, jego ''ciemne jądro'' i ''czarne Słońce'' wyzierające na równi spod hiperracjonalistycznego ''Oświecenia'', co i łacińskiego chrześcijaństwa. Przecież z pozoru całkiem do nich nie pasował swą ''orientalną'' religią, jak i działalnością polityczną wymierzoną zdawałoby się w interesy ZSRR a później Rosji, poprzez usprawiedliwianie dżihadystów. Stanie się to jasne dopiero w kontekście omawianego tu okultyzmu, bowiem tego wnuka azerskiego czekisty o przydomku ''Napowałow'' [ od zabijania jednym strzałem ''na miejscu'' ], do muzułmańskich korzeni przywiodła lektura pism Guénona i dokonana przezeń konwersja na heterodoksyjny islam. Postępował więc tym samym jedynie śladem swego zachodnioeuropejskiego mistrza, co więcej - w swych wspomnieniach przytacza jako formatywne dlań autorytety intelektualne Goethego, rzecz jasna Evolę oraz Gustava Meyrinka [ autora słynnego ''Golema'' ], nie zaś kogokolwiek z mahometan. Zabawne czytać buńczuczne deklaracje Dżemala, że udało mu się odrzucić swych okcydentalnych mistrzów, jak i rzekomo ''przekroczyć postmodernę'' czytając ezopowy język jego ''filozoficznych'' dzieł, jako żywo naśladujących dekonstrukcjonistyczny bełkot Derridy, Foucaulta czy Deleuze'a z ich fiksacją na punkcie ''innego''. Podobnie co i obserwując bezczelną arogancję z jaką przypisuje sobie ''oryginalność myśli'', choć w istocie ubiera jedynie neoplatońskie intuicje w szatę ''fundamentalistycznego'' z pozoru islamu, jak Dugin czyni to z kolei wobec prawosławia. Plotyn bowiem dokonał radykalnego przewartościowania klasycznej ontologii greckiej, zapoczątkowanej przez Platona a której dojrzałą postać nadał Arystoteles, głoszącej prymarność bytu i mniejsza już materialnego, czy też pojmowanych jedynie umysłem idei. Tymczasem rzekomy kontynuator platońskiej filozofii, w istocie zaś oryginalny myśliciel twierdził, iż wszelkie istnienie poprzedza absolutne Jedno emanujące z siebie nieustannie rzeczywistość, co doprowadziło go do sformułowania paradoksalnej tezy, że stanowi ono... nicość. Tak więc bycie Boga polega właśnie na jego nieobecności, stąd zarówno wiara weń co i ateizm nie mają w tej optyce żadnego sensu, wynikając jednako z błędnego postrzegania [nie]realności. Świat bowiem dla neoplatonika to li tylko gra opinii i pustych znaczeń, skoro u jego podstaw nie kryje się żaden twardy fundament ''obiektywnej prawdy'', wszystko zaś podszyte jest otchłanią. Dlatego Dżemal odczuwa świadomość jako żywą obecność śmierci w człowieku, jego ''ciemny Logos'' podobnie jak u Dugina, zaś Bóg w którego można wierzyć i nieskończoność do pomyślenia nie są dlań prawdziwe. Tym bowiem może być jedynie mityczna ''Północ'' w tytule jego bodaj głównego dzieła, jako absolutnie Inne rzeczywistości, rewolucjonizujące ją przeto wywracając na nice. Radykalizm ów przywiódł go do wychwalania talibów, w przedmowie do nowego wydania już po rozpadzie Sojuza wspomnianej ''Orientacji-Siewier'', pierwotnie wydrukowanej jeszcze za ZSRR w ''schizoidalnym podziemiu'' skupionym wokół Gołowina. Podyktować miał ją znanemu nam już Igorowi Dudinskiemu, choć ten obraził się później na Dżemala za zlekceważenie wkładu, jaki wniósł w swej opinii do powstania rzeczonej rozprawki. Obraną przez autorów zasadą konstrukcyjną jest pitagorejska numerologia, ''Kierunek-Północ'' rozpisany bowiem został na ''magiczną'' liczbę 10 rozdziałów każdy po 72 krótkie i powiązane wzajem tezy etc., łącząc hermetyczny język zachodnioeuropejskiej alchemii z aforystycznym stylem ''czerwonej książeczki'' Mao.















