Traktowana dosłownie wojna z Iranem to jeno krwawa chucpa. Wszakże owa syjonistyczna chujnia z aryjskim prinzem na białym koniu powracającym do kraju, tudzież Wielkim Zesraelem kryje fenomen zaiste epokowy. Bowiem Stanom Zjednoczonym niepotrzebna już w tym stopniu co dotąd hegemonia na ziemi, gdyż właśnie zabierają się do zawojowania samego nieba! Zakres ich możliwości pod tym względem wzrósł w ostatnich latach wprost skokowo, a to głównie dzięki SpaceX. Bodaj jedynym sensownym przedsięwzięciu Muska, gdyż agendy rządowe NASA i zwłaszcza Pentagon trzymają go tu mocno za jaja, nie dozwalając stosować ulubionej przezeń januszerki biznesowej, sprowadzaniem taniej siły roboczej z Indii i Chin. Oczywiście ze względów bezpieczeństwa, by jakie ciapactwo a szczególnie kosoocy nie wykradli USA strategicznych technologii, zapewniających planetarny już prymat. Tak więc można sobie darować rozwolnościowe gadki o rzutkim ''pszedsiembiorcy'' Elonie, co to regulacjom rządowym się nie kłaniał i tym sposobem odnieść miał sukces. Zresztą on sam nie krył się wcale, że podobnie jak Thiel jest kreaturą funduszu inwestycyjnego CIA ''In-Q-Tel'', przeto jednemu z synów nadał imię Griffin na cześć byłego szefa owej ''specinstytucji finansowej'' o takimże nazwisku. Bo też i bez żadnej przesady typa można zwać weteranem amerykańskiej supremacji wojskowej w kosmosie, nad czym pracował uparcie jeszcze za rządów Reagana w jego administracji. W ogóle strategie zaprowadzenia takowej sięgają co najmniej lat 60-ych zeszłego stulecia, wszakże jako się rzekło w ciągu ostatniej dekady możliwości USA pod tym względem przybrały skalę nieznaną czasom ''zimnej wojny'', czy neoliberalnego ''world order'' przełomu wieków. Dopiero co przekonali się o tym boleśnie Rosjanie, którym pozbawienie dostępu do sieci ''Starlink'' ostro namieszało, obniżając mocno i bez tego niezbyt imponujące zdolności bojowe. Skądinąd tak wielka zależność kacapskiej armii od amerykańskiego zwiadu satelitarnego, bo jedynie skończony tuman może widzieć w tym jedynie ''prywatną inicjatywę'' Muska, powinna dać do myślenia wszystkim ślepym stronnikom Rosji co i USA nad Wisłą. Zarazem ledwie parę lat temu Jankesy podobnym targiem wstrzymały też atak Ukrainy na okupowany Krym, a jeśli ktoś głupio sądzi, iż stawaniem przed nimi na łapkach Polska wyprosi inne traktowanie, winien zanurzyć tępy łeb w kuble zimnej wody i to natychmiast! Nie powinniśmy robić sobie najmniejszych złudzeń co do owej ''astropolitycznej'' hegemonii Stanów Zjednoczonych nowego zupełnie rodzaju, jakiej reguł przyjdzie nam dopiero się wyuczyć. W roli jej obcesowego nauczyciela występuje zaś oczywiście Trump, którego niemal cała prezydentura jest poświęcona dziełu wyniesienia amerykańskiej potęgi na wyższy poziom, dosłownie by panować nad lądem i morzem świata już z nieba, wprost samej orbity. Bodaj głównym osiągnięciem jego pierwszej kadencji, złośliwcy rzekliby jedynym, było ustanowienie dowództwa wojsk kosmicznych USA, jako odrębnego rodzaju sił zbrojnych. Zarazem nie przypadkiem też ich pierwszą zagraniczną misją stała się ochrona amerykańskich żołnierzy w rejonie Zatoki Perskiej przed irańskim odwetem po likwidacji gen. Solejmaniego. One również są jednym z beneficjentów bezprecedensowego, półtorabilionowego [!] budżetu wojennego USA, gdyż tak otwarcie należałoby go zwać, notując skokowy wzrost przewidzianych nakładów finansowych o blisko 80%. Wskazuje on strategiczne priorytety Amerykanów, faworyzując wyraźnie siły powietrzne, rakietowe i wręcz kosmiczne jak widać, kosztem morskich o lądowych wojskach nie wspominając, za wyjątkiem jedynie marines.
Przeto Ameryka wcale nie ''upada'' a na odwrót: odrywa się od ziemi, by panować nad nią już z nieba. Dlatego jej władztwo nosi obecnie tak ''odleciany'' charakter, stąd też konieczna do tego militaryzacja oznacza teraz obłędny chaos, nie zaś pruski dryl z jakim zwykle ją kojarzono, gdyż współczesna wojna przybiera zgoła odmienną postać. Tłumaczy to czemu zawojowaniu przez Amerykę ziemi z kosmosu przewodzą ''schizokapitaliści'' Musk, Thiel czy Alex Karp - jak nie ćpun to pedał albo pojeb! Bowiem ów podniebny ład Stanów Zjednoczonych niesie wprost dewastujące skutki w sferze przyziemnej, naruszając rządy państw nad własnym terytorium, gdyż na orbicie nie ma żadnych granic, nawet tak umownych co w przypadku przestrzeni powietrznej danego kraju. ''Satelitarna'' hegemonia oznacza stąd panowanie nad całą Ziemią, powinno się więc mówić już nie tyle o ''globalizmie'' co wręcz ''planetaryzmie'', jako władztwie zupełnie nowego typu. Odpada w tym wypadku również ulubione dla ''gejopolityków'' bredzenie o rzekomej ''multipolarności'', bo o jakie to ''bieguny'' u cholery rzecz idzie na orbicie, która wprawdzie może być na nie zorientowana, ale sama przecież ich nie posiada. Nade wszystko zaś ów satelitarny panoptykon niweczy imperialny zabór terytoriów wraz z ludźmi, czyniąc go z pożądanego zasobu raczej obciążeniem, bo wymagającym nadto już zachodu dla swej obrony. Przeto najznaczniejsze potęgi odstępują od tego, coby tam nie bredził Trump, ostawiając rzecz np. islamistom z zachodniej Afryki, jak i działającej tam Rosji, gdzie kacapia bestialstwem przewyższyła nawet murzyńskich rezunów. Wszakże choć owa dominacja amerykańska jest wyraźna to jednak współdzielona z Chinami, acz bynajmniej na dość wyrównaną skalę, jak to miało miejsce w czasach ''zimnej wojny'' między USA a ZSRR. Tym razem Jankesy dysponują sporą przewagą nad Pekinem, odpowiadając za ponad 60% wszystkich obecnie lotów w kosmos, gdy tamten ledwie dosięga połowy z tej liczby. Zapewniła im ją technologia zwrotnych rakiet, potaniając zarazem niesłychane dotąd koszty eksploracji przestrzeni wokółziemskiej i nawet podksiężycowej. Amerykanie wyłącznie mają już dwie firmy posiadające takowe zdolności, rzecz idzie o wspomniany SpaceX i ''Blue Origin'' Bezosa. Umożliwiło to swoistą ''prywatyzację'' lotów w kosmos, jednakże płonne są nadzieje rozwolnościowców na ustanowienie tym sposobem ''orbitalnego akapu''. Owszem, biznes jako z zasady mniej skrępowany biurokratycznymi regulacjami może szybciej rozwijać nowe technologie niezbędne dla zawojowania nieba. Wszakże przez to właśnie nie da się oddzielić kwestii gospodarczych od bezpieczeństwa, wymagających nakładów o skali na jaką mogą pozwolić sobie jedynie państwa i to najznaczniejsze. Dobitnie wykazała to geneza satelitarnego zwiadu, jaką stał się tajny program o kryptonimie ''Corona'' pod nadzorem CIA na przełomie lat 50/60-ych zeszłego stulecia. Można rzec, iż w jego ramach amerykański wywiad stworzył formułę partnerstwa publiczno-prywatnego czerpiąc od biznesu zasadę ''jak najmniej biurokracji'', by możliwie niewielki krąg decydentów wiedział o sprawie, kryjąc inicjatywę przed radzieckim szpiegostwem. Zarazem jednak ów program odniósł sukces dzięki państwowemu marnotrawstwu - owszem, gdyż zanim udało się w końcu opracować sposoby wynoszenia satelitów na orbitę i ściągania zebranych przez nie danych, zmitrężono przy tym całą masę niesłychanie drogich prototypów. Żaden prywatny inwestor, choćby i najzamożniejszy, nie mógłby sobie na to pozwolić kierując się li tylko rachunkiem ekonomicznym, zwyczajnie kolosalne wręcz koszty by go zajebały. Na szczęście PAŃSTWO TO NIE FIRMA i nie musi się aż tak przejmować duperelami, jak szybki zysk czy spłata kredytów - szczególnie gdy dysponuje bronią jądrową... Wprawdzie na finansowe korzyści czerpane z orbity przyszło Amerykanom poczekać jeszcze z kilka dekad, za to sowicie opłaciły im się natychmiast politycznie. Zapewniając o przewadze, jaką mieli w owym okresie nad Sowietami co do rakiet z głowicami nuklearnymi, dzięki czemu nie ulegli zbrojnemu szantażowi ZSRR podczas ''kryzysu kubańskiego'', przeto Chruszczow musiał wtedy haniebnie dlań podać tyły.
Z tych oto powodów firmy prywatne, lecz pośrednio kontrolowane przez państwa, odgrywają wiodącą rolę w opanowaniu przestrzeni wokółziemskiej dla USA, a bodaj jeszcze większym stopniu Chin. Tylko owe dwa mocarstwa dysponują póty co swymi wojskami kosmicznymi, jako oficjalnie już ustanowionym odrębnie rodzajem sił zbrojnych, traktując najwidoczniej rzecz bardzo serio. Razem odpowiadają za ponad 90% obecnych lotów na orbitę czy nawet dalej, wprost do Księżyca, tak więc mamy do czynienia z nowym duopolem, acz zupełnie innym niż ''zimnowojenny'' z podanych wyżej powodów. Wiele też świadczy, iż Amerykanie dążą raczej do zbudowania ładu w którym rywalizacja ze strony Chin prędzej napędza ich własny rozwój, niż go całkiem niweluje. Przecież nie zagrażają im w tym stopniu co onegdaj Sowieci, a zarazem nie sposób ich też lekceważyć, tym bardziej że dystans choć częściowo nadrabiają ofensywną, znacznie agresywniejszą od amerykańskiej doktryną militaryzacji niskich orbit wokół Ziemi. Żadną miarą jednak nie mogę dać wiary obłędnemu ''Chinamaxxingowi'', obsadzającemu naiwnie Pekin w roli nowego dawcy bezpieczeństwa dla świata w miejsce Waszyngtonu. Głupotą byłoby sądzić, że chińscy ''towrzysze'' w ogóle mają takowe zamiary, tym bardziej zaś niezbędne ku temu moce, zdolni co najwyżej do podsrywania Jankesom, przyznajmy całkiem udanie, ale tamci by tak rzec już sobie to wliczyli w koszta. Tak czy owak USA wespół z Chinami, acz z wyraźną przewagą u pierwszych, dominują obecnie na niebie nad innymi państwami naszego globu. Trzecia w kolejce Rosja mocno odstaje, jadąc właściwie na resztkach dawnej świetności, głównie zmodernizowanych programach jeszcze z radzieckiego okresu. Całkiem możliwe też zdetronizują ją z czasem choćby Indie, które mogą poszczycić się dość znacznymi osiągnięciami w eksploracji kosmosu np. posłaniem bezzałogowej misji na Księżyc. Nade wszystko zaś w omawianym kontekście militaryzacji orbit liczy się, iż należą one do elitarnego kręgu państw władnych niszczyć wraże satelity z powierzchni Ziemi. Znaczące aktywa w kosmosie posiada też Japonia, Korea Południowa [ czyli jedyna prawdziwa ], niestety również Zesrael, a z zachodnioeuropejskich państw jedynie Francja. Bowiem niezależnie od salonowej chujni kojarzonej z owym krajem, imponującej wielce zakompleksionym spierdolinom z ''gejzety koszernej'', najwidoczniej działa tam jakowyś ''deep state'' dbający o własny rozwój. Rzecz jasna nie będzie z tego nawrotu francuskiej potęgi epoki Napoleona czy ''króla Słońce'', niemniej jeśli ''Stary Kontynent'' ma coś jeszcze znaczyć pod tym względem bez zasobów w gestii Paryża nic tu nie zdziała. Acz Niemcy wszczęły dopiero co własny program kosmiczny na serio, przeto i polski jawi się wprost koniecznością, chyba że ktoś jest tak głupi jak Czaskosky i serio wierzy, iż ''po co nam własny kosmodrom, skoro będziemy go mieć z łaski Berlina?''. Skończony tuman jedynie widzi w tym przejaw rzekomej ''megalomanii narodowej'', bo gdzie mowa o zostaniu jakowymś ''gwiezdnym imperium'', wystarczy jeśli osiągniemy tu możliwości Skandynawów, a to rzecz jak najbardziej do zrobienia. Oczywiście jak to u nas mnóstwo przy tym kłapania dziobem i przewalania kasy tak publicznej co prywatnej, zaś efekt często bywa średni oględnie zowiąc. Niemniej bez skromnych choćby zasobów orbitalnych by tak rzec Polska w ogóle nie będzie się liczyć w nowym układzie światowym, wykuwającym się właśnie na naszych oczach w ogniu walk i zaciekłej rywalizacji technologicznej państw.
W każdym razie jedynie rozpatrywana z kosmicznej już perspektywy wojna z Iranem może być nie tyle usprawiedliwiona, co przynajmniej znaleźć swe racjonalne uzasadnienie. Niezależnie od popełnionych przy tym masowych zbrodni, bo żaden ze mnie ślepy entuzjasta ''AmeriKKKa Fuck Yeah!'', aby podniecać się masakrami niczym stara ciota Lindsey Graham. Wszakże nie zamierzam też prawić kazań ni morałów, gdyż mym celem jest wyłącznie możliwie rzeczowy ogląd spraw. Widzę stąd w obecnej wojnie z Iranem gigantyczną operację amerykańskich wojsk na skalę wprost planetarną, głównie sił powietrznych i właśnie orbitalnych ze służebną wobec nich rolą zbrojnej marynarki oraz armii lądowej. Przy tym zaś chrzest bojowy po raz pierwszy bodaj w tym stopniu użytych nowych technologii jak AI, przerabiającej masy danych nadsyłanych z satelitów i bezpośrednio pola walki. Dzięki nim Amerykanie niesłychanie zwiększyli liczbę swych ataków, zarazem minimalizując znacząco poniesione straty, dowodnie okazując reszcie świata, że wprawdzie można oprzeć się ich tak ustanowionej hegemonii, ale za cenę zostania cholernym jaskiniowcem! Dosłownie, gdyż Iran by przetrwać musiał zstąpić do podziemi, chowając tam strategiczne zasoby, nade wszystko produkcję zbrojeniową. Na powierzchni zaś dla zwalczania dywersji zaprowadzając ''cyfrowe zaciemnienie'', ponoć dzięki technologiom Huawei, co w obecnych warunkach równa się cywilizacyjnemu regresowi do rzeczywiście ''wieków kamiennych'' [ Trump więc tu - o dziwo - akurat nie oszukał ]. Zarazem ponieważ jako się rzekło owa dominacja Amerykanów na orbicie nie jest całkowita, Iran władny był zadać im bolesne ciosy dzięki wsparciu zwiadu satelitarnego Chin. Problem trudno zbagatelizować, przyznał to poniekąd dowódca sił kosmicznych USA wskazując dość gorzko, iż ''nie ma już sanktuariów'' tj. w pełni bezpiecznych dla wojsk Stanów Zjednoczonych baz, skąd mogłyby one atakować bez obawy przed odwetem wroga, jak to miało dotąd miejsce. Zresztą podobnie rzecz tyczy i orbitalnej militaryzacji, co bez ogródek wykłada niedawny raport Heritage Foundation, jednego z głównych zapleczy konceptualnych i organizacyjnych drugiej prezydentury Trumpa. Oceniając jako wysoce niezadowalający stan przygotowania wojsk kosmicznych USA do wyzwań, jakie narzuca możliwość bezpośredniej konfrontacji zbrojnej już w przestrzeni wokółziemskiej, a nawet wręcz sublunarnej, bo i o tym z czasem mowa. Tak więc rzecz jest wciąż w powijakach jak widać, niemniej bezsporny fakt stanowi, iż posiadanie militarnej przewagi na orbicie nie służy jedynie za wsparcie dla operacji wojsk na lądzie i morzu, lecz w tym obecnie leży ich punkt ciężkości przesądzający o zwycięstwie lub przegranej. Logiczną kontynuacją stąd tegoż procesu, i rozwinięciem na pełną skalę jawi się wszczęta przez Trumpa wojna z Iranem, zaś towarzysząca jej syjonistyczna chujnia jeno dezinformacyjną oprawą kryjącą zręby podniebnej, wręcz kosmicznej już potęgi USA. Bowiem rozpatrywana z przyziemnej tylko perspektywy wygląda na czysty debilizm ze strony Amerykanów, faktycznie iście ''epickie'' odstrzelenie sobie przez nich chuja wraz z jajcami w interesie Zesraela. Jedyne co realnie zwojowali to zradykalizowanie i bez tego sfanatyzowanego reżimu, przejście władzy w Iranie już w pełni na rzecz resortów siłowych, nade wszystko ''strażników rewolucji'', czyli pasdarów. Wobec których to cywilne przywództwo kraju w osobie prezydenta czy szefa dyplomacji robi jeno za ''ludzką twarz'' despotyzmu, fenomen znany nam z czasów komuny. Zabrakło bowiem starego Chujmeneji przed jakim to irańscy pretorianie czuli choć pewien respekt, natomiast jego następca ''kartonowy gejatollah'' nie wiadomo nawet czy w ogóle żyje, a jeśli pewnie jako ludzkie warzywo, co jak wiadomo bardzo ułatwia sprawę regentom. O ''blokadzie blokady'' strategicznej cieśniny Ormuz i związanym z tym chaosie w ogóle szkoda gadać, rozgrzebana ''niedowojna'' z Iranem niesie iście dewastujące skutki dla światowego handlu morskiego, ustanowionego pod pieczą Amerykanów po II wojnie światowej. Tylko założenie, iż nadto kompensuje im to nowa hegemonia w niebie, acz nie bezdyskusyjnie, może tłumaczyć owo wyciąganie sobie przez nich stołka spod tyłka. Inaczej przyjdzie uznać rację jankeskich demoliberałów i lewaków, że władzę nad ich krajem przejął gang pazernych oszustów, o ile nie wprost ruskich agentów gotowych spieniężyć nawet własny upadek! Przeto jeszcze raz: na orbicie nie ma żadnych granic ni biegunów, stąd rzutowanie nań przyziemnych kategorii jest pozbawione sensu, mówiąc wprost głupie. Wszystko tu jest w ciągłym ruchu, acz zwykle po stałych trajektoriach, zaś manewr choć możliwy wymaga jednak znacznie więcej zachodu niż ów na morzu, więc i porównania z oceanem także są bezzasadne. Musi to nieść określone konsekwencje dla podniebnej domeny władania, jakie w poprzednim tekście ochrzciłem mianem polityczno-militarnego ''dysypatyzmu''. Bo też i wokółziemską egzosferę, gdzie zazwyczaj krążą satelity, zwie się strefą dyssypacji, czyli rozpraszania ze względu na warunki atmosferyczne zbliżone do próżni. Tak więc gdy następnym razem Czarzasty wyzwie Trumpa od ''siewców chaosu'' należy rzucić mu w ryj: ''owszem, ale tworzy on nowy ład, jakiego stary komuchu nigdy nie pojmiesz!'', a nie usprawiedliwiać ''antychrystowe'' wygłupy prezydenta USA.
Amerykanie wszczynając kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie de facto wypięli się też na swych sojuszników z drugiego końca Eurazji. Bo napytali tym biedy przede wszystkim Japonii i Korei Płd., więc nie dziwota, że oba te państwa nie miały ochoty firmować zbrojnej agresji USA/Izraela godzącej w ich żywotne interesy. Przecież czerpały zdecydowaną większość zasobów energetycznych właśnie z rejonów ogarniętych teraz wojną i niepewnym zawieszeniem broni, stąd w obliczu jankeskiej buty i niemal zdrady Tokio jak i Seul podjęły zakulisowe negocjacje z Iranem, by zapewnić sobie choć niewielką dostawę niezbędnych im paliw. Wszakże nie oznacza to na szczęście, iż Japonia i niekomusza Korea rzucą się teraz w objęcia Chin, wręcz przeciwnie: widząc że nie mogą w tym stopniu co dotąd liczyć na Amerykanów same postanowiły zapewnić sobie wespół bezpieczeństwo. Zacieśniając w tym celu współpracę polityczną i wojskową, przechodząc do porządku nad dzielącymi je naprawdę poważnymi zaszłościami historycznymi. Wymaga tego bowiem dziejowa chwila, co więcej: armia Tokio niedawno po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej wzięła udział w manewrach wojskowych na terytorium Filipin. Docenić wagę owego bez mała epokowego wydarzenia pozwoli tylko wiedza o bestialstwach, jakich dopuszczali się tamże podczas okupacji żołnierze ''imperium Słońca'' - porównać rzeź można jeno z Wołyniem i Powstaniem Warszawskim w jednym i to do potęgi. Nawiasem podczas owych ćwiczeń ''Balikatan 2026'' służących za test zbrojnego wsparcia dla obrony Tajwanu, gdzie Japończycy byli już trzecią siłą po filipińskiej armii, zaś Amerykanie drugą, ostatni również po raz pierwszy wypróbowali możliwość ostrzału rakietowego samych Chin z tak bliska, co rzecz jasna wywołało potężne zesrańsko u towrzyszy z politbiura w Pekinie. Do tego poza wymienionymi w tychże manewrach wzięli udział żołnierze z Australii i Nowej Zelandii, a nawet Kanady oraz Francji [ gdzieżby bez niej ]. Rozpisuję się tak o nich, gdyż mogą one służyć za wzorzec realnych, a nie tylko deklarowanych przez Trumpa obecnie wymagań USA: zamiast wpierdalać się niepotrzebnie w ich oraz Zesraela awanturę zbrojną z Arianem, lepiej odciążyć je biorąc większą niż dotąd odpowiedzialność za własną obronę, tudzież swego regionu świata obejmującego w tym wypadku kawał Pacyfiku wraz z Dalekim Wschodem. Niestety wciąż nie dotarło to do wielu polityków PiS jak Płaszczak, który co wynika z jego ostatnich deklaracji nadal żyje w neokoszerwatywnym paradygmacie, kompletnie tym nie pojmując aktualnej ''mądrości etapu'', stąd podobni mu utracili władzę w RP i już raczej jej nie odzyskają całkiem, poniekąd na własne życzenie. Dziwna to jednak ignorancja u byłego ministra obrony, jaki przecież nawiązał owocne kontrakty ze zbrojeniówką Korei Płd., tak jakby nie ogarniał, iż rzecz sięga drugiego krańca Eurazji. O czym świadczy niechby symboliczny udział wojsk Paryża we wspomnianych ćwiczeniach na Filipinach, ale tyczy to również Japonii zacieśniającej współpracę militarną z Ukrainą. Ostatnio choćby w dziedzinie dronów niszczących rosyjskie wersje ''szahedów'', czyli niesławne ''geranie'', zaś frontowy Charków stał się miejscem tejże ''egzotycznej'' jeszcze do niedawna kooperacji, rozwijającej nowe technologie prawie że bezpośrednio na polu walki. Pomysłowość ukraińskich specjalistów wydaje się tu nieomal bezgraniczna, skoro potrafili skutecznie razić stacjonujące na lotniskach rosyjskie myśliwce bojowe, tudzież radary i systemy obrony powietrznej za pomocą dronów z... tektury! [ rzecz jasna odpowiednio utwardzonej, niemniej ]. Trudno więc by owo ''pancerne origami'' nie poczęli stosować u siebie i Japończycy, podobnie jak Korea tak niekomusza, co niestety również okupująca północ kraju tyrania Kimów. Widać stąd z powyższego, że ostatecznego kształtu nabiera eurazjatycki sojusz obronny przed agresją wojenną Rosji czy Chin. Dlatego jedynie skończony tuman może utożsamiać eurazjatyzm jako taki z niezdrowymi ciągotami do Kremla i Pekinu, albo Dugina jakiemu na stare lata całkiem odpierdoliło, bo życzy już otwarcie białej rasie jej zagłady.
Władze w Kijowie za to nie tracą czasu na bawienie się w takowe infantylne pierdoły, gdy same wraz z krajem zmuszone są walczyć o życie, przeto bezwzględnie zawierają nowe sojusze nie tylko z tym, co nie wiedzieć czemu wciąż zwie się ''Zachodem'', ale i ''egzotyczne'' jakie dziś mają bodaj największy sens. Poza wymienionym z Japonią rzecz idzie o związki z Turcją, bo dzięki jej protekcji [ oraz Brytyjczyków ] Ukraińcy mogą wysyłać zbrojne i gospodarcze misje na Bliski Wschód, w rejon ''Shaamu'' czyli Wielkiej Syrii i szejkanatów Zatoki Perskiej, a nawet północnej Afryki do Libii oraz Sudanu. Rosjanie tak są tym zesrani, iż w desperacji jęli prokurować gównianą dezinformację, jakoby Iran miał pogonić ''chachłackich'' specjalistów przysłanych na pomoc Katarowi czy Saudom. Powołując się w tym na podejrzany ''włoski'' portal informacyjny, który jakoś dziwnie milczy o sprawach Italii, za to gorliwie szerzy kremlowską chujnię propagandową, niestety również w Polsce. Tak czy owak Turcy nie robią łaski Zełeńskiemu aranżując jego spotkanie dyplomatyczne z syryjskim przywódcą, jaki wypędził Asada do Moskwy, tudzież budując czarnomorski sojusz zbrojny wespół z Rumunią i Bułgarią faktycznie dla wsparcia Ukrainy. Co istotne nie w ramach a poza formatem NATO, ciekawe stąd jak to się wszystko będzie miało do możliwej w niedalekiej przyszłości konfrontacji między Tel Awiwem i Ankarą? Bo otwarcie deklaruje ją coraz więcej decydentów bliskowschodniego Gudłajstanu, na czele z byłym jego premierem i zapewne następcą zżeranego rakiem Satanjahu Naftali Bennettem. Tureckie władze również nie pozostają dłużne pod tym względem, żywię stąd nadzieję, iż syjonistycznym nadgorliwcom w Polsce nie strzeli do łba nawoływać w interesie ''Wielkiego Zesraela'' do wojny z Ukrainą... Mimo że włada nią Żyd, ale najwidoczniej w ich oczach ''nie ten co trzeba''. W każdym razie pora by i nam zacząć ogarniać własne sprawy, wszystko zaś dlatego, iż opisany tu proces odrywania się amerykańskiej potęgi od ziemi, by panować nad nią już z nieba, wywołuje na niej samej chaos tworząc luki bezpieczeństwa, które przede wszystkim sojusznicy USA zmuszeni są wypełniać możliwie własnymi siłami. Im bowiem globalny prymat Stanów Zjednoczonych nabiera coraz bardziej ''nieważkiego'' charakteru poniekąd, tym większym ciężarem kładzie się on na barkach jego dotychczasowych beneficjentów z reszty świata. Co rodzi iście paradoksalne skutki dla nich, przeto Amerykanie oczekują pełnomocników gotowych wziąć jak największą odpowiedzialność za swój los, nie zaś ślepych wykonawców ich woli wbrew pozorom. Doskonale znać ów ''zimny chów'' na przykładzie Ukrainy, której wrogom Jankes wprawdzie odłączył satelitarny zwiad, poddając zarazem dzięki niej próbie na polu boju nowe technologie zbrojne, wszakże realia na ziemi musi ogarniać już ona na własną rękę. Wszakże nie sama, lecz wraz z resztą Europy, w pierwszej kolejności Brytyjczykami i Skandynawami, ale też i Turkami, Arabami czy nawet Japończykami. Czerpiąc również od Chin masowo komponenty do dronów, zarazem sprzedając im zboże w wielkich ilościach, znacznie przewyższających kontyngenty sprowadzane przez Pekin od rosyjskich ''sojuszników''. Nie ma to nic wspólnego z osławioną ''autonomią strategiczną'', gdyż jak trafnie spostrzegł Zełeński bezpieczeństwo Europy na lądzie i morzach zależy głównie od państw spoza UE: Wlk. Brytanii, Norwegii, Ukrainy i Turcji. Wespół ze wspomnianymi już zdolnościami kosmicznymi Francji może to choć w części uzupełnić mniejszą niż dotąd amerykańską obecność wojskową na ''Starym Kontynencie'' z podanych wyżej przyczyn. Co nie znaczy, iż całkiem ona zaniknie, wystarczy choćby obaczyć na przykładzie wojny z Iranem, jak ważną rolę pełni Europa dla planetarnej już ''projekcji siły'' USA, że tak pojadę nieco Bartosiakiem.
Przeto stawka na Amerykę nadal ma sens, wszakże nie taką jak była ona dotąd! Kraj ów bowiem przechodzi właśnie radykalne zmiany, w tym jego prawica również, tymczasem przywódczy ''geriatriat'' PiS zachowuje się jakby nic się nie stało i nadal było po staremu. Co skazuje go na dalszy regres, a w perspektywie całkowity zanik, bo kurczowe czepianie się portek amerykańskiego hegemona akurat, gdy zrzuca on dawne szaty grozi, że samemu skończy się niczym znoszone gacie. Patrz Orban, który wprawdzie sromotnie przerżnął głównie z przyczyn wewnątrzkrajowych, ale też właśnie dlatego, iż zamiast się nimi zajmować serio wolał tępo naśladować jankeską MAGA, kreując na prymusa jakowegoś ''wschodnioeuropejskiego trumpizmu''. Zresztą kudy mu pod tym względem do Tarczyńskiego, jaki skądinąd byłby niezłym prezydentem, ale USA - piszę to bez ironii, bo coby o nim nie gadać facet umie w typowo amerykańską chucpę, jakiej pozazdrościłoby mu nawet wielu polityków zza oceanu. Przez to jednak dla jemu podobnych nie ma miejsca w Polsce i naszej części Europy, a czemu to rzecz godna osobnej rozprawy, stąd nie będę teraz roztrząsał kwestii szczegółowo. Wystarczy na razie skonstatować ów fakt, że era ''dobrego wujka'' z Ameryki dobiegła kresu, zwłaszcza może właśnie ze strony tamtejszej prawicy MAGA, której czołowi przedstawiciele jak Vance wprost chełpią się uwaleniem zbrojnego wsparcia dla Ukrainy, ostentacyjnie zlewają niczym Hegseth naszą część Europy zarazem włażąc w dupę Zesraelowi, czy wzorem sprusaczonego mentalnie Alexa Karpa postulują w swym bełkotliwym manifeście, by ''Make Deutschland Great Again''. Przestańmy więc robić sobie złudzenia co do owej hegemonii amerykańskiej nowego typu, jak czyni to choćby Maciej Kożuszek - bodaj naczelny śmieszek nadwiślańskiego komentariatu politycznego. Najwidoczniej bowiem ów wieczny konkubent, przybrany ''matek'' sukom zaraził się bezczelną chucpą od Beńka Szapiro, jakiego nieudolnie próbuje naśladować, skoro wypomina Polakom narastający wśród nich ''antyamerykanizm'' sam wydatnie przyczyniając się do jego szerzenia. Inaczej trudno mi komentować jego postulaty, byśmy zadeklarowali choćby czynny udział w krwawej awanturze zbrojnej USA, a tak naprawdę Izraela [ przynajmniej rozpatrując rzecz z przyziemnej perspektywy ]. Wyszlibyśmy tym na durni w obliczu faktycznej odmowy wiodących państw UE, jak i pomienionej już Japonii wraz z niekomuszą Koreą, a nawet Australii - owe kraje Pacyfiku też są ''eurocuckami''?! Owszem, jakaś misja zbrojnych flotylli w cieśninie Ormuz pewnie w końcu dojdzie do skutku, lecz jedynie uzgodniona z władzami Iranu, nie inaczej. Nikt rozsądny nie będzie przecież narażał karku za ''Wielki Zesrael'', czy nawet zręby kosmicznej już i technologicznej potęgi Amerykanów w dziedzinie AI, tym bardziej kiedy oni wcale tego nie potrzebują. Coby tam nie wygadywał na ów temat Trump, ale kto jeszcze serio bierze głupoty dziadygi, gdy to jeno szerzona przezeń dezinformacyjna chujoza kryjąca omawiany tu uprzednio planetarny ''dysypatyzm''? Ciekawym też jak wedle imć Kożuszka miałby wyglądać realnie udział Polski w zabezpieczeniu morskich szlaków Zatoki Perskiej [ nomen omen ], kiedy stan naszej marynarki wojennej nie pozwala choćby w pełni chronić interesów RP na Bałtyku? Cóż dopiero mówić o posyłaniu oceanicznych misji wojskowych, jakbyśmy rzeczywiście dysponowali w ogóle takowymi możliwościami - Boże wybacz - ''projekcji siły''. Nikt przy tym nie postuluje jak ''biedarealiści'' chowania głowy we własnym tyłku, bo to fałszywa alternatywa wedle powyższego. Przykro to rzec, ale podobny do kożuszkowego pierdolec dotknął i Rafała Wosia, który podnieca się umowami zawartymi przez nordyckiego ''syjonokrzyżaka'' Hegsetha z wojskowymi Indonezji. Wszakże pomijając zupełnie, iż niemal dokładnie w tym samym czasie prezydent owego kraju poleciał z wizytą do Moskwy dogadywać się z Trupinem. Do tego już po fakcie ichni minister finansów jął zastanawiać się na głos, czy aby jego państwo nie powinno wespół z sąsiednimi Malezją i Singapurem pobierać opłat za transport cieśniną Malakka, wzorem systemu zaprowadzonego przez Iran w Ormuzie. Tym bardziej, że ekonomia kraju została mocno pokiereszowana wskutek awantury zbrojnej na Bliskim Wschodzie, stąd trudno się dziwić, iż władze Indonezji przyzwalają na szmugiel ich wodami terytorialnymi irańskiej ropy objętej sankcjami USA. Tyle może co się tyczy wosiowych kocopołów, podobnie jak Kożuszek obtańcowujących amerykańskiego chochoła, szerząc tym antyjankeskie nastroje w Polsce, bo prowokując wręcz nieuniknione rozczarowanie. Podkreślmy jeszcze raz, iż spór nie idzie tu o samą stawkę na Stany Zjednoczone, nadal sensowną acz w innym zupełnie wydaniu niż dotąd, czego tamci z uporem maniaka nie chcą dostrzec. Cóż się jednak dziwować, skoro PiS ma takich właśnie rzeczników jak oni, albo Matka Durka pierdolący za Trumpem jakoby Zełeński ''nie miał kart'', ociekając wprost obrzydliwym serwilizmem wobec MAGA - no i co, gdzie kurwa ów ''pokój'' niby zaprowadzony przez USA, czy inszego ''katechujona'' z Kremla?! On nastąpi, ale dopiero kiedy ukraińskie rakiety poczną bić po fabrykach dronów w tatarstańskiej Ałabudze, raczej nie prędzej - już doleciały na dniach do nadwołżańskich Czeboksarów, stamtąd zaś całkiem doń blisko... Pozostaje więc tylko uzbroić się w cierpliwość, nomen omen.