sobota, 24 lipca 2021

Korposoba abo bezosobowe indywiduum.

Zanim przejdę do dalszego odkłamywania mitów na temat ''liberum veto'' i polskiego republikanizmu dawnej doby, wypada ''pokrótce'' zająć się jego obecnymi perspektywami, a te przyznaję wypadają blado. Wszakże wolę już to niż oddawanie się całkiem utopijnym spekulacjom na temat wolnego rynku czy anarchokomuny jakich świat nie widział. I nie obaczy, bo nie tyle szaleństwem nawet co wprost głupotą jest sądzić, że skoro nie udało się o ileż od nas potężniejszym USA czy Chinom wcielić w życie u siebie tychże wizji, akurat my Polacy zdołamy je zrealizować nad Wisłą [ toż dopiero megalomania narodowa! ]. Wychodzę od prostej konstatacji: istnieje taki byt państwowy jak III Rzeczpospolita, który owszem jest takową jedynie nominalnie i dość kulawy pędzi dotąd żywot polityczny, niemniej jakoś tam istnieje [ póki co przynajmniej ]. Natomiast realnie wolnego rynku nie było nigdy, nawet w mitycznym dla liberałów XIX-ym stuleciu i co uczciwsze libki same przyznają, iż to ''nieznany ideał''. Co więcej, wszystkie znaki na ziemi okazują dowodnie, że kapitalizm sam w sobie nie pokrywa się z nim w żadnej mierze a jedynym realnym dylematem jest, czy nadal jeszcze możliwe są narodowe, państwowotwórcze warianty kapitału, czy też już całkiem wyrodził się on w swą globalistyczną postać, nie uznającą żadnych granic [ nie tylko w przestrzeni, ale i moralnych ]. Zwyczajnie poszukuję jakichś ram dla refleksji politycznej, niechby chwiejnych lecz rzeczywiście istniejących, zamiast upajać się pozorną wolnością całkiem już oderwanej od realiów fantazji na temat takiej czy innej postaci anarchii. Bowiem ''ostatni lot Ikara'' kończy się zwykle szaleństwem - uwięzieniem w kaftanie bezpieczeństwa, lub masową rzezią usiłujących wcielić w życie swe niemożliwe plany utopistów. Tyczy to również wolnorynkowców, bowiem w praktyce utorowaliby drogę do prawdziwie dzikiego handlu przemocą, jak to dowodnie okazał rozpad państwa w Rosji czy Kongu. Nie mam wszakże złudzeń, aby otrzeźwiło to maniaków wciąż liczących mimo niezliczonych porażek, że tym razem jakoś się jednak im uda... W każdym razie mamy tę republikę, która jest jaka jest, obciążona dziedzictwem fasadowej zupełnie państwowości komunistycznej [oksymoron w istocie], jaką była PRL. Z kolei ta ostatnia stanowiła prawdziwe ''dziecko wojny'', poronione co tu kryć przeto jako zrodzona z sowieckiego nadania, wszakże za zgodą zachodnich aliantów pamiętajmy. Niemniej innej niż ta licha państwowość jaką obecnie dysponujemy nie mamy, stąd należy ją wzmocnić w tych ramach ustrojowych jakie są dane, zamiast trawić czas na utopijne bzdety. Nie oznacza to bynajmniej ślepego posłuszeństwa najbardziej idiotycznym nawet zarządzeniom władzy zaznaczam, wręcz przeciwnie: krytyka byle zasadna jest wręcz konieczna, dopóty wszakże stoi twardo na stanowisku zachowania tejże państwowości. Dlatego nie mam na tyle wulgarnych słów dla oceny wyrzekających się jej, w imię wyciągniętego z doopy za przeproszeniem ''wolnego rynku'' czy inszej anarchokomuny, ''to się w żadna rubryka nie mieści''. Zwłaszcza w Polsce z równie popapranymi przez brak własnej niepodległości dziejami, gdy do dziś musimy cierpieć skutki zaborów np. infrastruktury i szlaków komunikacyjnych budowanych pod obce, a nie rodzime potrzeby. Obecna Rzeczpospolita zasługuje więc, aby podjąć próbę chociaż przywrócenia jej faktycznie republikańskich fundamentów, więcej nawet - jest to historyczna konieczność jeśli nie chcemy ponownie osunąć się w narodowy i państwowy niebyt. Idzie w gruncie rzeczy o elementarne sprawy: własną rządność i sprawczość mające przełożenie na podstawowe kwestie, jak stan dróg, egzekwowanie prawa, powszechne bezpieczeństwo czy funkcjonowanie urzędów. Do tego zaś albo okażemy się wreszcie zdolni do ogarnięcia swojego ''lebensraumu'', albo też nadal będzie trwało ''polnische wirtschaft'' z obcego nadania i w takimże interesie, aż w końcu ktoś zgasi nam światło i to na amen, jak to już bywało. Co tu zresztą gadać: polska republika póki co od biedy jednak istnieje, zaś wolny rynek czy anarchokomuna ni *uja! Oczywiście republikańskie ''dobro wspólne'' to również pewna normatywna jedynie idea, wszakże wypełniająca się w przeszłości bywało mniej lub bardziej realną treścią, zaś pomienione utopizmy bynajmniej - dowodem właśnie Machnowszczyzna czy Hiszpania wojny domowej, jak i amerykański ''dziki zachód'', byle trzeźwo rozpatrywane.

Jerzy Targalski w krótkim wpisie pod znamiennym tytułem ''Azja nadchodzi'' kreśli wizję nowego układu sił międzynarodowych, gdzie ''wybór'' pozostanie już tylko między despotyzmem korporacyjnym a państwowym. Konkretnie sprawczość polityczna przemieści się, jak otwarcie głosi Klaus Schwab, od rządów do gigantycznych konglomeratów globalnego kapitału o ponadnarodowym charakterze, albo też państwa zachowają suwerenność wszakże za cenę ostania się tyraniami. Dlatego elementarne wolności w tak pomyślanym świecie ocaleć mogą jedynie, gdy znajdą wyraz w formie instytucjonalnej tj. republikańskiej pojmowanej jako rządność, czyli zdolność danej społeczności do kierowania rzeczywiście własnym państwem. Natomiast wszelkie anarchizmy, obojętnie wolnorynkowe czy komunistyczne oznaczają w praktyce oddanie pola rzeczonym despotyzmom, niezależnie od intencji głoszących podobne hasła. Świadomy tejże prawidłowości był już przywoływany tutaj Andrzej M. Fredro - ponownie sięgnijmy na krótko do omawianej uprzednio monografii poświęconej jego myśli politycznej, autorstwa Marka T. Trynieckiego:

''Fredro stara się wykazać zgodność pomiędzy wolnością republikańskiej wspólnoty a wolnością jednostki. [...] Wojewoda podolski zwraca natomiast uwagę, że wolność indywidualna może na pozór funkcjonować bez wolności w wymiarze zbiorowym [ - czyli dokładnie jak tego chcą korwiniści co i pedolibki programowo alienujący jednostkę od wspólnoty narodowej, bo podnoszący do rangi cnoty rujnującą każdą rzeczpospolitą prywatę - przyp. mój ]. Charakterystyczne, że zaleca nadawanie tych indywidualnych wolności podbitym ludom, aby ofiarowując ich członkom prywatne korzyści utrzymać je w posłuszeństwie [ - świetna formuła libertariańskiego zniewolenia - jw. ]. Tego rodzaju wolności Fredro nie uważa jednak za prawdziwą. [...] Wolność w wymiarze zbiorowym, z punktu widzenia obywateli, polega na uczestnictwie w rządach. Wojewoda podolski posługuje się arystotelesowską formułą obywatelstwa polegającą na rządzeniu i byciu rządzonym. Tak ujęta wolność przejawia się zatem udziałem w podejmowaniu wspólnych decyzji oraz możliwością pełnienia urzędów publicznych. [...] Fredro przedstawia bowiem wizję wolności uporządkowanej, której funkcjonowanie prowadzi do samoorganizacji, porządku, umiarkowania, pokoju i respektowania samodzielnie wybranej władzy. Znamienne, że opisując społeczność kozacką pozbawioną jego zdaniem tych cech konkluduje, że żyje ona nie tyle w wolności co bez pana. Sam zaś z satysfakcją wskazuje, że obywatelom Rzeczpospolitej udaje się łączyć posłuszeństwo królowi z prawdomównością w debacie publicznej. [...] Fredro zauważa zatem, że wolność bywa często utożsamiana z samowolą [ licentia ], gdzie wola nie podlega rozumowi, prawu i legalnej władzy. Wojewoda podolski wyraźnie jednak podkreśla, że nie są to zjawiska tożsame: ''Insza Wolność, albo Swioboda, Insza Swawola, albo Rozpusta''. Wolność przeradza się w nią, gdy brak cnoty umiaru. Podobnie przeciwstawia Fredro zuchwałość, czy też rozwiązłość [ insolentia ] uporządkowanej wolności. Samowola prowadzi do powstania konfliktów i nie potrafi zaprowadzić ładu, a stan w którym ona panuje opisany został następująco: ''Rozboy, nie sprawa, gdzie się wszystko godzi'' [ wszystko wolno ], oraz ''Większa niewola, gdzie się wszytko wszytkim godzi, niżeli gdzie nic nikomu''. Jej efektem w życiu wspólnoty stają się rządy silniejszych, którzy podporządkowują swej woli pozostałych obywateli. Środek zaradczy w tym wypadku wojewoda podolski widzi we władzy zwierzchniej. Do jej zadań przypisuje bowiem opanowanie samowoli, do której skłonność wykazują zwłaszcza możni.''

- dokładnie, likwidacja monopolu państwa na przemoc nie skutkuje jej zanikiem, lecz rozszerzeniem na wiele konkurujących ze sobą morderczo podmiotów, w  wolnej grze sił przynoszącej nieuchronnie stokroć gorszą opresję. Dlatego rzetelnie pojmowana wolność musi prowadzić do ustanowienia ładu państwowego i w nim znajduje najpełniejszy wyraz.  Pytanie czy w tak zarysowanym przez Targalskiego kształcie post-politycznej w istocie rzeczywistości, jest możliwy jeszcze w ogóle podobny model republikańskich rządów wolnościowej wspólnoty. Zgadzając się z jego konkluzjami co do zasady, należy wszakże poddać je pewnej krytyce, gdyż jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. Po pierwsze nie jest prawdą co ogłosił w przedostatnim z dotychczasowych ''kocich tygli'', jakoby nadszedł kres polityki państwowej, zastąpionej walką poszczególnych grup interesów o międzynarodowym już charakterze. Raz, że zawsze tak było, bo państwa powoływały różne wpływowe na danym terenie koterie, w celu realizacji swych zamierzeń i ochrony beneficjów. Za Trumpem również stała grupa amerykańskich producentów, przede wszystkim paliw łupkowych, którzy to dostali szczególnie mocno po tyłku okołocovidowym kryzysem, min. przez co ich kandydat popłynął. Skorzystała zaś konkurencja z Big Techu na jakiej usługi wskutek lockdownów niepomiernie wzrósł popyt, szeroko rozumianego nie tylko jako Facebook i Twitter z którymi nowa administracja amerykańska jawnie już współpracuje w dziedzinie cenzury, ale również przemysł nowych technologii na czele z Intelem. Firma ta rozbudowuje właśnie na gwałt swą i tak potężną bazę wytwórczą, podejmując idące w miliardy gigantyczne inwestycje i wznosząc nowe fabryki. Intrygująca przy tym jest ich lokalizacja: nie tylko w samych stanach jak Nevada czy Oregon - konkretnie w Hillsboro, tuż obok zamienionego w lewacki shithole Portland - ale także w Irlandii oraz Izraelu, gdzie powstać ma wytwórnia czipów wzniesiona za bagatela 10 miliardów dolców... [ nie dziwota stąd, iż Netanjachuj szparko tak porzucił Trumpa, ale na szczęście na niewiele mu się to zdało ]. Znamienne przy tym, iż szefostwo korporacyjnego giganta zaawansowanych technologii korzysta szeroko z pomocy publicznej państw, na terenie których realizuje swe inwestycje np. wedle przecieków medialnych tylko od krajów UE zażądać miało bezpośrednich dotacji rzędu 8 miliardów euro, za nowe manufaktury elektronicznych podzespołów. Wprawdzie Intel prędko zdementował, iż w grę wchodziły sumy tej wielkości, niemniej nikt tam nie zakwestionował samego faktu żerowania na pieniądzach podatników przez prywatną jakby nie było firmę - oto nowy model biznesu jako ''partnerstwa publiczno-prywatnego''! No ale zapomniałbym: dla korwinozjebów to przecie tylko ''korposocjaliści'', za to kapitalistą jest byle ''przedsiębiorca idei''. Najważniejsze wszakże, iż Intel ma ''unikatową sytuację – jest zarówno producentem, właścicielem licencji i własności intelektualnej, jak i wytwórcą własnych chipów. Nikt z wiodących firm nie może powiedzieć tego samego. Tak, Samsung ma własne fabryki i własne procesory, ale są one oparte na licencjonowanej architekturze brytyjskiej firmy ARM, która de facto będzie częścią NVIDII. NVIDIA natomiast nie ma własnych fabryk układów scalonych. AMD niegdyś miało fabryki, ale wydzieliło je i dziś są osobną firmą (Global Foundries). Apple i Qulacomm produkują wyłącznie kontraktowo.'' - jak pisze Krzysztof Bogacki na łamach branżowego portalu IT Reseller [ a więc Intel to klasyczny kapitalistyczny monopolista ].

Ekspansja inwestycyjna Intela na bezprecedensową skalę dowodem, iż nie można nowej administracji amerykańskiej zarzucić całkowitej ślepoty na interesy rodzimych producentów, pytanie tylko których, ani kierowania się li tylko kwestiami ideologicznymi jak chce tego Targalski. Akurat Republikanie nie ustępują swym neokoszerwatywnym pierdolcem wiele Demokratom, mającym z kolei szmergla na punkcie LGBT i BLM ostatnio, tak więc oczekiwanie iż coś zmieni znacząco w statusie Polski powrót tych pierwszych do władzy za oceanem, jest złudne mym zdaniem. Raczej jak to wykładał niedawno Szeremietiew w radiu Wnet, pora by wreszcie zaprzestać chorobliwej praktyki opierania kwestii bezpieczeństwa Rzeczpospolitej na jakimkolwiek obcym mocarstwie, polegając nade wszystko we własnych siłach i regionalnych koalicjach z państwami typu Rumunia czy zlewaczona wprawdzie, lecz dysponująca całkiem pokaźnym arsenałem Szwecja dajmy na to. Owszem, eksperci wojskowi tegoż kraju słusznie wskazują, że Europa a więc w tym i Polska bez USA nie obroni się, sęk w tym, że Stany już nie te a i mają one interesy nie zawsze pokrywające się z naszymi, o czym właśnie się przekonujemy, nie pierwszy i ostatni raz zresztą. Targalski nie dostrzega również, iż zarysowana przezeń dychotomia ''despotyzm korporacyjny albo państwowy'', jawi się takim jedynie z perspektywy krajów średniej wielkości w skali świata jak Polska, lub małych. Tymczasem największe mocarstwa nie tyle tracą sprawczość na rzecz globalistycznego kapitału, co same przekształcają się w korporacyjne molochy, bowiem jak spostrzegł Gracjan Cimek:

''Mimo promowania ich ponadnarodowego (o znaczeniu beznarodowego) charakteru, prawie połowa korporacji pochodzi z kilku krajów: Niemiec, USA, Japonii, Francji, Wielkiej Brytanii. Do tego grona dołączyły w ostatnim czasie korporacje z Chin (ChRL). W sensie geoekonomicznym można zauważyć, że 80% pochodzi z tzw. Triady — Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej oraz Japonii. Na 500 największych korporacji ponadnarodowych z listy Global 500 jest tylko jedna z Polski: PKN Orlen na 347 miejscu. Odzwierciedla to status państwa polskiego we współczesnej globalizacji przekładający się na jego możliwości geopolityczne. [...] Dlatego działalność korporacyjna sprzyja rozwojowi państw silnych dzięki wymianie technologii i wiedzy, efektywnemu wykorzystaniu zasobów i zacieśnianiu więzi pomiędzy gospodarkami, zwiększonej ilości miejsc pracy i wpływów do budżetu. Występuje więc zbieżność interesów i celów. Silne państwa korzystają podczas gdy słabe mogą być wykorzystywane, co sprawia, że korporacje mają różne znaczenie zależnie od pozycji geoekonomicznej państwa i regionu ich działalności. W przypadku krajów o wysokim współczynniku korupcji, słabej władzy centralnej, czy niskim PKB łatwo jest przeforsować bardzo korzystne decyzje prawne i polityczne.''

- tak było jeszcze w 2012 roku, gdy niniejsze pisał, tymczasem w ciągu zaledwie dekady Orlen spadł o ponad sto pozycji niżej w globalnym rankingu korporacji. Nie jest to wszakże wina Obajtka ni obecnie rządzącej w Polsce ekipy, lecz gwałtownie obniżającego się statusu całej Europy i przyjętego przez nią, totalnie dysfunkcyjnego modelu niedorozwoju UE, z którą to pędzimy razem wprost ku przepaści na złamanie karku. Dowodnie okazało to niedawne Euro 2020 z rytualnymi błazeństwami na cześć BLM i LGBT, na tle banerów Gazpromu i chińskich koncernów bazujących często na niewolniczej pracy więźniów obozów koncentracyjnych. Trafnie rzecz podsumował Marcin Bogacz w analizie Klubu Jagiellońskiego, konstatując widoczną w ostatnich latach ekspansję firm spoza Europy i ogólnie świata Zachodu, wśród sponsorów masowych imprez sportowych o globalnym znaczeniu:

''Zmiany te jednak nie są jedynie wynikiem wyrachowanej polityki UEFA. Odzwierciedlają też postępujące już od dłuższego czasu globalne trendy rozwijającego się Wschodu i pogrążonego w stagnacji Zachodu, a zwłaszcza kontynentu europejskiego. Geografia wielkiego biznesu tradycyjnie zdominowana przez USA, w ostatnich latach zaskakująco zmieniła się pod wpływem wzrostu Chin. Z obu tych krajów pochodzi 76 ze 100 największych globalnych firm. Podczas gdy udział firm z Europy zmniejszył się z aż 41 w 2000 r. do zaledwie 15 obecnie. Największe światowe ośrodki rozwoju technologicznego znajdują się dziś w Dolinie Krzemowej i Shenzen. Spośród firm stworzonych w ostatnich 25 latach wartych dziś więcej niż sto miliardów dolarów dziewięć jest amerykańskich, osiem chińskich i nie ma żadnej pochodzącej z UE. W efekcie pozostaje coraz mniej europejskich firm zdolnych w ogóle finansować, a co dopiero konkurować o sponsoring na takich imprezach jak Euro.''

Doprawdy o skrajnej desperacji ideologicznej unijnych decydentów świadczy, iż prokurujący na ich zlecenie raport eksperci jednego z czołowych niemieckich think tanków, pokładają nadzieję w szeregu katastrof ''naturalnych'' jakie mają dotknąć USA, Chiny i Rosję, aby kraje te ''opamiętały się'' dołączając w ten sposób do poronionej ''polityki klimatycznej'' UE. Bowiem co za skończoną kanalią, i do tego bezmózgą trzeba być, aby jako ''scenariusz pozytywny'' rozpatrywać ''konwergencję katastrof'' takich jak ''spalenie w wyniku pożarów Doliny Krzemowej, czy zniszczenie kilkunastu elektrowni nuklearnych w Chinach, nie mówiąc o wielkiej katastrofie ekologicznej na Syberii)'', gdyż ''doprowadzą do tego, że liderzy tych państw „otrzeźwieją” i zmienią swą dotychczasową politykę'' na bardziej ''przyjazną klimatowi''?! Tak rzecz referuje Marek Budzisz w felietonie na wpolityce, aż sprawdziłem czy aby nie przesadza, bo początkowo wydawało mi się niewiarygodne, iż przedstawiciele poważnej instytucji mogą serio wypisywać podobne zbrodnicze bzdury. Tymczasem nie tylko tak tam stoi, ale w dodatku Budzisz pominął istotny szczegół, iż niemieccy ''eksperci'' zupełnie serio kreślą wizję przyszłych wydarzeń, gdzie wspomniane katastrofy są efektem prawdziwej ''wojny klimatycznej'' między USA a Chinami, w której obie strony wykorzystują ekstremalne zjawiska pogodowe jako broń! - konkretnie na str. 40 raportu:

''When links are discovered between the US Department of Defense and UN research on geo-engineering, China accuses the United States of “weaponizing the weather.” Meanwhile, the United States accuses China of using its lead role in renewable energies to control key rivers and seas worldwide. Their sparring is interrupted by a set of almost simultaneous catastrophes. Severe wildfires burn in Silicon Valley and huge storm waves hit China’s rim of nuclear power plants from Hongyanhe down to Fangchenggang with spillover effects reaching as far as the littoral areas of India. Then, a massive oil spill occurs in Siberia, which is blamed on the refusal of the United States to designate biological and cultural protection areas to prohibit the use and transport of heavy fuel oils for shipping in the region.''

- podobnych ''kwiatków'' jest tam więcej np. ze str. 30:

''The year 2030 sees the Tesla Gigafactory outside Warsaw achieve a breakthrough in energy storage technology – the result of US-Polish-Indian collaboration.''
 
- przypominam, że cytuję nie jakichś ''foliarzy od chemtrailsów'', lecz autorów analizy stworzonej na rzecz niemieckiego odpowiednika słynnej amerykańskiej Council on Foreign Relations, podobnie jak macierzysta organizacja grupującego przedstawicieli elit politycznych, finansowych, naukowych i służb specjalnych, na którego utrzymanie łoży MSZ RFN, Deutsche Bank czy Airbus. Nawiasem w afiliowanym przy Fundacji Elżbiety Batory polskim oddziale z kolei, roi się od kreatur pokroju Olechowskiego, Zdradka, Rotfelda czy Czaskosky'ego, znamienne. Oczywiście powyższe nie dowodzi jeszcze, że takowa ''broń klimatyczna'' faktycznie istnieje, aczkolwiek biorąc pod uwagę co w przeszłości z pogodą usiłowały wyczyniać USA, a zwłaszcza obecnie zamierzają robić Chiny, nie jest to bynajmniej żaden ''szuryzm''. Niemniej czystym skurwysyństwem jest pokładać otwarcie nadzieję w sztucznie wywołanej katastrofie klimatycznej, której ofiarą docelowo mogą paść nawet dziesiątki milionów ludzi, a zarazem z pompą ogłaszać ambitny program ''redukcji gazów cieplarnianych'' pod enigmatyczną nazwą ''Fit for 55'', w imię ''słusznego celu'' jakim ma być ''uniknięcie przez ludzkość wojen o wodę i pożywienie'', o czym prawi obłudnie masoński cwel Timmermans. Wdrożenie takowego szalonego planu wywoła gwałtowny skok kosztów życia, powodując pauperyzację szerokich rzesz Europejczyków, w tym i udupiając na starcie możliwy rozwój Polski, stąd opór wobec niego będzie w najbliższych latach sprawdzianem perspektyw dalszego istnienia Rzeczpospolitej. Dlatego zgadzam się tu z Andrzejem Krajewskim z ''Dziennika'', natomiast nie ma on racji postulując przy tym odpuszczenie agresywnej ofensywie LGBT, gdyż poddanie się temu po-nowoczesnemu zabobonowi w równym stopniu co unijne regulacje w kwestii CO2 przekreśli nasze szanse jako kraju, pogrążając w antycywilizacyjnym niebycie o czym pisałem już w ''Od Pinocheta do elgiebeta'' [ rekomenduję też lekturę przywołanego uprzednio manifestu perwersyjnej post-polityki pod wymownym tytułem: ''Zboczony seks jako bioopór'' ]. Mówiąc wprost oznacza to nastanie barbarzyństwa, tym razem prawdziwych ''wieków ciemnych'' a nie sposób patrząc trzeźwo na powyższy obłąkany plan widzieć w nim nic innego, jak objaw dramatycznego regresu Europy. Szczególnie jeśli idzie o obłożenie anatemą przez unijnych decydentów transportu, zwłaszcza masowego ruchu lotniczego oraz morskiej wymiany towarowej generującej przecie tyle ''gazów cieplarnianych'' - wszystko to oznacza przekształcanie UE w ''zamknięte państwo handlowe'', któremu poświęciłem onegdaj sporo miejsca. Podsumowując wątek: całe to pieprzenie o ''efekcie cieplarnianym'' jest wygodną wymówką eurounijnych elit dla własnego niedołęstwa, co dowodnie okazał tragiczny bilans niedawnych powodzi w Niemczech, obnażając skandaliczną dezorganizację cieszącej się niezasłużenie dobrą sławą ''sprawnego państwa'' Bundesrepubliki.

Akurat w przeczytanej dopiero co nie-powieści [ bo czysta beletrystyka mnie mierzi ] rosyjskiego pisarza Dmitrija Bykowa pt. ''ŻD'', gdzie wątła fabuła stanowi jedynie pretekst dla snucia przez autora refleksji na temat niewesołej oględnie zowiąc kondycji współczesnej Rosji, natrafiłem na fragment doskonale wręcz opisujący omawianą tu fuzję imperium i korporacji. A przecież wpadłem na koncept samodzielnie całkiem niedawno, taki przypadek co zresztą zdarza mi się dość często, że chodzi mi jakaś refleksja po głowie, po czym znajduję ją w lekturze po jaką sięgam [ gdybym był wierzący upatrywałbym w tym ''bożej ręki'' ]. Zabawne przy tym, iż podczas czytania uporczywie towarzyszyła mi myśl, że choć autor jest jednym z najgłośniejszych obecnie krytyków putinowskiego reżimu, za wypisywanie podobnych niepoprawnych politycznie herezji zostałby potępiony w ''wolnym świecie'' Zachodu. Otóż na kartach swej mało literackiej na szczęście powieści, kreśli wizję Rosji rozdzieranej wiecznym niemal konfliktem między Waregami, czyli Germanami z Północy a tytułowymi ''Chazarami''. Tubylcza ludność zaś mylnie zwana ''Słowianami'' pełni jedynie bierną rolę niemej ofiary w wojnie jaką toczą ze sobą wspomniane nacje obcych najeźdźców, jednako roszczących sobie prawo do władania krajem jako własnym. Tak oto jeden z bohaterów wykłada innemu łaczącą obu agresorów perwersyjną relację - rzecz pisana prawie dwie dekady temu!:

''Wołochow nalał sobie samogonu, wypił duszkiem, zakaszlał i zdawało się, że momentalnie wytrzeźwiał:

- To są przecież dwa wirusy, kapitanie - powiedział ochrypłym szeptem. - Dwa narody-wirusy. Dwa modele absolutnej eksterminacji. Dwa typy zaboru. Zły i dobry śledczy z jednego resortu. [...] Więc popatrz: są dwa typy państwa. Twoi kumple z Północy lubią tu budować imperium, dobra rzecz, nauka zna pozytywne przykłady. Patrz u towarzysza Iljina [ idzie o Iwana Iljina, rosyjskiego myśliciela politycznego, na którego ma w zwyczaju snobować się Putin - przyp. mój ] o korporacji i instytucji. Celem imperium jest rozszerzać się, podporządkowywać sobie, tak, nikt nie zaprzeczy - ale nieść swoją prawdę, rozumiesz? A Waregowie nie mają tej prawdy, nie pojęli jej, tylko podboje dla samych podbojów, i cały ich imperializm - to zajebywanie swoich. [...] No. A ci drudzy, nasi chazarscy przyjaciele nie budują tu imperium, o nie. Budują tu kor-po-ra-cję. Wiesz, co to jest korporacja? Jest to, w przeciwieństwie do odśrodkowego imperium, system z definicji dośrodkowy. Ponieważ korporacja też ma prostą zasadę - powinna być efektywna, a zatem [...] zminimalizowana. Mniej ludzi - większy zysk, to wszystko. Korporacja na pozór wcale nie jest drapieżna, niebezpieczna. Nikt nikogo nie zabija, tylko po prostu jesteś już niepotrzebny. I ten kto nie jest potrzebny - cicho, spokojnie wymiera sam, niedopuszczony do ziemskich rozkoszy. Oni przecież nie są zabójcami, kapitanie, sam widzisz, i wcale nie są tacy znowu efektywni. Jeśli nie jesteś im potrzebny, po cóż mają cię uśmiercać? Wyrzucają cię i cześć. Takie to gówno kapitanie. [...] - I tu, uważasz, zaczyna się najciekawsze. Te wieczne przeciwieństwa, wciąż ze sobą walczące, zaczynają stopniowo, powolutku... oczywiście bardzo ostrożnie... ale zaczynają się zbliżać, kapitanie, niech mnie diabli! Zaczynają budować trzeci wariant - korporację imperialną. Dwa genialne sposoby wyniszczenia się jednoczą. Nauczyli się od siebie nawzajem, swołocze [...] I w rezultacie w ich imperiach wszyscy coraz więcej kradną, a w korporacjach coraz więcej maszerują, i mamy prawie absolutne podobieństwo przyszłych przeciwników, co stanowi główny warunek wojny. Tak jak u Stalina i Hitlera: w końcu przecież to nie z Ameryką wojowali! Podobne z podobnym! Tak i tutaj: zanim zacznie się wojować, trzeba się całkiem zrównać. I otrzymujemy, kapitanie Gromow, zasadniczo nowy typ państwa: imperium w którym nie ma idei, i korporację w której nie ma swobód.''

- niniejsze uwagi spokojnie można by rozciągnąć także na ''hassliebe'' pomiędzy Chinami i ogólnie Azją, a kolektywizującym się gwałtownie Zachodem z USA na czele. W ich świetle Klaus Schwab jawi się modelowym globalistą, jeśli prawdą okazałoby się co wypisują o nim na różnych podejrzanych forach, że to jakoby bękart nazistowskiego przemysłowca i Żydówki... A więc ''Wareg'' i ''Chazar'' w jednym, głoszący korporacyjny imperializm obejmujący już cały świat, wszystko się zgadza:).
 
W każdym razie z powyższego jednoznacznie wynika, że gwarantem suwerenności jest obecnie posiadanie przez dany kraj jak największej liczby narodowych korporacji, działających możliwie w skali globalnej. Dlatego nadwiślańska klasa bieda-kapitalistów wygląda na skończonych frajerów w interesach nie pojmując, że niepodległość zwyczajnie się opłaca, dzięki temu bowiem cała marża zostaje we własnej kieszeni a nie obcych rękach. Tymczasem oni jak przystało na wzbogaconych fornali zdają się kontentować statusem ekonoma na cudzym folwarku, o ile nie wprost nadzorcy niewolników, zamiast jak wolni ludzie pójść na swoje. Aczkolwiek pojawiają się symptomy jakby przełomu pod tym względem, coraz śmielszej ekspansji naszego kapitału tak na Wschód jak i Zachód, co wywoływać musi srogi ból zadu różnych Timmermansów. Nie chcę zapeszać stąd nie pociągnę wątku, oby jednak rzeczony trend utrzymał się nie zdławiony unijnymi ''zielonymi'' dyrektywami, i niech szlag wreszcie trafi degenerację Kulczyków wraz z czeredą podobnych im ''wizjonerów byznesu'' za przeproszeniem. Z przytoczonych faktów płynie wręcz narzucający się wniosek, iż aby Rzeczpospolita mogła przetrwać i rozwijać się współcześnie, powinna przybrać formę republikańskiej korporacji politycznej o możliwie szerokim akcjonariacie obywatelskim. Pytanie czy znajdzie się nad Wisłą obecnie na tyle liczna grupa Polaków zdolnych rządzić się samemu, by mowa o nim miała w ogóle sens. Innymi słowy kwestią otwartą pozostaje struktura właścicielska takowej korporacji ''Rzeczpospolita.Inc.'' i czy dla jej zachowania nie będzie koniecznym zaprowadzenie aby despotyzmu zarządców narodowego kapitału, skoro cała reszta zbywateli już olewa swe obowiązki, lub wprost pragnie zniewolenia przez obcego tyrana. Na to jednak niezbędna jest na miejscu silna kapitałowo grupa, która posiada żywotny interes w dalszym istnieniu Polski - dopóty warstwy społeczne predestynowane do tej roli wolą podawać się za wynarodowionych ''Europejczyków'', bo pułap ich ambicji wyczerpuje się w ograbianiu tubylczej ludności [ jak słusznie akurat spostrzegł to Targalski ], możemy o tym zapomnieć.
 
Należy stąd przyjrzeć się pobieżnie choć strukturze organizacyjnej i właścicielskiej współczesnych korporacji, jako nowym modelu sprawowania rządów w państwie. Na to jednak wpierw muszę poddać dalszej krytyce kolejną ostrą dychotomię zarysowaną przez pana Jerzego, pomiędzy okcydentalnym - szczególnie anglosaskim - a orientalnym podejściem do ekonomii. Jak pisze on we wspomnianej już krótkiej notce pt. ''Azja nadchodzi'':

''Teoria kapitalizmu została stworzona w Europie w oparciu o system, który powstał w Anglii. Jego podstawą jest zasada nienaruszalności własności prywatnej. Poza Europą własność prywatna była jednak zawsze ograniczona na rzecz państwa. Marksista Karl Wittfogel, który był również sinologiem, zauważył tę diametralną różnicę między Europą i Azją. Stworzył teorię azjatyckiego sposobu produkcji, czyli orientalnej despocji opartej na własności państwowej. Własność prywatna w tym systemie nie ma żadnej gwarancji prawnej i jest zmarginalizowana. Przypomina to socjalizm, jaki znamy. Paradoksalnie 30 lat po demontażu ustroju socjalistycznego grozi nam nowa odmiana azjatyckiego sposobu produkcji ze wszystkimi jego konsekwencjami. Po likwidacji w wyniku terapii antykowidowej (lockdowny) klasy średniej w wersji zachodniej i przejęcia własności przez państwo i międzynarodowe korporacje, powstanie nowa klasa średnia. Będzie ją tworzyła biurokracja zatrudniona w uprzywilejowanym sektorze państwowym. I to jest cechą starą systemu. W porównaniu z socjalizmem będzie jedynie bogatsza...''

- i tak dalej. Ze zdumieniem stwierdzam więc, że poza ostrym sporem co do Rosji, Targalskiego łączy z Korwinem jednaki niemal stosunek do kwestii gospodarczych! Zresztą pan Jerzy w okresie antykomunistycznej konspiracji działał w podziemnej organizacji pod nazwą: Liberalno-Demokratyczna Partia „Niepodległość”, co niestety widać. Skądinąd to typowe dla antykomunistów PRL-owskiego chowu, i w sumie zrozumiałe, że nie znając z autopsji jak się mają rzeczywiście stosunki własnościowe na Zachodzie, skłonni byli je idealizować. Tym bardziej w okresie triumfu i ekspansji neoliberalizmu, w kontraście z otaczającą ich nędzą i syfem realnego socjalizmu, za którym tak tęsknią współcześni czerwoni burżuje, o zgrozo także nad Wisłą. Niemniej nic już nie usprawiedliwia obecnych kucerzy, którzy na współczesny kapitalizm patrzą przez krzywe zwierciadło miazmatów ''austriackiej szkoły ekonomii'', będącej jedynie objawem dekadencji gnijącej C. K. monarchii, dokładnie takim samym jak dodekafonia, malarstwo Kokoschki, freudyzm, hitleryzm czy - jako późni epigoni - wiedeński ''akcjonizm''. Tymczasem własność nigdy nie była tak ''święcie'' nienaruszalna na Zachodzie, jak to sobie roją antykomuniści starej daty pokroju Targalskiego czy Korwina, jak i młodsi wyznawcy rodzimego ''wolnorynkizmu''. Dobrze to widać choćby po fenomenie skłotingu, kojarzonym u nas zwykle z anarchokomunistycznym ''lewactwem''. A przecież jest to praktyka, która przywędrowała do Polski właśnie ze świata anglosaskiego i bardzo dobrze osadzona w tamtejszej tradycji, pragmatycznym podejściu do własności jako ''przechodniej'', bowiem stoi za nim potępienie zwyczajnego marnotrawstwa. Jak piszą o tym na polonijnym portalu ''Meritum'':

''Własność nieruchomości [ w USA ] jest bardziej skomplikowana, a to po części dlatego, iż w Anglii pojęcie własności prywatnej (oczywiście poza własnością ówczesnych możnowładców) powstało dość późno. Podstawowa zasada, jakiej nie można podważyć przy tego typu własności to prawo zasiedzenia (alienation). Zasiedzenie to generalnie pojęcie określające, że właściciel używa tej posiadłości jako swojego miejsca zamieszkania. Prawo nieruchomościowe faworyzuje zwykle właścicieli, którzy używają swej posiadłości jako swojego miejsca zasiedzenia w przeciwieństwie do tych, którzy są jedynie jej właścicielami.  [...] Jeżeli właściciel jakiejś posiadłości wymieniony w tytule zaniedba ją w sposób  oczywisty, a w międzyczasie ktoś inny używał tej nieruchomości przez kilka lat (ilość lat określają odrębne przepisy stanowe) to tytuł do tej nieruchomości może zostać przeniesiony na osobę, która aktualnie używa nieruchomość i spełnia wszystkie warunki określone przez prawo  do takiego przejęcia (adverse possession).''

- praktyczną ilustracją funkcjonowania pomienionego ''prawa przejęcia'' niech będzie przypadek rancza Cejrowskiego w Arizonie. Pan Wojtek bowiem prawi, że aż 22 lata czekało ono nań po zakupieniu w niezwykłych okolicznościach, które opisuje barwnie jak to on w książce pt. ''Wyspa na prerii''. W takim razie Cejrowski miał nadzwyczajne wprost szczęście [ albo ordynarnie ściemnia ], gdyż prawo stanowe Arizony jest dość ''liberalne'' nawet jak na USA jeśli o to idzie, dozwalając pod pewnymi warunkami, by wystarczyło przez 2 lata zaledwie ktoś gospodarzył na jego ziemi w tym czasie, kiedy on szlajał się po świecie i pozostałoby mu już tylko podetrzeć się swym tytułem ''własności''. ''Skłoters'' musiałby jedynie wykazać przed miejscowym sądem, że dobrze zarządzał majętnością zajętą arbitralnie pod nieobecność nominalnego zaledwie gospodarza, i płacił z tego tytułu podatki lokalnym władzom, tak więc nie stanowi to żadnego usankcjonowania złodziejstwa, tudzież niszczenia mienia przez meneli czy inszych Cyganów. Oto praktyczna realizacja traktowanej serio idei ''dobra publicznego'': coś jest twą własnością dobry człowieku tylko o tyle, jeśli potrafisz spożytkować ją dla siebie, ale i ogółu. Skoro zaś nie, ktoś inny powinien zrobić to za ciebie, bo nic nie powinno się marnować a przykro mi pan Cejrowski pozwalając, by powierzona mu przez miejscowych ziemia tyle lat leżała odłogiem, wychodzi tak jakby na pasożyta i złodzieja mienia publicznego mieszkańców stanu Arizona:). Ciekawe też na ile wgłąb ranczo stanowi jego własność, bowiem jak wskazuje autor artykułu na portalu ''money'':

''Własność warstwowa, która obowiązuje na daną chwilę m.in. w Stanach Zjednoczonych czy Azji, przewiduje możliwość realizacji przedsięwzięć budowlanych na różnych poziomach gruntu - zarówno pod, jak i nad jego powierzchnią. Dopuszczana jest możliwość budowania przez różnych inwestorów - każdy z nich dysponuje niezależnym od siebie tytułem prawnym do wyodrębnionej części gruntu.''

- w sumie więc jako fakt pozytywny chyba należy odnotować, że podobne rozwiązania ''multiplikujące'' własność danego kawałka ziemi, PiS próbuje przeforsować i na naszym gruncie. Rodzimym libkom radzę też poszukać informacji, ileż to ziemi należy do państwa w USA, szczególnie na dawnym ''Dzikim Zachodzie'', a będą zdumieni. I nie jest to bynajmniej zasługą dopiero ''socjalfaszysty'' Roosevelta, bowiem podobny ''kolektywizm'' w stosunku do prawa własności [ oczywiście tylko z punktu widzenia typowego korwinozjeba ], panował w Stanach Zjednoczonych praktycznie od zarania niepodległości tegoż kraju - już:

''Konstytucja USA z 1787 r. przyznawała Kongresowi prawo do uchwalenia ustaw z zakresu prawa autorskiego w celu „promocji postępu nauki i  sztuk użytecznych” poprzez przyznanie autorom na ograniczony czas wyłącznych praw do ich pism. Od  tego momentu każda ustawa autorska w celu  osiągnięcia zgodności z konstytucją musiała przyczyniać się do owego postępu nauki i sztuk użytecznych, w przeciwnym wypadku mogła zostać uznana za niekonstytucyjną. Przyjęta w amerykańskiej konstytucji idea uwzględniania interesu publicznego znalazła też odzwierciedlenie w orzecznictwie sądowym. W orzeczeniu Wheaton v. Peters z 1834 r. sąd uznał prawo autorskie za twór mający w pierwszym rzędzie chronić interes publiczny, a dopiero na dalszym miejscu gwarantujący wynagradzanie pracy autora. Nawiązywanie do interesu publicznego jako ostatecznego elementu uzasadniającego egzystencję praw autorskich następowało też we współczesnych orzeczeniach.''
 
- cytat za fragmentem pracy poglądowej na stronie prawniczej księgarni Beck. Wychodzi więc na to, iż wbrew temu co głosi Targalski [ ale i Korwin! ], prawo własności w ''socjalistycznej'' Polsce jest przynajmniej pod pewnymi względami bardziej restrykcyjne, niż to ma miejsce w tak liberalnym przecież świecie anglosaskim, z USA na czele. Jak piszą o tym rodzimi startupowcy:

''W Polsce, nasz odpowiednik moral rights (osobiste prawa autorskie) są nieograniczone w czasie, i w tym kontekście zauważamy kolejną różnicę między naszymi ustawodawstwami - w USA prawa autorskie trwają przez 70 lat (czyli podobnie do polskich majątkowych praw autorskich). Amerykańska ustawa określa również rodzaje utworów, które są chronione dużo dłużej. Mowa tu o utworach anonimowych, utworach tworzonych pod pseudonimem, lub wspomnianych już work made for hire - w tych przypadkach prawa autorskie trwają przez okres 95 lat od roku ich pierwszej publikacji, lub przez okres 120 lat od roku ich powstania, w zależności od tego według którego okresu prawa autorskie wygasają jak pierwsze. Wracając jeszcze do amerykańskiej 70-letniej ochrony. Jeszcze niedawno ochrona ta trwała 50 lat, jednakże w 1998 r. uchwalono tzw. prawo Myszki Miki (Mickey Mouse ProtectionAct), które wydłużyło właśnie okres ochrony o kolejne 20 lat. Nietrudno wytłumaczyć, dlaczego akt Kongresu nazwano w ten sposób - inaczej koncern Disney mógłby czerpać bajońskie sumy ze swoich kreskówkowych postaci m.in. do 2007 roku. A tak, postać Myszki Miki będzie chroniona prawem autorskim jeszcze do 2027 r.''

Nieporozumienia panujące do dziś w tym względzie nad Wisłą, ignorancję rodaków na której żerują Janusze liberalizmu starej daty, co i wolnorynkowi ''dilerzy idei'' młodszego pokolenia pokroju ''Wapniaka'' czy Chmielowskiego, dobrze podsumowuje Sławomir G. Kozłowski w artykule polemicznym, traktującym o różnych modelach kapitalizmu. Przywołajmy zeń nieco dłuższy fragment:

''Podkreślić należy, że precyzyjne określenie dotyczące własności powinno brzmieć: prywatna kapitalistyczna forma własności. Właśnie ona, oznaczająca koncentrację własności środków produkcji w ręku nielicznych i wyzucie z niej szerokich kręgów bezpośrednich wytwórców, nadaje kapitalizmowi specyficzny charakter, określa istniejące w tym systemie stosunki społeczne. Nie jest ona jednak jedyną formą własności prywatnej. Jedną z przyczyn pomijania przymiotnika „kapitalistyczny” w typowych rozważaniach jest to, że współcześnie nie ma go­spodarek stanowiących połączenie prywatnej, lecz niekapitalistycznej własności z mechanizmem rynkowym. Co nie znaczy, że nie jest to możliwe. Taką gospodar­ką cechowały się brytyjskie kolonie wschodniego wybrzeża Ameryki w okresie przed rewolucją amerykańską, a także Stany Zjednoczone w początkowym okre­sie swego istnienia. W brytyjskich koloniach dominowały wówczas w rolnictwie rodzinne farmy, uzupełniane przez drobnotowarowe rzemiosło i kupców w sekto­rze pozarolniczym. Nie istniał zatem podział na przeciwstawne klasy właścicieli środków produkcji i robotników (pracowników najemnych). Ta forma, gloryfikowana przez autora Deklaracji niepodległości Tomasza Jeffersona, określona przez Marksa jako prosta produkcja towarowa, miała za cel nie zysk, a zaspokojenie potrzeb przez wymianę wartości użytkowych. W połowie XVII w. w osławionym Salem w Massachusetts tylko czterech na 238 miesz­kańców nie było właścicielami farm; w 1690 r. w Connecticut 6 na 7 stanowili posiadacze ziemi. Podobne były proporcje w osadnictwie ówczesnego amerykańskiego południa, koloniach Chesapeake. Dominacja drobnej produkcji towarowej utrzymała się po rewolucji amerykańskiej i przetrwała do wojny secesyjnej. W pierwszych dekadach XIX w. aż 80% białej (nieniewolniczej) pracującej ludności składało się z drobnych farmerów, kupców i rzemieślników. Przyczynami ukształtowania takiej struktury były: równościowy charakter wojny o niepodległość skierowanej przeciw przywilejom europejskim, nieobecność feudalnej tradycji oraz nieistnienie na zachodzie granicy państwowej, która hamowałaby mobilność przestrzenną (geograficzną) i społeczną). [...]

Podkreślić trzeba, iż - mimo uznania mechanizmu rynkowego za podstawę funkcjonowania gospodarki - także Adam Smith widział nierealność modelu opie­rającego się wyłącznie na tym mechanizmie. Dlatego też przypisuje państwu pew­ne funkcje. Obejmują one ochronę społeczeństwa przed przemocą i inwazją innych społeczeństw (czyli w języku współczesnym obronę narodową) oraz ochronę jed­nostek przed opresją ze strony innych członków społeczeństwa (czyli państwowy system wymiaru sprawiedliwości). Skrajni liberałowie, pragnący ograniczyć rolę państwa do tych dwu funkcji, ujmują ją przenośnie jako rolę „nocnego stróża”. Smith podkreśla jednak jeszcze trzecią, znacznie bardziej bezpośrednio związa­ną z gospodarką, funkcję państwa. „Trzecim i ostatnim obowiązkiem panującego lub państwa jest ustanowienie i utrzymanie tych instytucji i urządzeń użyteczności publicznej, które, choćby były nawet w najwyższym stopniu korzystne dla całego społeczeństwa, to są przecież tego rodzaju, że zysk, jaki by przyniosły, nie mógłby pokryć wydatków poniesionych przez jednostki lub niewielkie grupy ludzi, od których przeto nie można by oczekiwać, że je ustanowią i utrzymają”. Jako przykłady wymienia on brukowanie i oświetlanie ulic Londynu, budowanie placów zabaw dla dzieci, wywóz śmieci. Tę sferę działalności państwa określamy współcześnie jako wytwarzanie dóbr publicznych. Jednak w księdze V Bogactwa narodów znaleźć też można przykłady uznawania konieczności interwencji pań­stwa w innych dziedzinach. Należy tu finansowanie przez państwo szkół elemen­tarnych, które powinno zapewnić powszechność podstawowego wykształcenia. Tego typu usługi edukacyjne nie stanowią dóbr publicznych, prywatni wytwórcy - jako nieprzynoszących zysku - ich nie produkują, a cechami wyróżniającymi tych usług są niemożność wyłączenia kogokolwiek z korzystania z dobra (czy usługi) oraz kolektywne korzyści z konsumpcji (brak rywalizacji w konsumpcji). Usługi edukacyjne mogą funkcjonować na zasadzie komercyjnych usług dostar­czanych przez kapitalistyczne przedsiębiorstwa. Jeśli mają być one organizowane przez państwo, to dlatego, że ich powszechność - traktowana przez Smitha jako wartość szczególna - możliwa jest tylko w tej formie. Jest to więc typowe dobro merytoryczne. Jest to jeszcze jedna dziedzina oddziaływania państwa, jaką znaj­dujemy u autora Bogactwa narodów. W przypadku zaś wyjątkowo srogiej zimy w części kraju - pisze Smith - rząd nie powinien pozwolić zamarznąć ludziom, lecz powinien zorganizować wysyłkę węgla na te obszary, co także nie mieści się w ujętej przenośnie roli „nocnego stróża”.''
 
- dodajmy, że redystrybucyjną rolę państwa i jego dość szeroką ingerencję w prawo własności, uznawali również tacy klasycy myśli liberalnej czy wręcz libertariańskiej, jak John Locke czy Thomas Paine, o czym już rozpisywaliśmy się onegdaj szeroko. Jednak z punktu widzenia przeciętnego nadwiślańskiego wolnorynkowca, czyli prymitywa i ignoranta nie znającego podstaw nawet własnej doktryny, wszyscy oni są najwidoczniej ''socjaluchami''. Przecie idzie o to, aby ''wszystko było prywatne'' - niestety podobnym przesądom, przynajmniej w dziedzinie ekonomii, hołdują co ukazano także jednostki o znacznie wyższym poziomie umysłowym jak Targalski. Skorośmy już rozprawili się z idealizowaniem przez miejscowych naiwniaków jakoby ''świętego prawa własności'' w świecie anglosaskim, łatwiej nam będzie pojąć wreszcie fenomen prawnego statusu korporacji i wielkiego kapitału, którego nijak nie da się ująć w binarne opozycje między prywatnym a państwowym. Genezę tych przedziwnych, hybrydowych struktur tak ukazuje ekonomista Piotr Zalewa:

''Forma prawna dzisiejszych korporacji ''transnarodowych'' to w głównej mierze własność akcyjna. Chociaż powstanie w XVI wieku w Europie spółek akcyjnych było odpowiedzią na możliwości wynikające z odkryć geograficznych i spowodowane koniecznością rozłożenia ryzyka i zebrania środków na kosztowne przedsięwzięcia gospodarcze, to od samego początku funkcjonowanie korporacji obarczone było znanymi również dziś patologiami. Zauważono to w Anglii już na początku XVIII wieku zakazując tworzenia przedsiębiorstw jedynie w oparciu o umowę akcjonariuszy. Od 1825 roku, tj. od czasu przyjęcia przez parlament angielski przepisów ponownie dopuszczających do tworzenia korporacji, ich rozwój i wpływ na świat gospodarczy sukcesywnie się powiększał. Jednym z kamieni milowych w tym procesie było wprowadzanie w II połowie XIX wieku instytucji ograniczonej odpowiedzialności, co z punktu widzenia istoty przedsiębiorstwa znacznie przyspieszyło proces odrywania własności od zarządzania. Akcjonariusz pozbawiany możliwości zarządzania przedsiębiorstwem koncentrował się na dywidendzie i wartości posiadanych akcji. W przypadku negatywnych sygnałów, jego celem stawało się pozbycie akcji, najlepiej przed innymi akcjonariuszami, a nie ratowanie przedsiębiorstwa, na które i tak nie miał wpływu lub wpływ ten był iluzoryczny. Jest to przecież sprzeczne z logiką przedsiębiorcy. Znikanie osobowego właściciela, broniącego własnego podmiotu gospodarczego, stanowiącego jedyne źródło utrzymania dla jego rodziny, wytworzyło w tym obszarze pewną próżnię. Próżnię wypełnioną już pod koniec XIX wieku poprzez nadanie korporacjom osobowości prawnej, czyli zrównanie ich z bytem autotelicznym, jakim jest człowiek. Decyzja Sądu Najwyższego USA z 1886 roku zawiera zapis, że korporacje są osobami, mają prawo do „należytego procesu sądowego” i „równej ochrony wobec prawa”. Nadając korporacji osobowość prawną, człowiek, zdaniem J. Bakana, powołał do życia osobowość psycho- i socjopatyczną. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne przyjmuje, że pacjent niezdolny do podporządkowania się normom społecznym, wielokrotnie dopuszczający się kłamstw dla zysku, nietroszczący się o bezpieczeństwo własne lub innych, pozbawiony poczucia winy, racjonalizujący krzywdzenie i okradanie innych cierpi na to zaburzenie. Zachowania korporacji spełniające te kryteria znane są od dawna, począwszy od tych mało spektakularnych, np. wymuszanie na małych, prywatnych, dostawcach cen na granicy opłacalności przez zoligopolizowany handel hurtowy, na spowodowaniu w poszukiwaniu tzw. „oszczędności”, niedającej się ukryć, gigantycznej katastrofy ekologicznej w rodzaju wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej w 2010 r. kończąc. [...] Przekazywanie zarządzania wynajętym osobom nie jest samo w sobie niczym nowym, ani nagannym. Natomiast przy braku rzeczywistego właściciela oraz siły gospodarczej i politycznej korporacji w skali światowej trudno mówić, że dzisiejszy kapitalizm funkcjonuje w oparciu o prywatną własność środków produkcji. Dychotomia własność prywatna własność państwowa stała się dziś fałszywa, w XXI wieku dominującą formą własności w gospodarce jest własność korporacyjna. [...]''
 
- powoduje to, że zastosowane doń liberalne miazmaty, przynoszą skutki  odwrotne do zamierzonych: 
 
''Deregulacja konkretnego sektora życia gospodarczego ma w teorii doprowadzić do wzrostu konkurencji poprzez ułatwienie wejścia na rynek podmiotom dotychczas nań niewystępujących. W rzeczywistości uwolnienie rynku nie musi prowadzić do wzrostu konkurencji. Doskonałym tego przykładem była przeprowadzona w latach 90. XX wieku deregulacja amerykańskiego sektora telekomunikacyjnego. 13 głównych korporacji obsługiwało telefoniczne połączenia lokalne i międzynarodowe w 1996 roku, a już trzy lata później, w wyniku fuzji, zostało ich tylko pięć, które przy okazji przejęły usługi pokrewne typu telewizja kablowa, czy też obsługa połączeń internetowych.''
 
Dzieje się zaś tak, gdyż oderwany od indywidualnej własności wielki kapitał ma naturalną dlań tendencję do koncentracji, tworzenia monopoli i oligopoli niezależnie od interwencji państwa w gospodarkę. Sprzyja temu również lenistwo i bierność przeciętnego konsumenta, którego rolę stanowczo zbyt przeceniają ślepi entuzjaści austriackiej szkoły ekonomii. Aczkolwiek to samo można by zarzucić republikanizmowi, jakiego słabością jest założenie o szerokim udziale obywateli we współrządzeniu krajem. Jednak korzystnie odróżnia ten ustrój od utopijnej całkiem demokracji, pozostawienie inicjatywy politycznej w gestii wąskiego grona obieralnych przez ogół urzędników państwowych, co wpływa znacząco na usprawnienie procesu decyzyjnego, a zarazem nakładając na nich obowiązek konsultacji społecznych co ważniejszych uchwał, chroni przed widmem oligarchizacji systemu. Zastosowanie podobnych rozwiązań przydałoby się też w przypadku korporacji, gdzie nader często dochodzi do patologii zarządzania, tak oto opisanych przez Piotra Zalewę w kolejnym artykule:

''Inaczej postrzegane są cele działania przedsiębiorstwa według teorii menedżerskich, które dostrzegają zjawisko rozproszenia akcjonariatu oraz postępujące odrywanie własności od zarządzania. W konsekwencji braku jednego, osobowego właściciela przedsiębiorstwem zarządzają najczęściej osoby, które mając dostęp do praw pochodzących z własności, tj. prawa do dysponowania nią i używania jej owoców, nie ponosiły kosztów jej nabycia ani ryzyka tworzenia jej wartości. Władzy menedżerów może sprzyjać fakt, że najważniejszymi akcjonariuszami są zazwyczaj duzi inwestorzy instytucjonalni, którzy nie zawsze chcą współzarządzać przedsiębiorstwem. Naturalną wydaje się być zatem sytuacja, w której menedżerowie będą najpierw realizować swoje własne cele, nie zawsze przynoszące przedsiębiorstwu największe możliwe do uzyskania korzyści. Określając cele działania przedsiębiorstwa, menedżerskie teorie firmy zakładają, że oprócz generowania zysku, menedżerowie będą dążyć do maksymalizacji własnych wynagrodzeń, do zapewnienia prestiżu i bezpieczeństwa własnego zatrudnienia oraz maksymalizacji pewnych wydatków firmy. O.E. Williamson do tego typu wydatków zalicza m.in. wydatki na personel administracyjny, możliwość korzystania z luksusowych samochodów służbowych, bogato wyposażonych biur oraz zwiększające prestiż menedżerów wydatki o charakterze uznaniowym. [...] Klasyczne, rodzinne przedsiębiorstwo od ''transnarodowej'' korporacji o rozproszonym akcjonariacie odróżnia niemal wszystko: definiowanie, cele działania, poziom skomplikowania działalności, oderwanie zarządzania od własności, a przede wszystkim siła oddziaływania na otoczenie. W przypadku małego podmiotu gospodarczego to nie właściciel, lecz rynek decydował, co produkować, a przedsiębiorca starał się jedynie sprostać oczekiwaniom klientów. Duże podmioty mają możliwość kreowania potrzeb u klientów, ich postaw oraz zachowań, mód i trendów.''

- w czym zresztą przypominać zaczynają państwa, co wzmaga omawiany tu proces fuzji obu instytucji. Swoje robi także trwająca od dobrych paru dekad alienacja kapitału od produkcji, przejawiająca się w dominacji sektora finansowego i obrotu coraz bardziej wirtualnymi aktywami. Aczkolwiek ostatni burzliwy okres przewartościowań ekonomicznych być może sprawi powrót wiodącej pozycji wielkiego przemysłu, choć tym razem zaawansowanych technologii, obaczymy. Tak zmiany zachodzące w powojennej amerykańskiej gospodarce, wśród tworzących jej zrąb tamtejszych korporacyjnych gigantów, podsumował inny ekonomista Paweł Umiński:

''Dodatkowo, wart odnotowania jest też fakt, że dla okresu 1955–1994 pierwsze miejsce zajmowało przedsiębiorstwo z sektora przemysłowegoW okresie 39 lat, tj. od 1955 do 1994 roku pierwsze miejsce na liście 100 największych korporacji pod względem aktywów zajmowały tylko trzy korporacje – w latach 1955–1986 pierwsze miejsce nieprzerwanie zajmowało Exxon Mobil, w latach 1987–1992 General Motors, a w latach 1993 i 1994 General Electric. Coraz większa wartość aktywów pierwszego przedsiębiorstwa w stosunku do PKB od 1987 do 1994 roku jest wyrazem rosnącej w szybszym tempie niż gospodarka USA wartości aktywów tych firm. Symboliczna ale i bardzo wymowna była zmiana na pierwszym miejscu na liście w 1995 roku. W tym roku pierwszy raz na szczycie listy jest korporacja nie z sektora przemysłowego, a z sektora finansowego [ Fannie Mae, a później Citigroup ]. Ta sytuacja utrzymała się do końca okresu objętego badaniem. Uderzający jest też niezwykle szybki od momentu tej zmiany wzrost wartości stosunku aktywów pierwszej firmy na liście do PKB Stanów Zjednoczonych. W 2011 roku osiąga on niewiarygodną wartość 21% PKB największej gospodarki na świecie.''

- wspomniana Fannie Mae, która jako pierwsza instytucja finansowa zdetronizowała na pozycji lidera kapitał przemysłowy w USA, stanowi znamienny pod tym względem przypadek jako sprywatyzowany niby fundusz rządowy z czasów Roosevelta, tak naprawdę będąc subsydiowaną przez państwo korporacją, na którą ma ono przeto bezpośredni wpływ [ ale i vice versa ]. Dlatego podobne giganty wielkiego kapitału są ''za duże by upaść'', i politycy mają żywotny interes w tym, aby futrować je horrendalnymi sumami z publicznych pieniędzy. W świetle powyższego status kapitalistycznej korporacji jest nader paradoksalny - to coś w rodzaju bezosobowego indywiduum, jednostki prawnej pochłaniającej niemal dosłownie prywatnego właściciela kapitału! Tłumaczy to pewien chaos semantyczny, niezgodność pojęć wśród cytowanych badaczy co do adekwatnego opisu korporacyjnego modelu zarządzania - jedni mówią o prywatnej własności skupionej w ręku garstki finansowej oligarchii, inni zaś przeczą takowej, podkreślając ''transnarodowy'' jakoby charakter globalistycznych gigantów, kiedy pierwsi wskazują na ich ścisły związek z poszczególnymi państwami. Co do mnie przychylam się do kompromisowego podejścia, akcentującego hybrydalny status tych cudacznych monstrów jakimi są ''korposoby'', pływające w mętnej wodzie, szarej strefie między tym co prywatne a państwowe - stąd nie imają się ich anachroniczne, liberalno-socjalistyczne kategorie typu ''etatyzm'', ''wolny rynek'' itd.
 
Zasadniczy problem zasadza się więc na tym, czy w dobie państwa jako korporacji o rozproszonej własności akcjonariatu i zarazem wyalienowanego odeń menedżmentu, możliwa jest republikańska formuła zarządzania, polegająca na prawdziwym współrządzeniu aktywami? W modelu tym kadra kierownicza na czele z rectorem-rządcą jak określiłby to Andrzej M. Fredro, winna dysponować szeroką delegacją władzy powierzoną jej przez ogół akcjonariuszy-obywateli, dla niezbędnej skuteczności przedsięwziętych przez nią działań. Zarazem nie może ona jednak być całkiem pozbawiona kontroli, by nie wyrodzić się w satrapię czy doprowadzić do skandalicznego marnotrawstwa środków, jakimi ma władać z nadania walnego zgromadzenia członków korpo-państwa. Wszakże jeśli ci z kolei zyskają nadmierne prerogatywy, nigdy nie wyłonią spośród siebie silnej egzekutywy koniecznej dla prowadzenia pewną ręką całego interesu. Wszystko więc sprowadza się do kwestii ustanowienia sprawnego systemu zarządzania po republikańsku rozumianą korporacją obywatelską, uwzględniającą interesy zarówno zwykłego udziałowca, potężnych inwestorów jak i kadry przywódczej i administrującej majątkiem ogółu. Jak więc z tego widać od polityki, czyli sztuki rządzenia się nie sposób uciec i naiwnym a wręcz durnym jest sądzić, że gospodarkę można oprzeć li tylko na kategoriach czysto ekonomicznych. Nie przypadkiem mowa tu o ''sztuce'', bowiem zarządzanie zespołami ludzkimi, i w dodatku jeszcze tak obszernymi i pojemnymi jak tu omawiane, jest bodaj najtrudniejszą ze wszystkich znanych człowiekowi. Jeśli ktoś potrafi z sumy egoizmów, ambicji i nieuniknionych osobistych urazów wykrzesać zbiorowy, konstruktywny wysiłek przynoszący konkretne rezultaty i zestroić odśrodkowe z zasady ludzkie przywary w realne dobro wspólne, ten [ lub ta ] naprawdę zasługuje na miano prawdziwego mistrza w swym fachu i szamana nieledwie, bo i jest w tym coś zaiste magicznego. Dlatego polityk jest największym z ludzi, o ile rzecz jasna dowiedzie realnie swego tytułu ''rządcy'' w myśl wyłożonego modelu władania zbiorowościami i państwem samym. Funkcja ta bowiem wymaga niezwykłego wprost zespołu umiejętności, które rzadko kiedy idą z sobą w parze jako to zdolności forsowania swych racji z respektowaniem odmiennego zdania, bez narzucania własnego siłą o ile to niezbędne w skrajnych jedynie wypadkach. Najlepiej jest, gdy ludzie rządzą się sami a władza jedynie zestraja ich wysiłki za zgodą samych rządzonych, odpowiednio je przy tym modelując. Do tego wszakże potrzebna jest po republikańsku rozumiana wolność jako uprawnienie do sprawowania władzy wespół z innymi, a nie ucieczka od niej w sferę prywatną i po chłopsku rozumianej ekonomii drobnotowarowej, jak to czynią libertarianie. Nie gardzę nią bynajmniej, gdyby to ode mnie zależało w każdej dzielnicy dowolnego polskiego miasta byłby mikro-rynek, gdzie mieszkańcy prowadzili swobodną wymianę handlową, sęk w tym iż tak nie działa realny kapitalizm jak widać, ani też nigdy on na tym nie polegał wbrew temu co wciskają kuce. Koncentracja wielkiej własności jest wpisana w samą logikę kapitału, ze swej natury dążącego do oligopolizacji i dzierżenia monopolu przynajmniej w pewnych dziedzinach, a nie pod wpływem państwa jakie ten mechanizm jedynie utwierdza. Skrajną naiwnością jest więc sądzić, że w tych warunkach li tylko swobodna gra sił ekonomicznych i mityczna ''deregulacja'' gospodarki, wystarczą dla obalenia monopoli, zwykle przez to jest dokładnie na odwrót.

Dlatego pozostaje stąd wypracowanie politycznych i instytucjonalnych mechanizmów, pozwalających wyzutym z własności zwykłym obywatelom okiełznać jakoś wyalienowane niemal już całkiem spośród ogółu kadry przywódcze korporacji. Na to jednak masy muszą dysponować niezbędnym minimum choć przyzwoitości i jakiegoś pomyślunku, o co w epoce postępującego wykładniczo skretynienia faktycznie trudno. Czeka nas stąd taka lub inna tyrania, czyli demokracja niewolników, że przypomnę, o ile ten proces nie zostanie powstrzymany, lub przynajmniej zachowa się jakaś na tyle liczna rezerwa obywateli świadomych swych praw ale i płynących stąd obowiązków, by istnienie republiki czynić wciąż sensownym. Tak więc jako realne alternatywy polityczne stoją przed Polską następujące scenariusze: przedzierzgnięcie się w kapitalistyczną korporację, a więc despotyzm oligarchicznego kierownictwa, lub najmniej realny przyznaję, ale też najbardziej pożądany model republiki obywatelskiego akcjonariatu - albo widmo rozpadu i gnicia państwowości wedle ''scenariusza ukraińskiego'', rozpaczliwa zaiste kondycja kraju frontowego pod formalnym jedynie władaniem kolejnych medialnych pajaców i kabareciarzy, wynajętych do tej roboty przez takie czy inne oligarchie, reprezentujące zwykle obce miejscowemu ogółowi interesy. Czyli realny ''wolny ryneczek'' jak chcą libki, ustami Tomka Sommera zachwalającymi każdą agresję ekonomiczną obcej korporacji, byle prywatnej niż własnej lecz państwowej. Proszę wybaczyć porównanie, ale tacy osobnicy przypominają mi pewną aktorkę porno obaczoną w dokumencie traktującym o tymże biznesie, właściwie całym już przemyśle usług. Scena o której wspominam pokazywała ją już po nakręceniu gangbangu, kiedy z obspermioną całkiem twarzą dziękowała gorąco z dziesięciu facetom, którzy się na nią strynili. Tak samo i libki radują się niczym wsiowe głupki, że ich będą dymać traktując przy tym jak ostatnią ścierkę, i jeszcze z wdzięcznością przyjmą władczą knagę do ust, byle nie reprezentowała ona tak nienawistnego im przecież ''państwowego etatyzmu''! Cóż, jeśli ktoś sądzi, że taki Facebook dajmy na to jest ''prywatny'', znaczy to jedynie iż jest skończonym durniem nie mającym pojęcia o skali współpracy jego kierownictwa z tajnymi agendami wywiadowczymi USA, o czym mowa wprost w uzasadnieniu wyroku w tzw. sprawie Schrems II. I nie jest to żadne ''psucie rynku przez państwo'' jak bredzą kuce podobne Mentzenowi, lecz korzystny dla obu stron dil, naturalny dla synergii wielkiego kapitału i państwa. Pytanie czy Polskę stać na coś takiego, czy też nadal pełzać będziemy w błocie januszowego bieda-kapitalizmu, który mentalnie utknął w latach 90-ych, oczadzając się wciąż wolnorynkowymi mitami? Narodowe korporacje i akcjonariat pracowniczy oraz obywatelski wydają się wobec powyższego jedynym sensownym rozwiązaniem tychże dylematów.

Zdaję sobie sprawę, że podnoszenie postulatu odnowy polskiego republikanizmu jawi się niczym ''politykal fikszyn'' szczególnie dziś, gdy za jego twarz ma robić z łaski prezesa taki figurant jak Adam Bielan. Wszakże z faktu, że jakieś leśne resortowe dziadki pajacują w sarmackich kontuszach, dorabiając sobie przy tym wzajem herbowe rodowody i zabawiając ''sądami kapturowymi'' nie znaczy, iż studia nad myślą polityczną dawnej Rzeczpospolitej nie mają żadnego sensu. Jedynie skończony tuman będzie zestawiał na równi badaczy takich jak cytowany wcześniej Marek Tracz-Tryniecki, z błaznującymi prowokatorami pokroju łże-hrabiego Potockiego. Co więcej, skoro Jarosław Kaczyński otwarcie zadeklarował się jako republikanin, wypowiadając tym samym również credo programowe swej partii, jest to świetna okazja aby poddać surowemu osądowi prowadzoną przezeń i jego ugrupowanie politykę z tychże właśnie pozycji, czy aby faktycznie realizują interes Rzeczpospolitej?! Wszakże z zasady nie są do tego zdolne korwinowe pajace, którym myli się republikańska idea ''dobra wspólnego'' z ''socjalistycznym kolektywizmem'' - okazuje się więc, iż Rzeczpospolita Obojga Narodów była takim pre-PRL-em, skoro panowała w niej szlachecka tfu! demokracja:). Żarty żartami, ale niniejsze refleksje mają za kanwę jedno, fundamentalne obecnie śmiem twierdzić spostrzeżenie: w starciu z reżimami autorytarnymi jak rosyjski, a tym bardziej totalitarnymi pokroju chińskiego, nie ocalą resztek wolności obywatelskich liberałowie, szczególnie teraz kiedy sami raźno zmierzają w kierunku tyrańskiego LGBTarianizmu [w sensie okazanym uprzednio]. Bowiem nie są do tego programowo zdolni wyznawcy ideologii, dla której ''wolność'' znaczy nade wszystko wolność od władzy, skazując ich przez to na polityczną jałowość i de facto wydając na łup despotów, skoro w swym zaślepieniu wyzbyli się narzędzi obrony przed ich agresją. Tym zaś jest instytucja republikańskiej, a więc doraźnej dyktatury powoływanej na określony czas dla obrony porządku wolnościowego. Stojąca za tym idea silnej egzekutywy jest zaś wstrętna szczególnie libertariańskim ekstremistom, uznającym państwo za zło samo w sobie, nawet już zbędne całkiem, a nie konieczne jeszcze jak dla klasycznych liberałów starej daty. Takie właśnie fanatyczne zaślepienie toruje drogę do władzy despotyzmowi, jak by hołdujący podobnym zabobonom głupcy nie zarzekali się, iż celem ich jest coś zupełnie przeciwnego. Nie ma to żadnego znaczenia powiadam, bo subiektywnie pojmowane przez nich dobro prowadzi do obiektywnego zła, czyli osłabienia i tak już chwiejnego bytu państwa, a być może w perspektywie przyczynia się do ponownej narodowej jak i jednostkowej niewoli. Kto tego nie pojmuje akurat w Polsce, stanowi przez to żywy dowód historycznej ignorancji, niezdolnej do wyciągnięcia jakichkolwiek nauk z najbardziej nawet bolesnych dziejowych wypadków. Liberalny, a już szczególnie libertariański wstręt do władzy i państwa, oznacza faktyczną abdykację z czynnej polityki, pokładając nadzieję w rzekomo wolnych od tej ostatniej mechanizmach ekonomicznych. Można było jeszcze kultywować takową iluzję, gdy nad wszystkim z grubsza przynajmniej czuwał jeden globalny hegemon. Dziś jednak, gdy przeżywa on potężny kryzys i co gorsza, władająca nim oligarchia zwalcza wszelkie próby realnej sanacji tego stanu rzeczy, bowiem godzą one w jej krótkowzrocznie rozpatrywane przez nią interesy, hołdowanie podobnym przesądom zakrawa na straceńczy wprost obłęd, a na pewno skrajną głupotę. Polska jest za słaba, by obronić się w pojedynkę przed potężniejszymi znacznie od niej wrogami, ale być może jest w jej mocy chociaż osłabienie negatywnych skutków agresji ze strony współczesnych wrogów Rzeczpospolitej [ nie tylko innych państw, ale też i obcych grup interesów ]. Niezbędne wszakże jest do tego sięgnięcie do republikańskich korzeni Rzeczpospolitej, uwzględniające rzecz jasna historyczny i społeczny dystans jaki nas dzieli od ''panów braci'', i wyzbycie się przy tym liberalnych fantazmatów rodem z epoki dobiegającej właśnie na naszych oczach kresu. LGBTarianizm zaś zdaje się torować drogę globalnej już tyranii mocarstwowych grup kapitałowych oraz instytucjonalnych, na które w tym systemie ma przejść realna sprawczość polityczna, jak marzą o tym tacy jak Klaus Schwab - a co więc musi nastąpić po trupie Rzeczpospolitej. Natomiast z podanych wyżej przyczyn liberalna łże-prawica z Konfederacji jest w gruncie rzeczy bardzo wygodna dla PiS-u, za sprawą swego odrzucenia republikanizmu dzięki któremu to możliwa jest jedyna sensowna krytyka ugrupowania Kaczyńskiego, czy aby na pewno wypełnia zadeklarowany program. Dlatego jako rzeczywisty, gdyż republikański wolnościowiec mam prawo wypominać obecnie rządzącym, iż wyrzekają się za unijne srebrniki państwowej niepodległości, bo nie pieprzę jak libki o wolnorynkowej anarchii. Podobnie jak zarzucać tym rzekomym ''etatystom'', że chcą podporządkować członkom organizacji POZARZĄDOWYCH funkcjonariuszy PAŃSTWOWEJ policji i zrównać je w kompetencjach z krajowymi agendami kontrolującymi produkcję żywności, a na tym min. zasadza się zło nieszczęsnej ''piąteczki'' dla NGOs-ów - i to mają być ''państwowcy''?!

Na szczęście polscy republikanie obecnej doby nie są zdani jedynie na kanapowe partyjki, powołane chyba li tylko by dopiec Gowinowi [ co zresztą się chwali ]. Owszem, wśród czynnie działających polityków obozu wciąż rządzącego są tacy jak obecny szef polskiej dyplomacji Zbigniew Rau. Aktywnie brał on udział w promowaniu przed paru laty dorobku A.M. Fredry, ponownych wydaniach w Polsce przekładów jego w oryginale napisanych po łacinie dzieł. Zwracał uwagę przy tym na spaczoną perspektywę rozpatrywania rodzimego ''sarmatyzmu'' przez następne pokolenia Polaków, gdy po utracie niepodległości musieli oni mierzyć się z ''przeklętymi dylematami'' nieznanymi tamtym. Idzie o to, że jako żyjący w suwerennym i potężnym wydawałoby się na owe czasy mocarstwie regionalnym, sarmaccy republikanie cieszący się osobistymi wolnościami o które nie musieli walczyć zbytnio, faktycznie wydawać mogą się w oczach ich nieszczęsnych epigonów nadto bezrefleksyjnymi. Wszakże Rau celnie konstatuje, iż dokładnie taką samą postawą wykazują się dziś Amerykanie i ogólnie mieszkańcy Zachodu, którym zdaje się nie mieścić nawet w głowach realna groza upadku liberalnego ładu, do którego przywykli bo tak im wygodnie. Oby więc nie przeżyli wkrótce równie trzeźwiącego boleśnie szoku, jaki stał się udziałem obywateli szlacheckiej republiki, gdy niczym grom z jasnego nieba runęła na ich głowy historyczna nawała, którą Andrzej M. Fredro określił kapitalnym mianem ''wojny polsko-europejskiej''. Faktycznie zasługuje tak nazwać ciąg wyniszczających Rzeczpospolitą konfliktów, rozpoczętych powstaniem Chmielnickiego i kontynuowanych prawdziwym ''potopem'' moskiewskim o iście apokaliptycznych rozmiarach, a w końcu protestanckimi inwazjami Szwecji i Rakoczego. Wprawdzie Rzeczpospolita wyszła z dziejowej zawieruchy obronną ręką, co w obliczu sprzysiężonych naraz przeciwko niej tylu potęg mogło jawić się prawdziwym cudem [ więc jedynie skończony historyczny tuman szydził będzie ze ''ślubów jasnogórskich'' Jana Kazimierza ]. Tracz-Tryniecki stąd porównuje to do hipotetycznej sytuacji, jakbyśmy w '39 dali radę połączonej agresji Hitlera ze Stalinem, tracąc przy tym jedynie Stanisławów a jeszcze do tego wyzwolili Danię. Niemniej choć utrata Smoleńska i Kijowa miały okazać się z czasem brzemienne dla dalszych losów Rzeczpospolitej, o wiele gorsza była cena wewnętrznego spustoszenia i kryzysu dotychczasowego ładu politycznego, z którego Rzeczpospolita już nie podniosła się mimo wcale licznych prób przedsięwziętych ku temu. Dlatego Andrzej M. Fredro nie tylko postulował dla zabezpieczenia się na przyszłość intensywne prace fortyfikacyjne, ale i czynnie weń zaangażował jako wyznaczony przez swój lokalny sejmik urzędnik państwowy [ przyznano mu tam szerokie kompetencje, obejmujące min. konieczne wywłaszczenia dla wzniesienia umocnień obronnych ]. Bowiem jasnym było dlań, iż kolejnej takiej wojny Rzeczpospolita zwyczajnie nie przetrwa przynajmniej w jej obecnym na owe czasy kształcie ustrojowym, stąd ten żarliwy piewca ''złotej wolności'' gotów był nawet wyrzec się jej dla zaprowadzenia absolutyzmu, byle pod rodzimym władaniem o ile tylko gwarantowałoby to zachowanie niepodległości kraju. 

Na ile sam Rau kontynuuje w obecnych warunkach takową postawę to się dopiero okaże, póki co na plus należy poczytać mu wspólny protest z szefem MSZ Ukrainy, przeciwko sprzedaniu jej de facto przez Amerykanów Niemcom i Rosji w złudnej nadziei, że nie będą dzięki temu one bruździć Waszyngtonowi w rozprawie z Chińczykami. I nie ma tu nic do rzeczy postulowana pospołu przez Bartosiaka i Targalskiego amnezja historyczna co do rzezi wołyńskich, zbędna bowiem w ten sposób chronimy nade wszystko własne interesy a nie Kijowa, gdyż to naszym głównie kosztem odbędzie się wspomniany dil. Dlatego jedynie skończony dureń może nań przystać w Polsce, i cieszyć się niczym głupi jak to dowalają ''ukrom'', bo jesteśmy następni w kolejce [ no chyba, że jest koprofagiem i lubi spożywać cudzy kał, to owszem ''smacznego'' ]. Do rangi przełomowego wydarzenia urasta także podpisana przez Raua wraz z ministrami dyplomacji Ukrainy i Litwy w ramach ''Trójkąta Lubelskiego'' deklaracja, w której państwa te uznają dawną Rzeczpospolitą za swe wspólne dziedzictwo. Nareszcie można by rzec, bo to wyraźny sygnał odchodzenia od pułapki zastawionej pospołu przez Niemcy i Rosję, jaką jest formuła tamtejszych nacjonalizmów, groteskowo dotąd wrogich wobec rzekomego ''polskiego imperializmu''. Tymczasem I RP, choć z wiodącą rolą żywiołu polskiego, była także państwem elit litewskich i rusińskich, stąd i ubolewać należy, że upodmiotowienie tych ostatnich w ramach szlacheckiej naonczas republiki, zostało tak bestialsko zniweczone przez kozacką irredentę, wspieraną przez Moskwę i Turcję osmańską [ ale nie zapominajmy, że sam Władysław IV dał się w tę matnię wciągnąć, nielegalnie i wbrew opinii Sejmu zbrojąc Chmielnickiego i jego rezunów ]. Jeśli prawdą jest co podał Otokeł w jednym ze swych ostatnich ''Pitu'', Rau byłby także pierwszym szefem dyplomacji III RP, który odważył się przeczołgać odpowiednio amerykańskiego namiestnika, w osobie niesławnej ambasadorzycy Mosbacherowej. Zacne to, że ponoć zmusił ją do ruszenia swej nabotoksowanej dupy z pałacyku, gdzie dotąd łaskawie przyjmowała miejscowych figurantów wydając im rozkazy na zlecenie różnych ''lobbies'' zza oceanu, jakie oni potulnie przyjmowali do wiadomości. Po czym miał ostentacyjnie zbyć lekceważąco arogancką i nielojalną szmatę, nadającą teraz jawnie na bywszego pryncypała Trumpa, wraz z synalkiem Brzezińskiego - jeśli ten ostatni zostanie mianowany nowym ambasadorem USA nad Wisłą, należy mu urządzić taką ''kocią muzykę'', co by popamiętał ją do usranej śmierci, inaczej pocznie zapewne wcielać w życie chore koncepty tatuśka o ''rozszerzonym Zachodzie od Vancouver po Władywostok''. Sęk w tym, iż choć wszystko to są gesty potrzebne jednak symboliczne, natomiast niepokoi typowe niestety dla naszych elit myślenie życzeniowe, jakie przebija z wywiadu z panem ministrem w ''Rzepie''. Konkretnie nie podzielam jego nadziei, że Amerykanie po wypróbowaniu ''wszelkich możliwych opcji odnajdą jedyną skuteczną politykę'' tj. ochłoną z naszej perspektywy w stosunku do Rosji i Niemiec, co ''z całą pewnością kiedyś nastąpi''. Toż samo zresztą twierdzi Żurawski vel Grajewski jak i Targalski - nawet jeśli co z tego, można rzec: Trump wróci na białym koniu i wysadzi gazrurę na dnie Bałtyku?! Pora wreszcie przyjąć nad Wisłą gorzką pigułę tej oto smutnej dla nas prawdy, jaką wyłożył Piotr Bajda na łamach ''Teologii Politycznej'', iż:

''Europa Środkowa zawsze była dla Stanów Zjednoczonych nie tyle nawet „junior partnerem”, co sojusznikiem drugiego wyboru, gdy nie udawało się uzgodnić form współpracy z najważniejszymi stolicami zachodnioeuropejskimi. Tak było za czasów prezydenta Georga W. Busha, tak też za Donalda Trumpa. Należy mieć świadomość, że jak na razie Europa Środkowa leży na marginesie zainteresowań Waszyngtonu. Udział państw Inicjatywy Trójmorza stanowi raptem 2% w wymianie handlowej Stanów Zjednoczonych ze światem (dla przykładu dla RFN to ponad 20%). Z perspektywy polityki globalnej USA szczególnie Polska, Rumunia i państwa bałtyckie są ważnym partnerem zabezpieczającym wschodnią flankę NATO wobec agresywnej polityki Federacji Rosyjskiej. Dodatkowo stanowimy obiecujący rynek zakupu nadwyżek gazu ziemnego, potencjalnie możemy być partnerem przy projektach energetyki jądrowej, ale na rzeczywiste partnerstwo raczej nie mamy co liczyć.''

- w przeciwieństwie do tegoż autora nie żywię wszakże złudzeń co do ewentualnej nominacji ambasadorskiej Brzezia juniora, z wyłuszczonych już powodów [ jego ''polskie korzenie'' będą miały takie same znaczenie jak w przypadku tatuśka, czyli żadne ], ani tym bardziej chęci przytulenia się do jeszcze bardziej poronionego nowego protektora, jakim miałaby stać się upadła obecnie Francja. Wszystko byle nie zacząć wreszcie kombinować samodzielnie, na własną rękę budując regionalne sojusze, a nade wszystko podejmując próbę wygrywania sprzecznych interesów mocarstw na swoją korzyść. Co czynił Piłsudski mający świadomość, że Polska z racji własnej słabości musi kompensować swe braki przemyślaną taktyką, a nie jak to on dosadnie ujął ''włazić wszystkim w dupę, nawet Murzynom i być w tych dupach [jedynie] obsrywanym''. Biorąc powyższe, nie entuzjazmuję się zanadto osobą nowego szefa polskiego MSZ, zachowując doń ostrożny lecz życzliwy mimo to dystans, tym bardziej iż nawet człowiek najlepszej woli nie da rady posprzątać w pojedynkę gnoju po takich kreaturach jak opisywany tu niedawno Jaro Bratkiewicz, przez których to III RP nie ma praktycznie do dziś rozsądnej polityki wschodniej. Do czego powiedzmy to otwarcie przyczynił się też sam Kaczyński, obierając sobie na doradcę w tej materii równie skompromitowanego bydlaka jak Maszkiewicz, także wspomniany w rzeczonym wpisie o Bratkiewiczu, toż samo rzecz można o Sikorskim kiedy był szefem MSZ z ramienia PO - ale to już inna para kaloszy. W każdym razie w pełni podpisuję się pod spostrzeżeniami, wyrażonymi przez Raua we wstępie do wydanego prawie 20 lat temu dziełka, traktującego o zapoznanych korzeniach tradycji wolnościowej:

''W swojej ponad trzechsetletniej historii liberalna myśl polityczna nigdy nie była w kondycji gorszej niż obecnie. Dziś ucieka ona od rzeczywistości w filozoficzną abstrakcję, w wyniku czego skutecznie odrywa liberalizm od jego jedynej historycznej podstawy – wolności. Przypomina zatem kościół bez Boga, nie ma nic, co może podać jako powód swojego istnienia, niczego nie jest w stanie wielbić i niczemu oddawać czci.''

- konstatując niniejszą jałowość polityczną liberalizmu, dla obrony wolności obywatelskich tak jednostkowych co narodowych, koniecznym jest więc sięgnięcie do podstaw myśli republikańskiej i odnowienie instytucji dyktatury we właściwym jej kształcie, odpowiednim dla obecnych wyzwań. Zarazem historyczna katastrofa rozbiorów, jaką zakończył się byt państwowy Rzeczpospolitej, winna stać się szczególnie dla nas dziejową przestrogą i okazją dla krytycznego namysłu. Wszakże nie może on poprzestawać na powtarzaniu oklepanych banałów, iż wszystko to jedynie przez ''liberum veto'' i warcholstwo szlachty co nie chciała ''absolutum dominium''. Dlatego w następnych wpisach postaram przyjrzeć się, jak to z pierwszymi wypadkami ''wolnego nie pozwalam'' w dawnej Rzeczpospolitej było naprawdę. Uprzedzam jedynie już teraz, że porównanie ustaleń obecnych badaczy tamtej epoki w naszych dziejach, z pokutującymi niestety do dziś w powszechnej nieświadomości przesądami historycznymi, przypomina sytuację niczym z dowcipów o radiu Erewań - tu niemal nic nie przystaje do oficjalnej wersji, podawanej nam jeszcze do łbów za głębokiej komuny, a co III RP nadal odtwarza o zgrozo, i to jeszcze w zwulgaryzowanej wersji!
 
Na finał rekomenduję lekturę kapitalnie rzecz podsumowującego śmiem twierdzić wywiadu z Tomaszem Grosse, umieszczonego na ''Nowym Ładzie'' narodowców. Pisząc powyższe nie miałem o nim pojęcia, a zawiera on niemal wszystko com tu wyłożył, traktując o geoekonomii czyli ''gospodarce jako o narzędziu budowania potęgi [państwa] w polityce międzynarodowej'', nędzy ignorującego te prawidła liberalizmu, potrzebie tworzenia narodowych korporacji zwanych przezeń czempionami, i płynącej stąd konieczności porzucenia skazującego nas na regres dotychczasowego modelu januszowego bieda-kapitalizmu opartego o tanią siłę roboczą, podjęcia za to w kontrze śmiałych inwestycji w krajowe technologie oraz rozbudowę własnej bazy przemysłowej i finansowej, dającej nam rzeczywistą niezależność etc. Nie mogę oprzeć się przed zacytowaniem konkluzji tejże rozmowy, bo jest tak dobitnie wymowna, że należałoby ją wypalać żelazem pod czaskami liberalnych spierdolin, jakimi niestety stoi Kucfederacja:

''W swojej książce pisze pan, że w Azji: „rozwinęła się kultura silnego państwa kontrolującego społeczeństwo i gospodarkę. Nic więc dziwnego, że na przełomie XX i XXI wieku geoekonomię znacznie lepiej rozwinęły państwa azjatyckie”. Czy mógłby Pan rozwinąć tę myśl? Czy to oznacza, że liberalny Zachód jest skazany na porażkę w geoekonomicznej rozgrywce z Azją Wschodnią?

- Musimy zwrócić uwagę na fundamenty cywilizacyjne. Cywilizacje azjatyckie oparte są na silnym fundamencie wspólnotowym. Wspólnota zawsze jest ważniejsza niż jednostka. Cywilizacja Zachodu łączyła w sobie silne państwo, silną władzę z pewnym duchem indywidualizmu, który zyskiwał coraz większe znaczenie wraz z upływem czasu. Tradycja, historia, wartości, wierzenia mają wciąż ogromne znaczenie dla każdej cywilizacji. Na Zachodzie mamy sytuację przedziwną. Unia Europejska dążąc do budowy superpaństwa rozbija państwa narodowe, jednocześnie osłabia tożsamość, spoistość narodową. W wyniku tego nie otrzymujemy ani silnego państwa federalnego z silnym wojskiem, budżetem, scentralizowanymi decyzjami, ani nie mamy szansy na budowę wspólnoty, tożsamości europejskiej. Jeśli ta wspólnota ma opierać się na wykasowaniu większości naszej tradycji, wspólnych wartości, jako przeszkadzających w integracji nie oferując nic w zamian, to na takiej próżni nie sposób coś zbudować. To nie jest żaden fundament, na którym można się oprzeć. Zamiast tego mamy silne tendencje ideologiczne o zabarwieniu marksistowskim, o charakterze nihilistycznym. One są skuteczne w destrukcji, podważaniu tego co Europa zdobyła w sferze tradycji, kultur, historii, ale brak w tym zasobu do tworzenia wspólnoty. Obawiam się, że to prowadzi nas do katastrofy. W Azji mamy odnowioną sferę wartości, na której te państwa budują potęgę. W Europie Zachodniej i USA mamy dekadencję i samodestrukcję na własne życzenie. Patrząc na tę konfrontację z samej tylko perspektywy kultury jasno widać, kto jest na dobrej, a kto złej drodze do zwycięstwa.''

- dlatego Polska ocaleje tylko, gdy oprze swój byt na własnym, swoistym jej fundamencie cywilizacyjnym jakim jest Rzeczpospolita jako dobro wspólne. Natomiast obierając kurs na ślepe naśladownictwo Okcydentu takim jak jest on dziś, skazuje się na zagładę. Przed nami prosty w gruncie rzeczy wybór i bynajmniej nie idealistyczny co widać: rodzimy, neosarmacki eurazjatyzm, albo śmierć.


niedziela, 4 lipca 2021

Samowola to niewola.

Dziś zajmiemy się wykazaniem, że idea silnej, obdarzonej dyktatorskimi prerogatywami władzy jest osadzona w tradycji polskiego republikanizmu, stanowiąc niezbędny gwarant zachowania publicznych wolności. Bowiem ludzie nie potrafiący rządzić się zasługują jeno na los niewolników, a nie miano narodu politycznego - banał niby, a jednak wcale nie w epoce rozpasanej swawoli mylonej powszechnie z wolnością ''osobistom''. Proponuję stąd oparcie się na rodzimej tradycji i w niej poszukanie inspiracji dla środków zaradczych obecnego kryzysu. Prawdą jest com pisał, że nie ma dziś sensu strojenie się w rzymskie togi ni szlacheckie kontusze, ale i to samo tyczy pajacowania w sukmanach chłopskich buntowników czy roboczych drelichach zeszłowiecznych proletariuszy jak czyni dziś wielu, co jednako zasługuje na miano groteskowego muzealnictwa historycznego. Wszakże prawidła rządzące ludzkimi społecznościami nie zmieniły się zgoła nic w istocie od czasów Tukidydesa lub Cycerona, stąd warto sięgać po ich świadectwa o ile pomni będziemy historycznego dystansu jaki nas dzieli. Zanim jednak zanurzymy się aż tak wgłąb dziejów, trzeba wpierw odwołać się do zapoznanego klasyka rodzimej myśli politycznej, czyli wspomnianego już tu parokrotnie Andrzeja Maksymiliana Fredro. Nie miał on wprawdzie dotąd raczej dobrej opinii u polskich historyków, a to jako bodaj czołowy ideolog ''liberum veto''. Jak to jednak już wykazaliśmy trudno nazwać go chwalcą rzekomej ''polskiej anarchii'', gdyż właśnie w ''wolnym nie pozwalam'' upatrywał on remedium na nią i ogólnie ekscesy raczej ''demokracji szlacheckiej'' niźli ''absolutum dominium''. Sam marszałkując fatalnemu sejmowi w 1652 roku, gdzie po raz pierwszy w dziejach miało dojść tym sposobem do zerwania obrad, przyjął ten fakt bardzo niechętnie i co najważniejsze pod naciskiem regalistycznych, a więc prokrólewskich posłów! Warto przy tym dodać, że następny zerwany sejm dwa lata później, został już jawnie z inicjatywy króla Jana Kazimierza, stąd pokutująca do dziś sienkiewiczowsko-jasienicowa wizja historii ojczystej, w której to jedynie warcholska szlachta odpowiada za upadek Rzeczpospolitej, jest co najmniej naiwna. Bowiem ''liberum veto'' było łączną prerogatywą obradujących pospołu Sejmu i Senatu wespół z Królem, stąd paradoksalnie nie obowiązywało w czasie rokoszu podawanego zazwyczaj jako przykład ''szlacheckiej anarchii''. Co więcej, Zygmunt III Waza tłumiąc rokosz Zebrzydowskiego, zwany także ''sandomierskim'', wykonywał właściwie tylko wolę Sejmu, który mu nadał takowe prawo odpowiednią uchwałą! Dlatego już następny w dziejach Lubomirskiego nie był wcale buntem przeciwko monarsze, bo jak inaczej wytłumaczyć ten oto dziwny z pozoru fakt, że w zaledwie parę tygodni po prawdziwym pogromie wojsk królewskich pod Mątwami, przywódca ''rebelii'' złożył publicznie upokarzający hołd pokonanemu przez się w bitwie władcy? O podobnych paradoksach dziejów dawnej Rzeczpospolitej rozbijających w pył brednie o rzekomo istotowej Polakom ''anarchiczności'' długo by gadać, przejdźmyż jednak w końcu do przywołania pokrótce choćby wizji ustrojowych A. M. Fredro, skupiając się konkretnie na pozycji obieranego przez ogół ówczesnych wyborców króla. Posłużę się w tym celu fragmentami opracowania autorstwa Marka Tracza-Trynieckiego, któremu niniejszym należy wyrazić uznanie za przywrócenie do rodzimego obiegu intelektualnego zapoznanego niemal całkiem, a bodaj czy nie najwybitniejszego myśliciela politycznego dawnej Rzeczpospolitej. Warto przy tym skonfrontować uwagi Fredry z uprzednio przywoływanymi świadectwami obcych, wrogich bywa nawet nam polityków, które tylko jakaś zokcydentalizowana na liberalno-lewacką modłę ameba może zaklasyfikować jako przejaw ''typowo orientalnego despotyzmu''. Nie pomna przeto całkiem jak bardzo podobne są one naszej polskiej republikańskiej tradycji wolnościowej, która podkreślam jeszcze raz wcale nie wyklucza a wręcz zakłada silną władzę państwową jako niezbędny warunek zachowania powszechnej wolności! Oto co pisał na ten temat wedle Tracza-Trynieckiego rzeczony polihistor [ przywołuję na prawie cytatu, z zakupionego przez się egzemplarza opracowania, do czego i zachęcam ]:

''Fredro jest przekonany o potrzebie istnienia instytucji króla w Rzeczypospolitej. Stan bezkrólewia opisuje jako okres kryzysu państwa, wyraźnie akcentując odczuwalny brak panującego. Nie oznacza to, że w jego opinii władza zwierzchnia wówczas wygasa - tę przejmuje bowiem w całości naród polityczny. Obawy wojewody podolskiego budzi jednak brak centralnego ośrodka decyzyjnego zorganizowanego pod stałym, zawodowym, jednoosobowym kierownictwem, które uważa, jak już wspomniano, za warunek skutecznego działania. Negatywne skutki odwrotnej sytuacji jasno opisał w przysłowiu: ''Zaden tam nie rządzi, gdzie wszyscy rządzą; ieden drugiemu gdy przeszkadza, abo gdy się ieden na drugiego spuscza''. Z uwagi na to stanowisko pozytywnie ocenia Fredro instytucję rzymskich dyktatorów powoływanych na ograniczony czas trwania zagrożenia, choć widzi towarzyszące jej niebezpieczeństwa nadużycia władzy. Tak więc, bez kierownika skupiającego moc decyzyjną Rzeczypospolita traci swą siłę. Jednocześnie w rozległym państwie złożonym z różnorodnych prowincji władza królewska stanowi centrum jednoczące wysiłki wspólnoty. [...] Gdy uwzględnimy jeszcze preferencję Fredry dla kadencyjności urzędów, choć nie odnosił jej do godności króla, to możemy stwierdzić, że dynamika rozwojowa jego wizji władcy zbliża ją bądź do wzoru rzymskiego konsulatu, bądź co bardziej nawet adekwatne, do modelu prezydentury. Wojewoda podolski określa model władcy właściwy republikańskiemu ustrojowi Rzeczypospolitej łacińskim terminem rector.  Przeciwstawia to pojęcie innym modelom władców: monarchy [monarcha] i pana [dominus]. O ile dwaj ostatni odpowiadają prawidłowej i nieprawidłowej formie jedynowładztwa, czyli monarchii i tyranii, to rektor stanowi niezbędny jedynowładczy człon republiki. Charakterystyczne, że terminem tym oznacza Fredro również odpowiadającą za podejmowanie decyzji część ludzkiego rozumu, która ''kieruje i doprowadza postanowienia do skutku''. Opis ten oddaje w dużym stopniu istotę funkcji władcy-rektora. Polskim odpowiednikiem słowa rector, jaki odnajdujemy w pismach Fredry, stanowi do pewnego stopnia termin ''rządca''. Opisywany model władcy koresponduje z istnieniem wolnego narodu, zdolnego do samodzielnego wzięcia odpowiedzialności za republikę i składającego się z obywateli potrafiących rządzić i być rządzonymi. Taki naród potrzebuje władcy, który byłby w stanie pokierować jego aktywnością i skoordynować ją dzięki swemu jednoczącemu oddziaływaniu. Rektor może tego dokonać ze względu na właściwą jednoosobowemu kierownictwu skuteczność jedności woli oraz stały, niejako zawodowy charakter jego troski o dobro wspólne. Powinien on przewodzić narodowi w ramach jego struktur instytucjonalnych. Przewodzenie, czyli bycie na przedzie sprawia, że do zadań rektora należy rozpoznawanie nadchodzących potrzeb bądź zagrożeń oraz wskazywanie narodowi sposobów ich zaspokojenia czy uniknięcia. Jest przy tym konieczne, by rektor nie tylko przewodził dwu pozostałym członom republiki, lecz także równoważył i łagodził istniejące między nimi antagonizmy. Dlatego też przypisuje mu Fredro ważną rolę, gdy idzie o uzyskanie zgody i podejmowanie finalnych decyzji na Sejmie, co ma niwelować nawet szkodliwą stronę liberum veto [!]. Istotne będzie zaprowadzenie przez rektora dobrego porządku, czyli właściwej organizacji i zarządzania, które umożliwiłyby wykorzystanie potencjału wspólnoty. Jednocześnie król mocą swej władzy ma czuwać nad tym, by w wolnej wspólnocie politycznej wolność nie przemieniła się w swawolę. To zadanie kładzie nacisk na aspekt równościowy, mający zapobiec szkodliwej przewadze możnych. Ze względu na znaczenie króla-rektora w republice Fredro od właściwego pełnienia tej funkcji uzależnia jej los, jak i los jej narodu.''

- z neostalinowskimi bredniami klasyfikującymi powyższe jako ''ideologiczne uzasadnienie opresji chłopstwa przez warstwy wyższe'' rozprawiliśmy się niedawno. Warto nadmienić, że refleksje Fredry nie były zawieszonymi w próżni majaczeniami utopisty, lecz wynikały z jego praktyki politycznej jaka przypadła na burzliwy okres kryzysu Rzeczpospolitej. Przyszły wojewoda podolski zaczynał bowiem karierę od uczestnictwa w ostatnich za panowania Władysława IV sejmach, szczególną aktywnością wykazując się podczas bezkrólewia po śmierci tegoż władcy, gdy kozacka rebelia Chmielnickiego zachwiała dosłownie podstawami dotychczasowego ustroju. Tak opisuje wynikły stąd ferment polityczny Tracz-Tryniecki, kiedy w obliczu wstrząsu zagrażającego podwalinom państwa, palącą stała się kwestia wzmocnienia egzekutywy:

''Podczas interregnum wiele miejsca tradycyjnie poświęcono roli i pozycji ustrojowej króla. W odniesieniu do powstania kozackiego na plan pierwszy wysunęło się znaczenie władcy jako łącznika międzystanowego spajającego państwo. Wskazywano, że spośród trzech członów mieszanego ustroju Rzeczpospolitej to właśnie czynnik monarchiczny jest w stanie zjednoczyć całe społeczeństwo. Postawiono wówczas zasadniczy problem wewnętrznego napięcia konstrukcji Rzeczpospolitej - sytuację wolnościowego republikańskiego ustroju politycznego, który nie obejmował jednak całości mieszkańców, lecz jedynie warstwę uprzywilejowaną. Zdawano sobie przy tym sprawę, że ciesząca się wolnością szlachta postępowała z resztą społeczeństwa w zgoła odmienny sposób. W ramach warstwy uprzywilejowanej realizowany był Polibiuszowski komponent arystokratyczny i demokratyczny. Wypchnięcie poza ramy ustroju republikańskiego reszty mieszkańców sprawiało, że jedynym czynnikiem trójczłonowej Rzeczypospolitej z którym wykluczeni mogli się utożsamiać pozostawał król. W takich okolicznościach, kiedy podczas bezkrólewia uprzywilejowany stan przejął, jako naród polityczny, wyłączną odpowiedzialność za państwo, wrogiem kozackiego buntu stała się Rzeczypospolita. Ustrojową powagę postulatów powstańców najostrzej przedstawił Adam Kisiel [ skądinąd prawosławny Rusin, lecz lojalny wobec stanowej Rzeczpospolitej, który podkreślał otwarcie, iż ''z rebelią społeczności nie trzyma'' i rad byłby, gdyby ''wszystkich buntowników na pal wbito'' - przyp. mój ]:

(Żadnego tedy medium nie masz nad obranie Pana do uspokojenia tej wojny z tych racji, że to chłopstwo contemnit Republicam, a ma w obserwancyjej Pana, co patet i z podpisu Chmielnickiego, gdy się hetmanem Króla Jego Mci zowie. A Rz<eczpos>p<Oli>tą chce mieć taką, aby wszyscy byli aequales, a jedna głowa, tylko: ''Odin Korol, odna hołowa, a my, wsi zarówno''. Więc my tu libere chcemy obrać Pana, aleć i oni mówią: ''Os i my chodźmy znaty, kogo panem budemy mianowaty''.)

Powstańcy domagali się zatem równości w podleganiu władzy królewskiej. Konsekwencją stałoby się spłaszczenie ustroju politycznego, co z jednej strony prowadziłoby do wzmocnienia pozycji monarchy i poszerzenia o Kozaków podstawy demokratycznej, dotychczas zarezerwowanej dla szlachty, a z drugiej, usuwając republikańskie człony oparte na nierówności, pozbawiałoby przeciwwag zapewniających w nim wolność. Doszłoby zatem do zrównania w niewoli, czyli stanu wykorzystywanego z powodzeniem przez absolutyzm. Natomiast w sytuacji braku króla postulaty powstańców pociągały za sobą albo zakwestionowanie całego ustroju Rzeczypospolitej, albo konieczność dopuszczenia ich przynajmniej do części obywatelskich praw rycerstwa. Stąd też wielu z uczestników elekcji uporczywie domagało się jak najszybszego wyboru króla, uważając to za jedyny środek, by uśmierzyć powstanie. Jednocześnie podnoszono klasyczny argument, odwołujący się min. do przykładu rzymskich dyktatorów, że w sytuacji zagrożenia konieczne jest, dla ratunku republiki, przejęcie władzy przez jednostkę - czynnik gwarantujący największą szybkość i skuteczność działania. Zwracano także uwagę, że król jest zwornikiem państwa złożonego z wielu organizmów politycznych, wykazujących nierzadko separatystyczne tendencje. W okresie bezkrólewia dały one o sobie znać w postaci partykularyzmu pruskiego, przeciwko któremu argumentowano, że osobne przywileje dla jednej dzielnicy godziłyby w równość szlachecką. Ponadto w podejściu do roli króla nawiązywano wprost do wzorców biblijnych, zwłaszcza do królewskiej ideologii Izraela.''

- przestrzegam chłopomanów obecnej doby przed entuzjazmowaniem się powstaniem Chmielnickiego jako rzekomą ''wojną ludową'' i słuszną jakoby ''zemstą klasową'', a to przez obciążające konto Kozaków i rusińskiej ''czerni'' chłopskiej pogromy Żydów, popełniane z niesłychanym wprost bestialstwem [ jedynie autentyczni naziści nie będą mieć tu żadnych dylematów ]. Poza tym wśród przywódców rebelii wiedli prym wcale liczni przedstawiciele miejscowej szlachty, by wymienić spolonizowanego już Rusina Stanisława Krzyczewskiego, uznawanego za najwybitniejszego po samym Chmielnickim kozackiego hetmana wojsk powstańczych. Zresztą jak widać można by bunt ten zaklasyfikować programowo raczej jako ''ludowy monarchizm'', o ile wręcz nie swoisty absolutyzm, czego wyrazem była pozycja przywódcy Hetmanatu ustanowionego przez Chmielnickiego i jego następców, pełniących rolę właściwie ''despoty z obioru'' w zmilitaryzowanym systemie rządów. Wracając zaś do A. M. Fredro - nie był on żadnym szlachetnym idiotą co to naczytał się starożytnych autorów, świata nie widząc poza wyidealizowaną cnotą rzymskiego obywatela dawnej republiki. Jako praktyk podkreślmy to jeszcze raz życia politycznego szlacheckiej Rzeczpospolitej, i to w burzliwym okresie jej kryzysu, doskonale zdawał sobie sprawę na jak kruchych podstawach oparty jest porządek wolnościowy, ile wysiłku zbiorowego wymaga jego utrzymanie, oraz z zagrożeń jakie nań czyhają, tak zewnętrznych co i zawartych w nim samym. Jest więc przez to niesłychanie aktualnym dla nas śmiem twierdzić myślicielem politycznym, stąd i niniejszy wpis - oddajmy ponownie głos jego przenikliwym refleksjom na temat szans powodzenia republiki, tak jak je referuje Tracz-Tryniecki:

''W zepsutej republice dominuje obłudne podejście do wspólnego dobra i cnót publicznych, które głoszone są jedynie pozornie, jako zasłona dla prywaty. Fredro wielokrotnie piętnuje tę postawę, nakazując jednakże uwzględnienie tego stanu rzeczy przez obywateli chcących rzeczywiście służyć dobru wspólnemu. Jednocześnie zwraca uwagę, że działając w upadłej republice nie należy pokładać nadziei w środkach opartych na zaufaniu do uczestników życia politycznego. W warunkach rozkładu moralnego obywateli jedynymi skutecznymi metodami politycznego oddziaływania są korzyść materialna i zdolność szkodzenia związana z posiadaniem realnej siły militarnej i gospodarczej: ''W zepsowanym świecie naylepszy warunek rzeczy, kto załeb, albo za mieszek trzyma; Proźba, słowo, discretia, obietnica, pismo, iako sieć z paięczyny, owszem pokrywką iest oszukania''. Z tych względów wojewoda podolski nie ukrywa, że prawym obywatelom ciężko będzie oddziaływać autorytetem na zdeprawowanych współobywateli. Szuka zatem dla nich innych środków wpływania na sytuację w państwie. Szczególne znaczenie w warunkach opisanego upadku obyczajów w republice Fredro przypisuje instytucji jednostkowego sprzeciwu, która w rękach dobrych obywateli mogłaby pozwolić przynajmniej na zachowanie wolnościowej formy rządów. W swym rozumowaniu wojewoda podolski opierał się na rzymskim przykładzie, który tak opisał w Scriptorum:

Gdy bowiem pod każdym względem przeważali w Rzymie przesiąknięci złem obywatele, którzy kierując się osobistymi dążeniami, otwarcie działali na szkodę ogółu i nie sądzili, że sami powinni przydać się republice, lecz że państwo dla nich jest źródłem zysku, Katonowi nie pozostał żaden inny środek starania o dobro republiki, niż żeby, jak do twierdzy, uciec się do bronienia wolności poprzez możliwość veta, którą jako jedyne gwarantowało stanowisko trybuna ludowego.

Tak więc, obawiając się, że w zepsutej republice propozycje zmian okażą się szkodliwsze od samej choroby, a podatni na prywatę i tym samym korupcję obywatele dadzą się w większości pozyskać do ich wprowadzenia, Fredro widzi w liberum veto środek powstrzymania takich zmian. Sens tej instytucji określa następująco: ''żeby niczego szkodliwego nie wprowadzono w państwie''. Jednostkowy sprzeciw stanowi zatem instrument ochrony wolnościowej formy republiki w sytuacji, gdy degeneracji uległa jej materia. Błędem byłoby jednak uznanie, że dla Fredry obrona tej formy stanowi cel sam w sobie. W razie, gdyby nie powiodły się próby naprawy republiki, a ''demokracja okazała się nie do zniesienia i państwu groził obłęd'' bierze on pod uwagę możliwość zaprowadzenia jedynowładztwa.[!]''

- cóż, zalecane przezeń lekarstwo ustrojowe rychło okazało się zabójczą dla organizmu państwowego Rzeczypospolitej trucizną, ale trudno akurat mieć o to pretensje do samego A. M. Fredry, który próbował i tak dość powszechną praktykę polityczną ująć przynajmniej w karby ram prawnych i obwarowując przy tym zaporowymi obostrzeniami :

''Powyższe nie oznacza, że wojewoda podolski nie brał pod uwagę faktu, że liberum veto może stać się narzędziem w rękach złego człowieka. O sytuacji takiej pisał kilkukrotnie w Przysłowiach. Co więcej, spotykał się z nią w praktyce, dając przykład dość radykalnej metody radzenia sobie z upornym sprzeciwem niedojrzałego do odpowiedzialnego użycia weta uczestnika obrad. Na sejmiku w 1656 r. Fredro rzucił się z szablą na tego, który chciał zerwać sejmik, krzycząc: ''Co za pycha tego człowieka, który tu niedawno do nas przybył'' oraz: ''Rozsiekać go trzeba, rozsiekać!''. Musimy jednak zauważyć, że Fredro był zdania, iż wolność sprzeciwu wymaga, by osoba protestująca pozostawała cały czas na miejscu obrad: ''aby od województw takie stanęły artykuły, lubo poseł, który kontradyktuje nie wychodził, ale prawem broniąc kontradykcje do samego dnia pożegnania zatrzymał się, a nie wychodził [ obszerniej rzecz wyłożono w Uważeniu potrzebnym do prędkiego zawierania sejmów, którego Fredro z dużym prawdopodobieństwem był autorem ]. Oznaczało to stałe poddanie potężnej presji całego zgromadzenia, którą mogliby wytrzymać jedynie ludzie silnie motywowani poczuciem słuszności. Do takiego odważnego, niezależnego stanowiska wzywał Fredro prawych obywateli w obliczu zagrożenia republiki. Tę postawę osamotnionego - wbrew większości - trwania przy prawdzie i cnocie dobrze ilustruje jego przestroga dla synów: ''Ale raczej mów sobie luboby wszytek świat przyjaźń wypowiedział cnocie, ja cnoty nie opuszczę i złych naśladować nie będę, luboby ten, ów kwapił się do diabła, ja nie pokwapię''. Podobną postawę wykazał na sejmie w 1661 r., z czasem pociągając za sobą pozostałych uczestników, co zasadniczo odróżniało go od zachowania posłów, którzy - jak Siciński w 1652 r. - po podniesieniu protestu znikali z obrad. Możemy zatem przyjąć, że [postulowany przezeń] wymóg pozostania z kontradykcją do końca sejmu istotnie ograniczałby liberum veto, wymagałby bowiem od protestujących wielkiej determinacji, której Fredro nie spodziewał się po złych i nikczemnych osobnikach.''

- opisem jak głoszone przez się zasady stosował na feralnym sejmie, gdzie doszło do pierwszego przypadku jednostkowego zerwania obrad, jakiemu przewodził jako marszałek, zajmiemy się w osobnym wpisie. Uprzedzę tylko, iż rzecz po bliższym przyjrzeniu jawi się niczym w kiepskiej komedii omyłek, w porównaniu z utrwaloną w powszechnym mniemaniu wizją tychże historycznych wypadków, niestety nadal tkwiącą w głębokiej komunie. A. M. Fredro jak widać nie był żadnym ''warchołem szlacheckim'', dopuszczając nawet możliwość w obliczu powszechnego zepsucia obywateli i upadku samej republiki, zaprowadzenia jakiejś formy absolutyzmu, byle rodzimego. Bowiem jako modelowy wręcz polski patriota, świadomy już wtedy naszej odrębności narodowej [ wbrew całej gadaninie współczesnej ''wychowańszcziny'' jakoby nacjonalizm był dopiero XIX-wiecznym wynalazkiem ], uznawał prymat niepodległości państwowej i to nawet za cenę utraty jednostkowych wolności, które przecież tak cenił:

''Wspólny republice i monarchii [absolutnej] jest zaś, w koncepcji Fredry, atrybut suwerenności w relacjach międzynarodowych. Na określenie suwerenności wojewoda podolski używa terminów jeśli nie tożsamych, to do niej zbliżonych: maiestas, imperium czy integritas. W tym kontekście kilkakrotnie podnosi historyczny argument, że Polska nie podlegała nigdy obcemu panowaniu, nie była zhołdowana, zawsze pozostawała wolna i znajdowała się poza zasięgiem Cesarstwa Rzymskiego. Zachowanie suwerennego bytu państwowego staje się dla Fredry kluczową wartością w życiu politycznym, która usprawiedliwia nawet odejście od przyjętych ram prawnych czy rozłam narodu politycznego. [...] Fredro zwraca baczną uwagę na zagrożenia [dla Rzeczpospolitej] związane z działalnością obcych potęg i monarchów - z ich strony grozi bowiem republice największe niebezpieczeństwo jakim jest jej skolonizowanie. Dlatego też Fredro uważa, że jeśli republika polsko-litewska ma upaść to lepiej, aby przekształciła się w rodzimą monarchię niż obcą kolonię. W 1669 r. w Epistola ad Amicum Fredro rozważał, wobec słabości Rzeczpospolitej, warianty możliwych rządów absolutnych. Zdawał sobie sprawę z negatywnych skutków, jakie przyniosłoby objęcie tronu przez obcokrajowca: ''A w wypadku, gdyby złota wolność miała zginąć, lepiej popaść w absolutum dominium pod panowaniem rodaka niż cudzoziemca.''[!]. Kolonizacja polega na przekształceniu suwerennego dotychczas państwa, stanowiącego centrum - nawet o jedynie lokalnym charakterze - w pozbawioną podmiotowości peryferię zewnętrznej metropolii. Zasadnicza różnica pomiędzy państwem a kolonią leży w samym celu ich istnienia. O ile w przypadku pierwszego cel ten stanowi dobro tworzącej je wspólnoty politycznej, o tyle kolonia służy interesom obcej metropolii. Przykładu dostarczał Fredrze los Czech i Węgier oraz księstw naddunajskich - Mołdawii i Wołoszczyzny. Kolonizacja pociąga za sobą przede wszystkim eksploatację zdominowanego terytorium i jego mieszkańców, co sprowadza się do transferu zasobów materialnych i przejęcia ludzkich. W Czechach i na Węgrzech aktywność i wysiłek mieszkańców nie służą już ich własnemu rozwojowi, lecz interesom Habsburgów. Co więcej, miejscowe elity intelektualne zostają przejęte przez metropolię, a elity polityczne, które mogłyby udźwignąć ciężar podmiotowości, pozbawiono pozycji politycznej i majątkowej. Odbywa się to przy równoczesnym tworzeniu - w drodze nadań i beneficjów - nowych, często obcych etnicznie warstw wyższych, które są uzależnione od imperium a wyobcowane z lokalnych społeczeństw. Na skolonizowanym obszarze dochodzi do zahamowania własnego rozwoju kulturowego miejscowej ludności wraz ze stopniową utratą jej tożsamości, co przejawia się przyjmowaniem kultury metropolii, zwłaszcza jej języka i obyczajów. Znamienne w tym kontekście jak Fredro skomentował sytuację zgermanizowanych Czech: ''całkiem wyzbyły się słowiańskiego pochodzenia przez przyjęcie kolonii, obyczajów i języka niemieckiego''. Od strony politycznej efektem kolonizacji staje się utrata wolności przez naród, który nie ma już wpływu na podejmowanie decyzji, gdyż ich centrum przenosi się do metropolii. Wojewoda podolski podaje tu przykład faktycznej likwidacji wolnej elekcji w przejętych przez Habsburgów krajach. W przypadku kolonizacji tureckiej charakterystyczną cechą jest dodatkowo istnienie stałych, utrzymywanych przez Stambuł patologii życia publicznego - najpoważniejsze to korupcja na wszystkich poziomach władzy, okrucieństwo w życiu politycznym, niestabilność rządów rywalizujących ze sobą hospodarów. Z jednej strony, przedstawiona powyżej sytuacja rodzi w mieszkańcach skolonizowanych terenów chęć zrzucenia jarzma niewoli, co Fredro łączy z pragnieniem wolności. Z drugiej wszakże, warunki kolonialne demoralizują ich, skutkując brakiem wzajemnego zaufania, identyfikacji i oddania dobru wspólnemu, niewiarą we własne siły, a także zdradą, przewrotnością, prywatą i kłamstwem. Te wady zaś przekładają się ostatecznie na porażkę niepodległościowych zrywów. Podbitym narodom brakuje bowiem zdolności do wolności - mogą wprawdzie o nią walczyć i za nią umierać, ale nie będą mogły się nią cieszyć [!].''

- uderza tu rozważana serio przez Fredrę już wtedy możliwość rozbiorów Rzeczpospolitej przez obce potęgi, na blisko wiek przed tym kiedy niestety stały się one rzeczywistością. Zwraca także uwagę, że oznaczało to dlań skazanie na los kolonii, wzorem zamorskich posiadanych przez ówczesne państwa europejskie, a więc de facto status ''białego Murzyna'' czy Indianina dla Polaków [ jakże to współczesne! ]. Zarazem świadczyło o sporej desperacji, by nie rzec rozpaczy u tak gorliwego przecież piewcy ''aurea libertas'', wszakże niezaślepionego nią na tyle, że wolał już poświęcić drogie sobie swobody polityczne na rzecz utrzymania bytu samego państwa i niepodległości tworzącego go narodu, wtedy jeszcze szlacheckiego głównie. A to dlatego, iż był w pełni świadom zatrważających skutków jakie w dłuższej perspektywie niesie despotyzm dla poddanej jego władzy społeczności, bowiem za podstawę ma on powszechną demoralizację zbydlęconego wprost motłochu. Tym samym więc tyrania jest demokracją niewolników, nierządem rozpasanej samowoli wyzutej niemal z wszelkich ograniczeń, poza kapryśną wolą despoty, w istocie anarchisty na tronie:

''W warunkach upadku cnót publicznych poprawne zachowania obywateli uzyskuje się już nie dzięki właściwie ukształtowanej dobrowolnej motywacji, lecz poprzez ich wymuszenie prawem i towarzyszącymi mu sankcjami. W jednym z ostatnich pism w 1679 r. Fredro przypisywał w tym względzie szczególną rolę królowi, który mógłby stać się narzędziem odrodzenia moralnego narodu, umiejętnie stosując surowsze kary oraz dające przykład nagrody. Wojewoda podolski zdawał sobie jednak sprawę, że władca sam może stać się czynnikiem demoralizującym naród polityczny. Przykładu dostarczało mu zachowanie pary królewskiej w latach sześćdziesiątych [XVII wieku]. Zauważał przy tym, że władca będący tyranem nie wykazuje zainteresowania podniesieniem poziomu moralnego poddanych - ich cnota jest dla niego niebezpieczna, gnuśność korzystna. [...] Co gorsza, jego postępowanie idzie w parze ze skłonnościami ludu, dla którego sytuacja rozprzężenia moralnego okazuje się pod wieloma względami wygodna. Fredro, odróżniający terminologicznie lud od narodu politycznego, tak to opisał:

lud pospolity [vulgus] nade wszystko mierzi sobie porządek i woli złych panów, byle w nieporządku i przy rozpuście, niż dobrych doświadczać, aby tylko bez rządu żył, a do ustawy prawa i cnoty tudzież skromności zgoła go nie układano. Stąd, przeciwnie, źli panowie puszczają się jedynie na sztuki przymilania się poddanym, że kiedy innych z majątku ogołocą, nad drugiemi rozpustnie się napastwią, na powszechną wolność tam i ówdzie nastąpią, [...] różnymi fortelami i przysadą radzi swe sprawy zdobiąc, zwłaszcza gdy na pokątne występki, wzajemne ludu swawole i pogorszenia przez szpary patrzą, ba, umyślnie pobłażają dla pokazania rozpustnej swobody, kiedy lada komu złym być i zuchwalić się na drugiego wolno [ i za sztukę uchodzi ].

Najbardziej obawiał się jednak wojewoda podolski sytuacji, gdy zepsuciu uległ zarówno naród, jak i władca: ''A jeśli wszyscy są źli? Nie tylko nieszczęśliwa jest taka rzeczpospolita i nie tyle upada, ile już całkiem pogrążona jest w hańbie i odwraca się do góry nogami''. Pozostałe okoliczności - zepsuci rządzący przy zdrowym ludzie i odwrotnie - dają jeszcze republice szanse przetrwania. [...] Charakterystyczne jednak, że Fredro przewiduje sytuacje, w których utrzymanie wolności nie będzie możliwe, a zaprowadzenie rządów autokratycznych stanie się wręcz koniecznością. Dzieje się tak wówczas, gdy następuje rozkład moralny danej społeczności, która nie jest wówczas zdolna żyć w stanie wolności. Co więcej, wolność mogłaby okazać się dla niej samej groźna. Fredro opiera to założenie na swych własnych obserwacjach Zachodu: ''Widziałem i dowiedziałem się o tak licznych pojedynkach, ojcobójstwach, trucicielstwie, gwałtach, cudzołóstwie i innych czynach niespokojnego umysłu, popełnianych prywatnie i publicznie [nie wspominając o grzechach wobec świętości] wszędzie, tylko nie u nas w Polsce''. W takiej sytuacji absolutne rządy istotnie stanowią wybawienie. Podobne zagrożenie stanowią wojny, ponieważ zmęczeni długotrwałą niepewnością ludzie gotowi są oddać wolność w zamian za obietnicę spokoju, nawet pod rządami jednowładcy.''

- dopiero na tym tle widać, jakim złem jest publiczne manifestowanie najgorszych perwersji, bowiem toruje ono drogę nowej tyranii! Nie ma tu znaczenia, iż ktoś dobrowolnie czyni się seksualnym niewolnikiem prowadzonym na smyczy jak zwierzę, co skądinąd jest jak najbardziej dopuszczalne na gruncie po libertariańsku pojmowanej ''wolności''. Bowiem jego subiektywnie pojmowane dobro sprawiające mu zboczoną przyjemność poniżenia, prowadzi tu do obiektywnego politycznego zła usankcjonowania powszechnej demoralizacji. Taka sytuacja jest zaś wygodna dla każdego despoty, bo o cóż ma prawo oskarżyć go zdeprawowany motłoch - że nie może tyle kraść co on, ani stać go na równie luksusowe dziwki? Obfite resztki z pańskiego stołu rychło zapchają mu gębę, innymi słowy potrzebujemy kodeksu norm przestrzeganych pod karą surowych sankcji, gdyż bez nich życie społeczne zaczyna przypominać reguły rządzące stadem pawianów, o ile nie kłębowisko jadowitych żmij. Dlatego to republikański Rzym tak bezwzględnie tępił sekretne kulty orgiastyczne i z tych samych powodów surowo pokarał westalki, kapłanki publicznego kultu, które okazały się zwykłymi szlaufami dającymi na prawo i lewo. Pogrzebano je za to żywcem, zaś ich kochanków rozsieczono rózgami na krwawą miazgę, nie oszczędzając najbardziej nawet utytułowanych, i jakby tego było mało dla przebłagania bogów za bluźnierstwo jakiego dopuściły się nieprawe ''dziewice'', złożono w ofierze po parze niewolników [ do której to praktyki uciekali się Rzymianie w nadzwyczajnych sytuacjach, gdy byt republiki wisiał na włosku np. po bitwie pod Kannami ]. Fakt, iż sami obywatele starożytnej republiki nie prowadzili się zbyt obyczajnie, i to oględnie zowiąc, nie ma tu nic do rzeczy, bowiem chodziło o przykładne ukaranie złamania powszechnie obowiązujących reguł, czyniących sferę publiczną domeną wolności politycznej. Tak bowiem pojmują elementarne swobody republikanie, jako uprawnienie do współrządzenia, w przeciwieństwie do liberałów dla których rzekoma ''wolność'' realizuje się głównie poza dziedziną władzy i polityki, na polu prywatnej i najlepiej ekonomicznej działalności. Rzecz jasna nie nawołuję do równie okrutnych metod, wystarczy jedynie konsekwentne egzekwowanie istniejących w obecnym prawie przepisów, pozwalających karać parę meneli czy przećpanych wyrostków za kopulację w miejscu publicznym. Przystając zaś na tak bezczelne łamanie kodeksów i norm jakimi są faszystowskie bez mała marsze dumy perwersów, godzimy się na sprzeniewierzenie podstawowej zasadzie równości wobec prawa, a w perspektywie nadejście tyranii politycznej i ekonomicznej nowego typu. Bowiem tutaj to sami ludzie z własnej woli będą czynić się cudzą własnością, nakładając dobrowolnie jarzmo co - podkreślmy jeszcze raz - jest jak najbardziej zasadne z czysto libertariańskiego punktu widzenia. 

Wykazania tego dokonał dr Łukasz Dominiak w szczegółowej analizie poświęconej zagadnieniu, odsyłam też do lektury tekstu przywoływanego tu już nie raz Krzysia Pacewicza pod wymownym tytułem: ''Zboczony seks jako bioopór''. Wyczytać tam możemy, że seks ''w perspektywie analiz Foucaulta jest przede wszystkim kluczowym dla nowoczesności polem gry (bio)władzy'', co ma oznaczać iż ''podział na sferę publiczną i prywatną jest nie do utrzymania''. W praktyce prowadzi to do bredzenia o ''emancypacyjnym potencjale praktyk BDSM'', od siebie dodajmy, że dla francuskiego filozofa ''przestrzenią biooporu'' i nieskrępowanej ''zmysłowej twórczości'' była również uprawiana przezeń homoseksualna pedofilia. Nie mogło być inaczej, skoro ''w praktyce biooporu chodzi o produkowanie nowych, twórczych form korzystania z ciał'', bowiem ''według Foucaulta uprawianie niedyscyplinarnych praktyk przyjemności – czyli tego, co dewiacyjne, zboczone w stosunku do norm społecznych – jest swego rodzaju politycznym imperatywem''. Mamy tu czarno na białym stwierdzone bynajmniej przez krytyka a entuzjastę takowych zboczonych praktyk, że manifestowanie swych dewiacji, jak i ich osobiste doświadczanie to akt polityczny, mający na celu zdewastowanie przestrzeni publicznej w imię chorego pojmowania ''wolności'', a w istocie niepohamowanej samowoli. Każdy despota przyklaśnie więc temu, co poniekąd przyznaje sam Ksysio stwierdzając, iż ów ''bioopór'' podejrzanie ''przypomina etopolityczną biowładzę'' tak niby zwalczaną przez Foucaulta, cóż z tego, że ''podporządkowaną nie jednemu stałemu i unifikującemu urządzeniu seksualności, lecz raczej wielu zmiennym maszynom przyjemności''? Dowodem obyczajowa deprawacja nie ustępująca zachodniej rozpanoszona w Rosji i Chinach, [ ludobójcze wręcz rozmiary masowych aborcji, traktowanie ludzi jako rezerwuary narządów, homoseksualna pedofilia za której tępienie śmierć poniósł rosyjski naziol ''Tesak'' ], gdzie miejscowe reżimy stawiają opór LGBT bynajmniej aby były ''konserwatywne'', lecz iż wiąże się to z politycznym przecweleniem przez obecny Okcydent. Nieobyczajność jest cechą niewolnika - i nic tego nie zmieni, jakby nie kombinować bredniami o tym, iż jakoby ''żadna praktyka seksualna nie jest zboczona w swojej istocie, aby więc stawiać biowładzy opór, należy zachować czujność i sprawdzać, czy własne zwyczaje seksualne nie tracą swojego wywrotowego potencjału wraz z tym, jak normy urządzenia seksualności ewoluują'', jak bełkocze Pacewicz junior. Synalek redachtora żydo-masońskiej gejzety dla Polaków, który to ''wychował'' jak widać deprawatora, skurwiela i seksualnego faszystę, usiłującego nadać sankcję najdzikszym formom tyranizowania ludzi, włącznie z gwałceniem dzieci czy ruchaniem trupów, bo niby czemu nie, skoro liczy się jedynie ''imperatyw nieustannej kreatywności'' w domenie seks-polityki, po to by ''wydobywać erotyzm niedyscyplinarny'' na jaw?

Niniejsze winni zakodować sobie mocno w głowach także wszyscy zbrzydzeni rodzimym nierządem i marnością, z podziwem za to traktujący obce despotyzmy obojętnie czy z Zachodu lub Wschodu. Sam Fredro był świadom, iż faktycznie sprawniej zwykle prowadzą one wojny i politykę zagraniczną od ustrojów wolnościowych, wymagających zgody opinii publicznej i przedłużającego się tym samym deliberowania, grzęznącego bywa w jałowych sporach. Wszakże cena powiadam była sroga za doraźną skuteczność autokratycznych rządów, znać to dobrze po Rosji i jej elitach, żyjących bynajmniej w obawie przed obcą inwazją, bo ta zwłaszcza dziś jest mało prawdopodobna, ale nade wszystko uzasadnionym strachu przed własnym ''głubinnym narodem''. W tej perspektywie dopiero widać czemu właśnie tam marksizm ze swą programową pogardą wobec państwa i prawa jako ''narzędzi opresji klasowej'' znalazł tak żyzny grunt, bowiem totalitaryzm to wszechwładna, odgórnie narzucona anarchia, czyli despotyzm w powyższym sensie podniesiony do potęgi, a nie stłamszenie jednostki przez państwo czy kolektyw jak pierniczą libki. Dlatego mimo wszystko lepszy jest wolnościowy system rządów nawet z towarzyszącymi mu nieodmiennie wadami, o ile tylko jego obywatelom swobody jakimi się w nim cieszą nie pomylą z samowolą, ta bowiem nieuchronnie doprowadzi ich do zniewolenia. Jedynym wtedy ratunkiem staje się ustanowienie rodzimego despotyzmu, dla zachowania przynajmniej zbiorowej wolności od obcej niewoli, skoro już nie sposób praktykować osobistej z racji upadku gwarantującego tą ostatnią ładu. Jego brak zaś czyli realna anarchia to rozproszona tyrania, rządy wielu małych despotów zamiast jednego wielkiego, a nie jakowyś ''spontaniczny, oddolny ład'' rynkowy lub kolektywny o jakim roją tzw. ''anarchiści'' libertariańscy czy lewicowi. Jedynym więc sensownym wyjściem między odgórną anarchią despotyzmu, i oddolną radykalnej demokracji [ wzajem przeto się uzupełniającymi ], jawi się republikański ład w którym ludzie rządzą się sami tj. zdają sobie sprawę, iż tylko własne możliwie suwerenne państwo może być gwarantem ich wolności osobistych co i społecznych. Dlatego ustanawiają w tym celu silną, obdarzoną niezbędnym autorytetem władzę, aktywnie w niej współuczestnicząc jak to opisuje w swych pismach A.M. Fredro:

''Relacja między narodem politycznym a władzą zwierzchnią stanowi główną oś dynamiki ustrojowej we Fredrowskim ujęciu republiki. Wojewoda podolski uważa, iż naród polityczny by właściwie funkcjonować potrzebuje obecności władcy, a bezkrólewie to sytuacja przejściowa. Jednocześnie Fredro wyraźnie jednak zaznacza, iż naród polski nosi imię ''narodu-władcy'', czyli że jest zdolny do samodzielnego prowadzenia swych spraw. W tym kontekście Andrzej Maksymilian wielokrotnie zwraca uwagę na troskę, jaką naród wykazuje - bądź powinien wykazać - względem Rzeczpospolitej, której stan zależy wszak bezpośrednio od jego starań. Fredro posługuje się tu porównaniem narodu polskiego do załogi doświadczonych żeglarzy, którzy sami znają swoje zadania. Nie jest to bynajmniej cechą powszechną, gdyż ludy częściej poddane są biernie władcom. Charakterystyczne również, że wojewoda podolski wyraźnie odrzuca tezę o zawieszeniu w okresie interregnum mocy obowiązującej prawa, co łączy z przekonaniem, że pełnia władzy zwierzchniej - ''siły królewskiej'' - przechodzi wówczas na naród polityczny. W stosunku do ''narodu-władcy'' rządzący nie jest panem [ dominus ], lecz kierownikiem [ rector ]. Taki naród, obrawszy swego władcę, nie przenosi na niego władzy zwierzchniej, ale powierza mu jej część, dzieląc z nim później jej wykonywanie. Władza ta wraca ponadto do narodu z chwilą śmierci króla lub rażącego naruszenia przezeń zawartej umowy. Wówczas to naród staje się wyłącznym dysponentem i wykonawcą władzy. Choć Fredro nie podaje w wątpliwość faktu, że władza zwierzchnia pochodzi od Boga, to uznaje zasadność praktycznego powierzenia jej przez naród na drodze elekcji. Władca pełni wobec narodu politycznego funkcje służebne, wynikające ze specjalizacji procesu rządzenia. [...] W warunkach Rzeczpospolitej najwyższym urzędnikiem [ supremus Magistratus ] pozostaje król.''

- biorąc powyższe zmuszony jestem zweryfikować mocno postawioną przeze mnie tezę, gdym po raz pierwszy wspominał tu o bohaterze niniejszego wpisu, jakoby dawna Rzeczpospolita upadła min. z braku świadomości wśród jej obywateli konieczności zaprowadzenia po republikańsku rozumianych dyktatorskich form rządu. Nie jest to prawdą jak widać, bowiem A.M. Fredrę jako uznaną i cieszącą się należnym autorytetem u ''panów braci'' postać ówczesnego życia publicznego, można potraktować jako wyraziciela opinii znacznej części szlachty. Dlaczego więc mimo tego nie doszło do zasadniczej reformy państwa i Rzeczpospolitą czekał koniec? Powiem otwarcie - nie mam pojęcia, wiem tylko jedno: dzieje I RP wymagają dalszych, pogłębionych studiów, by odkłamać nawarstwione nie tyle latami, co wręcz wiekami przesądy na jej temat. Weźmy ''sejm niemy'' cieszący się w popularnej opinii złą sławą, jakoby stanowił dowód upadku państwa i ''anarchii szlacheckiej'', bowiem zgromadzeni na nim posłowie mieli zostać sterroryzowani bagnetami otaczających ich wojsk rosyjskich. Tymczasem jego ''niemota'' była efektem wcześniejszych ustaleń samych uczestników a nie wymuszona przez czynniki zewnętrzne, co więcej próbującego rzeczywiście ingerować weń rosyjskiego ambasadora odesłano precz, skutkiem zaś pomyślnie przeprowadzonych obrad stało się min. wycofanie falang Piotra I z granic Rzeczpospolitej. Jak zauważa historyk Adam Perłakowski, żaden bodaj sejm do czasu Wielkiego nie podjął naraz tylu pożytecznych reform min. kładąc kres rozpanoszonej przez dotychczasowy kryzys parlamentu sejmikokracji, zakazując hetmanom prowadzenia osobnej, i przez to szkodzącej interesom państwa polityki zagranicznej, czy uchwalając pierwszy bodaj regularny budżet w dziejach szlacheckiej republiki, oraz takież podatki na stałą armię, wprawdzie zbyt mało liczebną jak na potrzeby obrony kraju, niemniej. Natomiast owszem rosyjskie bagnety terroryzowały posłów na sejm, ale w 1776 roku i to z inicjatywy ''króla Stasia'', tegoż ''oświeconego władcy'' od ''obiadów czwartkowych'', działającego tu w zmowie z ambasadorem Petersburga. Przyznać także wypada, iż to nie do Targowicy należy haniebna ''palma pierwszeństwa'', jeśli idzie o słanie pokornych suplik do Rosji jako rzekomej gwarantki ''złotej wolności'' w Rzeczpospolitej, zagrożonej jakoby przez widmo rodzimego ''absolutum dominium'', bowiem tym trudniła się już w poł. XVIII-ego stulecia reformatorska przecie ''Familia'' Czartoryskich. Zła sława zaś sejmu ''niemego'' płynie zapewne z powziętych na nim uchwał wymierzonych w innowierców, tyle że były one nadzwyczaj łagodne wobec represji, jakie musieli w owym czasie cierpieć katolicy w krajach protestanckich, z Wielką Brytanią na czele. Pobieżny ten przegląd okazuje dowodnie konieczność dalszych dociekań co do zapoznanego całkiem niemal dorobku politycznego dawnej Rzeczpospolitej. Kontynuacji wymaga również studiowanie myśli Andrzeja Maksymiliana Fredro np. jego oryginalnych postulatów uzdrowienia rodzimej ekonomii, jak i wojskowości, ze szczególnym uwzględnieniem wzniesienia systemu fortec nie tylko na granicach, ale także w obrębie kraju [ do czego sam walnie się przyczynił ]. Nade wszystko zaś wypadałoby podjąć próbę chociażby osadzenia niniejszych refleksji w aktualnym kontekście, stąd w następnym wpisie zajmę się obecnymi perspektywami polskiego republikanizmu, jakich żadną miarą nie należy utożsamiać z cyrkiem Bielana.