piątek, 16 października 2020

Putin jako liberalny katechon.

Nie sądziłem kiedykolwiek, że będę z uznaniem omawiał książkę wydaną przez ''Kretynykę Pederastyczną'', choć pomnę pojawiła się już tu onegdaj krótka rekomendacja pracy jaka ukazała się także ich nakładem, mowa o ''Teorii partyzanta'' Carla Schmitta, wybitnego nazistowskiego filozofa prawa, i nadwornego jurysty Hansa Franka, ale to oczywiście nie jest promocja faszyzmu i rasizmu w ich wydaniu nomen omen, gdzieżby tam. Tym razem jednak poświęcę rzeczy więcej uwagi, bo jest godna tego, gdyż nie są to lewackie pierdoły w rodzaju grafomanii przećpanego pedała Jasia Cweli. Konkretnie idzie o niezwykle ciekawą pracę Arkadija Ostrowskiego pod wymownym tytułem ''Rosja-wielkie zmyślenie'', traktującą o burzliwym okresie od rozpadu ZSRR, a tak naprawdę genezy tegoż gnicia jeszcze za nastania chruszczowowskiej ''odwilży'', po rządy Putina. Autor przyjmuje tu ciekawą optykę rozpatrując niniejszy czas poprzez przemiany jakie zachodziły w rosyjskich mediach, dziennikarzom przyznając znaczącą rolę w sprawstwie wydarzeń, a to dzięki statusowi tej grupy zawodowej w ichnich warunkach, zwykle blisko związanej z Kremlem. Mnie jako ''znanego kucofoba'' i ''korwinożercę'' szczególnie raduje świetne ukazanie w pracy Ostrowskiego jak liberałowie i rosyjska klasa średnia wynieśli Putina do władzy. Bowiem to właśnie obawa przed poradzieckim, komuno-faszystowskim populizmem żywiona przez żydowskich przeważnie ''oligarchów'' jak i obóz Jelcyna, sprawiła iż namaścili oni pospólnie na jego następcę nikomu wówczas niemal nieznanego, byłego czekistę. Jawił im się jako idealny naonczas kandydat, powiązany wprawdzie z ''siłowikami'', ale zarazem człowiek ''demokratycznego'' mera Petersburga Sobczaka, tak naprawdę lokalnego bonzy i mafioza - Putin wzorem swego bywszego pryncypała płynnie przeflancował się z komunistycznego aparatczyka na resortowego ''liberała''. Zresztą leningrandzkie jeszcze KGB skąd się wywodził, już wtedy słynęło z ''awangardowych'' jak na ZSRR, ''wolnościowych'' rozwiązań - to pod jego auspicjami mogły rozkwitać pierwociny sowieckiej sceny rockowej, a tamtejsze punki chronić się przed bezlitośnie pałującą ich milicją, obawiającą się jednak zapuszczać w rewiry zarezerwowane dla czekistów. Tak, pierwszy bodaj anarchistyczny skłot za czasów gnijącego sowieta prosperował tuż obok lokalnej siedziby specsłużb, po szczegóły odsyłam do ''Oczami radzieckiej zabawki'' Konstantego Usenki, bodaj jeszcze lepszej od omawianej książki o historii poradzieckiego muzycznego undergroundu. Nie może stąd dziwić, iż program ekonomiczny z jakim Putin doszedł do władzy, zakładający wprowadzenie niskiego podatku liniowego, był najbardziej wolnorynkowy bodaj w całej historii Rosji, pierwszy wieloletni minister finansów w jego prezydenckiej administracji Aleksiej Kudrin człowiekiem ''liberalnego reformatora'' Czubajsa, zaś doradca ekonomiczny Andriej Iłłarionow to w ogóle już hardkorowy libertarianin związany z Cato Institute, o którym dość rzec iż jednym z fundatorów tegoż był nie kto inny jak sam Rothbard - dlatego gdy słyszę o kimś deklarację, że jest ''wolnościowcem'' odruchowo łapię się za wirtualny portel. Rosyjski autokrata jest u nas fałszywie postrzegany jako postbolszewicki nostalgik, nadworny intelektualista PiS, znakomity skądinąd historyk Andrzej Nowak z lubością przywołuje przy każdej nadarzającej się okazji znaną wypowiedź Putina, że tylko człowiek bez serca nie może tęsknić za czasami ZSRR, ale nie cytuje jego drugiej części, iż jedynie osoba pozbawiona rozumu pragnęłaby powrotu radzieckiej władzy. Bowiem oznaczałoby to wywłaszczenie, a pewnie i śmierć takich posowieckich burżujów jak Putin i jego przydupasy właśnie, którzy wzbogacili się na uwłaszczeniu państwowym majątkiem, i po to rozwalili krępujący ich w tym względzie system komunistyczny. Owszem, jak by to cynicznie i może dla niektórych nawet obrazoburczo nie zabrzmiało, to nie ''Solidarność'', a tym bardziej nieliczni i mocno zinfiltrowani przez sowiecką bezpiekę radzieccy dysydenci obalili komunę, lecz uczynili to sami post-komuniści, aparatczycy i funkcjonariusze bezpieki kierowani pazernością na niedostępne im bogactwa. Dotychczasowy system władzy gwarantował im profity na poziomie standardu życia co najwyżej klasy średniej na ówczesnym Zachodzie, a i to jedynie samej wierchuszce, oni zaś pożądali pławić się w luksusie jak prawdziwi krezusi, i to im się właściwie udało, można więc rzec ''ludzie sukcesu'', nasza kuceria powinna stawiać ich sobie za wzór:). Dlatego ostatnia rocznica puczu bolszewickiego znana jako tzw. ''rewolucja październikowa'' nie była specjalnie hucznie celebrowana w putinowskiej Rosji, trudno by względami reżimu cieszył się przykład udanego zamachu stanu, skoro położył on brutalnie kres rządom dotychczasowej elity, która skończyła w zbiorowych mogiłach, z czego Putin jako czekista doskonale zdaje sobie sprawę. Przecież wiedziony podobnymi motywami Chruszczow, sam stalinowska kreatura mająca na rękach krew wielu ofiar ''czystek'', zdecydował się na ujawnienie zbrodni Stalina, oczywiście jedynie wobec takich partyjniaków jak on by uniknąć ich losu, a jeszcze wcześniej bezwzględny morderca, zboczony sadysta Beria ''zliberalizował'' łagrowy reżim. Właśnie tacy ludzie jako wykonawcy terroru w pierwszej kolejności zdają sobie sprawę z jego upiornej logiki nieuchronnie pochłaniającej także i katów, o ile w porę oni sami nie zatrzymają krwawej machiny. Dość się już człek namęczył zabijaniem ludzisków, teraz przyszła pora na spokojną konsumpcję zagrabionych przy okazji majątków ofiar, tak więc ''wybierzmy przyszłość'', tym bardziej iż zbytek skrupułów i rozpamiętywanie bolesnej przeszłości przeszkadzają jedynie w radosnym używaniu i życiu na kredyt, liberalna amnezja i bicie pokłonów przed bożkiem ''wolnego rynku'' idealnie się w ten mechanizm zapomnienia historii wpisują.

Za powyższe nie da się więc obwiniać li tylko ''rosyjskiej specyfiki'', jaką to próbuje się też ohydnie i kłamliwie usprawiedliwiać rzekome ''błędy i wypaczenia'', a w rzeczywistości istotowe zło komunizmu jako takiego, bez względu na jego wcielenia w określonych okolicznościach miejsca i czasu. Bowiem sam w sobie liberalizm z właściwą mu pogardą dla polityczności, i zafiksowaniem na punkcie ekonomii sprzyja tyranii - liberalny frazes głosi wprawdzie, że ''nie ma wolności bez własności'', tyle że w praktyce ''duże pieniądze lubią spokój'', stąd bogaci i średniozamożni gotowi są bez żalu przystać na ograniczenie swych swobód politycznych, które jako się rzekło i tak programowo lekce sobie ważą, w zamian za sprzyjającą rozwojowi gospodarczemu stabilność porządku publicznego, gwarantowanego przez autokratyczną władzę. Tak więc to w samym wolnorynkizmie tkwi pewna zasadnicza, rozsadzająca go u fundamentów sprzeczność między wolnościami politycznymi, a swobodą gospodarzenia i wymiany ekonomicznej, wartości traktowanych przez libertarian nierozłącznie, zupełnie wbrew faktom! Nie mówiąc już o tym, że nawet w warunkach spełnionego snu o w pełni wolnorynkowym kapitalizmie, istotowo wpisana weń nierówność majątkowa i posiadanych dóbr, upośledzałaby z konieczności politycznie znaczną część populacji, zapewne nawet jej większość, stąd liberalizmowi właściwy jest cenzus majątkowy, albo jak u libertarian utopia apolitycznego już całkiem nie-rządu. Putinowski reżim oparty na dominacji poradzieckich tajniaków jawi się jako spełnienie liberalnego ''państwa minimum'' dbającego jedynie o szeroko pojęte ''bezpieczeństwo'' publiczne - czyż nie ma ono tylko nadzorować resorty siłowe, pełniąc rolę ''nocnego stróża''? A przecież wiadomo, że cieć to zwykle kapuś, o ile nie wprost funkcjonariusz na etacie, bowiem pilnuje porządku w budynku, wie kto doń wchodzi i zeń wychodzi, z kim się łajdaczy po pokojach, i co w rurach piszczy:). Putin na kartach pracy Ostrowskiego wygląda jak taki Tusk 2.0 z ruskim turbodoładowaniem, czemu towarzyszy typowo liberalna gadanina ''nie róbmy polityki'', bowiem liczy się jedynie ''ciepła woda w kranie'' i ''po pierwsze gospodarka, głupcze!''. No więc ruscy burżuje z początkiem nowego wieku ochoczo przystąpili do meblowania swych zakupionych na kredyt mieszkań, ruszając tłumnie do otwieranych właśnie wtedy w Rosji salonów Ikei, korzystając na sztucznym dobrobycie wskutek zwyżki cen paliw na światowych rynkach, pozostawiając bez żalu narzędzia władzy w rękach Putina i jego liberalnych czynowników. Przecież ''polityka to syf'', a nam nużne ''babki'' zarabotac', a że koniunktura rychło znowu się skończyła i cały ten ''dobrostan'' okazał się być patykiem pisany [ nie tylko zresztą w Rosji, ale to osobny temat ], więc kremlowski katechon wolnorynkizmu przedzierzgnął się płynnie w ''konserwatystę'', rozpalając cynicznie wojenną histerię wpierw przeciwko Gruzji, a później Ukrainie, odwołując do imperialistycznych haseł, byle utrzymać się u władzy. Przyszło mu to tym łatwiej, że deklarowana przezeń także od początku ''gosudarstwiennost' '', propaństwowa ''rządność'' wbrew pozorom idealnie się w ten model współczesnego neoliberalizmu wpisywała, gdyż on i jego kamaryla sobie to państwo zwyczajnie sprywatyzowali, idąc zresztą w tym wzorem żydoruskich oligarchów, późniejszych niewczesnych ''diermokratów'' w typie Bierezowskiego, którzy go wynieśli do władzy. Współczesna Rosja przypomina kapitalistyczną korporację z prezydentem jako prezesem stojącym na czele zarządu, składającego się ponoć z kilkudziesięciu [ zwykle podaje się liczbę 20-30 ] rodzin, mafijnych klanów ciągnących profity z nieszczęsnej ludności tej przedziwnej imperio-kolonii, jęczącej pod ich jarzmem: ''my nie żywiom, my wyżywajem'' [ my nie żyjemy, lecz trwamy, wegetujemy ]. Mimo to jako pozbawiona realnych narzędzi władzy, z którymi pewnie i tak nie bardzo wiedziałaby co począć, biernie się temu poddaje, a biorąc pod uwagę co się pod tym względem wyprawia obecnie w świecie szeroko pojętego Zachodu z jego polską peryferią włącznie [ nawiasem takowy status nie stanowi jak dla mnie żadnej ujmy ], nie wzbijałbym się tu w pogardę dla rzekomo ''typowego'' dla Azji zniewolenia mas. Skądinąd rad bym wiedzieć jak entuzjaści ''wolnego rynku'' wyobrażali sobie zaprowadzenie go w warunkach jakie zapanowały po zapaści ZSRR, gdy wszystkie atuty znajdowały się w rękach postkomunistycznych aparatczyków, funkcjonariuszy cywilnych i wojskowych specsłużb, oraz ''młodych wilków'' z Komsomołu jak obecny lider ''liberalnej opozycji'' Chodorkowski? Jak niby miano przekonać ich, by zrezygnowali ze swej uprzywilejowanej na starcie pozycji jaką dawał im dostęp do posowieckiej masy upadłościowej, którą stanowił państwowy jeszcze wtedy majątek, na rzecz ''uczciwej konkurencji'' w imię swobodnej wymiany dóbr. Cóż takiego miałoby dokonać cudu respektowania przez tych zakapiorów, lub w najlepszym razie inteligentne i utalentowane, lecz bezwzględnie przy tym cyniczne kanalie hiperlogicznych praw ekonomii, rzekomo niezależnych od dziejowego kontekstu?

Szydzę rzecz jasna, wszakże nie należy z tego wyciągać wniosku jakobym twierdził, iż Putin jest liberałem, podobnie jak i żaden zeń ''konserwatysta'', czy ''faszysta'', a nawet i wielkoruski imperialista lub ''etatysta'' za jakiego lubi się podawać, chyba że w powyższym znaczeniu Rosji pod jego rządami jako państwa prywatnego, należącej doń własności, dzielonej pospólnie ze zblatowaną z nim miejscową oligarchią finansową o komunistycznym rodowodzie. Zresztą sekundowałoby mu w tym wielu nastawionych radykalnie propertariańsko libertarian, głoszących zasadę ''wolnoć Fritzlu w swojej piwnicy'' - faktycznie, skoro car jest panem wszystkiego co leży w jego domenie, włącznie z majątkiem jego ''rabów'', poddanych o statusie niewolnika, może wyczyniać z nimi co mu się żywnie podoba i nikomu nic do tego, choćby palić, gwałcić i niemiłosiernie katować. Tym bardziej, że wedle Rothbarda dzieci są jedynie własnością rodziców, którą mogą dowolnie rozporządzać sprzedając je komu innemu, jeśli tylko taka ich wola, czemuż więc nie rozciągnąć tej zasady na cały naród, czyż nie jest on jedną wielką rodziną z gosudarem jako swym ''pater familias''? [ a jak dowodzi choćby przykład carycy Katarzyny, osadzenie na tronie kobiety doprawdy nic tu nie zmienia ]. Moim celem jest dowiedzenie jedynie, iż liberalna fiksacja na punkcie ''wolnego rynku'' i niskich podatków ''jak za Hitlera'' wcale nie kłóci się z istnieniem autokracji i zamordyzmu jak te obecnie w Rosji, stąd w tym sensie Kurwin jest rzeczywiście w prawie czuć respekt wobec kremlowskiego satrapy. Jasnym też staje się, czemuż to wkrótce po obiorze Putina na prezydenta jego wieloletni dobry znajomy, żydowski finansista Piotr Awen, dyrektor największego niepaństwowego Alfa Banku w Rosji, na łamach liberalnego ''Kommiersanta'' wychwalał Pinocheta jako wzór godny naśladowania. Sam rosyjski przywódca jako tajniak idealnie wprost pasuje do czasów postmoderny, gdy wszelkie ideologie jak i życiowe postawy i tożsamości zamieniają się w wyprane z jakiejkolwiek treści, pozbawione głębi maski, które można dowolnie przymierzać i wymieniać. Wszystkie więc określenia i epitety jakie się doń i jego reżimu stosuje, obojętnie czy to ''konserwatysta'', ''faszysta'' czy ''liberał'' robią tu jedynie za ''symulakry'', znaki bez znaczenia kryjące co najwyżej bezwzględną żądzę władzy i zachowania wpływów, nic więcej jak sądzę. Nie przypisywałbym stąd putinowskiej autokracji jakiejkolwiek idei, niechby imperialnej, wygląda jakby opierała się jedynie na postmodernistycznej z ducha ''maskirowce''. Dlatego wszelkie tajne policje i ich agenci jak bohater tegoż wpisu tak świetnie prosperują w zaaranżowanym przez nich samych spektaklu, w jakim przyszło nam nieszczęsnym egzystować, bo dotyczy to nie tylko Rosji i ogólnie Wschodu, ale też i ''wolnego świata'' o czym przekonujemy się obecnie na własnej skórze. Putin i jego ''goebbels'' Konstantin Ernst, wybitny spec od mediów o niemieckim rodowodzie, mogą swobodnie kształtować reżimową narrację z kompletnie sprzecznych, i wykluczających się na zdrowy rozum elementów. Sprzyja im bowiem właściwa dla postmoderny estetyzacja rzeczywistości, odwołująca się bardziej do irracjonalnych wrażeń, atawizmów i emocji niż kierującego się logiką umysłu, stygmatyzowanego jako ''fallogocentryczny''. Symboliczne dla otwarcia prezydentury Putina było przywrócenie przezeń dawnego hymnu ZSRR skomponowanego w apogeum najgorszego stalinowskiego terroru, wszakże już bez odwołań do Lenina i marksistowskiej ideologii, a żeby dopełnić postmodernistycznej ironii losu ocenzurowania go dokonał sam twórca słów pieśni, ojciec słynnego reżysera Michałkowa. Zbiegło się to z konsekracją odbudowanego soboru Chrystusa Zbawiciela, zniszczonego przecież z rozkazu Stalina, pod patronatem tegoż samego Putina a jakże, mógł on zaś tak uczynić bowiem radziecki hymn państwowy, jak i gigantyczna prawosławna świątynia robią tu jednako za kompletnie wyzute z pierwotnego znaczenia i kontekstu artefakty jedynie. Po-nowoczesna nie-rzeczywistość jest symultaniczna, cechuje ją upadek mitu postępu w dziejach jak i niemożność powrotu do zatraconej ze szczętem tradycji, wydarzenia więc zachodzą w niej poniekąd jednocześnie i czas uległ jakby zawieszeniu, stąd historia faktycznie się skończyła. Nie w potocznym sensie oczywiście, ni takim jak to sobie wyobrażał Fukuyama, iż odtąd wojny będą toczyć się już tylko o prymat w totalnie zdemoliberalizowanym świecie, a jedynie jak powyższy. Jeśli więc ktoś upatruje w Putinie obojętnie czy to reakcyjnego ''czarnosecińca'' i ''homofoba'', lub broniącego tradycyjnych wartości ''katechona'', jak i w kontrze autorytarnego modernizatora kraju i jego obyczajów na modłę Stołypina a może wręcz nowego Piotra Wielkiego, bo i z takim wizerunkiem czy raczej kreacją rosyjskiego prezydenta można spotkać się w poświęconej mu propagandzie, dowodzi tym samym jedynie, iż kompletnie nie pojmuje z czym obecnie mamy do czynienia w Rosji, jakimż to systemem rządów. W świetle powyższego jestem wprost pewien, że gdyby tylko on i jego kamaryla zwietrzyli w tym interes polityczny i finansowy dla się zysk, z biegłością szpiega wyszkolonego w zmianie tożsamości dokleiliby sobie symboliczną brodę i wąsy lub zrobili makijaż na ryju, po czym przedzierzgnąwszy tym sposobem w LGBTarian pomaszerowaliby raźno na czele parady dumnych białych gejów, a najlepiej jeszcze popów-homopedofilów czy wielbicieli przekraczającego bariery gatunkowe seksu ze zwierzętami, pod hasłem ''miłość nie wyklucza''. 

Doprawdy trudno podchodzić do tego inaczej niż z szyderstwem, skoro tylko pojmiemy okrutną ironię tego oto dziejowego faktu, iż obecny rosyjski kapitalizm jest nieodrodnym dzieckiem komunizmu z jego postrzeganiem własności jako kradzieży, co radzieccy towarzysze z ochotą poczęli praktykować, gdy tylko padł rozmontowany przez nich samych, bo krępujący im ''prywatną inicjatywę'' system bolszewickich rządów. Złodziejska ''prywatyzacja'' w ich wykonaniu, przeprowadzona za pieniądze wykradzione z państwowego budżetu, kosztem niewypłacanych miesiącami, latami bywało wręcz pensji pracowników usług publicznych jak administracja, szkoły czy służba zdrowia, o robotnikach także należących do państwa zakładów już nie wspominając, najlepszym tegoż dowodem. Powtarzam jednak retoryczne pytanie, jakimż to cudem w obliczu posowieckiego bezhołowia po rozpadzie ZSRR miano zaprowadzić ''rządy prawa'' konieczne dla w pełni ''uczciwej, wolnorynkowej konkurencji'' - sam Czubajs oceniał wtedy trzeźwo i otwarcie, iż jedyną realną alternatywą dla kraju w ruinie był wybór między bandyckim komunizmem, a równie kryminalnym kapitalizmem. Co nader cenne w omawianej pracy, jej lektura pozwala wyzbyć się resztek złudzeń co do ''liberalnej opozycji'' antyputinowskiej w Rosji, bo to przeważnie taż sama swołocz, często ofiary kłótni w mafijnej rodzinie u władzy, w niczym nie odstające kloacznym poziomem od skonfliktowanej z nią komuno-faszystowskiej hołoty, złożonej z neobolszewickich czarnosecińców w typie Ży[d]rinowskiego. Uchowaj Boh jakby toto miało robić za następców obecnego kremlowskiego autokraty, emblematyczną dla tego środowiska postacią jak dla mnie jest Ksenia Sobczak, nowobogacka chamka i wściekła sucz rozbestwiona przywilejami odziedziczonymi po swym tatuśku, wspomnianym wyżej ''demokratycznym'' protektorze Putina.  Pora wyzbyć się złudzeń, że niechby i ''tęczawa'' na LGBTariańską modłę Rosja będzie kiedykolwiek dla nas ''partniorem'' i traktującym nas poważnie sojusznikiem a niechby i jako protektor, to nie kwestia pogardy do samych Rosjan jako rzekomej ''turańskiej dziczy'' a świadomość nieuchronnego konfliktu interesów jaki między nami zachodzi, podobnie co i z Niemcami. Tylko skończony dureń i polityczny fantasta pokroju Zychowicza może więc rozważać serio jakowąś ''opcję rosyjską'' lub niemiecką, nic takiego być nie może z danych powodów. Co do mnie Rosjan szanuję i cenię sobie wielce, ale bez złudzeń - jako wrogów, stąd nie dam się nabrać na ''duszoszczypatielne'' romanse polityczne i rzekome ''słowiańskie braterstwo'' z nimi, i takową postawę chętnie widziałbym u naszych władz. Nie wyklucza to wszakże zawierania doraźnych, czysto taktycznych sojuszy o ile tylko tak każe pomyślność Rzeczpospolitej w danym czasie, ale i nic więcej. Jako się rzekło książka Ostrowskiego stanowi kapitalne wprost narzędzie otrzeźwienia co do współczesnej Rosji, dowodnie okazując, iż putinowski reżim ma o wiele więcej wspólnego ze zmitologizowanymi czasami rządów Jelcyna i ''liberalnych reformatorów'', niż byłby skłonny przyznać on sam jak i jego krytycy. Przecież to właśnie w połowie lat 90-ych poczęto uroczystą celebrację rok w rok dnia ''pabiedy'' i mitu ''wojny ojczyźnianej'', po to by wypełnić jakoś próżnię ideologiczną powstałą po bankructwie komunizmu. Za czasów ZSRR oficjalnymi świętami państwowymi czczonymi paradami wojskowymi były rocznice przewrotu październikowego, i pierwszomajowy ''prazdnik'', tzw. dzień zwycięstwa radzieckim zwyczajem obchodzony 9 maja miał miejsce wtedy jedynie z okazji okrągłych dat, odpowiednio w 1965 roku przez Breżniewa i '85 już za Gorbaczowa. Stalin pozwolił na to tylko raz tuż po wojnie, i nigdy do śmierci nie ponowił, podobnie jak i następca Chruszczow, który przecież był jego kreaturą, bowiem obaj doskonale zdawali sobie sprawę, iż choć z perspektywy zwykłego sołdata było to niewątpliwie zwycięstwo i powód do radości, za to z punktu widzenia decydentów radzieckiego imperium rzecz jawiła się jako bezprzykładna w dziejach klęska, trudno stąd by ją z masochistycznym uporem celebrowali. Idzie o fakt, iż już na pocz. lat 30-ych zeszłego stulecia sowiety miały więcej czołgów, niż wszystkie pozostałe ówcześnie armie świata, tenże walec pancerny winien stąd siłą poniekąd samej inercji przetoczyć się przez kontynentalną Europę, po czym zawojować resztę Azji w imię uzyskania globalnej hegemonii przez stalinowskie ZSRR. Tymczasem wskutek hitlerowskiego Blitzkriegu do końca '41 roku z tej ogromnej machiny wojennej nie ostało się niemal nic, obrócona została błyskawicznie w perzynę, sama Armia Czerwona zaś dopiero po paru latach doczłapała się w końcu do Berlina kosztem nieprawdopodobnych ofiar, zadanych nie tylko przez Niemców, ale i ludobójczą taktykę sowieckiej generalicji, mającej w kompletnej pogardzie życie swego żołnierza. Pozwólmy więc tym biednym ludziom czcić na kremlowskim placu co rok dziejową tragedię jaka ich spotkała, zamieniawszy ją przy tym na rzekome ''zwycięstwo'' w zrozumiałym geście kompensacji, gdyż nie można wymagać od nich konfrontacji z bolesną prawdą, kiedy jest ona na to zbyt straszna i nie na siły zwykłego człowieka, co wszakże nie oznacza bynajmniej jakobyśmy ulegać mieli post-jelcynowskiej, kontynuowanej i rozwiniętej za Putina narracji historycznej.

Podobnych przykładów ciągłości raczej, niż zerwania ze ''złotą dekadą rosyjskiego liberalizmu'' lat 90-ych można przytoczyć więcej np. to jeszcze rządzone przez ówczesnych żydoruskich magnatów medialnych i oligarchów Bierezowskiego i Gusińskiego telewizje wszczęły nagonkę na kaukaskich ''czornożopców'', choćby poprzez okazywanie w godzinach największej oglądalności zapisów publicznych egzekucji na skazańcach szariackich sądów w niepodległej wtedy Czeczenii, z wszystkimi towarzyszącymi temu krwawymi i szokującymi opinię publiczną szczegółami. Samą Czeczenię zaś przedstawiając w dziennikach tv i gazetach jako rządzoną przez zwykłych bandytów i terrorystów ziemię niczyją, wprost ropiejący wrzód na geopolitycznym wrażliwym podbrzuszu Rosji, domagający się stąd koniecznej operacji w wykonaniu Specnazu, nie bez podstaw przyznajmy uczciwie, niemniej to nie Putin zaczął tą propagandową ofensywę przygotowującą grunt do nowej wojny, odpowiedzialni za to są jego przyszli, ''liberalni'' wrogowie. Oligarchowie też zgnoili Borysa Niemcowa, tegoż samego zastrzelonego przez putinowskich siepaczy pod murami Kremla dobrych parę lat temu już, wykorzystując w tym celu należące do nich ''wolne media'', bowiem jako państwowiec pragnący ukrócić nienależne im przywileje bruździł wtedy ich lewym interesom, gigantycznym przekrętom na publicznym majątku. Skądinąd czytając zacytowane w omawianej pracy jego wypowiedzi nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Putin ordynarnie przywłaszczył sobie program polityczny swej przyszłej ofiary i potencjalnego konkurenta do władzy, toć niemal kropka w kropkę taż sama wymierzona w oligarchicznych pasożytów retoryka znana z wystąpień rosyjskiego prezydenta! Niemcow właśnie jako pierwszy postawił w publicznej debacie problem oligarchów jako patologii rosyjskiej polityki i ekonomii, dążąc otwarcie do ''renacjonalizacji'' zawłaszczonego przez nich państwa, zbrakło mu jednak na to niezbędnej siły a może i umiejętności, co paradoksalnie dokonał dopiero jego późniejszy morderca, jakim sposobem i na ile skutecznie to osobna kwestia. Przywołam dłuższy fragment autorstwa Ostrowskiego, bowiem wprost niewiarygodne, że tak ''antysemickie'' a jakże trzeźwe uwagi znalazły się w książce opublikowanej przez skrajnie lewicowe wydawnictwo:

''Tożsamości, które przyjmowali rosyjscy oligarchowie - w większości Żydzi - były zapożyczone, ale zachowywali się tak jakby kraj należał do nich, i podchodzili do reszty obywateli z pogardą i arogancją. Jako że brakowało im perspektywy historycznej, a przede wszystkim poczucia odpowiedzialności, wykorzystywali pieniądze i władzę nie do tego, by budować instytucje i zaprowadzać rządy prawa, tylko do poszerzania swoich domen i toczenia wojen między sobą i z państwem. [...] Potentaci medialni nie zachowywali się jak elita za którą się uważali, tylko jak drobni spekulanci dysponujący potężną bronią. Ubierali się i mówili jak przystało na zwesternizowane sfery wyższe, posyłali dzieci do szkół na Zachodzie, ale brakowało im kluczowego atrybutu elit: poczucia historycznej odpowiedzialności za ojczyznę. Postępowali niczym [ żywe ] karykatury kapitalistów ze starych radzieckich gazet. Choć pomogli Jelcynowi wygrać w 1996 roku [ wybory ], nie wykorzystali swojej szansy, i w żaden sposób nie przyłożyli się do naprawy państwa. Nie obchodziło ich dobro publiczne, ani warunki życia współobywateli.''

- oto z jakiego bagna począł się putinizm, i na co był reakcją, uzasadnioną przyznajmy niezależnie od całego oszustwa towarzyszącego operacji mianowania następcy Jelcyna, którego opłakany stan zdrowia odzwierciedlał wiernie stosunki panujące w kraju pod jego rządami. Dlatego rzygać mi się chce, gdy z takiej pazernej kanalii jak Chodorkowski robi się jakowegoś ''więźnia sumienia'', mianując cwanego komsomolca na lidera rzekomej ''wolnościowej opozycji'', twarz ''innej Rosji'', lepszej pono bo na zachodnią modłę. Nikt więc z politycznych decydentów ''wolnego świata'' nie wyciągnął nauki z historycznej lekcji o jakiej traktuje omawiana tu praca, iż to właśnie tępe i nieudolne naśladownictwo zglobalizowanego Okcydentu doprowadziło do ustanowienia putinowskiego reżimu, a kagiebistę mianowali przywódcą ciż sami ''liberalni'' oligarchowie. Winę za obecne neoimperialne zapędy Moskwy ponoszą w pierwszej kolejności oni, zgrzeszyli własną tępotą, niepohamowaną pazernością, egoizmem, pogardą wobec dobra publicznego, nędzy zwykłych obywateli i antypaństwowym nihilizmem [ normalnie jakbym korwinową kucerię opisywał, tyle że faktycznie wzbogaconą, bo ona jak wiadomo kasą raczej nie śmierdzi i zwykle o kapitalizmie jedynie teoretyzuje ]. Podzielam surowy osąd Ostrowskiego poradzieckich elit politycznych i finansowych, boć przecież to samo rzec by można o pozostałych po PRL-u, z ówczesnymi opozycjonistami włącznie. Nie szkoda mi stąd Bierezowskiego i podobnych mu kanalii, bo to jedynie ofiary porachunków w obrębie tej samej politycznej mafii, oczywiście można rzec, iż byli o tyle lepsi z polskiego punktu widzenia, że osłabiali naszego historycznego wroga, gdyby nie to, iż w rezultacie doprowadzili paradoksalnie do jego wzmocnienia. Krótkowzroczność polityczna rosyjskich oligarchów, ich zaślepienie wolnorynkowymi miazmatami nie uwzględniającymi tamtejszej specyfiki, ponoszą odpowiedzialność za to, iż znowu wisi nad Rzeczpospolitą realna groźba agresji ze strony Moskwy, stąd lansowanie takich kreatur jak Chodorkowski, czy liderzy białoruskiej opozycji kontrolowanej jak wszystko na to wskazuje przez Kreml, zakrawa z polskiej strony na głupotę, o ile wręcz nie zdradę narodowych interesów.

Jak wielką naiwnością, by nie rzec dosadniej, wykazuje się w tym względzie rodzima opinia publiczna kształtowana zazwyczaj przez tępych medialnych wyrobników, nie wiedzieć czemu nazywanych ''dziennikarzami'', zilustruję szkicując pokrótce sylwetki paru opisanych przez Ostrowskiego ichnich gwiazdorów telewizyjnych. Obaczymy tym samym porażającą łatwość z jaką sporo osób w Polsce sufluje rosyjską intoksykację, byle upozowaną na ''opozycyjność'' wobec putinowskiego reżimu, nie wiem nawet jak prowokatorsko wprost durną przy tym jeszcze. Najsampierw Siergiej Dorenko - w artykule na stronie ''stefczyk.info'', a więc należącej do konglomeratu PiSowskich mediów, poświęconym jego śmierci w dość niejasnych okolicznościach z rok temu już będzie, przeczytać możemy, iż był on ''opozycyjnym dziennikarzem'' i ''krytykiem Kremla'', który przekazał zachodnim mediom taśmy Litwinienki. Nic tam jednak o tym, że to właśnie Dorenko wylansował Putina na męża stanu, walnie przyczyniając się do jego sukcesu wyborczego, i de facto wprowadzając kagiebistę na Kreml! Parę słów o nim: urodzony w resortowej rodzinie jak większość przedstawicieli posowieckich elit, konkretnie radzieckich wojskowych sam nie uzyskał wstępu do armii ze względu na problemy ze wzrokiem. Ostał się więc dziennikarzem, jednak niespełnione ambicje militarne przeniósł w dziedzinę żurnalistyki, którą traktował jak bitwę. Dosłownie - podczas wojny domowej w Angoli podobnie jak Kapuściński służył za ''tłumacza'' między sowieckimi ''doradcami wojskowymi'' i komandosami, a licznymi tam wówczas oddziałami kubańskimi walczącymi po stronie miejscowych afro-komuchów. Sprytnie obchodził nieuchronnie nasuwające się przy tym pytania o jego związki z radzieckimi specsłużbami przecząc współpracy z KGB - może być, ale nie wspomniał za to o GRU, co byłoby naturalne, biorąc pod uwagę jego korzenie. Po rozpadzie ZSRR stał się dziennikarskim ''cynglem'' Bierezowskiego, i to na jego zlecenie naszykował kompromaty na Niemcowa, publikując wywiad z dwiema najętymi przez się kurewkami, które zeznały fałszywie przed kamerami tv, iż polityk znany skądinąd ze słabości do dziwek miał je po skończonej ''robocie'' porzucić bez zapłaty, cham jeden. Również z inicjatywy wspomnianego żydoruskiego oligarchy wylansował jako się rzekło kompletnie nieznanego dotąd rosyjskiej opinii publicznej Putina, zarazem z piekielną wprost przemyślnością niszcząc skutecznie wizerunek jego ówczesnych konkurentów, byłego premiera Primakowa i mera Moskwy Łużkowa. Tego ostatniego począł grillować medialnie tytułując ''mężem swojej żony'', co boleśnie a celnie godziło w ego władczego polityka, dobił go zaś oferując mu na antenie przebranie za mężczyznę, jeśliby przyszło uciekać z kraju umoczonemu w liczne afery finansowe stołecznemu magnatowi. Ilustrował to sugestywnymi obrazami, a to doprawiając moskiewskiemu merowi brodę a la Che Guevara, by wyglądał bardziej ''macho'', to znowu gdyby jednak zdecydował się pozostać przy swej kobiecej postaci, opakowując łysy łeb Łużkowa fryzurą na Monikę Levinsky. Primakowa zaś, typowego postkomunistycznego aparatczyka związanego ze służbami, którego słynna pętla samolotowa w symboliczny niemal sposób oznaczała antyzachodni zwrot w polityce zagranicznej jelcynowskiej Rosji, przedstawił jako zniedołężniałego starca na modłę kremlowskiego ''gerontokraty'' a la Breżniew czy Czernienko, o którym w ZSRR krążył dowcip, że zyskał stanowisko nie nabywając przy tym świadomości. Kontrastem dlań był zdecydowanie młodszy odeń Putin, rzucający w zaaranżowanych na potrzeby mediów walkach swych rywali na matę, traktowany z respektem przez Dorenkę podczas przeprowadzanych przezeń wywiadów z przyszłym jak się wkrótce okazało prezydentem Rosji. I tak oto poparcie dla mających wydawałoby się już pewne zwycięstwo w kieszeni Primakowa i Łużkowa padło na ryj, zaś nieznany ogółowi Rosjan ''liberalny czekista'' z deklarującymi głosowanie nań w granicach błędu statystycznego, nagle stał się carem sondaży co uczyniło jego obiór właściwie czystą formalnością. Wprawdzie Dorenko dość szybko z lizusa przedzierzgnął się w równie jadowitego krytyka swej kreatury de facto, co zupełnym przypadkiem zbiegło się z woltą jego pryncypała Bierezowskiego, gdy nowy władca Kremla zbiesił się żądając pakietu kontrolnego dla swej kamaryli w kartelu mafijnym o nazwie ''Rosja''. Jednak poza surowego moralisty jaką przybrał, besztającego ostro Putina za faktycznie haniebne zaniechania podczas tragedii ''Kurska'' i inne zbrodnie, jawiła się jako skrajnie nieautentyczna u człowieka samemu określającego się jako ''telewizyjny morderca''. Dorenko był niewątpliwie błyskotliwą, diabelnie wprost inteligentną, lecz co tu kryć skończoną dziennikarską kanalią, i medialnym ''razwiedczykiem'' likwidującym bez skrupułów na wizji zlecone mu ofiary. Nie wahał się puścić w najlepszym czasie antenowym politycznego pornola, zapisu jak z dwiema dziwkami zabawia się ówczesny prokurwator generalny Rosji Skur[w]atow, bo ten na zlecenie Łużkowa zaczął węszyć przy mętnych interesach córki i zięcia Jelcyna, co rzecz jasna położyło kres jego karierze, i musiał pójść wskutek afery w zwykłe profesory. Tak więc nie jest mi żal ''opozycyjnego dziennikarza'' Dorenki, podobnie jak i jego bywszego pryncypała, ''liberała'' i ''demokraty'' Bierezowskiego, z tych samych powodów dla których nie boleję nad losem ofiar wewnątrzmafijnych porachunków, tym bardziej iż obaj mają na sumieniu wprowadzenie Putina na Kreml.

A oto kolejny światły krytyk ''homofobicznego'' i ''faszystowskiego'' nieledwie reżimu w obecnej Rosji - Aleksandr Niewzorow, bo o nim mowa, dla kościelnej ''Niedzieli'' to, cytuję: ''znakomity rosyjski publicysta, znany z ostrego pióra''. Z kolei blogowa notka na salonie24 z ''Forum Rosja-Polska'' przywołuje jego peany na cześć ukraińskiej ''jeńczyni'' wojennej, pilotki ''Nadziei'' Szewczenko, przedstawianej przezeń jako ''współczesna Joanna d'Arc'' [ czy tylko ja mam wrażenie, że ktoś tu się dobrze bawi? ]. Ba, podziwia go nawet córka Maryli Rodowicz, zapewne za pasję dla koni, a może i nie tylko. Z polskich mediów najbardziej rzetelnie prezentuje go RMF FM, pisząc o nim na swej stronie jako ''znanym publicyście blisko związanym z Putinem'' i zarazem ''czołowym krytyku prawosławnej Cerkwi'' - no proszę jakiż to z ''konserwatywnego katechona'' dobry krześcijanin, że toleruje u swego boku takowego bluźniercę, dozwalając mu jeszcze na ostanie się jego mężem opacznościowym zaufania podczas wyborów prezydenckich. Tylem znalazł o nim w polskim necie, pora więc uzupełnić ten jakże niepełny obraz o istotne szczegóły, takie jak jego związki z postsowiecką bezpieką, których nigdy specjalnie nie ukrywał, stąd nabył faktycznie kompetencji, by wypowiadać się jako ekspert co do współpracy wielu popów z KGB. Gość zaczynał medialną karierę jeszcze za czasów ''pierestrojki'' w programie ''600 siekund'', takim skrzyżowaniu ówczesnego ''Teleexpressu'' z milicyjnym magazynem ''997'', żerującym na aranżowanych często przez samego Niewzorowa tanich sensacjach, byle podbić sobie publikę i oglądalność, co mu się udało. Początek jego zaangażowania politycznego przypada na '91 rok, gdy wybuchły na Litwie walki o tamtejszą wieżę telewizyjną, podczas których czekiści dokonali masakry demonstrantów, a nasz dzielny ''niezależny'' dziennikarz nakręcił wychwalający strzelających do tłumu kagiebistów reportaż ''Naszi''. Dynamika wydarzeń politycznych burzliwej epoki tuż po rozpadzie ZSRR sprawiła, iż jeszcze bardziej skręcił w nazi-bolszewicką stronę, apogeum jego komuno-faszystowskiego zauroczenia przypadło na okres puczu Chasbułatowa i Ruckoja w '93, gdy przekształcił swój flagowy program w ich tubę propagandową - świadczy o tym dobitnie czołówka tegoż z owego czasu prezentująca dumnego orła, budząc ewidentne skojarzenia z formatami hitlerowskiej propagandy [ sam Niewzorow przyznał później, iż ''eksperymentował'' wtedy z ''faszystowską estetyką'' ]. Po klęsce groteskowego zamachu stanu zupełnie zmienił front, lądując pod opiekuńczymi skrzydłami... Bierezowskiego, w czym być może pomogło koszerne pochodzenie po matce pozującego na ''wielkoruskiego nacjonalistę'' dziennikarza, a jak wiadomo ''jewriej jewriejowi łba nie urwie'', przynajmniej dopóty nie przyjdzie na wywózkę do Auszwica, bo wtedy z żydowskiej solidarności, tego fantazmatu realnych antysemitników, zwykle nie ostaje się nic. On sam przedstawiał to tak, iż jako medialny najemnik obraca działo zgodnie z wolą tych, co lepiej mu płacą, dowodząc tym samym, że jest tak naprawdę wyzutą z wszelkich idei, zwykłą cyniczną kanalią dbałą jedynie o własny interes, i gotową w jego imię nawet zabić, choćby wirtualnie. Kontynuował wszakże swój lans rosyjskiego szowinisty już pod auspicjami żydoruskiego oligarchy, przyszłego ''liberała'' i ''demokraty'', szczując na kaukaskich ''czornożopców'' w swym programie telewizyjnym ''Dni'' tytułem nawiązującego do ultranacjonalistycznej gazety. W '97 roku, a więc na dobre parę lat przed dojściem Putina do władzy, nakręcił na zlecenie rosyjskich specsłużb ohydny propagandowy gniot ''Чистилище'', traktujący o wojnie w Czeczenii. O tym przesyconym patologicznym turpizmem zdradzającym niewątpliwe spierdolenie umysłowe autora obrazie dość rzec tyle, iż otwiera go scena przedstawiająca jak dwie pochodzące z ''pribałtyki'' snajperki masakrują rannych rosyjskich żołnierzy, za nic mając oznaczenie ''czerwonym krzyżem'' ambulansu z nimi. Odwet za to w dalszej części filmu bierze na nich ruski z kolei snajper, strzelając im... w sromy, rzucawszy przy tym przez zęby wściekłą uwagę, iż to po to, aby nie rodziły podobnych im plugawych suk - jak dla mnie kandydat do Oscara, serio, a co najmniej powinni z tego zrobić netflixowy serial, bo i podobny poziom. Teraz Niewzorow ściemnia, iż to właśnie w Czeczenii przekonał się, że rosyjski imperializm jakiemu wiernie dotąd służył nie ma sensu, nie przeszkodziło mu to jednak jak widać w tworzeniu na jego cześć agitpropu powielającego najgorsze goebbelsowskie zagrania. Mimo deklarowanej odrazy do ''żywej Cerkwi'' nie mierzi go też doradzanie pozującemu na prawosławnego konserwatystę Putinowi, gdyż ma ponoć u niego dług wdzięczności, bowiem jak oznajmił w programie niezwykle popularnego w Rosji ukraińskiego vlogera Jurija Dud'ia, to Władimir gdy jeszcze służył w administracji Sobczaka powstrzymał swego ''liberalnego'' pryncypała przed wydaniem nań wyroku śmierci. Rzecz jasna należy podejść do tego z uzasadnionym sceptycyzmem, gdyż ten cwany żydoruski chucpiarz i cyniczny medialny oszust niczym Ochódzki ''w życiu prawdy nie powiedział''. Obecnie kreuje się na lucyferycznego nihilistę i obrazoburcę, przy którym prowokacje skapcaniałego Urbana wyglądają wprost żenująco. I ta skończona menda, by nie rzec wprost patologiczny skurwiel nie bez podstaw nazywany ''profesjonalnym mierzawcem'', uchodzi za eksperta od rosyjskiego prawosławia dla rozdawanego w kościołach katolickiego tygodnika, którego sieciowy portal prezentuje się z dumą jako ''wiarygodna strona internetu'', szkoda słów. Nie przeszkadza jego redaktorzynom najwidoczniej, iż pospieszył z usprawiedliwianiem jakiegoś durnia, który sprofanował swymi wygłupami cerkiew wzniesioną ku uczczeniu pomordowanej przez bolszewików carskiej rodziny, podobnie jak inny gwiazdor rosyjskiej opozycji Nawalny. Zachodzę stąd w głowę jaką to pajęczynę między uszami, by nie rzec wprost zawartość koszarowej latryny pod czaszką trzeba mieć, aby nie pojmować że podobne ohydne prowokacje jak te w wykonaniu świecących gołymi kapskami ''Pussy Riot'' zwykłym wiernym w świątyni, podobnie co i parady perwersów pod gołym niebem, pozwalają byłemu czekiście zgrywać ''konserwatywnego katechona''?!

I można by tak jeszcze długo wymieniać podobnych wewnątrzsystemowych opozycjonistów rosyjskich, i resortowych liberałów jak gwiazda ''niezależnego'' dziennikarstwa Jewgienij Kisielow, prezenter i współzałożyciel prywatnej telewizji NTW należącej wpierw do żydoruskiego oligarchy, w czasach radzieckich zwerbowanego przez KGB kapusia Gusińskiego, zanim przejął ją Putin. Obecnie pan Jewgienij mieszka na Ukrainie, gdzie także współtworzył inny ''niezależny'' kanał telewizyjny, podejmując również współpracę z Biełsatem - niestety na stronie wspierającej dzielnie kontrolowaną przez Moskwę białoruską opozycję stacji nie znajdziemy informacji, iż ''baryń'' Kisielow zaczynał karierę jako sowiecki agent w tajnych misjach, wpierw w Iranie tuż przed wybuchem rewolucji jaka obaliła szacha, a następnie czynnie uczestnicząc w radzieckiej inwazji na Afganistan. Naprawdę coraz bardziej podobają mi się ci wszyscy mundurowi wolnościowcy, obojętnie czy to z USA, gdzie wprost najeżona jest nimi ichnia Partia Libertariańska, jak i opisani tu w Rosji, a i my przecież w Polsce mamy swego doktora-masona Sokałę i jego pryncypała z fundacyi Po.int Vincentego Severskiego, który zdobywał libertariańskie szlify w esbeckiej szkole wywiadu w Starych Kiejkutach, kończąc ją w apogeum ''stanu wojennego''. Szacun panowie, serio, za to iż z miedzianym czołem potraficie tak sprawnie duraczyć kucerię w najróżniejszych częściach globu, wciskając im te wszystkie wolnorynkowe, liberalne bzdety jakie łykają niczym modelka kasztany w Dubaju, ja bym się wstydził, przyznaję cienias jestem przy was, to fakt, stąd nabieram respektu. Objaśnienie fenomenu resortowych liberałów jest wbrew pozorom stosunkowo proste, przynajmniej jeśli idzie o Rosję - kto niby miał tam tworzyć ''wolne media'' jak nie bywali w świecie szpiedzy, stąd znający obce języki, obeznani z wrażą ''imperialistyczną propagandą'' by ją zwalczać? Dlatego nie może dziwić, iż pierwsze telewizyjne ''okno na Zachód'' jakim był popularny program ''Wzgliad'', zostało otwarte jeszcze za ''pierestrojki'' pod auspicjami i kontrolą KGB. Jak stwierdził jeden z jego głównych prezenterów, syn radzieckiego agenta, który współpracował z Kimem Philbym Aleksandr Lubimow: ''żandarm korzysta z największej wolności w Rosji'' [ dodajmy - i nie tylko tam... ]. Po resztę równie cennych informacji odsyłam do pomienionej książki, a mimo obszerności notki naprawdę pominąłem ich w cholerę. Co mi w niej przeszkadza to przybrany przez autora nazbyt patetyczny ton wobec Niemcowa, a święty to on nie był jako się rzekło, żaden wstyd taki pociąg do bab u chłopa, a wręcz  godne byłoby to pochwały szczególnie w naszych czasach rozpanoszonego ''niebinaryzmu płciowego'', gdyby nie to, iż nieopanowana chuć zgubiła najwidoczniej tegoż polityka. Przypominam, iż odjebany został w towarzystwie jakiejś damy, która wkrótce po tym tajemniczo zniknęła, prawdopodobnie wystawiona na wabia przez zleceniodawców mordu, co jest wcale częstą praktyką u służb specjalnych, chętnie posługujących się dziwkami do wyciągania informacji od klientów, lub jak w tym wypadku ich egzekucji. Nade wszystko jednak wściekle irytuje zbyt pobłażliwe podejście jak dla mnie do pokolenia tzw. ''szestidiesiatników'', dorastającego w czasie chruszczowowskiej odwilży, rojących o ''socjalizmie z ludzką twarzą'', demokratycznym i bez masowego terroru, co niepodobna. Należałoby opisowi tej patologii poświęcić osobny wpis, a już dość się nawyjęzyczyłem, by więc nie nadwyrężać cierpliwości czytelnika, o ile w ogóle takowy dotrwał dotąd, wspomnę jedynie na końcu o wymienionym w książce Ostrowskiego jednym z głównych współpracowników Gorbaczowa, legendzie ponoć radzieckiego dziennikarstwa Jegorze Jakowlewie. A to ze względu na dość typowy dla przedstawiciela sowieckich elit biogram, tak by dać pojęcie jacy to ludzie odpowiadali za ''głasnost' '' i ''liberalizację'' reżimu, po to aby wreszcie wyzbyć się co do nich typowych niestety u polskich inteligentów złudzeń. Otóż ojciec Jakowlewa był komunistycznym zbrodniarzem, co ciekawe bywszym carskim oficerem, który podczas krótkiego, trwającego zaledwie trzy miesiące szefowania odeskiej Cze-ka w 1919 roku posłał na śmierć blisko pięć tysięcy ludzi, w tym własnego ojca jako ''monarchistycznego reakcjonistę''. Ponoć jego matka na wieść o śmierci męża, i zarazem straszliwej zbrodni ojcobójstwa jakiej dopuścił się własny syn, popełniła samobójstwo. Mimo to ''pierestrojkowy'' synalek znalazł dla resortowego tatki ciepłe słowa usprawiedliwienia w książce swego autorstwa opublikowanej na pocz. lat 60-ych zeszłego stulecia, tłumacząc zbrodniczy czyn rodziciela jego ''żarliwością rewolucyjną'' i wynikłą stąd nietolerancją - ''najbardziej godną podziwu cechą u prawdziwego bolszewika'' jak sam tamże pisał. Pozostawiam to kurwa bez komentarza, bo musiałbym użyć niezwykłej nawet jak na mnie ilości wymyślnych wulgaryzmów. I dla takiego bydlaka polskojęzyczne merdia rezerwują tytuł ''ojca niezależnego dziennikarstwa w Rosji''... Cóż się jednak dziwić, skoro nie brzydzili się knuć z nim Michnik z Wajdą za upadającej komuny, moszcząc sobie w ten sposób zapewne pozycję już w ''wolnej Polsce''. Dobrze chociaż, iż jego syn z kolei zdobył się na uczciwe podsumowanie swych czekistowskich korzeni, czego wstrząsającą lekturę polecam - nawiasem wynika z tejże relacji, że i małżonka krwawego bolszewickiego kata Odessy była agentką ''razwiedki'', także szlachcianka ze starego rosyjskiego rodu.

Tyle. 

ps. Uprzedzając ewentualne zarzuty, czemuż poświęcam tyle uwagi tak oderwanej od krajowych realiów tematyce, akurat gdy państwo stoi w ogniu, odsyłam do poprzednich wpisów, gdzie omówiłem rzecz aż nadto obszernie, i doprawdy nie wiem co niby jeszcze miałbym tu dodać. Co mnie w tym wszystkim intryguje, to fenomen państwowych jak i kościelnych decydentów rozwalających podległe im instytucje, których zachowanie powinno być przecież w ich własnym interesie, przyznam kompletnie tego nie pojmuję. Zarówno antyfiarze ze skłotów, jak i LGBTarianie to przy ministrach obecnego rządu i jeszcze głupszej opozycji, jak i purpuratach cienkie leszcze, mogliby się uczyć od tamtych robienia sztuki antysystemowego rozpierdolu. Dlatego anarchizm tak wolnorynkowy, jak i komunistyczny pozbawione są sensu w Polsce, gdzie już mamy do czynienia z jego odgórnie zaprowadzaną, biurokratyczną postacią, toż samo tyczy antyklerykalizmu w jakim żałośni obrazoburcy typu Urban czy Nergal nie mogą równać się z samym episkopatem.


sobota, 3 października 2020

Prze-ORIENT-owanie Polski.

Jak tu już wykazano Kaczyński popełnił fatalny dlań błąd forsując antyhodowlaną de facto ustawę, miary jego nieodpowiedzialności by nie rzec dosadniej dopełnia, że odpalił kryzys rządowy akurat, gdy Rosjanie wespół z janczarami Łukaszenki w ramach ''słowiańskiego braterstwa'' urządzili demonstrację zbrojną u granic Rzeczpospolitej. Zawsze puszczałem mimo uszu jako ''szurowskie'' tezy, jakoby przywódca PiS miał być perfidnie zakamuflowanym na szczytach władzy w Polsce post-sowieckim agentem, ale teraz zaczynam się zastanawiać... Absolutnie nie należy bagatelizować przełomowego faktu wprowadzenia do publicznej debaty w Polsce kwestii uboju rytualnego, gdyż tyczy ona znacznie poważniejszego sporu natury cywilizacyjnej i politycznej, który będzie narastał w nadchodzących dekadach. Oto widomy dowód, iż staliśmy się terenem starcia między współczesnym zglobalizowanym Okcydentem z jego prawami zwierząt czy gejów, co właściwie wychodzi na jedno, a rosnącym w siłę Orientem, którego istotną częścią jest świat islamu, posiadający już poważny przyczółek w Europie. Pan prezes jak sądzę powinien w tej akurat materii odbyć poważne konsultacje z towrzyszem Michałem, kiblowym stalinistą i niewyabortowanym płodem Nowickiej, który teraz zaiwania w jakiejś podparyskiej hurtowni. Otóż większość zatrudnionych tam pracowników to Arabowie i Murzyni, przeważnie muzułmańscy przy tym, wykonujący podlejsze zajęcia jakich brzydzą tykać się białasowate Francuzy, boć nie wszyscy imigranci mogą siedzieć w gangach, część faktycznie haruje i to srogo. Jak wspominał odniósł wrażenie w bliskich kontaktach z nimi, że jedzenie mięsa stanowi dla nich rytuał sam w sobie, niezależnie od jego religijnej sankcji i kulturowych uwarunkowań. Wedle jego słów potrafią oni pochłaniać całe góry mięcha, rzecz jasna ''halal'', celebrując nie tylko spożycie, ale i jego pozyskiwanie, stąd waga jednego z najważniejszych w islamie świąt Kurban Bajram, gdzie na masową skalę zarzyna się wszelką ''koszerną'' po muzułmańsku żywinę. Całkowitą kontrę do zwyczajów pozaeropejskich proletariuszy, także nieislamskich stanowi francuska komuna, na której to spotkania uczęszcza jako ideowy stalinista towrzysz Michał. Jak opisywał ledwo kryjąc odrazę, zdecydowana większość spośród nich to białe burżuje, które tyle wiedzą o ciężkiej pracy w fabryce, co wyczytali u Marksa albo Lenina, a jeśli już mają z nią jakąkolwiek styczność, to zazwyczaj jako menadżerowie i kierownicy robót, nadzorcy samych robotników pilnujący dyscypliny pracy:). Może to jedynie dziwić tępego kuca ślepo zapatrzonego w korwinowe dyrdymały, jakoby komunistami i lewakami zostawały tylko skończone przegrywy, co nie radzą sobie w kapitalizmie, gdy tymczasem socjalizm jest tworem burżuazji, zaś rewolucje rzeczą spasionych arystokratów, a nie realnie wykluczonych ekonomicznie biedaków. W każdym razie całe to zrewoltowane drobnomieszczaństwo jest oczywiście ostro zweganizowane mentalnie, i porażone srogim ''antygatunkistycznym'' pierdolcem uznającym zwierzęta za proletariat naszych czasów, zaś rzeźników i masarzy traktując jako tegoż okrutnych ''wyzyskiwaczy''. Posuwają się w tym do prawdziwie ''eko-terrorystycznych'', przemocowych zagrań: jak relacjonował towrzysz Michał dokument francuskiej tv o nich, zaszczuwają trudniących się zarzynaniem i obróbką żywca pracowników, rozwieszając na klatkach schodowych domów gdzie mieszkają plakaty z ich zdjęciami i danymi osobowymi, piętnując publicznie jako ''morderców''. Doszło nawet już do tego, iż aktywiści prozwierzęcy zaczaili się przed szkołą, do której chodziła córka jednego z rzeźników, i po lekcjach pokazywali jej zdjęcia zarżniętych bydląt, aby obaczyła co robi jej ojciec, tak że biedne zastraszone przez tych psychopatów dziecko bało się wrócić do domu, bo nakładli mu do głowy, iż rodzic jest pospolitym zbrodniarzem. O atakach na sklepy z mięsem i samych masarzy oraz sprzedawców nie ma już co wspominać, bo to oczywiste niestety przy tym stopniu sfanatyzowania, i czekać tylko tego również i u nas. Nie muszę też chyba dodawać, że konflikt między przedstawicielami tak odmiennych światopoglądów i zwyczajów jest nieuchronny, lewica wspiera wprawdzie masową migrację, głównie muzułmańską, na złość europejskim narodowcom, zaś sami wyznawcy islamu i reszta migranckich społeczności zdarza się głosuje z powodów koniunkturalnych w wyborach na lewackich kandydatów [ choć z tym bywa różnie, i wcale nie ma to tak prostego przełożenia jak chce tego prawica ]. Niemniej coraz częściej dochodzi tu do backlashu, jak choćby miało to miejsce z głośnym przypadkiem z zeszłego roku muzułmanów w Birmingham, protestujących przeciwko molestowaniu ich dzieci ''edukacją seksualną'' w szkołach, co w praktyce sprowadza się do propagowania wszelkich perwersji i zboczeń już u małoletnich. Lewactwo dostało wtedy srogi mindfuck nie mogąc pomstować na tak rażącą ''homofobię'' i obskurantyzm, gdyż w tym wypadku skazywałoby je to na potępianą przez nie ''islamofobię''. Z tych samych powodów nie mogę służyć linkiem do wspomnianej relacji towrzysza Michała, gdyż zniknęła wraz z jego dawnym kanałem na YT, usuniętym przez kapitalistyczną korporację bynajmniej za sławienie komunistycznych ludobójców, negacjonizm katyński i anatemy miotane na wyzysk kapitału, lecz wychwalanie Enwera Hodży za rozprawę z muzułmańską ''reakcją'':). Zmuszony stąd byłem odtworzyć ją wiernie z pamięci, a takowa na pewno miała miejsce, musicie mi wierzyć na słowo.

Dlatego przywódca PiS myli się, i to fundamentalnie sądząc jakoby zakaz uboju rytualnego ''przybliżał nas do Europy'', będąc znamieniem tak potrzebnej nam jakoby modernizacji na ''zieloną'' modłę, jest dokładnie na odwrót. Należy mieć odwagę wreszcie postawić sprawy jasno: Kaczyński jest apodyktycznym starcem dogmatycznie przywiązanym do swych inteligenckich przesądów, i bynajmniej nie idzie tu o kwestie LGBT, ''reprodukcyjnych praw'' kobiet i zwierząt o jakich zwykle się w tym kontekście prawi, wręcz przeciwnie!!! Prezes błędnie zdiagnozował panujące dziś trendy, czy to się komu podoba lub nie w czasach jakie nadchodzą to Orient będzie wyznaczał normy i wzorce postępowań, w tym stanowiący jako się rzekło jego istotną część, rosnący w siłę świat islamu, i to niezależnie od tego czy kontynentalne Chiny zdołają wyjść zwycięsko ze starcia z USA, czy też nie. Bowiem nie musi to oznaczać ''upadku Okcydentu'' wieszczonego już od dawna, i jak dotąd bezskutecznie, natomiast na pewno jego zasadniczą reorganizację, co dobrze widać w Stanach Zjednoczonych, gdzie żywioł pozaeuropejski, zwłaszcza latynoamerykański gwałtownie wzrasta na znaczeniu, o zmurzynionej i zislamizowanej w dużym stopniu Zachodniej Europie już nie wspominając. Tym bardziej, iż podobny proces toczy też Rosję, o czym zdecydowanie zbyt mało się u nas mówi, wprawdzie nie jest ona tak skrępowana politpoprawnością co współczesny Okcydent, więc i może pozwolić sobie na więcej, by przywołać niepokorne mniejszości etniczne i religijne do porządku. Niemniej nawet i putinowski reżim mimo to musiał pójść wobec nich na daleko idące koncesje w zamian za uznanie swej władzy, sankcjonując rządy nie tylko kaukaskich emirów z Kadyrowem na czele, ale i lokalnych klanów w cieszącym się faktyczną autonomią Tatarstanie, kapitulując tym samym przed rosnącą siłą muzułmańskiej populacji w Rosji. Co się zaś tyczy samej Ameryki, nie powinniśmy histeryzować z powodu marginalizacji dominujących dotąd za oceanem WASPów i europejskich Żydów, na rzecz Latynosów głównie, oraz ekspansywnych Azjatów, biorąc pod uwagę ilu spośród przedstawicieli tamtejszej białej ludności to lewacka dzicz, w niczym nie ustępująca zbydlęceniem najgorszej murzyńskiej hołocie. Nominacja przez Trumpa w miejsce zdechłej właśnie sędziny, żydowskiej feminazistki stosunkowo młodej prawnik o zdrowych reakcyjnych poglądach na aborcję, najlepszym dowodem rzeczywistego kierunku przemian. Jedyne co psuje tu obraz, to jej przynależność do ruchów charyzmatycznych, a więc i prosyjonistycznych, stąd nie obiecuję sobie po tym Bóg wie czego, że ulegnie zaraz likwidacji przemysł pornograficzny i tego typu patologie, niemniej zasadnicza korekta i przywrócenie właściwych proporcji w kulturze, obyczaju i ekonomii są konieczne z pragmatycznych powodów, inaczej Ameryka zamieni się całkiem w jedno gigantyczne lewackie szambo. W takowe kloaki globalistycznie nastawieni D*mokraci, przyzwalający co najmniej na dywersję ideologiczną chińskich komunistów na własnym terenie, zamienili rządzone przez się Portland, San Francisco czy Nowy Jork przypominające upiorne dystopie, monstrualne shithole dosłownie zasrane i zarzygane przez koczujących na ulicach meneli, ćpunów ze zrytymi crackiem i herą łbami, pełne rozbestwionej bezkarnością gangsterki, pleniących się szczurów i wszelkiego neokomuszego robactwa. Dodać przy tym należy, iż ten pożałowania godny stan jest właśnie rewersem globalizmu, i ściśle z tym związanej deindustrializacji Ameryki, co można obserwować również na przykładzie pozostawionych swojemu losowi byłych regionalnych ośrodków przemysłowych, jak miasteczko Troy w stanie N.York. Onegdaj zwane ''collar city'' od umiejscowionych w nim licznych zakładów odzieżowych, dziś zaś sami mieszkańcy mówią o nim ''Troylet'', bowiem stanowi obraz porażającej anomii, rozpadu społecznego i degeneracji niegdyś potężnej w Stanach, i dysponującej własnym etosem warstwy białych robotników. Nieco ponad 200 km od znajdującej się zresztą także w stanie prawdopodobnie nieodwracalnego upadku metropolii, leży zupełnie inna Ameryka, nie jest to bynajmniej ''sex w wielkim mieście'', a raczej podszyta desperacją kopulacja i ćpańsko w zapomnianej przez Boga i historię dziurze, przy której nawet Radom jawi się niczym miłe dla oka, schludne miasteczko. O czym przekonać się można zapoznając z projektem dokumentalnym ''Upstate Girls'', traktującym głównie o tamtejszych blacharach, zdegenerowanych potomkiniach dawnych robotnic sprowadzonych obecnie do statusu ''białych czarnuchów''.

Dlatego rację ma Andrew Michta, gdy w niedawno opublikowanym artykule zwraca uwagę, iż: ''Should war come, it will not be enough to write software, for to run even the most basic app one needs also to be able to assemble a silicon chip.'' Po czym pada zdanie, jakie wszystkim kucom należałoby wypalić gorącym żelazem pod czaszką: ''In today’s world of protected markets, extorted intellectual property, and government subsidies, to continue to argue that for the past four decades we have been engaged in anything resembling the ideal of free trade is to deny reality.'' Jest oczywiste, że ma to związek z rosnącą pozycją Orientu - na jednym ze spotkań Winnicki przytoczył niedawno znamienną pod tym względem historię swego kolegi ze studiów. Całkowicie wyzuty z wszelkich idei poza własnym interesem, typowy liberalny karierowicz i ambicjoner ten wstąpił pono nawet do jakiejś loży masońskiej, tylko po to aby ułatwić sobie awans, i faktycznie zdobył upragnioną pozycję i status, jednak po latach, gdy spotkał ponownie dawnego znajomego, którego w czasach nauki uznawał za ''nacjonalistycznego oszołoma'', przyznał mu rację. Co znamienne, jego przemiana dokonała się dzięki biznesowym kontaktom z Azjatami, bardzo przywiązanymi do własnej tożsamości, u których nie ma posłuchu i szacunku ten, kto nie żywi go wobec siebie samego i swych korzeni. Od razu jak to usłyszałem przypomniała mi się dawno zasłyszana gdzieś w radiu historia kompromitacji pewnego wynarodowionego polskawego leminga, który zagadnięty na korporacyjnym przyjęciu przez japońskiego finansistę o Chopina, jak wiadomo cieszącego się sporą estymą w ''kraju kwitnącej wiśni'', nie był stanie wydukać o jego kompozycjach ani słowa, boć przecie z niego ''kosmopolita'' w pierwszym pokoleniu. W tym kontekście wyskakiwanie z podobnymi poronionymi pomysłami jak nieszczęsny zakaz komercyjnego uboju ''halal'', jawi się niczym zawracanie kijem Wisły, koncept w istocie szalony, na przekór perspektywom realnego tym razem rozwoju, a nie jakichś zaśmierdłych odchodzącym w konwulsjach globalizmem, wegańskich mrzonek. Bo to nie jest tak, że dopiero teraz prezesowi odjebało, wystarczy sięgnąć po nieautoryzowany, i przez to szczery wywiad-rzekę, jaki przeprowadziła z nim jeszcze w poł. lat 90-ych Torańska, sama typowa srogo popierdolona patointeligentka spod znaku ''GW''. Otóż Kaczyński mówi tam zupełnie otwarcie, że jego sojusz z ''radiomaryjnymi'' tradycjonalistami był podyktowany li tylko względami koniunkturalnymi, bo gdyby chciał praktykować politykę w duchu ''normalnej zachodnioeuropejskiej chadecji'' z jej ''bezobjawowym konserwatyzmem'', w polskich warunkach nie wyszedłby poza osiągi w wyborach korwinowej sekty. Towarzyszy temu wypowiedziane ustami innego fejkowego ''radykalnego prawicowca'' Macierewicza [!], całkowicie fałszywe przeświadczenie, jakoby Polacy byli nacją rodem z powieści Sienkiewicza, która to przez PRL-owską zamrażarkę została zakonserwowana i odcięta od burzliwych przemian świata Zachodu w owych czasach. Potrzebują stąd nadrobienia rzekomych zaległości pod względem radykalnej zmiany statusu kobiet, zboczeńców i zwierząt nawet, ''unowocześnienia'' na modłę obecnego Okcydentu, wszakże udrapowanego perfidnie na ''konserwatyzm'', tak aby złagodzić nieunikniony przy tym szok kulturowy. Tymczasem jest dokładnie na odwrót: wojna i czasy niemieckiego jak i sowieckiego terroru tak nas gruntownie przeorały, że właściwie wrzesień '39 roku winien robić za cezurę w dziejach Polski, na wzór narodzin Chrystusa dla chrześcijan, czy ''hidżry'' Mahometa u muzułmanów. Z racji radykalnego zerwania historycznej ciągłości jesteśmy więc skazani na odtwarzanie tradycji, często po omacku stąd takie kurioza obecnej doby, jak zaciekła obrona uboju rytualnego w wykonaniu współczesnych ''neoendeków'', lub posłuszne wdrażanie nad Wisłą ''tęczawo-zielonego'' globalizmu przez formację odwołującą się oficjalnie do niepodległościowej piłsudczyzny. Sam Marszałek zapewne by za to PiSowców wypłazował, bo wprawdzie daleki był od jakiejkolwiek obyczajowej konserwy, niemniej to on posługiwał się masonerią a nie na odwrót, i gdy trzeba potrafił się jej postawić, czego najlepszym dowodem pomajowy foch większości ''braci'' i ''sióstr'' z ówczesnego ''świeckiego zakonu'', którzy gremialnie na czele z ''wielkim mistrzem'' Strugiem przeszli do antysanacyjnej opozycji Centrolewu. 

Dramat samego Kaczyńskiego, jak i rządzonej przezeń obecnie III RP polega na tym, iż jest on nieodrodnym przedstawicielem swej warstwy społecznej, reprezentującym tylko nieco bardziej ludzką twarz skonfliktowanej z nim głęboko w zdecydowanej większości inteligencji, skażony jednak tak samo właściwym jej paternalizmem, tyle że przynajmniej u niego nie posuwającym się do jawnej pogardy wobec rzesz zwykłych ludzi. Niemniej pan prezes jak na typowego inteligenta przystało ''wie lepiej'' co jest dobre dla masy ''nieoświeconego'' ludu, a 500+ stanowi z jego strony w istocie okaz ''pańskiej łaski'' wobec niego, a nie jakoweś ''socjalistyczne rozdawnictwo'' o jakim pierdolą kuce. Tragizm sytuacji, i niewesołe stąd perspektywy dla obecnej Polski pogłębia fakt, iż mapy mentalne inteligenckich patusów tak spod znaku ''Gejzety Wyborczej'', jak i sakiewiczowskiego ''GaPola'' jednako nie ogarniają, iż znowu po trwającej ponad półtysiąca lat dziejowej ''przerwie'', znad Bramy Turańskiej nadciągają Azjaci. Obawiam się więc, że skończy się ponownie jak w bitwie pod Legnicą, gdzie to Mongołowie reprezentowali bardziej zaawansowaną technologicznie na owe czasy cywilizację, przewyższającą ówczesnych Europejczyków także poziomem kultury strategicznej, o czym nigdy dość przypominania zwłaszcza wzbitym w pychę wyznawcom ''syfilizacji judeołacińskiej''. Trudno o lepszy dowód biernej i pasożytniczej roli jaką pełni [anty]polska [pato]inteligencja, całkowicie zbędna zwłaszcza w neokolonialnych de facto warunkach jakie panują obecnie nad Wisłą, biorąca swe urojenia za rzeczywistość, a pracę intelektualną jaką rzekomo się trudni ograniczając do niewolniczego odtwórstwa idei pochodzących z metropolii. Żywię stąd skromną nadzieję, iż gwałtownie przyspieszający na naszych oczach obrót rzeczy pozbawi wreszcie patologię stojącą na narodu czele hegemonii kulturalnej i politycznej, jaką zupełnie niezasłużenie dotąd się cieszy, uj im serdecznie w rzyć skoro tak bardzo tego pragną. Podzielam też diagnozę Winnickiego o elitach post-solidarnościowych reprezentowanych do dziś zasadniczo przez PiS jak i PO, które wespół z byłymi komuchami podjęły po '89 r. jedyną wówczas słuszną opcję kursu na Zachód, wszakże uczyniły to w sposób haniebny, rezygnując z jakiejkolwiek podmiotowości na rzecz ślepego powielania wzorców ekonomicznych i politycznych narzucanych przez takie globalistyczne instytucje jak MFW. Nie stać ich było na nic więcej, jak tylko poddanie się fali dziejów, płynięcie z ówczesnym prądem ku wpisaniu Polski w ponadnarodowe struktury UE i NATO, stąd teraz kiedy światowy ład jakiego były one częścią, zapada się na naszych oczach pod naciskiem faktów, nie są w stanie sobie z tym poradzić histerycznie zakłamując rzeczywistość. I to właśnie gdy sytuacja wymusza wręcz podejmowanie samodzielnych decyzji, czego zresztą oczekuje od Polski nawet nasz zaoceaniczny obecny protektor, niedwuznacznie komunikujący ustami czołowych amerykańskich wojskowych i wywiadowców, że ''wujek Joe'' nie dysponuje już takim zasobem sił, aby mógł poświęcić je na dwie równorzędne wojny jednocześnie. USA muszą skupić się na konfrontacji ze swym głównym obecnie przeciwnikiem jakim są kontynentalne Chiny, stąd gdyby co możemy jedynie i aż liczyć na wsparcie materiałowe z ich strony, a poza tym nauczyć się wreszcie radzić sobie na własną rękę, w powiązaniu z regionalnymi sojusznikami. Takowa perspektywa wzbudza wśród naszych inteligenckich elit trwogę, jakiż kontrast z przedwojennymi odpowiednikami, którym prędzej można było zarzucić nadmierne szarżowanie, cóż jako się rzekło jesteśmy narodem z przetrąconym przez historię kręgosłupem, trudno więc by i stojący na jego czele byli pod tym względem wyjątkiem. Sęk w tym, że tak upragniony przez tylu rodzimych tchórzy obecnej doby ''święty spokój'' nie jest możliwy, gdy wali się dotychczasowy globalny ład, a błogi bezwład ''dojutrkizmu'' już doprowadził raz dawną Rzeczpospolitą do dziejowej katastrofy rozbiorów, zapaści własnego państwa, czego skutki mszczą się na nas do dziś. 

Jeśli więc nie ogarniemy się zawczasu nim nadciągną tu nowe ordy Batu-chana, i nie posprzątamy w końcu swego podwórka z łajna jakie nagromadziło się dotąd, Polska zamiast modernizować się faktycznie, to jest na eurazjatycką modłę, będzie gnić przypominając Wszawę pod nierządem Czaskosky'ego, czyli jeden wielki chlew śmierdzący gównem z ''Czajki''. Mnie na ten przykład wyznawany ideał republikańskiej wspólnoty nie czyni ślepym na jej obecny rozpad w Polsce noszącej miano ''rzeczpospolitej'' już chyba tylko na urągowisko, wręcz przeciwnie dostrzegam przez to tym ostrzej cały dramatyzm sytuacji, ale również tym pilniejszą potrzebę zespolenia narodu na nowo w jakiejś bliżej jeszcze nieokreślonej formie, wykuwającej się dopiero na naszych oczach tożsamości zbiorowej. Jak wcielić to w życie przy obecnym stanie anomii społecznej i państwowej nad Wisłą to osobny temat, i nie o żadne PRL-owskie resentymenty tu rozchodzi się, bowiem zmorą opcji niepodległościowej w Polsce jest mylenie jej z bezkrytycznym proamerykanizmem, co stanowi właśnie pokłosie izolacji w jakiej pozostawaliśmy za komuny. Stany Zjednoczone są nam konieczne dla równoważenia wpływów Niemiec i Rosji, tak byśmy nie ulegli przez nie zmiażdżeniu jak już bywało nieraz w naszych dziejach, wszakże nie znaczy to iż mamy łykać ochoczo każde łajno ideologiczne zza oceanu, jak genderyzm czy omawiane tu dopiero co rozwolnościowizmy, obojętnie czy udrapowane na ''kąserwatywną'' czy też lewacką modłę. Nigdzie nie jest powiedziane, że dostajemy to w pakiecie z tak nam potrzebną modernizacją technologiczną i wojskową, USA jakoś nie brzydziły się współpracą z islamistycznym reżimem Saudów, rządzonymi przez komunistów Chinami, czy putinowską Rosją. Nawet narzucony przez nie Japończykom demoliberalny system niewiele ma zgoła wspólnego z jego europejską i atlantycką wersją, po nieuchronnym dostosowaniu go do panujących w tym zakątku Azji uwarunkowaniach. Wprawdzie nie posiadamy takiego potencjału jak ww. kraje, niemniej nie oznacza to w kontrze, iż musimy zaraz pochylać posłusznie łeb i jak katamita wypinać cztery litery LGBT do przecwelenia, zwłaszcza gdy przyszło nam żyć w ''strefie zgniotu'' i ''państwie frontowym''. Wymaga to wręcz przywrócenia powszechnego respektu dla cnót obywatelskich, o czym doprawdy trudno mówić w tak zdeprawowanym społeczeństwie jak nasze obecnie, szczególnie tyczy to ''tęczawej'' biomasy zamieszkującej większe miasta, ale nie łudźmy się i prowincja jest mocno pod tym względem nadpsuta, co konstatowałem tu całkiem niedawno na przykładzie Kielc. Dlatego należy uświadomić szczególnie amerykańskim kołom militarnym i wywiadowczym, że nie mogą one liczyć na ustanowienie skutecznego ''kordonu sanitarnego'' między Niemcami a Rosją, gdy same szerzą w nim zarazę ideologiczną, pustoszącą serca i umysły żyjących tu ludzi, nadwątlającą ich hart ducha tak potrzebny, by oprzeć się czyhającym na nas zagrożeniom. Tymczasem jak na urągowisko ściśle z nimi powiązana ambasadorzyca USA, upiorne babsko z silikonową maską zamiast twarzy, uzależnia pomoc zbrojną zaoceanicznego hegemona dla nas od przyzwolenia na zarazę ''elgiebetyzmu''... Najwidoczniej reprezentowana przez nią część elit amerykańskich uparła się wepchnąć Polskę w łapy zgrywającego ''konserwatywnego katechona'' czekisty Putina, i to właśnie gdy realnym staje się groźba stacjonowania silnych zgrupowań wojsk rosyjskich tuż u wschodnich granic Rzeczpospolitej!

Durna baba weszła tym samym w buty carskich i sowieckich ambasadorów, żeński tuman nie ma pojęcia o naszej historii, inaczej wiedziałaby, iż najgorsze zniewolenie narodowe przychodziło do nas niemal zawsze w przebraniu ''światłych'' haseł ''postępu'' i ''tolerancji''. Nie tylko dla wyznawców odmiennych konfesji religijnych jak to czynili zaborcy, ale i obyczajowych, by przypomnieć rozpowszechnione w pruskim korpusie oficerskim pedalstwo, toż samo tyczy homoseksualnej pedofilli jakże rozplenionej w szkołach carskich kadetów. Nie mówiąc już o swawolnej trzódce nazi gejów na czele z wodzem SA Ernstem Röhmem, której to patologii nie położyła bynajmniej jego śmierć w czystce ''nocy długich noży'', bowiem jak to już opisaliśmy spedaleni kapo nader często gwałcili więźniów niemieckich obozów zagłady. Tak więc podobny wyskok w tym akurat krytycznym dla nas momencie dziejowym zasługuje w pełni na miano monstrualnej wprost głupoty, i zarazem totalnego sabotażu ze strony Mosbacherowej, która powinna z tego tytułu wylecieć za ocean ze śladami obuwia na pośladach. Niestety, niewiele lepszą ocenę można wystawić postępowaniu Kaczyńskiego, który pozwala sobie na forsowanie ze starczym ślepym uporem obraźliwej dla muzułmanów i Żydów ustawy, jaka w uzasadnieniu otwarcie niemal piętnuje praktykę uboju rytualnego, i to właśnie gdy Zjednoczone Emiraty Arabskie otwierają swe rynki na eksport polskiej żywności ''halal''. Wprawdzie podzielam zdanie, że rezanie w ten sposób bydląt to bestialski obyczaj znamionujący barbarzyństwo, wszakże mogę sobie tak uważać [ do czasu, bez złudzeń ], bowiem jestem pozbawionym wszelkiej politycznej sprawczości obserwatorem zdarzeń, starającym się jedynie opisać je najlepiej jak umiem. Natomiast sztuka rządzenia polega na skutecznym rad sposobie, w ramach ograniczeń w jakich przyszło nam działać, to zaś wymaga czasem wchodzenia w taktyczne sojusze nawet z najgorszą kanalią, budzącą nasze obrzydzenie. Trudno więc rozpatrywać antymięsny dżihad JarKacza inaczej niż jako jawny afront wobec krajów ZEA, tegoż samego jakie dopiero co podpisało pod auspicjami Trumpa porozumienie pokojowe z Izraelem wespół z Bahrajnem, a które to dwa kraje muzułmańskie tworzą razem z Arabią Saudyjską i w oparciu o Egipt blok państw sunnickich konkurujący z szyickim Iranem, współpracującym ściśle z kontynentalnymi Chinami i Rosją, z drugiej zaś uprawiającą ''politykę wieloobrotową'' neo-osmańską Turcją. PiS tak nikczemnie uległy wobec polakożerczej, wymierzonej w nasze żywotne interesy żydowskiej polityki historycznej, dopiero w obliczu wyjątkowej wprost bezczelności jej przedstawicieli zajmujący nieco bardziej asertywną postawę, nagle wykazuje się niespotykaną u polityków obozu rządzącego stanowczością, gdy idzie o ''koszerny'' ubój, najwidoczniej więc dla pana prezesa i jego przydupasów w typie towarzysza Czabańskiego bardziej liczy się los zwierząt, niż zwykłych Polaków. Ktoś może bronić jednak polityki Kaczyńskiego w tym względzie, wysuwając argumenty, iż wpisuje się ona w antyglobalistyczną strategię obecnej administracji amerykańskiej, polegającą na ''rwaniu łańcuchów dostaw'', czyli izolacji ekonomicznej i politycznej kontynentalnych Chin. Tyle że jako się rzekło Chiny to nie cała Azja, i alternatywą dla globalistycznej ChinAmeryki nie jest zleżały dziś totalnie koncept misji ''cywilizacji białego człowieka'', bo ta zaorała się poniekąd na własne życzenie, lecz jakowaś AzjoAmeryka. Zwyczajnie USA nie zdołają przemóc, czy przynajmniej ustanowić skutecznej przeciwwagi dla wpływów chińskich komunokapitalistów w pojedynkę, zmuszone są więc do zaangażowania po swojej stronie nie tylko swych tradycyjnych sojuszników w rejonie Pacyfiku jak Australia czy Nowa Zelandia, gdzie nawiasem przewaga potomków białych osadników wśród tamtejszej populacji już nie jest tak wyraźna jak jeszcze parę dekad temu, a rola azjatyckich migrantów staje się coraz bardziej znacząca. Waszyngton nade wszystko będzie musiał przekonać do swych racji inne państwa azjatyckie, obok zwasalizowanej lecz dysponującej sporą autonomią Japonii, chińskiego i zarazem antykomunistycznego Tajwanu, oprzeć się także na katolickich w zdecydowanej większości Filipinach, Korei Południowej, Indiach gdzie już dochodzi do starć z chińskimi żołnierzami na spornych pograniczach, i wreszcie dawnym zaciekłym wrogu jaki stanowi Wietnam, dziś paradoksalnie wyrastający na przewodni kraj montowanej przez Amerykanów, wymierzonej w Pekin koalicji. Tak więc tylko skończony tuman uznać może zachodzącą już rywalizację i ewentualną wojnę z CHRL jako ''krucjatę przeciwko żółtemu niebezpieczeństwu'', i to jeszcze w sytuacji, gdy wiodące kraje europejskie jak Niemcy, a zwłaszcza Francja przyjmują tu wybitnie kunktatorską, tchórzliwą wręcz postawę trwożąc się o swe zagrożone geszefty z post-maoistowskimi mandarynami.

Jest więc oczywistym, że znaczącą rolę w tej globalnej, eurazjatyckiej układance odgrywa także świat islamu, na czele z największym dziś muzułmańskim, a zarazem niearabskim krajem jakim jest Indonezja [ co nawiasem wymaga istnej rewolucji mentalnej od przeciętnego Polaka, polegającej na uświadomieniu sobie przezeń, że takowe państwo leży nie na Bliskim, lecz Dalekim Wschodzie ]. Tym bardziej tyczy to muzułmańskiej w większości Malezji, sprawującej kontrolę nad kluczową dla przepływu towarów cieśniną Malakka, podobnie jak i byłych sowieckich republik Azji Środkowej. Amerykanie grają separatyzmem zislamizowanych Ujgurów, niemiłosiernie tępionych z tego tytułu przez Chiny, podobnie jak i buddyjskich Tybetańczyków, mało się jednak o tym mówi, że i Pekin posiada znaczące jeśli o to idzie aktywa. Mowa o chińskich muzułmanach Hui, stanowiących blisko połowę wyznawców islamu w samej CHRL, i w przeciwieństwie do zamieszkujących ją ludów tureckich zajmujących przeważnie postawę lojalistyczną wobec władz, łącząc muzułmański integryzm z chińskim nacjonalizmem. Bowiem to chińscy narodowcy paradoksalnie byli pierwszymi, którzy uznali ich podmiotowy status jako jednej z pięciu ''minzu'', ludów czy etnosów obok Mandżurów, Tybetańczyków, Mongołów i rdzennych Chińczyków czyli Hanów, stanowiących w tej koncepcji razem jeden wieloetniczny naród chiński, tzw. ''Zhonghua minzu''. Na uwagę zasługuje, że pojęcie narodu chińscy nacjonaliści zaczerpnęli, jak większość zresztą terminów nowoczesnych teorii politycznych od Japończyków, gdzie z kolei ''minzoku'' od jakiego się wywodzi było prawdopodobnie tłumaczeniem niemieckiego, jakże nam złowrogo znanego ''volk'' [ czyli bez większej przesady rzec można, iż to taki orientalny, dalekowschodni volkizm ]. Powyższe sprawiło, że wielu chińskich islamistów, a przy tym nacjonalistów czynnie zaangażowało się po stronie rządów Kuomintangu, dzięki swym kontaktom w diasporze stanowiąc skuteczną przeciwwagę dla wpływów państw Osi z Japonią na czele w krajach muzułmańskich. Narażało ich to zresztą na konflikt z ujgurskimi braćmi w wierze, jako ofiarami chińskiego imperializmu - dziś także irańscy ajatollahowie, jak i pretendujący do odnowy sułtanatu Erdogan, przemilczają dokonywane na tamtych przez Pekin ludobójstwo, powodowani swym interesem strategicznym i ekonomicznym. Również na miejscu Hui zwalczali agresję japońskich imperialistów na swój kraj, by wymienić jednego z najwybitniejszych chińskich wojskowych owej doby, gen. Bai Chongxi, wsławionego zadaniem kłamu legendzie rzekomo niezwyciężonej armii japońskiej pokonanej przezeń wielokrotnie w polu, co traktował wprost jako ''świętą wojnę'', swój muzułmański dżihad. Zajmował on równie nieprzejednaną postawę wobec komunistów, podobnie co i tzw. klika Ma [ od Muhammad ], wojowniczy klan muzułmańskich przywódców militarnych, sprawujących w okresie chińskiej smuty kontrolę nad peryferyjnymi rejonami, będącymi tradycyjnie największym skupiskiem tamtejszych rodzimych wyznawców islamu. Skutecznie utrudniali oni życie Mao i jego bandzie oddzielając ich bazy w Yan'anie od pozostającej wówczas pod kontrolą Sowietów chińskiej prowincji Sinciang i Mongolii. Zmuszeni jednak zostali przez to do salwowania się ucieczką po klęsce Czang Kaj-szeka, część jego śladem na Tajwan, reszta do Arabii Saudyjskiej, która dopiero w 1990 r. uznała CHRL, i gdzie do dziś egzystuje spora grupa potomków chińskich antykomunistycznych fundamentalistów muzułmańskich. Na miejscu wszakże kontynuowała opór wobec ''bezbożnej ideologii'' spora grupa islamskich ''wyklętych'', z których najwybitniejszym był niejaki Ma Hushan walczący niemal do poł. lat 50-ych, zadając liczone w dziesiątki tysięcy żołnierzy straty wojskom chińskich bolszewików, daremnie próbujących go ująć. Został wzięty dopiero podstępem przez wysłanych doń muzułmańskich kolaborantów, którzy przekonali go do poddania się rzekomymi gwarancjami bezpieczeństwa udzielonymi jakoby przez maoistowskie władze, na co przysięgali na Koran. Oczywiście bolszewicy nie zamierzali przejmować się podobnymi obskuranckimi przesądami, i gdy tylko dostał się on w ich ręce, bezzwłocznie go stracili, kładąc tym samym kres antykomunistycznemu powstaniu muzułmanów jakiemu przewodził ten chino-islamistyczny ''Ogień'', czy inszy Rajs ''Bury''.

Niemniej większość chińskich wyznawców islamu przyjęła wobec nowych władz tradycyjnie lojalistyczną postawę, tym bardziej że sprytnie zaadoptowały one na własne potrzeby, i rozwinęły opisaną wyżej taktykę chińskich narodowców, traktując rodzimych muzułmanów bardziej jako osobny etnos, niż grupę wyznaniową. Nadali jej też formalną autonomię, faktycznie narzucając ścisłą kontrolę przez takich kolaborantów jak Burhan Szahidi, polityczny oportunista, który mógłby stanowić wzorzec zalecanej przez naszych narodowców obecnej doby ''polityki wieloobrotowej''. Urodzony pod Kazaniem Tatar, przybyły jeszcze przed upadkiem imperium carskiego na tereny pogranicznego Sinciangu, pełnił istotne funkcje pod rządami zmieniających się jak w kalejdoskopie w okresie chińskiej ''smuty'' po upadku cesarstwa, sprawujących nad tym rejonem kontrolę wojskowych satrapów niezależnych od Kuomintangu, jak i w czasie, gdy Czang odzyskał nad nim władzę. W obliczu jego klęski Szahidi zdradził i narodowców przechodząc na stronę komunistów, za co ci nagrodzili go stanowiskiem marionetkowego przywódcy powołanej pod swymi auspicjami organizacji krajowych muzułmanów. Nawet oficjalne potępienie go podczas ''rewolucji kulturalnej'', i zamknięcie w więzieniu na blisko dekadę, nie przeszkodziły mu w późniejszym wiernym tym razem wysługiwaniu się swym nowym panom, aż do śmierci pod koniec lat 80-ych. W pierwszej dekadzie swych rządów chińscy komuniści wykorzystywali wzorem Kuomintangu, i to w sposób znacznie bardziej odeń zorganizowany i systematyczny kontakty Hui z muzułmańską diasporą, do propagandowego oddziaływania na kraje islamu, odnosząc dzięki temu znaczne sukcesy. Dość powiedzieć, że poprzez zadzierzgnięte jeszcze w okresie międzywojennym więzi z główną muzułmańską uczelnią teologiczną, uniwersytetem Al-Azhar, gdzie pielgrzymowali po nauki dość liczni chińscy intelektualiści islamscy, udało się im wywrzeć wpływ na Egipt Nassera, który jako pierwszy arabski kraj uznał komunistyczne Chiny, nawiązując z nimi stosunki dyplomatyczne. Swoje robiła tu też solidarna wśród Azjatów niezależnie od narodowości i wyznania nienawiść do zachodniego, kapitalistycznego imperializmu szczególnie nasilona w okresie antyamerykańskiej histerii czasu wojny koreańskiej. Wszakże ideologiczny fanatyzm Mao zniweczył osiągnięcia propagandy chińskich komunistów na tym polu, począwszy od przedsięwziętej przezeń w drugiej poł.  lat 50-ych ''kampanii przeciwko prawicowcom'', jakiej ofiarą padło wielu czynnie dotąd współpracujących z jego reżimem przywódców rodzimych muzułmanów, aż po krwawe szaleństwa ''rewolucji kulturalnej'' programowo wrogiej wszelkim tradycyjnym wyznaniom, w tym rzecz jasna islamowi. Niemniej po śmierci ''wielkiego sternika'' Hui oraz inne społeczności mahometańskie odżyły w Chinach, czego świadectwem mało znany epizod jaki poprzedził niesławną masakrę demonstrantów na placu Tian'anmen. Otóż niecały miesiąc wcześniej odbył się tam protest rodzimych wyznawców islamu, wzburzonych obleśnymi uwagami jakiegoś spedalonego chińskiego autora, snującego mokre fantazje na jawie w swej publikacji, dopatrując się jakoby fallicznych motywów w strzelistych wieżach minaretów [ amerykańskie feministki z ''Women Against Phallic Structures'' lubią to! ]. Dodajmy dla porządku, iż podobne idiotyzmy nie należą tam do rzadkości, by wymienić popularny do dziś pono przesąd wśród Chińczyków, jakoby wyznawcy islamu nie jedli świń, gdyż sami się od nich wywodzą:))). Chińscy muzułmanie dowodzą swej żywotności, tłumnie przybywając rokrocznie na rytualną pielgrzymkę do Mekki, przynajmniej tak było do czasu komunikacyjnego globalnego ''lockdownu'', czyli niewypowiedzianej wojny światowej, pełniąc tam zapewne tradycyjną już rolę agendy interesów Pekinu w świecie islamu. Warto mieć to na uwadze, że nie tylko USA grają tu muzułmańską kartą, i mają pokaźne atuty w ręku, owszem komunokapitalistyczne Chiny także.

Znając przebiegłość tych ostatnich, oraz ich doskonałe rozpoznanie jak widać, wcale nie jestem pewien kto weźmie w tej rywalizacji górę, i czy podzielą one tu los Japonii, która wprawdzie przegrała ostatecznie, niemniej i ona mogła poszczycić się sporymi sukcesami w infiltracji świata islamu. Szczególnie na początku, gdy jej triumf nad carską Rosją w wojnie wzbudził szczery entuzjazm wśród muzułmanów, jako pierwszego azjatyckiego kraju, który obrócił osiągnięcia zachodniej cywilizacji przeciwko ekspansji ''białego'', europejskiego imperializmu. W kołach japońskich militarystów narodził się wówczas plan wykorzystania panislamizmu jako narzędzia panazjatyckiej ekspansji Tokio. Szczegółowy opis tego przedziwnego mariażu politycznego wykracza poza ramy obranej przez nas tematyki, natomiast interesującym niewątpliwie z polskiej perspektywy będzie poczynienie wzmianki chociaż o roli jaką odegrał w nim niejaki Gajaz Ishaki. Tatarski nacjonalista bowiem ten, był zarazem gorącym orędownikiem piłsudczyzny i ''ruchu prometejskiego'', polecony Japończykom przez polski wywiad II RP jako świetny antykomunistyczny agitator. Lewactwo i endokomunę przestrzegam jednak przed dopisaniem do zbrodni sanacji czynnej współpracy z japońskimi ''faszystami'' i imperialistami, bowiem sam Ishaki był z przekonania... socjalistą. Skądinąd jaki to jest pyszny ból zadu dla politpoprawności wszelkich niemal dziś opcji politycznych: tatarsko-muzułmański narodowy socjalista i piłsudczyk przy tym jeszcze:))). Na uwagę zasługuje też spojrzenie z perspektywy japońskiej na islam, zupełnie odmienne od panującego do dziś na Zachodzie, gdzie jednoznacznie raczej upatruje się w nim religii li tylko orientalnej. Tymczasem pierwszy Japończyk studiujący na Al-Azhar Kobayashi Hajime, szpieg nawrócony na islam by infiltrować dla Tokio kraje muzułmańskie, przestrzegał wprawdzie swych tajnych mocodawców przed powielaniem okcydentalnych przesądów co do muzułmanów, jako w zdecydowanej większości Azjatów, z którymi przez to łączyły ówczesną militarystyczną Japonię wspólne geostrategiczne cele. Niemniej dla niego jako człowieka ze wschodniego krańca Orientu sam islam jawił się jako religia przynależna do zachodniego kręgu kulturowego, eurazjatycka w istocie, wywodząca się z synkretyzmu cywilizacji hellenistycznej, i stąd uprzedzenia doń jako ''azjatyckiej dziczy'' na jakich do dziś cynicznie żeruje Netanjahu wobec swych europejskich i amerykańskich partnerów, Hajime uznawał słusznie za przejaw ignorancji i nowoczesnych przesądów Okcydentu. Jak by się to dziwnym nie wydawało nam, takowe podejście nie jest pozbawione podstaw, dość powiedzieć, że Aleksander Macedoński do dziś cieszy się powszechną estymą wśród muzułmanów, a to dlatego, iż pochlebna o nim wzmianka pada w samym Koranie, gdzie występuje jako Zu al-Karnajn, ''Dwurogi'' [?] - świetlana postać wyposażona w nadzwyczajne moce, nadludzko doskonała, prowadząca człowieczy ród ku doskonałości. Podaję za Włodzimierzem Cieciurą, autorem najobszerniejszego dotąd w polszczyźnie opracowania traktującego o chińskich muzułmanach, skąd zaczerpnąłem powyższe informacje, i tamże odsyłam wszystkich, co żywią wątpliwości do utożsamiania panhellenistycznego mocarza z bohaterem koranicznej przypowieści [ w każdym razie na pewno takim go widział jeden z najwybitniejszych chińskich islamo-nacjonalistów Huang Zhenpan ]. Badaczom pozostawiam też rozstrzyganie, czy Hui są nawróconymi na islam rdzennymi Chińczykami, czyli Hanami, lub też potomkami licznie przybyłych szczególnie w okresie mongolskiego panowania muzułmanów z Turkiestanu i Persji, zmieszanymi z miejscową ludnością. 

Poświęcam im tyle miejsca z dwóch zaś fundamentalnych w świetle obranej tematyki powodów: po pierwsze stanowią żywe zaprzeczenie postępowego przesądu, jakoby modernizacja oznaczała niejako z automatu sekularyzację. Tymczasem to integryzm islamski zapewniał chińskim muzułmanom szersze od swych rodaków horyzonty, jako wyznawcom uniwersalistycznej religii, której centra znajdowały się tysiące kilometrów od najdalszych rubieży cesarstwa na Zachodzie kraju. Wymóg ''hadżu'', to jest rytualnej pielgrzymki do Mekki, oraz kontakty handlowe z braćmi w wierze na drugim krańcu Eurazji, jak i związana z tym znajomość arabskiego i perskiego wykluczały typową dla Chin izolację od zewnętrznego świata. Do tego instytucja wędrownych imamów zapewniała sieć kontaktów między członkami rozproszonej niemal po całym kraju diaspory, powodując że nawet muzułmański chłop z zapadłej dziury miał dostęp do większego zasobu informacji na owe czasy, od swego hanowskiego sąsiada z tej samej lub wioski obok. Bez żadnej przesady można więc rzec, iż to islam stanowił dla cesarsko-imperialnych Chin ''okno na świat'', jako religia źródłowo okcydentalna z perspektywy Dalekiego Wschodu, a zarazem dobrze osadzona w orientalnych warunkach, eurazjatycka co do zasady. Nie może więc dziwić, że chiński admirał, eunuch Zheng De, który w służbie cesarzy z dynastii Ming dopłynął na czele potężnej na owe czasy floty aż do wybrzeży Afryki, był muzułmaninem, zaś perski pozostał językiem dyplomacji do końca cesarstwa. Kto wie stąd, czy znani z perfidii Chińczycy nie obrócą przeciwko Zachodowi z Ameryką na czele, cynicznie wysługującego się w swych celach islamistami, jego własnej broni przeciwko niemu, montując swoją Al-Kaidę, jestem tego wręcz pewien. Nade wszystko jednak dla mnie jako postulującego już od dość dawna konieczność zaprowadzenia jakiejś formy rodzimego eurazjatyzmu, fenomen chińskich muzułmanów Hui dowodzi, że wysiłkiem elit politycznych i intelektualnych świadomych odrębności religijnej i etnicznej swej wspólnoty, można nadać jej nowoczesną tożsamość odpowiadającą wyzwaniom współczesności. Dokonały one tego opierając ją na odwołaniach do głębokiej tradycji swego rodu, a zarazem tworząc własną identyfikację poniekąd na nowo z heterogenicznych, wykluczających się wydawałoby elementów, jak potrzeba oczyszczenia swojego wyznania z obcych wpływów chińskiego otoczenia, przy jednoczesnej integracji z imperialnym, wielkochińskim nacjonalizmem. Na pohybel Konecznemu i jego wyznawcom, bazującym na rzekomo nieprzezwyciężalnym separatyzmie cywilizacyjnym, całkiem anachronicznym dziś, gdy konflikt przebiega nie tyle między ''turanizmem'' a ''łacinnizmem'', co jakąkolwiek bądź cywilizacją, a neobarbarzyństwem trawiącym świat Okcydentu, przeżywającym powtórkę z dzikich ekscesów hunwejbinów, którzy w czasie ''rewolucji [anty]kulturalnej'' wcześniej spustoszyli czołowy do teraz kraj Orientu. Pytanie więc czy obecny CHRL można rozpatrywać jako proste przedłużenie dawnych Chin, w obliczu przytoczonych wyżej faktów stawiałbym raczej na typowe post-modernistyczne imperium, gdzie tradycję stwarza się poniekąd na nowo, lepiąc ją z rozbitych skorup i dopowiadając sobie całą resztę wedle uznania, na co pozwala post-strukturalistyczna anihilacja pojęcia ''prawdy''. Trudno, by podobny proces nie ogarniał także tamtejszych muzułmanów, aczkolwiek daje im to również pewne szanse, aby dostosować się do realiów i wyzwań współczesności, zaś w doświadczeniu poważnego naderwania co najmniej ciągłości swych dziejów są nam Polakom z opisanych wcześniej powodów bardzo bliscy, mimo całej rzecz jasna odmienności kulturowej, cywilizacyjnej etc.

Tymczasem my zamiast dla swego ocalenia dokonać zasadniczej ''orientalizującej'' korekty swej kultury politycznej, obyczajowości jak i ekonomii, obraliśmy zdaje się kurs wręcz przeciwny, wprost ku przepaści. Właśnie teraz, gdy należałoby zacząć intensywnie myśleć o ratowaniu własnego tyłka, ze straceńczą zaciekłością poczęliśmy nadrabiać wszelkie zaległości wobec zdychającego w konwulsjach okcydentalnego globalizmu. Mam tu na myśli konkretnie nie tylko wszelkie głośne ostatnio elgiebety, dżendery, antygatunkizmy i tego typu zdegenerowane głupoty, lecz i pikujące na ryj, i tak dotąd niskie wskaźniki urodzeń oraz zawieranych małżeństw, a także postępujące w zastraszającym tempie zeświecczenie społeczeństwa, upadek rodzimego katolicyzmu poniekąd na własne życzenie kompletnie pogubionej hierarchii kościelnej, pełnej zdeprawowanych kanalii pokroju Głódzia. Oczywiście kuceria i wszelka rozwolnościowa swołocz wpadła z tego tytułu w euforię niemal, jakoby stanowiło to potwierdzenie daremności programu 500+, i nauczania religii w państwowych szkołach. Tyle że oni próbują gasić pożar benzyną, jako liberałowie czy anarchokapitaliści hołdując anachronicznym całkiem okcydentalnym ideologiom, odwołującym się do nie tyle przebrzmiałego, co wręcz totalnie utopijnego obrazu Zachodu, jaki nie istniał nawet we wzorcowym jakoby pod tym względem dla nich, XIX-ym stuleciu. Żeby chociaż była to korekta anglosaskiego ''wolnorynkizmu'' w duchu konserwatywnej wspólnotowości, dokonana przez Disraeliego, ale w wydaniu kuców to jedynie ohydny, zwulgaryzowany do tego spencerowski socjaldarwinizm sprzedany im przez obleśnego starucha Ozjasza, tfu! Nawet Mentzen, pierwszy od 30 lat kucerz nie robiący za marną kopię Korwina, sadzi farmazony typowego okcydentalnego liberała, prawiąc z wyrzutem jakoby ''protekcjonizm przeniósłby nas na Wschód'' - a cóż w tym niby złego?! Dowiedzże się pan, że Orient to nie tylko Putin, czy totalitarna bolszewicka satrapia Kimów, ale i tak hołubiony przez kurwinozę Singapur, kompletnie bez zrozumienia jego fenomenu, bowiem jak to już tu ukazaliśmy, wszystko niemal rzec by można o twórcy jego potęgi Lee Kuan Yew, ale na pewno nie to, iż był zeń wolnorynkowy liberał, choćby w tradycyjnym wydaniu. Ba, sam Jonasz Koran-Mekka mimo swej otwartej admiracji dla rosyjskiego ''katechona'', jak na rasistowskiego wolnościowca przystało gardzi w istocie Moskwą jako orientalną despotią właśnie. Wystarczy zapoznać się z jego ignoranckimi wynurzeniami na temat ruskiego ''gosudarstwa'' i rzekomo kolosalną różnicą, jaka ma zachodzić między nim, a anglosaskim modelem państwa z jego ''ograniczonym rządem''. Tymczasem Anglia ostatnich Tudorów, a praktycznie gdzieś do początków XIX-ego stulecia co najmniej, nie odstawała tak bardzo od rządzonego twardą ręką sułtanów Imperium Osmańskiego, czy carstwa Iwana Groźnego z jego krwawymi ekscesami opriczniny, jak mogłoby się to takim zadufanym okcydentalnie dupkom w typie Kurwina wydawać. Doprawdy nie trzeba być marksistą, by podzielać opis tzw. grodzeń z ''Kapitału'', jako procesu dziejowego okrutnego niesłychanie, i barbarzyńskiego, pozbawiającego własności rzesze ludzi obróconych tym w półniewolniczą masę wywłaszczonych proletariuszy. Polecam także poszukać rzetelnych informacji, jak to angielscy purytańscy dżentelmeni poczynali sobie z podbitą katolicką ludnością w Irlandii, pierwszej de facto kolonii Londynu, pozwoli to wyleczyć się z jakichkolwiek sentymentów do ''imperium nad którym nigdy nie miało zachodzić Słońce'', choćby przez wzgląd na solidarność z białymi Europejczykami. Toż samo tyczy fanatycznego bestialstwa z jakim dręczono na Wyspach ukrywających się przed opresją ''państwa minimum'' księży, i zwykłych dochowująch wierności Rzymowi ''papistów'', jak i procesów o czary, których liczba ofiar znacząco przerosła w świecie anglosaskiego protestantyzmu, wszystkie posłane na stos przez katolicką inkwizycję. No i trudno przy tym pominąć los tamtejszych nieszczęsnych włóczęgów i bezdomnych owej epoki, pladze społecznej wywołanej zniszczeniem kościelnej sieci dobroczynności tworzonej przez klasztory, porabowane i obrócone w perzynę z królewskiego rozkazu, oraz wymienione już ''grodzenia''. Środki zaradcze jakie przedsiębrały tu anglosaski ''ograniczony rząd'' wraz z lokalnymi władzami do dziś budzą grozę, i nieprzesadne bynajmniej skojarzenia z komunistycznymi jak i nazistowskimi obozami pracy przymusowej co najmniej, a bywało, że i w praktyce zagłady. Nade wszystko jednak istotnym w kontekście niniejszego wpisu jest, że islam z jego obowiązkiem nałożonym na bogatych muzułmanów świadczenia dobroczynności dla ubogich współwyznawców, i naciskiem na jedność ''ummy'' czyli wspólnoty wiernych posłaniu Mahometa, stanowi żywe zaprzeczenie kurwinowych bredni jakoby każdy przejaw solidaryzmu społecznego oznaczał ''bezbożny socjalizm''. Sam liberalizm ze swym prymatem indywidualizmu jest nieodrodnym dzieckiem XIX-wiecznej Europy, przeżywającej wówczas epokę bezprzykładnego rozwoju, dominacji technicznej nad resztą świata, oraz ściśle z tym powiązanej ekspansji kolonialnej. Za wyjątkiem wszakże takich ''białych Murzynów'' jak my tu w Polsce, co obecnie, gdy po wymienionych przewagach Zachodu nie zostało już śladu, jawi się nie jak dotąd jako przekleństwo, a wręcz pozytywny niemal fakt, otwierający przed nami nieoczekiwane perspektywy, o jakich tu mowa. W każdym razie pewnym jest, iż hołdowanie wolnorynkowym przesądom w dobie zmierzchu Okcydentu w jego dotychczasowej postaci, dowodzi aberracji umysłowej i totalnego odklejenia od rzeczywistości, jak trafnie zauważył cytowany wyżej Michta.

Nie narzekam wszakże, bo mam za to ogromną satysfakcję jako rodzimy [n]eurazjata, gdyż trudno bodaj o lepszy dowód orientalizacji Polski jak wprowadzenie do publicznej debaty kwestii uboju rytualnego, rozpalającej przy tym polityczne emocje do białości, bowiem tyczy ona żywotnych interesów naszego przemysłu rolnego, a nie tylko jakichś ''futerkowców''. Do tego pojawiają się w związku z tym zupełnie dotąd niesłychane koncepty zaobrączkowania wszystkich żyjących nad Wisłą Żydów i muzułmanów, i to autorstwa publicysty ''koszernej'' gazety... Jedynie skończony tuman więc zapatrzony ślepo w urojony Zachód, nadal będzie kwestionował nasze prze-orient-owanie o którym trąbię od blisko dekady, i pora wreszcie by za ogarnięcie tematyki wraz z przygotowaniem konkretnych rozwiązań, oraz strategii naszej ekspansji na pozaeuropejskie rynki zajęły się instytucje państwowe, a nie nawoływał do tego jedynie dłubiący w internetowej niszy bloger. Coś jednak pod tym względem drgnęło nareszcie, czego świadectwem kooperacja zbrojna z Koreą Południową, która ma dostarczyć przystosowane do naszych warunków swoje czołgi K2, na pewno to lepsze niż pakowanie się w poronione projekty broni pancernej z Niemcami i Francją, co zapewne przyniosłoby podobne efekty, jak niesłynny Airbus A380, absurdalny gigant lotniczy, jaki pochłonął tylko niepotrzebnie ogromne sumy. Potrzeba stworzenia własnego eurazjatyzmu, odpowiedniego dla naszego położenia geograficznego, ale i przynależności kulturowej do Europy WSCHODNIEJ staje się pilniejsza jak nigdy dotąd, przy czym nie oznacza to wcale odwracania się od Okcydentu, a już na pewno łacińskich i greckich korzeni rodzimej cywilizacji, lecz bardziej podmiotową postawę wobec Zachodu, już nie tak podle zakompleksioną jak dotychczas. Doceńmy wreszcie naszą swoistość do cholery, przestańmy się wstydzić własnego pochodzenia i umiejscowienia, wyleczmy z paryskich kompleksów rodem z innej epoki, wmawianych nam przez antypolską patointeligencję składającą się w dużej mierze z zeświecczonych na zachodnioeuropejską modłę Żydów! Z jak durną i zbędną całkiem warstwą społeczną pasożytów mamy tu do czynienia, okazało właśnie poparcie przez najpełniej reprezentujące ją partie PO i lewicy ''bambinizmu-zamordyzmu'', ustawy łamiącej wszelkie standardy konstytucji i ''unijnej praworządności'', o które darły ryja od początku rządów PiS:). Najgłupsza opozycja świata ratowała dotąd tyłek rządzącym, każąc przechodzić do porządku dziennego nad poważnymi nieraz ich błędami, teraz jednak najwidoczniej postanowili oni zrównać do niej poziomem. Oby więc, powtórzę na koniec, czekająca nas nieuchronnie fala zmian zmiotła po równo tę brudną szumowinę robiącą tu za ''elity'', oraz reprezentujące ją stronnictwa polityczne, bowiem nie ogarniają one świata, który nadchodzi. Mam przy tym setny ubaw obserwując parlamentarną groteskę na komisjach, gdzie przedstawiciele lewicy wypowiadają ''antysemickie'' i ''islamofobiczne'' uwagi, gromiąc jako barbarzyńską praktykę ubój rytualny, słusznie skądinąd, zaś nacjonaliści i kuce bronią go powodowani wszakże pragmatycznie uzasadnionymi pobudkami, interesem polskiego rolnika, którego byt w dużej mierze zależy dziś od perspektyw eksportu na nowe pozaeuropejskie rynki, jak i nade wszystko dla rosnącej rzeszy muzułmańskich konsumentów w samej UE. Celowo wytłuściłem ostatnie, bo jak pisałem już zaczęło się dezinformowanie w sprawie polskiego mięsa pochodzącego z uboju rytualnego, przypomnę więc iż Wojciechowski łże i manipuluje danymi bagatelizując problem, wykazuje że ponad 90% eksportu wołowiny to wywóz do krajów Unii, ale jakoś przemilcza fakt przyrastającej gwałtownie populacji muzułmanów w Europie, którzy do tego jako się rzekło spożywają przeciętnie więcej mięsa niż ''zweganizowana'' mocno rodzima biała populacja. Pojawiły się również powiadam szanse na zdobycie dla polskiej wołowiny zarżniętej po islamsku nowych rynków zbytu w krajach muzułmańskich jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, nie muszę chyba stąd mówić, że zakaz komercyjnego uboju ''halal'' na miejscu niweczy takowe obiecujące perspektywy, i to właśnie teraz, gdy każdy grosz by się przydał. Biorąc powyższe czy ktoś jeszcze śmie w związku z tym pieprzyć, iż nadwiślański eurazjatyzm to w obecnych warunkach jakaś wariacka mrzonka?!

Na koniec przytoczę fragment artykułu ze świeżo otwartego portalu ''Nowy Ład'', internetowej przybudówki znakomitej ''Polityki Narodowej'', traktującego o Netanjahu, polakożerczej i prorosyjskiej wrogiej nam kreaturze, aczkolwiek życzyłbym sobie jednak przywódcy, który z podobną bezwzględną stanowczością broniłby naszego interesu państwowego i narodowego co on. Oto jakże znamienny w kontekście niniejszego posta zeń cytat:

''Mało co tak odrzuca bezwzględnego Netanjahu jak liberalne frazesy, których mnóstwo w życiu się nasłuchał. Nieprzypadkowo jego brat pisał w listach o szermującej nimi hedonistycznej młodzieży amerykańskiej (wśród której funkcjonowali wiele lat obaj bracia) z silną pogardą. „Ludzie tutaj rozmawiają tylko o autach i dziewczynach. Życie kręci się wokół jednego tematu – seksu, i myślę, że Freud miałby tu dobrą ziemię by siać i zbierać swoje owoce. Powoli nabieram przekonania, że żyję wśród małp, nie ludzi”. Małp, które umieją gadać o prawach człowieka, ale nie umiałyby nigdy bić się za swój kraj, tak jak komandosi Benjamin czy Jonatan Netanjahu. Według swojego biografa Anshela Pfeffera Bibi zawsze cieszy się, gdy po spotkaniach z Europejczykami czas przychodzi na Azjatów. Oni nie pytają o Palestynę, mniejszość arabską, prawa człowieka. Chcą robić z nim biznes, tak jak on z nimi. Stąd można domniemywać, że Netanjahu i Izrael dobrze poradzą sobie również w świecie coraz bardziej wielobiegunowym, mimo osłabienia pozycji Waszyngtonu, który bezskutecznie żąda od Tel Awiwu choćby osłabienia relacji z Chinami.''

- czyż może więc dziwić, że dziś te ludzkie małpy mówią już nie o prawach człowieka, lecz zwierząt...