sobota, 3 września 2022

Grobaczow - globalny imperialista i wróg postradzieckiej Ukrainy.

Z góry uprzedzam, że nie toleruję marudzenia, iż tekst jest za długi, przeintelektualizowany [ cóż za trudne słowo, świadczące o ''przeintelektualizowaniu'' tego, kto je wypowiada! ], lub znowuż pełen wszelakiej obsceny itd. Mało bowiem co tak wkurwia, jak aroganci mówiący innym co mają robić a nawet jak żyć, takowa postawa jest zasadna jedynie w naprawdę klinicznych przypadkach typu Napierdała, który przede wszystkim dla własnego dobra, ale i innych winien być leczony. Jasne, oceniam więc i podlegam ocenie, ta wszakże dotyczy wyłącznie treści, wartości zawartej w tekście argumentacji a nie jego formy, na której zwykle skupia się małostkowa krytyka. Piszę co chcę i jak chcę, nigdzie zaś nie ma obowiązku lektury ni tym bardziej zgadzania się z autorem. Pochwały też budzą mój niesmak, bowiem nie dla poklasku to czynię, ani tym bardziej jakowegoś ''poczucia misji'', inaczej zajmowałbym się pierdołami, lub truł głupoty jak Rola czy inszy pan Nikt [ skądinąd jakże adekwatne pseudo ]. Tak więc jeśli komuś nie odpowiada ulubiona przeze mnie konwencja diatryby, mieszania filozofii z wulgaryzmami a wszystko doprawione ostrym sosem politycznej ''szurii'', okultyzmu i Bóg lub diabeł wie czego jeszcze, może już spokojnie darować sobie lekturę reszty. Potępiony za to nie będzie:) - a teraz do rzeczy:

Zgon Gorbiego stanowi dobrą okazję dla rozprawienia się z bzdurami o ''banderowskiej'' jakoby Ukrainie, a także wykazania czemuż to ujmowanie zbrojnej napaści Moskwy na Kijów jako konfliktu między ''liberalnym Zachodem'' i ''autorytarnym Wschodem'' jest objawem politycznej i historycznej głupoty. Albowiem Zachód z USA na czele nie chciał rozpadu ZSRR, obaliła go zaś de facto sama komusza jeszcze wtedy Rosja, wraz z ''bratnimi'' nomenklaturami partyjnymi Białorusi i Ukrainy właśnie. Jak z okazji trzydziestolecia ukraińskiej niepodległości w zeszłym roku, przypomniał ówczesne okoliczności ekspert OSW Tadeusz A. Olszański:

''W Moskwie wciąż toczyły się rokowania nad traktatem związkowym i utrzymanie ZSRR było możliwe. Takiego rozwiązania oczekiwały też mocarstwa zachodnie (prezydent USA jeszcze 1 sierpnia 1991 r. krytykował w Kijowie pomysł niepodległości Ukrainy). Zręczna rozgrywka Jelcyna i Krawczuka udaremniła ten projekt: 8 grudnia 1991 r. przedstawiciele trzech państw założycieli Związku Sowieckiego (Rosji, Ukrainy i Białorusi) uznali, że przestał on istnieć. Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow pogodził się z tą decyzja, a świat zachodni nie miał innego wyjścia niż uznać nową sytuację geopolityczną, w tym – niepodległość Ukrainy. [...] 

- tak więc to nie żadni ''banderowcy'', wytępieni skądinąd głównie przez samych zsowietyzowanych Ukraińców, lecz tamtejsza postkomuna powołała do życia współczesną Ukrainę. Za pełną zgodą rosyjskiej nomenklatury i bezpieki, które także chciały własnej niepodległości, by strząsnąć coraz bardziej ciążące im brzemię sowieckiego imperializmu. Dlatego odegrały decydującą rolę w kontr-zamachu stanu dokonanym przez Jelcyna przeciw tzw. ''puczowi Janajewa'', nie pokonał go zaś spontaniczny, oddolny opór społeczeństwa, jak do dziś roją to sobie demoliberałowie pokroju historyka Bartłomieja Gajosa. Oponował natomiast przeciwko temu stary Bush, wieloletni dyrektor amerykańskiej bezpieki i ówczesny prezydent USA, oraz inni przywódcy ''wolnego świata''! Bowiem dla tego zwolennika ''New World Order'' rozpad ''alterglobalistycznej'', ponadnarodowej struktury jaką był ZSRR i powrót do państw narodowych na jego dawnym obszarze, musiał jawić się niewątpliwie jako niesłychany ''regres''. Tak więc owszem, Putin miał sporo racji nazywając współczesną Ukrainę ''poradziecką republiką'', tyle że popełnił fatalny dlań błąd ignorując wolę tamtejszych posowieckich elit politycznych i aktywnej części społeczeństwa w utrzymaniu własnej państwowości. Tracąca bowiem gwałtownie zasoby ludzkie i materiałowe Rosja, rzuciła się w desperackim szale kanibalizować pokrewny ruski naród, który mogłaby połknąć stopniowo i po cichu, gdyby tylko miała na to czas i siły. Na szczęście dla Polski zbywało jej wszakże na tym, przez co nastawiła przeciw sobie nawet wielu rosyjskojęzycznych Ukraińców. Jak trzeźwo spostrzegł przywołany przed chwilą analityk Ośrodka Studiów Wschodnich:

''Obywatele Ukrainy potwierdzili czynem, że niepodległe państwo jest im potrzebne – niezależnie od tego, w jak niewielkim stopniu realizuje ich aspiracje – a Moskwa stanowi dla nich zagrożenie. [...] Prezydent Wołodymyr Zełenski musiał kontynuować główne elementy strategii Petra Poroszenki wobec Rosji, bo tego oczekiwały odeń elity polityczne, biurokratyczne i gospodarcze, a także aktywna politycznie część społeczeństwa. Dla nich wszystkich przetrwanie i stabilizacja państwa w jego obecnym kształcie ustrojowym, nawet za cenę „małej wojny” na wschodzie, okazały się celem nadrzędnym – nie z powodów idealistycznych (choć nie podważam motywacji patriotycznych), ale dlatego, że jest to w ich żywotnym interesie. Oligarchowie (ale i drobniejsi przedsiębiorcy) potrzebują państwa, by chroniło ich interesy przede wszystkim przed rosyjską konkurencją, a biurokraci – by gwarantowało ich władzę regulacyjno-kontrolną, a także monopol języka państwowego, który stanowi dla nich podstawowe narzędzie pracy. Klasa polityczna bez państwa traci zaś rację bytu.''

Szczęsnym dla Rzeczpospolitej zbiegiem okoliczności, od czasu wspominanych tu dziejowych wydarzeń sytuacja uległa diametralnej zmianie, bowiem jakby to paradoksalnie dla wielu nad Wisłą nie zabrzmiało, Polska obecnie jest beneficjentem faktycznego rozpadu Zachodu. Tym razem Amerykanie mają żywotny interes w utrzymaniu niepodległości Ukrainy, do czego rzecz jasna jesteśmy im niezbędni, natomiast Francja i Niemcy zwłaszcza de facto zdradziły Zachód swym nieformalnym sojuszem z Rosją, by wraz z nią budować ''Wielką Europę''. Takowymi wizjami kusił zmarły dopiero co Gorbi jeszcze za czasów swego sekretarzowania - jak opisuje to inny komentator OSW Marek Menkiszak:

''Idea „wspólnego europejskiego domu” pojawiła się w drugiej połowie lat 80. jako hasło polityczne związane z „nowym myśleniem” w polityce zagranicznej ZSRR zainicjowanym przez sekretarza generalnego KC KPZR (od 1985, a od 1988 roku prezydenta ZSRR) Michaiła Gorbaczowa. Pojęcie to zostało użyte w wielu programowych wystąpieniach Gorbaczowa na forach zagranicznych m.in. podczas wizyty w Czechosłowacji w kwietniu 1987 roku, w Niemczech w czerwcu 1989, we Francji w lipcu 1989 czy we Włoszech w listopadzie 1989. Idea ta nigdy nie przybrała postaci skonkretyzowanej, spójnej koncepcji. Na podstawie wystąpień można jednakże zrekonstruować jej zarysy. Punktem wyjścia była konstatacja zakończenia okresu zimnej wojny pomiędzy antagonistycznymi blokami: radzieckim i zachodnim oraz przekonanie, że rywalizację pomiędzy nimi powinna zastąpić ich współpraca w imię wspólnych wartości i w celu rozwiązania wspólnych problemów, a zwłaszcza dla zapewnienia trwałego bezpieczeństwa i dobrobytu od Vancouver do Władywostoku”. Z czasem w ślad za tym szły radzieckie postulaty: stworzenie nowej kooperacyjnej architektury bezpieczeństwa opartej na procesie KBWE; rewizji strategii obronnych i redukcji zbrojeń w Europie; nawiązanie partnerskiej współpracy pomiędzy NATO i Układem Warszawskim, pomiędzy Wspólnotami Europejskimi a RWPG; zniesienie zachodnich ograniczeń w eksporcie do ZSRR i państw bloku radzieckiego produktów wysokotechnologicznych (system COCOM).''

- teraz wiadomo skąd się wzięło staremu Brzezińskiemu pierdolenie o ''rozszerzonym Zachodzie od Vancouver po Władywostok'' w jego ''strategicznej wizji'': zwyczajnie zerżnął koncept z przemówień ostatniego przywódcy ZSRR! Do końca skurwiel pozostał ślepym wyznawcą swej ''teorii konwergencji'', czyli fuzji systemowej sowietyzmu i amerykanizmu w celu ustanowienia ''rządu światowego'', globalista w ząbek czesany. Nic dziwnego więc, że jego dobry kumpel Kissinger ostał się serdecznym druhem Putina i dopiero niedawno otrzeźwiał nieco w sprawie Rosji, rychło w czas. Jak widać tezy Gorbiego [ teraz już Grobiego ] znalazły chętnych słuchaczy wśród wielu przedstawicieli zachodnich elit. W podzięce zapewniły mu one sutą emeryturę - jak donosił na jego 87 urodziny cztery lata temu Biełsat:

''Istnieje także Gorbaczow-Found, założony w latach 90-tych w celu badania społecznych, gospodarczych i politycznych zagadnień rosyjskiej i światowej historii, który, jak się powszechnie uważa, finansowany jest z Niemiec. Obecnie Gorbaczow prawie nie odczytuje już wykładów, jednak wcześniej często występował na światowych i rosyjskich uczelniach. Sumy honorariów nie są publikowane, ale zazwyczaj za takie występy płaci się dziesiątki tysięcy dolarów. Zabawne, że Gorbaczow jest także człowiekiem estrady. Wystąpił w szeregu filmów reklamowych, między innymi kolei austriackich, Pizza Hut i odzieżowej marki Louis Vuitton. W 2004 roku otrzymał najwyższą nagrodę muzyczną świata – Grammy. Za udział w nagraniu bajki Prokofiewa “Pietia i wilk” nagrodzono Michaiła Gorbaczowa, Billa Clintona i Sophie Loren. Rosyjski polityk wystąpił też w licznych filmach fabularnych i dokumentalnych. [...] – On nie bieduje. Ma swoją fundację, którą na pewno wspierają Niemcy, którzy mają wszelkie podstawy by go lubićGorbaczow zrobił Europie dobrą rzecz [...] sprzyjał połączeniu Niemiec.''

Dlatego wdzięczne goebbelsy wystawiły mu nawet pomnik przed ratuszem miejskim w Dessau, zaś na Wyspach urządzano ku jego czci huczne fety:

''Były lider KPZR, pierwszy i jedyny prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow z okazji 80. urodzin został w środę uhonorowany galowym koncertem i bankietem w najbardziej prestiżowej sali koncertowej brytyjskiej metropolii. Koncert w Royal Albert Hall poprzedził bankiet, na którym Gorbaczow wręczył inauguracyjne nagrody swego imienia (Nagroda Michaiła Gorbaczowa - "Człowiek, który zmienił świat") trzem osobom, które wniosły wybitny wkład w rozwój współczesnej cywilizacji, kultury otwartego świata oraz nauki i technologii. [...] Konferansjerami był Kevin Spacey, amerykański aktor, reżyser, scenarzysta, producent i piosenkarz w jednej osobie oraz aktorka Sharon Stone, której sławę przyniosła rola w filmie "Nagi Instynkt". Wśród gości byli Bono, Jose Carreras, Hugh Grant i Elizabeth Hurley, były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, były burmistrz Kalifornii Arnold Schwarzenegger, były premier W. Brytanii John Major i były premier Francji Michel Rocard.''

Pewnie Miszka tak dobrze bawił się z czołowym niemieckim lobbystą Gazpromu, bo zgadzali się w sprawie aneksji Krymu i statusu Ukrainy - cytat za przywołanym już materiałem Biełsatu: 

''Gorbaczow unika jednoznacznej odpowiedzi na temat udziału rosyjskich wojskowych w wojnie w Donbasie czy podczas aneksji Krymu.

– Chcecie, bym odpowiedział wam tak lub nie? Moja matka była Ukrainką, ojciec Rosjaninem. Moja świętej pamięci żona – Ukrainką. Oto nasze społeczeństwo. Ukraina jako państwo pojawiła się za władzy radzieckiej, a do tego czasu była terytorium. Jednak gdy w parlamencie Rosji przyjęto Porozumienie Białowieskie, nikt słowem nie wspomniał o Krymie. Wtedy trzeba było przedyskutować los Krymu, o który przez stulecia prosili Rosjanie – powiedział Gorbaczow w wywiadzie dla brytyjskiego kanału.''

Trzeba uczciwie powiedzieć, że bydlaka fetowali nie tylko Niemcy, ale i jak widać z powyższego Anglosasi. Żadne tam ''PiSowskie medium'', lecz TVN donosił, iż:

''Według otwartych źródeł Fundacja Gorbaczowa jest międzynarodową organizacją pozarządową z siedzibą w San Francisco" [...] Fundacja Gorbaczowa została założona przez ostatniego przywódcę Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i prezydenta ZSRR w 1992 roku. Obszarem jej działalności są badania społeczno-gospodarcze i polityczne. ''

- ściśle rzecz biorąc siedziba fundacji znajduje się do dziś w Moskwie, mimo antyglobalistycznej retoryki putinowskiego reżimu. Natomiast w San Francisco otwarto jej biuro i to na terenie byłej bazy wojskowej Presidio, przekształconej na pocz. lat 90-ych w park i miejsce publiczne. Pismo rodzimych ''zielonych'' tak oto relacjonowało zorganizowany tamże w owym czasie sabat pod auspicjami Gorbiego, gdzie robił za ''Grand Wizarda'' planetarnego KKK:

''Jak informowało wiele światowych tygodników były przywódca ZSRR, który przejdzie do historii jako m.in. człowiek, który zdemontował system komunistyczny, zwołał niedawno w San Francisco konferencję ponad 500 znanych myślicieli i autorytetów z całego świata. Celem spotkania była wspólna refleksja nad kierunkiem w jakim zmierza cywilizacja i polityka. [...]

W wywiadzie dla amerykańskiej sieci telewizyjnej CNN, która transmitowała fragmenty spotkania, Gorbaczow powiedział:

„Już na jesieni 1992 roku około 1500 naukowców, wśród których było ponad 100 noblistów, podpisało się pod poglądem, że jeżeli dotychczasowy model handlu i inne tendencje świata zachodniego, w tym model produkcji i konsumpcji, nie ulegną zatrzymaniu i zasadniczym zmianom, wówczas zmiany w biosferze jakie zajdą w przeciągu trzydziestu do czterdziestu lat będą nieodwracalne. To, czego świadkami jesteśmy dzisiaj, to procesy i tendencje, od których zależy cała przyszłość cywilizacji. Jeśli zdamy sobie z tego należycie sprawę, wówczas będziemy mogli podjąć działania. Możemy stymulować procesy pozytywne, możemy uruchamiać pozytywne tendencje i wciąż jeszcze możemy powstrzymać zagładę. Niech mi jednak będzie wolno raz jeszcze podkreślić: czasu jest już niewiele i z dnia na dzień się kurczy. Już dzisiaj jesteśmy spóźnieni o co najmniej 25 lat”.

Sam Gorbaczow i inni uczestnicy konferencji apelowali o stworzenie swoistej „Karty Ziemi”, ponad interesami narodowymi, lokalnymi ksenofobiami i interesami politycznymi. Karta taka miałaby być także propozycją w kierunku globalnej zmiany świadomości.''

- cóż, można by złośliwie, lecz zasadnie zapytać jak bardzo zagładę ludzkości i całej planety przybliżyło marnowanie energii na podobne bizantyjskie spędy eko-globalistów. A także wspomniane imprezy ku czci, wymagające wydatkowania ogromnych ilości CO2, prawdziwe orgie konsumpcjonizmu. Wyborne: pieprzyć innym morały o radykalnym ograniczeniu potrzeb, samemu pławiąc się w luksusie i zbytku. Biorąc pod uwagę, że w pomienionej konferencji brały udział tak niepoważne persony, jak ześwirowana całkiem Shirley MacLaine, która ''utrzymuje, że w poprzednim życiu przed 35 tysiącami lat mieszkała na Atlantydzie i była siostrą nadprzyrodzonego bytu imieniem Ramtha'', moglibyśmy raczej spać spokojnie. Niestety jak donosiła lokalna gazeta, to gorbaczowowskie ''Forum Światowego Państwa'' uświetnili Margaret Thatcher i wspomniany Bush senior, zapewne by wspólnie z byłym radzieckim gensekiem celebrować żałobę po ZSRR przy ''okrągłym stole'' w Masonic Auditorium. Znamienne, że główny w jego imieniu organizator całej imprezy Jim Garrison, tak relacjonował ówczesne stanowisko b. przywódcy sowieckiego ''imperium zła'':

''Gorbaczow uważa, że państwo narodowe ulega erozji, szeroko dyskutowany Nowy Porządek Świata jest nieunikniony; zaś przed ludzkością stoją wyzwania środowiskowe, technologiczne i społeczne''. [ którym w domyśle to państwo nie podoła - przyp. mój ].

W wywiadzie zaś dla wspomnianego portalu z San Francisco uściślał już we własnym imieniu:

''Najbardziej fundamentalną obserwacją polityczną, jaką mógłbym poczynić na temat świata, jest to, że historia wychodzi poza państwa narodowe. Organizacje sieciowe bazujące na powiązaniach międzyludzkich zastępują narody i rządy jako ośrodki energii, wyobraźni i zasobów. Dzięki mojemu komputerowi, faksowi i telefonowi mogę komunikować się z każdym, w każdym miejscu na świecie i angażować się w partnerstwa, o których rządy mają niewielką lub żadną wiedzę. [...] Jeśli spojrzeć na którykolwiek z tych organów rządzących dzisiaj, są one całkowicie sparaliżowane, w impasie. Instytucje te zostały stworzone w epoce przemysłowej, w kontekście państw narodowych, dla polityki, która była zasadniczo lokalna. Obecnie żyjemy w świecie, w którym polityka stała się globalna i regionalna.''

- trudno o bardziej dosadną manifestację globalizmu. Wzmianka o mediach elektronicznych umożliwiających aktywność międzyludzką jakoby poza kontrolą rządów, brzmi z dzisiejszej perspektywy wyjątkowo bzdurnie, gdy wiadomym jest ich rola jako narzędzia powszechnej manipulacji i inwigilowania mas przez globalne korporacje zblatowane z największymi państwami świata. Nie posądzam jednak Garrisona o naiwność i głupotę - facet łże bezczelnie jak przystało na agenta bliżej nierozpoznanych służb. Świadczy o tym jego kariera radykała politycznego, zaangażowanego w protesty przeciw wojnie USA z komunistycznym Wietnamem, który ostał się w poł. lat 80-ych zeszłego stulecia szefem ''programu wymiany sowiecko-amerykańskiej''. Działał on w ramach osławionego Instytutu Esalen, nieformalnego centrum antykulturowej ''rewolucji psychodelicznej'' i seksualnej z Kalifornii. Zgrupowani w nim aktywiści, banda wydawałoby się odklejonych kompletnie od rzeczywistości szurów i oszołomów, przystąpili z błogosławieństwem amerykańskiego Departamentu Stanu jeszcze w latach 70-ych do budowania relacji z podobnymi sobie maniakami parapsychologii i okultyzmu po drugiej stronie ''żelaznej kurtyny''. Jakimś ''cudem'' udawało im się odwiedzać wówczas ZSRR, spotykając z bratnimi duszami w ''magicznym'' fachu, a i bez tego przeprowadzając całkiem udane ponoć eksperymenty telepatyczne, przesyłając obrazy radzieckim towarzyszom za pomocą samego umysłu [!]. Abstrahując od realności takowych wydarzeń, w efekcie powstała globalna siatka łącząca USA i ZSRR nieformalnymi więziami, bazująca na środowiskach współczesnych ''czarowników'' i ''wiedźm'', która nabrała szczególnego znaczenia w momencie radykalnego ochłodzenia stosunków między oboma mocarstwami w epoce Reagana. Jedna i druga strona więc wykorzystywały ją do nawiązywania kontaktów, niemożliwych na drodze formalnej w panującej wtedy atmosferze zaostrzenia konfrontacji sowiecko-amerykańskiej. Tymczasem podczas urządzanych w Esalen orgietek funkcjonariusze KGB i CIA mogli dokonywać swobodnie prawdziwych ''fuzji międzyustrojowych'' o których tyle pierdolił Brzeziński, całe to miejsce stanowiło wręcz doskonałą ilustrację tezy Foxa o ''kopulujących ośmiornicach'', jako splątanych mackach tajnych służb wrogich sobie poza tym potęg. A wszystko w oprawie okultyzmu, New Age i chuj wi czego jeszcze, więc kto wie - może jębnięta Szirley nie jest znowu wcale taka głupia i także odegrała w tej operacji swoją rolę ''medium''? Garrison jako ''oficer prowadzący'' całego projektu, czuwał również nad sprowadzeniem do USA pod koniec lat 80-ych Jelcyna. Wspominał to później jako koszmar, bo niemal przez cały okres dwutygodniowej wizyty przyszły przywódca Rosji był rzecz jasna ostro najebany. Jednakże dopisujące mu wówczas jeszcze zdrowie, tężyzna godna prawdziwego rosyjskiego niedźwiedzia, pozwalały Borysowi ustać na nogach i całkiem składnie rozmawiać, gdy poszedł kompletnie schlany do Białego Domu, by spotkać się z prezydentem Bushem [ ojcem ] i Condolezzą Rice. Znamienne, że autorka tekstu z którego to zaczerpnąłem wyżej przytoczone iście sensacyjne fakty, wprost pisze iż Garrison próbował ostrzec Gorbaczowa przed niebezpieczeństwem jakie stwarzał dla jego władzy Jelcyn, na szczęście daremnie. Bowiem zapewne wyczuł w ziejącym wódą polityku orędownika tak obmierzłego mu państwa narodowego i rosyjskiej w tym wypadku niepodległości. Przy czym mym zamiarem nie jest wypisywanie tu peanów na cześć Jelcyna, a jedynie wskazanie na fakt, iż to jemu przysługuje miano głównego ''obalacza'' ZSRR, nie zaś Gorbaczowowi. A także ściśle w tym zbożnym dziele współpracującemu z rosyjskim przywódcą Leonidowi Krawczukowi, również niedawno zmarłemu pierwszemu prezydentowi formalnie niepodległej Ukrainy. Podkreśliłem dość umowny charakter tejże niepodległości, bowiem jak sam Krawczuk przyznał gorzko w wywiadzie udzielonym redaktorom ''Rzepy'' w 2015 roku, jego kraj nie był wówczas traktowany podmiotowo przez światowe mocarstwa. Mówił o tym w kontekście Memorandum Budapesztańskiego, w którym to Zachód z USA na czele, jak i później dołączone doń Chiny, zobowiązywały się do ochrony integralności terytorialnej Ukrainy w zamian za oddanie przez nią Rosji bazującej na jej terenie broni nuklearnej. Polecam lekturę tegoż wywiadu, bowiem Krawczuk otwartym tekstem oznajmia w nim, iż ostrą presję na władze w Kijowie wywierała w tym względzie administracja prezydencka Clintona. Konkretnie zaś ówczesny wiceprezydent Al Gore, znany później eko-globalistyczny oszołom, posuwając się do wygrażania osobiście Ukraińcom srogimi sankcjami. Kiedy zaś to nie poskutkowało, Amerykanie zwiedli ich rzekomymi ''gwarancjami'', dziś rżnąc głupa, iż chodziło jakoby o jedynie niezobowiązujące dla nich samych ''zapewnienia''. Innymi słowy USA wraz z podpisanymi pod tym dokumentem Francją, Wlk. Brytanią i Chinami, sprzedały faktycznie Ukrainę Rosji, choć powinny były zdawać sobie sprawę z konsekwentnego stanowiska Moskali ws. Krymu i tzw. ''Noworosji'', które od początku jeszcze w momencie rozpadu ZSRR stanowiły dla nich bolesną zadrę. I to nawet tak ''liberalnych'', nastawionych ''planetarnie'' i ''antyszowinistycznie'' jak Gorbaczow i jego najbliżsi współpracownicy, o czym niedawno przypomniał pomieniony już historyk Bartłomiej Gajos. Amerykanie współpracowali przecież ściśle z tym martwym od niedawna skurwielem, jak to wyżej wykazaliśmy, a i on nie krył wcale pogardliwego stosunku do ukraińskiej państwowości, mimo swych związków z naddnieprzańską ojczyzną przodków, skąd pochodziła też ponoć tak ukochana przezeń żona Raisa [ patrz przytoczone już słowa o Ukrainie jako ''terytorium'' jedynie ]. Najwidoczniej owo globalistyczne oszołomstwo i zaślepienie ideologiczne, kazało im podzielać zdanie Gorbaczowa o rzekomym ''końcu państw narodowych'', za wyjątkiem takich imperiów jak Rosja właśnie, Niemcy, USA czy Chiny. Rzeczywiście w tej perspektywie państwa średniej wielkości jak Polska czy Ukraina, o pomniejszej drobnicy typu Mołdawia już nie wspominając, są jakoby ''skazane na zagładę'', wchłonięcie przez planetarne ''Grossraumy''. Do czego prowadzi podobna głupota, widzimy teraz na przykładzie tragedii rozgrywającej się niedaleko od wschodnich granic naszego kraju. Jakże trafnie, a gorzko zarazem brzmią słowa b. przywódcy Ukrainy, wypowiedziane we wspomnianym wywiadzie sprzed dekady już prawie:

''Ważniejsze od wszystkich dokumentów międzynarodowych jest zaufanie. Mówię Ukraińcom: zakpili z nas? Jak można teraz ufać? Rosja przyjęła niedawno dokument, że jej prawo wewnętrzne jest ważniejsze od międzynarodowego. Jaki jest sens podpisywać z nią dokumenty, jeżeli one nie będą miały żadnej mocy? Krok po kroku prawo międzynarodowe traci swoją wagę. I zaufanie do niego jest małe. A jeśli te sprawy, o których mówimy, działania Rosji i stanowisko Europy i USA wobec przyjętych dokumentów są takie, jakie są, to w przyszłości będzie tak, że każdy działa, jak mu się zachce. Będzie się liczyła zasada siły, a nie zasada prawa międzynarodowego.

Dlaczego Zachód, Ameryka i Wielka Brytania zdecydowały się oszukać Ukrainę w sprawie Memorandum Budapeszteńskiego?

Bo nie chcą naprawdę zająć stanowiska wobec Rosji. Pamiętam, że prezydent Ronald Reagan nazwał Związek Sowiecki imperium zła i postawił sprawę pryncypialnie. Wszystko było na swoim miejscu, ZSRR zrozumiał, że nie będzie rozmów, ale będą skutki. A teraz nie ma żadnych konsekwencji, tylko rozmowy. Prezydent Francji Hollande jedzie do Moskwy tworzyć koalicję antyterrorystyczną. Ukraina znalazła się poza granicami tych relacji, nie jesteśmy podmiotem, ale przedmiotem stosunków międzynarodowych.''

- jak widać z powyższego jakieś rozmowy między ZSRR a USA jednak się wówczas toczyły, aczkolwiek w sposób wysoce niesformalizowany, ''telepatyczny'' wręcz:))). Mówiąc zaś serio, wygląda na to, iż nastawiona globalistycznie część amerykańskich elit władczych, de facto sabotowała ostrą antysowiecką politykę administracji Reagana za jego pierwszej kadencji. Zapewne też jej ''wrogiemu przejęciu'' przez takich jak stary Bush służyła afera ''Iran-Contras'', która skutecznie zneutralizowała za oceanem patrzących trzeźwo na komunistyczne zagrożenie radykałów. Niemniej co do zasady Krawczuk miał rację: dziś doskonale znać, iż nędza globalnego liberalizmu jedynie rozbestwia imperialne demony. Tymczasem to właśnie w interesie największych graczy polityki światowej i dla zachowania planetarnej równowagi konieczne jest istnienie pomniejszych państw i narodów, z poszanowaniem ich odrębności. Bowiem ludzkość to nie żadne universum, jak roją sobie globalistyczne kreatury pokroju pomienionych Garrisona, Busha czy Gore'a, lecz z zasady różnorodne ''pluriversum''. Skumał to Putin, przebiegle maskując swój agresywny neoimperializm o kolonialnym wręcz charakterze, jako rzekomą ''multipolarność'', czyli wielość ośrodków władzy w obecnym świecie. Bezczelnie przy tym ignorując, iż logiczną konsekwencją owej tezy byłoby poszanowanie odrębnego bytu i suwerenności Ukrainy, o krajach bałtyckich czy Kazachstanie już nie wspominając, ale czegóż spodziewać się po butnym Moskalu? Niemniej to umownie zwany ''Zachód'', przede wszystkim Niemcy wraz z Francją, ale i globalistycznie nastawieni dotąd Anglosasi rozzuchwalili kremlowską bestię, nawet jeśli pierwszeństwo w tym mają kontynentalne, nie zaś morskie mocarstwa. Wielka szkoda, że amerykańskim elitom władczym zabrało tyle czasu lekkie choć przebudzenie z globalistycznego oszołomstwa, przynajmniej jeśli idzie o politykę zagraniczną, za którą to ignorancję Ukraina płaci właśnie tragedią swych obywateli i utratą terytorium. Aczkolwiek nie robię sobie złudzeń co do skali i trwałości tegoż otrzeźwienia, patrząc choćby na panoszenie się obecnego ambasadora USA na krajowym podwórku, czy wspieranie przez Jankesów takich kreatur jak Czaskosky lub Hołownia. Najwidoczniej nie ma ich również obecny szef naszego MSZ Zbigniew Rau, jako znawca anglosaskiego liberalizmu i jego myśli politycznej. Poddaje miażdżącej krytyce typowy dlań stosunek do suwerennej ''racji stanu'' państwa i narodu, w dość świeżym bo pochodzącym z zeszłego roku artykule, pomieszczonym w 43 tomie zasłużonego pisma naukowego ''Studia nad autorytaryzmem i totalitaryzmem'' [!]. Wykazuje on tam, że dla liberałów podobnie zresztą jak i socjalistów, ich model polityczności oraz ułożenia stosunków społecznych i ekonomicznych, jako z założenia abstrakcyjny programowo ignoruje realia. Nie ma w nim więc miejsca na żaden wyjątek ni różnicę wynikające z dziejowych uwarunkowań danego narodu i państwa, dodajmy wyklętych dla misesistów jako ''polilogizm'', jest rzekomo bezwzględnie obowiązujący w każdej sytuacji. Dotyczy powszechnie wszystkich w uniwersalizmie konstruowanych przezeń sztucznie pojęć, jak ''rozum publiczny'' Rawlsa czy utopia wolnego rynku, gdzie to konsument jest panem i władcą nie zaś przedsiębiorca! Doktryna takowa stanowi przeto doskonałe uzasadnienie dla współczesnego, typowo liberalnego ''imperializmu sieci'' z jego scedowaniem suwerenności na pozapaństwowe podmioty typu korporacje kapitalistyczne i wspierane przez nie NGOs-y. Same rządy i suwerenność narodów jawią się w tej optyce jako zbędne już całkiem ''pasożyty'' na zdrowym ciele pojmowanej uniwersalistycznie i kompletnie abstrakcyjnie ''ludzkości''. Z pozoru tylko paradoksalnie ów libertariański totalitaryzm doskonale współgra z podejściem tak niby skonfliktowanej z nim lewicy, bowiem socjalizm uznaje państwo za wytwór kapitalistycznej oligarchii w jej tylko klasowym interesie ustanowiony. Dlatego jedynie skurwiały mentalnie korwinowiec może stawiać znak równości między nim a etatyzmem, obie ideologie łączą się we wspólnej wrogości wobec państwa narodowego. Tak o tym pisze Rau, referując stanowisko Marksa:

''Tym samym, zarówno w Anglii, jak i we Francji, „burżuazja, ponieważ stanowi już nie stan, lecz klasę, zmuszona jest organizować się w skali narodowej, nie zaś lokalnej, i nadawać swemu zwykłemu interesowi formę powszechności”; ta „powszechna forma” to państwo, które jest „niczym więcej jak formą organizacji, którą burżuazja z konieczności nadaje sobie, ażeby zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz danego kraju gwarantować sobie wzajemnie swą własność i swe interesy”. Nie zmienia to w niczym tego że „nowoczesna władza państwowa jest jedynie komitetem zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy burżuazyjnej”, a władza polityczna „jest zorganizowaną przemocą jednej klasy celem ucisku innej”. Z perspektywy materializmu historycznego racja istnienia burżuazyjnego państwa angielskiego czy burżuazyjnego państwa francuskiego, czy jakiegokolwiek innego burżuazyjnego państwa jest taka sama lub bardzo podobna. Jest nią realizacja klasowego interesu lokalnej burżuazji, takiego samego lub bardzo podobnego, bo zawsze skierowanego przeciwko takiemu samemu lub bardzo podobnemu interesowi lokalnego proletariatu.''

O ironio opis ten idealnie wprost pasuje do radzieckiej państwowości, o ile tylko pod kapitalistów podstawi się klasę komunistycznej burżuazji partyjnej:))). Siłą rzeczy więc w tzw. realnym socjalizmie państwo musiało posiadać czysto fasadowy charakter, robiąc za rodzaj ''zasłony dymnej'' dla tyranii komunistów i służąc jej uwiarygodnieniu na arenie międzynarodowej. Niemniej przyznać trzeba, iż w odróżnieniu do nastawionych jawnie wielkorusko i szowinistycznie ''białych'', bolszewicy z Leninem na czele uwzględniali jednak w swej taktyce interesy narodowe innych niż rosyjska nacji, stąd i wzięli nad tamtymi górę. Nie znaczy to bynajmniej, ażeby patrzyli przyjaźnie na emancypację poddanych swej władzy ludów i ras, a jedynie stosowali wobec nich przebieglejsze podejście, maskując polityką ''korenizacji'' a później gadaniną o ''jednym, radzieckim narodzie'' swój uniwersalistyczny imperializm. Mimo to Ukraina w momencie rozpadu ZSRR dysponowała dzięki temu gotowymi instytucjami niechby fasadowej państwowości, w przeciwieństwie do samej Rosji paradoksalnie. Tak o tym pisze w swej analizie pomieniony na wstępie Tadeusz Olszański:

''Państwo ukraińskie jest pod każdym względem jej [ tj. republiki związkowej w ramach ZSRR - przyp. mój ] dziedzicem i kontynuatorem: od statusu członka założyciela ONZ, przez rozwiązania administracyjne, prawne i gospodarcze, których znaczna część obowiązuje do dziś, aż po formalną ciągłość organów władzy. Wybrana jeszcze w ZSRR Rada Najwyższa Ukrainy dotrwała do końca kadencji (1994 r.), a konstytucję, która zastąpiła sowiecki dokument z 1978 r., uchwalono dopiero w 1996 r. Ukraińska SRR była państwem nie tylko formalnie – co miało kapitalne znaczenie dla jej uznania prawnomiędzynarodowego w 1991 r. – lecz także faktycznie. Nie cieszyła się niepodległością, a stopień jej realnej samodzielności był niższy niż niejednego terytorium autonomicznego poza ZSRR. Posiadała jednak niemal wszystkie struktury tworzące współczesne państwa, łącznie z organami centralnymi (w tym ciałem prawodawczym), wyraźnie określone granice, a także symbole państwowe oraz język, w którym oficjalnie – acz nie zawsze realnie – funkcjonowała. To państwo stanowiło pod wieloma względami atrapę, jeden z poziomów zarządzania Związkiem Sowieckim, lecz jego klasa polityczna (nomenklatura) dysponowała świadomością jeśli nie odrębności, to przynajmniej swoistości własnych interesów grupowych. Starała się także je realizować, nawet jeśli aż do schyłku 1990 r. nie traktowała niepodległości (odrębności państwowej) jako rzeczywistej opcji. [...] Niepodległość przyniósł Ukrainie przede wszystkim rozwój wydarzeń w Moskwie – rywalizacja sowieckiej nomenklatury rosyjskiej z centrum związkowym (najwyższymi władzami ZSRR), prowadząca do rozpadu federacji. To przede wszystkim rosyjska klasa polityczna – jedyna, która nie miała własnych, republikańskich organów centralnych – chciała „być u siebie”, realizować własne interesy. Kijów niemal przez cały czas postępował krok za Moskwą, ostrożnie, wręcz kunktatorsko. Ile było w tym oportunizmu i lęku, a ile świadomej polityki – nie ma znaczenia. Ważne, że ta ewolucja zarówno nomenklatury, jak i społeczeństwa umożliwiła pokojowe rozwiązanie ZSRR i zniesienie komunistycznego systemu sprawowania władzy.''

- dlatego uzyskanie wówczas przez Ukrainę ''niepodległości'' nie kosztowało jej wtedy zgoła nic. Bowiem nastąpiło poniekąd z łaski samej Rosji, która zdawała sobie przeto sprawę z zależnego charakteru fasadowej suwerenności pogardzanych przez nią ''chachłów''. Moskwa też rychło popadła w poważne tarapaty wewnętrzne, na tyle absorbujące jej uwagę, że była gotowa odpuścić na pewien czas Kijowowi, tym bardziej iż sytuacja naddnieprzańskich władz przedstawiała się w owym czasie bodaj jeszcze gorzej. Dopiero kiedy poczęła odzyskiwać moc, na ile realnie to osobny temat, z właściwą sobie butą coraz agresywniej postępowała z ''bratnim, ruskim narodem'', aż do obecnej eskalacji. Wygląda, jakby cała furia Moskali towarzysząca ich agresji zbrojnej przeciw Ukrainie brała się z wściekłości wobec ''młodszych braci'', iż poważyli się na budowę osobnej państwowości, a niechby skorumpowanej i pełnej rozlicznych dysfunkcji. Tymczasem do dziś Rosja to żadne państwo i przeto imperium, dlatego też ''nie ma granic'' wedle słów samego Putina, jako tyrania anarchicznie samowolnej władzy, ujętej jeno dla niepoznaki w karby instytucji o nadal fasadowym zupełnie charakterze. A więc nie powiodła się próba uzyskania przez nią własnej podmiotowości, dla której zniweczyła ciążący jej coraz bardziej garb ZSRR, stąd uznała najwidoczniej, że ''słowiańscy bracia'' nie mogą mieć lepiej od starszej siostry, a właściwie ''matuszki Rassiji'' czy raczej wyrodnej macochy. Jakby to nie zabrzmiało bluźnierczo dla co poniektórych nad Wisłą, Putin choć czekista usiłuje jedynie wcielić w życie hasła antyradzieckich dysydentów, nastawionych przy tym szowinistycznie, takich jak wielki poeta rosyjski Josif Brodski - co z tego, że Żyd: inny wielkorus Puszkin miał za przodka Murzyna - czy Sołżenicyn [ być może dlatego ośmielę się rzec, iż zostali oni przez sowiecką bezpiekę w której służył wykreowani... ]. Wojciech Zajączkowski w przywoływanej już tutaj pracy ''Rosja i narody'', tak rzecz przedstawia:

''Wśród intelektualistów rosyjskich coraz silniej dawało znać o sobie przekonanie, że eksperyment komunistyczny odbywa się kosztem Rosji. Po raz pierwszy problem ten został sformułowany w nielegalnym almanachu Iz pod głyb, wydanym w 1974 roku w samizdacie. Na przełomie lat 70/80-ych jeden ze współautorów almanachu Igor Szafarewicz, wybitny matematyk, dysydent i publicysta napisał Rusofobię, esej ukazujący Rosję jako ofiarę eksperymentu komunistycznego. [...] Dekadę później Walentin Rasputin [ czołowy przedstawiciel ''nurtu chłopskiego'' w radzieckiej literaturze, coś jak nasz Myśliwski - przyp. mój ] i Aleksander Sołżenicyn, inicjator almanachu ''Iz pod głyb'', powtórzyli swoje sądy o miejscu Rosji w ZSRR w o wiele ostrzejszy sposób. Sołżenicyn przedstawił wizję nowej Rosji, która powinna wyrzec się Kaukazu, Azji Środkowej i krajów bałtyckich, oraz - wspólnie z Białorusią, Ukrainą i północnym Kazachstanem [ czyli z tamtejszą mniejszością rosyjską - przyp. mój ] stworzyć federację słowiańską. ,,Nie mamy już sił na peryferia - ani gospodarczych, ani duchowych. Nie mamy sił na Imperium! - wołał pisarz. - I nie trzeba mieć, niech zwali się ono z naszych ramion: wszak odmóżdża nas, wysysa, przyspiesza nasz zgon. [...] Trzeba teraz stanowczo wybrać: między gubiącym nas Imperium i duchowym oraz cielesnym ratowaniem całego narodu''. [...] Co więcej, do podobnego wniosku dochodziła nomenklatura partyjna, która w coraz większym stopniu zaczynała odczuwać smak niezależności od nieprzewidywalnego Centrum. Proces ten jednak można było powstrzymać siłą, groźbą represji, gdyby tylko zechciała tego Rosja - ale Rosja nie chciała... ,,Bez Rosji Związku nie będzie - co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości - pisał W. Rasputin. - Ona to właśnie w ciągu kilku stuleci zbierała ziemie i narody pod swoją władzą i opieką [ cóż za eufemizm dla brutalnej polityki podboju i łupiestw - przyp. mój ], ona dała swe imię państwu i była jego kręgosłupem [...] I dlatego, jeśli Rosja wpadłaby na pomysł, by wymknąć się z tego ukształtowanego w ciągu wieków organizmu, bez wątpienia rozleci się cała reszta''.''

- co też i się dokonało. W świetle powyższego obecna agresja zbrojna Moskwy byłaby, nieudaną na szczęście póki co, próbą przekształcenia Rosji wreszcie w normalne państwo narodowe, a poniekąd też oznaką bankructwa własnego imperializmu. Słuszny zatem postulat legł u podstaw ''mordu założycielskiego'' tegoż Kacapstanu, jakim jest gwałt dokonywany właśnie przezeń na ''bratnim, słowiańskim narodzie''. Tym samym Moskale zamiast umknąć w końcu fatalizmowi własnych dziejów, powielają jedynie gest pierwszych despotów jak Iwan Kalita, którzy zbudowali swoją pozycję i majątek na ściąganiu haraczy dla ordy z władców sąsiednich ruskich księstw. Może więc podobnie pozycjonuje się wobec Chin obecna kremlowska oligarchia, a cała ta gadanina o ''zbieraniu ziem ruskich'' służy jej do tego jedynie za pretekst - chuj nołs? Po co jednak byłoby to potrzebne Pekinowi trudno orzec, stąd w tym jak i wielu innych wypadkach analogie historyczne są jednak pewnie mylące. Ostawmy wszakże Rosję, powracając na koniec do Ukrainy, skoro od niej zaczęliśmy narrację. Nie ma co kryć, za dążeniami niepodległościowymi nomenklatur postkomunistycznych obu krajów stały raczej przyziemne względy, zwyczajnie chciały się wreszcie nachapać na swoim a nie dzielić z obcymi. Znamienna pod tym względem jest zabawna scenka rodzajowa wspominana przez Garrisona, gdy towarzyszył Jelcynowi w jego objeździe po USA. Kiedy rosyjski władyka zatrzymał się, by zrobić zakupy w prowincjonalnym amerykańskim markecie, nie mógł uwierzyć w obfitość zgromadzonych tam na półkach towarów, posądzając gospodarzy w paranoidalnym alkoholowym szale o urządzenie dlań specjalnie propagandowej ''pokazuchy''. Oczywiście dziś wiemy, że bogactwo to zalatuje taniochą a żywność jest w sporej mierze struta toksycznymi chemikaliami etc., niemniej człowiek przywykły do znoszenia komuszej biedy i permanentnego braku elementarnych dla życia produktów, naprawdę mógł oszaleć na widok takiej ilości dobra w kolorowym do tego opakowaniu. Niedostępnego za ''żelazną kurtyną'' nawet dla większości elit, a cóż dopiero zwykłych ludzi, stąd komunę obaliła de facto sowiecka bezpieka wraz z partyjną nomenklaturą, których funkcjonariusze chcieli pławić się w luksusach ''jak na Zachodzie''. A że nawet tam sporej grupy ludzi nie było na nie stać, mieli już to w dupie, byle im było dobrze. W efekcie na Ukrainie jak i w samej Rosji szybko wyłoniła się z postkomuszych środowisk złodziejska oligarchia, tyle że kremlowska po okresie ''sturm und drang'' lat 90-ych skupiła się w końcu wokół silnego ośrodka władzy, czego niestety aż do dziś nie można było powiedzieć o Kijowie. Słabość władz centralnych wykorzystywały lokalne ukraińskie klany, zwłaszcza władające de facto niepodzielnie wschodem kraju, co opisał Denis Kazanski - dziennikarz rodem z Zadnieprza, współautor książki pod wymownym tytułem: ''Jak Ukraina traciła Donbas''. Bowiem jego obecna dziejowa tragedia jest rezultatem długotrwałego procesu, sięgającego początków owej dziwnej niepodległości Ukrainy, uzyskanej poniekąd z moskiewskiej łaski, jaka fatalnie na niej zaciążyła. Nie wchodząc w szczegóły, generalnie przestępcza oligarchia regionu na czele z Rinatem Achmetowem łupiła bezlitośnie pozostały w nim przemysł, celowo doprowadzając przedsiębiorstwa i kopalnie do bankructwa np. zawyżonymi cenami dostarczanej energii i gazu, korzystając ze swojej monopolistycznej pozycji w tym względzie. A wszystko po to, aby je tanio przejąć po czym sprzedać na przysłowiowe ''żyletki'', jednym słowem ich model biznesowy sprowadzał się do zorganizowanej grabieży na wielką skalę, a nie tworzenia nowych miejsc pracy ni rozwoju autentycznej przedsiębiorczości, czyli zupełnie jak u nas - patrz Kulczyk i reszta podobnej hołoty. Perfidia tego procederu zasadzała się na tym, iż łupieżcza oligarchia gubiąca własny region, przekierowywała słuszny gniew wyrzucanych przez nią na bruk miejscowych robotników, zwalając winę za zapaść na słabe i skorumpowane rządy w Kijowie, oraz Ukraińców z zachodniej części kraju, jakoby ''żyjących na koszt'' przemysłowego wciąż Donbasu. Lokalna satrapia w swej pazerności i krótkowzrocznej głupocie politycznej, podsycała separatyzm i wzburzenie wśród lokalsów, aż w końcu doszło do tragedii wykorzystanej przez Moskwę. Gdyby nie ona, wszystko może poprzestałoby na krwawych zamieszkach w najgorszym razie, ale prorosyjscy nababowie z Donbasu rozpoczęli fatalną także dla nich polityczną grę, która ich przerosła. W efekcie wszyscy ci durnie na czele z Achmetowem potracili majątki zniszczone przez kacapską inwazję, a wielu mieszkańców regionu życie w bratobójczym boju, inna sprawa często na własne życzenie poniekąd. Jak szczerze wyznawał Kazanski w jednym z wywiadów dla polskiej prasy, nie żal mu swych niegdysiejszych rodaków, bowiem:

''...problem nie leży w ekonomii, a w psychologii. Ludzie musieliby najpierw uświadomić sobie, gdzie popełnili błąd i czego chcą. Region odrodzi się dopiero, gdy krytyczna masa ludzi przeprosi Ukrainę za to, że zginęły tysiące obywateli; kiedy przyznają, że zaufali Putinowi, który ich oszukał; kiedy uznają europejską drogę za progres, a rosyjską za ślepy zaułek. Na razie jednak powtarzają, że winne są Ameryka, Zachód, junta i Żydzi. W ich mniemaniu cały świat myśli tylko, jak tu zniszczyć Donbas, a broni ich wyłącznie Putin. Umrą z głodu, ale nie poddadzą się „wrogowi”.''

Swoje dokłada tutaj inny ukraiński dziennikarz rodem z Donbasu, który podobnie jak Kazanski musiał uciekać przed terrorem ''separów'', Wołodymyr Bojko:

''Dla niego istnieje coś takiego jak lokalna, doniecka tożsamość. Jego zdaniem obwód ten jest w dużym stopniu zlumpenizowany, dominuje tam mentalność kryminalna. Przede wszystkim dlatego, że przez lata zsyłano tam ludzi, aby resocjalizowali się przez pracę w zakładach przemysłowych. Dlatego też gdy na początku lat 90. w całym byłym ZSRR mieliśmy do czynienia z falą przestępczości zorganizowanej, w Zagłębiu Donieckim była ona wyjątkowo silna. Bardzo słabe władze w Kijowie oddały rządy na wschodzie w ręce miejscowych „biznesmenów” i „polityków” powiązanych ze światem przestępczym. Ostatecznie zrobił to Leonid Kuczma w 1998 r., przed wyborami prezydenckimi, które odbyły się rok później: „Kuczma zwrócił się wówczas do miejscowych kryminalistów, aby go poparli, żeby nie dopuścić do wygranej komunisty Petra Symonenki. Komuniści mieli duże poparcie na wschodzie. Doszło do wymiany. Kuczma dał immunitet przestępcom, a oni mu zapewnili zwycięstwo na wschodzie. Morze Azowskie jeszcze długo potem wyrzucało worki z głosami. Od tego czasu nie ma wyborów w Zagłębiu Donieckim” — opowiada Wołodymyr Bojko. [...] A miejscowi rządzili tak jak umieli, czyli niszcząc, często fizycznie, wszelkie przejawy mentalnej niezależności. Likwidowano m.in. niezależne związki zawodowe górników, które były zagrożeniem i dla właścicieli zakładów przemysłowych, i dla władz, zarówno centralnych, jak i lokalnych. „W Doniecku masz prawo mieć własne zdanie, gdy masz »brygadę«, czyli swoich ludzi, gdy umiesz pobić, poniżyć, zamordować. Wtedy jesteś »człowiekiem« i możesz mieć własne zdanie. Jeśli nie, to przyjdą po ciebie, jak nie karki, to miejscowa inspekcja podatkowa, a jak nie ona, to milicja, która cię zakatuje w lesie” — mówi Stanisław Fedorczuk. Jedyną władzą jest przemoc. Nie było i nie ma konkurencji, ani politycznej, ani gospodarczej czy społecznej — jest monopol jednej partii, grupy przestępczej.''

- brutalna prawda wygląda więc tak, że dziś Donbas ''nikamu nie nużen'', nawet samej Ukrainie, jaka odzyskując go do swych problemów pogłębionych kacapską inwazją, dołożyłaby wywołane przez znajdujący się wprost w cywilizacyjnej zapaści i jeszcze przy tym zanarchizowany region. Tym bardziej zaś Rosji, która wykorzystuje jedynie cynicznie miejscowych frajerów, którzy jej zaufali jako mięso armatnie, posyłane w bratobójczy bój z innymi Ukraińcami bez należytego wyposażenia ni wsparcia ogniowego, praktycznie na pewną śmierć. Prędzej więc Ukrainie potrzebne jest odzyskanie Krymu, niż zapadłej dziury ''całkowicie pozbawionej przyszłości'', jak w innym z wywiadów stwierdził Kazanski, gdzie pozostały już chyba tylko same żule i bandyci, bo kto przedstawiał sobą jakąś wartość, wyjechał stąd precz do Ukrainy, ew. Rosji lub na Zachód. Donbas obecnie przypomina jedno wielkie getto dla zdegenerowanych białasów i pole dzikich eksperymentów politycznych ideologicznej szurii najpodlejszego rodzaju, obojętnie komuszej, naziolskiej czy prawosławno-monarchistycznej jak Girkin: megalomański Żyd, który upierdolił sobie, że jest ''białogwardyjcem'' przypominam. Po co i na co więc komu ten żywy skansen, ludzkie ZOO i rezerwat prawdziwie ''dzikich stworzeń'' w jednym? Fascynować się tym mogą bodaj już tylko nazi-geje z xxxportalu, czy insi kiblowi staliniści pokroju niewyabortowanego niestety synalka Nowickiej, choć żaden z nich jakoś się tam nie przeprowadza, dziwne... Wyzwalać tam nie ma kogo, skoro do miejscowych nadal chyba nic nie dotarło, jak choćby tych żon ''separów'' pozostawionych sobie w ukraińskiej niewoli przez kryminalne władze Ługandy i Donbabwe, nagrały stąd apel o pomoc do Putina. Słusznie więc wyszydził je Kazanski, skoro najwidoczniej durne babska wierzą, że car jest dobry, tylko otoczony złymi bojarami, podkreślając jeszcze przy tym z dumą, iż w lokalnym referendum głosowały za przystąpieniem do Rosji, no to i niech ona się teraz o nie ''troszczy'' tak, że im w dupska pójdzie! Wybrały dosłownie swój los, nie żal ich wcale. Jednym słowem Donbas to wcielona wizja Ukrainy jaką chciałaby widzieć Rosja: zanarchizowane całkiem Hulajpole, ściek polityczny pełen bandytów i terrorystów, ze zwykłymi durniami na dokładkę, któremu przewodzi notorycznie schlany jakiś nowy Machno wymachujący szablą, pożyteczny idiota kremlowskich gangusów do odstrzału przez nich po zużyciu.

Podsumowując nasze rozważania: od początku konfliktu na Ukrainie nie miałem złudzeń, iż w otwartym boju zwarły się tam śmiertelnie dwie posowieckie mafie polityczne. Zarazem podkreślałem stanowczo, że w dobrze pojętym interesie Polski jest wspierać mniej dla nas groźną, właśnie dlatego, że słabszą. A więc zamiast histeryzować, iż Ukraińcy ustępują przed wciąż silniejszym od nich przeciwnikiem, tym bardziej należy słać im broń i w miarę możności ''instruktorów wojennych'', by cofając się zadawali Moskalom jak największe straty. Bowiem innego języka jak przemoc ta dzicz nie pojmuje, stąd trzeba ich zabić jak najwięcej, jeśli mieliby co nie daj dojść do naszych granic i na szczęście tym razem to nie my musimy parać się tą krwawą, acz niezbędną robotą. Nie jest to przejaw żadnej ''rusofobii'', lecz prawdziwego realizmu politycznego, gdy masz do czynienia z politycznym bandytą jedyne takowy ''dialog'' z nim ma sens. Tak więc powtórzę com pisał, kiedy tylko Rosja ruszyła na całego ''w'' Ukrainę: owszem, Wołyń pamiętamy a za ''chachłami'' nie przepadamy, lecz każdy zabity przez nich ''kacap'' to dla nas Polaków czysty zysk. Trzeba być durniem jak Warzecha, aby tego nie pojmować, nie radzę jednak adwersarzom pana redaktora go ''jebać'', bowiem wizja kopulacji z nim jest czymś tak potwornym, iż chyba tylko kastracja przez rozbestwionych Moskali może budzić większą grozę. W każdym razie nikt myślący trzeźwo nie może posądzać mnie o idealizowanie ukraińskiej polityki i samego Zełeńskiego, skądinąd zabawnie się dziś czyta oskarżenia o wsparcie jego kandydatury przez Rosję, podobnie co i związki z nią jego bliskich współpracowników jak Jermak czy Arestowycz... Zakładając wszakże, iż nie zbiesili się w międzyczasie i Moskwa celowo ich oszczędziła, w tejże ''maskirowce'' udział świadomie braliby również Anglosasi z USA na czele - przykro mi, ale zajeżdża mi to na tyle szuryzmem, że nie zamierzam brnąć w podobne jałowe całkiem rozważania. Bowiem nawet gdyby takowa gra pomiędzy mocarstwami miała miejsce, idiotycznym byłoby zakładać, iż cośkolwiek z tego przedostałoby się do powszechnego obiegu informacji. Podobnie jak w przypadku opisanej wyżej ''międzykontynentalnej telepatii'', prowadzonej za pomocą okultystycznej szurii przez USA i ZSRR, sprawy takowe wychodzą na jaw dopiero po wielu latach i objawem skrajnej głupoty jest wierzyć, że internet cośkolwiek pod tym względem zmienił, jeśli już to wręcz na gorsze. Insynuacje ostawmy więc mentalnym stulejarzom żerującym cynicznie na powszechnej ignorancji, wszystkim tym Sumlińskim, Rolom czy inszym panom Nikt. Może być, że spektakl z odjebaniem Duginej przez rosyjskie spec-służby [ bo w sprawstwo ukraińskich może wierzyć tylko skapcaniały niestety do reszty Bartyzel ], stanowił sygnał Kremla pod adresem AngloAmeryki, że kontroluje on swych ''ekstremistów''. Przy czym sam Dugin i jego pomiot nie znaczyli w Rosji zgoła nic, ale ponoć wyrażali zdanie sporej grupy resortowych kręgów władzy, prących do ostatecznego rozwiązania kwestii Ukrainy - tak przynajmniej sugeruje jeden z bodaj najbardziej znaczących w tym kraju komentatorów Dmitrij Pasternak-Taranuszczenko. Zwraca on uwagę, że tuż przed likwidacją córki, Dugin wskazywał otwarcie na obecność zachodniej V kolumny wśród rosyjskich służb i prognozował radykalne przesilenie polityczne w kraju najdalej w ciągu pół roku... Ostawmy jednak powiadam takowe spekulacje, gdyż i bez tego było gorąco na Ukrainie jeszcze przed wybuchem wojny, dość rzec jak pod koniec już 2019 roku ukraińska waleczna amazonka Marusia Zwirobij, wraz z inną głośną tam pieniaczką Sofią Fediną, posunęły się niemal do sugestii zabicia Zełeńskiego za jego rzekomą ''zdradę''. Nie pierwszy to zresztą raz, kiedy bojowniczka ''Prawego Sektora'' wygraża ukraińskiemu politykowi, zaś jej towarzyszka zakichana łemkowska banderystka, głośno nawoływała do dymisji Jermaka, faktycznego ''nadprezydenta'' obecnej Ukrainy, jako mniemanego ''ruskiego agenta''. Co ciekawe, nie przeszkadzało to partyzantce Marusi we współpracy w budowaniu sił obronnych Ukrainy z bliskim doradcą Zełeńskiego, czyli Arestowyczem przyjaźnią z którym do dziś się szczyci. Wspominam o tym, byśmy się wyzbyli sentymentalnego, ale i przeczernionego również na prorosyjską modłę obrazu polityki u naszych wschodnich sąsiadów. Bowiem kacapska inwazja wszystkie te konflikty jedynie stłumiła, one niewątpliwie wybuchną na powrót i to ze zdwojoną siłą, gdy tylko zagrożenie ze strony Moskwy nieco zelżeje, bez złudzeń. Dlatego nie jestem rozczarowany postawą Janiny Sokołowej, ukraińskiej dziennikarki wspominanej tu ostatnio nie raz, pół-Rosjanki obnoszącej się ze swym kultem Bandery, czym pluje w twarz Polsce, gdzie jej dzieci mogą żyć bezpiecznie wolne od agresji barbarzyńskich Moskali. Cóż, pisząc o niej, że jest kobietą niewątpliwie urodziwą i dzielną, nie wspominałem wszakże nic o tym, iż mądrą... Zresztą sami Ukraińcy nie kryją problemów z jakimi przyszło im się zmagać, na czele z fatalnym dziedzictwem postkomunizmu, które rosyjska inwazja jedynie wyostrzyła. Niedawno choćby na tubowym kanale ukraińskiego dziennikarza Jurija Romanienki, patrioty zaangażowanego czynnie w obronę swego kraju, księgowa Julia Hłuszko opowiadała o absurdalnym, zbrodniczym wprost w obecnych warunkach traktowaniu rodzimych przedsiębiorców przez ichnią skarbówkę. Otóż wymaga ona od nich dostarczenia dowodów, że nie prowadzą już działalności gospodarczej na terenach okupowanych przez Rosję, lub objętych walkami w przeciwnym razie grożąc im surowymi karami finansowymi. Tak jakby jej funkcjonariusze sami nie mogli tego sprawdzić, w porozumieniu z mającymi dostęp do odpowiednich informacji wojskiem i tajnymi służbami, jak przystało jednak na posowieckich czynowników przerzucają odpowiedzialność z państwa na obywateli. Nie interesuje ich przy tym, jak niby mają oni dostarczyć potrzebne do weryfikacji dokumenty, gdy segregatory z biurokratyczną buchalterią są doprawdy ostatnią rzeczą dla normalnego człowieka, kiedy musi umykać by ratować życie własne i bliskich. Nawet jeśli jakimś cudem udałoby im się przedrzeć przez linię frontu, ryzykując śmiercią od ostrzału wroga lub swoich, w swych rodzinnych miejscowościach pewnikiem skończyliby w rosyjskich kazamatach, storturowani bestialsko na śmierć. Jak z tego widać nad Dnieprem dobrze trzyma się sowiecka mentalność typowa dla fasadowej radzieckiej państwowości, która nie chce ponosić ciężarów sprawowania władzy, za to cieszyć się jej przywilejami. Generalnie więc radzę zachować przezorną wstrzemięźliwość w naszym zaangażowaniu w pomoc Ukrainie, która jest kwestią racjonalnej kalkulacji politycznej a nie bezrozumnych porywów serca, jak pierdolą ''niedorealiści'' zwykle sami mający problem z utrzymaniem równowagi psychicznej. Z rok temu minie, jak pajac Żyrinowski, którego wystąpień wszakże lekceważyć nie można było, gdyż mając dostęp do Kremla dokładnie ''przewidział'' datę inwazji Moskwy na Kijów, otwarcie prawił o rozbiorze Ukrainy pomiędzy Rosję a Niemcy czyt. UE, co należycie z właściwą sobie dosadnością skomentowała wyżej wspomniana amazonka Marusia. Obecny bieg dziejowych wydarzeń przyzwyczaił nas już do nie lekceważenia podobnych z pozoru tylko absurdalnych scenariuszy, zgubnych dla Polski. Wszystko to bowiem jest splątane jak macki kopulujących ośmiornic, pojebane niczym kłącze deleuzjańskiej ''schizopolityki'', stąd i opis tegoż musi być doń adekwatnie patchworkowaty i meandrycznie pokręcony jak niniejszy tekst. Bez narzekania więc na jego formę, jak pisałem na wstępie, bo tak właśnie ma być, inaczej nie idzie przedrzeć się przez żmut historycznej ''odrealności'' w jakiej przyszło nam żyć.

ps.

Nie uznaję durnej zasady, że o zmarłym, choćby najgorszej kanalii, tylko dobrze albo wcale. Jeśli kogoś oburza, iż nader obcesowo poczynam sobie z Gorbaczowem, odsyłam go do ''Oczami radzieckiej zabawki'' Konstantego Usenki. Książka ta opisująca muzyczne ''podziemie'' w gnijącym ZSRR i posowieckiej Rosji, zawiera sporo wstrząsających historii ofiar tamtejszych ''psychuszek'', czyli szpitali psychiatrycznych zamienionych w więzienia i katownie w jednym. Zdeprawowani medycy poddawali osadzonych w nich przymusem ''pacjentów'' potwornym wprost torturom, traktując niczym króliki doświadczalne cierpiące niewymowne męki. Usenko dowodzi, że szczyt takowych represji nie przypadł bynajmniej za Chruszczowa i Breżniewa, których zwykle się o to oskarża, ale właśnie za rządów liberalnego skurwysyna Gorbaczowa, choćby więc za to winien trafić do piekła, lecz znalazłoby się i parę innych powodów. Nie zawodzi też jak zwykle Galijew przypominając, iż w pierwszym okresie rządów następca Andropowa i Czernienki kontynuował ich ostry kurs na kontrolowaną przez państwo, a tak naprawdę partię komunistyczną neostalinowską industrializację. Dopiero gwałtowny spadek cen ropy z której radzieccy towrzysze finansowali swój ''dobrobyt'', zmusił go do spuszczenia tonu wymuszając nań ''pierestrojkę''. Niestety wynika z tego, iż póki surowce energetyczne z których rabunkowego wydobycia żyje Rosja będą stać wysoko na światowej giełdzie, nie ma co liczyć na otrzeźwienie u Putina i jego kamaryli. Pomnijmy również, że Związek Radziecki nie obaliły tłumy spontanicznie zgromadzonych na ulicach Moskwy Rosjan, ale fronda części tamtejszej nomenklatury postkomunistycznej, wojska i bezpieki, a ''wolny Zachód'' był temu przeciw. Nie chodziło też o żaden ''wolnościowy zryw'', lecz nachapanie się przez wyposzczoną bolszewicką swołocz, więc tym bardziej liczenie teraz na ''oddolną demokrację'' w Rosji, stanowi objaw politycznej demencji.

ps. 2

''Andromeda'' umieściła ostatnio na swym tubowym kanale wywiad z ukraińskim generałem Serhijem Krywonosem, niesłychanie ostro krytykującym zaniedbania wojskowe obecnych władz Ukrainy. Niestety dokonując przy tym ordynarnej manipulacji, zabrakło bowiem w nakreślonej przez nią sylwetce ukraińskiego wojskowego jednej, za to kluczowej informacji - że Krywonos poparł w ostatnich wyborach prezydenckich na Ukrainie rywala Zełeńskiego, b. prezydenta Poroszenkę, za co ten wynagrodził go odpowiednim stanowiskiem. Typ nie jest więc żadnym ''bezstronnym patriotą'', jakim przedstawiła go ''Andromeda'', lecz siedzi po uszy w wewnątrzukraińskiej rywalizacji politycznej, której jak widać nawet wojna nie stłumiła. Nie wiem też, kto jest większym ściemniaczem - Arestowycz jak twierdzi, czy Krywonos, który całkiem niedawno bredził, że Ukraińcy będą szturmować Moskwę. Latem zaś straszył jako ''prawie nieuniknioną'' inwazją z terenu Białorusi, póki co mamy już wrzesień i nic, jednym słowem ewidentny pieniacz. Teraz pojmuję, czemu wywiad z nim przeprowadziła niedawno pomieniona wyżej Janina Sokołowa, wspierająca Poroszenkę pół-Rosjanka obnosząca się ze swym banderyzmem i głośno nawołująca do eksterminacji wszystkich Moskali. Arestowycz ma rację, że tacy jak oni są niezwykle wygodni dla Kremla i de facto robią dlań robotę, czy świadomie nie mnie to oceniać. Może i on ściemniacz, ale gość ma rację, gdy strofuje rodaków, iż pogrążając się w galicyjskiej banderowszyźnie przegrają rywalizację strategiczną z Moskwą, więc zachowując doń dystans wolę go jednak od Krywonosa, którego czuć rezunem. Niestety, ale ''Andromeda'' to jedno z mych największych rozczarowań obok katolickich tradsów w tej wojnie - wpierw ucieszyłem się, że wreszcie jakaś młoda kobita, która nie jest ''Julką'', ale rychło mój entuzjazm okazał się przedwczesny. Za brednie o ''Ordo Szuris'' odsubowałem ją, bowiem organizacja ta robi dobrą robotę demaskując kłamstwa putinowskiego reżimu o jego rzekomo ''konserwatywnym'' charakterze. W obliczu co tu kryć prorosyjskiego skurwienia części prawicy i środowisk tradycjonalistycznych, takowa kontra na tym polu jest bezcenna, podobnie jak wśród lewactwa czy libków. Teraz zaś jeszcze owa prymitywna manipulacja, wpisująca się w oczekiwania Moskwy na wojskowy zamach stanu na Ukrainie, a przynajmniej podziały między dowództwem armii i kierownictwem politycznym, zabójcze w obliczu egzystencjalnej dla Kijowa konfrontacji z Rosją. Nie wiem stąd w co gra ''Andromeda'', ale najwidoczniej okazała się kolejną ''Julką'', nieco tylko bardziej wyrobioną politycznie od reszty koleżanek, tak więc odradzam już zaglądanie na jej kanał, lub przynajmniej podchodzenie z większym dystansem do serwowanych przez nią materiałów.

sobota, 20 sierpnia 2022

Węgry Orbana to jedna wielka niemiecka montownia.

Wpis miał być o czym innym, ale trwające obecnie upały czynią niezdolnym do długotrwałego wysiłku intelektualnego, jakiego wymagał planowany tekst. Dziś więc ograniczę się do skreślenia na szybko paru uwag, na temat bzdury rzekomej ''polityki wielowektorowej'' prowadzonej przez Orbana. Po szczegóły odsyłając do zalinkowanych artykułów innych autorów, bo nie jestem kurwa Sumliński, żeby podpisywać się pod cudzymi tekstami, okradając twórców z pracy włożonej w ich powstanie. Ów paradziennikarz ślepczy wziął zresztą ostatnio udział w obradach sanhedrynu zatroskanych losem Polski publicystów, wraz z Rolą, Warzechą i Lisickim tworząc prawacki ''dream team'' prorosyjskiej szurii politycznej w naszym kraju. Zwłaszcza naczelny ''OdRzeczy'' pieprzy farmazony, stawiając Polsce za wzór jakoby ''realistyczną'' politykę Orbana ws. Ukrainy, nas posądzając o rzekomy ''romantyzm'' i ''uczuciowe zaślepienie'' w tej kwestii, ulubiony pseudo-argument niedorealistów. Tymczasem Rzeczpospolita realizuje tym swój żywotny interes, polegający na możliwym rozerwaniu a przynajmniej osłabieniu śmiertelnie zagrażającej jej kontynentalnej ''osi zła'' Paryż-Berlin-Moskwa. Nie przeczy temu wcale ewentualny udział Niemiec w powojennej odbudowie Ukrainy, bowiem gra idzie także o to, by odciągnąć je od Rosji i ponownie wkomponować w struktury euroatlantyckie, dla Polski również korzystny scenariusz. Poza tym wcale nie jest pewne, że przy takowym obrocie spraw Berlin stanie się głównym beneficjentem owego rozwiązania, bo z faktu, iż firma jest zarejestrowana na terenie Niemiec nie wynika jeszcze, że jest ''niemiecka'' np. może należeć de facto do Turków lub kapitał weń zainwestowany pochodzić z Emiratów Arabskich itp. warto rzecz wpierw dokładnie obadać. Wszakże problem ten nie dotyczy niemieckiej branży motoryzacyjnej, kluczowej jak się przekonamy w przypadku Węgier. Tak czy siak, należy z przykrością stwierdzić, że obok diagnozowanej tu nieraz ''czechozy'' także ''madziarofilia'' stanowi chorobliwą przypadłość polskiej umysłowości, dotykając nawet inteligentne wydawałoby się osoby jak Lisicki czy prof. Chodakiewicz. W gruncie rzeczy obie te patologie robią za ''plan B'', namiastkę ''opcji proniemieckiej'' i zarazem rosyjskiej w polityce, co dalej wykażemy. Pomienieni durnie nie widzą nawet, że tym sposobem ratują tyłek PiS a osobliwie Kaczyńskiemu, którego można by z tego tytułu obwiniać o fatalny błąd współpracy ze skompromitowanym reżimem Orbana. Owszem, to czyni za to ''totalna opozycja'' cóż z tego jednak, skoro jej führer Tusk obnosi się kontaktami z Jobbikiem, do niedawna jeszcze posądzanym niebezpodstawnie o jawną prorosyjskość. Formacja ta bowiem dołączyła obecnie do przecwelonych na prounijną, de facto niemiecką modłę nacjonalistów jak szkoccy, udział zaś endekoidalnego [p]osła Kompromitacji K. Kamińskiego w niedawnej histerii medialnej wokół Odry dowodzi, że i rodzimy RN zdaje się zmierzać w podobnym kierunku. Cóż, pora stąd przejść do przypomnienia rozproszonych dotąd uwag na tym blogu, traktujących o fatalnej polityce Orbana mogącej robić raczej za antywzór dla Polski. Zbierając je przy tym w kilku punktach popartych na koniec odnośnikami do tekstów kompetentnych w ''kwestii węgierskiej'' autorów, w przeciwieństwie do Lisickiego i jemu podobnych niedorealistów.

Tak więc, po:

1. Pusty śmiech mnie ogarnia, gdy słyszę brednie prorosyjskich narodowców jak Karol Kaźmierczak, jakoby Węgry pod obecnymi rządami prowadziły rzekomą ''politykę wielowektorową'', samodzielną wedle nich w przeciwieństwie do Polski. Tymczasem rzeczy mają się tak, że Orban jest marionetką Niemców i Żydów, a zwłaszcza bez tych pierwszych nie jest w stanie niczego uczynić na własny rachunek. Dosłownie, gdyż bez udziału niemieckich przeważnie wielkich koncernów, szczególnie branży motoryzacyjnej, węgierska ekonomia praktycznie nie istnieje. Sprawują one stąd bezwzględny dyktat nad nią, wszystko jest podporządkowane na Węgrzech ich wymogom, nawet tamtejszy system edukacyjny został ukształtowany tak, by szkolić jego absolwentów do zapierdolu w niemieckich montowniach. Odbywa się to kosztem zarówno łamania praw rodzimych pracowników, jak i zarazem średniego oraz drobnego biznesu obciążanego nadmiernym opodatkowaniem, nie mogącego liczyć na ulgi ze strony rządu jak obcy wielki kapitał. Poza jedynie wąską oligarchią miejscowego chowu zblatowaną z władzą, dzięki której praktycznie zmonopolizowała ona przekaz medialny unikając zarazem sprytnie posądzeń o bezpośrednie sterowanie nim za pomocą państwa. W Polsce również dotąd PiS mimo obietnic nie dokonał należytej sanacji pod tym względem, ale doprawdy na tle tego co wyprawia się na Węgrzech pod rządami Orbana możemy robić wręcz za ''liberalny raj'' dla przedsiębiorców. Pomnę choćby rwetes, jaki wywołał nad Wisłą pomysł ekipy Morawieckiego, by zaprowadzić u sprzedawców wymóg posiadania elektronicznych kas fiskalnych. Nie przypominam jednak sobie, by wtedy nagłaśniano w polskiej debacie na temat, że prekursorem podobnych ''zamordystycznych'' rozwiązań były Węgry Orbana. Prowadzą one politykę de facto godzącą w rozwój swego kraju, przeciwstawiając się z powodu politycznego zaślepienia sprowadzaniu pracowników z Ukrainy czy Bałkanów, by zaradzić ich brakowi na rodzimym rynku. Osławiona ''polityka prorodzinna'' rządu Orbana poniosła zaś jeszcze bardziej spektakularną klęskę niż 500+ PiS w dziedzinie ożywienia demografii, mimo znacznie większych procentowo jak u nas poniesionych przez Węgry nakładów. Nie mówiąc, że obliczona była na zaradzenie długofalowym skutkom wymierania nacji w perspektywie dekad dopiero, nie rozwiązując tym samym pilnego już teraz problemu. Toż samo tyczy ogromnego, przygniatającego wprost ekonomię długu publicznego i wielu innych ważkich kwestii, o których polscy madziarofile zwykle w ogóle nie wspominają. Uzależnienie zaś od Berlina nie pozwala węgierskim władzom na zaradzenie osłabiającej żywotne siły narodu emigracji zwłaszcza młodych do Niemiec i Austrii. Nawet to, co można było poczytać za plus Orbanowi i na czym się wylansował, czyli przeciwstawienie się przezeń samobójczej dla Europy polityce Merkel, przystającej na faktyczną inwazję nachodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki, stanowiło jedynie element wewnątrzniemieckiej rozgrywki. Nie wszyscy bowiem w Berlinie a tym bardziej władzach poszczególnych landów podzielali ideologiczny fanatyzm ówczesnej kanclerzycy, zwłaszcza Bawaria stanęła wówczas okoniem dokonując wręcz jawnej frondy wobec polityki własnego rządu centralnego i udzielając wsparcia Orbanowi. Aczkolwiek należałoby raczej rzec wydając mu rozkaz, bo tak się składa niemieckie firmy sprawujące jako się rzekło dyktat nad węgierską ekonomią, wywodzą się głównie właśnie z tej podalpejskiej krainy. Zarządzający nimi wielki biznes znacznie trzeźwiej od swych władz oceniał, że pozaeuropejscy nachodźcy prędzej zasilą i tak już znaczny lumpenproletariat na miejscu, niż da się z nich uczynić wykwalifikowaną siłę roboczą napędzającą swą pracą gospodarkę. Podobnie i teraz Berlin może za pomocą Węgier sabotować wsparcie dla walczącej z Rosją Ukrainy, co nie wypada mu samemu czynić jawnie w obliczu spektakularnej klęski jego dotychczasowej polityki zblatowania z Moskwą. Tak samo rzecz ma się ze stosunkiem wobec Chin, Budapeszt pozwala Niemcom obchodzić narzucane przez Amerykanów w tym względzie obostrzenia. Jednym słowem to co zwie się w Polsce mylnie ''polityką wielowektorową'' Węgier, stanowi w rzeczywistości dowód jej fundamentalnego uzależnienia od Niemiec a pośrednio Rosji, całkowitego im podporządkowania i przeto niesamodzielności. Dlatego Orban może sobie pozwolić na znacznie więcej niż Polska, nawet wygadywanie jawnie rasistowskich kocopołów a i tak nie spotka go za to nic, poza salwami czysto retorycznego potępienia na sali plenarnej fasadowego ''parlamentu europejskiego''. Nie wiem stąd co sądził Kaczyński wchodząc w układy z takową kreaturą, zapewne liczył na podsycenie wewnątrzniemieckich sporów, które rozgorzały w trakcie nachodźczej inwazji jako się rzekło. Niemniej w obecnej sytuacji dalsze wiązanie się z bydlakiem Orbanem nie ma już większego sensu, oby więc zapowiadane zwycięstwo ''postfaszystów'' we Włoszech wypełniło tę bolesną dla Polski lukę, którą sprawiły władze Węgier swym niewolniczym wobec Berlina wsparciem rosyjskiej agresji przeciw Ukrainie.

2. Owszem, Orban pogonił swego niegdysiejszego protektora Sorosa, ale tylko dzięki wsparciu udzielonego mu przez Netanjachuja. Żydowski ''filantrop'' i szmalcownik w jednym bruździ bowiem Izraelowi, a to przez obfite wsparcie finansowe dla propalestyńskich zwykle ''prawoczłowieczych'' organizacji. Nie dziwi stąd, że to Orban był inicjatorem doproszenia państwa żydowskiego w Palestynie do Grupy Wyszehradzkiej i urządzenia jej obrad w tym kraju - z jakiej niby racji do kurwy nędzy?! Rodzime endekoidy w zwyczaju mają oskarżać Polskę o włażenie w tyłek Żydom - w takim razie Węgrzy dawno już umościli się ''koszernym'' w dupie, pobudowawszy tam całe pałace niczym Cyganie. Jak się przekonamy później, drugim po Niemcach inwestorem zagranicznym na Węgrzech są koncerny ze Stanów Zjednoczonych, warto obadać jednak, czy aby większościowy pakiet udziałów nie posiadają w nich ''Judeoamerykanie''. Nie tracąc czasu na wymienianie licznych przykładów proizraelskiego zaślepienia obecnych władz węgierskich, jakie bez większego trudu można znaleźć w sieci, wypada jedynie stwierdzić, że Orban zamienił tylko jednego żydowskiego mocodawcę na innego. Tak więc i w tym względzie dla Polski jego polityka może służyć wręcz za antywzorzec.

3. Toż samo tyczy tak wychwalanej przez Kaźmierczaka polityki obyczajowej - mimo tego węgierski biznes porno nadal ma się świetnie, jego potentat założył nawet własną partię polityczną, która odniosła niemały sukces wyborczy jak na tak groteskową formację. Demografia leży jak widać oporna na wysiłki rządu, boć też wbrew oficjalnej propagandzie reżimu Węgrom daleko do ''konserwatyzmu obyczajowego''. Naród ten jest w istocie mocno zlaicyzowany, zaś chrześcijaństwo jeśli w ogóle nadal żywo wyznawane, posiada często silne zabarwienie protestanckie, jak w przypadku samego Orbana i kilku jego ministrów. Do tego w wersji kalwińskiej, która stanowi jakby ''luteranizm na sterydach'', herezję do potęgi z katolickiej perspektywy. Nie czas tu na omawianie doktrynalnych sporów dzielących ostro poszczególne chrześcijańskie konfesje, jakich nie sposób sprowadzić do kwestii uznawania lub nie zwierzchnictwa papieża. Wspominam o tym bowiem jedynie, by zaznaczyć poważną różnicę również w tym względzie pomiędzy Polską a Węgrami, wystarczy obaczyć jak rzekomi ''bratankowie'' obchodzili niedawną rocznicę protestanckiej Reformacji. Akurat twórca dokumentu o Lutrze Grisza Braun powinien mieć tego świadomość, zamiast pieprzyć w kółko o ''koronie św. Stefana'', jak jeszcze całkiem niedawno miał we zwyczaju duracząc tym publikę.

4. Onże też nasz złotousty gwiazdor ''jedynej prawdziwej prawicy'', który dał się poznać ostatnio jako zaciekły przeciwnik zaprowadzenia ''sanitaryzmu'' nad Wisłą, winien trąbić o takowym pod rządami Orbana, skoro Węgrzy mu są mili jak widać. W oficjalnej nomenklaturze reżimu zwie się to ''stanem zagrożenia'' [ nie wyjątkowym zaś, jak często mylnie w naszych mediach jest podawane ] i przewiduje nawet karę więzienia za szerzenie ''antycowidowej propagandy''. Cóż, w tym świetle milczenie Brauna na ten temat staje się jednak poniekąd zrozumiałe... Wspominałem już o tych sprawach, więc tylko przypomnę, że Węgry Orbana są obecnie najbardziej wyszczepionym krajem w Europie i doprawdy mniejsza z tym, że głównie bodaj ruską czy chińską szprycą, liczy się sam goły fakt. Przywódca dał przykład, ostentacyjnie przyjmując trzecią dawkę Moderny, tej co to ma niby zawierać bioczipy zamieniające ludzi w cyborgi wedle prorosyjskich zazwyczaj antyszczepów. Pomińmy już spekulacje, czy naprawdę dał sobie wstrzyknąć onże preparat, istotny jest gest jaki uczynił pod adresem koncernów farmaceutycznych, naturalny u polityka budującego swą karierę na wysługiwaniu się obcym korporacjom i rządom.

5. Wreszcie Orban skompromitował się ostatnio totalnie głośnym apelem o zachowanie ''czystości rasowej'' Europejczyków. O ironio przemawiał w jego osobie daleki wprawdzie, jednak potomek azjatyckich najeźdźców, który zaledwie parę lat temu w Kirgistanie celebrował wraz z Erdoganem wspólnotę ludów turańskich. Co ciekawe Attila to wciąż dość powszechne imię męskie na Węgrzech, choć od początku obecnego stulecia można odnotować jego znaczący spadek popularności [ czyżby oznaka gwałtownej okcydentalizacji narodu? ]. Wprawdzie nowsze badania językoznawców kwestionują narzucający się tu związek z mianem wodza Hunów, jednak nawet one wskazują na jego turański źródłosłów. Natomiast ''gocka'' etymologia uznawana jest wśród badaczy za późny, XIX-wieczny objaw ''germanizującego'' rewizjonizmu filologicznego niemieckich romantyków. W każdym razie w tradycyjnej kulturze Niemiec żywy jest topos walki z ''turańską dziczą'' ze Wschodu, historycznie uzasadniony choćby walkami z koczowniczymi Węgrami toczonymi przez Ottona I. Najwidoczniej więc Orban tak się zamotał w swej ''polityce wielowektorowej'', że stracił rachubę czy daje tylko dupy Niemcom, czy też obrabia gałę Turasom.

Reasumując: Orban stanowi wprost antywzór dla Polski, realizowana przezeń rzekomo ''polityka wielowektorowa'' jest w istocie wypadkową porachunków wewnątrzniemieckich, jak i żydowskich. Jedynym usprawiedliwieniem dotychczasowego blatowania się z podobną kanalią przez rząd PiS, byłaby chęć podsycenia ostrego sporu wśród elit Niemiec na tle stosunku do nachodźczej inwazji. Kontynuacja owej strategii okazałaby się wszakże zabójcza dla Polski, w obecnych warunkach radykalnie zmienionych przez rosyjską inwazję na Ukrainę. W tym kontekście przyzwolenie na przejęcie stacji ''Lotosu'' przez węgierski MOL, wygląda na gruby błąd polityczny ze strony rządu Morawieckiego, pomijając całkiem aspekt finansowy transakcji, o którym nie mam szczerze mówiąc żadnego pojęcia. Cóż, być może taka była cena za zgodę na fuzję ze strony Brukseli czyt. Berlina, nie mam pojęcia jak powiadam i stąd nie będę trawił czasu na jałowe spekulacje, konstatując jednak pewien fakt. Tym bardziej, skoro jasności w tej materii nie posiada nawet taki znawca spraw węgierskich, jak Dominik Hejj. Tyle z mojej strony, a teraz obiecane na wstępie źródła traktujące o Węgrzech i fatalnej również dla tego kraju polityki jego obecnych władz.

Najsampierw obszerna, lecz warta lektury analiza F. Tyszki, z której przytoczę na zachętę jedynie krótki wyimek, tyczący podłego traktowania rodzimych pracowników przez rzekomo patriotyczne władze Węgier. Tymczasem reżim Orbana jest kolonialną władzą, sprawowaną nad wschodnioeuropejskimi ''hotentotami'' w imię obcych, niemieckich głównie korporacji:

''Węgierska opozycja nazwała niedawną nowelizację prawa pracy „ustawą niewolniczą”. W grudniu Węgrzy tłumnie wyszli na ulice, bo przestraszyli się, że pracodawcy przy pomocy nowych przepisów narzucą setkom tysięcy pracowników w całym kraju mordercze warunki pracy. [...] Chodziło o dwie kontrowersyjne poprawki, które zostały naniesione do prawa pracy z 2012 r. Po pierwsze, dopuszczona została możliwość zwiększenia liczby nadgodzin z 250 do 400 w ciągu roku. Do tej pory pracodawca mógł domagać się od pracownika 250 ponadstandardowych godzin w roku bez konieczności zawierania umowy zbiorowej, która wymaga udziału związku zawodowego. Możliwe było zwiększenie tej puli do 300 godzin w ciągu roku, ale tylko w ramach umowy zbiorowej. W świetle grudniowych zmian pracodawca może zwiększyć pulę o kolejne 100 godzin na podstawie umowy pisemnej z pracownikiem, a więc bez konieczności zawarcia umowy zbiorowej. Nowelizacja określa to jako „dobrowolnie podjęte nadgodziny”, co dobrze oddaje perspektywę rządu, tak różną od krytycznej oceny opozycji. Druga poprawka dotyczy okresu, po którym pracodawca może rozliczyć pracownika z nadgodzin. Dotychczas było to maksymalnie 12 miesięcy po zawarciu umowy zbiorowej. Grudniowa nowelizacja wydłuża ten okres do 36 miesięcy.''

Swoje trzy grosze dokłada pomieniony już wyżej Dominik Hejj, wskazując na zależny od Berlina charakter madziarskiej ekonomii:

''Węgierskie PKB jest bardzo silnie uzależnione od bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W 2017 roku odpowiadały one za 67% węgierskiego PKB. Największym inwestorem na Węgrzech są Niemcy (od 2014 roku na Węgry spłynęły 63 inwestycje z tego kraju), a następnie Stany Zjednoczone i Korea Południowa [?]. Berlin jest największym partnerem gospodarczym Budapesztu. Do Niemiec trafia 27% węgierskiego eksportu. Tymczasem eksport do kolejnych dwóch krajów, Rumunii i Włoch, jest ponad pięciokrotnie niższy i wynosi kolejno 5,1%. [...] Inwestorzy są zainteresowani głównie produkcją samochodów, by wspomnieć o funkcjonujących i rozbudowywanych fabrykach Mercedesa w Kecskemét, Audi w Győr, Suzuki w Esztergom, a także, zapowiadanej nowej fabryce BMW w Debreczynie. Pierwszą fabryką była otwarta w 1991 roku fabryka Opla. Rolę inwestycji na Węgrzech Piotr Wójcik w tekście dla „Krytyki Politycznej” słusznie określa mianem „węgierskiej montowni”. [...] Innym istotnym elementem jest dostosowywanie prawa pracy głównie pod potrzeby przemysłu motoryzacyjnego. Chodzi nie tylko o de facto wykluczenie możliwości prowadzenia akcji strajkowych, ale także wydłużenie okresów rozliczeniowych czasu pracy z 12 do 36 miesięcy, a więc zgodnych z cyklem produkcji samochodów. Największe organizacje związkowe na Węgrzech wciąż informują o tym, że rząd od ośmiu lat nie prowadzi z nimi konsultacji w kwestii zmian w prawie pracy, uderzając w interesy pracownicze. Od strony inwestorów – ten stan rzeczy jest jednak korzystny.''

W innej analizie stoi zaś jak byk:

''Powszechne prawo dotyczące uelastycznienia czasu pracy, w tym możliwej do wyegzekwowania liczby nadgodzin, zostało dostosowane do cyklu produkcyjnego koncernów motoryzacyjnych (trwającego trzy lata), co w jednym z wywiadów wprost przyznał wicepremier Węgier Zsolt Semjé. [...]  To fabryka niemieckiego koncernu otrzymała także największe wsparcie finansowe od rządu w ramach tarcz antykryzysowych, które mają łagodzić skutki gospodarcze pandemii. W latach 2016-2019 Audi Hungaria Zrt. otrzymało łącznie 2,3 mln EUR. W prasie branżowej można znaleźć informacje, że Audi osiągniętych zysków nie inwestuje na Węgrzech, ale wszystkie przekazuje do spółki matki – Audi AG, funkcjonującej w Ingolstadt w Niemczech. Problem ten dotyczy także innych producentów. [...] Sektor motoryzacyjny pozwala na budowanie wpływów i realizację interesów państwa niemieckiego na Węgrzech, przy czym polityka ta niejednokrotnie przypomina metodę „kija i marchewki”. Decyzje dotyczące niemieckich inwestycji na Węgrzech ogłaszane są w taki sposób, jakby miały stanowić pewnego rodzaju nagrodę za proeuropejską (ale także proniemiecką) politykę Węgier.''

Jest tak dlatego, iż jak wskazuje B. Korzeniowski w artykule dla branżowego pisma, Niemcy:

''To najbardziej zrównoważony rynek motoryzacyjny na świecie. Jakiekolwiek przejęcia firm niemieckich następowały zawsze w ramach przepływu kapitału w kraju. Jedynym przypadkiem jest sprzedaż amerykańskiemu General Motors rodzinnej firmy przez rodzinę Opel w roku 1929. Poza tym zawsze jednak następowały połączenia z innymi producentami krajowymi. [...] Największym koncernem jest Volkswagen Group, którego akcjonariuszami są: 50,74% – Porsche Automobil Holding SE, 2,37% – Porsche GmbH, 20,01% – władze Dolnej Saksonii, 17,00% – Qatar Holding, 9,87% – pozostali udziałowcy.''

Neokolonialna eksploatacja gospodarcza Węgier jest ściśle powiązana z zaprowadzonym przez Orbana ''antycovidowym'' reżimem sanitarnym - ponownie Franciszek Tyszka, tym razem na łamach OSW:

''Wprowadzanie dekretów umożliwiła rządowi Węgier kontrowersyjna ustawa z 30 marca o zapobieganiu epidemii. Na jej mocy zawieszone zostało stosowanie niektórych aktów prawnych, wprowadzono zakaz przeprowadzania wyborów uzupełniających i referendów, a także zwiększono wymiar kary pozbawienia wolności za złamanie nakazu kwarantanny i rozpowszechnianie fałszywych informacji na temat COVID-19. Ustawa ta stała się przedmiotem zmasowanej krytyki opozycji, mediów zagranicznych i instytucji europejskich za nadanie rządowi bardzo dużych kompetencji ustawodawczych bez kontroli parlamentu i de facto przez nieograniczony czas. Decyzję o odwołaniu stanu zagrożenia może podjąć tylko rząd. W założeniu rządu przyjęte dekrety mają umożliwić przyspieszenie procesu decyzyjnego w walce z gospodarczymi skutkami pandemii. Wprowadzają one jednak rozwiązania gospodarcze kontrowersyjne z punktu widzenia pracowników oraz małych i średnich przedsiębiorstw. Dekret z 10 kwietnia o przedłużeniu okresu rozliczania godzin pracy jest korzystny dla zagranicznych koncernów i wpisuje się w trwający od 2012 r. proces liberalizacji prawa pracy w interesie dużych firm produkujących na potrzeby eksportu. Z zagwarantowanych w 2012 r. możliwości zwiększania nadgodzin (z 250 do 300 rocznie) korzysta np. koncern Audi Hungaria, odpowiadający za 10% eksportu Węgier i będący jednym z czterech największych pracodawców w kraju. Z kolei ustawa z 2019 r., nazwana przez opozycję „niewolniczą”, została uchwalona z myślą o stworzeniu korzystnych warunków dla inwestycji BMW o wartości 1 mld euro. Związki zawodowe skrytykowały przyjęte 10 kwietnia rozwiązania i postulowały, by to państwo dofinansowało wynagrodzenia w okresie przymusowych przestojów, a nie tworzyło warunki, w których pracownicy będą zmuszani do pracy nawet przez 60 godzin tygodniowo w celu wyrównania strat przedsiębiorców. Działania rządu węgierskiego wynikają z przywiązania do konsekwentnie prowadzonej od lat liberalnej polityki przyciągania inwestycji dużych firm zagranicznych. Stanowią one 2–3% wszystkich przedsiębiorstw, ale zatrudniają aż 25% siły roboczej i wytwarzają blisko poło­wę PKB – udział samego sektora motoryzacyjnego w PKB w 2017 r. wyniósł 22%. Największe fabryki samochodów na Węgrzech (Audi, Mercedes, Suzuki i Opel) ogłosiły wznowienie produkcji jeszcze w kwietniu, zaraz po tym jak identyczną decyzję podjęły władze grupy Volkswagen w Niemczech.'' 

Orban w pełni zasługuje na miano pioniera sanitaryzmu w Europie, na modłę tak imponujących mu Chin, szczególnie co do szczepień dzieci. Znamienne, iż jego reżim gotów był wejść w porozumienie nawet z Ukrainą, o ile tylko szło o swobodne przemieszczanie się przed wojną po jej terytorium zaszprycowanych ruskim lub chińskim preparatem antycovidowym węgierskich obywateli. Nie mogło więc zbraknąć a jakże zaprowadzonej przezeń musem elektronicznej kenkarty:

''Certyfikat węgierski. Rozporządzeniem rządu nr 60/2021 z 12 lutego 2021 r. wprowadzono na Węgrzech dokument, jakim jest potwierdzenie przyjęcia szczepionki ochronnej przeciwko COVID-19. Przybrał on nazwę Védettségi Igazolvány (ang. Immunity Certificate). Miał to być dokument przypominający wielkością dowód osobisty, który już w ówczesnych założeniach węgierskiego rządu zagwarantowałby przywileje osobom zaszczepionym bądź ozdrowieńcom. W pierwotnej wersji certyfikatu znajdowało się na nim miejsce na wpisanie nazwy szczepionki. [...] Warto w tym miejscu wskazać, iż fakt, że mamy do czynienia z prawdziwym, plastikowym dokumentem, jest wykorzystywany przez Orbána w przekazie politycznym. W wywiadzie dla węgierskiego radia w piątek, 28 maja 2021 r. Orbán mówił: „na Zachodzie wciąż nie ma dokumentu potwierdzającego odporność. Wszelkie dokumenty są na kartce papieru, a to, co jest u nas – elektroniczny i plastikowy dowód – spotykane jest w bardzo małej liczbie państw”. Od połowy maja do plastikowej karty dodano także aplikację na telefon komórkowy.''

- jeszcze się chwali swym zamordyzmem jebaniec... Zamiast wykorzystać nowe technologie dla częściowego choćby zaradzenia narastającemu ''we Węgrzech'' problemowi z brakiem pracowników:

''Stałym problem pozostaje jednak brak rąk do pracy. Według danych BDO Magyarország, firmy specjalizującej się w doradztwie strategicznym, obecnie potrzeba do pracy 250 tys. osób i co roku liczba ta będzie wzrastać o kolejne 50 tys. Problem niedoboru pracowników dotyczy wszystkich dziedzin – od handlu przez przemysł po edukację i medycynę. Rząd Węgier kategorycznie odrzucił możliwość wypełniania luki na rynku zatrudnienia przez imigrantów, nawet z państw położonych na Bałkanach bądź z Ukrainy. Premier Orbán zapowiada, że sposobem na pokonanie trudności w tym zakresie ma być polityka prorodzinna, w efekcie której docelowo powinno urodzić się więcej dzieci – późniejszych pracowników. Jednakże na ocenę skuteczności tego planu trzeba poczekać 20-25 lat. Jednocześnie brak jest działań rządu mających na celu zapobieżenie dalszej masowej emigracji Węgrów na Zachód – głównie do Niemiec i Austrii. Malejące bezrobocie (oscylujące w granicach 4%) i odczuwalny brak rąk do pracy oznaczają, że coraz trudniej będzie znaleźć wykwalifikowanych pracowników. [...] Rozwiązaniem mogłoby być inwestowanie w automatyzację procesów produkcyjnych i stosowanie nowych technologii, jednak do tego brakuje na Węgrzech specjalistów, a system edukacyjny jest raczej nastawiony na kształcenie robotników, nie zaś wizjonerów.''

Nawet krytyczny do rządów PiS komentator ''Dziennika'' Andrzej Krajewski cierpko zauważa:

''Żyjąca podobnie jak Zjednoczona Prawica w świecie własnych imaginacji opozycja zakłada sobie, że jeśli tylko wygra wybory, unijne pieniądze znów popłyną do Polski szerokim strumieniem. Zaś Berlin i Paryż wezmą Warszawę w ramiona z okrzykiem „kochajmy się!”. Dosłownie nikt nie zadaje sobie w Polsce nadzwyczaj prostego pytania. Brzmi ono – dlaczego rządzący trzy razy mniejszymi Węgrami Viktor Orban może sobie pozwolić w UE na trzy razy więcej i ponosi przy tym trzy razy mniejsze konsekwencje. Porównajmy to sobie. Orban uczynił z węgierskiego Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego swoje marionetki. Zlikwidował wszystkie niezależne media, te prywatne są tak samo prorządowe jak publiczne. Kontrolę nad gospodarką przejęli związani z nim biznesmeni na potęgę rozkradający fundusze unijne. Minister spraw zagranicznych Węgier regularnie bywa w Moskwie i chlubi się odznaczeniami, którymi udekorował go Putin. Budapeszt blokuje sankcje energetyczne, jakie Unia zamierzała nałożyć na Rosję. Nawet, gdy w zeszłym tygodniu Orban wygłosił wykład o mieszaniu się ras i czystości węgierskiej krwi brzmiący niczym pochwała wprowadzonych przez Adolfa Hitlera w 1935 r. ustaw norymberskich, nie wydarzyło się dosłownie nic. [...] Chcąc spróbować zrozumieć paradoks Orbana należy spojrzeć na całą rzecz nieco szerzej. Węgry odgrywając w UE rolę złego chłopca, jednocześnie od lat prowadziły politykę zagraniczną analogiczną z niemiecką, zarówno w relacjach z Rosją, jak i Chinami. Tyle tylko, że Berlin się z tym nie afiszował jak Orban, nota bene bardzo dbający, żeby niemieckie koncerny czuły się nad Balatonem, niczym w domu. Na dodatek premier Węgier wręcz zerwał relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Po najeździe Rosji na Ukrainę pozostał w UE jedynym konsekwentnie pielęgnującym swą przyjaźń z Kremlem, niczym Gerhard Schröder. Zaś Berlin, Paryż i Bruksela sekują go za to, co najwyżej słownie. Podobnie jak Schrödera wciąż będącego członkiem SPD. Źli chłopcy bywają bowiem użyteczni dla tych większych, nie mogących sobie pozwolić na psucie wizerunku w oczach nadwrażliwych mediów i kierujących się prostymi emocjami wyborców. Użyteczność złych chłopców może się okazać szczególnie pożądana, gdy po otrząśnięciu się z szoku Berlin i Paryż powrócą do swych ambicji, jakie niegdyś zainicjowały narodziny zachodnioeuropejskiej wspólnoty. Kluczowe na Starym Kontynencie stolice wymyśliły ją nie tylko w obawie przed ZSRR, ale też by wyrwać się spod dominacji Stanów Zjednoczonych. Po to, żeby być znów mocarstwowym podmiotem prowadzącym suwerenną politykę zagraniczną niezależną od woli Waszyngtonu. Coś co Francja i Niemcy utraciły za sprawą II wojny światowej.''

Za puentę niech posłuży cytat z artykułu przywoływanego już tutaj parokrotnie Dominika Hejja, zawarta w nim gorzka refleksja winna być przestrogą dla polskiej prawicy, że sama dekomunizacja nie stanowi rozwiązania wszystkich problemów kraju - owszem, może prowadzić do stworzenia nowej oligarchii w miejsce obalonej postkomuszej:

''Problem jest wtedy, kiedy państwo za pośrednictwem oligarchów tworzących media dąży do przejęcia niesprzyjających tytułów, a przejmując je, doprowadza do ich rychłego wyciszenia. „Węgierski rząd nie wpływa na prawo własności”, czytamy w oświadczeniu rzecznika rządu w Budapeszcie. Nie pozostawia jednak najmniejszej wątpliwości fakt, że uprzywilejowana i dysponująca ogromnym kapitałem grupa oligarchów została stworzona przez koalicję Fidesz-KDNP (wyparła przy tym dominujące dotychczas postkomunistyczne elity). [...] To wzajemna synergia – w interesie rządzących jest utrzymywanie oligarchów dysponujących kapitałem (np. na rynku medialnym), z kolei trwanie rządu jest w interesie oligarchów, ponieważ jest gwarancją ich dalszego trwania.'' 

- tak, oligarchia i nepotyzm dobrze się mają pod nierządem Orbana... W jego zaś niedawnym kumaniu się z Trumpem znać rękę Niemców, których jest sługusem, brużdżących tym sposobem obecnej administracji amerykańskiej, wspierając obalonego przez nią konkurenta. Biorąc zaś lizusostwo węgierskiego przywódcy wobec izraelskich Żydów stawiam, iż spotkanie zaaranżował koszerny zięciunio byłego prezydenta USA, chuj nołs?

 

sobota, 6 sierpnia 2022

Napierdała musi się leczyć, a Orban to zdrajca eurazjatyzmu.

...albo o tym, iż trzeźwa antyrosyjskość to nie ślepe zauroczenie Okcydentem. Do czego bowiem prowadzi takowe spierdolenie umysłowe, klinicznym okazem dohtor Napierdala. Jest bowiem zeń dość typowy niestety w Polsce stulejarz mentalny, który swe kompleksy leczy pozowaniem na jakowegoś ''liberalnego ojropejczyka''. Przy czym Zachód do jakiego aspiruje istnieje wyłącznie w jego tępym łbie, stąd nie dziwota, iż rozważa głosowanie na PO, gdyż to formacja stworzona dla takich jak on. Kiedyś podobnych mu przezywano na wsiach ''gulonami'', bo choć mieszkali w kurnych chatach z klepiskiem zamiast podłogi, zgrywali dziedziców i wielkich ''ponów''. Przychodzili stąd ''oguleni'' właśnie na wsiowe targowiska, zwracając się z wyższością do handlujących tamże chłopów: ''a cóż to tam macie, panie gospodarzu?''. Takowym pozerskim śmieciem jest Napierała i podobne mu pretensjonalne osobniki, jak Tokarczukowa obnosząca się ze swą ''klasistowską'' pogardą dla ''gorzej urodzonych'', choć sama jest zwykłym g... Napierdała wypominał Bartosiakowi, skądinąd słusznie, postkolonialną pogardę do Polaków, gdy ten odgrażał się, że zwróci bezpośrednio do amerykańskiego hegemona, by przeforsować swe poronione faktycznie militarne koncepty. Cóż z tego jednak, skoro sam buńczucznie deklaruje, iż założył swój kanał na YT, aby ''nauczyć Polaków rozumować jak na Zachodzie''. Przy czym przysłowiowego **uja on tam wie, czymże ten Okcydent faktycznie jest, bowiem jego tzw. prace historyczne na ten temat roją się wprost od kardynalnych błędów. Napierdała pozuje na ''świeckiego patriotę'' co to nie ''odda Polski gówniarzom'', jakim wedle niego jest Bartosiak, sam zaś popełnił panegiryk na cześć głównego inicjatora rozbiorów Rzeczpospolitej, starego Fryca. Do tego opierając swe proprusackie wysrywy na wywodach Wolfganga Venohra, postnazistowskiego propagandysty i byłego żołnierza Waffen SS! Wytknął mu to w fachowej recenzji Rafał Chwedoruk, do czego Napierdala oczywiście nie odniósł się merytorycznie, rzecz sprowadzając infantylnie do osobistych animozji i nieledwie akademickich ''spisków'' przeciwko niemu. Sprawa zaś jest istotna, biorąc pod uwagę rolę, jaką władcy Prus z Fryderykiem Wielkim na czele odgrywali w propagandzie III Rzeszy, czemu dohtor poświęcił ledwie pół stronicy swego parahistorycznego opracowania. Kreowanie przezeń despoty i wzorca pruskiego militaryzmu na ''liberalnego monarchę'', dowodzi jedynie wyjątkowego wprost spierdolenia umysłowego Napierdały. W tym właśnie problem, że Pietrek nie leczy się psychiatrycznie, ale o tem potem. Cham posuwa się do obleśnych insynuacji pod adresem Bartosiaka, że ten rozkręcił swój ''strategiczny'' biznes, by spłacić srogie alimenty. Owszem, dopiero co ''wyjaśniałem'' tu Girkina, bo wypomina publicznie Ukraińcom jakoby ''sprzedanie się'' zgniłemu obyczajowo Zachodowi, a sam gnój porzucił żonę z upośledzonymi dziećmi bez środków do życia, dla jakiejś kurwy z Donbasu. Postępując podle tak samo jak Filip Kirkorow, ''car'' rosyjskiego popu i tamtejszy Liberace, arcyciota wyspiewująca peany na cześć Putina. Zboczeniec seksualny dopiero co pojechał dawać dupy na Krymie, obściskując się bezwstydnie z raszystowskimi zbrodniarZami wojennymi pedał jebany. Ku rozpaczy Zachara Prilepina, bo frajer ubrdał sobie, że kacapska napaść na Ukrainę wywoła ''renesans'' i uzdrowienie rosyjskiej kultury, oczyszczając ją z degeneratów podobnych Kirkorowowi. Trzeba o tym przypominać nie tylko idiotom wierzącym jak Peterson w rzekomy ''konserwatyzm'' Putina, ale i niestety jednostkom robiącym dobrą robotę ws. Ukrainy. Pokroju choćby Marcina Strzyżewskiego sadzącego farmazony o ''prześladowanych gejach'' przez obecny reżim w Rosji. Jak widać jednemu z nich nie przeszkadzało to zostać naczelną gwiazdą tamtejszego popu i włazić w tyłek ''katehunowi'', wychwalając przy okazji mordy popełniane w jego imieniu, od czego rzygać się chce. Natomiast złotousty pan Jacek, cokolwiek by o nim nie rzec, nigdy nie kreował się na tradycjonalistę. Raz jeden tylko, czy dwa bąknął coś o ''Polsce prymasa Wyszyńskiego'', jako ofierze neoliberalnej ''transformacji ustrojowej'', słusznie skądinąd. Co ma więc do tego, że rozstał się z żoną-prawniczką, która zgoliła go ponoć srogo na alimentach, jak twierdzi Napierdała - nie masz głupi cwelu o co bardziej się doń przypierdolić?!

Proszę wybaczyć knajacki język, ale innymi słowy bezczelnego chamstwa dohtora nauk parahistorycznych określić nie sposób. W ogóle nie poświęcałbym uwagi temu pozbawionemu większego znaczenia bałwanowi, gdyby nie to, iż jako się rzekło stanowi kliniczny wprost okaz dwóch patologii polskiego życia umysłowego. Po pierwsze więc ślepego zauroczenia fantazmatem Zachodu, który z jego realiami nie ma zgoła nic wspólnego. Stanowi bowiem zwykle nędzną kompensację kompleksów prowincjusza, pozwalającą mu poczuć się lepszym od otaczającego dupka ''motłochu''. Patrz choćby tępa pretensjonalna cipa Tokarczukowa i zjebani KODeraści, jej wielbiciele. Napierała wbrew pozorom operuje na podobnie nikczemnym poziomie, jak ktoś z ''wykopczan'' trafnie to ujął, gość czerpie wiedzę o Zachodzie chyba z popularnego w latach 90-ych serialu ''Przyjaciele''. Wszyscy tam dlań to sympatyczni i serdeczni ludzie, co nie przeszkadza mu postępować obcesowo z innymi jak najgorszy buc, maskując swe chamstwo rzekomo okcydentalną ''bezpośredniością''. Przeciwstawiwszy ją także urojonemu przezeń Orientowi, gdzie za przewodniczkę wziął feminazistkę Joannę Bator, skompromitowaną już przed laty wysrywami o Japonii. Nie znając bowiem nawet języka i miejscowych realiów, obsmarowała ją jako kraj zamkniętych w domach kobiet, wyczekujących na wiecznie przepracowanych mężów. Co jest równie ''prawdziwe'', jak wizja Polski jako krainy ''Matek-Polek'' katoliczek, biernie znoszących razy nieustannie pijanych małżonków. Nawet lewicowo-liberalna krytyka literacka jej pisarstwa przyznaje, iż obojętnie czy traktuje ona o Japonii czy też Polsce, więcej w tym projekcji chorej wyobraźni autorki, niż opisu rzeczywistości. Trudno byłoby stawiać takowy zarzut zawodowej twórczyni fikcji, gdyby nie uprawiana przez nią tzw. ''literatura zaangażowana'' politycznie, zgodnie z jej deklaracjami ideologicznymi. Podobne zaślepienie cechuje też elukubracje Napierdały, o nieco innym tylko charakterze, ale mechanizm jest zasadniczo ten sam. Pozwala to rzekomemu przeciwnikowi zamordyzmu korzystać obficie z wątpliwego ''dorobku'' radzieckich, czy wręcz nazistowskich propagandzistów. Jak bardzo jego postrzeganie Zachodu jest infantylne dowodem choćby, iż za jedną z tegoż konstytutywnych cech, których tak brakuje mu w Polsce, uznał... ''kulturę śniadań'' jedzonych w knajpach i restauracjach, a nie w domu. Co ma się wedle niego przekładać rzekomo na bardziej wspólnotowy charakter tamtejszej przestrzeni publicznej, oraz tolerancję dla ''odmienności'' także seksualnej oczywiście i traktowanie innych z większą wyrozumiałością, a nie od razu z mordą - i kto to kurwa mówi?! Napierdala wg przyjętych przez się kryteriów jest więc ''barbarzyńcą ze Wschodu'' i ''ruskim chamem'', żadną miarą nie przynależy stąd do urojonej przezeń ''cywilizacji NATO-wskiej''. Serio, użył tak groteskowego pojęcia i nawet jeśli żartem, był to okaz wyjątkowo czerstwego humoru, typowego dlań skądinąd, bo trudno inaczej podsumować jego nieudolne wygłupy i pajacowanie w historycznych kostiumach. Pal licho zresztą żenadę dohtora, każdemu człowiekowi acz w różnym stopniu można by coś podobnego wytknąć, włącznie z autorem niniejszych słów. Problem z Napierdałą jest wszakże poważniejszy, bo podobne mu liberalne tumany, tak samo zresztą co lewicowe przygłupy pokroju Tomasza Walczaka, jednako nie pojmują, że wojna Rosji przeciw Ukrainie to żadne tam starcie ''wschodniej satrapii z demokratycznym Zachodem'' itp. głoszone przez nich bzdury. W Kijowie bowiem doskonale zdają sobie sprawę, iż tak rzecz stawiając nie wygrają z Moskwą i nie idzie tylko o bezmyślne i samobójcze w warunkach wojennych kopiowanie ideologiczne pierdolca obecnego Okcydentu, jak zajob na punkcie ''samoidentyfikacji płciowej'' o jakim wspominałem poprzednio. Zasadnicza trudność dotyka strategii, jaką obrał Zachód wobec Rosji a tej wbrew pierdoleniu Putina wcale nie zamierza zniszczyć ni ''osaczyć'', a jedynie co najwyżej mocno osłabić, co też i ma miejsce dzięki bezmyślnej agresji ''katehuna''. O Niemczech szkoda w ogóle gadać, tak wydawałoby się przezorny naród okazał się bandą idiotów spanikowanych wizją zapaści ekonomicznej i wręcz cywilizacyjnej kraju, gdy wredny kacap zakręci im kurek z gazem. Andrzej Krajewski trafnie porównał ich do gejowskiego kochanka trwającego w toksycznym związku z nieobliczalnym partnerem, który nieustannie bije go i gwałci a on i tak ślepo wierzy, że tamten jednak w końcu się zmieni. Skoro mowa o pedałach - Macron z kolei nie robi łachy posyłając ''cezary'' na Ukrainę, bo w ten sposób odgryza się tylko Putinowi za to, iż bruździ mu on w Afryce, kluczowej dla obecnej Francji ze względu na jej ''negryzację''. Wiadomo jednak kto o mały włos nie sprzedał kacapom ''Mistrali'', z którymi pewnie na wyposażeniu Rosjanie zdołaliby opanować Odessę, odcinając Kijów już całkiem od dostępu do morza. Wreszcie sami Amerykanie udzielają pomocy wojskowej Ukraińcom grubo poniżej swych możliwości, a za oceanem coraz częściej słychać głosy o konieczności ugadania się jakoś z Kremlem na nowych warunkach. Sygnałem do tego jest zdjęcie de facto przez Waszyngton embarga na rosyjskie nawozy i zapewne to nie koniec niestety ustępstw z jego strony na rzecz Moskwy. Dlatego czujący pismo nosem Ukraińcy tak spieszą, by chociaż do tego czasu odbić Chersoń, czego rzecz jasna im serdecznie życzę, ale na powrót do granic kraju sprzed zimowej rosyjskiej inwazji raczej szans nie mają, a cóż dopiero odzyskania całego Donbasu i Krymu. Odnieśli niemały sukces i bez tego, upokorzywszy butnych Moskali zadając im poważne straty, ogólnego jednak obrazu wojny na Ukrainie to nie zmieni. Dlatego co bardziej kumaci ludzie tamtejszej władzy są świadomi, iż ślepe zafiksowanie się na Europie i całym Zachodzie z USA na czele, musi skończyć się strasznym rozczarowaniem. Kijów stąd jest poniekąd skazany wręcz na wypracowanie samodzielnej strategii radzenia sobie z nieustannym zagrożeniem ze strony Rosji. Polska takoż dodajmy, dlatego każdy paraokcydentalny głupek pokroju Napierdały winien być bezwzględnie tępiony nad Wisłą, jako polityczny szkodnik i to nawet gdy jest poważnie sfiksowany.

Tak oto dotykamy drugiej kwestii serio, jaką afera nieopacznie rozpętana przez dohtora ukazała tj. fatalnego stanu zbiorowej psychiki polskiego narodu. Nie jesteśmy pod tym względem żadnym wyjątkiem skądinąd, niedawno przywoływałem na tych łamach fragmenty raportu sprzed kilkunasty laty rosyjskiego wicepremiera Andrieja Biełousowa, gdzie ten alarmował o trzykrotnym od rozpadu ZSRR wzroście liczby wariatów wśród Rosjan. Znamienne przy tym, iż dla jednego z głównych putinowskich czynowników kondycja psychiczna narodu stanowiła kwestię bezpieczeństwa państwowego, przesądzając o szansach rozwojowych kraju w nie mniejszym stopniu, co jego zasoby surowcowe itp. Czas więc, by i w Polsce zaczęto podchodzić do tego problemu równie poważnie, gdyż liczba samobójstw u nas przybrała rozmiary bez mała ludobójcze, bodaj dwukrotnie przekraczając i tak monstrualną ofiar wypadków samochodowych. Ponieważ zabijają się głównie mężczyźni, stąd jedynymi do niedawna mówiącymi o tym głośno w przestrzeni publicznej byli incele. Stulejarska mizoginia nie pozwalała im jednak dostrzec, że to Polki częściej zapadają na choroby psychiczne i to z tendencją narastającą, jakim to więc cudem wraz z niby postępami ''emancypacji'' nad Wisłą gwałtownie przybywa popierdolonych bab? W każdym razie Napierała ewidentnie ma coś nie tak z głową, aczkolwiek diagnozy zostawiam psychiatrom, ale że jest srogo pojebany to pewne. Żaden zarzut, takowy wypominając mu co tu kryć jego kalectwo stawiać mogliby jedynie podludzie i przegrywy, gdyż tylko tacy wyszydzają słabszych i chromych. Natomiast że nie ma świadomości własnej choroby, ani ją leczy to już owszem, należy stąd bezwzględnie tego odeń wymagać, gdy zaś stawia opór nawet kiedy trzeba zabrać musem na oddział zamknięty. Nie jest bowiem tylko gadającym do siebie wariatem, ale dzięki nowym mediom liczyć może na całkiem sporą publikę, choć oczywiście znikomą liczebnie w porównaniu z jakimiś tam Frizami, nie w tym jednak rzecz. Typ zatruwa przestrzeń publiczną szerząc szkodliwe treści i zawodzi nawet tam, gdzie z pozoru ma rację, choćby punktując Bartosiaka. Faktycznie patologiczny narcyzm kazał mu przekształcić swój profil na TT w ołtarzyk, gdzie jego wyznawcy palą nieustannie kadzidła na cześć ego pana Jacka. Trudno również patrząc trzeźwo nie zgodzić się z Napierałą, że Zychowicz to skompromitowany licznymi wpadkami historyczny mitoman, szkoda jedynie przy tym, iż dohtor nie stosuje takowej miary także do siebie. Za samo tylko stawianie przez autora ''Obłędu '44'' rzekomo ''realistycznej'' alternatywy przed Polską, iż pozostał nam jakoby wyłącznie ''sojusz'' z Niemcami lub Rosją, typ powinien zniknąć z debaty publicznej. Tymczasem jego kariera medialna nabrała jeszcze rozpędu, bo nie da się ukryć jest cwany i obrotny trza mu przyznać, inaczej zupełnie niż Warzecha, kompletny pojeb wyliczający Ukraińcom samochody zdając z tego relację na bieżąco w mediach społecznościowych, a przecież to nie jedyny taki wyczyn ''kierownika jeziora''. Piszę o nim w ten sposób bynajmniej dlatego, że się z nim nie zgadzam, gdyż Ziemkiewicz i Otoka także mnie wkurwiają a o szajbę wcale ich nie posądzam. Wręcz przeciwnie - to normalni polscy alkoholicy, jak na zawodowych publicystów przystało, do tego Frąckiewicz lubi popalać zioło z czym nigdy się nie krył. Co innego Jasio Piński, paranoik level hard i medialna dziwka Giertycha, który to z kolei jedynie cynicznie symuluje chorobę, by uniknąć odpowiedzialności karnej. Podobnie jak Gówin, w którego ''depresję'' nie wierzyłem ani przez moment, bo gnida schowała się w psychiatryku przed jadącymi ponoć już po niego śledczymi od afer finansowych. Jak widać obłędem na który rzekomo się cierpi, można z korzyścią dla siebie pogrywać, nie jest to jednak przypadek nieudacznego dohtora Napierdały. W tym świetle mam zgryz z reakcją Wolskiego, o którego urojoną przez Pietrka ''zdradę'' mu rzekomo poszło: z jednej dobrze, iż nie dopuścił do linczu na ''Wykopie'' jakby nie było mentalnego uchyła. Ohydnym bowiem jest znęcanie się nad kaleką, co innego niewydarzony aktorzyna Olszański kreujący tylko na żywo postać prorosyjskiego ''patridioty'', który winien za to być flekowany medialnie do spodu. Z drugiej wszakże odpuszczając świrowi w imię źle pojętej tolerancji czy świętego spokoju, jak na to wygląda uczynił pan Jarek, robimy zaburzonemu osobnikowi krzywdę utwierdzając go tym samym w jego szajbie. Reakcja Napierdały na rozpętaną przezeń inbę dowodzi, że nie wyciągnął z niej absolutnie żadnych wniosków, to niestety ''normalne'' dla psychotyków, iż po wybuchu irracjonalnych emocji następuje u nich pozorne uspokojenie, aż do następnej kumulacji. Jeśli więc teraz nie przerwie cyklofrenicznej karuzeli, na jakiej nieustannie zapieprza jego umysł, za niedługo znowu dojebie się do Wolskiego, albo znajdzie sobie kolejną ofiarę. Maska ''liberalnego ojropejczyka'' służy mu bowiem tylko do ukrycia przed samym sobą faktu własnej choroby. Dlatego powtarzam: Napierała nie tyle powinien, co wprost musi leczyć się psychiatrycznie, gdyż rzeczy z nim zaszły już za daleko. Publiczne napastowanie przezeń znanych osób spowodowało, że dysfunkcje na jakie cierpi przestały być jego prywatną sprawą do cholery! Tym bardziej stać go na konfrontację ze swą słabością, bowiem nie sposób odmówić mu jednak pewnej inteligencji. Nie jest więc wsiowym głupkiem jak Wiesiek Miernik, który mimo swego ograniczenia znalazł jednak sposób na twórcze ujście dla osobistej szajby. Suchedniowski schizofrenik prześladowany przez głosy we własnej głowie, jest autorem wybitnie kwasowej muzy, jaką na swój użytek ochrzciłem mianem ''acid-polo''. Wystarczy sięgnąć po takie jego klasyczne już utwory jak ''Budowa atomu'', bezpretensjonalne ''Tir ra rirra'' czy kultową ''Ścieżkę'', za którą w podzięce Aphex Twin powinien wykupić od pana Wiesława cały wagon leczniczych wisiorków z Buddą. Tak więc Pietrek, weź się za siebie chłopie, zamiast pieprzyć farmazony na jutubie i przypierdalać tylko do ludzi, już dosyć.

Nie zamierzam jak widać odpuszczać Napierdale ze względu na jego chorobę umysłową, bo naprawdę rozsierdził mnie do białości swą agresywną bufonadą, nie ustępująca wiele tak krytykowanemu przezeń Bartosiakowi. Przede wszystkim jednak politycznym spierdoleniem, pozowaniem na ''liberalnego Europejczyka'' i ''człowieka Zachodu'' urojonego jedynie w jego łbie. Dołączył tym samym do grona hiperokcydentalnych wykolejeńców pokroju Orbana, co to właśnie postanowił skompromitować się do reszty bredniami o zachowaniu ''rasowej czystości'' Europy. Sam będąc jako Węgier dalekim potomkiem koczowniczych najeźdźców z głębi Azji, ostentacyjnie przy tym celebrującym przecież związki swego narodu z ''Wielkim Turanem''. Nazwać więc Orbana debilem to obraza takim porównaniem dla upośledzonych umysłowo, ale to bardzo dobrze, iż nieformalnym przywódcą opcji prorosyjskiej w UE został podobny tuman. Z madziarskim führerem łączy Napierdałę również niewątpliwe zapatrzenie w Niemcy, stąd wyrzuca Zychowiczowi jedynie ''przesadną'' germanofilię. Naturalna uwaga dla skundlonego mentalnie folksdojcza, przypominam autora peanu na cześć pruskiego liberalnego zamordysty i głównego inicjatora rozbiorów Rzeczpospolitej. Węgry posądzane przez naszych kucfederatów o prowadzenie rzekomo ''polityki wielowektorowej'', to w rzeczywistości jedna wielka niemiecka montownia i polityczna kolonia Berlina. Za jej pomocą załatwia on zarówno swe wewnętrzne porachunki, jak to miało miejsce podczas ''kryzysu migracyjnego'' dobrych parę lat temu, tudzież pozwala mu na kontynuację dalekosiężnej strategii włażenia w dupę Rosji, co na razie czynić otwarcie jak dotąd Niemcom samym nie wypada. Wprawdzie madziarofilii akurat zarzucić Napierale nie sposób przyznaję, ale już progermańskie zboczenie jak najbardziej, o ile zostanie potraktowane szeroko wliczając doń nie tylko Prusy Fryca, ale i dalekich potomków Franków, a w końcu i Anglosasów. Dobrze więc będzie przypomnieć pokrótce omawianą szeroko onegdaj na tych łamach kwestię murzyńskiego niewolnictwa w Ameryce, bo godzi ona w kardynalne zasady tak hołubionego przez Napierdałę liberalizmu i stąd fundamenty ustrojowe USA. Idzie nade wszystko o popularny niestety dotąd przesąd głoszący, iż warunkiem wolności osobistych jest posiadanie własnego kapitału. Doprowadził on bowiem do zniewolenia określonej rasowo grupy ludzi, gdyż czarni niewolnicy stanowili właśnie prywatną własność swych białych, a często i żydowskich panów. Podlegali jako tacy niemal w pełni wolnorynkowej wymianie, będąc towarem o określonej cenie co do którego statusu toczył się jedynie spór między ich amerykańskimi posiadaczami a brytyjską monarchią, czy ''sprywatyzowanych Murzynów'' traktować należy jako ruchomość lub też nieruchomość, jak chciał tego Londyn. W efekcie od samego zarania Stanów Zjednoczonych rasa stała się tam kwestią ekonomiczną i biopolityczną, a tym samym antagonizm rasowy zastąpił w USA walkę klas. Plantatorzy bowiem świadomie sprowadzali niewolników z Afryki, aby zaradzić pierwszym buntom na nowej ziemi białych proletariuszy. Zdarzało się strajkujących zastępując swymi Murzynami wynajmowanymi do pracy w fabrykach, przy budowie dróg i kolei etc. Dość skutecznie zneutralizowało to w Ameryce rewolucyjny potencjał socjalizmu, dokładnie tak samo jak liberalizm ślepego na uwarunkowania etniczne i rasowe. Przecie kapitał co i robotnicy wedle Marksa ponoć narodowości nie mają, o rasie już nie wspomniawszy, choć sam pisał, że po likwidacji ''materialnej podstawy'' żydostwa, jaką wedle niego był pieniądz i handel, skazane jest ono na zagładę. Oczywiście wyznawcy austriackiego przedszkola dla ekonomicznych uchyłów mogą dalej pomstować za Misesem na ''polilogizm rasowy'', niechże jednak spróbują wytłumaczyć to potomkom czarnych niewolników za oceanem, którzy byli czyjąś rzeczą, prywatną własnością i przedmiotem handlu, towarem podlegającym rynkowej wycenie. Na tym oto polega skandal murzyńskiego zniewolenia w Ameryce, a nie tych wszystkich łzawych historiach o biednych, ciemiężonych strasznie ''czarnuszkach'', tudzież wizjach krwawej i bestialskiej pomsty za to na białych ludziach. Murzyństwa nie ma co żałować, gdyż nikt jak ono nie potrafi tak gnoić siebie wzajem - przypomnę tylko, że większość czarnych trafiła za ocean wskutek morderczych wojen plemiennych, jakie toczyli ze sobą w Afryce. Do dziś tam niewolnictwo jest szeroko praktykowane np. w Nigerii, gdzie ludzie masowo sprzedają się z biedy, lub brani są przemocą zgodnie ze starą rodzimą tradycją. Bez żadnej przesady można stąd rzec, iż brutalne walki czarnych gangów w Ameryce stanowią kontynuację zadawnionych konfliktów jeszcze ich dalekich przodków z rodzimego kontynentu, żadną miarą nie dając sprowadzić się do przyczyn ekonomicznych w takim znaczeniu, jakie nadaje im biała lewica co i liberałowie. Dlatego przedsięwzięta jako środek zaradczy dla murzyńskiego ubóstwa ''akcja afirmatywna'', skazana była na klęskę błędnie diagnozując problem. Aczkolwiek wychodziła ze słusznej obserwacji, iż skoro zniewolenie czarnych w USA oparte było na kolektywnym, biologicznym kryterium rasy niezależnej od ludzkiej woli, również zadośćuczynienie za to musi nosić takowy charakter. Weszło to jednak w zasadniczy konflikt ze źródłowo amerykańskim i arcyliberalnym indywidualizmem, stąd by uzgodnić z nim jakże kłopotliwą dlań kwestię rasy, jankeskie elity wpadły na desperacki koncept uczynienia z niej przedmiotu ''osobistego wyboru'', podobnie jak i płci, ''preferencji seksualnych'' jednostki, tudzież nawet samego człowieczeństwa! Tak więc to co nieprecyzyjnie zwie się ''marksizmem kulturowym'', jest w rzeczywistości posuniętym do absurdu liberalizmem przybierającym już otwarcie antycywilizacyjny charakter. Dopiero na tym tle widać całą głupotę wolnorynkowego kucerstwa, broniącego się przed rzekomym lewactwem w imię tego co właśnie zwalcza. Innymi słowy atakują skutki w obronie ich przyczyn, nazwać to monstrualnym wprost debilizmem byłoby nazbyt oględne. Tak oto triumfujący liberalizm doprowadzony do swych ostatecznych konsekwencji, przepoczwarzył się ''dialektycznie'' w neomarksistowsko-postnazistowskie biopolityczne monstrum. Co żeśmy już tu onegdaj zdiagnozowali wskazując z zamierzoną przesadą, by wyostrzyć problem, iż ''Ameryka Bidena stanowi spełnienie marzeń Hitlera''. Oznacza bowiem triumf zasady rasowej za oceanem, rzecz jasna tej jedynie słusznej wedle obecnej ''mądrości etapu'', czyli czarnej niemniej zasada pozostaje taż sama. Nie przeczy temu, iż rasa traktowana jest tu jako ''konstrukt społeczno-polityczny'', boć i podobnie podchodziło do niej wielu czołowych nazistów jak Himmler czy zwłaszcza Rosenberg, otwarcie piszący o niej jako pewnym ''micie XX wieku''. Rzecz jasna nie stawiam znaku równości między dzisiejszymi USA i Trzecią Rzeszą, a jedynie pokazuję niepokojącą łączność w upolitycznieniu rasy, płci czy ludzkiej seksualności. Cóż z tego, że tym razem w imię totalnej, by nie rzec totalistycznej właśnie ''emancypacji'' człowieka od wszelkich form ''opresji'', co paradoksalnie prowadzi do jego samozniewolenia. Boć tym razem to ludzie sami czynią siebie przedmiotem, rzeczą i towarem, czemu rzecz jasna nie zaradzi przeżarta do cna zgnilizną Rosja, ani tym bardziej pogrążone w jeszcze większym cyber-zniewoleniu Chiny. Narzucającym się przeto wnioskiem jest nieprzystawalność dotychczasowych formuł ideologicznych do opisu rzeczywistości bio-polityki i eko-nomii, w jakich przyszło nam żyć, tak liberalnych i socjalistycznych, co konserwatywnych. Z racji ich jałowości poznawczej wypada je stąd porzucić, pozostawiając brandzlowanie się nimi nieudacznikom pokroju Napierdały. Przed nami więc zadanie wypracowania nowych pojęć adekwatnych do wyzwań epoki, unikając zarazem intelektualnej pustoty metapolitycznej heidegerowszczyzny, jaką grzeszy właśnie zideologizowany biologicznie LGBTarianizm i jemu podobne. Nie zamierzamy bowiem popaść w pułapkę ''tęczawego führeryzmu'' i źródłowej dlań zasady niemieckiej gnozy uprawianej przez nazistowskiego filozofa, głoszącej że jakoby bycie to samo zło...

I w końcu jeszcze jedna, kluczowa za to obok ekonomizacji i upolitycznienia ludzkiej rasowości kwestia, na jaką wskazuje fenomen liberalnego utowarowienia człowieka w Ameryce. Otóż dowodnie okazuje on wbrew anarcholibertariańskim zjebom, że ludzka opresja może istnieć niezależnie od państwowości i władzy politycznej, kiedy to one podporządkowane są wymogom wolnorynkowej wymiany handlowej. Obrońcy liberalizmu zwykli zrzucać winę za murzyńskie niewolnictwo na angielską monarchię, jaka faktycznie była jego inicjatorem. Tyle że obłudnie przy tym pomijają, iż główny zrąb proniewolniczego ustawodawstwa stanowi dzieło już amerykańskich kolonialistów, nade wszystko lokalnych zgromadzeń Wirginii począwszy od drugiej połowy XVII stulecia, ostateczny kształt osiągając tamże na początku następnego. Tak więc decyzja o zniewoleniu czarnych miała raczej charakter oddolny, a na pewno nie została narzucona z góry przez państwo wbrew ogółowi ówczesnej opinii publicznej za oceanem. Warto o tym pamiętać, że ta haniebna praktyka była wtedy tam powszechnie akceptowana, a jej późniejsze radykalne odrzucenie miało bardziej przyczyny ekonomiczne i polityczne, niż humanitarne. W dodatku zaprowadzono je właśnie środkami brutalnego interwencjonizmu państwowego, wywłaszczeniem przez niepodległy już rząd przymusem wojennym klasy plantatorów, kapitalistycznych w rzeczy samej właścicieli z posiadanych przez nich murzyńskich niewolników. Cóż z tego, że za symbolicznym odszkodowaniem, dla pryncypialnego obrońcy nienaruszalności prywatnej własności, oraz zwolennika jak najdalej posuniętej deregulacji i urynkowienia, stanowić winno to niesłychany skandal. Nade wszystko nie pojmiemy jednak istoty Stanów Zjednoczonych, co i roli w ich genezie czarnego niewolnictwa, dopóty jasnym nie stanie się dla nas, że angielskie kolonie w Ameryce powstały jako przedsięwzięcia komercyjne. Od początku więc całość życia społecznego i politycznego w nich, jak i religijnego nawet była podporządkowana wymogom ekonomicznym fundujących je kompanii handlowych. Kapitalistycznych korporacji swych czasów, obdarzonych przez rząd w Londynie szeroką autonomią prawną i administracyjną, posiadających własne siły zbrojne dla ochrony interesów prowadzonych na miejscu. Tudzież ustanowione do zarządzania nimi bezpośrednio instytucje, lokalne zgromadzenia akcjonariuszy i obywateli zarazem tychże państw-przedsiębiorstw w jednym. Trudno więc o lepszy dowód ścisłego związku między ekonomią i polityką [ oraz religią, ale to osobny temat ], jak USA od ich pierwocin jeszcze jako kolonii brytyjskiej monarchii parlamentarnej. Zadaje stąd kłam liberalnej fikcji rozdziału tychże sfer ''ludzkiego działania'', jaka legła u podstaw trwającej do dziś ''fałszywej świadomości'' Ameryki, co do jej rzeczywistych źródeł ustrojowych. Oczywiście zdaję sobie sprawę, iż stwierdzenie tegoż faktu czyni mnie ''ruskim agentem'' w oczach mniemanych okcydentalistów pokroju Napierdały, zaślepionych urojonym przez nich Zachodem. Nie pojmują oni bowiem, że Moskwa doń przynależy, stanowiąc integralną część Europy właśnie przez swój despotyzm. Widomym tegoż symbolem mury Kremla, wyraz mocarstwowych ambicji władców Rosji i dzieło sprowadzonych przez nich z renesansowej Italii włoskich budowniczych. Znamienne przy tym, że gdy Moskwa wkracza na imperialną i proeuropejską drogę zrzucając ostatecznie mongolskie jarzmo w drugiej poł. XV stulecia, obiera od razu antypolski kurs wymierzonymi wówczas w Jagiellonów sojuszami wpierw z Węgrami, a potem niemieckimi Habsburgami. Jakież to aktualne można rzec, otóż są owe ''stałe warianty gry'' o jakich prawił Grisza Braun, kiedy legendował się wciąż jako ''polski patriota''. Wejściu Rosji na jeszcze nie salony, lecz pałacowe komnaty Europy służyć miał także omawiany już tutaj szeroko dynastyczny ożenek moskiewskiego władcy z bizantyjską wprawdzie, lecz zlatynizowaną arystokratką, pobłogosławiony przez rzymskiego papieża i skorumpowanego polityka zarazem. W tym samym celu Iwan Groźny wywodził swój carski tytuł i uzurpował prawo do zaboru ziem Rzeczpospolitej z całkiem fantastycznej genezy własnego rodu od Oktawiana Augusta i jego mitycznego brata Prusa, któremu rzymski cesarz miał nadać jakoby lenno w dorzeczu Wisły, co wyśmiewał otwarcie w korespondencji z nim król Stefan Batory. Imperialna mitomania od początku jak widać cechowała władców Kremla, polegając zresztą na adaptacji przez nich do własnych politycznych zamiarów szeroko rozpowszechnionych w ówczesnej Europie praktyk. Groźny miał zerżnąć koncept Prusa z kronik Długosza, podobnie jak parę innych jeszcze barwnych wymysłów, ale to już temat na inną okazję. Powtórzmy więc na pohybel wszelkim Napierdałom, iż Rosja stanowi śmiertelne zagrożenie dla Polski właśnie dlatego, że jest częścią Europy a nie Azji i przez wieki pełniła rolę faktycznego przedmurza Zachodu. Dążąc za wszelką cenę do udziału w europejskim koncercie mocarstw na pełnoprawnych warunkach, siłą rzeczy mogła dokonać tego jedynie kosztem Rzeczpospolitej oraz innych krajów stojących jej na drodze. 

Póty nie pojmiemy, że obecna wojna stanowi współczesną odsłonę odwiecznego konfliktu w obrębie tej samej politycznej rodziny państw Okcydentu, będziemy żywić nierealne co do niej oczekiwania niczym pan dohtor. Nie idzie przy tym o pełne zwycięstwo Ukrainy, bo co do tego Napierdała nie ma złudzeń przyznajmy, ale jego pro-NATO-wski ślepy triumfalizm, oraz rozpatrywanie przezeń wszystkiego jako starcia między ''liberalnym Zachodem'', a ''autorytarnym Wschodem''. Przypomnijmy więc, że po pierwsze Chiny to nie cała Azja, a nawet nie wszyscy Chińczycy, boć i Tajwan oraz Singapur także nimi stoją, wspierając twardo we własnym interesie Kijów w jego konfrontacji z Moskwą. Nade wszystko jednak główna dotychczas potęga Zachodu, jaką były USA przestaje właśnie nią być, przy czym nie idzie wcale o mityczny ''upadek Ameryki'', tylko jej formuły do której zdążyliśmy przywyknąć. A to przez utratę hegemonii rządzących dotąd tym krajem Anglosasów i ogólnie białych Europejczyków, wprawdzie z niemałym udziałem Żydów, lecz aszkenazyjskich a więc zokcydentalizowanych. W efekcie Stany Zjednoczone przekształcają się na naszych oczach w coś, na co nie mamy jeszcze nadto precyzyjnego określenia, ale na pewno nie będzie to już państwo tak integralnie ''zachodnie'' jak dotąd. Element rodzimy, stricte amerykański ulega w nim wzmocnieniu przez masowy napływ Latynosów, podobnie jak orientalny licznymi emigrantami azjatyckimi, wprawdzie i wcześniej odgrywali oni za oceanem ważką rolę, byli jednak dotąd raczej marginalizowani. Teraz dobiega to kresu, anglosasko-żydowski monolit amerykańskich elit pęka pod naporem nieeuropejskich ''nuworyszy'' politycznych i finansowych. Nawet jeśli akceptują oni liberalne jankeskie wartości, co wcale nie jest dziś takie oczywiste, przez swój radykalnie odmienny bagaż kulturowy, bywa często religijny a także nie bójmy się tego rzec rasowy, siłą rzeczy zmieniają ten kraj nie do poznania. Biorąc powyższe mocno sceptyczne uwagi co do genezy USA, nikt trzeźwo patrząc nie może posądzić mnie o apokaliptyczne histerie z tego tytułu. Wcale to nie przesądza również o szansach, lub ich braku na utrzymanie mocarstwowej pozycji Stanów Zjednoczonych, jedynie wskazując na anachroniczność opozycji Orient-Okcydent i samej kategorii szeroko pojętego Zachodu, do której niewolniczo nomen omen przywiązany jest Napierała i jemu podobni. Dlatego nie pojmą nigdy w swej tępocie, iż deimperializacja Rosji musi oznaczać także jej deokcydentalizację, co doskonale znać po dekabrystach, całkiem opacznie rozumianych przez polskich romantyków. Przecież jeden z głównych przywódców antycarskiego spisku, Paweł Pestel był wściekłym rosyjskim szowinistą, w czym nie przeszkadzało mu jego niemieckie pochodzenie. W jego wzorowanej na rewolucyjnej jakobińskiej Francji wizji nowej, demokratycznej Rosji nie było miejsca na odrębne słowiańskie etnosy, wszystkie one miały zlać się w jeden wielkoruski naród, zaś pozostałe ludy np. kaukaskie deportowane wgłąb kraju. Spokojnie więc można założyć, iż w przypadku powodzenia swych planów, urządziłby Polakom ludobójczą ''rzeź wandejską'', rozmiarami i bestialstwem przewyższającą brutalne represje ''krwawego Mikołaja'' wobec uczestników Powstania Listopadowego. Dziś także ''liberalna rosyjska opozycja'' to generalnie zwykłe g..., w czym zgadzam się ze wspominaną na tych łamach parokrotnie ostatnio ukraińską dziennikarką Janiną Sokołową. Acz w przeciwieństwie do niej od dawna nie żywiłem co do tego złudzeń, pisząc choćby o Nawalnym jako ''planie B'' reżimowych kremlowskich elit. Trudno doprawdy mieć co do tego jakiekolwiek wątpliwości patrząc na ostatnią inicjatywę czołowego ''antyputinowskiego przeciwnika'', który siedząc w rosyjskiej kolonii karnej... miał założyć ''międzynarodową antykorupcyjną fundację'' wraz Fukuyamą, Verhofstadtem i Applebaum, koszerną ''żoną prowadzącą'' Zdradzia Sikorskiego. Inny zaś moskiewski ''systemowy liberał'' Miedwiediew, okazał się godnym następcą Żyrinowskiego, wygrażając dopiero co Gruzji i Kazachstanowi wojną na swym profilu VK. Żałośnie później tłumacząc, iż został on jakoby ''zhakowany'' przez wraże siły, co jedynie dowodziłoby jakimi to pizdami okazali się w takim razie rosyjscy tajniacy, skoro dają niby sobą tak pogrywać. Omawiany tu dohtorek w niczym mu pod tym względem nie ustępuje, skoro najwidoczniej sądzi, że można kogoś obsobaczyć publicznie, a nawet posunąć się do stawiania zarzutów ''zdrady narodowej'' bez najmniejszych konsekwencji. Uciekając się przy tym do nędznych wybiegów, tłumacząc swe chamstwo i niezrównoważenie psychiczne rzekomo istotową dla Zachodu ''bezpośredniością wyrazu''. A ja w swej naiwności sądziłem, iż ''nie ma wolności bez odpowiedzialności'', cóż jednak mogę tam wiedzieć, skoro żaden ze mnie ''leberał''. O permanentnym lekceważeniu przez Napierdałę zagrożenia ze strony Chin  nie chce mi się już gadać - najwidoczniej Amerykanie sądzą inaczej, rozważając zaostrzenie sankcji i blokady eksportu kolejnych strategicznych technologii. W kontrze odsyłam do ekspertyzy Michała Bogusza, analityka OSW, traktującej o propagandowej histerii rozpętanej przez Pekin wokół wizyty Pelosi w Tajpej, która to nagonka skądinąd poniosła spektakularną porażkę nawet wśród samych Chińczyków. Wyraźnie mowa tam, że Tajwan szykując się do odparcia inwazji Chin pilnie studiuje taktykę obrony Ukrainy przed agresją Rosji. Nie jest w tym odosobniony, gdyż Australijczycy czynią podobnie zdając sobie sprawę, iż gra toczy się o wyparcie amerykańskich wpływów z całego rejonu zachodniego Pacyfiku, a nie tylko zagarnięcie przez Pekin strategicznej dlań wyspy u wybrzeży kraju. Trudno o lepszy dowód, iż eurazjatyzm to nie ekstrawagancka mrzonka, lecz twarda rzeczywistość geopolityczna [ akurat w tym kontekście to skompromitowane już pojęcie wciąż zachowuje sens ]. Nawet zaś jeśli rację ma Wojczal i lada moment Chiny czeka totalna zapaść, będzie mieć ona przyczyny raczej wewnętrzne i strukturalne, niż nastąpi wskutek aktywnej kontrakcji ze strony Zachodu. Co więcej, gros z nich jak katastrofa demograficzna, dewastacja środowiska naturalnego wskutek niepohamowanego rozwoju industrii, barbarzyńskie stosunki pracy i destabilizacja społeczna etc., jest pośrednio efektem ślepego podporządkowania się przez władze w Pekinie wytycznym agend globalizmu, zdominowanych przez Okcydent i jego kapitał. Tak więc choć bez dwóch zdań główna odpowiedzialność za to spada na reżim chińskich komunistów, Zachód również nie ma tu czystego sumienia, co może wywołać potężny resentyment przeciw niemu u Chińczyków, w obliczu katastrofy ich kraju. Czego Wojczal w swej analizie kompletnie nie uwzględnia, ale nawet on dostrzega realną możliwość poważnego konfliktu zbrojnego na drugim krańcu Eurazji, aczkolwiek na bardziej ograniczoną skalę, czyli ponowne rozpalenie wojny koreańskiej...

Podsumowując: zamiast trawić czas na wysrywy Napierdały, jak i tak krytykowanych przezeń gejopolityków, lepiej już sięgnąć po równie ''głębokie'' anal-izy obecnej sytuacji dziejowej, dokonywane przez pomienionego wyżej Wiesia Miernika. Ubaw z nich przedni, wprawdzie nie przystoi zbytnio naigrywać się z wynurzeń schizofrenika, ale suchedniowskiemu wizjonerowi i tak krzywdy to nijakiej nie czyni. Jest zaś niegroźny bo w przeciwieństwie do Napierały nie może poszczycić się tytułem ni dorobkiem naukowym, stąd nikt go nie traktuje poważnie, poza ''magiczną mocą'' w jego głowie. Na boku zaś pozostawiam spiskowe teorie niektórych kuców z ''Wykopu'', jakoby pan dohtor był ''PiSowskim agentem'' sprokurowanym celem ''skompromitowania liberalizmu'', bo dowodzi to jedynie mej dawno postawionej tezy, że korwinizm to stan umysłu - wybitnie chorobowy. Mówiąc natomiast serio, znakomitą odtrutką na filoprusactwo Pietrka będzie zapewniam lektura ''Długiego Kulturkampfu'', historycznego opracowania autorstwa Grzegorza Kucharczyka. Tudzież seria jego krótkich prelekcji na YT, nagranych w ramach serii ''Kanon21''; o ironio był on autorem pochlebnej recenzji naukowej książki Napierdały sprzed dekady już będzie, biografii politycznej czołowego holenderskiego przywódcy I-ej poł. XVIII stulecia Simona van Slingelandta. Nie dopuszczam myśli, by uczony tej klasy mógł aż tak mylić się w ocenie zawartości tego dzieła, pozostaje mi stąd jedynie widzieć w tym dowód na gwałtowny spadek formy intelektualnej od tego czasu u dohtora. Rzeczywiście, z dostępnych w internecie fragmentów wyłania się całkiem klarownie nakreślony przezeń obraz upadku republiki Zjednoczonych Prowincji w owej epoce, oligarchicznych i zanarchizowanych do tego stopnia, że nawet Rzeczpospolita pod rządami Sasów jawi się na ich tle niemal autorytarnym państwem. Pozostaje więc życzyć Napierale, by powrócił do tego co mu wychodziło bodaj najlepiej, czyli badania wciąż zbyt mało znanych w Polsce dziejów Anglii, Holandii i Niemiec przełomu XVII i XVIII wieku. Zamiast trwonić czas na pierdolenie przez pół godziny prawie o zawartości kinder-niespodzianki... nie śmieszne to bowiem, a straszne lub co najmniej bardzo niepokojące. W ramach antynapierałowej terapii rekomenduję też krótkie omówienie refleksji Michaela Sandela, czołowego bodaj dziś przedstawiciela amerykańskiej myśli wspólnotowej, w wykonaniu Przemysława Wewióra. Dobrze to bowiem okazuje, jak bardzo wolnorynkowe spierdolenie umysłowe zryło nam w Polsce łby, zamieniając w bandę egoistów i słabeuszy. Wewiór celnie diagnozuje fundamentalną słabość zachodniej, a szczególnie amerykańskiej ''lewicy'' trafnie nazywanej liberałami, bo co to za socjaliści co wyjebane mają na wszelkie normy społeczne, w imię totalnej afirmacji swego psychopatycznego narcyzmu? Nigdy bowiem dość przypominać, że mylony u nas ze statecznym ''konserwatyzmem'' liberalizm jest bękartem ideowym zamętu społecznego, politycznego i religijnego towarzyszącego Rewolucji Angielskiej. Przeto afirmuje patologię rozpadu jakiejkolwiek wspólnoty, jako rzekomo zbędnego ''balastu'' obciążającego niepotrzebnie jednostkę krępującymi ją w w ten sposób więzami społecznych zobowiązań. Owszem, marksiści takoż poprzez przejętą od liberałów ''walkę klas'' antagonizowali robotników i kapitalistów, ich dalecy epigoni zaś czynili to samo nastawiając kobiety przeciwko mężczyznom. Wciąż jednak chodziło im o duże i zwarte grupy społeczne, teraz jednak w imię tępej afirmacji wszelkiej ''inności'' staczają się na kompletny margines, a im bardziej dewiacyjny i kryminalny wręcz, tym lepiej. Cóż to więc za lewica, która odwołuje się ''wyłącznie do etyki autonomii, w której nadrzędną zasadą jest poszanowanie jednostki, niezgoda na zadawanie jej cierpienia i ograniczania jej wolności''?! Toż to czysto libertariańskie ścierwo, a odróżnianie go jak chce tego Napierała od klasycznego liberalizmu w imię potępiania tylko ''błędów i wypaczeń'', jest zasadniczo błędne, gdyż i on ma swoje za uszami, co już wyżej okazano. Remedium na jedno i drugie jest republikanizm, widzący w państwie nie zło, jak chcą tego obie te szkoły rozwolnościowego niemyślenia, lecz dobro wspólne a choćby i mocno niedoskonałe, bowiem inne na tym padole nie jest nam śmiertelnym dane. Polska znowu przepadnie marnie w obecnych dziejowych burzach, jeśli nie przestanie w końcu być Rzeczpospolitą tylko z nazwy, to więc nie sprawa dętych frazesów okolicznościowych, lecz przysłowiowej ''walki o byt''. Bez sprawnych instytucji państwowych z armią na czele, ale też odpowiedniej polityki społecznej i elementarnego choćby solidaryzmu narodowego, jesteśmy pozbawieni jakichkolwiek szans nie tyle nawet rozwojowych, co zwyczajnie perspektyw na przetrwanie. A tacy jak Napierała maskujący swym urojeniowym liberalizmem własne wyobcowanie ze społecznym norm, czy tym bardziej libertariańscy psychopaci pokroju Jacka Wilka, przesądzają o nich na naszą niekorzyść. 

ps.

Akurat publikacja niniejszego tekstu zbiegła się z wybuchem afery wokół skandalicznego raportu Amnesty International o Ukrainie. Potwierdza on znakomicie opisaną wyżej patologię wskazując przy tym, iż nie sposób stawić opór Rosji naśladując bezmyślnie ''prawoczłowieczy'' pierdolec ideologiczny obecnego Zachodu. Co do zasady liberalny dodajmy, bazujący na posuniętym do absurdu indywidualizmie, głoszący aborcję czy nawet ''wybór płci'' jako ''uprawnienie jednostki'', w myśl totalniackiej już zasady: ''ja ponad wszystko!''. Sekretarz Generalna nomen omen AI może się zarzekać, ale sfabrykowany przez jej organizację przestępczą raport de facto usprawiedliwia rosyjskie mordy na ukraińskich cywilach. Takie choćby, jak niedawny ostrzał rakietowy Winnicy, który nawet terrorysta Girkin wraz z jemu podobnymi raszystami uznali za zbrodnię wojenną, oraz kompletną głupotę z czysto militarnego punktu widzenia. Bowiem innego celu, jak zastraszenie napastowanych i złamanie ich woli oporu tego typu akty terroru nie mają, ale prawoczłowieczym spierdolinom jest to najwidoczniej obce podejście, taka empatia do zwykłych ludzi a nie abstrakcyjnych, wydumanych przez nich jednostek. Jeśli ktoś nie pojmuje, że ukraińska armia chroni w miastach cywilów przed masakrami bezbronnej poza tym ludności, powinien resztę życia spędzić trzymając durny łeb w wiadrze z zimną wodą. Nie zaś pierdolić bezczelnie farmazony, czyniąc ofiary współwinnym co najmniej przeprowadzanych na nich ataków! Pozostawiam na boku wyjaśnienie ewentualnych uwikłań kartelu pod nazwą Amnesty International, które tłumaczyły takie nie inne jej stanowisko ws. Ukrainy. Przypomnę stąd jedynie, iż organizacja rzekomo broniąca ''praw człowieka'' sama ma z tym poważny problem. Do tego stopnia, że jeden z jej najznaczniejszych działaczy na znak protestu popełnił parę lat temu samobójstwo. Okoliczności w jakich doszło do tragedii ujawniły skalę patologii i wykroczeń przeciw ludzkiej godności w Amnesty International, jako żywo przypominając niedawną aferę z Tomaszem Lisem. Szczególnie pod względem monstrualnej hipokryzji - gęba pełna napuszonych frazesów o ''wolności'' i ''demokracji'', a zarazem ordynarne poniewieranie pracownikami oraz ich wyzysk. O ironio, organizacja tak dbała u innych o ''transparentność'', zawarła poufną ugodę z wdową po samobójcy, płacąc jej prawie milion funtów nie wiadomo skąd właściwie, bo ponoć ''nie z darowizn ni składek członkowskich''. Co budzi także uzasadnione wątpliwości, jeśli idzie o przejrzystość finansów AI, czy aby nie mamy tu do czynienia z jaką ''pralnią brudnych pieniędzy'', a w każdym razie na pewno zwykłą korporacją obsadzoną cynicznymi kurwiszonami do wynajęcia, pół na pół ze sfanatyzowanymi doktrynerami. Jednako wysługującymi się jak widać najgorszym tyranom i doprawdy mniejsza już, za kasę czy ze zwykłej głupoty lub ideologicznego zaślepienia arcyliberalnym ''prawoczłowieczyzmem'', skutek ten sam. Tymczasem barbarzyństwo Rosjan na Ukrainie wprost domaga się należytego odwetu: bestialska kastracja ukraińskiego jeńca i podobne, coraz liczniejsze zbrodnie okupantów winny być pomszczone i to najlepiej ze zwielokrotnioną siłą. Nie sposób bowiem walczyć honorowo z kanibalem, nie respektującym żadnych ludzkich reguł, tylko więc naga siła może doń przemówić. Metody Włada Palownika są sprawdzonym sposobem wzbudzenia respektu wśród dziczy, a brużdżącym temu pedolibkom z Zachodu życzyć stąd należy rosyjskiej niewoli, z wszystkimi jej okrucieństwami. Żadne bowiem względy prawoczłowieczego chujmanitaryzmu nie powinny krępować obrońców w zbożnym dziele bezlitosnego tępienia psychopatycznego agresora, który posuwa się do tortur i zabijania bezbronnych jeńców. Bawiąc się zaś w przedstawicieli rzekomo wyższej syfilizacji judeołacińskiej, NATO-wskiej lub pedoliberalnej jak kto woli, stajemy na z góry straconych pozycjach i po to właśnie takowymi konceptami infekowana jest sfera publiczna.