sobota, 19 lutego 2022

''Wojna i pokój'' wedle MiseSSa.

Zamierzałem dokonać szybkiej merytorycznej siekierezady zarąbując aksjomaty misesologii, jednak widzę już, że nie sposób będzie za jednym cięciem zarżnąć tą blisko 700-stronicową kobyłę jaką jest ''Ludzkie działanie''. Nie kryję, że po jego lekturze czuję się jakbym przetykał rurę w ''Czajce'', wiedziałem wprawdzie, iż to gówno dla intelektualnych ameb, nie sądziłem jednak przyznaję, że aż takie. Co innego bowiem znać podstawy doktryny z omówień wyznawców, tudzież wyrywkowej lektury pomniejszych tekstów ''mistrza'', jak ''Liberalizm w tradycji klasycznej'' itp. Czym innym zaś kompleksowe studium jego ''opus magnum'' aż rojącego się od absurdów, gdzie co i rusz Mises robi kurwę z logiki przecząc często na tej samej stronicy temu, co wyraził zaledwie parę akapitów wcześniej. Poczynając od kwestii, że jest to w zamierzeniu traktat o ''ludzkim działaniu'' w którym tak naprawdę nic o nim nie ma, a jedynie jakim się ono jawi w umyśle człowieka, konkretnie zaś samego Misesa. Zagadnienie owo jest jednak na tyle obszerne, iż wymaga osobnego omówienia, stąd dziś zajmę się wyłącznie jego wywodami o jakoby pokojowej naturze ekonomii, zawartych w końcowych partiach jego dzieła a konkretnie rozdz. XXXIV ''Hjuman Akszyn'' [ dalej w tekście jako ''LD'' ]. Bowiem w aktualnym kontekście tyrady Misesa przeciwko bezsensowi wojny brzmią wyjątkowo humorystycznie, by nie rzec wprost groteskowo. Otóż winę za wybuch morderczych konfliktów między mocarstwami ponosi dlań, jakże by inaczej, interwencjonizm państwowy w pokojową rzekomo, opartą na wzajemnej wymianie dóbr i usług ekonomię! Bodaj większej głupoty trudno szukać - nic bowiem tak nie dzieli ludzi, jak podział zysków ze wspólnych interesów, nawet waśnie rodzinne i narodowe czy polityczne nie są w stanie równie rozpalać namiętności, co właśnie kasa i osobista korzyść na względzie. Wspólny interes tak między państwami jak jednostkami rodzi raczej patologiczną więź, opisywaną ambiwalentnymi pojęciami hassliebe, czy też love/hate, jak tkwiące obecnie w klinczu USA i Chiny, czy onegdaj Niemcy i Rosja. Przed wybuchem obu wojen światowych wymiana gospodarcza między europejskimi mocarstwami wprost kwitła, co wcale nie przeszkodziło im rzucić się sobie do gardeł, a wręcz je ku temu popchnęło. Głoszący ''swobodę handlu'' Anglosasi pojmowali bowiem dobrze, iż nie sposób na drodze pokojowej presji ekonomicznej, powstrzymać rosnącą gwałtownie u boku potęgę przemysłową i militarną Niemiec. Lada moment mogła ona stąd zdominować całą Europę, a nawet serio przedsiębrała ekspansję wgłąb Azji, śmiertelnie tym zagrażając ówczesnym brytyjskim i francuskim koloniom, oraz samej Rosji tak carskiej jak i sowieckiej. Mises ślepy jest też na fakt, iż tak wychwalana przezeń za leseferyzm szkoła manchesterska, stanowiła ideologiczne uzasadnienie brytyjskiego imperializmu ekonomicznego. Hasła ''wolnego handlu'' miały tu służyć jedynie za taran łamiący bariery dla ekspansji angielskiego handlu i przemysłu, a póki wyspiarze dysponowali miażdżącą wprost przewagą gospodarczą i finansową nad rywalami, nie musieli obawiać się obcej konkurencji na własnym terenie. Wystarczyło jednak tylko, że poczęli tracić prymat na rzecz wspomnianych wilhelmińskich Niemiec, i oto nagle ''leseferystyczne'' dotąd brytyjskie elity, ''cudownie'' jęły nawracać się na ''socjalizm fabiański'':))). Poza tym cały ten ''manchesteryzm'' narodził się w łonie imperium, ustanowionego nie wskutek ''pokojowej ekspansji handlowej'', lecz brutalnych militarnych podbojów, których wynikiem były masowe zbrodnie a nawet bywało ludobójstwo. Dopiero Niemcy hitlerowskie i sowiecka Rosja oraz komunistyczne Chiny prześcignęły je skalą i okrucieństwem - ostatecznie obozy koncentracyjne to brytyjski wynalazek. Aktywną rolę w ekspansji odgrywały zwłaszcza angielskie kompanie handlowe, czyli kapitalistyczne korporacje swoich czasów i ich prywatne armie, co stanowi do dziś typowy dla Anglosasów sposób toczenia wojen. Dynamiczny rozwój przędzalni w Manchesterze napędzał zaś barbarzyński proceder eksploatacji niewolniczej siły roboczej po drugiej stronie oceanu, biznesu plantacyjnego na Południu USA przeżywającego okres największej hossy w ostatnich dekadach swego istnienia. Przypomnę, bo nigdy dość, że Murzyni stanowili tam prywatną własność białych w zdecydowanej większości przedsiębiorców, gdyż libki pokroju Misesa uporczywie nie chcą uznać faktu, iż kapitał ma nie tylko narodowość, ale i rasę. W tym wypadku mowa głównie o Anglosasach, aczkolwiek z niemałym udziałem innych nacji, w tym również tej ''wybranej'' - patrz jeden z przywódców Konfederacji Judah Benjamin. Ba: zdarzali się nawet czarni właściciele innych Murzynów, co wszakże nie przełamywało hegemonii ludzi określonego koloru skóry i pochodzenia wśród plantatorów. Socjaluchy zresztą także niechętnie to przyznają, a nie kto inny co sam Marks wysławiał wręcz instytucję niewolnictwa jako ''konieczną ekonomicznie'', bo też i bez surowca w postaci bawełny sprowadzanej z południowych stanów Ameryki, trudno wyobrazić sobie ówczesną potęgę brytyjskiego przemysłu tekstylnego. Fakt, iż rujnował on tradycyjnie rozwinięte w Indiach warsztaty produkujące dotąd masowo tkaniny, Karola już bynajmniej nie bolał, skoro sławił otwarcie na łamach prasy angielski kolonializm, jako nieświadomie swych prawdziwych celów narzędzie ''dziejowego postępu'' i cywilizowania ''barbarzyńskich'' dlań Hindusów. 

Doprawdy nie pojmuję jak infantylnym zjebem trzeba być, aby jak Mises głosić, że jak tylko zniknie interwencjonizm państwa w gospodarkę, przestanie mieć też sens szowinizm narodowy i imperializm, a swoboda handlu i migracji zapewni powszechny pokój. Dzisiaj widać jak na dłoni, szczególnie w Europie, że to ostatnie zamienia wojny pomiędzy państwami w niezliczone pomniejsze konflikty, jakie toczą ze sobą określone terytorialnie getta etniczne i rasowe, lub religijne, ekonomiczne i polityczne. Razem tworzy to niemożliwą kakofonię społeczną, rodząc typową dla naszych czasów liberalną tyranię władzy, przerzucającej koszty jej sprawowania na jednostki i za nic właściwie nie odpowiadającej, paradoksalnie abdykującej z rządzenia, by cieszyć się przywilejami nie ponosząc przy tym politycznego ryzyka. Wypadałoby stąd rzucić korwinowym bezmózgom na ryj uwagą Elbridge'a Colby'ego, przewodzącego pracom nad ustaleniem nowej strategii obronnej USA za prezydentury Trumpa. Otóż w wywiadzie przeprowadzonym z nim przez ''klub jagielloński'', postulował konieczność współpracy Stanów Zjednoczonych i Europy dla odparcia jednako obu zagrażającym ekonomicznie i politycznie Chin, a to poprzez ''wspólne, publiczno-prywatne, kierowane przez państwo podejście do polityki przemysłowej w zakresie takich kwestii, jak sztuczna inteligencja, obliczenia kwantowe itp.''. Zgroza dla misesologa jakim jest Janusz i czereda jego kucątek, ''socjalizm'' panie normalnie, a tfu! Wszystkie te bałwany libkowskie nie pojmują jednej, podstawowej za to prawdy: że ekonomia jest sprawą wojny, a nie pokoju - morderczej wprost konkurencji rynkowych podmiotów spojonych więzami wspólnych interesów, które to właśnie generują permanentny konflikt pomiędzy nimi, o podział płynących stąd zysków i posiadane zasoby! Białe narody osiągnęły globalną hegemonię gospodarczą i polityczną nie dlatego, że hołdowały aksjomatom ''wolnego handlu'' i tego typu wymysłom biedadocenta Misesa, lecz dzięki kombinacji drapieżnej ekspansywności i zmysłu organizacyjnego, oraz zaciekłej rywalizacji między mocarstwami europejskimi w podbojach innych kontynentów. Napędzało to inwencję twórczą i żądzę nowych odkryć u ich czołowych przedstawicieli, które to czynniki razem zapewniły trwający niemal do dziś prymat Okcydentu. Nie jest przypadkiem, że poczęto bredzić o ''wspólnym rynku'' i ''zjednoczonej Europie'' dopiero, gdy utraciła ona swój dominujący status w świecie, sama stając się jak dziś obiektem przetargu między obcymi imperiami i przedmiotem wtórnej kolonizacji onegdaj poddanych jej władzy ludów i ras. My zaś w Polsce łykamy powszechnie to ''austriackie gadanie'' Misesa, bośmy nigdy jako naród powtarzam nie posiadali rzeczywiście wielkiego kapitału, stąd można nam żenić podobne kity. W swej masie bowiem nadal pozostajemy społeczeństwem post-chłopskim, dlatego ''wolny rynek'' kojarzy nam się z regułami rządzącymi wsiowym targowiskiem, a przedsiębiorca babą za straganem, lub żydowskim chałaciarzem liczącym szekle w kantorku. Polska formuła robienia biznesu kończy się więc zwykle na małych geszeftach i wyżywa w cwaniactwie, pospolitym niestety nad Wisłą wzajemnym oszustwie, stąd symbolem finansowego sukcesu jest tutaj ktoś taki jak Mentzen: sprytny krętacz, który zbił kasę żerując na faktycznie patologicznym systemie podatkowym III RP. Dlatego nie rozumiemy praw rządzących rzeczywiście wielkim kapitałem, któremu gwarantowany przez państwo monopol robi za niezbędne zabezpieczenie, wobec olbrzymiego ryzyka podejmowanych przezeń inwestycji na skalę niepojętą dla kramarza. Inaczej mierzenie się z potwornymi wprost wyzwaniami logistycznymi, oraz wymóg ponoszenia gigantycznych potencjalnie nakładów w warunkach morderczej konkurencji, nieustannego zabiegania o wąsko pojmowany interes indywidualnego klienta jak chciałby tego Mises, paraliżowałby prędzej inicjatywę największych kapitalistów niźli ją rozbudzał. Nie wyklucza to, że tak hołubiony przez kurwinowców ''mikroprzedsiębiorca'' również ma swe miejsce w ekonomii, lecz na zasadzie ławicy drobnych rybek towarzyszących korporacyjnemu kaszalotowi, bo z takowych przemysłowych molochów składa się rdzeń każdej godnej tego miana gospodarki narodowej. 

Przykładem Intel, obecnie największy bodaj wytwórca mikroprocesorów na świecie, którego fabryki w Arizonie mogły powstać jedynie dzięki temu, że z inicjatywy rządu USA a konkretnie armii poczęto lokować po wojnie na tym pustynnym zadupiu produkcję zaawansowanych technologicznie broni. Skoncentrowana w ten sposób na prowincji duża grupa dobrze opłacanych specjalistów, stworzyła warunki dla rynku usług jakich zapewne nie mogły po całości zapewnić wielkie sieci handlowe, dając tym samym zatrudnienie masie lokalnych przedsiębiorców. Zresztą od samego początku amerykańskiego osadnictwa w stanie koncentrowało się ono zwykle wokół fortów wojskowych, wzniesionych dla ochrony ludności przed atakami indiańskich tubylców. Rozwój regionu był możliwy dzięki pokryciu go jeszcze w ostatnich dekadach XIX wieku siatką subsydiowanych rządowymi pieniędzmi linii kolejowych. Na początku zaś następnego stulecia kluczową inwestycją w głównej mierze także państwową stała się Zapora Roosevelta, zapewniając wodę rolnictwu na potrzeby gwałtownie wzrastającej populacji stanu, oraz czerpaną zeń energię elektryczną dla podwalin lokalnej industrii. Przy okazji na jaw wychodzi związek nominalnie wolnorynkowego libertarianizmu z militaryzmem - tuż po wojnie lokalne władze przyjęły w interesie koncernów przemysłu zbrojnego tzw. ''prawo do pracy'', które zakazywało obowiązkowego uczestnictwa pracowników w związkach zawodowych. W praktyce osłabiło to je kładąc kres strajkom, oraz pozwalając na obniżenie kosztów pracy dając bat pracodawcom na pozbawionych w ten sposób ochrony robotników. Intel kontynuuje obecnie tradycję owocnej współpracy przemysłu amerykańskiego z własnym rządem, wznosząc właśnie dwie nowe wytwórnie chipów w Arizonie. A wszystko to w ramach państwowego programu o nazwie Rapid Assured Microelectronics Prototypes-Commercial [RAMP-C], utworzonego  dla wspierania rozbudowy krajowej bazy produkcyjnej strategicznych technologii. Jak widać w USA interwencjonizm państwowy w gospodarce działa, tylko u nas jakimś ''cudem'' nie - albowiem nie potrafimy się rządzić budując skuteczne instytucje władzy jak armia, wywiad czy własny wielkoskalowy przemysł, ściśle zainteresowany w utrzymaniu swojego głównego klienta jakim jest rząd. Rozwolnościowi nieudacznicy zaś każą nam się jeszcze z tegoż własnego niedołęstwa i słabości narodowej cieszyć, niedoczekanie skurwysyny! Obym się jednak mylił co do polskich zdolności państwowotwórczych, w przeciwieństwie jednak do kucerzy nie biorę swego chciejstwa za rzeczywistość, obaczymy więc jak się rzeczy mają już w najbliższych latach, które będą pod tym względem kluczowe. Skądinąd u mnie w Świętokrzyskiem, gdyby dowództwo wojsk II RP za wiedzą Piłsudskiego nie stworzyło podwalin dla przemysłu obronnego w Starachowicach czy Ostrowcu, motywowane względami strategicznymi a nie ekonomicznymi i to na dobre półtorej dekady przed COP, też byłyby tu ino przysłowiowe kieleckie ''piochy''. Same Kielce przeżywając za późnego Gomuły i Gierka burzliwy rozwój industrializacyjny, wydawało się mogły powielić w PRL-owskich warunkach model wspieranej odgórnie przez państwo modernizacji przemysłowej, na wzór takiej jak opisana wyżej w Arizonie. Lokowano wtedy tutaj zakłady o całkiem na owe czasy zaawansowanych liniach produkcyjnych, bywało przy tym w kooperacji z zachodnim kapitałem, jak choćby bazująca na licencjach angielskiej Smiths Industries Ltd fabryka łożysk tocznych ''Iskra''. Historyk regionalista Marcin Kolasa przypomniał niedawno, że wznoszono wówczas osiedla mieszkaniowe dla tysięcy pracowników zatrudnionych w lokalnym przemyśle, dodam sprowadzając również z całego kraju wysokiej klasy specjalistów do jego obsługi i szkolenia kadr inżynierskich. W owym okresie nie było wstydem pracować ni nauczać w Kielcach, miały one całkiem realne widoki stać się w perspektywie solidnym regionalnym ośrodkiem industrialnym, takim jak położone na prowincji fabryki Intela, oczywiście z poprawką co do naszych polskich możliwości w tym względzie. Jednak fatalny splot geopolitycznych wypadków dziejowych, tudzież endemiczna niewydolność socjalistycznej gospodarki PRL podporządkowanej wymogom radzieckiego imperializmu, zakończyły krótką gierkowską ''prosperity'' przesądzając także los kieleckiej industrii. Rzekomy ''upadek'', a tak naprawdę samolikwidację komuny i balcerowiczowską ''smutę'' ekonomiczną lat 90-ych, udało się wprawdzie przejść na miejscu w miarę suchą stopą dzięki lokalnym, i co tu kryć resortowym firmom budowlanym jak choćby Exbud. Wskutek tego nie było tutaj jak w Radomiu dajmy na to, gdzie po likwidacji ''Radoskóru'' i zbrojeniówki miasto zamieniło się w ''anus mundi'' na wzór Wałbrzycha, w którym niemal psy dupami szczekały. Jednak wraz z upadkiem owych ''czeboli'' budowlanych na naszą miarę, jaki dokonał się na początku nowego stulecia w przeciągu zaledwie 2-3 lat, dopadła i nas w Świętokrzyskiem trwająca do dziś zapaść gospodarcza, z której nie widać póki co wyjścia. Wprawdzie byłoby nieuczciwością rzec, iż przemysł tak całkiem stąd wyparował i dość pokaźna produkcja nawet ostała się na miejscu, tyle że w niewystarczającym stopniu, aby Kielce na powrót nie poczęły obracać się w ''miasto urzędników i emerytów'', jakim to mianem określił je wizytujący w czasie wojny Hans Frank.  Jeśli więc teraz nie wychodzą podobne projekty odgórnej industrializacji, to prędzej z winy nieudolności obecnych kadr politycznych i finansowych, oraz źle urządzonego państwa i jego ogólnej słabości, a nie bo jakoby ''niepotrzebnie rząd pcha się w gospodarkę''.

Powtórzmy: ekonomia jest sprawą wojny a nie pokojowej współpracy, żadnej tam ''wolnej'' lecz podległej interesom państw konkurencji, gdzie fundamentalną rolę odgrywają kwestie polityczne, a nawet bywa że i religijne! Zamiast więc klepać bezmyślnie po mędrkach nie mających pojęcia o realnej gospodarce, uczmy się na przykładzie narodów, które jak Holendrzy już w XVII stuleciu prosperowały w rozwiniętym kapitalizmie. Weźmy na ten przykład tamtejszą Kompanię Wschodnioindyjską, do dziś wzorzec korporacyjnego giganta, który to działał na państwowym monopolu i sam stanowił ''państwo w państwie''. Posiadana przezeń ogromna na owe czasy flota zbrojna nie służyła bynajmniej ''pokojowemu handlowi'', ale by dzierżyć bezwzględnie typowy kapitalistyczny monopol na ''wyspach korzennych'', w archipelagu Moluków na terenie obecnej Indonezji. Tak więc już dobre ponad trzy stulecia temu skurwiele kontrolowały ''łańcuch dostaw'', jak to się modnie obecnie mówi za Bartosiakiem, ciągnący się od Europy wzdłuż wybrzeży Afryki - stąd Kapsztad - aż po Pacyfik! Wymagało to mierzenia się z logistycznymi wyzwaniami niepojętymi powtarzam dla jakiegoś domokrążcy, z całym należnym mu szacunkiem. Nie mówiąc już o składowaniu towarów na miejscu, w olbrzymich magazynach z jakich słynął Amsterdam w owym czasie, po czym rozprowadzaniu ich dalej po całej niemal Europie aż po jej kresy, czyli Rosję gdzie co najmniej od XVII wieku holenderski kapitał wznosił pod pieczą kolejnych carów huty i manufaktury broni etc. Centralizacja i standaryzacja stanowią więc własności samego kapitału, a nie jakoby wymuszone przez interwencjonizm państwowy jego ''błędy i wypaczenia'', kto zaś przyjmuje za Misesem hasło: ''cała władza w ręce konsumentów'' na w pełni wolnym rynku [patrz choćby podrozdział ''Rola władzy'' w LD], przypisuje im moce jakich posiadać nie mogą. Bowiem standardowy konsument stanowi jedynie bierny obiekt manipulacji dla firm, dysponujących niespożytymi możliwościami wprowadzania go w błąd informacjami, jakich nie jest on w stanie samodzielnie zweryfikować, trudno więc by się z nim liczyły jak chciałby tego austriacki ekonomista. Mechanizm ten dobrze widać na przykładzie opisanej tu niedawno historii czternastej poprawki konstytucji USA, przypomnijmy pokrótce: oficjalna wersja głosi, iż zaprowadzono ją dla byłych murzyńskich niewolników, aby stanowe zgromadzenia na Południu nie pozbawiły ich przyznanych po wojnie secesyjnej praw. Sankcjonowała ona bowiem nadrzędność przepisów federalnych, a więc ogólnokrajowych nad lokalnymi - sęk jedynie w tym, że opracował ją prawnik towarzystw kolejowych John Bingham, kierując się ich interesem. Zwyczajnie nie mogły one zależeć od kaprysów jakichś ćwoków z Idaho dajmy na to, którzy postanowiliby ot tak zablokować inwestycję mającą spiąć oba brzegi Ameryki linią kolejową. Fundującą przy okazji na ugorze położone wzdłuż niej całe kompleksy miejskie i fabryczne, wymagając przebijania się przez góry czy wznoszenia mostów nad przepaściami, pomijając już ponoszone przy tym ogromne nakłady pracy i kapitału. Nie można było wykluczyć takowego ryzyka, skoro podobne sytuacje miały już miejsce wcześniej, gdy przedsiębiorcy musieli mierzyć się z rujnującymi ich zamiary arbitralnymi wywłaszczeniami, dokonywanymi przez lokalne zgromadzenia stanowe, czy narzucanym przez nie nadmiernym opodatkowaniem itd. Jak sam Mises przyznaje, idealny homo oeconomicus nie istnieje, przeciętny człowiek z racji ograniczeń swych władz poznawczych nie jest w stanie zawsze należycie rozpoznać własny interes, stąd trudno oczekiwać odeń, by pełnił na całkiem wolnym rynku rolę pana i władcy wobec kapitalisty, kreśloną na kartach ''Ludzkiego działania''. W ten sposób nigdy by nie zbudowano kapitalizmu, gdyby jego rozwój miał zależeć li tylko od kapryśnych preferencji biernych najczęściej konsumentów, a nie dążeń i dalekosiężnych zamiarów władców państw oraz ściśle z nimi współpracujących dysponentów wielkiego kapitału. Tymczasem rola tych ostatnich sprowadza się dla Misesa jedynie do reaktywnego zaspokajania i co najwyżej trafnego przewidywania rynkowych potrzeb, tak jakby nie posiadali oni potężnych narzędzi kształtowania samemu korzystnych dla siebie koniunktur! W podrozdziale poświęconym ''propagandzie komercyjnej'' nomen omen, przyznaje wprawdzie, że:

''Konsument nie jest istotą wszechwiedzącą. Nie wie, gdzie może kupić po najniższej cenie to, czego potrzebuje. Bardzo często nie wie nawet, jaki towar lub usługa mogą najskuteczniej usunąć odczuwany przez niego określony rodzaj dyskomfortu. W najlepszym razie ma jedynie pewną wiedzę na temat sytuacji rynkowej w bezpośredniej przeszłości i na tej podstawie układa swoje plany.''

- co jednak nie przeszkadza mu zaraz bredzić, iż:

''Pogląd, że propaganda komercyjna może zmusić konsumentów do podporządkowania się woli producentów, jest błędny. Reklama nigdy nie sprawi, żeby lepsze lub tańsze produkty zostały zastąpione przez gorsze.''

- ależ oczywiście, że może! Ludzie potrafią szkodzić sobie na niezliczone sposoby, byle tylko dogodzić modzie sztucznie wykreowanej przez cynicznych przedsiębiorców. Nie ma takiej durnoty jakiej nie można by ożenić wystarczającej liczbie frajerów na wygodne całkiem z tego życie, trzeba się przy tym jedynie odpowiednio zakręcić. A wtedy żadną miarą nie da się im już przetłumaczyć, iż tkwią w błędzie, dowodem choćby wyznawcy sekty Misesa. Argument z doświadczalnej weryfikacji jakiego używa jest żaden, bowiem jak na przykład stosować go wobec takich produktów jak lek czy szczepionka? Jeśli będą złe, mogą przyprawić nas czy bliskich o nieodwracalną utratę zdrowia, lub życia nawet a mimo to Mises posuwa się do kwestionowania wymogu podawania przez producenta w reklamie prawdziwych informacji. Stanowiłoby to bowiem dlań jako zdeklarowanego liberała nieuzasadnioną ingerencję rządu w relację z konsumentem, tymczasem ''wolność jest niepodzielna''. Co do zaś ''instynktu agresji i zniszczenia'' jak głosi tak zatytułowany podrozdział LD, destrukcyjne popędy ludzkości są wedle Misesa niwelowane przez ''pokojową'' gospodarkę kapitalistyczną opartą na podziale pracy. Ślepy więc jest na fakt, iż zapewniany przez nią niewątpliwy rozwój technologiczny, wzniósł niszczycielskie afekty na niebotyczne wprost wyżyny. Bomba atomowa bowiem, a nawet konwencjonalne środki rażenia jak rakiety czy drony bojowe, dosłownie miażdżą jeśli idzie o skalę zadawanych przez nie zniszczeń byle maczugę, lub kamienny topór pierwotnego dzikusa. Pomijam już, że to bynajmniej ''prywatna inicjatywa'' sprokurowała nuklearne pociski ani wyniosła je w kosmos, zapewniając ''wolnemu światu'' konieczną obronę przed agresją ze strony socjalistycznego ZSRR [ co zresztą Mises w pełni akceptował, o czym na koniec się przekonamy ]. Rooseveltowska Ameryka zaś nie mogła żadną miarą robić za model ''wolnej ekonomii'', na dobrą dekadę prawie przed przystąpieniem do wojny wdrażając etatystyczne rozwiązania ''totalnej mobilizacji'' w ramach New Deal. Stanowiła ona też żywy dowód na to, iż ścisły związek wielkiego przemysłu oraz finansjery z państwem, nie musi wcale rodzić totalitarnych monstrów, jak bazujący na niewolniczej pracy nazistowski ''Großraumkartell Europa''. W ogóle śmiech mnie ogarnia, kiedy czytam takowe kocopoły wypisywane przez Misesa w podrozdziale ''Konflikty naszych czasów'':

''Wyobraźmy sobie świat, w którym każdy mógłby żyć i pracować jako przedsiębiorca lub zatrudnić się w wybranym przez siebie zawodzie w miejscu, które by sobie wybrał, a następnie zastanówmy się, które z opisanych tu konfliktów nadal by istniały. Wyobraźmy sobie świat, w którym respektuje się zasadę prywatnej własności środków produkcji, taki świat, w którym nie istnieją instytucje hamujące mobilność kapitału, pracy i towarów, a prawa, sądy i urzędnicy administracyjni nie dyskryminują jednostek czy grup mieszkańców danego kraju lub obcokrajowców. Wyobraźmy sobie, że rządy zajmują się tam wyłącznie ochroną życia, zdrowia i własności jednostki przed agresją z użyciem siły i podstępu. W takim świecie granice istniejące na mapie nie przeszkadzają w tym, żeby każdy mógł dążyć do tego, co w jego odczuciu uczyni go zamożniejszym. Narody nie są zainteresowane powiększeniem terytorium swojego państwa, bo nie daje to żadnych korzyści. Podbój nie opłaca się, a wojny stają się zbyteczne. [...] Gdyby wszyscy stali się liberałami i zrozumieli, że wolność gospodarcza służy najlepiej ich interesom, suwerenność narodów nie powodowałaby konfliktów i wojen.''

- ach, gdybyż wszyscy zostali misesologami nad Wisłą! Dawno mielibyśmy tu gospodarcze Imperium Lechickie, którego fuhrerem ostałby się rzecz jasna Korwin, zaś Kucfederacja przewodnią siłą narodu, co jo godom: narodu przecie by już nie było, po co skoro stałby się zbędny, podobnie jak i granice państw? Niestety, Polacy dali się przekupić ''pińscet'', swoimi własnymi ciężko zapracowanymi pieniędzmi karmiąc czeredę PiSowskich nierobów, a przecież mogłoby być tak pięknie na całkiem wolnym rynku... Zachwycają mnie normalnie tacy ''racjonalizatorzy'' jak Mises, co wynaleźli superformułę jaka zaradzi wszelkim niedogodnościom, wystarczy przecie tylko położyć kres interwencjonizmowi państwowemu w gospodarce, a wszystkie wojny znikną! Nic to, że na ten przykład w omawianej tu już historii Konga lat 90-ych, iluzoryczne i tak postkolonialne państwo całkiem się wówczas rozpadło, pogrążając kraj w mrokach barbarzyńskiej wojny domowej prowadzonej z niesłychanym bestialstwem. Nie miał więc kto i jak interweniować w lokalnych warunkach, stąd obce korporacje wydobywcze mogły hulać do woli, opłacając jedynie tanio miejscowych kacyków i bandy zbrojne, to jest chciałem rzec rothbardiańskie ''prywatne agencje ochrony'', konkurujące bezlitośnie na rzeczywiście ''wolnym rynku'' przemocy. Przyznajmy, że ekonomia całkiem dobrze w tych realiach prosperowała, na czym korzystali niemal wszyscy, kopacze w biedaszybach też, a że przy tym krew lała się obficie nawet nie strumieniami, ale wprost szeroką rzeką to już chuj - grunt, że interes sze kręcił! Latające wokół kule nie przeszkadzały przecież czarnym robotnikom kłaść kabli dla sieci telefonii komórkowej, najwyżej kryli się w przydrożnych rowach jeśli było już naprawdę grubo, zaś belgijski browar Bralima w ogniu walk otworzył na miejscu zautomatyzowaną fabrykę piw dla spragnionych wojowników. Skądinąd ciekawe, jak zareagowaliby oni na takowe dictum Misesa z przywołanego przed chwilą podrozdziału:

''Wiele najbogatszych złóż różnych minerałów znajduje się w regionach, których mieszkańcy nie mają odpowiedniej wiedzy, są zbyt pasywni lub za mało rozgarnięci, żeby wykorzystać bogactwo otrzymane od natury. Jeśli rządy tamtejszych krajów uniemożliwiają innym państwom eksploatację złóż lub prowadzą tak nieprzewidywalną politykę wewnętrzną, że wszelkie inwestycje zagraniczne są ryzykowne, to działają na szkodę tych wszystkich narodów, które mogłyby zwiększyć swój dobrobyt dzięki odpowiedniemu wykorzystaniu owych złóż. Nie ma znaczenia, czy polityka tych rządów wynika z zacofania kulturowego, czy z przyjęcia modnych idei interwencjonizmu i nacjonalizmu gospodarczego, gdyż skutek jest ten sam.''

- hmm, eksploatacja przebogatych złóż na terenie Konga przez obce koncerny wydobywcze, niewątpliwie pomnaża zasobność kraju i jego mieszkańców, jak wiadomo opływających we wszelkie dostatki, a winę za ewentualne niedogodności i biedę na miejscu ponosi jedynie ''interwencjonizm państwowy'' tamtejszego rządu i jego ''socjalistyczne rozdawnictwo''. Proponuję stąd wszystkim libkom podjęcie próby wytłumaczenia bezpośrednio ''pasywnym'' i ''mało rozgarniętym'' czarnym barbarzyńcom, jak wielkim i niedocenianym przez nich dobrodziejstwem jest wyzysk jakiemu podlegają. Podobnie przepędzanym brutalnie z własnej ziemi przez zagraniczne co i krajowe firmy chłopom w Indiach, zasilających później tamtejszą maoistowską partyzantkę tzw. naxalitów, zamiast ostać się wszyscy liberałami jak należałoby! Instytut Misesa powinien organizować kucowskie misje w tamtych rejonach świata, niosące kaganek oświaty i przesłanie ''austriackiej szkoły w ekonomii'', z egzemplarzem [nie]''Ludzkiego działania'' w ręku niczym świecką Biblią. Szczególnie interesujące byłoby perorowanie o szkodliwości ''państwowego interwencjonizmu'' tam, gdzie żadnego państwa tak naprawdę nie ma, a ludzie żyją pozostawieni praktycznie samym sobie, wydani na pastwę lokalnych sitw i nieformalnych mafii. Oby libki trafiły przy tym na jakichś miejscowych ludożerców, bo wreszcie byłby jakichś pożytek z ich ''białego mięska'', a i nam lżej by się zrobiło uwolnionym od towarzystwa tych zadufanych, aroganckich skurwieli. Posłać by do Putina samych Korwina z Mentzenem, jako Cyryla i Metodego misesologii stosowanej, misjonarzy ''wiecznego liberalnego pokoju''. Niech pouczają Moskali, że Nord Stream stanowi przykład niedopuszczalnej ingerencji państwa w gospodarkę, na pewno się tym ''austriackim gadaniem'' przejmą, albo zaczną rżnąć im głupa jak Niemcy, iż owo przedsięwzięcie to całkiem ''prywatna inicjatywa''.  O ile w ogóle wpuszczono by dwóch wolnorynkowych cwaniaczków na Kreml, Rosjanie pewnie swoim zwyczajem upokorzyliby obu przetrzymując w dusznym korytarzu, po czym kazali wypierdalać do Żyrinowskiego, bo to jest ten poziom kabaretu politycznego. Jakie to wszystko proste: ''weź kredyt, znajdź pracę, znieś interwencjonizm państwowy w gospodarce'' - nie wiedziałem ja głupi, że Komorowski był kucem, no proszę! I ten debil Mises śmie jeszcze przy tym pisać, że ''myślenie życzeniowe nie zlikwiduje konfliktów'', o żesz... Dobra, mam dość, nadto już chyba wykazałem, że równie infantylna wizja świata odpowiadać może tylko gówniarzom, albo wiecznie niedojrzałym intelektualnie osobnikom jak Korwin. Nikt, kto trzeźwo ocenia siebie i świat wokół, ani ma jakieś pojęcie o realnej ekonomii, nigdy nie będzie traktował podobnych bredni co tu omawiane serio. Fanatycznych wyznawców oczywiście i tak nie przekonam, ani nawet liczę na to, wystarczy jeśli wywołam u nich potężną konfuzję rzyci, na którą w pełni zasługują przez swoje niczym nie poparte przeświadczenie o własnej wyższości, za którą stoi intelektualna nicość jaką jest ''Ludzkie działanie''. Na finał rzucam cytatem zeń na ryj wszystkim chamskim libkom bredzącym, że ''państwo to złodzieje, a podatki kradzież!'', konkretnie z podrozdziału poświęconego nomen omen kwestii ''wolności'':

''Rola społecznego aparatu przymusu i przemocy polega na tym, że jednostki, które z powodu złej woli, krótkowzroczności lub upośledzenia umysłowego nie rozumieją, iż działaniami niszczącymi społeczeństwo wyrządzają krzywdę sobie i wszystkim innym, są zmuszone do unikania takich działań. Z tego punktu widzenia trzeba zająć się często stawianym pytaniem, czy pobór do wojska i podatki są równoznaczne z ograniczeniem wolności. Gdyby wszyscy na całym świecie uznawali zasady gospodarki rynkowej, nie byłoby żadnego powodu, żeby prowadzić wojnę i poszczególne państwa mogłyby żyć w niezmąconym pokoju. Jednak w takich warunkach, jakie panują w naszych czasach, wolny naród jest nieustannie narażony na agresywne działania totalitarnych autokracji. Jeśli chce zachować wolność, musi być gotów do obrony swojej niepodległości. Jeżeli rząd wolnego kraju zmusza wszystkich obywateli do udziału w organizowaniu obrony przed agresorami oraz wszystkich sprawnych mężczyzn do służby wojskowej, to nie nakłada na jednostkę obowiązku, który wykraczałby poza zadania wynikające z prawa prakseologicznego. W świecie pełnym niepohamowanych agresorów i ciemiężycieli, bezwarunkowy pacyfizm jest tożsamy z bezwarunkową kapitulacją przed najbardziej bezwzględnymi prześladowcami. Kto chce pozostać wolny, musi walczyć na śmierć i życie z tymi, którzy dążą do odebrania mu wolności. Próby stawienia oporu agresorowi przez izolowane jednostki są skazane na niepowodzenie, toteż jedynym możliwym wyjściem jest zorganizowanie obrony przez rząd. Podstawowe zadanie rządu polega na ochronie systemu społecznego nie tylko przed bandytami wewnątrz kraju, lecz także przed wrogami zewnętrznymi. Ten, kto w naszych czasach sprzeciwia się zbrojeniom i służbie zasadniczej, jest, być może nieświadomie, wspólnikiem tych, którzy dążą do powszechnego zniewolenia. Utrzymanie państwowych sądów, funkcjonariuszy policji, więzień i sił zbrojnych wiąże się z poważnymi wydatkami. Nałożenie podatków przeznaczonych na te cele jest całkowicie zgodne z wolnością, z której jednostka korzysta w gospodarce wolnorynkowej.''

- słyszycie skurwysyny, co wam mówi Reichsführer austriackiej szkoły w ekonomii?: nie ma wolności bez podatków! Jeśli więc państwo władane przez liberałów ma prawo ściągać daniny i narzucać obywatelom przymusowy pobór do wojska, a wszystko w imię obrony ''wolności'' przed obcą agresją, rażącą logiczną niekonsekwencją byłoby, gdyby nie mogło w tym samym celu finansować z publicznych środków tworzenia zaawansowanych technologicznie narzędzi masowego zniszczenia, jak broń nuklearna na ten przykład. Wątpliwe bowiem jest, by jakikolwiek prywatny kapitał podołał samodzielnie ogromnym nakładom, jakich to wymagałoby i związanemu z tym olbrzymiemu ryzyku, do tego jeszcze przy morderczej konkurencji ze strony innych przedsiębiorców. Tak wiem, że w akapie każdy będzie posiadał ''krasnala atomowego'' w ogródku, ale to są tylko ''masturbacyjne fantazje pryszczatych chłopaczków'', marnotrawstwo czasu i nasienia. Najwidoczniej więc oto sam Mises okazał się ''etatystom''... I jak tu żyć, kucu?


sobota, 5 lutego 2022

Uziemienie ludzkości.

...czyli o tym, dlaczego ruskie i amerykańskie kurwy jednako nienawidzą Ordo Iuris co i środowiska ''Polonia Christiana''. Bowiem brużdżą one jednym jak i drugim utrudniając wciśnięcie Polski w prostacką i całkiem fałszywą opozycję: jeśli opierasz się Rosji optując za ''wolnym światem'' Zachodu, musisz więc tym samym godzić się na inwazję niszczących Okcydent zabobonów, jako to LGBTarianizm, gender i tym podobne. Odrzucając je zaś stajesz po stronie Putina, rzekomego ''katechona'' broniącego tradycyjnych wartości europejskich przeciwko wrażej Ameryce, co czyni cię ''ruskim agentem'' itd. W takowych oskarżeniach celuje na krajowym gruncie Klementyna Suchanow, niewyżyte podstarzałe piździsko co to miało dobierać się do ''niebinarnego'' Margotka, wraz z ochujałym już do reszty od heroiny Tomaszem Piątkiem. Podobne brednie, tyle że w tonie pozytywnym suflują z kolei marginalne wprawdzie na rodzimej prawicy, lecz głośne postacie jako to małżeństwo Wielomskich, czy prorosyjski już do amoku Ronaldinho Laᛋᛋecki, który też stąd nie kryje radochy spowodowanej aferą obyczajową w Ordo Iuris. Nikt bodaj nie zadaje jednak najważniejszego w związku z tym pytania, czemu stało się o niej głośno dopiero teraz, kiedy minęło prawie pół roku od kiedy para skompromitowanych kochanków opuściła szeregi organizacji? Ano wystarczy wejść na profil TT jej szefa, by przeczytać iż ''pojutrze będziemy [ jako Ordo Iuris ] w Kijowie na serii spotkań akademickich, NGOsowych i politycznych. Tematy oczywiste. Świadomość sytuacji i określenie interesu Polski ma teraz kluczowe znaczenie.'' Tamże pojawił się też na dniach komunikat o udziale Ordo Iuris w planowanej na koniec marca węgierskiej edycji zlotu konserwatywnych organizacji z całego niemal świata, którego poprzednie obrady odbyły się z udziałem Trumpa. Powinno być więc oczywistym, że zarówno ruskie jak i amerykańskie kurwy od Bidena, Clinton i Obamy miały jednaki interes, by udupić na wstępie polskiego uczestnika tejże konferencji, rozdmuchując w tym celu skądinąd faktycznie żenującą aferkę obyczajową w wykonaniu pary byłych już członków Ordo Iuris. Jak się przekonamy później, nie jest to bynajmniej jedyne pole na którym LGBTariańskie USA współpracuje z rzekomo ''konserwatywnym obyczajowo'' reżimem Putina, ale zanim o tym pokrótce choćby należy zdementować jeszcze jedną propagandową brednię, jakoby ''Ordo Iuris chciał zakazu rozwodów''. Podobne bzdury szeruje Kurak kompletnie się tym kompromitując, bowiem rzecz cała przypomina PRL-owskie dowcipy o radiu Erewań. Po pierwsze więc jeśli już to nie Ordo Iuris, lecz wspomniana ''Polonia Christiana'' i po drugie nie jako prawnie narzucony przepis z sankcjami karnymi za jego złamanie, lecz osobiste postanowienie każdego katolika serio traktującego przykazania swej wiary! Takowe deklaracje składa jasno były redaktor naczelny PCH Krystian Kratiuk, w słowie wstępnym do wykładu sprzed 2 lat będzie Tymoteusza Zycha z jeszcze wtedy Ordo Iuris, tego samego co wdał się w romans ze swą współpracownicą. Groteskowo więc brzmią wywody o szkodliwości rozwodów w ustach człowieka sypiającego z mężatką, niemniej w każdej organizacji zdarzają się takowi hipokryci i akurat o tej dobrze świadczy, iż oboje wyrzuciła ze swych szeregów dobre parę miesięcy temu przypominam. Jak wielokrotnie to już podkreślałem na łamach tegoż bloga, jestem zdeklarowanym niedowiarkiem i byłym gnostyckim ''lucyferianinem'' wręcz, stąd nie mam najmniejszego interesu w tym, aby bronić za wszelką cenę polskich tradycjonalistów katolickich. Właśnie dlatego jednak stać mnie na obiektywizm w rzeczonej sprawie i cokolwiek sądzę o wyznawanych przez środowiska PCh i OI wartościach, robią one dobrą robotę o tyle, że przeciwstawiają się dezinformacji szerzonej w Polsce zarówno przez rosyjskich czekistów przecwelonych na rzekomy ''kąserwatyzm'', jak i libków oraz lewackie ścierwo zza oceanu. Cała afera zaś prędzej kompromituje pośrednio choćby Kucfederację, jakiej to jednym z czołowych działaczy jest synalek Bartyzela, który powołał szumnie tak zwany ''instytut Logos'' wespół z parą głośnych już kochasiów. A nie samo Ordo Iuris, jakiemu można zarzucić co najwyżej opieszałość w załatwieniu sprawy i nadmierną tolerancję wobec biurowego romansu we własnym zespole prawniczym, lub Kratiuka jaki wraz ze swymi współpracownikami nie zamierza, wbrew temu o co się ich posądza, zaglądać nikomu do łóżka ni trzymać przymusem ludzi w małżeństwie.

Nie czyni mnie to ślepym na pewne ''neokoszerwatywne odchylenie'' jakie zdają się owe towarzystwa cierpieć, cieszy jednak, iż ''Polonia Christiana'' zorganizowała konferencję pod wymownym hasłem ''Dlaczego Rosja Putina jest fałszywą nadzieją dla chrześcijaństwa?'', i takiż sam tytuł nosił tekst pomieszczony w numerze pisma PCh, gdzie postulowano osobisty a nie prawny zakaz rozwodów podkreślmy to jeszcze raz. Najwyraźniej ubodło to mocno ruską agenturę wpływu, stąd odpaliła obecną aferę mszcząc się za zdemaskowanie moskiewskiego knura jako rzekomego ''katechona'', akurat zupełnym przypadkiem kiedy ludzie z Ordo Iuris zaangażowali się w obronę Ukrainy przed rosyjską agresją. Tłumaczy to prawdziwe cysterny szamba jakie wylały się za to na nią w internecie, groźby ataku bronią biologiczną ze strony jakichś resortowych antyfiarzy, wreszcie majaczenia Romka Gie-rtycha o tym, jakoby ''Ordo Iuris przyczyniło się do przegranej Komorowskiego'' w wyborach prezydenckich 2015 r., gdyż rzekomo ''absolutnie błędnie'' wyłożyło Episkopatowi, że konwencja stambulska jest sprzeczna z nauką Kościoła. Pan Roman pierdoli tu zresztą niczym doktor shabilitowany dżenderu stosowanego i entuzjasta homoseksualnej pedofilii Jacek Kochanowski. Otóż przypominam rzeczona konwencja mająca niby bronić ''praw kobiet'', nadaje międzynarodową sankcję pojęciu ''płci społeczno-kulturowej'', co w praktyce wykorzystują ordynarni gwałciciele, by podając się za baby dostać do kobiecych więzień, gdzie mogą za kratami robić dokładnie to samo za co ich tam wsadzono. Akurat dopiero co w Anglii aresztowano pewną działaczkę feministyczną, bowiem protestowała przeciwko podobnemu przestępczemu procederowi de facto zalegalizowanemu przez państwo, a więc wyszła przez to na ''transfobkę''. Bynajmniej mi jej nie szkoda, podobnie jak ofiar stalinowskich czystek spośród komunistów, bo w ten właśnie sposób rewolucja pożera własne dzieci. Niemniej widać, kto tu naprawdę chroni prawa kobiet, na pewno nie pierdolona konwencja stambulska sankcjonująca przemoc wobec nich, więc gratulacje dla Ordo Iuris za opór wobec niej. Co się zaś tyczy samego Romana i jego pseudoendeckiej familii, odsyłam do tekstu Foxa o najmniej znanym, a najważniejszym spośród Gie-rtychów, ''tym trzecim'' ulokowanym blisko przy obecnym papieżu. Nikt kto ma rozum nie będzie miał już po lekturze wątpliwości, iż to wyjątkowo patologiczna rodzinka antykatolickich i antypolskich dywersantów rodem spośród Braci Czeskich, knujących przeciw Rzeczpospolitej wzorem swego duchowego przywódcy z XVII wieku jeszcze, Jana Amosa Komeńskiego. Dlatego kto Polak winien tępić to giertychowe ścierwo z całych sił, oraz ich medialne dziwki na czele z głupim Jasiem Pińskim, śliniącym się od swych pedalskich fantazji o zerżnięciu Kaczora w kuper. Zresztą moskiewscy czekiści jeszcze za czasów komuszego ZSRR nie gardzili wysługiwaniem się skrajną, faszyzującą szurią polityczną - podczas wspomnianej antyputinowskiej konferencji PCh prof. Andrzej Nowak podał sensacyjnie brzmiącą informację, że ojciec Dugina jako najwyżej postawiony funkcjonariusz sowieckiego wywiadu wojskowego, już w 1982 roku wysłał synalka do zachodniej Europy, by infiltrował tamtejszą ''integralną prawicę''. Nie sposób bowiem znaleźć jej w żadnym z popularnych biogramów rzekomego ''eurazjaty'', a tak naprawdę zdeklarowanego germanofila i radykalnego okcydentalisty jak żeśmy to już wykazali, czerpiącego swe rojenia o ''faszyzmie czerwonym i bezgranicznym'' z okultystycznej doktryny ''czarnego zakonu'' ᛋᛋ. Wątpię jednak, by krakowski uczony ryzykował swą ustaloną renomę podając publiczne niesprawdzone, a tak istotne informacje jak właśnie przytoczona, tym bardziej wiarygodna, że łącznikiem byłby tu jadowity antyamerykanizm ''nowej prawicy'' spod znaku Alaina Benoista, a zwłaszcza wielbionego przez Dugina ''eurofaszysty'' Jeana Thiriarta. Andrzej Nowak trafnie diagnozuje też w swym wystąpieniu istotę putinowskiego reżimu jako ''absolutny cynizm'' czystej władzy sprawowanej dla niej samej, całkiem wyzuty z jakichkolwiek poza tym ideologicznych odniesień, którymi przez to może żonglować z zapierającą dech w piersiach bezczelnością, obojętnie czy to ''konserwatyzm'', ''eurazjatyzm'' czy też postkomunistyczne resentymenty, wsio mu to za rawno.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym ograniczył się do przytoczenia w kontrze za Grzegorzem Górnym powszechnie znanych faktów, o porażającej wprost skali aborcji i rozwodów w ''konserwatywnym obyczajowo'' kraju, jakim rzekomo ma być Rosja pod rządami Putina. I tak nie przebiją się one do zakutych tępych łbów, jakich niestety pełno na rodzimej prawicy, co z bólem wyznaję [ aczkolwiek lewica wcale jej pod tym względem nie ustępuje, wręcz przeciwnie! ]. Jako wredny internetowy kobold ryjący w podziemiach sieci, lubię wydobywać na jaw nieoczywiste bynajmniej z pozoru związki, łączące w zaskakujący nie raz sposób oficjalnych adwersarzy. I oto natrafiłem na takowe podczas lektury niszowego periodyku krajowych ''marksistów-ezoterystów'' o nazwie ''Praktyka Teoretyczna'', konkretnie zaś jej przedostatniego numeru poświęconego tematyce ''kosmicznego komunizmu''. Owszem, nie przejęzyczyłem się, stąd nikt poza entuzjastami podobnego świństwa i wariatami jak niżej podpisany tego nie czyta, a szkoda bowiem jak się przekonamy można tam natrafić na prawdziwe cuda. Zanim jednak przejdę do ich zreferowania, gdyby ktoś począł głupio mi śmieszkować, że powołuję się na jakich świrów od UFO, ''Nie do wiary'' czy insze czary-mary, przypominam iż mowa o piśmie wydawanym pod auspicjami Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jaką bym abominację nie żywił do ideologicznej, niewątpliwie lewackiej orientacji polityczno-seksualnej jego niebinarnych płciowo ''autorek'', trzeba im oddać prezentują zwykle dość wysoki poziom intelektualny. Omawiają także nie rojenia obecnych lub przyszłych pacjentów przytułków dla upośledzonych umysłowo, jak biedny głupi Jasiu Piński, lecz myśl czołowych intelektualistów amerykańskiej, zachodnioeuropejskiej czy też rosyjskiej jak w tym wypadku lewicy. Sporą część najnowszego numeru bowiem poświęcono najwybitniejszemu ponoć filozofowi postalinowskiego ZSRR Ewaldowi Iljenkowowi i jego wizjom apokaliptycznego, pankosmicznego właśnie komunizmu. Nie o nich będzie wszakże mowa, w każdym razie nie głównie, lecz w kontekście poruszanych tu zagadnień istotny jest drugi z omawianych na łamach ''gwiezdnego'' numeru PT myślicieli, tym razem amerykański ''filozof cyber-dizajnu'' Benjamin Bratton. Typ nie kryje nawet swego gorącego zaangażowania politycznego po stronie obozu Hillary Clinton i Obamy, co nie przeszkadza mu wszakże w dyrektorowaniu programem o nazwie The Terraforming, w podejrzanym Strelka Insitute z siedzibą nad brzegiem rzeki Moskwy. Ano tak, absolwent University of California w Santa Barbara i były dyrektor Grupy Zaawansowanych Strategii w portalu Yahoo!, a do tego jakże by inaczej zapiekły wróg Trumpa, panoszy się w stolicy ''konserwatywnego'' kraju, którego przywódca - ''katechon'' dla naszej dupoprawicy - idzie jakoby właśnie na wojnę z LGBTariańską Ameryką Bidena:))). Niewiarygodne, aby moskiewski tyran lub przynajmniej ktoś z jego najbliższego otoczenia nie miał pojęcia, że takie numery odchodzą dosłownie tuż pod jego nosem. Bowiem siedziba Институт Стрелка mieści się na Wyspie Błotnej, niemal naprzeciwko Kremla po drugiej stronie rzeki, stąd ktoś ''gławny'' o ile nie sam ''katechon'' musi temu dozwalać. Cuda panie i dziwy na tej ziemi takie odchodzą, że przy tym jaszczury z kosmosu to pikuś normalnie [ zresztą Putin to przecież gad, więc w sumie wszystko się z-gadza ]. Czy zaś Rosjanie tolerują na swym terenie LGBTariańskich psychopatów z cyberkorpo jak Bratton, dla domniemanych transferów potrzebnych im niezwykle technologii, nie mnie to rozstrzygać, bowiem trzeba by ku temu zstąpić w czeluście ''dark netu''. A jako że jest to domena prawdziwych sieciowych monstrów, za krótkie mam na to ręce jako dociekliwy kobold jedynie, stąd pozostaje mi tylko tropić pęknięcia i szczeliny w oficjalnych narracjach, w miarę możności poszerzając je wirtualną siekierą, dlatego rąbię ostro i na odlew!
 
Przyjrzyjmy się więc nieco bliżej rzeczonemu instytutowi ''dyzajnu'': otóż jego fundatorem był rosyjski miliarder Aleksander Mamut, finansista i potentat medialny min. zarządzający niemal do końca 2020 roku jedną z największych w Rosji platform komunikacyjnych i koncernem w jednym Rambler&Co. Zainwestował w ''organizację non-profit'' na starcie 2 i pół miliona dolców, wraz innym ''liberalnym oligarchą'' Siergiejem Adoniewem, by wyrobić sobie markę ''wolnościowca'' i ''demokraty''. Bowiem jak każdy porządny kapitalista doskonale zapewne pojmował, że wbrew liberalnym przesądom realna gospodarka jest ściśle powiązana z polityką, oraz tym co zwykle określa się mianem ''soft power'', a więc szeroko rozumianą kulturą, nauką itd. Nie jest to bynajmniej tylko rosyjska specyfika robienia biznesu, zresztą jeszcze w  latach 90-ych firma Mamuta ALM Consulting posłużyła tamtejszym oligarchom do przekazywania pokaźnych sum na rzecz prezydenckiej reelekcji Jelcyna. Prawdziwy deszcz pieniędzy spłynął nań jednak dopiero po powrocie do pełnej władzy Putina w 2012 r., a to dzięki dobrym kontaktom z jego ówczesnym ''oberdiakiem'' Wiaczesławem Wołodinem. ''Niekomercyjny'' instytut ''dyzajnu'' począł zarabiać nagle duże sumy na rządowych zleceniach ''upiększania i modernizacji'' rosyjskich miast, co przynieść miało ''Striełce'' w przeciągu lat łącznie 6 miliardów rubli, czyli nieco ponad 80 milionów dol., inwestycja więc opłaciła się. Wprawdzie ostatnie zawirowania ekonomiczne związane z pandemią i sankcjami nałożonymi na Rosję, tudzież niekorzystne dla Mamuta przetasowania w putinowskiej administracji, wreszcie zwyczajne błędy w zarządzaniu interesami oraz coraz bardziej zamordystyczne praktyki tego ''liberała'', które wywołały bunt większości współpracowników, wszystko to doprowadziło go ostatnio niemal na skraj bankructwa. Jednak omawianie tego wykracza poza obraną przez nas tematykę, więc po szczegóły odsyłam do artykułu skąd zaczerpnąłem powyższe informacje, umieszczonego na portalu ''Meduza'' z oficjalnie nadanym przez obecny moskiewski reżim statusem wrażej agentury, przeto na własną odpowiedzialność:). Jeszcze ciekawiej robi się, gdy uwzględnimy kto miał decydujący wpływ na ukształtowanie programu nauczania w ''Striełce'': David Erixon, menadżer z wieloletnim doświadczeniem w prowadzeniu topowych przedsięwzięć biznesowych na niemal wszystkich kontynentach. Zasiadał min. w zarządzie MegaFon-u, drugiej co do wielkości na rosyjskim rynku platformy telekomunikacyjnej, której właścicielem jest bodaj czy nie najbogatszy moskiewski oligarcha Aliszer Usmanow, Uzbek a więc muzułmanin żyjący z Żydówką - takie oto ''aryjskie'' elity kapitałowe ma putinowska ''prawosławna Ruś''. Skądinąd Irina Winer, czyli ''koszerna'' żona Usmanowa, miała naraić ''katechonowi'' kochankę o której to poczyniłem u zarania tegoż bloga cieszący się największą poczytnością, bo zamierzenie durny tekst: ''Alina dupcia Putina''. Wracając do prywatnej jak najbardziej firmy МегаФон, aczkolwiek wchodzącej w fuzje i wspólne przedsięwzięcia biznesowe z Gazprombankiem, oraz państwowym koncernem wysokich technologii i militariów Rostec, a nawet Huawei ws. budowy rosyjskiej sieci 5G. U zarania przedsiębiorstwa stoją inwestycje skandynawskich potentatów telekomunikacyjnych i dopiero gdzieś w 2008 roku zostało ono przejęte przez Usmanowa. Akurat po tym, kiedy pojawiły się informacje, iż prawdziwym właścicielem firmy jest były minister telekomunikacji w putinowskiej administracji Leonid Reiman, skądinąd tadżycko-germański ''mieszaniec rasowy''. Islamorosyjski oligarcha mógłby więc robić dlań za przysłowiowego ''słupa'', co jest całkiem popularną praktyką ukrywania majątku wśród polityków nie tylko ''konserwatywno-chrześcijańskiej'' Rosji Putina. Kończąc ''megafonowy'' wątek wypada jeszcze nadmienić, że w zarządzie telekomunikacyjnego rosyjskiego giganta obok pomienionego Davida Erixona, zasiadał zmarły niedawno lord Paul Myners: inwestor rodem z banku Rotszylda. Jak na rasowego ''korposocjalistę'' z londyńskiego City przystało, zarządzał min. koncernem prasowym wydającym lewacki ''Guardian'', dlatego pewnie Gordon Brown z Partii ''Pracy'' wziął go za swego premierowania na ministra, jawnie reprezentującego w rządzie JKM interesy brytyjskiej finansjery. Nie może stąd dziwić, iż na tym stanowisku futrował obficie z publicznych pieniędzy prywatne banki, zagrożone bankructwem wskutek kryzysu 2008 roku, sam miał też za sobą przyznajmy wieloletnią praktykę jako menadżer i w końcu prezes największych anglosaskich funduszy inwestycyjnych jak np. Gartmore Group
 
Poświęciłem tyle miejsca omówieniu szerokiego zaplecza finansowego Instytutu Striełka, bo rzuca to nieco światła na okoliczność, jakim to ''cudem'' tuż pod nosem kremlowskiego ''katechona'' wylądował wraży Amerykaniec Benjamin Bratton, do tego jeszcze spokrewniony z ''niebinarnopłciowcem'' [ a fuj! ]. Bez przesady można nazwać go ideologiem ''cyber-imperializmu USA'' sprawowanego nie tyle przez agendy rządowe, co jankeskie giganty informatyczne takie jak Apple, Facebook/Meta czy Amazon [ który gros zysków wcale nie czerpie z przesyłek, ale zarządzania ogromną chmurą danych, jaką przy okazji zasysa z rynku ]. Bratton posuwa się do określenia mianem ''I wojny chińsko-google'owskiej'' wypadków z 2009 znanych lepiej jako ''operacja Aurora'', gdy seria ataków chińskich hakerów na serwery amerykańskiej firmy, wywołała jej odwet. Przekierowała ruch sieciowy do domeny hongkońskiej,  by obejść cenzuralne blokady internetowe nałożone przez ChRL, starcie to jednak w ostateczności zostało przez Amerykanów spektakularnie przegrane. ''Wielki Firewall'' chiński wyszedł zeń tylko wzmocniony, a obce platformy wyparte z rodzimego rynku, co ostatecznie ugruntowało dominację na nim miejscowych, kontrolowanych przez komunistów. Spektakularne przeczołganie Jacka Ma zaś ponad dekadę później posłużyło za przestrogę dla chińskich cyber-korpo, aby nie rozbisurmaniły się zanadto jak bliźniacze zza oceanu i nikt nie poważył się tam myśleć choćby o zbanowaniu Xi Jinpinga, jak to uczyniono z Trumpem. Słusznie zresztą, bo pan przedsiębiorca ma się słuchać władzy i nie mówię tu bynajmniej o tzw. ''biedafirmach'', czyli niesprawiedliwie zazwyczaj tym mianem określanych jednostkach wypchniętych na ''samozatrudnienie'', tylko prawdziwych gigantach kapitałowych. Gołym okiem widać w doktrynie wyłożonej przez Brattona pewną zasadniczą sprzeczność: z jednej trzeba mu oddać, iż nie ulega iluzji dość popularnego niestety pierdolenia, jakoby wirtualna cybersfera miała ''unieważniać przestrzeń'' i nakładane przez rzeczywistość surowe ograniczenia ludzkiej kondycji. W kontrze trafnie zauważa, że przesył danych jest możliwy jedynie dzięki umieszczonej w konkretnym miejscu infrastrukturze, jako to kable i nadajniki, ogromne serwerownie czy wreszcie krążące po orbicie satelity. Wszystko to zaś dodajmy pod kontrolą największych mocarstw, nawet jeśli formalnie zdecydowana większość stanowi własność ''prywatnych'' firm. Tyle że ich zarządy wprost roją się od jawnych i tajnych funkcjonariuszy służb specjalnych oraz ich współpracowników, generałów ''w stanie spoczynku'', wreszcie polityków czy też biznesmenów zarabiających na zleceniach agend rządowych. Bratton podkreśla również materialny aspekt ''wirtualu'', bazującego przecież na wydobywanych z ziemi pierwiastkach jak krzem czy kobalt, co skądinąd nie jest obojętne politycznie - patrz choćby omawiana tutaj straszna w skutkach wojna domowa w Kongu. Amerykański uczony i przedsiębiorca idzie jednak dalej: cała ta informatyczna megastruktura, jaką określa zbiorczym mianem ''Stosu'', wedle niego ''terraformuje'', czyli dosłownie przekształca oblicze samej Ziemi, czyniąc ''kolonizowaną przez siebie planetę'' czymś w rodzaju ''samoobliczającej się maszyny''. Jak obrazowo to opisuje: ''pije [ ona ] i wyrzyguje jej płyny ustrojowe - wypluwając smartfony''; organiczny charakter używanych przezeń metafor jest wart podkreślenia i zaraz jasnym staną się jego źródła ideowe. Zanim jednak do tego przejdziemy, wypada zauważyć, iż takowa totalniacka ''wszechogarniająca'' struktura czyni człowieka jedynie drobnym, i wcale nie najważniejszym elementem wiecznej ewolucji globalnej ''biomachiny''. Tak jest w istocie, Bratton stawia pod tym względem sprawę jasno: ''my ludzie, choć stanowimy część tej mieszanki, niekoniecznie jesteśmy najistotniejszymi działającymi w niej czynnikami, a nasz dobrobyt nie jest tutaj pierwszorzędnym celem. Wskutek miliardów lat ewolucji złożone sterty molekuł oparte na węglu [ min. my ], wynalazły sposób przerzucenia inteligencji na złożone sterty molekuł opartych na krzemie [ min. nasze komputery ]''.

Niesie to z sobą konkretne skutki polityczne i ekonomiczne - wedle niego ma to oznaczać, iż infrastruktura obliczeniowa owego ''Stosu'' nie tyle przypomina, co wprost generuje nowe formy suwerenności, pozwalając rzekomo traktować ''maszynę jako państwo''. Przy czym ''jej podstawowe cele i interesy'' nie rozwijają się ze względu na zarządzanych przez nią ludzi, lecz tyczą ''czegoś innego: rachowania całej obecnej w świecie informacji i całego świata jako informacji''. Masowe odczłowieczenie jest [nie]naturalną konsekwencją nastania takowych porządków, i stanem wręcz pożądanym, który Bratton określa pojęciem antropolizy, czyli dosłownie ''uziemienia'' ludzkości w pełnym tego słowa  znaczeniu, jakby zestrojenia jej z samą planetą. W efekcie jak pisze idzie o ''wyłanianie czegoś nieludzkiego, bezludzkiego, pozaludzkiego albo przynajmniej jakiegoś zupełnie odmiennego gatunku ludzkiego'', bowiem jesteśmy jakoby tylko ''medium, poprzez które planeta myśli samą siebie'' [ ! ]. Pespektywa takowa ''wpisuje ludzkość w historię geologii'', ujmując jej aktywność jako ''jeden z czynników ruchu materii'', której to wszelkie wytwory z kulturą i religią włącznie należy traktować jako formy przepoczwarzania się samej Ziemi [ przywołuję za artykułem Michała Owczarka z pomienionego ''kosmicznego'' numeru PT ]. Wrogiem owej nieludzkiej wizji są wedle Brattona oczywiście przesiąknięci dlań zgubnym antropocentryzmem ''prawicowi populiści'' z Trumpem na czele, przez swój ''klimatyczny negacjonizm'' i nacjonalizm nie pozwalający na to, aby globalne mechanizmy ekonomiczne ''mogły obracać się zgodnie z zapisanymi w skałach miarami geologii''. Amerykański lewak R. Joshua Scannell w reakcji na te transhumanistyczne wysrywy, trafnie wytknął Brattonowi pompatyczny ''menadżerski triumfalizm'', jakże typowy niestety dla wielu cyberkorposzczurów, uwiedzionych pozornie nieograniczonymi możliwościami jakie dają nowe technologie. Wedle niego opublikowany na początku 2016 roku programowy traktat o informatycznej megastrukturze ''Stosu'', który nie przypadkiem otwiera ''cytat z mowy Hillary Clinton wygłoszonej na okoliczność zakończenia jej urzędowania jako Sekretarz Stanu, milcząco zakładał technooptymistyczne rządy Clinton i w zamierzeniu miał wywrzeć na nie istotny wpływ [!]. Wedle Scannella podzielany przez Brattona internacjonalistyczny technooptymizm Doliny Krzemowej zamykał oczy na patologie prezydentury Obamy, takie jak realizacja programu dronów bojowych wykonujących sygnowane przez tegoż prezydenta wyroki w dowolnym miejscu na świecie, albo poprzez korzystanie z systemów wideonadzoru pochodzącego od prywatnych dostawców''. Przywołuję za innym artykułem z  ''soc-kosmicznego'' wydania PT autorstwa Jakuba Wolaka, tamże więc amerykański krytyk podsumowuje: ''The Stack [ Stos ] to książka o Hillary Clinton. Jako design brief bazuje ona na przekonaniach dotyczących relacji między softwarem a suwerennością - tego, jak je rozumieć i jak nimi zarządzać - które były ściśle powiązane z politycznym projektem tandemu Clinton-Obama'' [!]. Najwidoczniej nie dociera do Brattona, iż koncept ten poniósł sromotną klęskę w starciu z komunistycznymi Chinami, jak dowodnie okazała to opisana wyżej ''wojna google'owska''. Bowiem był on oparty na zupełnie fałszywym założeniu jakoby ''przeorientowania geografii politycznej'' wskutek oddziaływania cybersfery, tak się akurat składa pod zarządem głównie amerykańskich korporacji informatycznych. Miało to doprowadzić rzekomo do sytuacji, w której ''najistotniejszą relacją przestrzenną określającą stosunki polityczne nie jest już ta, wyznaczana przez terytoria i granice suwerennych państw, ale ta jaką determinują fizyczne nośniki i odniesienia danych, ruchome tryby wszechogarniającej komputacyjnej [obliczeniowej] maszyny''. Bratton zapoznaje więc cały materialny kontekst i bazę owego cyber-Stosu, jakie sam przecież trafnie zdiagnozował wskazując na jego zależność nie tylko od infrastruktury przesyłowej na terenie konkretnych państw, ale i niezbędnych dla wytworzenia mikroprocesorów i półprzewodników surowców wydobywanych z Ziemi także zwykle pod kontrolą rządów, miejscowych lub obcych. Ślepota ideologiczna tego odczłowieczonego skurwysyna i jemu podobnych wprost poraża - zamiast mieć pretensje do siebie, banda dupków za wszystko obwinia oczywiście ''prawicowych populistów'' ze szczególnym uwzględnieniem ''reakcyjnej'' jakoby prezydentury Trumpa, cholera tylko jeszcze ''antyszczepów'' w tym zestawie brakuje! Nie dziwota też, że to nie waham się rzec upiorne, totalniackie gówno tak podoba się neokomuchom i ''soc-kosmopolitom'' z ''Praktyki Teoretycznej'', jak i padło co widać na żyzny grunt w post-sowieckiej Rosji Putina. Czekistowskiemu ''katechonowi'' jawić się musi znajomo takowy reżim ''cybernetyki społecznej'' rodem z Doliny Krzemowej, gdzie ''maszyna jest państwem'' obojętnym na dobrobyt zarządzanych przez nią ludzi i bezwzględnie ich traktującym. Mielonych w jego trybach na miazgę post-człowieczych humanoidów, dosłownie wbitych w glebę tj. chciałem rzec ''dostrojonych do matki Ziemi'' sztucznie wywołaną nędzą w imię ''ratowania planety'' [ patrz wszystkie ''Fit for 55'', nieszczęsna ''piątka dla zwierząt'' i cała seria tym podobnych świństw, jakie dopiero nas czekają ].

Na tym tle dopiero widać, skąd solidarna nienawiść tak skonfliktowanych niby poza tym ze sobą cyberbolszewii amerykańskiej jak i rosyjskiej, żywiona dla chrześcijańskiego tradycjonalizmu polskiego katolicyzmu. Bowiem jak to wykłada w przywoływanym już tekście Wolak, celem postulowanej przez nie owej antropolizy, jest ''przekroczenie kondycji ludzkiej w sensie jej ''rozpuszczenia'' w samej planecie Ziemia. Nie chodzi więc jak u dawnych mistyków o ''jednostkowe upodobnienie się do Boga [ homoiosis theou ] czy też ''ubóstwienie'', ale o gatunkowe uziemienie'' człowieczego rodzaju. Kurwa, jaśniej już nie można - a więc jak w omawianej tu onegdaj post-humanistycznej wizji Ewy Domańskiej, skądinąd także jak Bratton absolwentki czołowych kalifornijskich uczelni, mamy się cieszyć, że zgnijemy po śmierci, bo ''humifikacja'' stanowi jeden z podstawowych procesów napędzających obieg materii w przyrodzie. Nasze ścierwo przecież da początek nowym formom życia, zasilając cykl wiecznie kanibalizującej się Natury niczym gnostycki wąż Uroboros. Boję się aż myśleć w związku z tym, cóż ma znaczyć enigmatyczne sformułowanie jakie pada w zakończeniu artykułu Wolaka, o ''poszukiwaniu alternatyw żywieniowych, wykluczonych ze względów kulturowych i politycznych, a nie technologicznych'' - ? Czy aby nie idzie tu o pewien ''ludzki recykling'' polegający na przetwarzaniu zwłok w pożywne mięso na sklepowych półkach, albo co najmniej paszę dla bydła. Doprawdy nie pojmuję więc, o cóż jeszcze ludzie mają pretensje do Pol Pota - wszakże chłopak był prekursorem nawożenia człowieczym humusem ''pól śmierci'', obaczycie: ekototalitaryści tacy jak tu przywoływani będą mu za to stawiać wkrótce pomniki. Jasnym staje się przeto, iż tzw. powszechna jakoby ''laicyzacja'' jest mitem, religijność jedynie przepoczwarza się straszliwie na naszych oczach, stawiając na miejsce transcendentnego, pozaświatowego Boga ziemski glob i Wszechświat cały. Innymi słowy, chtoniczne bóstwa rzekomo nieodwracalnie obalone przez chrześcijaństwo i oświeceniowy ''postęp'', triumfalnie powracają za sprawą bazującej na tellurycznych surowcach cybernetycznej infrastruktury, która robi dla nich za medium... Przyszło nam więc żyć w prawdziwie ''ciemnych wiekach'', epoce neo-barbarzyństwa nie oznaczającego wszakże powrotu do jaskiń i ''kamienia łupanego'', aczkolwiek pewnie ludzkość tu i ówdzie także to czeka, co nawrót ''dzikich'' form istnienia i obyczajów, paradoksalnie dzięki hipertechnologicznej otoczce jaka im towarzyszy i je umożliwia. Mam tu na myśli choćby nie szanującą absolutnie żadnych zasad, nawet bandyckich przemoc pleniącą się masowo we współczesnych metropoliach, odrażający łomot współczesnej zmechanizowanej fonosfery, czy też cyberniewolnictwo ludzi zamienianych w humanoidalne produkty, generatory danych do wyzyskania. Nie idzie w kontrze o głupie idealizowanie przeszłego ''życia w harmonii z naturą'', bo dla dawnych chłopów oznaczało ono często realną groźbę zdechnięcia z głodu na przednówku, a jedynie ostrą świadomość ceny jaką przyszło nam płacić za obecny rozwój technologiczny.
 
Co więc pozostaje jeszcze to pojąć choćby ogólnie, czemuż to rojenia amerykańskich postludzkich totalniaków spod znaku upiornego duetu Killary/Obama, znajdują wdzięczny posłuch w ''katechonicznej'' jakoby putinowskiej Rosji. Otóż pożywną glębę dlań stanowi ''bio-kosmizm'', swoisty panteistyczny witalizm przenikający tamtejszą myśl tak ''ortodoksyjnie-prawosławną'' jak i ''laicką'', gdzie człowiek jest tylko mało znaczącym elementem ''przebóstwionej'', albo jak tu wprost ''uziemionej'' już całkiem natury. Źródłom ideowym takowej wizji świata należałoby poświęcić osobny esej, zresztą w sieci jest dość materiałów na ten temat autorstwa o niebo bardziej ode mnie kompetentnych w tej materii osób. Odsyłam choćby do monografii Tamary Brzostowskiej-Tereszkiewicz, poświęconej ''organicznym'' metaforom w rosyjskim literaturoznawstwie przełomu XIX i XX wieku, olbrzymim wpływie jakie wywarł na nie ówczesny burzliwy rozwój nauk przyrodniczych, oraz jego związkach z Lebensphilosophie niemieckiego romantyzmu. Jakub Wolak w swym krytycznym omówieniu myśli Brattona, wskazuje na jej ewidentne inspiracje konceptem ''noosfery'', czyli ''mentalnego płaszcza Ziemi'' Władimira Wiernadskiego. Wspominałem o tym wybitnym rosyjskim uczonym w tekście o ''Lineamencie Sarmacko-Turańskim'' - potężnej geologicznej strukturze biorącej swój początek w Kazachstanie, której zwieńczenie patrząc od strony Azji czynią... Góry Świętokrzyskie. Przypomnę więc tylko, że głosił on zupełnie serio teorię o uderzających co jakiś czas w Ziemię wiązkach kosmicznej energii, nadających nadnaturalnego ''kopa'' porażonym nimi zbiorowościom ludzkim, których to nagłego wzrostu potęgi nie sposób było wedle niego inaczej wytłumaczyć. Dla Lwa Gumilowa z kolei, klasyka eurazjatyckiej historiozofii, to właśnie stanowiło przyczynę fenomenu imperium Czyngiz-chana, poczętego błyskawicznie wśród Wielkiego Stepu do największych w dziejach rozmiarów, lecz ''energetycznej baterii'' starczyło ledwo na jakie 100 lat i Mongołowie powrócili do monotonnego krążenia po sezonowych wypasach i zwyczajowych utarczek nomadów o stada i kobiety. Jeśli ktoś uzna to za typowe majaczenia pacjentów szpitali psychiatrycznych, mam dlań przykrą wiadomość: Wiernadski był czołowym akademikiem tak carskiej jak i sowieckiej Rosji! Epigonem takowej ''bio-kosmicznej'' myśli rosyjskiej okazał się wspomniany już Ewald Iljenkow, pono najwybitniejszy tam filozof ery powojennej. Umysł ludzki nie był dlań jedynie ''procesem fizjologicznym'' niemalże jak w prymitywnym materializmie Lenina, lecz za Heglem upatrywał w nim narzędzia za pomocą którego sam Kosmos jest w stanie objawić się sobie w całej okazałości i pełni swych praw. Obdarzona takową świadomością ludzkość, wyposażona stąd w prometejskie, tytaniczne wprost moce, miała za pomocą wynalezionych przez się nowoczesnych technologii, dążyć do przezwyciężenia upiornej perspektywy entropicznej ''śmierci cieplnej'' Wszechświata. Jednak alternatywne wobec wygasającego Słońca i gwiazd źródła energii nie posłużyłyby wedle niego do dalszego podtrzymywania egzystencji ludzkości, lecz ku wywołaniu kosmicznej katastrofy aby dać początek nowemu eonowi innej już rzeczywistości. Człowiek dalekiej przyszłości stąd miał z premedytacją, świadomie złożyć siebie w ofierze i sczeznąć w ogniu atomowej zagłady na gigantycznym, nuklearnym stosie dla kontynuacji i powołania następnego Wszechświata, ów apokaliptyczny komunizm stanowił więc zgoła totalne przeciwieństwo cukierkowych wizji bezklasowego raju rodem z socrealistycznych obrazów. Nie dziwi przeto, że autor równie śmiałych ''proroctw'' poderżnął sobie w końcu gardło, wskutek rozpaczy wywołanej wieloletnim typowo sowieckim chlaniem na umór, tudzież raniącym serce przekonanego komunisty ówczesnym rozłamem między ''bratnimi'' partiami radziecką i maoistowską... Przytoczmy więc na finał uwagi Erica Voegelina, doskonale podsumowujące nieuchronną klęskę takowych lucyferycznych majaczeń, spisane przezeń na kanwie miażdżącej krytyki doktryny Marksa [ cytat za archiwalnym nr ''Frondy'' z czasów świetności tego pisma, gdy jeszcze nie zjebał go Terlikowski ]:

''Rozszerzenie się żądzy władzy od świata zjawisk aż po świat substancji oraz chęć wpływania na świat substancji, jakby to był świat zjawisk - oto definicja magii. Wzajemne powiązania nauki i władzy, a w konsekwencji rakowaty rozrost utylitarnego elementu egzystencji wprowadziły sporą porcję kultury magicznej we współczesną cywilizację. Tendencja do zawężania pola ludzkiego doświadczenia do obszaru rozumu, nauki i działań praktycznych, skłonność do przeceniania tej sfery na niekorzyść tego, co określamy jako bios theoretikos, na niekorzyść życia duchowego; tendencja do uczynienia działań praktycznych i sfery nauki i rozumu jedynym zajęciem człowieka, a także skłonność, by tę sferę w hierarchii społecznej postawić najwyżej, poprzez presję ekonomiczną w tak zwanych wolnych społeczeństwach, a poprzez przemoc w państwach totalitarnych - otóż wszystkie te tendencje stanowią elementy kulturowego procesu zdominowanego przekonaniem o możliwości oddziaływania na istotę człowieka poprzez instrumentalne traktowanie pragmatycznie planującej woli. Szczytem tego procesu jest magiczne marzenie o stworzeniu nadczłowieka, bytu stworzonego przez człowieka, który zastąpiłby godne pożałowania stworzenie Boga. Ten wielki sen pojawił się najpierw tylko w sferze wyobraźni w pracach Condorceta, Comte'a, Marksa i Nietzschego, a później w sferze praktycznej w ruchach komunistycznym i narodowosocjalistycznym.''

- na końcu tej drogi zaś nie czeka żaden upragniony tak przez psychopatów ''ubermensch'', tylko ''nekropersona'' czyli człowiek-kompost. Niestety entuzjaści uziemienia ludzkości, tzn. dosłownie wdeptania jej w glebę, właśnie tu upatrują ideału... Dlatego więc: nie dajmy się uziemić!


sobota, 29 stycznia 2022

W Kitaju antyszczepów nie znaju.

...a i putinowska Rassija zabiera się za ich eliminację, o czym u nas jakoś cichutko. Trudno zresztą dziwić się, że milczą o tym rządowi propagandyści z ''GaPola'' i TVP, ale i platformerska oraz lewacka tłuszcza, bo wówczas wyszłoby na jaw jak wiele z narzucanych przez nich rozwiązań walki z covidem, do złudzenia przypomina te stosowane przez zamordystyczne reżimy. Chciałbym obaczyć czołowych polityków PO, PiS i Lewicy oraz ich medialnych klakierów, jak głośno prawią: ''no proszę, w Rosji i Chinach nikt nie przejmuje się antyszczepionkowymi szurami, raz dwa zaprowadzono obowiązkowe kody QR a nawet godzinę policyjną w niektórych co bardziej zakażonych regionach, można?!'':))). Niniejszy tekst zainspirowała wzmianka w zeszłotygodniowym wpisie Foxa na temat surowych obostrzeń antypandemicznych w Rosji, krótki przegląd rosyjskich mediów pod tym kątem jakiego dokonałem, z nawiązką potwierdził podawane przezeń informacje z anglojęzycznych stron. W ogóle polecam lekturę rosyjskojęzycznych mediów, rzecz jasna z należytym dystansem, kto nie zna bukw ni pamięta ich z PRL-owskiej jeszcze szkoły może posłużyć się całkiem niezłymi sieciowymi tłumaczami, zawsze idzie coś wyrozumieć a naprawdę warto. Bowiem gdy uda wam się przebić przez barierę cyrylicy, pojmiecie w jakiej medialnej klatce jesteśmy trzymani i spojrzycie na rzeczywistość z zupełnie innej strony. Pisałem tu onegdaj jaką radochę miałem porównując biogramy ''opozycyjnych dziennikarzy'' w Rosji np. niejakiego Siergieja Dorienko, u nas przedstawianego jako zaprzysięgły wróg Putina ale nic o tym, że to on właśnie wykreował go na męża stanu, działając na zlecenie żydoruskiego oligarchy Bierezowskiego, i dopiero potem obaj pożarli się z następcą Jelcyna o kasę i polityczne wpływy. Lansowana w naszych mediach na liderkę prozachodniej, białoruskiej opozycji Cichanouska, regularnie apeluje na łamach rosyjskich portali informacyjnych do władz Kremla o polityczną interwencję w jej kraju, o czym w Polsce bodaj wspomina tylko Marek Budzisz a i to półgębkiem jedynie. Dobra, mówili o tym jeszcze w radiu Wnet i na jakimś dziwnym profilu na TT, niby popierającym antyłukaszenkowców, ale przy okazji szerzącym ruską dezinformację, to jednak wciąż za mało aby przebić się z podobnym przekazem do bańki informacyjnej w jakiej tkwią widzowie TVN jak i TVP. I tak jest ze wszystkim, choćby rzut oka na rosyjski biogram Żomarta Tokajewa wystarczy by pojąć, że nowy władca Kazachstanu jest moskiewskim agentem szpiegującym Chiny. Typ jeszcze na studiach w stołecznej szkole dyplomacji, skądinąd do dziś kuźni rosyjskich kadr państwowych, został wysłany na przeszpiegi w ramach stażu w ambasadzie ZSRR w Pekinie. Później pełnił analogiczne funkcje w takiejże placówce w Singapurze, również stojącym przecież Chińczykami, następnie odbył prawie roczny kurs pogłębionej znajomości języka i kultury kraju na uczelni dla obcokrajowców w Pekinie, by zwieńczyć karierę w dyplomacji ZSRR powrotem do służby w ambasadzie w stolicy CHRL. Modelowy żywot jawnego agenta rzekłbym, koordynującego na miejscu pracę siatki tajnych wywiadowców, dlatego choć w pierwszej chwili po zapoznaniu  się z jego biogramem uznałem go za kandydata ''kompromisu'' Moskwy i Pekinu, po namyśle jednak już tak nie uważam. Bowiem jak się przekonamy, nie przypadkiem zapewne najostrzejszy antycovidowy reżim panuje w azjatyckich rejonach Rosji sąsiadujących z Chinami, zaś na granicy między oboma krajami trwa cicha wojna handlowa. 

Dlatego będę korzystał głównie z informacji podawanych przez rosyjskojęzyczny portal zajmujący się sprawami Syberii, gdyż wbrew stereotypowi wyludniającego się zadupia i li tylko dawnego miejsca kaźni łagierników, jest to kluczowy śmiem twierdzić rejon Eurazji w którym decydują się w dużym stopniu jej przyszłe losy. Gwoli uczciwości nadmienić należy, iż SibReal [''Сибирь.Реалии''], bo o nim tu mowa, stanowi ''prywatną'' agendę informacyjną Kongresu USA, czyli wiadomo - ''amerykańska agentura'' wpływu dla xxxportalowców, kamratów i tego typu promoskiewskich spierdolin. Przynajmniej jednak dzięki temu nikt nie zarzuci mi, iż kolportuję z kolei ''ruską propagandę'' to raz, a poza tym w obliczu niemal całkowitej monopolizacji obiegu informacji przez putinowski reżim, nie ma bodaj innej możliwości by wywiedzieć się czegoś wiarygodnego o sytuacji w Rosji, bez zafałszowania przekazu przez reżimowe media typu ''Sputnik''. Aczkolwiek i z nich na upartego można wyczytać całkiem ciekawe rzeczy, odkłamujące nieco obraz wewnątrzrosyjskich stosunków jaki w Polsce mamy, a na czym żeruje dezinformacja szerzona przez Kreml oraz jego tajne służby, często z powodzeniem niestety. Poza tym rosyjscy dziennikarze i korespondenci SibReal zgodnie z nazwą portalu, wygląda naprawdę dobrze orientują się w lokalnych realiach ''głubinki'', owej prawdziwej Rosji jaką stanowi bezkresny interior rozciągający się poza wielkomiejskimi wyspami Moskwy i Petersburga, stąd warto spojrzeć na rzecz z tej właśnie strony, kluczowej powtarzam dla obecnej sytuacji ''pandemicznej'' w Eurazji. W ogóle każda polska chujnia, jakiej istnienia oczywiście nie przeczę, znajduje w Rosji swój odpowiednik potwornie zwielokrotniony proporcjonalnie do rozmiarów kraju. Polecam lekturę pracy Konstantego Usenki o rosyjskiej scenie muzyki alternatywnej, gdzie wyczytać można jak to kiedy na przełomie lat 80/90-ych polscy skinheadzi lali panczurów wojskowymi pasami z metalowymi klamrami, samemu przy okazji nieraz zbierając łomot w odwecie, w tym samym czasie jeszcze za gnijącego ZSRR ruskie ''drechy'' tzw. gopnicy nakurwiali miejscowe ''dzieci-śmieci'' żelaznymi prętami i kluczami francuskimi, do krwi i wstrząsu mózgu bywało ze skutkiem śmiertelnym. Wolnorynkowe Janusze ekonomii nie powiedzą też korwinowym kucom, że w putinowskiej Rosji wielki biznes, często zagraniczny, faworyzowany jest kosztem średniej i drobnej przedsiębiorczości samych Rosjan. Jeszcze gdy zaczął się okołopandemiczny zajob, Putin ustanowił specjalnym dekretem listę ''strategicznych'' firm, wyłączonych spod lockdownowych obostrzeń. Znalazło się na niej wiele zagranicznych sieciówek, między innymi... niemiecki Adidas:))). Z drugiej, co ja się czepiam - przecież w Rosji akurat buty i dresy nade wszystko z wiadomymi paskami, faktycznie stanowią towar pierwszej potrzeby: Rosjanie, zupełnie jak amerykańscy ''czornożopcy'', mogą żyć w kompletnym syfie i rozpiździaju, ale pokazać się muszą, że ich stać ot co, bo ''jebać biedę''. Peter Pomerantsev w zbiorze kapitalnych reportaży o współczesnej Rosji, opisuje min. rosyjskich gangsterów z Syberii noszących markowe, wyprasowane dresy niczym najlepsze garnitury u topowych biznesmenów, dla których wypasione SUV-y robią za luksusowe wille na kółkach z jacuzzi i zestawami kina domowego w środku, gdy ich prawdziwe domy przypominają cygańskie rudery pełne liszajów na ścianach. Nie może stąd dziwić, że kiedy regionalne władze syberyjskiej Chakasji ustanowiły surowy nawet jak na rosyjskie warunki antycovidowy reżim, narzucając godzinę policyjną i zakaz działalności gospodarczej rujnujący min. lokalnych restauratorów, wraża amerykańska sieciówka gastronomiczna KFC jak gdyby nic otworzyła na miejscu swą siedzibę, przed którą natychmiast ustawiły się tłumy łamiąc wszelkie obostrzenia.

Przypadek tej autonomicznej republiki, położonej w azjatyckiej części Rosji niedaleko granicy z Mongolią, jest znamienny bowiem pewna samodzielność jej władz, by nie rzec wprost nadgorliwość w antypandemicznym zajobie, podobna zresztą w tym innym pozaeuropejskim rejonom FR jako to z jednej strony Tatarstan, drugiej zaś Kamczatka na ten przykład, rzuca właściwe światło na panujący także u nas mit o jakoby silnej, scentralizowanej władzy samego Putina. Nikt bodaj nie ośmieszył go bardziej niż Kadyrow, który ustanowił własny emirat na Kaukazie za wypłacany mu przez Moskwę suty haracz. Ostatnio tak się rozbisurmanił, że kazał porwać z odległego o prawie 2000 km od Czeczenii Niżnego Nowogrodu żonę skonfliktowanego z nim lokalnego sędziego, za nic mając sobie federalne prawo Rosji. Zresztą pobicia a nawet skrytobójcze egzekucje wrogów kaukaskiego watażki, nie tylko czeczeńskich ale i spośród Rosjan, na terenie całego kraju i poza jego granicami zdarzały się już wcześniej. A do tego Ramzan poważył się na wygrażanie członkowi afiliowanej przy Putinie prezydenckiej Rady Praw Człowieka Igorowi Kaljapinowi, skądinąd nie po raz pierwszy. Mimo to Kreml udaje żałośnie, że problemu nie ma jeśli idzie o nurzanie w błocie autorytetu władz Rosji przez czeczeńskiego gangstera, ustami swego rzecznika Pieskowa nazywając miotane przezeń wyzwiska i groźby pod adresem naczelnych urzędników państwa jego ''prywatnymi opiniami''. Wzorzec ''silnego człowieka'' i męskości, jakim ma być Putin wedle suflującej już jawnie rosyjski agitprop ''Wybiórczej'', wychodzi tym samym na słabeusza i nieledwie małego chujka terroryzowanego przez islamistycznego rezuna. Skądinąd to jest niepojęty dla mnie fenomen, że łysiejącego kurdupla z nabotoksowanym jak gwiazda porno ryjem, wykreowano na dwumetrowego niemalże Chada polityki! Z drugiej, skoro Kaczyński to ''karakan'' a wyższy odeń o cały centymetr Kwaśniewski, ochlajtus i ulaniec robił tu onegdaj za przystojniaka, to wszystko jest możliwe. Bezczelność a może głupota Kadyrowa osiągnęły stąd już takie rozmiary, że de facto sam przyznał sobie niedawno tytuł ''obrońcy praw człowieka'', obdarzając nim też mamusię i zginiętego w tajemniczym do dziś zamachu ojca, także prorosyjskiego jak on satrapę. Podobna anarchia panuje również w innych kaukaskich republikach Federacji Rosyjskiej, a nawet Tatarstanie, gdzie lokalni ''chanowie'' postępują jednak rozsądniej, mniej ostentacyjnie od swych muzułmańskich braci, zbyt krewkich na to górali, w myśl zasady: ''tisze budiesz, dalsze jediesz''. Władze tego ostatniego kraju związkowego, wyprzedziły samą Moskwę jako się rzekło w narzucaniu ostrych rygorów antypandemicznych na miejscową ludność, wprowadzając jeszcze w listopadzie zeszłego roku wymóg posiadania świadectw zaszczepienia, czyli kodów QR dla korzystania z miejskich linii autobusowych. W praktyce położyło to transport publiczny wywołując wściekłość licznych pasażerów i masowe protesty wywołane chaosem podobnym temu we wspomnianej Chakasji. Parę miesięcy wcześniej, bo już w czerwcu 2021 r. w Buriacji rozciągającej się nad Bajkałem i tuż przy granicy z Mongolią, miejscowe władze ogłosiły ostry lockdown. Idiotyzm tych obostrzeń polegał na tym, że na wieść o nich ludzie rzucili się do sklepów robić zapasy, co rzecz jasna tylko wzmogło emisję wirusa w tłumie i do tego jeszcze sprzyjającym temu letnim zaduchu i upale [ o tym, że zakazy położyły miejscowy handel i turystykę, nawet nie ma co wspominać ]. W tym samym czasie w Jugrze po wschodniej części Uralu, władająca krajem gubernator zarządziła ''samoizolację'', a w praktyce areszt domowy niezaszczepionych mieszkańców regionu. Kamczatka zaś stała się pierwszym terytorium Rosji, gdzie bez ważnego kodu QR nie można było wejść na pokład samolotu od końca listopada zeszłego roku. Biorąc pod uwagę, iż lotnictwo jest tam bodaj głównym środkiem komunikacji z resztą kraju, ze względu na izolację półwyspu z racji jego położenia, wymóg okazał się wyjątkowo dolegliwym dla miejscowych administracyjnym przymusem. Niecały miesiąc później w położonym tuż przy granicy z Chinami Chabarowsku, niezaszczepieni emeryci utracili ulgowe przejazdy transportem publicznym na mocy zarządzenia miejscowych władz. Lokalne władze Kraju Chabarowskiego nie oglądając się na Moskwę, aczkolwiek na pewno za jej przyzwoleniem, nałożyły obowiązek szczepień na wszystkich mieszkańców powyżej 60 roku życia. W stolicy regionu nieco wcześniej dla zachęty rozlosowano wśród zaszczepionych specjalne nagrody, na tle lokalnej nędzy prawdziwym hitem loterii okazał się certyfikat na 3 tony węgla za szprycę...

Insza inszość, że ta srogość zarządzeń prowincjonalnych urzędników państwowych jest na pokaz, maskując ich nieudolność i chaotyczność zaprowadzanych obostrzeń. Z najnowszych danych rosyjskiego urzędu statystycznego jednoznacznie wynika, iż syberyjskie ''samorządy'' nawet do 4-5 razy pomniejszały liczbę ofiar covida na własnym terenie! Od niemal samego początku pandemii w Rosji urzędnicy uprawiali ''spychologię'', zrzucając odpowiedzialność za szerzenie się wirusa na barki lekarzy, ci zaś poczęli w desperacji słać dramatyczne apele do Putina i Szojgu, skarżąc się na brak miejsc dla chorych w szpitalach, leków dla nich i wygórowane ceny medykamentów, absurdalne przestoje karetek pogotowia z dogorywającymi często w nich pacjentami itd. Bywało, że ludzie pozbawieni opieki lekarskiej popełniali samobójstwa, a wymagających pilnie leczenia starców odsyłano na pewną śmierć do domów, z racji obłożenia placówek medycznych zarażonymi covidem. Swoje robi też dramatyczny brak lekarzy, oraz ich migracja do innych regionów Rosji za lepiej popłatną pracą, w efekcie niedawno w Chakasji zmarła dziewczynka, dziecko jeszcze wskutek nieobecności chirurga na oddziale dla chorych na covid miejscowego szpitala, tudzież antypandemicznych procedur idiotycznie spowalniających pracę pogotowia - skąd my to znamy... Osobną kwestią jest wyraźna niechęć samych medyków do szczepień np. w Żydowskim [ z nazwy już tylko ] Obwodzie Autonomicznym na Syberii aż 27 pracowników pogotowia złożyło wymówienia, byle nie dopełnić takowego wymogu nałożonego na nich przez władze. Zanim jakiś proszczepowy szur pocznie wyzywać ich od ''oszołomów'', radzę wpierw sięgnąć do wywiadu z rosyjską biolog molekularną Olgą Matwiejewą zamieszkałą w USA, która pod koniec podaje sensacyjną wprost informację, aż zacytuję wpierw w oryginale: ''В большинстве стран вакцину можно внедрить, если есть данные о ее эпидемиологической эффективности. В России это не так – для начала массовой вакцинации таких данных не требуется.'' Czyli: ''W większości krajów szczepionka może być wprowadzona, jeśli istnieją dowody na jej skuteczność epidemiologiczną. W Rosji tak nie jest - do rozpoczęcia masowych szczepień nie są potrzebne takowe dane.'' - !!! Oznacza to ni mniej ni więcej, że Rosja Putina stanowi wymarzony wprost poligon doświadczalny dla masowych eksperymentów medycznych koncernów farmaceutycznych, stąd nie dziwota iż nawet tamtejsi lekarze, pielęgniarki i sanitariusze wzbraniają się przed szprycowaniem ''Sputnikiem'' i tego typu nieprzebadanymi należycie syfami! Dlatego władzom pozostaje jedynie tradycyjny zamordyzm, i tak pod koniec zeszłego roku rosyjska Duma przyjęła projekt ustawy, dający szefom regionów i republik autonomicznych prawo do nakładania wymogu legitymizowania się przez obywateli ważnym kodem QR, dla korzystania z kawiarni, restauracji, imprez masowych czy placówek kultury. Nieudany test egzekwowania takowego obowiązku w komunikacji miejskiej przeprowadzony wcześniej w Tatarstanie o jakim wspominaliśmy, pozwolił odegrać Putinowi rolę ''łaskawego dobrodzieja'' i pod jego naciskiem zrezygnowano zeń w ostateczności. Nie obyło się przy okazji bez kuriozalnych przepychanek między rosyjskimi parlamentarzystami i niemal doszło do rękoczynów, gdy komunistyczni deputowani wystąpili z plakatem protestującym przeciw ''QR-faszyzmowi'' - bolszewicy stający w obronie zagrożonych wolności to zupełnie niczym naziści potępiający Holocaust:). Swoje zrobiły też ostre protesty samych Rosjan przeciwko neostalinowskiej ''cyberpaszportyzacji'', koordynowane przez takie organizacje jak ''Meduza'', co spotkało się z represjami ich działaczy ze strony władz. W ogóle to jest ciekawa sprawa z tymi nieszczęsnymi elektronicznymi kodami: z jednej widać tu ewidentną inspirację władz Rosji Chinami, które jako pierwsze zaprowadziły je na tak masową skalę. Podobnie rzecz ma się w przypadku opisanych wyżej azjatyckich republik związkowych i obwodów autonomicznych FR, przodujących w narzucaniu surowych obostrzeń na miejscową ludność, czerpanie przez nie wzorów od sąsiedniego mocarstwa jest tu oczywiste. Jakub Benedyczak z PISM w swej analizie okołopandemicznej współpracy Moskwy i Pekinu, wskazuje iż:

''W latach 2018–2019, w ramach rosyjsko-chińskich projektów (np. „inteligentna policja”), władze lokalne Moskwy i Tatarstanu oraz delegacje rosyjskich ministerstw odbyły serię wizyt w miastach ChRL, m.in. w centrum innowacji policyjnych i oddziałach koncernu Huawei. Zbierały tam doświadczenia w zakresie monitoringu opartego na sztucznej inteligencji. W rezultacie Rosja kupiła od chińskiego koncernu kamery przemysłowe (Tatarstan i Moskwa użyły ich już w czasie pandemii), zapowiadając zainstalowanie ich w liczbie ok. 200 tys. w całym kraju. Zakupiony z ChRL sprzęt jest obsługiwany przez rosyjską sztuczną inteligencję, która w czasie rzeczywistym np. identyfikuje twarze, cechy jednostkowe (np. płeć, wiek) i nietypowe zachowania. Instytucje państwowe, w tym FSB, udzielały wsparcia rodzimym firmom (głównie VisionLabs i Ntech), które rozwijają rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji. Opracowały one m.in. aplikację, która rozpoznaje zdjęcia i łączy je z profilami w VKontakte (odpowiednik Facebooka). Obecnie zaś konstruują przeznaczone dla służb mundurowych okulary wyposażone w system rozpoznawania twarzy, które zostaną wykorzystane podczas manifestacji. Innymi rozwiązaniami zapożyczonymi z Chin, są kody graficzne szybkiej odpowiedzi (QR) i aplikacja „monitoring społeczny”. Ściągnięcie aplikacji było obowiązkowe dla wszystkich zarażonych COVID-19, którzy przechodzili domową kwarantannę. Umożliwiała ona np. policji i Gwardii Narodowej śledzenie osób chorych (miejsce pobytu, stan zdrowia itd.) przez dostęp do pełnej zawartości telefonu mobilnego. Dla moskwian zmuszonych do poruszania się po mieście (np. ze względów zawodowych) konieczne było ściągnięcie na telefon kodu QR, który dawał dostęp do baz geolokalizacji oraz informacji o stanie zdrowia. W połowie maja twórcy systemu szybkich płatności (zarządzanego przez Centralny Bank FR) zaproponowali nadanie Rosjanom indywidualnych kodów QR, ułatwiających dokonywanie płatności i ubieganie się o kredyt. Rozwiązanie to oznaczałoby skoncentrowanie w jednym kodzie szczegółowych danych osobowych (np. historii finansowej), prawdopodobnie przy pozornej jedynie anonimowości danych, do których dostęp w rzeczywistości miałyby rosyjskie władze.''

- Tatarstan dodajmy był też poligonem doświadczalnym wdrażania wymogu testów QR w przestrzeni publicznej, już na miesiąc przed nieudanym zastosowaniem ich w komunikacji miejskiej, jak to wyżej opisano. Obok godziny policyjnej zaprowadzonej w Chakasji jako pierwszej, czy zakazu podróżowania samolotami bez ''cyberpaszportu'' na Kamczatce o jakich wspominaliśmy, razem wskazuje to na militarną niemal mobilizację ludności w mniej lub bardziej graniczących z Chinami rejonach Rosji. I na tym właśnie polega druga, równie intrygująca strona medalu: ruska agentura wpływu ostatnio dostaje niemal orgazmu od wała, jakiego okazała nam sojusznicza jakoby Ukraina, sabotując polskie koleje blokadą tranzytu przez swe terytorium. Tyle że podobna sytuacja, i to od dłuższego już czasu, ma miejsce na granicy między współpracującymi rzekomo ściśle Rosją i Chinami! Jeszcze w listopadzie 2021 r. lokalne chińskie władze pogranicznych terytoriów nałożyły zakaz na import towarów żywnościowych z Rosji, w obawie przed zawleczoną stamtąd wtórnie zarazą covida. Zwiększony rygor testów na obecność wirusa i procedur ochronnych niepomiernie wydłużył kolejki TIR-ów na przejściach granicznych, gdzie rosyjscy kierowcy zostali zmuszeni przez Chińczyków do czekania na przepuszczenie ich nawet ponad miesiąc, odmrażając tyłki w surowych warunkach polarnej zimy. Taka sytuacja trwa praktycznie do dziś mimo monitów rosyjskiego MSZ do władz CHRL, i ciągnie się zresztą z przerwami od niemal 2 lat będzie, wywołując protesty wkurwionych rosyjskich przewoźników już wiosną jak i jesienią 2020 roku. Wtedy też władze w Pekinie miały zaapelować do lokalnych rządów pogranicznych rejonów FR, aby przedsięwzięły ''energiczne działania'' czyt. posprzątały wreszcie u siebie burdel jaki zachodzi tam co do likwidacji ognisk zarazy, grożąc przedostaniem się jej na chińskie terytorium. Jeśli to wszystko nie wygląda na cichą wojnę handlową i napięcie polityczne między Rosją a Chinami, to nie wiem co jeszcze może na to miano zasługiwać. Każe to w innym świetle patrzeć na niedawny prorosyjski zamach stanu w Kazachstanie, nie wiadomo bowiem wobec kogo tak naprawdę była to demonstracja Moskwy? Raczej nie USA jak prawią w mediach, które to mocarstwo wycofało się niemal całkiem z Azji Środkowej żałośnie podając tyły w Afganistanie, prędzej więc pod adresem znacznie bliższego ''sojusznika''. Przecież Nazarbajew starał się prowadzić tak wielbioną przez dupoendecję i rozmaitych ''niedorealistów'' w Polsce ''politykę wielowektorową'', tradycyjne wpływy Rosji w krajach d. carskiego imperium i ZSRR równoważąc więzami ekonomicznymi i politycznymi z Pekinem, tudzież krajami UE czy Turcją. Moskwa więc mogła w końcu zdenerwować się i zakończyć tę komedię względnej samodzielności kazachskiego satrapy, odpalając na miejscu swego starego agenta szkolonego do szpiegowania Chińczyków. Wyrazy zaś poparcia dlań z ich strony, oraz prawione pod jego adresem dyplomatyczne dusery wyglądają w tej sytuacji na robienie dobrej miny do złej dla Pekinu gry, cóż obaczymy wkrótce jak z tym jest. Oczywiście bez złudzeń, nie będzie z tego żadnego ''odwróconego Kissingera'' mimo jego serdecznej zażyłości z Putinem, jednak ścisły sojusz militarny i strategiczny Rosji i Chin nie wyklucza wcale rywalizacji między nimi na innych polach, kto tego nie pojmuje powinien dać sobie spokój z wymądrzaniem się na temat polityki. Jak choćby Sokała, LGBTarianin i mason n-tego stopnia z którego jest dosłownie agent - sadzi farmazony jak na fartuszkowego przystało, że póty Rosja jest suwerenna Europy wschodniej nie zaatakuje, i jedynie zależność od Chin może ją do tego skłonić, bo nie morduje się przecie tego, komu sprzedaje się surowce, ale że to samo można rzec o chińskim eksporcie do UE to już pan ''ekspert'' raczył był pominąć w swej ''analnizie'', wot logika. Wedle niego mamy więc pokornie czepiać się brukselskiej klamki, bo jak nie to przyjdzie zły Putin i nas zje, nieważne że przez to będziemy zmuszeni kupować ruski gaz od niemieckiego pośrednika, cóż się jednak spodziewać po podwładnym SB-eka, który ukończył szkołę PRL-owskiego wywiadu w Starych Kiejkutach i to w środku trwania ''stanu wojennego''. Takich to mistrzów strategii mamy i gejopolityków - Wielki Architekcie i Zegarmistrzu Światła Purpurowy, miej nas w swej opiece! Kto zaś trzeźwe uwagi o politycznej grze antycovidowymi szczepionkami traktuje bezmyślnie jako ''szuryzm'', niechże sięgnie do studium obecnego sojuszu Pekinu i Moskwy stworzonego przez Ośrodek Studiów Wschodnich, gdzie w zakończeniu czytamy: 

''FR i ChRL stworzyły także de facto konkurujące ze sobą szczepionki przeciwko koronawirusowi SARS-CoV-2. Na arenie międzynarodowej oferują one swoje preparaty przede wszystkim państwom rozwijającym się, ale popyt na tanie i łatwe w dystrybucji, choć mniej skuteczne produkty tego typu jest na świecie tak duży, że trudno mówić o rzeczywistym współzawodnictwie. Od samego początku obaj partnerzy uznali także, że wykorzystają je do rozszerzenia wpływów w państwach Trzeciego Świata i dalszego podważenia dominującej roli USA. Moskwa i Pekin traktują wyścig szczepionek jako przedłużenie rywalizacji technologicznej, ideologicznej i politycznej z Zachodem, dlatego od samego początku blisko współpracują, a tamtejsze grupy eksperckie aktywnie wymieniają się doświadczeniami z badań klinicznych. W FR przeprowadzono trzecią fazę testów jednego z chińskich preparatów, a na początku lutego 2021 r. szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich zapowiadał, że pod koniec miesiąca ruszy wspólna produkcja Sputnika V w ChRL – jednak jak dotąd (połowa 2021 r.) nie ma na ten temat żadnej informacji. Podobnie jak w przypadku rynku uzbrojenia część państw z powodów politycznych nie jest zainteresowana chińskimi szczepionkami – przykładowo Wietnam, mimo że ChRL zaproponowała mu oraz innym państwom Azji Południowo‑Wschodniej priorytetowy dostęp do nich, nie odpowiedział dotychczas na tę ofertę, ale zadeklarował już wcześniej chęć zakupu Sputnika V. W podobnych okolicznościach Moskwa i Pekin będą akceptować wzajemne współzawodnictwo, ponieważ tak długo, jak ich wspólnym, nadrzędnym celem jest dyskredytacja Zachodu i jego szczepionek, kwestią drugorzędną pozostaje, czy państwa trzecie korzystają z preparatu z Chin czy z Rosji – byle tylko nie stosowały tych wytworzonych przez ich przeciwników.''

- w uzupełnieniu dodajmy, że wspólna produkcja Sputnika w końcu ruszyła, czym pod koniec zeszłego roku Putin nie omieszkał pochwalić się podczas wideokonferencji z Xi Jinpingiem. Zapomniał tylko dodać, że było to konieczne z racji żałosnej niewydolności rosyjskiego przemysłu farmaceutycznego, który zawalił wcześniej zamówienia na partie szczepionki do wielu krajów, co wywołało rezygnację zeń rządowych odbiorców w Gwatemali czy Brazylii. I to przy nikłym udziale rzędu 100 milionów dawek w łącznej produkcji światowej do połowy zeszłego roku, gdy w tym samym czasie Chiny liczone z Zachodem natrzaskały ich prawie 3 i pół miliarda! Nie dziwota stąd, że nawet Tadżykistan jaki Moskwa uznaje za swą strefę wpływów, zdecydował się przyjąć od USA półtoramilionową partię Moderny, i to akurat kiedy stolicę kraju Duszanbe wizytował dowodzący rosyjską armią Szojgu, co stanowiło bolesny cios w kremlowską ''dyplomację szczepionkową''. Klęską wizerunkową Putina jest także, iż musiał tyle czasu zabiegać aby ''Kitajce'' poratowały mu tyłek, gdy od dawna bez problemu produkują masowo szpryce na użytek wrażego Zachodu, nade wszystko AstraZenecę. Rosja zrobiła też dobrze Amerykanom swą obecną presją surowcową na Europę, co na tyle wywindowało panujące w niej ceny na gaz i zapotrzebowanie nań z alternatywnych źródeł, że jankeskie statki z LNG płynące do Azji poczęły zawracać na Stary Kontynent, gdzie jego sprzedaż stała się dzięki temu bardziej opłacalna. Nie wiadomo więc kto tu z kim jest tak naprawdę w sojuszu i kręci interesy, tym bardziej że Moskwa nie za wiele może zaoferować Pekinowi gospodarczo, poza tradycyjnym dla niej eksportem broni, surowców naturalnych i produkcją żywnościową, nie bez trudności jak widzieliśmy czynionych przez samych Chińczyków. Pomijam już rabunkowy wyrąb i przemyt do Chin zagrożonych wyginięciem gatunków drzew z Syberii, skądinąd katastrofa ekologiczna jaka ma tam miejsce i bezmyślność w postępowaniu z nią miejscowych władz, to temat godny osobnego omówienia, żaden ''Greenpeace'' się tym jednak nie zajmie, bo siedzi w kieszeni Kremla. W każdym razie Chińczycy oraz inne azjatyckie nacje Dalekiego Wschodu są stawiane Rosjanom za wzór, jeśli idzie o radzenie sobie ze zwalczaniem ''pandemii''. Znamienne, iż rosyjskojęzyczny amerykański de facto portal jakim jest SibReal na który się tu głównie powołujemy, cytuje jakiegoś Rosjanina mieszkającego w Chinach, który z aprobatą wyraża się o praktykach miejscowych władz jakie ''nie dają szans antyszczepionkowcom'', ni protestacyjnym pikietom przeciwko ''cyberkenkartom'' jak to ma miejsce w Rosji. Trochę to więc dziwne, a wręcz cuchnie monstrualną hipokryzją, że strona służąca promowaniu wolności prezentuje w pozytywnym świetle komunistyczny zamordyzm i bolszewickie skundlenie chińskiego społeczeństwa, ale czegóż się spodziewać po obecnej ''tęczawej'' Ameryce spod znaku BLM i Antify. Póki co w Rosji dominować zdaje się tradycyjny dla tego państwa burdel w zwalczaniu covida, maskowany jak zawsze pozorowanymi działaniami rządzących i srogością na pokaz, głównie kosztem syberyjskich autochtonów oraz rosyjskiej ludności Azji. Putin zaś zrzucając odpowiedzialność za narzucanie niepopularnych społecznie rozwiązań na lokalne władze, i dając im w tym względzie spory margines swobody, wychodzi na żałosnego tyrana jakim jest w istocie, obawiającego się konsekwencji swoich decyzji, których podjęcie przystoi prawdziwemu przywódcy.

Niewiele lepiej pod tym względem wygląda sytuacja w pogranicznych europejskich częściach Rosji jak Obwód Kaliningradzki czy Petersburg - w dawnej stolicy carów, by obejść zakaz pracy nocnej barów i restauracji, wystarczy wsiąść do metra i udać się do podmiejskiego Murino stanowiącego formalnie odrębną miejscowość, stąd znajdującego się poza jurysdykcją lokalnych władz, choć de facto jest to dzielnica miasta nad Newą. W ogóle lockdowny w największych ośrodkach kraju skutkują jedynie najazdem wielkomiejskich turystów na prowincjonalne ośrodki wypoczynkowe np. na Kubaniu czy w Jarosławiu, pozostali zaś w Moskwie i Petersburgu gremialnie zlewają obostrzenia, o czym świadczą prawdziwe tłumy na ulicach w tym czasie. Nie dziwota stąd, że chaotyczna i ''niekonsekwentnie represyjna'' polityka władz, przyniosła mierne wyniki jeśli idzie o poziom wyszczepienia narodu: Rosjanie rządzącym jak i nawołującym do szprycowania się patocwelebrytom zwyczajnie nie ufają, poniekąd słusznie. Dlatego ''rosyjski Fauci'' Aleksander Gincburg, ''jewriej'' jak na takich jak on tam mówią i zeszłoroczny laureat nagrody Federacji Gmin Żydowskich Rosji za ''wybitny wkład w rozwój państwowej epidemiologii'', uznał ''omicronową'' mutację wirusa za niewystarczającą dla wyjścia kraju z pandemii. Wedle niego pozwoliłoby na to dopiero wyszczepienie niemal całego narodu, na poziomie 75-80% populacji i to w zaledwie pół roku, rozrzuconej do tego na tak ogromnym terytorium jakie zajmuje Rosja! Oczywiście władzuchna nie ma pretensji do siebie za cuchnące nową ''stachanowszczyzną'', wzięte z sufitu nierzeczywiste cele i płynącą stąd nieudolność w ich realizowaniu. Wspomniany już rzecznik Kremla Pieskow woli obwiniać za to ''niską świadomość'' samych Rosjan, ciemnego ''głubinnego narodu'' jakim to pogardliwym mianem określają go rządzące elity. No i rzecz jasna rolę ''złego luda'' pełnią dlań miejscowe ''antyszczepy'' - z tymi ostatnimi mają się prawdziwe cuda: jednym z najgłośniejszych tamże jest bloger i autor książki demaskującej ''spisek Big Pharmy'', ukrywający się pod pseudonimem ''Amantonio''. Podejrzane ''dziennikarskie śledztwo'' [ skąd cudzysłów wyjaśni się później ] ustaliło, że to jakiś ruski Żyd nadający z Izraela wraz ze swą żoną pielegniarką, na 100% wyszczepioną biorąc pod uwagę tamtejszy reżim sanitarny, czyli hipokryzja level hard. Jednak to jeszcze nic, najlepsze że oboje z małżonków udzielało się w przeszłości w jakichś dziwacznych, okultystycznych sektach za którymi pewnie stoi post-sowiecka i nie tylko bezpieka. Żonka ''Amantonio'' miała należeć do tzw. ''anastazjowców'', aktywnych również w Polsce np. na Pomorzu, gdzie tworzą podejrzane ''biznesowe'' organizacje, jak i... w Świętokrzyskiem. Idea jaka im przyświeca to zakładanie ''osad rodowych'', wspólnot skupionych na wyznawaniu czegoś w rodzaju ''prasłowiańskiego szamanizmu'', sektę bowiem założył rosyjski biznesmen, który na pocz. lat 90-ych zeszłego stulecia napotkał jakoby w tajdze starą czarownicę, ową Anastazję co to miała sprzedać mu rzekomo różne ''tajemnice [od]bytu''. Jak widać nie ma takiej głupoty jakiej nie można by opchnąć wystarczającej liczbie durniów, by całkiem dobrze z tego żyć, gratulacje więc dla pomysłodawcy rzeczonego przedsięwzięcia p. Władimira Megre, którego rynek pozytywnie zweryfikował. Jeszcze gorszym hardkorem okazuje się sam ''Amantonio'' - typ brał udział w przestępczej już na całego sekcie Wsiewołoda Rudaszewskiego: żydoruskiego pedofila, jaki znalazł sobie sposób na ruchanie nieletnich Rosjanek. Wmawia otóż zbuntowanym gówniarom, że ich rodzinne domy to ''osobisty Buchenwald'' z którego muszą się wyzwolić, najlepiej podczas organizowanych przezeń orgii. Mimo iż w grę wchodziło nie tylko wykorzystywanie seksualne i gwałty, ale nawet miały zdarzać się morderstwa niechętnych do całkowitego zeszmacenia dziewczyn, ''sex-guru'' jest praktycznie nieuchwytny od wielu lat dla srogiej poza tym wobec politycznych opozycjonistów putinowskiej prokuratury. Jasnym powinno być więc, że kanalię chronią znaczne persony, dla których robi pewnie za rosyjski odpowiednik Marca Dutroux, dostarczającego ''świeże mięsko'' spośród nieszczęsnych i zdeprawowanych zarazem idiotek. 

Dlaczego jednak wobec przytoczonych tu wstrząsających faktów, uznaję śledztwo dziennikarskie jakie je ustaliło za ''podejrzane''? Bowiem stoi za nim jakiś szemrany typ, który nawet nie kryje w przywołanym wyżej tekście, że trudni się cyberszpiegostwem i ma w CV min. długi okres służby w bezpieczniackich agendach ONZ. Nade wszystko jednak czyni on sarkastyczną uwagę pod adresem ukraińskiego uczonego Siemiona Jesilewskiego, jaki badając przypadek ''Amantonio'' doszedł do narzucającego się wprost wniosku, że mamy do czynienia z montażem jakowychś tajnych służb. Wygląda więc na to, że trzeba było zwinąć nieco międzypaństwowy projekt żydoruskiej mafii w obliczu jego możliwej demaskacji, gdyż nie chce mi się wierzyć, iż stojący obecnie postsowieckimi Żydami Izrael, mający jeszcze do niedawna przynajmniej świetne stosunki z Kremlem, nie zlikwidowałby działającego na własnym terenie szkodnika przy srogim reżimie sanitarnym jaki tam panuje, jeśliby tylko była taka wola obu stron. Oczywistym winno być, że ''antyszczepowa szuria'' stanowi idealne alibi władz państwowych, jak i koncernów farmaceutycznych dla ich nieudolności i wszelkich błędów poczynionych w zwalczaniu ''pandemii''. Można przez to zwalić wszystko na wyznawców ''spisku Big Pharmy'', tudzież ''brak świadomości'' u zwykłych obywateli, ich tępotę mówiąc wprost jak pierdolił przywołany już rzecznik Putina. Rządzący przewidując też pewnie opór wobec narzucanych społeczeństwu radykalnych obostrzeń, zadbali przezornie o spacyfikowanie go tworząc koncesjonowanych przez system opozycjonistów, jak ten cały ''Anton Amantonio''. Jesilewski nie ma więc racji odżegnując się od swych pierwotnych ustaleń w obliczu wyników wspomnianego wyżej śledztwa - trafnie jak sądzę rozpoznał sprawę, a para Żydów ze wzgórz Golan podszywająca się pod pansłowiańskich neopogan jest tylko narzędziem tajnych służb, prawdopodobnie wspólnym dziełem izraelskich i rosyjskich. Zbyt cała rzecz śmierdzi podejrzanymi kreaturami, jakie tłumnie kręcą się wokół inicjatywy, a zarazem nadto profesjonalny nosi ona pozór, aby uwierzyć w prywatny wyskok dwójki cwaniaków czy tym bardziej zwykłych pomyleńców. Oczywiście nie znaczy to, iż każdy sceptyk wyrażający uzasadnione często wątpliwości wobec antycovidowych szczepionek, czy tym bardziej biurokratycznych idiotyzmów towarzyszących ''lockdownom'', jest skończonym ''szurem''. Sam proszczepowy bezwzględnie ukraiński uczony wskazuje na opresyjne kretynizmy np. zamykanie ''na kwarantannie'', czyli w domowym areszcie mieszkańców całych bloków jak to ma miejsce w Chinach, a zamiast zwalczać chorobę w rzeczywistości jeszcze tylko ją rozprzestrzenia. Rzecz jasna to wygodne dla funkcjonariuszy totalitarnego systemu takie pójście po najmniejszej linii oporu, tępy komuch bowiem nie pojmuje, że wirusa zwyczajnie nie da się ot tak zakazać, bo nie słucha się on komend ni rozkazów - dla zamordysty niebywałe! Sposobem wszakże na tego ''anarchistę'' nie jest pozostawienie wszystkiego ''wolnemu rynkowi'', czyli pójście na żywioł jak chciałyby tego libki: metodami administracyjnymi możemy chociaż zminimalizować ofiary, zapewniając odpowiednią opiekę nad chorymi, tudzież dbając o należyty państwowy nadzór nad produkcją szczepionek, aby nie budziły one zasadnych wątpliwości dając tym samym żer różnym ''Amantoniom''. Sęk w tym, że nie widać jakoś ku temu dobrej woli u rządzących, i to nie tylko w Rosji czy Chinach, ale i tzw. ''wolnym świecie'' Zachodu jaki sparszywiał do tego stopnia, iż przestajemy dostrzegać różnicę między nim a tamtymi. I tą smutną jak stara pizda Senyszyn refleksją, kończę niniejsze czynione ku przestrodze uwagi o ''antyszczepowej szurii'' na usługach policyjnych reżimów i Big Pharmy. Chinole zaś mają pod tym względem tak dokręconą śrubę, iż nie muszą chyba nawet uciekać się do podobnie żałosnych prowokacji, co żydoruski IZSRRael, dlatego - patrz tytuł.