sobota, 4 grudnia 2021

Wolność [ tylko dla ] białego człowieka.

...ciąg dalszy rozważań z poprzedniego wpisu o liberalnym niewolnictwie:

Tak więc ''prawa człowieka'' w owym czasie przysługiwały za oceanem faktycznie jedynie białym ludziom, nieliczne stosunkowo grupy aktywnych politycznie czarnych wyzwoleńców istniejące zarówno na Północy jak i Południu USA, spotykały się nie tylko z jawnym szyderstwem ze strony zdecydowanej większości ludności europejskiego pochodzenia, ale i ostracyzmem oraz pogardą członków własnej rasy, kultywujących już wtedy swoją ''obcość''. Pisze o tym pomieniony już żydowski historyk Ira Berlin, nie wspominając jednak przy tym ani słowem o udziale swych ''koszernych'' ziomków w procederze zniewolenia i wyzysku Murzynów. Przyjdzie nam jeszcze odwołać się do tej książki, teraz jednakże przytoczę fragment cytowanego już tu wielokrotnie dzieła Charlesa Bearda, relacjonującego argumentację nietypowego dość obrońcy instytucji niewolnictwa Clementa Vallandighama. Reprezentował on bowiem nie kastę plantatorów jak omawiany w pierwszej części Calhoun, lecz interesy świata ludzi pracy, drobnych amerykańskich farmerów i rzemieślników, tak oto wykładając swoje racje:

''Plantatorskie Południe - wywodził - jest naturalnym sprzymierzeńcem demokracji z Północy, a szczególnie z Zachodu. Dlaczego? Częściowo dlatego, że ludzie z Południa są przeważnie rolnikami i producentami, nie kupcami i fabrykantami, a częściowo dlatego, że nie ma tam konfliktu, a jeżeli jest to tylko nieznaczny między kapitałem a pracą, gdyż kapitał jest w znacznym stopniu właścicielem dużej ilości robotników nie należących do rasy białej.''

Sekundował mu z drugiej strony politycznego sporu jeden z gorliwszych zwolenników Lincolna, Andrew G. Curtin jaki:

''...w mowie wygłoszonej z okazji swego wyboru na gubernatora ani słowa nie powiedział o zniesieniu niewolnictwa, za to z uniesieniem oświadczył, że ,,żywiej biją serca w Pennsylwanii, której synowie z utęsknieniem czekają, aż rząd zadba o ich najżywotniejsze interesy''. Gorączkując się tym tematem wołał: ''To walka w której idzie o ochronę przemysłu i o prawa świata pracy... Jeśli pragniecie siły i wielkości, chrońcie fabryki Pennsylwanii. Niech żyje wolność, wolność białego człowieka!''. Do pewnego stopnia zgodnie z intencją Curtina, redaktor Philadephian American and Gazette, komentując zakończenie tej mowy odrzucił myśl, że ,,idzie o jakieś, istotne tylko dla części kraju zagadnienie niewolnictwa'' i stwierdził, że ważą się takie sprawy jak: ochrona przemysłu, oszczędność w szafowaniu groszem publicznym, nadziały osadników na ziemiach należących do państwa, przyznanie funduszy na regulację rzek i prace w portach, transkontynentalna linia kolejowa, przyjęcie Kansas do Unii i radykalna reforma rządu.''

- tym żył kraj podczas gorącej kampanii, która dała zwycięstwo Lincolnowi i doprowadziła w końcu do wybuchu Wojny Secesyjnej, a nie czy Murzyni będą mieć w ogóle jakieś prawa! Nie dziwota zresztą, bowiem kiedy abolicjoniści zdecydowali się na samodzielny start w wyborach pod szyldem Liberty Party, zebrali takie baty zbierając promile głosów, iż oduczyło ich to działania na własną rękę. Do końca pozostali głośną wprawdzie, lecz tylko sektą polityczną o znikomym poparciu, skompromitowaną w dodatku mocno terrorystycznym zajazdem Browna, który ugruntował im w powszechnej opinii wizerunek świrów, coś na wzór dzisiejszej Antify. Jeśli więc kwestia niewolnictwa rzeczywiście była tu kluczowa, to jedynie ze względu na wspomniany kontekst polityczny i ekonomiczny, o którym tak oto pisze Beard:

''Przywódcom plantatorów chodziło nie tylko o zachowanie dopływu niewolniczej siły roboczej. Domagali się oni również wolnego handlu, a co najmniej ceł traktowanych wyłącznie jako źródło dochodów skarbowych. Byli przeciwnikami banku ogólnonarodowego i systemu waluty narodowej, opartej na takiej instytucji, atakowali subsydiowanie żeglugi i byli na ogół przeciwni ''wewnętrznym ulepszeniom'' [ pod tym mianem kryły się dotowane przez państwo inwestycje w infrastrukturę, drogi, kanały i sieć kolejową - przyp. mój ], które miały na celu mocniejsze związanie rolniczego Zachodu z handlowym Wschodem. Oświadczając, że terytoria zachodnie ''nabyte wspólnie przelaną krwią i za wspólne pieniądze'', winny stać otworem zarówno dla właścicieli niewolników jak i farmerów, sprzeciwiali się bezpłatnemu rozdawnictwu ziem publicznych między bezrolnych i zaludnianiu nowych stanów mieszkańcami niezwiązanymi z interesami plantatorów. Opierając się na uprawnieniach jakie nadawała im konstytucja, żądali zwrotu wszystkich niewolników zbiegłych na Północ. W ten sposób, gdy politycy Południa mogli zasłaniając się autorytetem konstytucji mówić o niewolnictwie jako ''instytucji lokalnej, podlegającej wyłącznie suwerenności stanu'', sami działali agresywnie na arenie polityki ogólnokrajowej i na skutek swych posunięć zmobilizowali przeciw sobie całą armię wrogów, których niewolnictwo albo nie obchodziło zupełnie, albo interesowało w minimalnym stopniu. Niejeden z mówców, który mógłby darować Południu jego niewolniczy system pracy, nie mógł się pogodzić z jego doktryną niskich ceł lub opozycją przeciw scentralizowanemu systemowi finansowemu.''

- konkretnie zdominowany przez południowców Kongres w 1859 roku polecił zaniechać udzielania finansowej pomocy transatlantyckim parowym liniom żeglugowym, a dwa lata wcześniej obniżył radykalnie cła ochronne godząc w rodzimy przemysł. Stawał też okoniem jako się rzekło ''socjalistycznemu rozdawnictwu'' ziemi należącej do państwa, jasnym więc było, iż Amerykanie mający na sercu pomyślność kraju nie mogli dłużej tolerować tego skurwysyństwa, jakim było panoszenie się wolnorynkowych zjebów rujnujących dla swej prywaty całą resztę. Durnie zjednoczyli przeciw sobie antagonistyczne dotąd formacje przemysłowców Północy i część farmerów Zachodu, którzy pod wodzą Andrew Johnsona pełniącego funkcję wiceprezydenta za Lincolna, przeciwstawili się tradycyjnie stojącym po stronie Południa, na czele ze wspomnianym już Vallandighamem. Razem sprawili oni wreszcie należny srogi łomot politycznym antenatom korwinowych kolibów jak i Bartusia ''piromana'' Sienkiewicza - i bardzo kurwa dobrze!!! Żeby chociaż tamci pozostali konsekwentnymi wrogami ingerencji państwa, ale deklarowany gromko ''antyetatyzm'' nie przeszkadzał szujom w zaprowadzaniu, gdy to było im wygodne centralistycznych rozwiązań. Choćby jak miało to miejsce podczas zawartego w poł. XIX wieku kompromisu między Północą a Południem, na mocy którego powołano specjalną agendę rządową do ścigania zbiegłych Murzynów na terenie całego kraju, przyznając jej z tego tytułu nadzwyczajne uprawnienia policyjne:

''Celem przejęcia całej sprawy z rąk władz stanowych i miejscowych, które mogłyby dać się unieść dążeniom do wolności, ustawa przewidywała powołanie całej armii urzędników federalnych, która miała współpracować w ujmowaniu i zwracaniu niewolników. Ustawa nakładała surowe kary na wszystkich, którzy chcieliby przeszkadzać we wprowadzaniu jej w życie. Zezwalała ona właścicielowi niewolnika lub jego przedstawicielowi zgłaszać pretensje o rzekomego zbiega na podstawie zwyczajnego oświadczenia na piśmie i doprowadzać oskarżonego celem przesłuchania przed komisarzem federalnym. W przesłuchaniu tym Murzyn nie miał prawa żądać, by go postawiono przed sądem przysięgłych lub domagać się przywileju zeznawania jako świadek we własnej sprawie, zgodnie z anglosaską tradycją prawną. Jeżeli urzędnik federalny pozwolił niewolnikowi wymknąć się, mógł być zaskarżony w drodze cywilnej o odszkodowanie. Za decyzję na korzyść wnoszącego roszczenie komisarz otrzymywał wyższe wynagrodzenie niż za uwolnienie oskarżonego.''

- wszakże nie zamierzam w kontrze piać peanów na cześć Lincolna i jego zwolenników: przywołany poprzednio historyk Ira Berlin nie pozostawia złudzeń, ile w toczonym przez prezydenta konflikcie liczyły się humanitarne frazesy abolicjonistów, skądinąd strasznie naiwne i głupie wprost patrząc z dzisiejszej perspektywy. Jak wykazuje, biali południowcy zaprowadzając po przegranej przez się wojnie kontrterror wobec murzyńskich wyzwoleńców i ostry segregacjonizm rasowy trwający na terenie Dixie aż do lat 60-ych zeszłego stulecia, podążali o ironio jedynie drogą swych przeciwników z Północy czerpiąc od nich wzorce:

''Co istotne, biali mieszkańcy Północy wprowadzili nowe przepisy ograniczające życie czarnej ludności. Za wyzwoleniem z niewoli postępowały ograniczenia wolności. W wielu stanach północnych zakazano czarnym zasiadać w ławach przysięgłych, być świadkiem w sądzie, nosić broń, uczęszczać do szkół publicznych i swobodnie podróżować. Inne nowe zakazy groziły tym, że samo państwo zamieni się w substytut pana. Członkowie administracji federalnej Północy połączyli siły z południowcami, by wspólnie pozbawić czarną ludność praw, które zaczęto utożsamiać z prawami obywatela. W 1792 roku pierwszy Kongres odmówił przyznania obywatelstwa Afrykanom i odebrał czarnym mężczyznom prawo do służby w państwowej milicji oraz przewożenia poczty, co było jednym z niewielu źródeł zatrudnienia kontrolowanych przez władze federalne. Ustawodawcy w stanach północnych nie potrzebowali zachęty z południa, by rozszerzyć zakazy dotyczące wolnej czarnej ludności. W latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku, w tym samym czasie, kiedy stanowe zgromadzenia konstytucyjne poszerzały granice demokracji dla białych w ten sposób, że bycie posiadaczem przestało być warunkiem koniecznym do głosowania i pełnienia urzędu, ustawodawcy z Północy zabrali czarnym prawo wyborcze. [...] Ponieważ nie dawało się ich usunąć, ponownie zaktywizował się ruch na rzecz kolonizacji albo ''repatriacji'' do Afryki ludności murzyńskiej. Likwidując niewolnictwo, biali mieszkańcy Północy próbowali pozbyć się też czarnych. Kiedy odesłanie Murzynów nie powiodło się, biali odizolowali czarnych społecznie i ideologicznie. W pierwszej poł. XIX wieku umacniało się przekonanie, że ludzie pochodzenia afrykańskiego są inni, jeśli nie pod względem pochodzenia, to z pewnością doświadczeń, a być może cech wrodzonych. Biali mieszkańcy Północy głosili idee rzadko słyszane w okresie przed amerykańską rewolucją. Niemal większość zgadzała się z tezą o trwałym upośledzeniu czarnych przez niewolnictwo, na skutek czego nie mogą być pełnoprawnymi członkami amerykańskiego społeczeństwa. W latach 30-ych i 40-ych twierdzono nawet, że różnice między czarnymi a białymi wynikają nie tyle z dziedzictwa niewoli, ile budowy ciała czy nawet boskiego planu. Niektórzy dopatrywali się różnic w wielkości skroni, kształcie kości policzkowych i szerokości nosa. W popularnej prasie można było oglądać karykatury czarnych w formie zwierząt. Dla części białych mieszkańców Północy wykluczenie czarnych poza nawias społeczeństwa stanowiło krok na drodze do idei powszechnej równości białych [!]. Systematyczne krępowanie wolnych ludzi kolorowych kompromitowało aspiracje Północy do miana wolnego społeczeństwa. [...] Ponieważ czarne wspólnoty w Ameryce wyrastały na podłożu narodu posiadaczy niewolników, przejęły wiele cech właściwych osadom zbiegów. Mimo braku integralności terytorialnej wyróżniającej życie maronów [ zbiegłych niewolników na Południu - przyp. mój ] w innych rejonach Ameryki, czarni z Północy żyli z dala od białych ludzi. W okolicach wiejskich i w miastach skupiali się w najgorszych dzielnicach, na skrawkach ziemi wzgardzonych przez innych. Imali się dorywczych zajęć, ponieważ nie mieli dostępu do zawodów wymagających kwalifikacji, ani do manufaktur - sektora w społeczeństwie Północy rozwijającego się najszybciej i najmocniej utożsamianego z pracą najemną. Ich pozycja stała się jeszcze bardziej niepewna, gdy napływ europejskich imigrantów odebrał im zatrudnienie na najniższym poziomie północnego społeczeństwa. Ponieważ czarni rzadko posiadali prawo wyborcze, w systemie politycznym odgrywali rolę żebraków starających się wywrzeć nacisk na rząd za pomocą petycji i protestów. ''Pośród wolności jesteśmy niewolnikami'' - oświadczył w 1852 roku Martin Delany.''

- niewątpliwie, okazując przy tym dowodnie, że wzrost aspiracji demokratycznych mas świetnie może współgrać ze wzrostem rasizmu jak widać. Nie dziwota stąd, iż lewicowa niemalże a na pewno populistyczna ''rewolucja jacksonowska'' wyniosła do władzy prezydenta właściciela licznych czarnych niewolników i eksterminatora Indian, jak to ukazaliśmy w poprzednim tekście. Gwoli uczciwości należy też nadmienić, że współczesne porównania niewolniczych plantacji z obozami koncentracyjnymi dowodzą jedynie kompletnej zatraty właściwej miary. Oczywiście stosunki między czarnym niewolnikiem, a zwłaszcza niewolnicą i białym panem dalekie były od sielanki jaką kreślili dawniej apologeci Południa, ale też rzadko kiedy przypominały aż taki horror jak to dziś lubi się ukazywać w propagandowych i równie zakłamanych obrazach, jedynie z odwróconym znakiem przekazu [ patrz Tarantino ]. Bat i patologiczne okrucieństwo występowało zwykle jedynie na pierwszym etapie zakładania plantacji, rychło jednak biali właściciele przekonywali się, iż znacznie skuteczniejsze w motywowaniu do pracy czarnego niewolnika są odpowiednie zachęty i premie, w postaci nieznacznej choć płacy czy zgody na uprawianie własnego spłachetka ziemi poza czasem zajęć na pańskim polu. Oczywiście nie stały za tym względy humanitarne, lecz pragmatyczne bo obniżało to koszty utrzymania niewolnika, skoro miał on możliwość w sporej mierze samodzielnego zaspokajania własnych potrzeb, pozwalało mu to jednak na upłynnianie na rynku skromnych niechby nadwyżek uzyskanych ze swej roli, tworząc alternatywny obieg towarów niezależny od domeny plantatorów. W niczym on rzecz jasna nie naruszał istotnie ich hegemonii gospodarczej, a tym bardziej politycznej, niemniej czynił stan niewoli choć trochę mniej upodlającym dla Murzynów, pamiętajmy też, że biali właściciele nie mogliby zarządzać swymi plantacjami bez armii nadzorców, tak białych jak i wywodzących się spośród czarnych, zwanych pieszczotliwie ''poganiaczami''. Za drobne nieraz koncesje gotowi byli oni do najgorszych podłości wobec pobratymców, niczym ''kapo'' w koncłagach faktycznie, ale też i niejednokrotnie cieszyli się wśród nich autentycznym mirem, jako pośrednicy w kontaktach z obcym światem innej rasy, zyskując bywa status przywódcy czarnej wspólnoty. Murzyni posiadali przez to możliwość negocjacji polepszenia warunków swej pracy, pamiętajmy wszakże iż bat pozostał narzędziem ich dyscyplinowania do końca istnienia systemu niewolniczego na południu USA. Wcale często zabierano czarnym matkom dzieci i na odwrót, wystawiano Afrykańczyków na sprzedaż reklamując przy tym niczym rzeźne bydło, deportowano wreszcie w strasznych warunkach całe ich grupy wgłąb kraju, dla żarłocznego i przeżywającego prawdziwy boom inwestycyjny od pocz. XIX wieku systemu plantacji sięgającego aż po Teksas. Wielu umierało wskutek tego w drodze, dla ich eskortowania na miejsce stworzono prawdziwą sieć prywatnych więzień, a wszystko to przy ograniczonym udziale rządu, nie krępującego swym interwencjonizmem pełnej swobody handlu ludźmi [ normalnie raj dla korwinowca ]. Zresztą wspomniany ''czarnuchowy menejdżment'' niby jako znak łagodzenia stosunków na plantacjach, był przez swą perfidię metod kontroli i wyzysku Murzynów pod pewnymi względami gorszy niż otwarta przemoc, bo przynajmniej czyniła ona sytuację klarowną: nikt tu nie wymagał aby kochać jeszcze swego potencjalnego kata i właściciela.

Pisząc to żadną miarą nie zamierzam litować się nad losem Murzynów, czemu na przeszkodzie stoi trzeźwa obserwacja ich agresywnego szowinizmu i pychy każących mniemać, iż w przypadku odwrócenia ról rzeczy miałyby się dla białej rasy pewnie znacznie gorzej. Przyznaje to poniekąd sam Ira Berlin, przytaczając dowody murzyńskiego rasizmu i to skąd - w społeczności wolnych czarnych na Południu USA, tuż pod nosem wciąż dzierżących tam hegemonię plantatorów!:

''Zyskując większą niż kiedykolwiek dotąd zamożność i zakładając własne kościoły, szkoły, towarzystwa literackie i bractwa, [ czarni wyzwoleńcy ] utwierdzili - nie opinię publiczną, lecz samych siebie - w przekonaniu, że są nie tylko równi, ale wręcz lepsi od wolnych białych i niewolnych czarnych ludzi wokół. To oni, a nie biali powinni rządzić [!]. Szowinizm owej średniej warstwy łączącej ludzi często różnego pochodzenia najwyraźniej dał o sobie znać w Nowym Orleanie i Mobile, gdzie dwu- lub trójjęzyczni kolorowi, którzy pobierali nauki po obu stronach Atlantyku, stworzyli wyrafinowaną kulturę. Kształceni w Paryżu i Port-au-Prince, uformowani przez upodobanie do poezji romantycznej, spirytualizmu, masonerii i radykalnego republikanizmu, rozkoszowali się swym odrębnym statusem, charakterem i kolorem skóry. Owo poczucie własnej wartości nie ograniczało się tylko do mieszkańców portów nad Zatoką Meksykańską. W 1844 roku Michael Eggart, śniady kołodziej, wydał doroczną odezwę do Friendly Moralist Society, jednej z licznych organizacji dobroczynnych w Charleston skupiającej wyłącznie kolorowych. Rozwodząc się nad osobliwym i niewygodnym położeniem czarnych wyzwoleńców spośród głównie Mulatów, tkwiących między ''niewzruszonymi przesądami białych ludzi'' oraz ''głębszą nienawiścią naszych braci o ciemniejszej skórze'', Eggart nalegał by nasz ''związek jako jednego ludu'' zajął należne mu miejsce na szczycie społeczeństwa Południa [!]. Niewielu ludzi czysto afrykańskiego pochodzenia mogłoby wstąpić do Eggartowskiego ''związku jednego ludu''.''

- wzorem zresztą przywódcy haitańskiej rewolty Toussainta-Louverture'a, który większość swych rasowych pobratymców miał za bandę ''leniwych czarnuchów'', zdatnych do wysiłku jedynie pod batem. Dlatego po przepędzeniu z wyspy francuskich władz bynajmniej nie zlikwidował niewolniczych plantacji, ale powierzył kontrolę nad nimi dowódcom swej murzyńskiej armii przekształcając je w swoisty ''agrarny militaryzm'', jak dziś historycy zwą zaprowadzony przezeń system rządów. Doszło wówczas do tak kuriozalnej sytuacji, że gdy czarni rewolucjoniści dokonali inwazji na hiszpańską stronę wyspy, poczęli tworzyć tam również oparte na pracy przymusowej plantacje, jakich nigdy dotąd nie było w owej części, przynajmniej nie w tej skali. Spokojnie można stąd założyć, iż triumf murzyńskiej rebelii i jej rozszerzenie na resztę Antyli a może nawet i Południe USA, doprowadziłby do powstania niewolniczego imperium tym razem jednak pod zarządem samych czarnych, stosujących brutalny wyzysk i okrucieństwo wobec innych Afrykanów przewyższające daleko te, do jakich zdolni byli ich biali panowie. Dalsze losy rewolucji na Haiti, łącząc najgorsze cechy jakobińskiego terroru z barbarzyństwem godnym afrykańskich kacyków, w pełni to potwierdziły. Koleje jej dziejów niczym w groteskowo krzywym zwierciadle powielają wszystkie patologie towarzyszące rewolucjom białych Europejczyków. Wszakże szczegółowe ich relacjonowanie zajęło by zbyt dużo miejsca w tym i tak obszernym wpisie, stąd wypada jedynie rzec, iż gdy Napoleon podjął próbę odzyskania władzy nad wyspą, murzyńską rebelię wsparli Brytyjczycy jak i Amerykanie, którzy takowe tępili u siebie z całą bezwzględnością. Pierwsi bowiem toczyli już wojnę na całego z Francją o prymat w Europie, co w ówczesnych warunkach oznaczało praktycznie nad całym niemal światem. Natomiast drudzy obawiali się, iż wojowniczy Bonaparte uzyskawszy bazę do dalszej ekspansji na Karaibach, zagrozi im bezpośrednio poprzez świeżo co odzyskaną na Hiszpanach Luizjanę, blokując tak drogą Jeffersonowi ekspansję wgłąb kontynentu jakeśmy to opisali uprzednio. Na ich szczęście inwazja francuskiego ''boga wojny'' i usadowienie przezeń mocno na Antylach zakończyły się niepowodzeniem min. przez polskich ''zdrajców rasy'' spośród byłych legionistów Dąbrowskiego, jacy nie mieli ochoty umierać za obcą im sprawę, przyłączywszy się do czarnych rebeliantów. Ocaliło im to skórę w trakcie zarządzonej przez następcę Toussainte'a jakim został Jean-Jacques Dessalines ''wielkiej rzezi białych'', z której wyłączeni zostali też co znamienne zamieszkujący wówczas wyspę niemieccy koloniści. W praktyce więc objęła ona głównie francuską ludność, kobiet i dzieci nie wyłączając pomordowanych przez Murzynów z niezwykłym wprost okrucieństwem i dzikością na jaką ich tylko chyba stać. Tropikalny odpowiednik Saint-Justa i podobnie jak tamten fanatyczny Boisrond-Tonnerre, choć sam pół-biały mieszaniec rasowy otwarcie masakrę pochwalał wołając, że haitańska deklaracja niepodległości winna być spisana krwią białego człowieka na pergaminie ze zdartej zeń skóry, maczanym w jego czaszce bagnetem! A mimo to Anglosasi, biali liberalni rasiści przecież, w podzięce za pogonienie Napoleona z Karaibów ufundowali czarnemu rezunowi Dessalinesowi koronę i okazałą karocę, gdy obwołał się groteskowym murzyńskim imperatorem uprzedzając tym nieco cesarski tytuł Bonapartego. Długo się wszakże panowaniem nie nacieszył zabity w zamachu przez innych żądnych władzy czarnych jakobinów, co stoczyło Haiti w krwawy chaos polityczny trwający tam do dziś, przerywany jedynie okresami tyranii jak oparta o wszechobecne na wyspie zabobony voodoo niesławnego Jean-Claude'a Duvaliera. 

Jak z powyższego widać, nie sposób pominąć ówczesnych dziejów Antyli w tekście poświęconym zagadnieniu murzyńskiego niewolnictwa w USA. Jeszcze ''antyetatysta'' Jefferson łakomie spoglądał na Kubę, snując plany jej inkorporacji do planowanego przezeń agrarnego ''imperium wolności'', ufundowanego faktycznie na niewolnictwie czarnych z którego sam korzystał, gromko deklarując uwielbienie dla żyjących z pracy własnych rąk ubogich białych farmerów. Podobny w tym był mu potomek jego ''profederalistycznego'' adwersarza i późniejszy prezydent John Quincy Adams, określający Kubę i Puerto Rico mianem ''naturalnego przedłużenia - dosł. przydatków - kontynentu północnoamerykańskiego'' [ Bartosiak pewnie nazwałby je ''wysuniętymi kasztelaniami'' ]. Wprawdzie Stany Zjednoczone okazały się wciąż za słabe w owym czasie na ekspansję zbrojną w rejonie Karaibów i ogólnie Zatoki Meksykańskiej, trzeba było stąd poczekać na nią aż do końca XIX wieku i wybuchu otwartego konfliktu z Hiszpanią o jej kolonie na Antylach i Pacyfiku. Niemniej grunt dla niej przygotowały nieudane jeszcze próby militarnego zaboru, podejmowane już w połowie stulecia z prywatnej inicjatywy przez takich awanturników jak William Walker w Nikaragui, czy Narciso López na Kubie i obie zakończone dla nich tragicznie. Mimo iż sam rząd USA oficjalnie odżegnywał się od takowych przedsięwzięć, a wręcz zdarzało się czynnie im przeciwdziałał, faktycznie cieszyły się one wsparciem ze strony wielu wpływowych wówczas polityków amerykańskiego Południa, a nawet co poniektórych finansistów i przemysłowców z Północy, jak choćby potentat spedycyjny Cornelius Vanderbilt, poróżniony w końcu na tle interesów z Walkerem, co przesądziło o losie tego ostatniego. Plantatorzy zaniepokojeni coraz wyraźniej zarysowującą się przewagą stanów północnych, upatrywali remedium w przekształceniu Karaibów i sporej części Ameryki Południowej w swe niewolnicze dominium. Żarliwie orędowało za tym wiele spośród rozpowszechnionych w Stanach Zjednoczonych od ich zarania lóż masońskich, oficjalnie potępiających wszelkie formy zniewolenia i ''despotyzmu'', oraz im podobne tajne stowarzyszenia na czele ze związkiem ''Rycerzy Złotego Kręgu'' zawiązanym właśnie w celu wspierania tejże ekspansji. Sam Walker podobnie jak i López byli wolnomularzami, co nie przeszkadzało im wszakże opowiadać się za niewolnictwem Murzynów, ale też jak wykazaliśmy swobody wedle takich jak oni miały być udziałem jedynie białych ludzi. Szczytem imperialnych dążeń Południa USA, i zarazem jego łabędzim śpiewem jak się okazało z czasem, stał się tzw. ''manifest ostendzki'' z 1854 roku sformułowany w sekrecie przez trzech amerykańskich dyplomatów, w tym przyszłego i zarazem ostatniego przed Lincolnem proniewolniczego prezydenta USA Jamesa Buchanana. Dokument ten postulował wywarcie nacisku na władze Hiszpanii, aby sprzedały Stanom Zjednoczonym upragnioną tak przez nie Kubę, gdyż nadal praktykowano na niej wtedy niewolnictwo, lub w przypadku oporu ze strony Madrytu wzięcie wyspy siłą. Ponieważ Pierre Soulé, jeden z sygnatariuszy nie trzymał należycie gęby na kłódkę, wybuchł wkrótce nielichy skandal kiedy rzecz wyciekła do opinii publicznej, stając się dla wrogów plantatorów dowodem na ich zakulisowe knowania szkodzące USA na arenie międzynarodowej. Należało stąd odstąpić na razie od ambitnych planów podboju, spokojnie można jednak założyć, że w przypadku zwycięstwa Konfederacji w Wojnie Secesyjnej tacy masoni w mundurach jak Nathan Bedford Forrest, przyszły pierwszy ''Wielki Czarnoksiężnik'' KKK, ochoczo przystąpiliby do realizacji budowy niewolniczego ''imperium wolności'' białych protestantów, sięgającego może nawet po Brazylię także opanowaną przez plantatorów-wolnomularzy, zazdrośnie strzegących sekretu swobód przed murzyńskimi ''profanami''. Zresztą pomieniony Buchanan za swej prezydentury wdał się również w awanturę tzw. ''ekspedycji paragwajskiej'', nie wchodząc w szczegóły tej kuriozalnej dość demonstracji zbrojnej jaka omal nie zakończyłaby się sromotną porażką USA, gdyby nie biegłość amerykańskiego dyplomaty przebywającego na miejscu, dowodzi ona jednak jak dalekosiężne ambicje żywili sprzyjający sprawie Południa politycy, nie mając wciąż po temu koniecznych sił.

Gwoli ścisłości nie wyparto tak całkiem wpływów Paryża z rejonu Antyli, a to dzięki francuskiemu kondotierowi Victorowi Huguesowi - choć sam pochodził z rodziny plantatorów jaka musiała uchodzić z Haiti przed buntem swych niewolników, ostał się deklaratywnie jakobinem i z rozkazu rewolucyjnych władz dokonał udanego desantu na Gwadelupę, odbijając ją z rąk brytyjskich okupantów. Następnie zaprowadził na wyspie rządy terroru za pomocą gilotyny, przywiezionej z Europy wraz z deklaracją wyzwolenia niewolników, opierając swój reżim na czarnych sankiulotach. Pod jego władaniem Gwadelupa stała się gniazdem rewolucyjnego piractwa, gdzie murzyńscy wyzwoleńcy na równi z wolnymi Mulatami i białymi jakobinami w tropikach, dokonywali licznych łupiestw przepływających wokół amerykańskich i angielskich statków handlowych, w tym także wiozących czarnych niewolników uwalnianych tym sposobem. Próby położenia temu kresu podjęte przez Brytyjczyków okazały się równie nieudane jak inwazja Napoleona na Haiti, a co więcej Hugues odniósł w kontrze spore sukcesy eksportując rewoltę na kilka sąsiednich wysepek. O ironio, jego tyrania rychło poczęła przypominać jedną wielką plantację z nim jako właścicielem wszystkich mieszkańców wyspy, korzystając obficie z pracy przymusowej ''wyzwolonych'' dopiero co Murzynów, zaś jakobiński terror w istocie posłużył mu za narzędzie eliminacji konkurencji spośród innych białych plantatorów. Deklarowane przezeń głośno rewolucyjne ideały nie przeszkodziły także w zabezpieczeniu własnych i swej rodziny interesów, czerpiąc zyski z wspomnianego piractwa oraz wyzysku czarnych obywateli obdarzonych na papierze wolnością, o korupcji już nie wspominając. Kiedy zaś inne zawiały polityczne wiatry z Europy, Hugues płynnie przedzierzgnął się z jakobina w thermidoriańskiego a następnie bonapartystowskiego lojalistę, przywracając z rozkazu Napoleona niewolnictwo na Gujanie francuskiej z równą gorliwością, jak wcześniej je bezlitośnie rugował, samemu ostawszy na koniec żywota plantatorem. Zmienne i burzliwe jego losy dowodnie okazują, jak realia toczącej się w owym czasie na Karaibach rewolucyjnej wojny rasowej między czarnymi a białymi, tworzyły wyśmienitą okazję dla kariery takich bezwzględnych cwaniaków jak on, gotowych do każdej zbrodni i przeniewierstwa w imię osobistego zysku, byle ich było na wierzchu. Wzniosłe ideały i napuszone hasła stawały się tu jedynie użytecznym narzędziem w rękach cynicznej kanalii, sprawnie manipulującej pokładającymi weń wiarę frajerami, przy okazji jednak świadcząc, iż konflikt ten nie był wbrew pozorom aż tak czarno-biały jak mógłby się na pierwszy rzut oka wydawać. Europejczycy w tropikach po równi mordowali się z Murzynami nie tylko wzajem, ale i pomiędzy sobą wykorzystując do tego innych czarnych, a ci z kolei stowarzyszając bywa w tym celu z białymi jak widać. W takowej dżungli przetrwać mógł jedynie prawdziwy polityczny kameleon, zwierzę idealnie przystosowane do warunków panujących w karaibskim klimacie, ot i fenomen Huguesa. Wracając do samych USA wspomnieć wypada, iż wprawdzie mitem jest powszechna służba wojskowa Murzynów w armii Południa, to jednak na samym początku konfliktu faktycznie wielu spośród licznych w owym czasie w Luizjanie wolnych czarnych sformowało oddziały do obrony Nowego Orleanu i okolic. Rychło jednak podziękowano im za służbę, bo reprezentujące interesy plantatorów władze secesjonistów zdecydowane bronić niewolnictwa jako podstawy swego statusu politycznego i materialnego, obawiały się ze zrozumiałych względów postawy takowych formacji, czy aby nie przyjdzie im do łba wywłaszczyć podobnych żydowskiemu właścicielowi Murzynów i konfederacie Judah Benjaminowi. Choć on sam pod koniec wojny czując nadchodzącą klęskę opowiadał się za ich uzbrojeniem, nie mając najwidoczniej już nic do stracenia, zresztą spieprzył w porę za ocean urządzając się ponownie na Wyspach jako popłatny adwokat. Zamykając temat jako ciekawostkę przytoczę, iż KKK ma swą feministyczną agendę w postaci organizacji ''cór Konfederacji'', zrzeszającej białe protestantki jakie w przeszłości urządzały min. wykłady Margaret Sanger, fundatorki proaborcyjnej Planned Parenthood. Ba, są tacy jak amerykański autor John Davis, który wprost upatruje korzeni współczesnego femin[az]izmu w ruchach politycznych na rzecz supremacji białych rasistek - autor jest przy tym gorącym zwolennikiem Berniego Sandersa, stąd żadną miarą nie sposób nazwać go ''prawicowym szowinistą'' czy inszym incelem. Cóż, faktycznie w sprawę emancypacji kobiet w USA zaangażowanych było wiele ''klanswomenek'' jak choćby Alma Bridwell White, nazwisko bardzo adekwatne dla jej postawy niezłomnej obrończyni wyższości białej rasy, ze szczególnym uwzględnieniem Anglosasów rzecz jasna, pierwszej ''biskupki'' protestanckiej sekty Pillar of Fire Church. Nie jest to żadnym kuriozum w kraju, gdzie związkowy ruch robotniczy zaczynał jako tajna organizacja masońska ''Rycerze Pracy'', w ogóle pogubić się można w mnogości tamtejszych ''świeckich zakonów'', w tym również kobiecych - temat niewątpliwie godny osobnego potraktowania.
 
...i znowu wbrew zapowiedzi muszę przerwać narrację, z racji obszerności zagadnienia przekładając jej dokończenie na za tydzień, gdzie ukażemy aktualny także dla nas w Polsce kontekst niniejszych rozważań.

 

sobota, 27 listopada 2021

''Musimy osiągnąć dobrobyt Murzynów za pomocą rasy panującej [ białych ludzi ]''.

- cytat ten autorstwa Oliviera W. Holmesa, amerykańskiego pisarza i medycznego innowatora, zaczerpnięty z dzieła historycznego Charlesa Bearda dobrze sądzę oddaje istotę obecnej ''woke'' i ''cancel culture'' [ choć nie było to oczywiście intencją żyjącego w XIX wieku literata ]. W związku z tym uznałem, iż należy przyjrzeć się ukazanemu mimowiednie w omawianej już tu pracy Kevina MacDonalda absurdalnemu, z pozoru niemożliwemu związkowi między anglosaskim liberalizmem a rasizmem. Dlatego nie mogę zgodzić się z takimi autorami jak Zbigniew Janowski, który w swym najnowszym dziele traktującym o ''Homo Americanusie'' zdaje się bronić ''starego, dobrego liberalizmu'' XIX-ego stulecia przed jego obecnymi ''wypaczeniami'', w postaci wspomnianej ''[anty]kultury unieważniania''. Powszechne niestety obecnie na prawicy utożsamianie tej ostatniej z jakowymś ''marksizmem kulturowym'' ignoruje choćby istotny wkład, jaki do tej zarazy wnieśli naziol Heidegger czy belgijski faszysta Paul de Man, który przeniósł jej bakcyle ideowe za ocean. Wszakże padły one tam jak widać na podatny grunt, musiało więc już istnieć coś w samej atmosferze liberalnej Ameryki, co sprawiło szerzenie się niczym pożar takowych bzdur. Ukazaniem tegoż stąd dziś się zajmiemy, jeśli zaś nazwany zostanę z tej racji ''socjalistą'' jakoby nienawidzącym patologicznie USA, przypomnę to nikt inny jak sam Karol Marks piał peany na część tego ''postępowego'' dlań kraju, uzasadniając przy tym niewolnictwo czarnych jako kategorię ''konieczną ekonomicznie'' [ poniekąd słusznie w ówczesnych realiach, jak się przekonamy ]. Natomiast w prywatnej korespondencji z Engelsem wyzywał od ''żydowskich czarnuchów'' Ferdynanda Lassalle'a, swego politycznego konkurenta do przywództwa w obozie lewicowych radykałów, nie krył również odrazy do ''dziedzictwa rasowego'' swego zięcia-Mulata Paula Lafargue'a. Rodzimym jankesofilom zaś, utożsamiających trzeźwą krytykę darzonego przez nich ślepym uwielbieniem mocarstwa z atakiem ''ruskiej agentury'' zwracam uwagę, że Rosją rządzą obecnie przecweleni politycznie na anglosaski neoliberalizm czekiści, na czele ze znanym entuzjastą podatku liniowego Włodzimierzem Putinem. Jakby tego mało, Kreml sprokurował ostatnio sobie ultrawolnorynkową, reżimową przystawkę w postaci partii ''Nowi ludzie'', a to by przeforsować balcerowiczowskie z ducha rozwiązania jak podwyższenie wieku emerytalnego, w Dumie zdominowanej dotąd przez nacjonal-bolszewickich ''populistów''. Bowiem nie idzie o to, że ''w Ameryce Murzynów biją'', gdyż obecnie to oni tam leją i zabijają innych, a nade wszystko samych siebie i to na skalę, o jakiej mógłby tylko pomarzyć Ku Klux Klan. Jestem pełen uznania dla osiągnięć cywilizacyjnych Stanów Zjednoczonych, tak w dziedzinie ustroju politycznego co i przemysłowej inwencji oraz budowy infrastruktury, niezależnie od ceny jaką przyszło za nie zapłacić w postaci niszczenia przyrody, rugowania Indian czy też omawianego tu zniewolenia czarnych ludzi. Wszakże nie powinno to czynić nas ślepymi na fakt, że wiedziony bezmyślną liberalną chciwością swych mieszkańców, kraj ten zafundował sobie ''przeklęty dylemat rasowy'', z jakim nie może poradzić do dziś na gruncie własnych fundamentów ideowych, więc brnie w coraz większe absurdy niczym w klasycznym schemacie ''ucieczki do przodu''. Pal licho, gdyby rzecz tyczyła jedynie samych amerykańskich elit, sęk w tym iż te sukinsyny wypierają problem winiąc zań nie tylko swych białych proletów, których przodkowie cierpieli często wyzysk i nędzę większe nawet od czarnych niewolników, ale co gorsza uczynili z tego swój ''towar eksportowy'' wciskając to gówno i nam, mieszkańcom Europy Wschodniej błędnie zwanej z niemiecka ''środkową''. Należy więc przeciwstawić się zarazie z całą stanowczością, a nie pomoże niestety w tym bezmyślne kopiowanie od amerykańskich ''neokoszerwatystów'' gadek o ''marksizmie kulturowym'', jako objaw co do zasady tegoż samego mentalnego kolonializmu, jak wszelkie ''dżendery'' i ''elgiebety'' na lewicy i u libertarian. Pora stąd na rzeczywistą emancypację od Zachodu poprzez porzucenie trawiących go wewnętrznych sporów ideowych i politycznych, tym bardziej kiedy jego czołowa dotąd potęga jaką były USA, zamienia się w odrębną ''państwo-cywilizację'' na wzór Chin czy Rosji [ o czym pisał ostatnio Marek Cichocki w ''Teologii Politycznej'' ]. Innymi słowy uznać należy oczywistą klęskę roszczeń do uniwersalizmu anglosaskiej [anty]kultury liberalnej, a nie ma bodaj lepszego dowodu na to niż kwestia murzyńska właśnie, i być może po to sami Amerykanie grzeją BLM i ''wokeizm'', by kolejny już raz w swych dziejach ''zrzucić skórę'', pozbywając się z właściwym im bezlitosnym pragmatyzmem zbędnych form ustrojowych, kto wie. Co jednak dla nich posłuży jako taran jedynie rugujący miejsce pod nowe rozdanie polityczne, przy naszych jakże odmiennych warunkach dziejowych musi okazać się wprost zabójcze, niwecząc zdolności mobilizacji i tak już słabnących mocno sił Polski. Zwyczajnie nie stać nas na takowe eksperymenty, bośmy krajem frontowym i nie posiadamy luksusu życia w otoczeniu ''mocarstw'' pokroju Kanady czy Meksyku. Tak więc precz z inwazją antycywilizacyjnego terroru zza oceanu, którego instrumentami są tak groteskowe instytucje, jak ''spec-komórka ds. równego traktowania'' na UJ! 

Przyjrzyjmy się stąd źródłom tegoż opętania ideologicznego, jakie liberalna Ameryka sprokurowała sobie poniekąd na własne życzenie, bowiem to jej kontekst polityczny czyni murzyńskie zniewolenie ewenementem historycznym, a nie jest ono bynajmniej nim jako takie. Nam akurat Polakom mówić tego nie trzeba, przynajmniej świadomym dziejów swego kraju - nie jest przecież przypadkiem, że pierwsze pisane świadectwo z terenów obecnej Polski pochodzi od żydowskiego handlarza niewolników Ibrahima ibn Jakuba, a właściwie Abrahama ben Jakoba [skądinąd ciekawym jak, i czy w ogóle przedstawiono rzecz na wystawie w muzeum ''Polin''? ]. Przybył on po nich do kraju Polan na zlecenie ówczesnego kalifa Kordoby Al-Hakama II, agresywnego pederasty i tyrana posiadającego harem słowiańskich i czarnych ''katamitów'', typ więc hołdował zasadzie, że ''aby życie miało smaczek, raz Murzynek - raz blondasek''. Oczywiście zgodnie z obecnie panującą modą kanalia została przedstawiona w haśle internetowej ''encyklopedii LGBT'', owszem jest takowa, jako mecenas sztuk wszelakich i nieomal ''humanista'' za przeproszeniem, bez wzmianki nawet o morderczych najazdach dżihadysty i łupieniu sąsiednich chrześcijańskich królestw, na jakich spędził prawie cały okres panowania [ poza gwałceniem w międzyczasie swych seksualnych niewolników ]. ''Słowiańskie nabrzeże'' w Wenecji nosi miano od targów niewolników jakie tam odchodziły, stąd miasto to może jak dla mnie spokojnie iść pod wodę, za wyjątkiem jedynie bazyliki św. Marka. Dziś kiedy przeżywamy małą inwazję nachodźców z Iraku na nasze granice warto przypomnieć, że tysiąc lat wcześniej niewolniczy szlak wiódł w drugą stronę, do Bagdadu i muzułmańskich krajów Azji Środkowej. Haniebny proceder odżył w czasach nowożytnych wraz z najazdami czambułów tatarskich na wschodnie ziemie dawnej Rzeczpospolitej, porywających głównie Rusinów aczkolwiek zdarzali się wśród nich także Polacy, i podobnie jak w epoce Abrahama ben Jakoba monopol handlu nimi na targach w Stambule dzierżyli żydowscy kupcy. Taki sam posiadali również na Antylach w stosunku do czarnych niewolników z kolei, o czym wzmiankę czyni w swym dziełku pod wymownym tytułem ''Żydzi, świat, pieniądze'' Jacques Attali, sam ''koszernego''' pochodzenia a w dodatku mason, stąd trudno posądzać go o antysemityzm. Pękam ze śmiechu widząc nazioli paradujących z flagami Konfederacji niewolniczego Południa USA, bowiem jednym z jej przywódców był żydowski plantator, właściciel murzyńskich niewolników Judah Benjamin. Wielu jego pobratymców posiadało również takowych, nie tylko w Stanach Zjednoczonych owej doby co nade wszystko w Brazylii, czynnie współuczestnicząc nawet w planach powołania wspólnego imperium opartego na ''darmowej'' pracy Murzynów, czemu kres położyła dopiero Wojna Secesyjna. Jak to już opisywaliśmy, przywołując obszerne fragmenty książki belgijskiego autora, jeszcze w XIX wieku europejscy kolonizatorzy musieli stoczyć batalię o Kongo z tamtejszymi muzułmańskimi handlarzami czarnych niewolników, w ogóle świat islamu w nie mniejszym stopniu uczestniczył w tym procederze, a nie słyszałem by któryś z jego prominentnych duchowych przywódców, szejk czy inszy imam przeprosili za to. W każdym razie akty ekspiacji, o ile w ogóle do nich dochodzi, równać się nie mogą ze skalą histerii ''Black Lives Matter'' na Zachodzie, poniekąd o tyle słusznie, iż stanowi ona jego poronione dziedzictwo i stąd problem, jak to zaraz wykażemy. Nikt zresztą nie handlował bardziej Murzynami co sami czarni Afrykanie, wiele tamtejszych królestw plemiennych zbudowało swą regionalną potęgę na łupiestwach i porywaniu pobratymców rasowych na ''żywy towar'', by wymienić choćby Dahomej - co ciekawe, istotną rolę odgrywały tu oddziały złożone z miejscowych kobiet, których okrucieństwo zyskało im miano ''matek-wiedźm''. Gwoli uczciwości należy dodać, że byli w tym podobni dawnym władcom Słowian, w tym niestety tyczy to również Polan zanim Mieszko ochrzcił swe państwo, a nawet i po tym akcie czeska Praga długo jeszcze pozostawała lokalnym centrum nikczemnych transakcji, o czym świadczy żywot św. Wojciecha. W ogóle zagadnienie słowiańskiego niewolnictwa wymaga pogłębionych badań i odpowiedniego nagłośnienia, niestety jednak tak się zapewne nie stanie z podanych wyżej przyczyn, bowiem zajmujący się nim naukowcy zachowując uczciwość naraziliby na zarzuty o ''antysemityzm'' oraz ''islamo-'' a nawet ''homofobię'', powtórzmy więc - pierdolić amerykańską ''poprawność polityczną'' i jej ''krytyczną antyhistorię''!

Sami Anglosasi zanim poczęli masowe niewolenie czarnych Afrykanów, wcześniej praktykowali je powszechnie na swych białych pobratymcach - tak pisze o tym Beard:

''Purytanie angielscy również nie wzdragali się szczególnie przed zapędzaniem białych mężczyzn i kobiet w służbę niewolną. Cromwell uważał Irlandczyków za odpowiednich do tego rodzaju stanu, sprzedał bowiem w niewolę na wyspy Barbados cały garnizon, który nie został wyrżnięty podczas masakry w Drogheda, a jego agenci trudnili się wyłapywaniem w Irlandii chłopców i dziewcząt celem sprzedawania ich na licytacji plantatorom angielskim w Indiach Zachodnich. Zdarzało się, iż nawet właśni rodacy Cromwella wpadali w sieci. W archiwach Londynu znajduje się żałosna petycja 70 Anglików uprowadzonych z Plymouth i sprzedanych na Antylach mniej więcej za ,,1550 funtów cukru za każdego z nich''. [...] Ten ponury handel stał się regularnym procederem tonącym w mroku licznych tragedii, ulice Londynu roiły się od kidnapperów nazywanych ''zjawami''. Żaden robotnik nie był bezpieczny; nawet żebracy bali się rozmawiać z kimkolwiek, kto wymówił przerażające słowo ''Ameryka''. Kupowano dzieci, sprzedawane przez zdeprawowanych ojców, sieroty - przez ich opiekunów, biednych lub niepożądanych krewnych - przez rodziny, którym sprzykrzyło się utrzymywanie ich. [...] Stwierdziwszy, że zapewnienie wystarczającego napływu białej służby przymusowej jest rzeczą trudną, założyciele kolonii z biegiem czasu zwrócili uwagę na niewolnictwo Murzynów. Ani purytanie, ani ich monarchistyczni przeciwnicy nie mieli skrupułów w czynieniu niewolnikami swych bliźnich, tego samego lub innego koloru skóry. Wydaje się, że uciekli się oni do Afrykańczyków raczej z konieczności, aniżeli na skutek własnego wyboru. Zarówno jedni jak i drudzy próbowali przekształcić w niewolników Indian, co jednak powiodło im się w nieznacznym stopniu.''

- dowodzi to, iż pierwotnie za niewolnictwem Murzynów nie stały motywy rasistowskie, co nade wszystko ekonomiczny pragmatyzm Anglosasów. Dopiero z czasem wraz z postępami retoryki emancypacyjnej i abolicjonistycznej o paradoksie, pojawiła się potrzeba uzasadnienia ''szczególnej instytucji'' jak niewolnictwo poczęli zwać plantatorzy, w kontrze do swych oponentów. Niewolnicy byli konieczni nie tylko prywatnym właścicielom, Korona brytyjska dawała tu przykład nabywając ich masowo do służby w armii - w zapoprzednim wpisie wspominałem już o przymusowym wcielaniu skazańców do wojska, ale dodać należy, iż jak szacuje Roger N. Buckley w swej pracy ''Slaves in Red Coats'', w latach 1795-1807 blisko 13 i pół tysiąca żołnierzy zakupiono, by służyli Imperium w kolonialnych regimentach na Antylach.

Stąd więc to nie samo niewolnictwo Murzynów w Ameryce jest niesłychanym skandalem, lecz czyni go rzeczywiście takowym towarzyszący mu liberalny kontekst dziejowy. Bowiem doszło doń nie w jakowejś ponurej satrapii pokroju carskiej Rosji, gdzie wszyscy poddani byli ''rabami'' cara, lecz w kraju opartym o idee wolnościowe, swobody handlu jak i nieskrępowanego wyrażania swej opinii. Rzecz w tym, iż ludzie mający gęby pełne frazesów o przysługujących wszystkim jakoby z natury prawach jednostkowych, bez względu na ich kolor skóry czy pochodzenie etniczne i klasowe, doprowadzili do urzeczowienia określonej rasowo grupy ludzi, a więc opartej o kryterium biologiczne i kolektywne. Lub co najmniej proceder tolerowali wbrew głoszonym publicznie zasadom radykalnego indywidualizmu, stojącego rzekomo przed wszelką wspólnotą. Stworzyło to piekielny wprost, niemożliwy do rozwiązania praktycznie do dziś problemat rasowy, podważający fundamenty ustrojowe USA zwyczajnie je kompromitując przyznajmy. Zwykle podnosi się w obronie argument, że przecież panująca za oceanem atmosfera liberalnych wolności doprowadziła w końcu do wyzwolenia czarnych - rzeczywiście, tyle że pomijany jest przy tym fakt, iż znoszeniu niewolnictwa Murzynów towarzyszył wzrost segregacjonizmu rasowego wobec nich w stanach Północy, które to jakoby ruszyły przeciw niemu do wojny z Południem. Gówno prawda za przeproszeniem - jak to już opisywaliśmy, poza nielicznymi na szczęście abolicjonistycznymi radykałami pokroju terrorysty Johna Browna, zdecydowana większość białych ludzi porwała się ochoczo na walkę z plantatorami min. po to właśnie, aby uwalniając spod jarzma tamtych wypieprzyć nienawistnych im ''czarnuchów'' z powrotem do Afryki. Bo też i masowa przestępczość, brutalne zbrodnie tych ostatnich nie poczęły się szerzyć dopiero w okresie amerykańskiej kontrkultury, lecz już wiek wcześniej zbiegli niewolnicy zasilali obficie lumpenproletariat miast na Północy USA, z wszystkimi tego konsekwencjami dla sąsiedztwa białych. Nie usprawiedliwia to wszakże drastycznych obostrzeń jakie zaprowadzali oni w swej obronie, wobec głoszonych przez się ''rozwolnościowych'' haseł np. cóż z tego, że teoretycznie Murzyn miał tam prawo oddać głos w wyborach, skoro zjawienie się w lokalu wyborczym groziło mu linczem? A też trudno u niego było o uzasadniony entuzjazm dla demokracji i liberalnych wolności, gdy wyznający te zasady rezerwowali je tylko dla siebie, tyranizując go niemal na każdym kroku swą pogardą i poniżeniem. Nic więc nie kompromituje bardziej liberalizmu i samej Ameryki opartej na jego wartościach, co taż monstrualna obłuda panująca w dziedzinie stosunków rasowych praktycznie od zarania tego kraju. Obnaża ona bowiem bezzasadność uniwersalistycznych roszczeń ideologii liberalnej, jej w istocie czysto anglosaski etnicznie i kulturowo charakter, któremu musi przeczyć aby pozostać nadal sobą, inaczej strąciłaby z piedestału tak hołubiony przez się indywidualizm, uznawszy prymat czynników wspólnotowych. W liberalnym ''stanie natury'' ludzie żyją osobno, nie ma w nim miejsca na żadne byty kolektywne ni przedustawną harmonię zgodnej jedności, dopiero jednostki mogą powołać takową na mocy ''umowy społecznej'' zawiązanej między nimi, tworząc w ten sposób efemeryczne z zasady ''społeczeństwo kontraktualne''. Nijak się to więc ma do opartych na kolektywnych kategoriach rasy, płci czy etniczności bytów społecznych czy politycznych, stanowiących dla każdego liberała w najlepszym wypadku groźny majak, horror wprost. Podkreślmy to z całym naciskiem: rzecz nie w skażonym białym paternalizmem litowaniu się nad ''biednymi Murzynkami'', bo ich barbarzyństwo jakiego do dziś nie zmogły biliony władowane w ''akcje afirmatywne'' jest wprost przysłowiowe, ale nie ma ono tu nic do rzeczy. Wedle liberalnej doktryny bowiem z samej natury poniekąd przysługują im ''prawa człowieka'', jeśli zaś dotąd nie nauczyli się z nich korzystać, to na jej gruncie jedynym uprawnionym wytłumaczeniem są relatywne okoliczności historyczne, społeczne lub ekonomiczne a Boże broń rasowe. Uznanie tych ostatnich wysadziłoby liberalny gmach ustrojowy Stanów Zjednoczonych, przecząc wierze w samodoskonalenie się jednostki na którym został ufundowany, skoro już na starcie byłaby ona predeterminowana do czegoś, lub też nie przez swe pochodzenie. Nie można stąd pogodzić jak tego chce Kevin MacDonald anglosaskiego indywidualizmu, z postulowaną przezeń ''obroną etniczną'' białych protestantów w Ameryce opartą o kolektywistyczny siłą rzeczy socjaldarwinizm, jak to już wykazaliśmy.

Tak oto sami Amerykanie stworzyli trawiące ich do dziś rasowe monstrum, z którym by sobie poradzić uczynili w końcu zeń... ''konstrukt społeczno-kulturowy''!:))). Trudno bodaj o lepszy przykład miary absurdu, w jaki zabrnęli chcąc pogodzić ''umowny'' i z konieczności indywidualistyczny charakter własnej doktryny liberalnej, z wymogami narzucanymi przez biologiczne, zbiorowe fenomeny rasy, płci czy homoseksualizmu, z jakimi przyszło im obecnie się mierzyć. Jest w tym przyznajmy swoista, popierdolona całkiem ale logika, by uzgodnić zasadę jednostkowego wyboru z przeczącymi jej fetyszyzowaniu, wymuszanymi przez naturę czy okoliczności dziejowe ograniczeniami. Ba, kwestią jednostkowej identyfikacji do ustalenia staje się sam status człowieczeństwa, stąd mowa już nie tylko o ''prawach zwierząt'', ale i roślin a nawet materii nieożywionej, przyznaniu praw wyborczych dla ropy, gazu czy węgla. Jeśli idzie o to ostatnie popieram w całej rozciągłości - pozwać tu za jego dyskryminację Unię Europejską, oskarżając o ''karbonafobię'' narzucane przez nią Polsce ''zielone łady''! Mówię serio, bowiem nie ma co wchodzić w rzeczowe dyskusje z cynicznymi szujami jak i nade wszystko opętanymi ideologicznie fanatykami, trzeba stąd wyznawane przez nich absurdy obrócić przeciwko nim samym, inaczej się nie da - chyba, że spuścić im wpierdol, ale kto to niby zrobi? Bo ruski agent Olszański jest mocny tylko w gębie, jak przystało na typowego napinacza; wracając do tematu: murzyńskie niewolnictwo w Ameryce kompromituje także wolnorynkową postać kapitalizmu, bowiem takową reprezentowały właśnie plantacje na południu USA i swoisty biznes jaki się wokół nich rozkręcił. Nie jest bowiem prawdą jakoby było ono ''zacofane'' względem Północy, wręcz przeciwnie - do czasu aż rozhulała się w pełni za oceanem rewolucja przemysłowa, to właśnie oparte na przymusowej pracy Murzynów plantacje były największymi na kontynencie przedsiębiorstwami! Stosującymi w dodatku złożone metody uprawy, odpowiadając przy tym za innowacje technologiczne jak słynna odziarniarka bawełny, niepomiernie przyspieszająca proces produkcji, cały czas udoskonalany przez właścicieli niewolników. Największe plantacje były w istocie gigantycznymi na owe czasy koncernami rolnymi, skrzyżowanymi przy tym z fabryką szczególnie jeśli idzie o przetwórstwo cukru w Luizjanie i jego wymogi, zaś sami biali plantatorzy mimo pozowania na ''arystokrację'' i czasami faktycznie takiegoż pochodzenia, nade wszystko rzutkimi przedsiębiorcami elastycznie reagującymi na zmienne koniunktury rynkowe, dostosowując sprawnie do nich produkcję. Dowodzą tego klasyczne badania autorstwa Stanleya Engermana i Williama Fogla, upada stąd mit rzekomo ''niskiej efektywności'' pracy niewolniczej, w przeciwieństwie do opartej o wolny najem robotnika, czy jak chciał Marks sprzedawanie przezeń własnej ''siły roboczej''. Wreszcie plantatorów można uznać za prekursorów korporacyjnego zarządzania ''ludzkim kapitałem'', by wycisnąć zeń jak najwięcej, opracowane przez nich w tym celu metody doczekały się usystematyzowania w postaci szeregu artykułów prasowych i podręczników, na czele z o jakże wymownym tytule: ''Management of Negroes''. Niewolnictwo okazuje się świetnie też współgrało z industrializacją, wbrew marksowskiemu jak i liberalnemu mitowi o ''postępie'' jaki nieść miała ''rewolucja przemysłowa'', znosząca jakoby feudalizm. Tymczasem plantatorzy z Karoliny Południowej i Georgii, starych niewolniczych stanów, byli w awangardzie przemian zarabiając krociowe sumy na wynajmie swych Murzynów do pracy w powstających tam fabrykach. Historyk Ira Berlin następująco przedstawia rzecz w książce ''Pokolenia w niewoli'':

''Dostępność niewolników na wynajem była także bodźcem do rozwoju wielu nowych przedsiębiorstw. Na terenach wiejskich kopalnie, kuźnie, warzelnie soli, a także rogatki, kanały i koleje polegały na pracy najemnych niewolników, ponieważ nowa klasa przedsiębiorców czerpała korzyści z zatrudniania ludności niewolniczej. W latach 40-ych i 50-ych XIX wieku w niektórych branżach wynajęci niewolnicy zajęli miejsce najemnych robotników. Najbardziej znanym przypadkiem były intensywnie rozwijające się zakłady Tredegar Iron Works w Richmond, gdzie strajk białych odlewników stał się pretekstem do przestawienia się na w większości niewolniczą siłę roboczą.''

Świadczy to wprawdzie o efektywności gospodarczej wolnorynkowej ekonomii panującej wówczas na Południu USA, lecz bazując na prywatnej własności ludzi ośmiesza ona całkiem liberalne idee - okazuje się zatem, iż można zagonić batem człowieka do produktywnej roboty, i uzgodnić to ze ''swobodą handlu''. Ta bowiem prawie nie schodziła z ust plantatorom i ich rzecznikom jak Calhoun, a to dlatego iż jako eksporterzy ziemiopłodów z bawełną na czele, byli wrogami wszelkiego protekcjonizmu w obronie słabego jeszcze wówczas przemysłu amerykańskiej Północy. Nie pozwalał im bowiem za dostarczany przędzalniom w Manchesterze surowiec kupować tanio produktów brytyjskich fabryk, zaawansowanych technicznie bardziej niż rodzime manufaktury, o niższej stąd jakości wytwarzanych towarów. Jednym słowem wolnorynkowi plantatorzy niewolniczego Południa Ameryki byli przedstawicielami kapitalizmu ''kompradorskiego'', uzależnionego od rynków zewnętrznych szkodząc tym samym sprawie uzyskania przez kraj samodzielnej siły ekonomicznej, opartej o własny przemysł i handel wewnętrzny. Owszem, industrializacja jak widać była do uzgodnienia z niewolnictwem, ale ciągle w niewystarczającym stopniu: do podnajmowania swych Murzynów fabrykantom zmusiło białych plantatorów ze ''starego Południa'' wyczerpywanie się rezerw posiadanych niewolników, na skutek ich masowego eksportu na Zachód dla potrzeb przeżywającego wówczas szczyt ekspansji biznesu plantacyjnego, w nowo powstałych wówczas stanach jak Teksas. Proceder ten napędzany wciąż trwającą koniunkturą na bawełnę i cukier dyktowaną głównie przez rynek brytyjski, siłą rzeczy stawał okoniem przeciw uzyskaniu gospodarczej niepodległości Stanów Zjednoczonych rozpatrywanych jako całość, a nie tylko poprzez pryzmat partykularnych interesów plantatorskiej ''arystokracji'' parweniuszy i dorobkiewiczów. Dlatego należało w tym celu złamać ich potęgę przemocą, skoro nie sposób było już uzgodnić interesów obu stron politycznego i ekonomicznego sporu rozdzierającego w owym czasie USA, tak daleko on wtedy zaszedł. W tym jedynie sensie niewolnictwo Murzynów stanowiło rzeczywiście kwestię kluczową, ze względu na jego kontekst gospodarczy i polityczny antagonizujący ostro białych Amerykanów. Można stąd rzec wbrew Marksowi, iż Wojna Secesyjna była ''rewolucją, w której jedna fakcja kapitalistów brutalnie wywłaszczyła drugą'', tak aby utorować drogę do rozwiniętej w pełni produkcji wielkoprzemysłowej, oraz uzyskania tym mocarstwowej pozycji kraju. Innymi słowy Ameryka aby stać się wielką musiała złamać ''święte prawo własności'', jedną ze swych  konstytutywnych zasad, pozbawiając majątku w postaci czarnych ludzi niemałą, liczącą ok. 350 tys. grupę plantatorów. Z nich zaledwie jakieś 8 tysięcy rodzin było potentatami posiadającymi więcej niż 50 Murzynów, całą resztę stanowili ''mikroprzedsiębiorcy'', zazwyczaj właściciele 2-3 a najdalej 10 niewolników. Razem jednak w ich ręku znajdował się człowieczy kapitał szacowany na olbrzymią do dziś sumę 4 miliardów ówczesnych dolarów [!], było to więc zaiste gigantyczne wywłaszczenie w pełni zasługujące na miano rewolucji - i to przeprowadzone rękoma innych liberałów i kapitalistów z Północy. Oczywiście sami Murzyni odegrali w tym procesie bierną rolę, zdatni z racji swego prymitywizmu jedynie do barbarzyńskich rabacji jak rebelia Nata Turnera, wyzuci niemal z osobistej własności poza skromnymi poletkami przydzielanymi z łaski pana, nie mając na to w wystarczającym stopniu odpowiednich instytucji politycznych i kulturalnych [choć nie całkiem ich pozbawieni jak się później przekonamy]. Dlatego mimo iż w czasie wojny z Południem do wojsk Unii wcielono ponad 200 tysięcy czarnych żołnierzy, nie poprawiło to w istotnym stopniu losu reszty ''afroamerykańskiej'' wspólnoty, skazując ją z ww. powodów na rolę instrumentu w krwawej próbie sił między konkurencyjnymi stronnictwami białych Amerykanów. Słabe elity murzyńskie, do tego skonfliktowane wzajem i pozbawione szerszego oparcia w masach czarnych wyzwoleńców, nie były w stanie zdyskontować wolności politycznych wywalczonych nie samodzielnie, lecz danych z inicjatywy białych radykałów z Północy, którzy uczynili to głównie we własnym interesie. 

Doskonale rzecz ilustruje historia powstania Czternastej Poprawki do konstytucji USA, jaka pod pozorem zagwarantowania ''Afroamerykanom'' przyznanych im świeżo swobód, zabezpieczała tak naprawdę korzyści ekspansywnego wówczas przemysłu kolejowego. Borykać się on bowiem musiał z wywłaszczeniami dokonywanymi przez lokalne władze i nakładanymi takoż podatkami, co uniemożliwiała wspomniana korekta wprowadzając nadrzędność prawa federalnego nad stanowym. Nie dziwota stąd, iż jej współautorem był John A. Bingham - prawnik towarzystw kolejowych, zwyczajnie centralizacja i ujednolicenie przepisów leżały w interesie wielkoprzemysłowego kapitału operującego już na skalę całego państwa, dla własnej pomyślności nie mógł on więc zależeć od kaprysów poszczególnych legislatur stanowych. Plantatorzy przeciwstawiali się również napływowi białej siły roboczej z Europy niezbędnej tymże fabrykantom z Północy, jak i bezpłatnym de facto przydziałom publicznej ziemi na Zachodzie rodzimym farmerom, co przesądziło ich los słusznie wysyłając na ''śmietnisko historii''. Główna wina tejże społeczności polega wszakże na sprowadzeniu do Ameryki rzesz ludzi obcych całkiem wartościom przyświecającym powstaniu Stanów Zjednoczonych, i nie mogło być zresztą inaczej, skoro wyznający je doprowadzili do urzeczowienia tychże czarnych mas. Coś niesłychanego - pal licho, gdybyśmy mieli chociaż do czynienia z jawnymi podziałami kastowymi, usankcjonowanymi kulturowo i religijnie jak w Indiach, ale tu doszło do zniewolenia barbarzyńskich wprawdzie, ale ludzi w otoczce liberalnych haseł wolności politycznych i swobody handlu! Do dziś przekleństwem ''afroamerykańskiej'' wspólnoty kładącym się na niej cieniem jest, iż jej przodkowie nie trafili na kontynent choćby jako biedacy, zmuszeni koniecznością ekonomiczną do poniżających zajęć, było znacznie gorzej: Murzyni od początku stanowili czyjąś własność, prywatny majątek swych białych panów, arcyliberalnych jeszcze do tego:). Należy więc skonfrontować się z tym oto smutnym faktem, iż wolność białego człowieka zarówno na Północy jak i Południu USA ufundowano kosztem zniewolenia lub wyzucia z wszelkich praw czarnego - oto piekielny wprost paradoks jaki legł u podstaw Ameryki i do dziś ją rozsadza. W niczym to jednak nie usprawiedliwia agresywnych rewindykacji murzyńskich bandytów z takich organizacji jak BLM czy też ''Czarne Pantery'' - raz, że jako koncesjonowane przez miejscowy reżim stanowią jedynie narzędzie w rozgrywkach państwowych elit, a ponieważ sami czarni nie posiadają ich tradycyjnie w wystarczającym stopniu, więc robią tylko za ''pożytecznych idiotów'' czy wręcz hołotę do wynajęcia. Kevin MacDonald w przywoływanej już pracy ''Kultura krytyki'' tak chętny do wyliczania faktycznie nader licznych Żydów wśród działaczy i -ek wspomagających, a faktycznie kierujących organizacjami czarnych rebeliantów w XX wieku, pomijając całkiem przy tym dużą grupę uwielbianych przezeń WASP-ów także udzielającym im wsparcia, trafnie akurat zauważył, iż nigdy nie zdarzyło się, aby na odwrót jakiś Murzyn czynnie przyczynił się do emancypacji żydowskiej mniejszości, lub którejś z białych np. dyskryminowanej i do dziś przez wielu otaczanej pogardą jak polska. Wymowne, ale czegóż się spodziewać po ludziach, którzy posiadali status czyjejś rzeczy powtarzam, nie wywalczyli sobie wolności ani byli zdolni ją zagospodarować, lecz dostali ją z przydziału poniekąd i w obcym im interesie. Oczywiście groteskowym byłoby sprowadzać historię USA tylko do tej jednej kwestii rasowej, poza jej obrębem pozostaje choćby ogrom dziejów podboju i zagospodarowania cywilizacyjnego przestrzeni północnoamerykańskiego kontynentu. Niemniej powtórzmy w kontekście liberalnych fundamentów ustrojowych tegoż państwa, rzecz faktycznie jawi się jako niesłychany wprost skandal, z czego waszyngtońskie elity najwidoczniej zdają sobie sprawę, skoro poczęły zacierać perfidnie tę czarną plamę na historii swego kraju lansowaną przez nie ''[anty]kulturą unieważniania''. W istocie jako ograniczone głównie do sfery polityki i obyczaju, jest to i tak mniej radykalne rozwiązanie, niż opisane wyżej pozbawienie ''ludzkiego majątku'' klasy plantatorów, podważające bowiem jedną z kardynalnych zasad liberalizmu jaką stanowi nienaruszalność prywatnej własności. O ironio powzięto je w imię pomyślności rozwoju w Ameryce Północnej kapitalizmu wielkoprzemysłowego, jak i rolnictwa jednako opartych o wolną pracę najemną, zakończonym niewątpliwym dziejowym sukcesem. Ukoronowaniem tegoż procesu stało się udzielenie przez amerykańską finansjerę pod koniec XIX wieku kredytu Imperium Brytyjskiemu, na wojnę jaką w owym czasie prowadziło ono z południowoafrykańskimi Burami. Rzecz dotąd nieprawdopodobna i symboliczna, wobec opisywanego w zapoprzednim wpisie uzależnienia USA od angielskiego kapitału jeszcze na początku stulecia. 

Przy okazji wychodzi też obłuda Brytyjczyków, którzy owszem znieśli handel niewolnikami, lecz jednocześnie korzystali z niego pośrednio nakręcając koniunkturę na bawełnę, co doprowadziło do niepomiernego rozrostu plantatorskiego biznesu w Ameryce, przeżywającego swój największy rozwój właśnie w ostatnich dekadach istnienia. Argument, że nie mogli temu zaradzić, gdyż embargo oznaczałoby znienawidzony dla liberałów ''interwencjonizm państwowy'' w gospodarce dowodzi jedynie, iż nie sposób było obalić niewolnictwa li tylko środkami ekonomicznymi, bo te jak widać doskonale mu sprzyjały. Powtórzmy stąd, bo to istotne: niewolnicza praca Murzynów byłą podstawą gospodarki wolnorynkowej panującej w południowych stanach USA, zarządzanej przez kastę zbijających na tym procederze ogromny kapitał zdeklarowanych libków. Zaślepieni chciwością rozwolnościowi durnie sprawili własnemu krajowi żywy do dziś problem rasowy, sprowadzając ogromne rzesze dzikusów wyrwanych przemocą z epoki kamienia łupanego przez swych afrykańskich ziomali, by opchnąć ich pazernym białasom. Żaden więc z potomków plantatorów, ni epigonów ideowych mlących ozorem liberalne komunały, nie ma prawa narzekać teraz na przestępczość i terror, jaki sieją obecnie na ulicach amerykańskich miast późne wnuki tychże niewolników. Jeśli ktoś sądzi, że takowy stan można by utrzymać, gdyby tylko nadal ''czarnuchy znały swoje miejsce'' nie pojmuje najwidoczniej, iż wedle wyznawanej przez ich właścicieli liberalnej doktryny posiadanemu przez nich ludzkiemu ''bydłu roboczemu'' przysługiwały przyrodzone mu prawa, z kardynalną zasadą ''samoposiadania'' na czele. Nijak to więc nie miało się do praktyki oraz realnego statusu Murzynów, no chyba że każden jeden dokonałby aktu całkiem dobrowolnej sprzedaży siebie w niewolę, o tym jednak zazwyczaj nie mogło być tu mowy - pomijając, czy takowa transakcja w ogóle znajduje uzasadnienie na gruncie ''wolnościowych'' reguł rynkowych, bo najtęższe liberalne łby wyłożyły się na roztrząsaniu tym podobnych sofizmatów. Uprzedzając ewentualne posądzenie o marksowski ''ekonomizm'' nadmienić wypada, iż sprawa miała swój wymiar polityczny i to na tyle zasadniczy, że dociekanie co tu robi za ''bazę'' a co jedynie ''nadbudowę'' jest równie bezsensowne jak dylemat ''kura czy jajko''. W całej ostrości problem objawił się już podczas uchwalania amerykańskiej konstytucji, gdy dla zrównoważenia przewagi ludnościowej północnych stanów, doliczono południowym by wzmocnić ich siłę głosu zamieszkujących je czarnych niewolników. Mniejsza już z tym, że nie posiadali oni żadnych praw politycznych, bo to jeszcze było do uzgodnienia z typowo liberalnym cenzusem majątkowym, ale formalnie nie stanowili nawet ludzkich jednostek jako własność, dosłownie ''rzecz'' swych panów! Równie dobrze można by w tworzonych później na ''dzikim Zachodzie'' stanach o ludności złożonej głównie z farmerów, traktować ich łącznie z posiadanym inwentarzem domowym: drobiem, świniami czy wołami etc. Wikłało to plantatorów w coraz bardziej groteskowe pseudouzasadnienia stanu niemożliwego w świetle wyznawanych przez nich samych haseł, prowadząc do prokurowania tak kuriozalnych kategorii prawnych jak ''zbiegła własność'', która to padła w niesławnym uzasadnieniu wyroku sprawy Dreda Scotta, wydanym przez Sąd Najwyższy USA. Owszem, krowa też może uciec chłopu z pola, ale nie jest zdolna do wytoczenia nikomu procesu w swym interesie, jak wspomniany przed chwilą czarny niewolnik:). Powoływanie się w kontrze na jakowąś ''niższość rasową'', pomijając już czy w ogóle zasadne, jest niezgodne z liberalnym indywidualizmem jako fenomen biologiczny i niezależny od jednostkowej woli, no chyba iż uznamy go za ''konstrukt społeczno-kulturowy''...  Paternalistyczne argumenty wysuwane przez wspomnianego już Johna C. Calhouna, najwybitniejszego niewątpliwie rzecznika niewolniczego biznesu, nie miały żadnego oparcia w ówczesnych amerykańskich realiach. Powoływał się on bowiem na przykład demokracji ateńskiej, faktycznie ufundowanej na niewolnictwie, bo ktoś musiał zapierniczać za wolnych obywateli, by mogli oddawać się swobodnym politycznie deliberacjom na agorze. Tyle że starożytne greckie polis były oparte na prymacie wspólnoty przed wszelką jednostkowością, zupełnie inaczej niż w modelu nowożytnej demokracji liberalnej. Ta zakładała na odwrót pierwotne, i co najważniejsze NIEODWOŁALNE poróżnienie ludzkich jednostek, a wynikająca stąd społeczna atomizacja była paradoksalnie jej warunkiem. Bowiem zabezpieczała przed tyranią większości, uniemożliwiając wytworzenie jakiejkolwiek wspólnoty na tyle znacznej, aby narzucić reszcie swą wolę, jak wykładał to w jednym z ''papierów federalistycznych'' James Madison. Kontrował on w ten sposób klasyczne już zarzuty przeciwko republice jako ustroju realnym do zaprowadzenia tylko na małym terytorium - faktycznie tak było w starożytnym paradygmacie, opartym na politycznej spoistości wspólnoty. Tymczasem liberalizm zastępował go pojęciem multitudo, czyli wielości nieuzgadnialnych wzajemnie jednostkowych dążeń tworzących razem chaotyczną kakofonię, wedle jednak takich ''ojców założycieli'' amerykańskiej niepodległości jak Madison to dobrze, gdyż rozproszenie ludzi na ogromnych obszarach i w stosunkowo nielicznych jeszcze wtedy w Ameryce skupiskach ludzkich, dawało gwarancję wolności od demokratycznego Behemota jakim była ''tyrania większości''. Oczywiście podobny [nie]ład był do utrzymania jedynie przy braku w sąsiedztwie jakiegokolwiek silnego państwa, co żeśmy uprzednio wykazali, stąd Calhoun mógł snuć bezpiecznie swe pre-libertariańskie, uczone dla nas brednie - i tak przyznajmy mu przynajmniej starał się jakoś uzasadnić swą postawę, wznosząc przy tym na szczyty sofistycznego zakłamania. Natomiast wyłącznie temu, że zdecydowana większość plantatorów jako pazernych i nastawionych do bólu pragmatycznie dorobkiewiczów, nie zadawała sobie w ogóle takowych pytań zawdzięczać należy, iż nie dostrzegali oni rażącej sprzeczności między ''wolnościowymi'' ideałami jakim oficjalnie hołdowali, a ich polityczną i społeczną praktyką wobec ludzi innej rasy. Nieważne powtarzam, iż w swej masie beznadziejnie wprost barbarzyńskich i niezdatnych do rządzenia się samemu, bo to jedynie dowodziło fałszywości uniwersalizmu liberalnych frazesów, jakimi posługiwali się sami właściciele czarnych niewolników. Beard cytuje w swej pracy jednego z tych bałwanów, jakiegoś masona zapewne a okultystę na pewno, gdyż nadał on ''szczególnej instytucji'' eksploatacji Murzynów alchemiczną wprost sankcję. Konkretnie:

''pewien ,,duchowny'' ze szkoły Swedenborga noszącej nazwę ''Kościół Nowej Jerozolimy'', już był sformułował ''filozofię duchową'' niewolnictwa w terminologii swej sekty: ''Przez niewolnictwo duchowo-cielesna zasada Afrykanina podporządkowana zostaje naturalnym lub naukowym elementom życia białego człowieka. Biały za niego myśli i wyraża wolę, decyduje o jego postępkach, odżywianiu się, odpoczynku, pracy itp. ... Jakież jest następstwo takiego stanu rzeczy? Cielesno-duchowa istota niewolnika zostaje wprzęgnięta w służbę ożywczej natury białego człowieka i zasilana przez nią. Jego przyrodzona tępota jest rozproszona. Sfera porządku, sprawiedliwości i pracy w którą został włączony, przeciwstawia się tkwiącemu w nim duchowi zła, jaki stopniowo go opuszcza... Przechodzi on proces, który przewidział dlań Stwórca, a który doprowadzi go do prawdziwej wolności i ostatecznego zbawienia. Więzy czynią wolnym, a zatem są to więzy sprawiedliwe.''

...i w tym miejscu jestem zmuszony przerwać niniejsze rozważania, gdyż widzę nie dam rady jak planowałem za jednym razem opędzić się z tematem liberalnego zniewolenia człowieka przez człowieka. Zbyt jest obszerny nawet przy pobieżnym jak tutaj potraktowaniu, stąd kończę na teraz, zapraszając za tydzień jak dobrze pójdzie na publikację części drugiej i ostatniej.

 

niedziela, 21 listopada 2021

O przekraczaniu granic i zatracie wszelkiej miary.

Dziś krócej niż poprzednio na zadany temat, bowiem uznałem, iż zanim przejdę do dalszego omawiania patoamerykanizmu, wpierw uporać należy się z trawiącym nas fenomenem wynarodowionych kurew, na czele z cwelebrytami o zdeprawowanych kanaliach w mundurach i sutannach już nie wspominając [ bo niestety nie wszyscy z nich stanęli tu na wysokości zadania, o czem potem ]. Otóż nawet jeśli liberalizm nie stworzył tego groźnego zjawiska, to niepomiernie je wszakże spotwornił, ze swym wynoszeniem jednostkowego wyboru aż do absurdu decydowania o ''samoidentyfikacji płciowej'' i tego typu bzdetach. Wedle ultraliberalnej austriackiej szkoły ekonomii nie ma przecież jakoby obiektywnych kryteriów ludzkiego działania, jego celem jest zaspokojenie li tylko całkiem subiektywnie pojmowanego dobra przez indywiduum. W efekcie ludzie z tak zrytymi łbami nie pojmują, że subiektywnie pojmowane dobro - np. pomoc ''humanitarna'' nachodźcom - może prowadzić do obiektywnego zła jakim jest faktyczne wspieranie agresji na nasz kraj obcego reżimu. I to właśnie tego, który przez tych samych zjebów jest oskarżany o łamanie tak wielbionych przez nich ''praw człowieka'', wysługującego się nienawistnemu im rzekomo za swą ''homofobię'' Putinowi! Klinicznym przykładem takiej postawy jest Christopher Lingle, profesorzyna z rozwolnościowego Universidad Francisco Marroquín w Gwatemali - nie pozostawia co do tego wątpliwości Mises jako patron uczelnianej biblioteki, a Hayek i Milton Friedman sal wykładowych. Gość produkuje się również na imprezach organizowanych przez rodzimych wyznawców misesizmu, obok Baal-cerowicza i starego zboka Donalda McCloskey, który ''wybrał sobie płeć'' ostając się Deirdre. Lansuje go także PAFERE czyli polsko-amerykańska fundacja grupująca ''ostatnich Mohikanów'' koliberalizmu, wypieranego coraz mocniej przez ekspansywny LGBTarianizm. Słuchałem wywiadu jaki przeprowadziła z nim na swym tubowym kanale, gdzie wywnętrzniał się na temat Singapuru, faktycznie darzonego przez naszych libków uwielbieniem kompletnie bez zrozumienia istoty panującego tam reżimu. Niemniej jego krytyka jaką przeprowadził Lingle stanowi kliniczny wprost objaw rozwolnościowego spierdolenia umysłowego, o jakim tu mowa: niesamowite - facet sam przyznaje, że zamordystyczne rozwiązania prawne Singapuru pochodzą jeszcze z czasów brytyjskiej władzy kolonialnej, a mimo to ślepo zachwala anglosaski liberalizm, który był przecież ideologią panującą tegoż kolonialnego imperium! Zarzuty jakie wysuwa wobec Singapuru spokojnie można też odnieść do macierzy liberalizmu - gigantyczna pralnia ''brudnych pieniędzy''? Ależ czym innym niby jest londyńskie City, a zwłaszcza pozostające w większości pod kontrolą Brytyjczyków ''raje podatkowe''?! Singapur zwyczajnie odrobił lekcję od swych niegdysiejszych panów, i postanowił zostać dalekowschodnim odpowiednikiem City, jak widać udało mu się. Patriotyzm wpajany młodym podczas obowiązkowego przeszkolenia wojskowego wadzi rozwolnościowcowi, podobnie jak surowe karanie występków przeciwko państwu - oba rozwiązania tymczasem godne pochwały, bo dzięki temu żadne wynarodowione kanalie nie śmią tam bluzgać bezkarnie na swe państwo i naród jak u nas. Żaden ichni głupi Franek czy insza Jachira, o patocwelebrytach już nie wspomniawszy nie mają nawet szans działać otwarcie w imię obcych interesów, mam gdzieś ''wolność słowa'' jeśli oznacza ona przyzwolenie na szerzenie się podobnych patologii rujnących wspólnotę i dobro ogółu. Żałować stąd wypada, iż podobnych rozwiązań nie ma i u nas - końcówka wywiadu zaś dobiła mnie już całkiem: następny domorosły ''geniusz'', który wie lepiej od największych bankierów świata jak się prowadzi finanse, bo naczytał się przegrywa Misesa, gdy to Keynes na którego tak pomstuje doskonale radził sobie na rynku spekulując akcjami z zyskiem, widać stąd kto lepiej znał realia kapitalizmu. 

Tak więc Christoper Lingle to kolejny wolnorynkowy gamoń, któremu fanatyczne zaślepienie liberalnymi ideami nie pozwala dostrzec, iż Zachód sam zapędził się w kozi róg swym ''rozwolnościowizmem'' jaki tak wychwala. Jak niby ''ograniczony rząd'' i ''państwo minimum'' mogłoby dać sobie radę w konfrontacji z autorytarnym czy wręcz totalitarnym reżimem jak III Rzesza, ZSRR czy obecne postkomunistyczne Chiny? ''Prywatne agencje ochrony'' miałyby szansę w zderzeniu z regularną armią potężnego, scentralizowanego państwa? Jedynie etatystyczny ''New Deal'' Roosevelta stanowił okazję dla USA wyjścia obronną ręką z morderczego zwarcia jakim była II wojna światowa. Facet nie widzi, że Amerykanie to cholerni historyczni szczęściarze: nigdy nie musieli się mierzyć na lądzie przynajmniej u siebie z mocarstwami, jak niestety my tu w Europie w swych dziejach. Możesz sobie bajdurzyć o libertariańskich farmazonach, gdy za sąsiadów masz takie groźne ''potęgi'' jak Meksyk czy Kanada, szkoda gadać. Pomijam już, że wbrew temu co bredzi Lingle, konstytucja USA powstała właśnie z potrzeby ustanowienia jednolitego rządu federalnego, tak aby skończyć z dotychczasowym sobiepaństwem poszczególnych stanów, szkodzącym całemu krajowi. Dlatego przyznano w niej min. dyktatorskie uprawnienia prezydentowi na czas wojny, wyposażając go kiedy trzeba w iście monarszą władzę, zgodnie ze starożytnym wzorcem republiki. Jednym słowem tacy rozwolnościowcy jak Lingle są najlepszym dowodem, czemuż to Okcydent przegrywa w konfrontacji ze Wschodem, i nie dziwota stąd, że pozbywa się ich zsyłając do Gwatemali a samemu zrzuca liberalną skórę porzucając uniwersalizm swych praw ekonomii i człowieka, ewoluując w kierunku osobnej cywilizacji na wzór chińskiej właśnie. Najśmieszniejsze, że bałwan sam przyznaje podczas wywiadu, iż jego prognozy co do rozpadu Chin okazały się gówno warte, a mimo to nie daje mu to niczego do myślenia i dalej jak gdyby nigdy nic sadzi te swoje rozwolnościowe farmazony bez pokrycia. Arogancja takich skurwysynów doprowadza mnie do szału, a to wszystko przez bezkarność ich niekompetencji, wręcz nagradzanej akademickimi grantami jak widać, toż samo tyczy lewackich zjebów jak omawiany już tu nieraz głupi Jaś Sowa. Dopóty takie chuje będą futrowane gigantyczną kasą od państwowych i nade wszystko prywatnych fundatorów, nic się pod tym względem nie zmieni a wręcz będzie coraz gorzej. Sponsor płaci to i wymaga - niestety rzecz nie jest obojętna politycznie, i tyczy również nas grożąc śmiertelnie żywotnym interesom kraju, stanowiąc objaw głębszej patologii. Miejmyż odwagę to przyznać, ryzykując miano ''ruskiego agenta'': w obecnym ataku na polskie granice biorą udział Amerykanie, choćby swoją propagandową szczujnią TVN kontrolowaną przez ich kapitał, a bazującą przecież na posowieckich służbach wojskowych. Nie jest przypadkiem sądzę, iż na dniach ukazała się książka amerykańskiego reportera Johna Pomfreta o wymownym tytule: ''From Warsaw with love'', opisująca min. jak to CIA zapłaciła WSI za tajny ośrodek w Starych Kiejkutach. Tłumaczy to również harce medialnych funkcjonariuszy reżimowej CNN na granicy z Białorusią, i szerowanie agitpropu nachodźczego Łukaszenki/Putina. W ogóle czas byśmy otrzeźwieli w końcu co do wzajemnych relacji Stanów Zjednoczonych i Rosji, tyczy to nie tylko jankeso- ale i autentycznych rusofilów jak Rękas, który pierdoli o ''katechonicznej'' rewolucji październikowej, co to niby miała ochronić świętą Ruś przed anglosaskim imperializmem. Ignoruje przy tym bezczelnie, że zrabowane przez bolszewików gigantyczne na owe czasy zasoby carskiego złota, opchnęli oni londyńskiemu City i Wall Street, jak opisał to kompetentnie amerykański historyk Sean McMeekin w pracy o adekwatnym tytule ''Największa grabież w historii''. Sztandarowe projekty zaś stalinowskich ''piatiletek'' jako to Magnitogorsk czy fabryki Stalingradu były dziełem Amerykanów, nie dziwota stąd, iż Roosevelt stawał wprost na głowie aby odwieść Japończyków od inwazji na ZSRR w trakcie wojny z Hitlerem, skoro tyle zainwestował w ten kraj. Bo też to stalinowska Rosja wzięła na siebie główny ciężar walk z III Rzeszą, płacąc przy tym straszną cenę niepomiernych strat ludzkich i materiałowych, uzyskawszy dzięki temu jedynie biedniejszą i zrujnowaną wojną część Europy, kiedy Amerykanom dostała się bogatsza o ileż mniejszym kosztem. Rooseveltowi udało się także wojną zamienić dwa oceany w wewnętrzne amerykańskie morza, windując swój kraj do statusu nie tylko jak dotąd gospodarczego, ale i militarnego już światowego mocarstwa. Tak więc mimo rozpanoszonej wówczas w USA, sięgającej aż po szczyty władzy sowieckiej agentury, patrząc z perspektywy to jednak Stalin wychodzi na frajera i sługusa wręcz, o ile nie agenta Anglosasów robiąc dla nich tak ''brudną robotę'' za bezdurno niemalże. Serwowany na takie dictum zwyczajowo tekst zdemenciałego Lenina o kapitalistach, co to ''sprzedadzą sznur na którym ich powiesimy'' znamionuje nieomylnie przegrywów i debili, totalnie nie kumających w czym rzecz. Wystarczy mieć na uwadze co piszą sami Amerykanie jak John Mearsheimer, który w swym ''Tragizmie mocarstw'' wykłada sprawy wprost: ''Dla każdego inteligentnego obserwatora powinno być oczywiste, że Stany Zjednoczone mówią jedno, a czynią drugie. Przywódcy innych krajów wielokrotnie zwracali uwagę na tę cechę amerykańskiej polityki zagranicznej. Już w 1939 roku E. H. Carr zauważył, że w państwach kontynentalnej Europy narody anglojęzyczne uchodzą za ''mistrzów sztuki skrywania egoistycznych interesów narodowych pod płaszczykiem dobrych intencji'', dodając, że ''tego rodzaju hipokryzja jest szczególną i charakterystyczną cechą duszy anglosaskiej''. 

Paradoksalnie jest to pocieszające w kontekście obecnego zaangażowania Wlk. Brytanii w Polsce jak i na Ukrainie, wygląda iż Londyn przejął od Waszyngtonu rolę naszego protektora, ostatecznie ministra finansów mamy tradycyjnie namaszczonego przez City... Przy całym moim sceptycyzmie do Anglosasów to jednak dobrze, gdyż sami niestety nie damy rady rusko-niemieckiej hydrze, a Brytole mają narzędzia dla poskromienia Moskwy, choćby większość rajów podatkowych w których rosyjska oligarchia trzyma kasę jest pod ich władaniem jako się rzekło, obaczymy. Dlatego właśnie należałoby nauczyć się nieco przebiegłości w interesach od ''perfidnego Albionu'' czy jego godnych następców zza oceanu, a nie jak to ciele łykać bezkrytycznie każdy serwowany przez nich śmieć, mniejsza czy to ''wolny rynek'' czy też insze LGBT, o groteskowo obcym nam ruchu Black Lives Matter już nie wspominając. Oto paradoks z jakim musimy się zmierzyć: aby nabrać koniecznego dystansu do Anglosasów musimy ich wreszcie lepiej poznać, i wcale nie wyklucza to współpracy, wszakże aby nabrała choć nieco bardziej wyrównanego dla nas charakteru, trzeba abyśmy trzeźwiej w końcu zaczęli patrzeć na ich faktyczne intencje. Nie żywiąc przy tym najmniejszych złudzeń, że przy pierwszej zmianie koniunktury dziejowej sprzedadzą nas jak to uczynili choćby za komuny, dogadując się ponad głowami Polaków z Sowietami i ich lokalnymi agentami. Skoro tak, należy chociaż zadbać aby zapłacono za nas możliwie największą cenę, a nie jak wspomniane WSIoki wziąć od CIA marne 30 mln dol. co w skali międzynarodowej stanowi nędzne grosze - jak ktoś pięknie skomentował w owym czasie rzeczoną transakcję: ''nie dość, że rządzą nami kurwy, to jeszcze do tego tanie''. Mam poważne wątpliwości, czy faktycznie zaszła pod tym względem aż taka ''dobra zmiana'' jak to przedstawiają prorządowe media, ale nie będę już tego roztrząsał, dobrze chociaż, iż skończone kanalie pokroju gen. Różańskiego nie dowodzą wojskiem RP. Bydlak w samym ogniu konfrontacji granicznej szerzył dezinformację na tyłach, o tym jakoby służący tam nasi żołnierze chodzili wygłodzeni - w Singapurze już wiedzieliby co robić z takimi ''wojskowymi''. Podobnie jak z tchórzliwymi i leniwymi pizdami w mundurach, które słały masowo L4 by się tylko wymigać od strzeżenia granic państwa przed obcą agresją, do czego zostali powołani. Już widzę jak taki ''żołnierz'' wysyła zwolnienie na front w '39, że przykro mu wielce, ale nie może bronić Ojczyzny jak ślubował, bowiem główka go boli albo ma ziazi w brzuszek. Jestem beznadziejnym cywilem powtarzam, dlatego nigdy nie pchałem się w kamasze, stąd przez to właśnie nie mieści mi się w głowie, że można iść do armii nie chcąc wcale walczyć! To po ki chuj tam leziesz nieudaczny skurwysynu - aby pierdzieć w stołek?! Takim jako pierwszym należy się gromkie: ''wypierdalać pasożyty jebane''!!! Gdzie podziała się kurwinoza i POlactwo tak chętne do wyrzekania na ''hołotę przekupioną za pińscet'' - nie boli was dupa nędzne gnidy, że z ''waszych podatków'' utrzymywana jest armia bezproduktywnych łajz i leserów? Podobnie jest ze wspomnianymi akademickimi skurwielami, wyrzekającymi na swe państwo narodowe jakiemu zawdzięczają uniwersytecką karierę, toż samo rzec można o wielu nauczycielach, lekarzach itd. aż odechciewa się człowiekowi bronić państwa, które sabotują jego właśni funkcjonariusze. Na szczęście wciąż jest sporo tych, co należycie pełnią swą służbę i tym cześć i chwała, ale pies mordę lizał całej reszcie wynarodowionych ameb, które albo otwarcie plwają na swój kraj, lub co gorsza bezczelnie drapują się w szaty ''patriotów'' bolejących nad ''niszczeniem państwa''. Zapominając jedynie dodać, iż chodzi wyłącznie o ICH państwo - należy do nich niejaki ppłk Olborski, wygląda jedna z tych komunistycznych świń kupionych na miejscu przez Amerykanów i to tanio jako się rzekło. Wywiad z nim szerowany ostatnio na wykopku zawiera tak monstrualne stężenie półprawd pomieszanych z ordynarnymi kłamstwami, że nawet nie chce mi się szczegółowo ich roztrząsać. Po co zresztą, skoro facet sam sobie przeczy chrzaniąc jakoby kryzys na granicy z Białorusią był ''naszą winą'', bośmy nie podjęli dialogu z reżimem Łukaszenki, po czym sam stwierdza na koniec, że ''baćko'' ani przez moment nie miał na to ochoty, a co najwyżej zwodził polskie władze. Bowiem owszem grał na siebie, ale od początku orientując się na Moskwę - kto jeszcze pamięta, że jego kandydatura była rozpatrywana serio wśród następców Jelcyna? A tytuł ten sprzątnął mu spod nosa właśnie Putin, po latach prokurując na miejscu opozycję ślącą wiernopoddańcze dlań adresy jak Cichanouska ostatnio, o czym w naszych ''wolnych mediach'' cisza, chyba jedynie Budzisz o tym wspomniał a i to półgębkiem. Polskim rządom można stąd jedynie zarzucić żyrowanie rozgrywki o władzę w ramach ''ruskiego miru'', faktycznie daliśmy się wystawić do wiatru swym ''prawoczłowieczym'' zaślepieniem rodem z Zachodu, o czym pisałem onegdaj, nie znaczy to wszakże iż należy nam się srogi łomot od białoruskiego tyrana, jak bodaj chciałby tego Olborski, niechże więc się kurwa zamknie.

Pal licho starzejących się, zgorzkniałych ubeków, którym wieko od trumny poczyna wystawać z dupska, gorzej iż podobne brednie szerzą także przedstawiciele młodszego pokolenia rodaków, jak choćby Krystian Jachacy z ''Pracy Polskiej''. Wielka szkoda, boć nie kryję obiecywałem sobie sporo po tym środowisku, w obliczu wolnorynkowego przecwelenia RN i spacyfikowania całej reszty narodowców przez PiS za pomocą Roberta ''mimo wszystko Duda'' Bąkiewicza. Fajnie jest sobie pomanifestować robiąc przy tym focie z ''marszowym Murzynem'', dla przypodobania liberalnym i lewackim śmieciom, że to nie jesteśmy wcale takimi rasistami jak nas w ''gejzecie'' piszą. Tylko co z tego, jak później przyjdzie wrócić do szarej realności, gdzie nas codziennie dymają na kasę, traktując niczym białych Murzynów właśnie. Cieszy stąd, że Jachacy podnosi kwestię statusu ekonomicznego i politycznego obecnej Polski, której bliżej do lepiej rozwiniętych państw latynoamerykańskich, azjatyckich czy nawet afrykańskich i to z nimi winniśmy się porównywać, bo głoszę to samo już od dłuższego czasu. Nie ma więc co kreować się na jakoweś ''przedmurze syfilizacji judeołacińskiej'', jak to niestety znaczna część jak nie większość naszej prawicy czyni, dlatego ''Praca Polska'' jawiła się jednym z tych środowisk, co stwarzają szansę na wyjście z politycznego impasu w jakiej ona utkwiła. Niestety wokół całej inicjatywy poczęły kręcić się jakieś dziwne persony, gotowe tylko w kółko ględzić o Żydach, zamiast wzorem ''wroga rasowego'' zorganizować wreszcie jakie solidne polskie lobby, a jakby tego mało napatoczył się też Ronaldinho LaSSecki nie kryjący nawet żywionego przezeń uwielbienia dla Rosji, otwarcie biorąc przy tym w obronę nędznego prowoka Olszańskiego. Sam Jachacy także kolportuje brednie białoruskiej propagandy jako się rzekło, rezonując zupełnie jak ubek Olborski żeśmy niepotrzebnie wspierali tamtejszą opozycję przeciw Łukaszence, no i mamy co chcieliśmy. Zabawne przy tym, że pan Krystek powiela w gruncie rzeczy narrację zachodnich mediów, odmiennie ją tylko wartościując, tymczasem błędnym jest założenie jakie ich wzorem czyni, iż protestujący przeciwko reżimowi Łukaszenki opowiadali się za Zachodem i ''demokracją liberalną''. Zdecydowana większość demonstrujących na czele z liderami była i jest nastawiona prorosyjsko, Cepkałowie czy sama Cichanouska otwarcie i wielokrotnie zwracali się z apelami do władz na Kremlu o polityczną interwencję, toteż w końcu Putin właśnie na dniach oficjalnie wezwał ''baćkę'' do ''dialogu'' z opozycją - znaczy Łukaszenko jest na wylocie, pytanie tylko kiedy nadejdzie kres jego władzy i czy w równie dramatycznych okolicznościach, jak załatwienie przez KGB z błogosławieństwem Zachodu Ceausescu. Skądinąd podobny proces zaszedł także w Rosji, gdzie Londyn obecnie kojarzy się nie z ''ostoją wolności politycznych i obyczajowych'', co raczej z miejscem lokowania kapitałów ukradzionych w kraju przez złodziejską oligarchię rządzącą. Nade wszystko zaś budzi mój najgłębszy sprzeciw stanowisko Jachacego, jakoby tylko kwestie ekonomiczne były istotne dla przyszłości Polski, natomiast światopoglądowe bynajmniej. Otóż jak słusznie akurat zwrócił uwagę Lasecki podczas konferencji ''Pracy Polskiej'', największe korporacyjne giganty lansują określoną agendę światopoglądową, wystarczy obaczyć jak potężne kapitały stoją za nachalną, terrorystyczną wprost promocją LGBT, genderu itd. Lekceważenie kwestii ''tęczawego kapitalizmu'' na radykalnej lewicy prowadzi do tak groteskowych sytuacji, jak maszerowanie trockistowskiej Pracowniczej Demokracji na ''marszu równości'' ramię w ramię z członkami neoliberalnej Nowoczesnej. Prawica nie powinna więc iść drogą lewaków, firmujących swą obecnością imprezy organizowane przez tych, z którymi rzekomo walczą - chyba wystarczy, że większość środowiska narodowego dała się zapędzić w kanał rządowego de facto marszu, prawda? Obyczajówki nie można także odpuścić dlatego, bo przekłada się bezpośrednio na status ludzi pracy, co dowodnie okazała afera z wyrzuceniem pracownika Ikei niechętnego LGBT - przecież to nic innego jak powrót do czasów, kiedy pracodawca decydował jaką religię i czy w ogóle może wyznawać jego robotnik, oraz jakie posiadać poglądy! A ludzie mieniący się być lewicą w zdecydowanej większości to popierają - co stwarza wyśmienitą okazję dla takich środowisk jak ''Praca Polska'', niestety wygląda że poronioną na własne poniekąd życzenie, obaczymy. Natomiast jeśli idzie o samą sytuację rewolucyjną o jakiej prawi Jachacy i możliwość jej zaistnienia, to sam właściwie sobie odpowiedział - nie ma wystarczającej na to ilości młodych, ich bunt jest kanalizowany a w dodatku ''rezerwowa armia kapitału'' w postaci Ukraińców i coraz liczniejszych nad Wisłą emigrantów z drugiego krańca Eurazji, dodatkowo osłabia potencjał rewolty narodowej. Z drugiej strony narastająca konkurencja między rodzimym a obcym pracownikiem stwarza korzystną sytuację pod tym względem, sądzę jest to trop jakim należy iść, o ile rzecz jasna ruch narodowy porzuci swe socjalne uprzedzenia i popędzi rozwolnościowców z własnych szeregów, bo parafrazując szkodnika Janusza: ''dobry liberał, to martwy liberał a zamiast liści na drzewach powinni wisieć korwiniści''. Co się zaś tyczy skrytykowanego stosunku rządzących do Chin, to PiS jest jak to oni proatlantycki mocno głównie w gębie, wystarczy obaczyć jak postępują ws. ekspansji na nasz rynek Huawei i 5G. Oficjalnie rzucają gromy, ale po cichu odpowiednie urzędy wydają pozwolenia na uruchamianie kolejnych projektów, to zupełnie jak z Rosją potępianą gromko, co wszakże nie przeszkadza brać od niej ogromnych ilości węgla i nie tylko, cóż obaczymy. Przypomnę, że prezydent Duda oficjalnie dziękował Xi Jinpingowi za transport maseczek, pomijam czy i jakie wały przy tej transakcji narobiono, istotne iż po wszystkim Amerykanie zmuszeni zostali do urządzenia kuriozalnej demonstracji zbrojnej z ostentacyjnym przelotem nad stolicą kraju, aby dowodnie okazać Pekinowi, że to ich strefa wpływu i niech się ''żółtki'' im tu nie wcinają:). Wreszcie konflikt amerykańsko-chiński tłumaczy, co nie znaczy iż usprawiedliwia wzmiankowane zaangażowanie propagandowej szczujni zza oceanu w obecny konflikt graniczny, w interesie USA jest bowiem utrudnienie co najmniej tranzytu towarów idących z CHRL przez Białoruś do Europy.

Dobra, miało być krócej a znowu poczynam się rozpisywać swoim zwyczajem, tak więc w podsumowaniu naszych rozważań - wielki szacunek należny obrońcom [ i obrończyniom ] naszych granic, a całej reszcie wynarodowionych i do tego bezmyślnych szmat na pohybel. Co istotne, to nie kwestia górnolotnych patriotycznych frazesów, jakimi zazwyczaj pokrywa się niestety realną miałkość, brak siły politycznej i gospodarczej państwa i narodu. Zaletą historycznych kryzysów jak obecny jest, iż bezlitośnie obnażają wszelkie szwy i braki instytucjonalne, jakie dotąd sztukowano. Skończyło się więc bierne dryfowanie jak przez ostatnich 30 lat, wieczne polskie ''jakoś to będzie'' - jesteśmy właśnie brutalnie testowani czyśmy tylko ''państwem sezonowym'', czy jednak potrafimy stworzyć niechby regionalny ośrodek mocy, bo nikt rzeczowy nie wymaga od nas stania się Imperium Lechickim do cholery. Wystarczy tak na początek, że ustanowimy w końcu coś przypominającego chociaż porządne państwo, bo inaczej wszelkie anarchizmy i libertarianizmy są tu pozbawione wszelkiego sensu, skoro nie mają czego nawet kontestować na miejscu! Nie musicie kochać obecnych rządów III RP niedrogie mi, wynarodowione skurwysyny i głupie cipy jak Ostaszewska, ja też za nimi niespecjalnie przepadam, a popierałem do czasu jedynie z braku alternatywy, boście jej nieudacznicy mi nie zapewnili. Toż samo tyczy niestety pretendującej do tego miana Kucfederacji, stojącej beznadziejnymi libkami dla których państwo z zasady jest co najwyżej złem koniecznym, a często i to nawet nie. Powtarzam jednak, nie oczekuję byście bronili rządu i nawet państwa narodowego, jakich po równi nienawidzicie, wystarczy jeśli debile będziecie konsekwentni w swym potępieniu dla reżimu Łukaszenki i szczującego go na nas Putina, inaczej to wam należy się gromkie: ''wypierdalać!!!''. Doprawdy, jakże dziś brak kogoś w podobie choć Kostka-Biernackiego, zdeklarowanego lewicowca ale przy tym patrioty, który trzeźwo pojmował, iż nie sposób walczyć o własną podmiotowość na arenie międzynarodowej, i ją utrzymać bez wieszania zdrajców, dywersantów i sabotażystów. Nie mówię bynajmniej o masowym terrorze, wystarczyłoby odjebać paru tak dla przykładu: kilka dziwnych wypadków samochodowych, seria samobójstw popełnionych kilkoma strzałami w potylicę, może jakieś spektakularne powieszenie przez ''nieznanych sprawców'' na jednej z nowiutkich latarni wystawionych za unijne fundusze, jakie wprost się o takowy użytek z nich proszą, kto wie? Oby nie skończyło się na ględzeniu i gromkich napinkach jak zwykle, i ktoś wreszcie zaczął profesjonalnie czyścić tyły z wszelakiego śmiecia, bo sytuacja ewidentnie do tego dojrzała, aby odkurzyć starożytną instytucję republikańskiej dyktatury, bez której Rzeczpospolita Polska będzie wciąż tylko atrapą państwa jak dotąd. Nie to, że jestem sadystą jakiego kręcą tortury i zabijanie ludzi, ni kompensuję sobie własne słabości do których otwarcie się przyznaję pozowaniem na ''silnego człowieka'' - zwyczajnie na tyle trzeźwo śmiem twierdzić oceniam rzeczywistość, iż jasnym dla mnie jest, że inaczej nie sposób zaradzić miejscowemu kurewstwu. Tak się ono bowiem rozbestwiło, iż żadne kulturalne mitygowanie go nic nie daje, a wręcz jeszcze bardziej je rozjusza, argumenty stąd trzeba dobierać do poziomu interlokutora: prawienie skończonej dziwce czy złodziejowi o ''imponderabiliach'' nie ma żadnego sensu, natomiast kiedy powiemy im ''ile w piczu a tyle w paszczu'', albo od razu złamiemy rękę to dotrze. Na finał jednak, by nie kończyć tak gorzko polecam lekturę wywiadu narodowego portalu ''Nowy Ład'' z czeskim analitykiem, o sytuacji politycznej panującej u naszych południowych sąsiadów. Przyznam, nie wiedziałem że mają tam aż taki burdel - nie będę uprzedzał odsyłając po szczegóły tamże, powiem więc jedynie tyle, iż wbrew panującym u nas stereotypom na tle dzisiejszych Czech obecna Polska to niemal wzór sprawnie uorganizowanego państwa, przynajmniej jeśli idzie o scenę polityczną, bo usługi publiczne tradycyjnie posiadają zdecydowanie od nas lepsze. Na szczęście związany z naszym krajem przywódca dochodzącej do władzy koalicji Petr Fiala, i jego profil ideowy rokują szansę na korzystną dla RP zmianę, dlatego przy całej mej odrazie do rodzimej ''czechozy'', podobnie jak w przypadku sceptycyzmu wobec Anglosasów, popieram jednak współpracę polityczną, o ile do niej dojdzie. Bowiem nie musimy się lubić, łączy nas nie przyjaźń czy miłość a wspólne interesy, nade wszystko przeciwstawienie się duszącej nas pospólnie rosyjsko-niemieckiej hydrze, obaczymy czy starczy nam sił a wsparcie londyńskiego City okaże się na tyle znaczne, że zdołamy ją przemóc. I już na koniec prawdziwy, rekomenduję obaczenie ostatniego Pitu Otoki, bo gość tak rzeczowo podsumował cały bieżący pierdolnik wokół sytuacji na granicy z Białorusią, że ja już nie muszę. Od niego to zaczerpnąłem info o leserach z armii, gogusiach pierdolonych idących masowo na L4 w godzinie próby, gdy są potrzebni najbardziej: im oraz skorumpowanym lekarzynom, którzy ''lewe'' zwolnienia wystawili należy się zbiorowe ubogacenie kulturowe przez nachodźców we wszystkie otwory ciała naraz, na czele z odbytem czego rzecz jasna jako ''homofob'' serdecznie im życzę.

ps.

A, zapomniałem jeszcze nadmienić chociaż o złajdaczeniu miejscowej hierarchii kościelnej, jaka zamiast wznosić modły za obrońców granic zaś pomoc nieść potrzebującym ją irackim chrześcijanom na miejscu, żądała jeszcze od swych wiernych by wsparli de facto agresję Łukaszenki na swój kraj. Po co jednak mam to czynić, skoro Otokeł jako się rzekło i tu należycie zaorał Gądeckiego i spółkę - mimo iż jakiem zdeklarowany niedowiarek, smutnym jest mi obserwować samolikwidację katolicyzmu w Polszcze naszej. Bowiem jedynie zdurniałe całkiem lewicowe i liberalne kurwy się z tego radują, gdyż jeśli zbraknie nacjonalizmowi wędzidła chrześcijańskiego miłosierdzia, narodzi się w końcu rodzimy volkizm i wtedy dopiero będziecie mieć w dupę! A pierwsze do czczenia Swaroga czy inszego Welesa i składania im ofiar z was czynionych, wcale nie będą tak pogardzane przez ''elytę'' tępe kibole, lecz nawrócone na ''słowiańską wiarę'' korposzczury, jakie przystąpią do rzezi z neofickim białożarem. Tak będzie, i doprawdy nie trzeba Wernyhory aby to przewidzieć, wystarczy pobieżna choć lecz trzeźwa znajomość prawideł rządzących każdą ludzką społecznością. I nie to, abym brał w obronę marnego prowoka Olszańskiego vel Jabłonowskiego, dobrze mu tak, ale dlaczego nie siedzi też wspomniany Mirek Różański? Nie pytam, czemu jeszcze żyje, chociaż...