sobota, 13 maja 2023

Antyblog.

Szykuję właśnie tekst na kanwie burzliwego życiorysu Włada Drakuli. Obszerny nawet jak na mnie, stąd uznałem, iż wymaga on poprzedzenia go osobnym wstępem. Również dla wyjaśnienia pewnych nieporozumień co do treści, jak i formy niniejszego antybloga. Przypomnę bowiem, że nie jestem żadnym ''blogierem'', gdyż kiedym zaczynał się w to bawić już dobrą ponad dekadę temu, była to głównie rozrywka niedojebanych lasek i narcystycznych pedałów, piszących jednako O SOBIE. Jestem tak stary, że pamiętam jeszcze jak swego bloga miała nawet Krysia Janda, wiecznie obesrana własnym gównem kobieta na permanentnym życiowym zakręcie. Obmierzłe mi jest głęboko wywlekanie przez takowe kreatury na światło dzienne zatęchłych szpargałów z piwnicy własnej ''duszy'', choć raczej inne słowo na ''d'' przychodzi tu na myśl. Owszem, nie kryję, że owa pisanina jaką uprawiam służy mi do egzorcyzmowania prywatnych szajb, na czele z trawiącą mnie gnostyczną pokusą. Wszakże jedynym skutecznym sposobem leczenia ich jest umieszczenie w szerszym kontekście dziejowym, społecznym, kulturowym etc., nie zaś chorobliwe skupienie na indywidualnej egzystencji rozdymając ją do niebotycznych rozmiarów. Czego szczytem rzecz jasna jest rzekoma ''samodeifikacja'' człowieka, przyznanie sobie jakoby ''boskiego statusu'' i takichże mocy kreacyjnych. Obce jest mi więc także inteligenckie posłannictwo, szerzenie ''oświaty'' wśród mas itp. bzdury nadętych farmazonów. Wypada stąd zgodzić się z Coryllusem, że czołowych niestety publicystów polskiej prawicy, typu Warzecha czy Cejrowski, wykończyło fałszywe kapłaństwo, które skądinąd dzielą ze swymi lewicowymi adwersarzami. Tymczasem, jak słusznie zauważył ów autor, pisanie bardziej przypomina banalną dość i żmudną, konieczną wszakże czynność, jak przebieranie owoców w koszyku czy dajmy na to obieranie bobu. Idzie zwyczajnie o jako takie choćby porządkowanie w myśli otaczającej rzeczywistości, z pełną świadomością, iż efekty owej pracy będą zwykle krótkotrwałe, wymagając wciąż ponawianych prób dla utrzymania ich względnej choćby stałości. Kto więc zasiada do pisania z poczuciem jakowejś misji, nabzdyczony urojonym najczęściej poczuciem wagi podjętego zadania, ten wyda z siebie jeno głośne pierdnięcie kończąc jako żałosny grafoman. W każdym razie moim zamiarem od początku było rozsadzenie blogowej konwencji krótkich, osobistych notek, rodzaju pisanego instagrama dla atencyjnych cipek, zarabiających na pokazywaniu dupy-duszy rzeszom spermiarzy. Dlatego w kontrze tworzę niemożliwie obszerne teksty dla garstki podobnych mi intelektualnych perwersów, kompresując je z konieczności w zbite bloki słowne. Inaczej bawiąc się w akapity przeciągałbym je poza granice wytrzymałości nawet tych nielicznych, co przyzwyczajeni są jak ja do lektury kilkusetstronicowych bywa opracowań historycznych dostępnych w sieci.

Pasjonują mnie bowiem cywilizacyjne pogranicza, jak to w którym przyszło mi żyć, gdzie trwa nieustanna polityczna konfrontacja a zarazem kulturowa osmoza, tworząca często niemożliwe wydawałoby się hybrydy, owe przysłowiowe już ''szumy, zlepy, ciągi''. Nie sposób tego oddać prostą, linearną opowieścią, gdyż powikłana materia opisu wygina ją niemożebnie, rozłażąc się na wsze strony i grzęznąc w gęstwinie szczegółów i powiązań. Trzeba ją więc należycie skręcić w spiralę postępującą wokół jednej osi narracyjnej, by adekwatnie dać wyraz temuż wirowaniu zdarzeń, ciągłej przemianie form i ludzi, krwawej czasem karuzeli dziejów. Inaczej jak niby opisać historię włoskiego szpiega, renesansowego humanisty i pedała, wrogiego papiestwu chwalcy politycznej tyranii, swatającego córkę bizantyjskiej władczyni na moskiewskim tronie z synem króla Polski, a zarazem wielkiego księcia Litwy? I cóż to może mieć wspólnego z wpływową w swoim czasie polityczną sektą rosyjskich ''judaizantów'', fenomenem wykreowanym przez ród zruszczonych Litwinów, skoligaconych w dodatku z potężnym hospodarem mołdawskim? Wreszcie jakiż to związek łączy ich z samym Władem Drakulą, wołoskim władcą z jakim historia obeszła się doprawdy nazbyt obcesowo, stąd należy przywrócić mu godną pamięć i szacunek, na jakie w pełni sądzę zasługuje. Podobne przykłady można by mnożyć w nieskończoność, na tym bowiem polegają uroki egzystencji w cywilizacyjnej ''strefie zgniotu'', parodiując zetlały już nieco język ''gejopolityki''. Powstały z chaosu ład musi być siłą rzeczy dość chybotliwy i nietrwały, przypominając bardziej kalejdoskop ciągle zmieniających się układów i konfiguracji zdarzeń, nie zaś raz na zawsze ustaloną wydawałoby się postać dziejów. Towarzyszyć mu więc powinien takiż sam opis, stąd kto oczekuje oddania go w formie krótkich słownych komunikatów rodem z Twittera, tamże również niech ich szuka, bowiem tutaj owych raczej nie uświadczy. Zresztą można oddać burzliwe życie Drakuli jednym zdaniem, za które wszakże zbanowany zostałbym na każdym portalu [anty]społecznościowym:). Dlatego dobrze mi w internetowej niszy jaką zajmuję i absolutnie nie zamierzam tego zmieniać! Tyle chyba w temacie - zapowiadany tekst za tydzień, góra dwa najwyżej. Nie ma co spodziewać się Bóg wie czego, będzie to jedynie kolejny tu zakręcony obertas narracyjny, z porządną siwuchą i tłustą zakąską a także obowiązkowym napierdalaniem sztachetami po łbie. Smakoszom podobnych niewyszukanych rozrywek do uwidzenia więc wkrótce, żywię nadzieję. Na koniec zaś najlepsza znana mi muzyczna ilustracja spiralnej zasady władającej tym miejscem - tatarski electro-sufizm w wykonaniu duetu Aigel:

 


Wieczna przemiana materii dziejów...


...wirująca niczym śmigła bojowego helikoptera:


...i towarzysząca jej przytłaczająca cisza w centrum tejże zawieruchy:

 ...

ps.

Poniewczasie naszła mnie myśl, iż antyblog powinien być niczym tekstowy odpowiednik wielkiego pala Włada Drakuli. Tłusty i krągły najsampierw, coby jego treść lepiej weszła - do głowy, a nie w zad, jak oryginał. Podobnie rozrywając ludziom wnętrza, tyle że mózgi nie zaś d...


niedziela, 9 kwietnia 2023

Raszystowska SS-fa[nta]styka.

Miało być o Janie Pawle i będzie, wszakże dopiero, gdy opadną emocje rozhulane ostatnią ''kremówkową'' inbą, w którą żadną miarą nie zamierzam się wpisywać. Nawet tak symboliczny sposób, jak publikacja tekstu na kompletnie niszowym blogu [ dzięki Bogu! ]. Dlatego ideową rozprawę z wojtyliańskim prawoczłowieczyzmem przyjdzie mi póki co odłożyć, na rzecz tematu, dla którego pretekstem stała się iście wybuchowa śmierć rosyjskiego propagandzisty i zbrodniarza - dla mnie bomba:). Mowa rzecz jasna o Wladlenie Tatarskim, czy raczej Maksymie Fominie, bo tak w istocie brzmiało jego prawdziwe nazwisko. Ponieważ nieoceniony Marcin Strzyżewski zrobił niedawno o nim materiał, wiedziałem o jego kryminalnej przeszłości żula z Donbasu, zamieszanego w nieudany napad na lokalny bank. Wszakże nie miałem pojęcia, że był aż tak porąbany: z obywatelstwa przynajmniej Ukrainiec, deklarował głośno nienawiść do wszystkiego co ukraińskie. Nie przeszkadzało mu to jednak za młodu cykać sobie pamiątkowe fotki w lwowskim muzeum UPA, z ''banderowskim'' umundurowaniem ''henerała'':

 

...nawołując po tym do eksterminacji ukraińskich cywilów i wychwalając masakrę w Buczy, jako pożyteczny dla rosyjskiej propagandy ''fejk''. Bodaj najciekawsze jednak, o czym nie wspomniał niestety nazbyt tu politpoprawny Strzyżewski, że Fomin aka Wladlen Tatarski miał być pono ''miłością'' Prigożina... Bynajmniej jedynie ''platoniczną'', co całkiem możliwe, bo nawet nie krył się wcale ze swym homo-raszyzmem, w publikowanej pod owym pseudonimem literackim grafomanii czcząc wojnę jako ''najlepszą z gej-parad'' [ dosł. «Война - лучший гей-парад...» ] i rzecz wojowniczych pederastów - cyt. za oryg.:

''Ты вожделеешь и захватываешь. Ты изменяешь мир, подчиняя своей воли, а не Божьей. Достаточно окунуться в воинскую среду с его беретиками, побрекушками, лычками, красивой экипировкой, самураями-геями, спартанцами-геями, ССовцами-геями, суровыми плакатами "родины-матери" и т.д., чтоб понять, что всё это бунт женского начала. Как-то я писал уже про это немного.''

- posądzając zarazem Ukraińców o ''transgenderowość'', dojdź tu jednak logiki w tak zwichrowanym umyśle agresywnej cioty, jak ów raszysta. Miał przez to na myśli, że są ''ruskimi ludźmi'' wypierającymi się swego pochodzenia, tak jak mężczyzna udający kobietę i na odwrót, tyle że opis ten akurat pasował do niego: Ukraińca, który począł mordować własnych rodaków, stając przeciwko swej ojczyźnie po stronie obcych agresorów. Warte jednakże podkreślenia, iż nawet tak zaciekły rosyjski propagandysta przyznawał, że na współczesnej Ukrainie brak żywej tradycji banderowskiej, faktycznie skądinąd wytępionej po wojnie niemal ze szczętem, przez głównie samych radzieckich Ukraińców. Wladlen miał też rację co do zasady wskazując, że od początku wojny w Donbasie zdecydowaną większość bojowników batalionów ''Ajdar'' czy ''Azow'' stanowili rosyjskojęzyczni obywatele wschodniej, południowej i centralnej Ukrainy, nie zaś jakoby ''banderowskiej'' do dziś b. Galicji czy Zakarpacia. W tym znaczeniu można by więc i nazywać ich ''Ruskimi'', gdyby nie to niestety, że owo miano zawłaszczyli sami Rosjanie wykorzystując je propagandowo, stąd np. zmiana nazwy ''ruskich'' pierogów na ''ukraińskie'' i tego typu dziwaczne z pozoru operacje językowe mają jednak sens w Polsce. W wywiadzie z Wladlenem, przeprowadzonym przez dwóch rosyjskich nazioli [ min. Jewgienija ''Topaza'' Raskazowa - kolejnego psychopatę z ''Rusicza'', któremu staje od zabijania Ukraińców ] widać, jak krępuje go pytanie o wojowniczych pederastów i próbuje ich niezdarnie bronić, przywołując postacie Olka Macedońskiego czy pruskiego Fryca... Zamknijmy wątek homoraszyzmu Maxa Fomina aka Tatarskiego graniczącym z pewnością przypuszczeniem, że ''więzienie go zmieniło'', albo wręcz dopiero tam w pełni ''rozkwitł'', odsiadując wyrok za wspomniany na wstępie napad. Co istotne wszakże, Wladlen to już kolejna ze znanych postaci współczesnego kacapskiego nacjonalizmu, by wymienić Jegora Proswirina czy Duginą, ''zginięta'' w ostatnich latach prawdopodobnie przez wewnątrzrosyjskie porachunki. Bowiem pełnił on kluczową rolę w farmie trolli Prigożina, stąd utrata przezeń nie tylko kochanka, ale i jednego z najważniejszych podwładnych zapewne boli go podwójnie. W jego imieniu Wladlen jako medialny ''cyngiel'', by nie rzec ''pies łańcuchowy'', dopiero co srogo obsobaczał dowództwo rosyjskiej armii, z którym pryncypał [ i nie tylko... ] miał na pieńku. Stawiałbym więc na gang Szojgu i Gierasimowa, jeśli idzie o sprawstwo zamachu, o który nieudolnie próbują obwinić Ukraińców i rozgromiony w kraju przez Kreml ruch Nawalnego, choć nawet Prigożin temu przeczy wskazując na jego inicjatorów w samej Rosji - w domyśle: u szczytów władzy. Najprawdopodobniej też prorosyjski politruk i bandyta zapłacił życiem za typową dla grafomanów przypadłość, jaką stanowi nieumiejętność trzymania języka za zębami. Ot całkiem niedawno na podobnym ''wieczorze autorskim'', jak ten podczas którego zginął tyle że w Moskwie, raczył stołeczną publikę ku jej uciesze przaśnymi historiami kombatanta. Nie krył wcale, że przyszło mu ''odwojować'' Donbas wraz z bandą alkoholików, ćpunów i kretynów nie potrafiących nawet rozeznać się w stronach świata, dla których ''ruska wiosna'' stała się doskonałą okazją do realizacji najdzikszych, chorych fantazji i bezkarnego popełniania okrucieństw, o zwykłym rabunku już nie wspominając. Trzeba więc było pozbyć się wreszcie nazbyt gadatliwego bałwana, który pierdolił jeszcze parę miesięcy temu z kanapy w studiu na Kamczatce, jakim to ''błogosławieństwem'' dla Rosji jest ''specoperacja'' na żywym ciele Ukrainy. Wedle niego w naturze Rosjan nie leży bogacenie się przez handel, a wojowanie i ''refleksyjny stosunek do życia'', czyli mają być takimi samymi złodziejami, trutniami i gamoniami co on. Nic dziwnego stąd, że ''ruski mir'' zapada się z wolna w bagno mając za obrońców takowe szumowiny co Wladlen - i bardzo kurwa dobrze! Tuman do końca swego gównianego żywota nie pojął, że to właśnie przez podobnych mu raszystów oczadzonych imperialną kokainą, wielu rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy stało się jej gorącymi patriotami, gotowymi z bronią w ręku walczyć za własny kraj, traktowany dotąd przez nich obojętnie a bywało nawet, że i wrogo. Sam to przecież konstatował, nie potrafiąc wszakże wyciągnąć logicznych wniosków z własnych obserwacji przez swe zaślepienie polityczne i głupotę, obwiniając jedynie za wszystko rzekome ''otumanienie'' Ukraińców przez Zachód. Który nawet jeśli nie ma ich całkiem w dupie, to nie wspomaga należycie np. blokując rękoma części przywódców ''wolnego świata'' członkostwo Ukrainy w NATO - na szczęście Polska nie należy do owego klubu dziejowych przegrywów i ''niedorealistów'', i oby tak pozostało. Co tu zresztą gadać, skoro ''gej Schrödingera'' Fomin aka Tatarski głośno ceniąc najgorszych satrapów w dziejach Rosji Groźnego, Piotra I i Stalina sam przyznawał, że nie chciałby jednak żyć pod ich rządami...

Na podobne co Wladlen braki logiki w myśleniu cierpi inny raszysta-grafoman, żywy póki co Maksym Kałasznikow - pseudonim ''lyteracki'' Władimira Kuczerenki. Współpracownik Girkina, jest nie tylko otwartym chwalcą ZSRR, ale i III Rzeszy oraz Mussoliniego, wedle własnych słów zadeklarowanym ''faszystą, lecz z najwyższym szacunkiem dla Stalina'', jako wielkiego ''menadżera'' sowieckiej industrializacji, której gorącym wielbicielem się mieni. Niedawno poczęło doń wreszcie docierać, że tzw. ''specoperacja'', jaką rzecz jasna z początku żarliwie popierał, skończyła się fiaskiem zamieniając w straszliwą, krwawą wojnę pozycyjną niemal rodem z czasów I wojny światowej. Grożąc samej Rosji polityczną i gospodarczą zapaścią, w efekcie otrzymującą zamiast zdobycznych miast ich ruiny, szczególnie w Donbasie, z zamieszkującymi je wciąż tłumami nieszczęśników, którym nie ma jak i za co pomóc. Sam przyznał dopiero co w jednym z wywiadów dla krajowej prasy, że poroniona ''specoperacja'' uczyniła z Ukrainy ''AntyRosję do kwadratu'', czy jednak wyciągnął stąd narzucające się wprost wnioski, o zaprzestaniu owego krwawego obłędu, nie tylko niszczącego sąsiedni ''bratni'' jakoby kraj, ale i niekorzystnego jak widać dla samej Moskwy? Oczywiście w żadnym wypadku! - postuluje jeszcze bardziej docisnąć Ukraińców atakami rakietowymi na ich regionalne centra administracji, tak jakby podobne na Charków czy Mikołajów coś przyniosły, jak słusznie przypomina relacjonujący wysrywy raszystowskiego szura ukraiński dziennikarz rodem z Donbasu Denis Kazanski. Zresztą Maxio już dawno wykoncypował sobie, że najlepszym sposobem na zniszczenie globalistycznej elity są atomowe ''udary'' po luksusowych kurortach, gdzie wedle niego chowa się ona przed plebsem i jak widać jest temu pomysłowi nadal wierny, przystosowując go jedynie do aktualiów. Czegóż się jednak spodziewać po typie uważającym naukowego szarlatana Łysenkę za ''uczonego z wielkiej litery, którego imię obsrały plugawe naczelne''? Maksym Kałasznikow jest też propagatorem oryginalnego sposobu zwalczania kaukaskich separatystów/terrorystów, za pomocą rojów dronów rozpoznających ukrywających się w górach bojowników po zostawianym przez nich wokół obozowisk... gównie. Sam ma nieźle nasrane do łba, postulując otwarcie zaprowadzenie w Rosji segregacji etnicznej dla Czeczeńców i im podobnych ''czornożopców'', będąc wedle własnych kryteriów ''bękartem rasowym'' Turkmenki i Mołdawianina rodem z Odessy, a więc jego tatko pewnie był ''koszerny''. Wszakże nie radzę mu tego wypominać, bo reaguje na to bardzo nerwowo, gdy jakiś rosyjski naziol począł w runecie szydzić z jego ''niearyjskiego'' pochodzenia, wyzwał go na ''solo'' w realu, ten jednak obsrał zbroję i pokasował przestraszony wszystkie drwiące posty. O tyle trudno mu się dziwić patrząc na gębę i posturę posowieckiego troglodyty, jaką prezentuje Maksym Kał-czeczenikow, oto więc oblicze współczesnego rosyjskiego imperializmu, buźka wymowniejsza niż tysiąc słów:

 

- ''yntelygencja'' wprost zieje mu z twarzy i nie chodzi bynajmniej o jego muskulaturę [ dość przypomnieć, iż Platon znaczyło ''szerokie bary'' ], tu jednak coś ewidentnie poszło nie tak. Sam raszysta przyznaje, że nawet w kraju mają go za bezrozumnego idiotę, broni się wszakże powołując na przykład ''gości z NSDAP, którzy podnosząc kraj z kryzysu, marzyli jednocześnie o nadludziach i rakietach''. Znamienne skądinąd, że zdeklarowany naziol, a niechby i ''koszerny'', może robić we współczesnej Rosji za postać tamtejszego życia publicznego. Dość rzec, iż sam Medwiediew polecił za swej ''fejkowej'' prezydentury swym podwładnym rozpatrzenie apelu o forsowną modernizację, przedłożonego przez Maksyma Kałłacha. Głośno o nim zrobiło się ponad dekadę temu również dlatego, że już wtedy otwarcie wygrażał Putinowi obaleniem jego rządów przez ''liberastów''. Sens takowej operacji winien być oczywisty: na tle zjebów pokroju Kuczerenki, Girkina czy skonfliktowanego z nimi skądinąd Prigożina, kremlowska mafia wygląda na ''oświeconych'' przedstawicieli władzy, dla której nie ma w Rosji rozsądnej alternatywy. Bowiem opozycja w tym kraju może być jedynie ''systemowa'', nawet jeśli zgrywa ''anty-'' czego Maksym Kałach żywym [ póki co jeszcze ] dowodem. Przecież kanalia poczęła swą karierę pisarską tworząc w latach 90-ych, na zlecenie czołowych wówczas żydoruskich oligarchów Czubajsa i Bierezowskiego, paszkwile wymierzone w ich konkurenta, potężnego wtedy mera rosyjskiej stolicy Łużkowa, o wymownych tytułach np. ''Moskwa - imperium ciemności''. Świetny początek jak na rosyjskiego ''czarnosecińca'' nienawidzącego Żydów, przynajmniej deklaratywnie... Zabawnym stąd jest czytać, jak dziwuje się w wywiadzie z początku ''specoperacji'', dlaczegóż to nie aresztowano Czubajsa pozwalając mu na ucieczkę do Turcji, jakby typ nie wiedział, że to ów ryży wespół ze wspomnianym Bierezowskim wprowadzili Putina na Kreml. Bo jak na liberałów przystało chcieli mieć swego Pinocheta, który weźmie za mordę zarówno rosyjskich komuchów, co i nacjonałów, w efekcie zaś otrzymali krwawego Pinokia, który ich załatwił. Nie należy więc lekceważyć idiotów, szczególnie z ambicjami na wyrost, bo niepostrzeżenie mogą odwinąć się swym mocodawcom z ''doboszy'' ostając führerami, plącząc sznurki ''władcom marionetek''. Dlatego tyle uwagi poświęcam z pozoru nieważnym ''szurom'', pokroju wspomnianego Maxa Kałacha czy Dugina, bowiem odgrywają oni istotną rolę, wszakże nie w sposób, jaki im się zwykle przypisuje. Celem takowych spierdolin nie ma być rządzenie, lecz zatruwanie przestrzeni publicznej chorymi wizjami, niechby i dla niszowej publiki, stąd również można czerpać później narybek dla zbrodniczych formacji typu ''Ruᛋᛋicz''. Acz bywa i tak, że z owego bagna udaje się komuś dostać na sam szczyt, wtedy nawet świat cały poczyna mieć problemy... Jeśli zaś ktoś mniema, że zdeklarowany wyznawca narodowego socjalizmu III Rzeszy, jak i komunistycznej ZSRR Maksymka Kałasznikow, jest zwolennikiem ''państwa opiekuńczego'', popełnia gruby błąd. Bowiem jedynie skończony debil, czyli korwinista stawia znak równości między socjalizmem, a ''rozdawnictwem'', gdyż sednem bolszewizmu był przymus pracy, traktowanej przezeń niemal jako czynność zbawcza, w myśl zasady ''arbeit macht frei''. Dlatego ów raszysta jednoznacznie wykłada w sążnistym wywiadzie z nim, że Kacapii nie stać na przekształcenie się w jeden wielki dom opieki dla emerytów, stąd należy ich praktycznie ''eutanazować'' dając im żebracze emerytury, zaś uwolnione w ten sposób środki publiczne przeznaczyć na młodych, o ile spłodzą co najmniej trójkę dzieci zapewniając krajowi przyrost naturalny. Oczywiście mowa o ''czystych rasowo'' Rosjanach, a nie mnożących się na potęgę kaukaskich ''czornożopcach'', czy ''żółtkach'': Buriatach, Tuwińcach itd. - przypominam, że postuluje to ''mieszaniec'' Żyda i Azjatki:))). Polityczne koncepty spierdoleńca są zwyczajnie niebezpieczne, bowiem remedium na wszystkie bolączki współczesnej Rosji stanowi wedle Kał-acha ''narodowa dyktatura rozwoju'', oparta na stalinowsko-hitlerowskiej higienie społecznej i policji myśli. Dosłownie, gdyż postulowana przezeń ''nowa oprycznina'' ma w jego zamyśle stosować zaawansowane technologicznie, elektroniczne ''wykrywacze kłamstw'' skanujące mózgi przesłuchiwanych ofiar, by dokonać niezbędnej jakoby dla odrodzenia kraju ''Wielkiej Czystki''. Tylko w ten sposób bowiem można ustanowić wymarzony przez Maksymiuszkę ''korponacjokratyzm'', jako środek zaradczy na rzekomo nieuchronny upadek państwa narodowego, prywatyzowanego na równi przez globalny kapitał, co i miejscowe sitwy polityczne. Oczywiście można machnąć na to ręką zakładając, że rządzące Kacapstanem ''jawne służby'' za pomocą prowokatorów pokroju Maksymki Kałasza kanalizują bunt wszelkiej ekstremistycznej szumowiny w kraju. W tym sęk jednakże, iż wykorzystują one do swych celów zbieraninę podobnych psychopatów, bandziorów i żuli, czego Donbas najlepszym okazem. Bowiem ruch separatystyczny tamże zakładał w 2005 roku kompletny menel Andriej Purgin, facet z obitą napuchniętą od ciągłego chlania mordą nie zdradzającą choć śladu intelektu, istna małpa zerwana z gałęzi. Nikt go stąd wówczas nie traktował poważnie nawet w samym regionie, ale niecałą dekadę później mało komu już było do śmiechu... Donbaski ''separyzm'' to było tak śmierdzące gówno, że nie chcieli tykać go oficjalni przedstawiciele silnych przecież tam prorosyjskich formacji, typu Partii Regionów Janukowycza, czy posowieckich komunistów. Przeto dla wywołania rebelii rosyjski wywiad posługiwał się totalnymi spadami ludzkimi, jakimiś miejscowymi naziolami przerobionymi na ''antyfaszystów'', niedorozwojami pokroju Gubariewa, wreszcie zwykłymi gangusami, jak Wladlen czy Zacharczenko. Po likwidacji ostatniego, jak wszystko wskazuje na rozkaz Kremla, komisja moskiewskich rewizorów potwierdziła, że złodziej pierdolony za kasę ukradzioną z podległego mu regionu szykował sobie wraz ze współpracownikami luksusowe wille w ''Gejropie'', krajach NATO jak Hiszpania czy Włochy - ot ''ruski mir'' w praktyce. Dlatego pod żadnym pozorem NIE NALEŻY LEKCEWAŻYĆ BŁAZNÓW, gdyż mogą przekształcić się w krwawych pajaców, dla zabawy siejących terror i zniszczenie.

Myli się więc ten, kto uważa Maksyma Kał-aszenkę za kompletnego marginała w Rosji, niewartego przeto uwagi, gdyż stoją za nim całkiem znaczni mocodawcy. Bałwan jest bowiem jedną z czołowych postaci tamtejszej Partii Czynu, tudzież wielkiego biznesu, jak się jej nazwę bywa tłumaczy, choć należałoby ją raczej określać mianem ugrupowania ciemnych interesów -  ''тёмные дела'', któremu to przewodzi potentat moskalskiej branży rolnej Konstantin Babkin. Przedsiębiorca ów, który miał wydźwignąć własnym sumptem z zapaści lat 90-ych zakłady produkcji kombajnów i traktorów ''Rostielmasz'' z Rostowa nad Donem, jest gorącym orędownikiem protekcjonizmu ekonomicznego. Jeden z polskich branżowych portali dobrze rzecz podsumował pisząc, iż ''pomysł Babkina na biznes jest prosty: państwo musi za wszelką cenę wspierać rodzimego producenta'' - nawet ruiny kraju dodajmy, jak się zaraz przekonamy... i stąd głównie dzięki jego lobbingowi Rosja nałożyła cła ochronne na import maszyn rolniczych. Podkreślę to specjalnie na pohybel korwinowych spierdolin mentalnych: żaden tam ''przegryw na socjalu'', ale prawdziwy ''człowiek sukcesu'' finansowego, jest zdeklarowanym zwolennikiem interwencjonizmu państwowego w gospodarce, który najzwyczajniej mu się opłaca. Przez co wolnorynkowi nieudacznicy nazwą go rzecz jasna ''korposocjalistą'':))) - beka z tych zjebów, godnych jedynie szyderstwa. Tłumaczy to peany Maksymiuszki na cześć ''rewolucji menedżerskiej'' Stalina i forsowanej przezeń, ludobójczej w istocie industrializacji, propagandzista zwyczajnie ujada jak mu płacą. Zresztą o tyle kanalia ma rację, iż żadne państwo serio nie zbudowało swej potęgi przemysłowej dzięki ''swobodnej targowli'', bo to wersja żeniona przez grubszych cwaniaków frajerom na dorobku. Można by więc sympatyzować nawet z postulatami ponownego uprzemysłowienia Rosji, wyrwania się jej z przekleństwa kolonii surowcowej Europy to znowuż Azji, gdyby nie fakt, iż owe słuszne co do zasady hasła służą takim jak Babkin do niszczenia konkurentów w produkcji rolnej na Ukrainie. Dlatego jej rosyjski potentat jest entuzjastą agresji zbrojnej swego państwa na ów kraj, podobnie jak posłuszne mu szczekaczki pokroju Maksiomki Kał-asznikowa. Płynące zaś stąd sankcje mu nie straszne, gdyż robi za faktycznego właściciela kanadyjskiej firmy Bühler Industries, takoż producenta maszyn rolniczych, który jak wszystko na to wskazuje stanowi dlań źródło pozyskiwania części zamiennych i technologii, przemycanych do Rosji pośrednio głównie przez Kazachstan. Firma przecież nie została objęta restrykcjami ekonomicznymi, rzecz sprytnie załatwiono rezygnacją Babkina z zasiadania w zarządzie przedsiębiorstwa wobec jego już nazbyt antyukraińskich deklaracji, z kolei pozostali rosyjscy udziałowcy zwyczajnie porzucili dotychczasowe członkostwo w prywatnej partii politycznej rosyjskiego biznesmena. Niestety powyższe każe mi wyleczyć się z ostatnich nadziei na pozytywną przemianę Rosji, skoro nie tylko rządząca tymże krajem mafia pasożytująca na rabunkowej eksploatacji jego zasobów, ale nawet pozostali w nim jeszcze producenci realnych wytworów rodzimego przemysłu są takim gównem, jak Babkin i opłacany przezeń ''pies łańcuchowy'' nacjonal-kapitalizmu Maksym Kałłach-sznikow... Obaj biorą udział w procesie tak niby potępianego przez się prywatyzowania własnego państwa, używając je instrumentalnie we własnych celach, bez oglądania się na interes ogółu, reszty rosyjskiego społeczeństwa i tych branż rodzimego przemysłu, które bardziej cierpią od zagranicznych sankcji. I to słusznie konstatując przy tym, jak Max K. we wspomnianym już wywiadzie-rzece z nim, że putinowska Rosja przypomina Haiti pod tyranią ''Papy Doc'' Duvaliera, z atrapą prawosławia jako odpowiednikiem kultu voodoo i kastą cynicznych złodziei u władzy, zarządzających podległym sobie motłochem za pomocą propagandy, urządzając dlań jeśli trzeba prawdziwe ''igrzyska śmierci'', a skradziony kapitał wywożąc z kraju.

Typ jest wszakże jako się rzekło zdrowo porąbany, zaś najlepszym tegoż dowodem jego transhumanistyczny odpał. Młodzieńcza fascynacja Nietzschem, zresztą wygląda powierzchownie przyswojonym bez głębszego zrozumienia, pomieszała mu się we łbie z entuzjazmem dla radzieckiej aeronautyki i tradycji rosyjskiego ''kosmizmu'' filozofów i uczonych Nikołaja Fiodorowa, Ciołkowskiego i Wiernadskiego. Znikąd się stąd nie wziął i nie jest bynajmniej jakimś szczególnym kuriozum we własnym kraju - jak pisze autor relacji z transhumanistycznego kongresu, w jakim przed paru laty wziął udział Kuczerenko/Kałasznikow: ''W wiecznie niezadowolonej ze swego istnienia Rosji idee ''postczłowieczeństwa'' padły na podatny grunt. [...] [ My Rosjanie ] Zawsze czuliśmy naszą odpowiedzialność za resztę ludzkości i jako pierwsi dążyliśmy do wybicia się ku nowemu światu, czy było to wyjście w kosmos, czy też ustanowienie komunistycznej przyszłości. Nowi rosyjscy wizjonerzy wychowali się na [s]fa-nta-s[S]tyce, a nie rewolucyjnej politgramocie, niemniej wciąż łakną jak powietrza wielkiej idei, prometejskiego marzenia o nowym [ czyt. nieśmiertelnym ] człowieku''. Dodajmy, iż owe postulaty doskonale korespondują z nazistowskim projektem medycznej transformacji ludzkości, wyhodowania rasy ''nadludzi'' zdolnej do podboju Wszechświata, który to wyłożył na kartach swego programowego dziełka sam Adolf Hitler, nie dziwi więc w sumie admiracja dlań a przynajmniej III Rzeszy ze strony Kałaszenki. Żadną miarą stąd nie sposób uczciwie nazwać go ''rusko-prawosławnym konserwatystą'' - owszem, to fanatyczny progresywista wielbiący Stalina jako modernizatora kraju, a takoż innych rewolucjonistów, pokroju wspomnianego już führera, czy też Mussoliniego. Dlatego powołał z jeszcze bardziej odeń pojebanym Jurijem Muchinem ''instytut badawczy'' o wdzięcznej nazwie ''Nieśmiertelność Życia'', którego deklarowanym celem jest min. ustalenie ''co jest potrzebne do aktywnego życia po śmierci'' i ''jak ustanowić więź z tymi, co egzystują już bez ciała''... Bowiem wspomniany Muchin, prawdziwy car alternatywnej ''folk her-story'', znany w Rosji negacjonista katyński obarczający Polskę niemal wyłączną winą za wybuch II wojny światowej, choć jak twierdzi ''naukowy ateista'', głosi jednak pośmiertną egzystencję materialnej jak najbardziej duszy człowieka w ''polu energetycznym Ziemi''... Co nasuwa uprawnione tutaj skojarzenia z koncepcją ''noosfery'' wymienionego już radzieckiego akademika Wiernadskiego, z którego Jurij ordynarnie zżyna. Można by się z tego śmiać, gdyby nie fakt, iż ów szarlatan cieszy się w Kacapii popularnością, o jakiej rzetelni badacze mogą jedynie marzyć, aktywnie kształtując masową wyobraźnię swych czytelników, czego zatrute owoce zbiera właśnie wojna na Ukrainie. Dlatego powtórzę z naciskiem dużymi wołami, że absolutnie NIE NALEŻY LEKCEWAŻYĆ IDIOTÓW, bowiem to nie wodór, lecz głupota stanowi podstawowy składnik otaczającej nas rzeczywistości, jak trafnie spostrzegł Zappa [ czy sam w pełni rozsądny, to osobny temat ]. Skądinąd Maksymka Karabinczykow jest fanem klasycznego prog-rocka typu Floydzi, Purple, Dżenezis itepe, jednym słowem ''proklatyj Zapad'', jak na rosyjskiego patridiotę przystało:). Nie sprowadzałbym wszakże jego transhumanistycznego odpału do taniej groteski, skoro towarzyszą mu w nim nie tylko żywe kurioza w rodzaju Stevena Seagala, ale i jeden z czołowych przedstawicieli ''Californian ideology'' Ray Kurzweil, z którym Kał-czeczenikow otwarcie polemizował w ramach wspomnianego już moskiewskiego forum ''Rosja 2045''. Za owym projektem stoi potentat rosyjskiej branży medialnej Dmitrij Itskow, choć właściwie należałoby o tym pisać w czasie przeszłym, gdyż inicjatywa zdechła w końcu z braku funduszy, podobnie jak cała poroniona od początku modernizacja technologiczna Rosji za ''prezydentury'' Miedwiediewa. Wszakże bardziej wartą uwagi w omawianym kontekście postacią, jest starszy brat partner biznesowy Itskowa, takoż przedsiębiorca nowych mediów Konstantin Rykow. Bowiem ta nie waham się rzec wyjątkowo podła kreatura, dowodzi totalnego wprost  kretynizmu tych, co naiwnie liczą na ''ucywilizowanie'' Rosji poprzez jej modernizację technologiczną i tym podobne ''Wandel durch Handel''. Przecież Rykow był jednym z ''nowych Ruskich'', który jeszcze w poł. lat 90-ych zeszłego stulecia, dzięki ''ekologicznej'' fundacji Gorbaczowa, miał okazję zapoznać się bezpośrednio w USA z rodzącym się wówczas masowym internetem. Biznesowe szlify zdobywał prowadząc kampanie reklamowe dla amerykańskiego Intela, po czym wykorzystał nabyte w ów sposób doświadczenia już w kraju zakładając pierwsze rosyjskie ''portale erotyczne'', czyli mówiąc wprost strony porno, jak i bazujące na obscenie słownej fora o jakże adekwatnych nazwach ''erotoman.ru'' czy zwłaszcza ''Fuck.ru''. Co ważniejsze, w połowie pierwszej dekady nowego wieku począł współpracę z Dmitrijem Gałkowskim, intelektualnym ''guru'' współczesnego pokolenia rosyjskich nacjonalistów jak Jegor Proswirin, fundator portalu ''Sputnik i Pogrom'' stanowiącego kacapską mutację jankeskiego formatu ''alt-right'u''. Zarazem podobnie jak Dugin Rykow pełni rolę moskiewskiego agenta wpływu na francuskiej prawicy, acz działając dyskretniej zza kulis, jako posiadacz luksusowej willi na Lazurowym Wybrzeżu niczym typowy rosyjski ''patridiota''. Wedle lansowanych przez się kryteriów sam oszust podatkowy, wyprowadzający za granicę kasę myląc na grube sumy krajowego fiskusa. Skądinąd pomieniony wyżej ''kombajnowy magnat'' Babkin także rzucił niemal otwarcie w twarz Putinowi, że bardziej opłaca mu się robić interesy w Kanadzie, niż umiłowanej niby tak ojczyźnie, ''matuszce Rassiji'' - dojdź logiki z tymi ''kosmopolitami'' wspierającymi finansowo najgorszą pogromową swołocz we własnym kraju.

Czyż może stąd dziwić, że świnia Rykoświstąkała wyprodukował propagandowe filmidło, sławiące rosyjską agresję przeciw Gruzji? Libertyn ów objawił się także jako gorący stronnik Kremla, obsobaczający w niewybredny sposób uczestników opozycyjnych wieców w Rosji dobrą ponad dekadę temu, co wywołało głośny wtedy skandal, jaki poszedł na konto ówczesnego ''prezerwatyzenta'' Miedwiediewa. Mogliby więc podać sobie ręce zza grobu z głównym ideologiem ponowoczesnego rosyjskiego neonazizmu Władeńką Awdiejewem, gdyż będzie już prawie trzy lata, jak pajac przeniósł się na łono ''prasłowiańskiej'' Walhalli z powodu covida. Naczelny ów ''rasolog'' Kacapstanu ochrzcił bowiem jeszcze za życia ukraiński Majdan mianem ''Wielkiej Homoseksualnej Rewolucji'', w nawiązaniu do aktywnego w niej udziału faktycznie ''ukrytej opcji gejowskiej'' w osobie Ołeha Laszki i jemu podobnych. Pomijając już poważne wątpliwości, czy aby polityk ten nie był rosyjskim prowokatorem, dziwnie czyta się anatemy raszysty pod adresem spedalonych ''żydobanderowców'', rzucane przezeń na jednym oddechu z deklaracją przyjaźni wobec szowinistycznego dziennikarza Igora Diakowa, tworzącego przemówienia dla ''koszernego'' pederasty Żyrinowskiego:). Awdiejew miał na tym punkcie lekkiego szmergla, być może samemu coś wypierając np. pseudointelektualnymi wysrywami o jakoby ''inicjacji Jezusa w homoseksualną magię'' i tym podobnymi bzdetami, stanowiącymi kalkę antychrześcijańskiej propagandy niemieckich volkistów, z której lansowania we współczesnym wydaniu dobrze żył. Zyskując niejaką sławę niechby w niszowych kręgach kacapskich nazioli, publikowanymi jeszcze w latach 90-ych ''rasologicznymi'' pracami, tudzież przekładami ''klasyków'' białej ''antropozofii''. Przyznaję wszakże, iż całkiem intrygująco wygląda jego wizja mauzoleum Lenina, które stanowi ośrodek nekrofilskiego kultu wysysającego soki żywotne narodu i szerzącego wokół rozkład moralny. Gdyż za pomocą iście magicznej praktyki mumifikacji zwłok ''wodza rewolucji'', jego degeneracja rasowa [ ''bękart Żydówki i Azjaty'' ] i polityczne opętanie przeniesione zostały na samych Rosjan. ''Wiecznie żywy'' Lenin może być tylko ich kosztem, jako wampir energetyczny powodujący wedle Awdiejewa ''duchową i fizyczną śmierć narodu rosyjskiego''. Zaradzić jej mógł dlań jedynie rytuał oczyszczający, odprawiony na miejscu zburzonego mauzoleum przez ''żerców'' odrodzonego, ''aryjskiego'' neopogaństwa. Moskiewskie prawosławie bowiem, jako skupione z kolei na oddawaniu czci szczątkom zabitej przez bolszewików carskiej rodziny, nie stanowiło pod tym względem żadnej alternatywy dla rosyjskiego ''rasologa''. Niestety nie każdy Z-patriota ''Raszy-paraszy'' jest podobnym durniem, co wyżej pomienieni - owszem, zdarzają się wśród nich, choć rzadko na szczęście, również dość rozgarnięte jednostki oddające swe umiejętności w służbie wybitnie złej sprawy. Niewątpliwie jednym z takowych jest Igor Dimitriew, wspominany tu całkiem niedawno parę tekstów nazad, rodem z Odessy i ''na moj wzgliad'' Żyd, choć w biogramie piszą, że on ''Makedończyk'' z pochodzenia, niech mu będzie. ''Orientalista'' z wykształcenia, aktywny przeto jako ewidentny ''razwiedczyk'' nie tylko na Ukrainie, lecz i w Syrii, patronował dyskusjom wielkoruskich ''neoimpierców'' w ekskluzywnym klubie MASON ST.ONE, położonym niemal w centrum Moskwy na Tagance. Skądinąd znamienne, że na miejsce spotkań ideologów ''Noworosji'' obrano miejsce ociekające wprost dekadenckim glamourem, botoksem i sterydami, tak samo sztuczne, jak cały ów projekt. Zstępujący czasem za swej bytności w rosyjskiej stolicy do owego ''mordoru'' ukraiński korespondent Roman Cymbałuk wspominał, iż ceny serwowanych w barze drinków już wtedy, przed wybuchem inflacji były iście zaporowe min. właśnie po to, aby żaden ''szachtior'' z Donbasu nie mógł sobie na nie pozwolić, zakłócając jaśniepaństwu miłą atmosferę toczonych w jego imieniu debat. Wprawdzie Dimitriew inicjując obrady loży zawiązanej pod wezwaniem - jakże by inaczej - Dostojewskiego, odcinał się stanowczo od masońskich powiązań inicjatywy mimo samej nazwy klubu, niemniej rzecz ewidentnie wygląda na kopiuj/wklej podobnych w wykonaniu ''przeklętych'' Anglosasów, bo na oryginalne pomysły rosyjskiej bezpieki widocznie nie stać. 

Zresztą ''Ajgor'' jest na tym punkcie mocno zafiksowany, potwierdzając me intuicje wyrażone w tym miejscu całkiem niedawno, iż nabierający na naszych oczach realnego kształtu projekt ''Międzymorza'' stanowi istotny element anglosaskiego, ''talassokratycznego'' eurazjatyzmu. Wszakże jeśli ktoś z tego tytułu nazwie obecnie rządzących Polską czy Ukrainą ''marionetkami perfidnego Albionu i USA'', dowiedzie tym samym jedynie, że jest agenturalnym ruskim kurwiszczem, rzutującym na wroga swą ''rabską'' podległość Moskwie. Bowiem w przeciwieństwie do narzucanej brutalnie przez Kacapów sztywnej hierarchii na pruską modłę, Anglosasów cechowała zwykle większa elastyczność pozostawiająca dużą dozę swobody podmiotom od nich zależnym, a wręcz wymuszająca tychże względnie samodzielną inicjatywę. Powodował to sam morski charakter wyspiarskiego imperium, gdyż trudno było zarządzać w pełni scentralizowany sposób terytoriami rozproszonymi po niemalże wszystkich kontynentach, przedzielonymi ogromnymi przestrzeniami oceanów. Dlatego tak ważną rolę w brytyjskiej ekspansji odgrywały kompanie handlowe, kapitalistyczne korporacje swych czasów i prawdziwe ''państwa w państwie'' z własnymi siłami zbrojnymi oraz administracją, działające na mocy przywileju Korony. Czy ów los stanie się udziałem wykuwanej właśnie ''Rzeczpospolitej międzymorzańskiej'' czas pokaże, w każdym razie Dimitriew bez ogródek twierdzi, iż wraz z wyborem Zełeńskiego na prezydenta pieczę nad Ukrainą przejęli od Amerykanów Brytyjczycy. Prowadzący do pewnego stopnia osobną politykę, inną niż USA co znać doskonale po omawianym już tutaj przypadku Turcji, stanowiącej wedle ''razwiedczyka'' jeden wielki wentyl bezpieczeństwa dla obecnej Rosji, wszakże ściśle powiązany z ''perfidnym Albionem'' i przeto pod jego kontrolą. Podobnie jak Katar, ową symbiozę ze światem islamu Dimitriew tłumaczy wspólną dla Brytoli co i muzułmanów skłonnością do polegania na nieformalnych raczej, ''sieciowych'' strukturach, czyli mówiąc ''klasykiem'': służby, mafie, loże [ i szczęść Ałłah/Wielki Architekt! ]. Rzeczywiście, islam jest religią ponowoczesną, doskonale obywając się bez oficjalnych instytucji kościelnych, świątyń, duchowieństwa etc. bo ani meczety czy mułłowie nie pełnią takowych funkcji, wbrew utrzymującym się wciąż na Zachodzie błędnym mniemaniom. Muzułmanie preferują raczej więzi plemienno-klanowe, tudzież zawiązując tajne zazwyczaj bractwa z wojującym sufizmem na czele. Przez co tak dobrze radzą sobie w świecie powszechnego rozproszenia stałych dotąd i określonych form życia społecznego, gospodarczego lub kulturowego, czego boleśnie właśnie doświadczamy, również w Polsce. Dlatego wedle Dimitriewa po wojnie, bez względu na jej ostateczny wynik, także w Rosji wyznawcy islamu będą odgrywać coraz większą rolę, co nie oznacza zaraz realizacji panikarskich wizji powrotu Moskwy do ''tatarskiego jarzma''. Sam przyznaje, iż znać to już po obróconym niemal w perzynę przez Moskali Mariupolu, skąd wypędzili swą bezrozumną agresją większość słowiańskich mieszkańców, mniejsza identyfikujących się jako Ukraińcy czy też Rosjanie. Mordując ich przy tym niemało, na miejsce tamtych sprowadzając tadżyckich pracowników dla wznoszenia na gruzach potiomkinowskich osiedli, oraz pilnujących owych robót, uzbrojonych po zęby czeczeńskich strażników. W związku z czym Dimitriew zasadnie stawia kwestię: ruski to, czy raczej ''musulmański mir''? Po mojemu zaś sama Moskowia przepoczwarza się obecnie w rodzaj zbójeckiej kompanii handlowej, coś na kształt drapieżnego korpofaszyzmu, jakiego wzorzec stanowić może jawnie bandyckie przedsięwzięcie Prigożina, z własnymi siłami zbrojnymi i niemal religijną misją polityczną, która mu przyświeca na równi z czerpanym na rozboju i grabieży zyskiem. Tak właśnie jak to miało miejsce w przypadku Kompanii Moskiewskiej i ściśle z jej działalnością powiązanego fenomenu ''opryczniny''... Jest więc skąd czerpać wzorce, acz nie kryję, że jeśli idzie o Polskę co i Ukrainę, od rabunkowej eksploatacji zasobów podbitego kraju i jego ludności, wolę by przypominało to raczej model zarządzania typowy dla pierwszych kolonii w Ameryce Północnej, z podobną co i za oceanem niegdyś perspektywą dziejowej prosperity - czego więc i życzmy sobie na Wielkanoc!

sobota, 25 marca 2023

Antywojtyliańska homofobia.

Kieruję swój przekaz do kumatych osób pojmujących chyba, że prowokacyjnym tytułem nie włączam się bynajmniej w chamski lincz medialny na polskim papieżu. Zarazem nie zamierzam również stawać w obronie jego pomnikowej wizji, jak uczynił to PiS odpowiednią uchwałą, korzystając z okazji dostarczonej przez idiotów i nieudaczników z tzw. opozycji. Co do mnie wolę metodę subwersji tj. zwalczania wroga jego własną bronią, obracając należący doń język i argumenty przeciwko niemu samemu. Sądziłem, że wpisem na drugim blogu załatwiłem ze swej strony temat, ale widzę, iż trzeba będzie poczynić doń obszerny dopisek, tym razem już na spokojnie. W każdym razie podtrzymuję moją decyzję o wsparciu partii rządzącej na pohybel PO, od czego nie odwiedzie mnie nawet kolejny psychoterapeuta tym razem z PiS, choć jego zainteresowanie prostytucją nieletnich również wygląda niezdrowo i podejrzanie. Niemniej póty nie wyjdzie, iż on lub ktoś w podobie krzywdzi dzieci, zaś PiS zachowa się w owej sprawie równie haniebnie co PO, nijakiej symetrii między oboma ugrupowaniami nie ma. Kreatury pokroju niejakiego Koroluka, swym zajadłym atakiem na formację rządzącą co i autorytet polskiego papieża, zrobiły obu przysługę. Dlatego napisałem mu na YT, że jest ''PiSowską szmatą, która perfidnie ociepla wizerunek Wojtyły nazywając go ''homofobem'', za co w ''wolnej Polsce'' czeka takiego PiSdzielca jak on więzienie''. Inny zaś komentator skontrował jego świętoszkowate oburzenie tym, iż JPII miał być ''homofobem, kołtunem i okrutnikiem'' uwagą: ''no ale miał też chyba jakieś wady?'':))). Generalnie beka z podobnych zjebów, owszem Korolukowi całkiem zacnie wyszło oranko Atora, ale na Wojtyle już wyłożył się na pysk, najwidoczniej za wysokie progi. Z kolei Franusiowi Vetulani pragnącemu ''jebać papieskie truchło'' przypominam, iż póki co jeszcze ''nekroerotyka'' jest zakazana, choć niedługo zapewne, a na razie może on próbować realizacji swych niezdrowych popędów ruchając zabalsamowany odbyt mumii Lenina. Śmiało chłopie, obaczymy czy stać cię będzie na równą bezczelność, z jaką obśliniałeś pomniki żołnierzy podziemia antykomunistycznego w Polsce, nie mówiąc już, że wypominanie kremówkowej ''bestii z Wadowic'', iż jakoby miała ''rzułtą mordę'' brzmi rasistowsko i w dodatku niegramatycznie. Docenić jednak należy teologiczną elegancję ukutego przez Franka pojęcia: ''ojciec piekła kobiet'', istny cymes:) Nade wszystko zaś, gdyby faktycznie okazało się, że Karol Wojtyła chronił księżych pedofilów z których gros stanowią pederaści, zarzuty przeciw niemu trąciłyby ''homofobią''! Jan Paweł II byłby więc ''katechonem'' dla ''kochających inaczej'', a przecież ''miłość nie wyklucza'' nikogo, ruchaczy dzieci również. Zaciekli krytycy polskiego papieża wychodzą stąd na ''reakcyjne dewoty'', sprzeniewierzając się dziedzictwu luminarzy europejskiej lewicy, orędujących głośno jeszcze parę dekad temu za legalizacją pedofilii. Co prawda, jak okazało się z czasem taki Foucault działał tu we własnej sprawie, nie ma co jednak lewakowi wypominać odrobiny prywaty, grunt że wspierał pod koniec żywota emigracyjną ''Solidarność'' współdziałając min. z Sewerynem Blumsztajnem. Ileż to było szydery wśród naszej kołtuńskiej prawicy z ''pierdolę nie rodzę!'' ostatniego, a on jak teraz widać robił jedynie za forpocztę ''niebinaryzmu płciowego'' nad Wisłą, dzielnie broniąc autonomii swej wirtualnej ''gender-macicy'' przed zakusami Kościoła i polityków. Jednym słowem opozycja ''głównego ścieku'' w Polsce jest krindżowa jak Sylwester Marzeń na rampie w Auschwitz, z tłumem w pasiakach gibającym się w kolejce do komory przy kawałku SSenka zawodzącego: ''przez twe oczy niebieskie gazowałeeem''. Pasowałby tu jak ulał projekt ''Lady Pejs'', szczególnie wybitna przeróbka hitu ''Zamki na piasku'', o której stworzenie błędnie posądza się Kelthuza, nie może bowiem to być, aby tak proizraelski artysta mógł sobie pozwolić na coś podobnego, czyż nie? Złośliwiec jakowyś podszywa się pod chłopa, w każdym razie nie zasługują na miano alternatywy politycznej nieudacznicy, którzy by wyjść z szamba w jakie sami się wkopali przekraczają kolejne granice żenady. Kreując MADkę nieszczęsnej ofiary geja pedofila na zaszczutą przez spisek myśliwych i leśników, tudzież jak Lis z ''kuniem'' posądzając PiS i hierarchów kościelnych o zlecenie antypapieskiego dokumentu TVN-u. Najśmieszniejsze, że ci durnie nie tylko dali pretekst PiS do wykorzystania JPII jako wygodnej pałki ideologicznej na wrogów, ale nade wszystko atakując KK srają tak naprawdę do własnego gniazda. Bowiem katolicyzm i to również w Polsce nie jest już żadną ostoją konserwatyzmu politycznego czy obyczajowego, wręcz przeciwnie - forsowane przez niemiecki episkopat błogosławienie homoseksualnym małżonkom, zapewne czeka i nadwiślańskie kościoły, bo rzecz cieszy się przychylnością samego Watykanu. Nie przeszkadza w tym nawet potępienie ''gender'' przez obecnego ''papaja'', gdyż posługuje się w tym celu lewacką, antykolonialną retoryką traktując LGBTarianizm de facto jako ''imperializm kulturowy białego człowieka''. Dlatego choć autor na jakiego powołuje się był akurat tradycjonalistycznym katolickim apologetą, jak nic Franczesko reprezentuje typowo latynoską ''teologię wyzwolenia''. Banda politycznych nieudaczników i przegrywów, którzy medialnie ''skremówkowali'' papieża Polaka, a teraz równie głupio obalają owego chochoła, będzie może już za parę lat tak samo gorliwie, jak dziś potępiają kościelną pedofilię, domagać się jej legalizacji, nazywając ją tym razem ''międzypokoleniową intymnością'', co już w przeszłości bywało. Co z nich za liberałowie obyczajowi, przecież nie kto inny, jak sam Ludwig von Mises w swym epokowym dziele ''Ludzkie działanie'' wykazał dobitnie, że bachory nie mają rozumu i godności człowieka - by nie być gołosłownym przywołam cytat ze str. 15:

''Człowiek jest [...] nie tylko homo sapiens, lecz także – w nie mniejszym stopniu – homo agens. Istoty należące do rodzaju ludzkiego, które z powodu wrodzonych lub nabytych defektów są trwale niezdolne do działania (w ścisłym znaczeniu tego słowa, a nie tylko w sensie prawnym), właściwie nie są ludźmi. Co prawda są nimi z punktu widzenia prawa i biologii, jednak brakuje im istotnej cechy człowieczeństwa. Noworodek też nie jest istotą działającą. Nie przeszedł jeszcze całej drogi zainicjowanej poczęciem do pełni dojrzałości jego ludzkich przymiotów. W miarę jednak rozwoju staje się istotą działającą.''

- pomnijmy, że pisał to Żyd z Europy Wschodniej, w rozprawce ogłoszonej zaledwie parę lat po II wojnie światowej, gdy świeżo osądzono w Norymberdze zbrodnie nazistowskiej eugeniki... Korespondują z tym również pogardliwe uwagi Misesa rzucone przezeń pod koniec podrozdziału o wymownym tytule ''Człowiek wegetatywny'':

''Przedmiotem prakseologii jest ludzkie działanie. Prakseologia zajmuje się działającym człowiekiem, a nie człowiekiem zamienionym w roślinę i sprowadzonym do egzystencji czysto wegetatywnej.''

- tak więc późniejsze o parę dekad wywody jeszcze bardziej radykalnego wolnorynkowo Rothbarda o tym, jakoby rodzice mieli pełne prawo handlować swymi dziećmi i dowolnie nimi rozporządzać jako swą własnością, dają się logicznie wywieść z fundamentalnych tez jego ideowo-rasowego ziomka. Podobnie jak i wyciągających ekstremalne konsekwencje z niniejszych założeń tzw. ''propertarian'', głoszących hasło ''wolnoć Fritzlu w swej piwnicy'' tzn. rzekomo całkiem uprawnione ma być wedle nich spółkowanie z dziećmi, byle tylko własnymi, no chyba iż jak chciał tego Rothbard zakupimy je od chętnych do takowej transakcji rodziców. I żaden faszysta z rządu nie ma prawa wpierdzielać się w dobrowolną wymianę przed-ludzkich ''towarów'' na w pełni wolnym rynku, ani dyktować ich właścicielom co wolno czynić im ze swą ''prywatną własnością''! Nade wszystko zaś, czego nie pojmują wszystkie głupie skurwysyny próbujące nieudolnie szkalować polskiego papieża, dla jego rodaków pamiętających czasy PRL, a tacy stanowią większość naszego starzejącego się społeczeństwa, Jan Paweł II nie tyle jest przywódcą religijnym, co głównie czysto politycznym znakiem oporu przeciw komunie. Dla ludzi steranych wegetacją w zatęchłym ''demoludzie'', obranie jednego z nich szefem korporacji wyznaniowej o międzynarodowym zasięgu, stanowiło ożywczy powiew wielkiego świata, symboliczne choćby przebicie odgradzającej nas od niego ''żelaznej kurtyny''. Z racji nienormalnych warunków w jakich Polakom przyszło wówczas żyć, nie mieli oni innej szansy na udział w globalnej polityce, jak poprzez kościół katolicki, bo niby kto miał im to zapewnić - podporządkowana Moskwie PZPR? Bez żadnej szydery rzec można, iż papież Polak był jednym wielkim środkowym palcem okazanym bolszewikom, prawdziwym ciosem w ich splot słoneczny i wieczną zadrą, dlatego mieliśmy wtedy nad Wisłą do czynienia z masowym fenomenem ''niewierzących praktykujących'', uczestniczących we mszach ks. Popiełuszki tylko po to, by wkurwiać Urbana:). Obalić więc autorytet Jana Pawła II w oczach Polaków mogłoby jedynie dowiedzenie, iż był zeń jakoby Bolęsa w sutannie - kapuś SB, a lepiej jeszcze agent KGB, zaś osadzenie kard. Wojtyły na Piotrowym Tronie operacją radzieckich służb nadzorowaną przez samego Andropowa. O, to byłoby coś, prawdziwy dynamit pod papieski pomnik, przy czym akt oskarżenia nie mógłby rzecz jasna opierać się na kwitach wyciągniętych z dupy Putina, jakichś czekistowskich fałszywkach, lecz solidnej dokumentacji historycznej potwierdzonej także przez zachodnie wywiady. Nie zaś polegać jak teraz na imputowaniu mu, czy krył lub nie jakichś przestępców seksualnych w sutannach, bo ludzie jak ja dla których to żaden Ojciec Święty, będą tym zbulwersowani raczej umiarkowanie. Wojtyła przecież nigdy mi nie był autorytetem religijnym ni intelektualnym, jego ''personalistyczna'' filozofia doprowadza mnie wręcz do szału - jej ostrej krytyce uprzedzam, przyjdzie mi jeszcze poświęcić osobny tekst. Nie za to wszakże go cenię powtarzam, zaś praktykujący nadal katolicyzm Polacy też nie sądzę, aby skłonni byli do pryncypialnego potępiania swego papieża, nawet jeśli faktycznie miał coś na sumieniu. Bowiem nie przypadkiem mówi się o płytkiej religijności naszych rodaków, nieskłonnych przeto do fanatyzmu i wyznaniowej egzaltacji. Dlatego właśnie byliśmy ''państwem bez stosów'': bo tu zawsze mało kogo, poza garstką dziwaków jak autor tych słów, pasjonowały doktrynalne kontrowersje - i bardzo kurwa dobrze! Świetnie, że polska religijność jest ''płytka i bezrefleksyjna'', na co wiecznie narzekają zlaicyzowani talmudyści i protesranci, nie pojmujący naszej świętej narodowej ignorancji. Nikomu stąd tutaj się na łeb sufit nie zawali od antypapieskiej krytyki, bo przeciętny Polak-katolik od dawna wie, że jego proboszcz to zazwyczaj kurwiarz i złodziej, acz molestowanie kleryków to jednak dlań pewne novum:). Nie aż tak wszakże, aby załamał mu się oparty na zdrowej hipokryzji światopogląd, zresztą od zawsze papieski Rzym stał dziwkarzami i pedałami, cóż jednak niby takiego dobrego zwojował potępiający ów nierząd Luter? Sam żył jak świnia i tak skończył, natomiast Kalwin był samonienawidzącym się gejem, cały jego purytanizm obyczajowy stanowił desperacką próbę zaprzeczenia własnemu homoseksualizmowi. Z dwojga złego wolę stąd od anal-baptysty już rozpustnego prałata, oczywiście póty nie krzywdzi innych, bo tego akurat tolerować nie sposób. Poza tym, gdyby któremuś z tych leniwych intelektualnie kretynów atakujących teraz Wojtyłę, chciało się wyleźć ze swej wygodnej banieczki ideologicznej, ze zdumieniem odkryliby, że nie jest on żadnym autorytetem, a wręcz ''heretykiem'' niemalże dla katolickich ''ultrasów''. Również nadwiślańskich, obwiniających go min. o zbytnią uległość wobec Żydów, by przywołać ostre w tonie uwagi ze strony polskich ''lefebrystów'':

''Różnica pomiędzy Janem Pawłem II a innymi papieżami polegała na szczególnej wrażliwości na sprawy żydowskie. O’Brien wskazuje tutaj na konflikt wokół oświęcimskiego karmelu. Papież Jan Paweł II, jako pierwszy w dziejach papiestwa, na wyraźne żądanie innowierców (żydów) usunął obiekt kultu katolickiego.''
 
- bo też i faktycznie, w wywiadzie-rzece z nim pt. ''Przekroczyć próg nadziei'', polski papież wspominając o Żydach posuwa się wręcz do niesłychanego porównania ich z... samym Chrystusem [ cytat ze str. 87 ]:
 
''Ten niezwykły naród w dalszym ciągu nosi w sobie znamiona owego Bożego wybrania. Kiedyś powiedziałem o tym w rozmowie z pewnym politykiem izraelskim, który chętnie się ze mną zgodził. Dodał tylko: ,,Gdyby to mogło mniej kosztować''... Istotnie, Izrael zapłacił wysoką cenę za swoje ''wybranie''. Może stał się przez to bardziej podobny do Syna Człowieczego, który według ciała był również Synem Izraela, a dwutysięczna rocznica Jego przyjścia na świat będzie także świętem dla Żydów''.

- prędzej okazją do miotania bluźnierstw pod Jego adresem; owe skandaliczne uwagi były niegodne przywódcy łacińskiego chrześcijaństwa, którego obowiązkiem powinna być obrona arabskich wyznawców Jezusa w Palestynie, prześladowanych przez żydowskich fanatyków tak religijnych co politycznych. Niemniej oddajmy Janowi Pawłowi II, iż w tym samym wywiadzie nieco wcześniej na str. 49 prawi jak na papieża przystało:

''Czyż Chrystus nie stał się ,,zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan?'' [ 1Kor1, 23 ]. Właśnie przez to, że Boga nazywał swoim Ojcem, że tego Boga tak bardzo objawiał sobą, iż zaczęto odnosić wrażenie, że za bardzo...! W pewnym sensie człowiek nie mógł już tej bliskości wytrzymać i zaczęto protestować. Ten wielki protest nazywa się naprzód Synagogą, a potem islamem. I jedni, i drudzy nie mogą przyjąć Boga, który jest tak bardzo ludzki. Protestują: ,,To nie przystoi Bogu''. ,,Powinien pozostać absolutnie transcendentny, powinien pozostać czystym Majestatem - owszem, Majestatem pełnym miłosierdzia, ale nie aż tak, żeby sam płacił za winy swojego stworzenia, jego grzech.''

- twarde słowa, godne strażnika chrystusowej wiary. Niestety rozwodnione przez żarliwy ekumenizm Wojtyły, jakim ocieka całe ''Przekroczyć próg...''. Bo też i to co odstawia Francesco z ''paciamaną'' stanowi jedynie radykalną kontynuację dzieła samego JPII, zapoczątkowanego przezeń międzyreligijnymi spotkaniami w Asyżu od poł. lat 80-ych zeszłego stulecia. Doprawdy trudno pojąć, jakim cudem polski papież mógł całować publicznie Koran, zdając sobie doskonale sprawę z totalnego odrzucenia przez islam chrystusowego Bogoczłowieczeństwa, ględząc muzułmanom jakoby wierzyli w tego samego Boga co chrześcijanie?! Stała za tym entuzjastycznie afirmowana przez Jana Pawła II, zapoczątkowana przez II Sobór Watykański ''generalna reformacja'' katolicyzmu, przekształcająca go w globalny humanitaryzm o metafizycznym, ''kosmo-logicznym'' niemalże wymiarze, zaś sam kościół w rodzaj prawoczłowieczego NGOSu, dzierżącego nadal prymat co najwyżej jako pierwszy spośród mu równych o podobnym charakterze organizacji wyznaniowych. Nie mogą tego przebaczyć Wojtyle wspomniani lefebryści z Bractwa Piusa X, co więcej w ich periodyku ''Zawsze Wierni'' dobrą ponad dekadę temu już, można było przeczytać oskarżenia polskiego papieża o co najmniej tolerowanie przezeń HOMOSEKSUALNEJ głównie pedofilii kleru katolickiego! - na dowód odpowiedni cytat:

''Duchowni i świeccy wierni wzywali do natychmiastowej kanonizacji (Santo subito!) polskiego papieża. Jednak skutków jego pontyfikatu w żaden sposób nie można nazwać budującymi. Józef (Joe) Sobran napisał:

Prawowierni katolicy zadają pytanie, czy jego pontyfikat należy uznać za sukces. Wydaje się, że Jan Paweł II zachował naiwną wiarę lat 60. w dialog ekumeniczny, niezależnie od tego, jak bardzo okazał się on bezowocny. [...] Za jego pontyfikatu wybuchł też jeden z najgorszych skandali w historii Kościoła – ujawniono, że księża ­homoseksualiści molestowali nieletnich chłopców. Jest to naturalny skutek dominacji homoseksualistów w amerykańskich (i prawdopodobnie nie tylko amerykańskich) seminariach, która narastała od lat 60., już przed pontyfikatem Jana Pawła II, wydaje się jednak, że nie miał on pojęcia, iż zjawisko to trwa nadal, i nie mógł uwierzyć w fakty, o których mu donoszono. Wszystko to nie wydaje najlepszego świadectwa o jego rządach.''
 
- nieprawdopodobnym stąd jak dla mnie jest domniemanie niewiedzy Jana Pawła II o pedofilskiej patologii toczącej kler katolicki, szczególnie za oceanem, acz nie tylko jak się właśnie przekonujemy. Nie sądzę, by tłumaczyła go obawa przed oskarżeniem o ''homofobię'', bo ''tęczawe'' środowiska choć już wtedy głośne, nie były jednak na tyle wpływowe jak dziś, by torpedować próby zwalczania pederastów w kościele [ tym bardziej heteroseksualnych miłośników ''międzypokoleniowej intymności'' ]. Stawiałbym raczej, że wymogi walki z sowiecką komuną, jakie były dlań priorytetem, kazały mu zamilczeć problem, którego nagłośnienie uderzałoby pośrednio w USA i ogólnie ówczesny Zachód, nie grzeszący obyczajnością delikatnie zowiąc. Tragiczny paradoks niestety spowodował, iż polski papież dałby tym zaniechaniem wygodne narzędzie komuchom do niszczenia autorytetu papiestwa, boć przecież to oni chronili księży pedofilów wykorzystując ich jako donosicieli i agentów wpływu w KK. Przyznaję jednak, że słabym punktem takowego rozumowania jest fakt, iż po tzw. ''upadku komuny'' Jan Paweł II miał już teoretycznie rozwiązane ręce w owej sprawie, mógł więc zabrać się do oczyszczenia szeregów kleru katolickiego z homoseksualnych zazwyczaj przestępców seksualnych. Wszakże wtedy właśnie papiestwo znalazło się pod propagandowym ostrzałem zarówno ze strony proaborcyjnej administracji Clintonów, jak i sprawujących wówczas hegemonię medialną i polityczną nad Wisłą demoliberałów skupionych wokół ''Wyborczej'', za pryncypialne potępienie praktyk spędzania płodu, mniejsza na ile rzeczywiście uzasadnionego w tradycyjnej doktrynie katolicyzmu. Nie jest więc zapewne przypadkiem, iż wówczas zaczęły wychodzić na jaw w USA skandale obyczajowe toczące KK, acz skrzętnie pomijano przy tym ''orientację [homo]seksualną'' zdecydowanej większości przestępców w sutannach [ co rzecz jasna nie znaczy, iż heteroseksualni zboczeńcy molestujący dzieci byliby od pedałów lepsi ]. Naonczas ''GW'' nie ośmieliła się jak dziś oskarżać polskiego papieża o chronienie księżych pedofilów, choć intrygująco w tym kontekście brzmi informacja podana przez Balceraca, iż po wybuchu tzw. ''afery Rywina'', gdy skompromitowany nią ''ojciec nadredaktor'' umknął do Włoch, kard. Dziwisz [ wtedy jeszcze osobisty sekretarz JPII ] miał sfinansować operację przechlanych bebechów Michnika-?! Najwidoczniej po jednych oni pieniądzach... Poza tym niebagatelne znaczenie ma fakt, że akurat na pocz. lat 90-ych zdiagnozowano u polskiego papieża Parkinsona, postępująca choroba czyniła go bezwolnym co sprzyjało przejmowaniu kontroli nad Watykanem przez jego otoczenie. Szczególną rolę odgrywał tu właśnie Dziwisz znany ze swej skłonności do łapówkarstwa, który wraz z ówczesnym sekretarzem Stolicy Apostolskiej abp. Angelo Sodano, mieli razem odpowiadać za promowanie w hierarchii kościelnej homoseksualnego pedofila McCarricka, czy takiej kanalii jak niesłynny Marcial Maciel - degenerat posuwający się nawet do gwałcenia własnych nieślubnych synów. Generalnie wygląda na to, iż trzęsąca Watykanem sitwa korupcjonerów i pedałów próbuje obarczyć Jana Pawła II wyłączną odpowiedzialnością za własne przestępstwa finansowe i seksualne. Na osobną uwagę zasługuje, iż w ów proces zaangażowano obecnie w Polsce jakiegoś holenderskiego pismaka, dla którego ''ustalenia'' ćpuna Piątka są wiarygodne, co kompromituje go jako ''dziennikarza śledczego''. Warto poświęcić chwilę na lekturę wysrywów tegoż zjeba, które spisał na swym profilu TT niejaki Waldemar Kowal - doceniam wysiłek, bo osobiście nie dałbym rady. Tępa propaganda PO, co nie dziwi u autora hagiografii Tuska np. posądzenia PiS o ''zakamuflowaną prorosyjskość'', przy jednoczesnym czynieniu mu wyrzutów z racji oporu stawianemu atakowi ''bronią masowej migracji'', ze strony podporządkowanego Kremlowi reżimu Łukaszenki. Szczególnie zaś rozbawiło mnie zrównywanie chłopów pańszczyźnianych d. Rzeczpospolitej z niewolnikami u przedstawiciela narodu, który do dziś nie rozliczył się ze zbrodniami własnego kolonializmu, czerpaniem zysków z handlu Murzynami, czy by sięgnąć do bliższych nam czasów, masowej kolaboracji Holendrów z III Rzeszą w trakcie II wojny światowej. Holandia lat 70/80-ych XX w. była też jednym z tych krajów naprawdę zgniłego obyczajowo Zachodu, gdzie ''apologia pedofilii miała charakter niemal systemowy'', jak przypomniała ostatnio Liliana Sonik. Mimo to patodziennikarz z owej zboczonej nacji ma czelność pouczać nas Polaków, żeśmy nie dorośli jakoby do standardów ''zachodnioeuropejskiej demokracji'', JPRDL - szkoda słów, tylko skończony frajer, czyli wyborca PO nabierze się na takowe bzdety. Później zaś narzekanie, iż ludzie w Polsce nadal głosują na PiS, te opozycyjne spierdoliny są niereformowalne, kolejną zawinioną wyłącznie przez siebie klęskę wyborczą znowu tradycyjnie zwalą na ''hołotę przekupioną pińcset'' itd. Nikt z nich nie czyni też jakoś wyrzutów obecnemu ''progresywnemu obyczajowo'' papieżowi, że promuje hierarchów kościelnych uczestniczących w gejowskich orgiach i przestępców seksualnych w sutannach. W każdym razie, powtórzmy, Jan Paweł II pozostaje symbolem oporu Polaków przeciw komunizmowi, i nie zmienią tego żadne słabe reportaże TVN, co przyznaje nawet Romek Giertych. PiS więc sfrajerzyłby się politycznie, nie wykorzystując okazji nadarzonej nieudolnością opozycji głównego ścieku, niezależnie czy rzeczywiście osoba polskiego papieża zasługuje na tak zaciekłą obronę jego czci. Bowiem jak widać są co do tego uzasadnione chyba wątpliwości, formułowane w dodatku przez ''katolickich fundamentalistów'' religijnych, acz gwoli uczciwości nadmienić należy, iż na lefebrystach - bo o nich mowa - również ciążą zarzuty o ukrywanie pedofilów w swych szeregach, tak na misjach afrykańskich, co i w Europie. Natomiast wyżej przywołany przez nich Joseph Sobran, niezwykle krytyczny wobec pontyfikatu Karola Wojtyły, nie był żadnym ''progresistą'', ale twardą jankeską ''konserwą'', tak że dalej na prawo odeń już chyba tylko ściana. Sam nie jestem takowym ultrasem dla jasności, choćby obserwując co za brednie wygaduje jeden z głównych rzekomo obrońców katolickiej tradycji, jakim mieni się być abp. Vigano. Pomijam już, że jego pacyfistyczne pitolenie podejrzanie przypomina przekaz tak niby krytykowanego przezeń obecnego papieża. Z kolei reszta narracji brzmi niczym żywcem zerżnięta z kremlowskiej propagandy o ukraińskich ''biolaboratoriach'' NATO itd. Bodaj najbardziej bulwersujące jednak, iż mniemany strażnik katolickiej ortodoksji przed zakusami globalistów, z aprobatą wyraża się o jadowicie antykatolickiej idei Moskwy jako ''Trzeciego Rzymu''. Głosi ona bowiem, iż tureccy ''pohańcy'' odegrali rolę ''bicza bożego'' na Bizancjum, za jego ''występek'' zawarcia unii wyznaniowej z papieskim ''antychrystem'' - Vigano zaś bełkocze:

''Być może Opatrzność zrządziła, że Moskwa, Trzeci Rzym, przyjmie dziś na oczach świata rolę κατέχον (katechona) (2 Tes 2, 6-7), eschatologicznej przeszkody dla Antychrysta.''

- Jego Ekscelencji wypadałoby stąd przepisać jako ostre sole trzeźwiące utwór ukraińskiej DJ-ki ''Tuczy'', o wymownym i jakże słusznym tytule: ''Russia is a terrorist state''. Vigano nie pojmuje najwidoczniej, że poprzez rewolucję bolszewicką Rosja z peryferyjnego imperium przekształciła się w światowe mocarstwo, potwornym zresztą kosztem. Oznacza to, iż poradzieckie elity władzy są integralną częścią globalistycznej międzynarodówki, czego niestety nie rozumieją nie tylko autentyczne ruskie onuce, ale i rodzimi ukrainofile upatrujący w niedawnym Oskarze dla Nawalnego jakowegoś ''spisku razwiedki''. W przeciwieństwie do nich nie mam Amerykanów za naiwnych głupców, którzy nie wiedzą co czynią, przypomnę stąd, iż w Polsce powinniśmy się obawiać nie tyle sojuszu Niemców i neobanderowców, co przejęcia władzy po Putinie przez pokraczną koalicję liberalnego żydostwa z Moskwy i Petersburga, oraz rosyjskich czarnosecińców zjednoczonych pospólną trwogą przed demograficzną dominacją muzułmanów, zaś polityczną i ekonomiczną Chin. Bowiem Rosja, gdzie parady LGBT zastępują militarne, lecz nadal wyposażona w broń nuklearną i znajdująca posłuch nie tylko w Berlinie, ale co gorsza także Waszyngtonie, stanowi śmiertelne zagrożenie dla Rzeczpospolitej oraz innych krajów regionu, jak Ukraina. W tym kontekście niepokojąca wygląda admiracja Jana Pawła II dla rosyjskiego myśliciela Włodzimierza Sołowjowa, który kreślił utopijną wizję uniwersalnej teokracji pod wprawdzie duchowym zwierzchnictwem papieża, za to polityczną władzą rosyjskiego cara. Rzecz jasna nie sugeruję tym samym, jakoby Wojtyła miał być ''ruskim agentem'', a jedynie wskazuję na zbytnie uleganie przezeń intelektualnym wpływom wybitnych skądinąd postaci, co do których jednak nawet prawosławnej ortodoksji można by mieć zastrzeżenia, prędzej bowiem ideowe korzenie ich myśli tkwią w bizantyjskiej gnozie neoplatońskiej. Dziś też widać, jak polski papież omylił się fatalnie, wierząc w rzekome odradzanie się po tzw. upadku komunizmu chrześcijaństwa w Rosji, niechby w jego wschodnim wydaniu, czemu dał wyraz w ''Przekroczyć próg...''. W rzeczywistości zaś mieliśmy tam do czynienia ze sztucznym, narzuconym odgórnie odtwarzaniem czysto urzędowego kultu, co zresztą stanowiło naśladownictwo nie tylko bolszewickich praktyk ''żywej cerkwi'', ale sięgało jeszcze imperialnej tradycji ''kościoła państwowego'' epoki Piotra I. Owszem, nie wyklucza to istnienia we współczesnej Rosji wcale licznych środowisk żywo praktykujących prawosławną wiarę, tyle że wegetują one raczej na marginesie oficjalnej Cerkwi, a poza tym wiele z nich skompromitowało się czynnym wsparciem dla agresji wojennej swego kraju na bratni słowiański naród, w tym również ukraińskich współwyznawców.  Spektakularnym tego okazem rosyjska ''tradwife'' Maria Lwowa-Biełowa, tamtejsza rzecznik ''praw dziecka'', oskarżona niedawno przez haski trybunał wraz z Putinem, o uczestnictwo w procederze zawłaszczania przez Rosję ukraińskich dzieci. Baba naprawdę zdaje się wierzyć, iż niesie tym pomoc i ''miłosierdzie'' nieszczęsnym małym Ukraińcom i nastolatkom, pozbawionym rodziców przez państwo i nację, jakim sama ślepo służy! Kto wie, czy tacy jak ona nie są w pewnym sensie gorsi nawet, niż opętańcy pokroju rosyjskiego neonazisty Milczakowa, który otwarcie zaprzedał duszę diabłu, lub jak kto woli chtonicznym ''solarnym'' mocom, jakie bez reszty objęły nad nim władanie. Przynajmniej przemoc jest tu brutalnie jawna i przeto łatwa do zidentyfikowania, natomiast owo bogobojne kurwiszcze zgrywające ''dobrą samarytankę'', perfidnie niszczy mechanizmy obronne porywanych de facto przez Rosję dzieci przytulaniem ich, okazywaną rzekomo empatią, generalnie miękkimi metodami, jakim oprzeć może się bodaj tylko autystyczny psychopata. Generalnie na prawicy powinniśmy przyjąć wreszcie tą oto gorzką dla nas prawdę, iż nawet autentyczne nawrócenie Rosji na chrześcijaństwo, obojętnie już we wschodnim czy też rzymskokatolickim wydaniu, w niczym nie zmieni tyrańskiej natury tamtejszej władzy. Zdaje się zresztą wyrastającej z ideowej gleby wrogiego chrystianizmowi, bizantyjskiego neoplatonizmu [rzecz godna osobnego omówienia], toż samo tyczy i obecnej lewicy liczącej równie głupio na przemianę kremlowskiego reżimu po przemalowaniu jego mordy w barwy LGBT. 
 
...i to tyle na dziś. W następnym tekście z serii, jaki postaram się opublikować już w okresie świąt Wielkiejnocy, podejmę dzieło srogiej merytorycznej orki wojtyliańskiego ''personalizmu'', tudzież wytknięcia innych błędów u tego bez wątpienia wielkiego Polaka. Bowiem Jan Paweł II nie jest martwą skamieliną, lecz wciąż żywą jak widać, budzącą gorące spory postacią najnowszych dziejów Polski, stąd wartą krytycznego namysłu, nie zaś bałwochwalczych hołdów ni mieszania go z błotem, by nie rzec wprost g...
 

sobota, 25 lutego 2023

Niemcy i Rosja - wspólna sprawa [ ''chazarów'' tyż ].

Na wstępie warto poczynić uwagę natury zasadniczej, by uniknąć ewentualnych nieporozumień. Otóż dobra znajomość przeszłych dziejów jest potrzebna paradoksalnie dla nabrania dystansu do historii, aby nie stać się więźniem zastarzałych schematów. Zarazem kształt teraźniejszości stanowi efekt wydarzeń z zamierzchłych często epok, sięgających bywa setki a nawet tysiące lat wstecz. Bez elementarnej choćby wiedzy na ich temat wychodzimy więc na głupców i frajerów, aż proszących się wręcz o wydymanie. W gruncie rzeczy ludzkie dzieje najlepiej definiuje dialektyka tego co powtarzalne i zmienne - banał niby, lecz w praktyce mało kto jest w stanie oprzeć się prostackiemu redukcjonizmowi historii do ''stałych wariantów gry'', tudzież popadaniu w jałowe kompilatorstwo następujących jakoby całkiem chaotycznie wydarzeń. Dobrą ilustracją owego mechanizmu jest trafna konstatacja red. Kożuszka w jednej z ostatnich jego ''rozkmin''. Celnie bowiem zauważył, iż większość współczesnych komentatorów dziwujących się pozornie irracjonalnej postawie Berlina wobec wojny na Ukrainie, zdaje się nie mieć pojęcia o elementarnym fakcie z niedalekiej przecież przeszłości. Otóż jak przypomniał, zjednoczenie Niemiec po upadku muru berlińskiego, a tak naprawdę wchłonięcie NRD przez RFN, było efektem porozumienia i strategicznego sojuszu niemieckich elit władzy z sowieckimi. Prawnym zaś spadkobiercą tych ostatnich jest obecna Rosja, co czyni ją głównym gwarantem bezpieczeństwa współczesnych Niemiec, nie zaś USA jak to było w trakcie ''zimnej wojny'' za czasów ''republiki Bonn''. Owszem, nadal Amerykanie mają na ich terenie swe bazy wojskowe, dzięki czemu Niemcy mogą być potęgą eksportową ślącą swe towary głównie drogą morską, kontrolowaną przez Anglosasów. Od kiedy jednak niemiecki ośrodek władzy politycznej na powrót przesunął się na wschód, siłą rzeczy to Moskwa stała się głównym dostawcą bezpieczeństwa i strategicznym partnerem dla Berlina. Oba państwa są przez to symbiotycznie wręcz ze sobą powiązane, stąd rozpad jednego pociągnąłby i upadek drugiego. Nie sposób więc sprowadzić ich wzajemnych relacji do kwestii taniego gazu i ropy, działalności agentury, wreszcie Schroedera w Gazpromie i jego byłej żony jako kochanki obecnego ministra obrony RFN - wszystko to jest wtórne wobec opisanej wyżej zależności Niemiec i Rosji. Wszakże dla nas najważniejszym jest w owym kontekście, iż ceną za zgodę Rosji jeszcze wtedy sowieckiej na ponowną jedność Niemiec, była militarna neutralizacja przez nie NATO. W dalszej zaś kolejności wspólna polityczna akcja Berlina i Moskwy, wymierzona w żywotne interesy państw położonych pomiędzy nimi, z Rzeczpospolitą na czele w myśl zasady: ''Polska wasza, Ukraina nasza''. Tłumaczy to z pozoru irracjonalną politykę niemiecką w dziedzinie obronności, faktyczne rozbrajanie się, gdy wypadałoby na odwrót rozbudowywać wojsko. Po cóż jednak Berlin miałby inwestować w swą jedynie z nazwy Bundeswehrę, skoro po prawdzie służy ona cudzym interesom jako podporządkowana dowództwu Anglosasów, w dodatku stanowiąc potencjalne narzędzie agresji wobec ich głównego obecnie gwaranta bezpieczeństwa? Zneutralizowane przez ostatnie 30 lat zagrożenie kraju ze wschodu, pozwalało Niemcom bezpiecznie prosperować nie ponosząc znaczących nakładów na obronność, w praktyce zaś stacjonujące na ich terenie zbrojne ''siły okupacyjne''. Co oznacza, iż rzeczywistą armią niemiecką jest dziś rosyjska, stąd gdyby zbrojeniówka RFN czuwała nadal bezpośrednio nad jej modernizacją technologiczną, jak to miało miejsce do 2014 r., moskiewska inwazja na Kijów mogłaby się powieść. Sankcje nałożone po zajęciu Krymu zmusiły jednak Niemców do scedowania owego procesu na kontraktorów zewnętrznych w samej Rosji, a ci zgodnie z tamtejszym zwyczajem to sp..., na Ukraińców i nasze Polaków oraz Bałtów szczęście. Emblematyczną postacią, czy raczej kreaturą dla owego procesu jest niejaki Jürgen Elsässer - kiedyś komuch ''internacjonalista'', dziś głośny poplecznik jawnie rewizjonistycznej polityki szowinizmu wielkoniemieckiego, konsekwentnie jednak wróg ''amerykańskiego imperializmu''. Obecnie stoi na czele medialnej tuby propagandowej AFD, jaką jest magazyn ''Compact'' na którego łamach ma czelność łgać o ''polskich obozach koncentracyjnych'' dla Niemców. Wprawdzie sama partia odcina się od takowych prowokacyjnych bredni, jakoś niemrawo jednak, skoro wraz z działaczami AFD Elsässer założył stowarzyszenie o znamiennej nazwie ''Ostwind'', czyli ''wschodni wiatr''. ''Antywojenne'', czyli w praktyce sprzyjające polityce Moskwy, co zbliżyło do ugrupowania antypolskich kanalii Grzegorza Klauna i jego ''oficera prowadzącego'' Skalika. Próby bagatelizowania tego przez krajowych zwolenników ''Gerszona'', że jakoby mowa o marginałach politycznych, są bezczelnym kłamstwem. AFD bowiem konsekwentnie umacnia swoją pozycję w sondażach, wraz z pogłębiającymi się problemami Niemiec, ewoluując od liberalnej głównie partii sprzeciwu wobec obłąkańczej polityki migracyjnej Merkel, w stronę ugrupowania wielkoniemieckich szowinistów. Pomnijmy również, że współcześni neonaziści za naszą zachodnią granicą to nie są już tępe zapijaczone łysole, jak zazwyczaj bywało jeszcze dekadę-dwie temu, lecz dbające o swój wizerunek i sprawnie używające nowych mediów jednostki. Co więcej, dysponują na tyle znaczącymi funduszami, iż mogą wykupywać całe nieruchomości tworząc w ten sposób zupełnie legalnie w pełni ''białe osiedla'', wolne od przeważnie ''obcych rasowo'' migrantów i ich przestępczości. Ponieważ nie radzą sobie z nią sparaliżowane politpoprawnością służby publiczne, popularność takowych rozwiązań będzie zapewne jedynie narastać, nie tylko zresztą w Niemczech ale i całej Europie. Włącznie z Rosją, gdzie tamtejsi neonaziści mogą zawiązać współpracę ze swymi niemieckimi ''kameraden'' na bazie rasowego, a więc ponadnarodowego oporu wobec wyznających zazwyczaj islam ''nachodźców'', co z kolei zbliża ich do... Izraela. Ów ''egzotyczny'' syjonazistowski sojusz wielkoruskich Waregów i Nordyków z ''judeogermanami'', jedynie z pozoru brzmi nieprawdopodobnie, czego dowodem choćby Igor Manguszew. Rosyjski naziol ''zginięty'' niedawno, w niejasnych okolicznościach wskazujących na egzekucję, a zarazem etatowy prowokator kacapskich specsłużb. Inicjator konkurencyjnej wobec ''wagnerowców'' bandy ''jenotów'' skupiającej wszechruskich nacjonałów, weteran walk jeszcze z 2014 roku podczas moskiewskiej inwazji na ukraiński Donbas. Skurwiel zasłynął scenicznym występem, pozując z czaszką jakoby zabitego przezeń obrońcy ''Azowstali'' w obleganym Mariupolu, gdzie szydząc ze zmarłej ofiary zapowiadał podobny los wszystkim pozostałym Ukraińcom. Niestety jedynie na archiwalnych rosyjskich stronach możemy przeczytać, iż Manguszew zmienił nazwisko, bo jego ojcu było Abramowicz a on sam półkrwi Żydem z tatarsko-ruską domieszką rasową. Faktycznie, lico miał nader ''aryjskie'', jak przystało na typowo ''ruskiego nacjonalistę'':


Za ''Wielką Ruś'', czy tam chazarski neokaganat...

...i führera:

 

Nie mam pojęcia co tu robi ów Murzyn, ale fota zacna:

 

Czyż mogą stąd dziwić gratulacje dla ''koszernego'' Wielkorusa od podobnego mu ''judeoraszysty'' Girkina?:

 

- jestem więc pewien, iż takowych ''aszkenazistów'' będzie przybywać, szczególnie po powrocie do władzy w IZSRRaelu Netanjachuja, wiernego przecież druha Fiutina. Wprawdzie ich przyjaźń może wystawić na próbę zapowiadana dostawa irańskich rakiet dla Rosji, jednak nie zagrozi im zdatna tylko do zwalczania palestyńskich samoróbek ''żelazna kopuła'', jakiej przekazanie Ukrainie zadeklarował niedawno Tel Awiw. W tym kontekście rozpatrywałbym zadziwiającą na pozór woltę ideową wspomnianego Gerszona Klauna, który bardziej niż rosyjskimi cuchnie mi służbami państwa położonego w Palestynie. Emblematyczną dla wielkoruskich ''judeonordyków'' jest rodzina żydowskiego Goebbelsa Kremla Sołowjowa, jego dzieci spłodzone z ostatniego trzeciego małżeństwa z ''Aryjką'' o niemiecko-estońskich korzeniach. Szczególnie najstarszy syn Daniło, ''krasawczyk'' i prawdziwa blond bestia niczym z okładki ''Der Stürmera''. Broniący wzorem ojca ''starych sprawdzonych wartości'' Rosji, choć jako ''lepiej urodzony'' rzecz jasna nie na froncie w Donbasie niczym rosyjski plebs, lecz w ''perfidnym Albionie'' jako mocno ''niebinarnopłciowy'' model. Dziewuszki jednak doń lgną, więc to taki Margotek zaliczający głupie ''alternatywki'', cwany podobnie jak tatuś. Wbrew pozorom Scholz również durny nie jest, dobrze wie co robi migając jak się tylko da od zbrojnego wsparcia Kijowa, licząc zapewne iż wcześniej czy później trzeba będzie na nowo ułożyć się z Moskwą. Choćby dlatego, że kontrolując nadal Białoruś władna będzie terroryzować państwa naszego regionu Europy. Działający na Ukrainie polski ekspert Piotr Kulpa potwierdził niedawno publicznie moje intuicje co do białoruskiej ''opozycji'', jako tworu rosyjskich specsłużb. Za jej pomocą zagoniły one Łukaszenkę do narożnika, pozbawiając możliwości dotychczasowego lawirowania między Rosją a tzw. ''Zachodem''. Jeśli więc kwestia oswobodzenia Białorusi z rosyjskiej strefy wpływów stanie się realna, idę o zakład nasi ''patridioci'' gardłujący tyle o Wołyniu nagle przypomną sobie, że przedwojenna Rzeczpospolita wcale nie z ukraińskim separatyzmem miała największy problem, lecz właśnie białoruskim. Dlatego to na Polesie skupiające wtedy mniejszość białoruską skierowany został Kostek Biernacki, człowiek do specjalnych poruczeń Piłsudskiego, który właściwymi sobie metodami zaprowadził tam wreszcie porządek. Nie jest też przypadkiem, że na podległym mu terenie ulokowany został obóz w Berezie, zacna instytucja jakiej dziś tak brak w obecnej RP, aczkolwiek oszczerstwem jest jakoby Kostek miał w nim znęcać się nad osadzonymi, jak bredził Cat-Mackiewicz. Zresztą różni prorosyjscy ''kresowiacy'' już zaczynają grzać temat, na to jednak by równie popularnym co teraz Wołyń stał się obóz koncentracyjny Kołdyczewo, gdzie białoruscy kolaboranci Niemiec hitlerowskich dokonali licznych mordów na Polakach, trzeba będzie nam poczekać do czasu, aż sprawa wyrwania Białorusi ze szponów Kremla nabierze realnych kształtów. Tak więc nawet w przypadku pełnego [ oby!] zwycięstwa Ukrainy, Polska i reszta państw Europy Wschodniej nie zazna spokoju, póty Moskowia tradycyjnie będzie orientować się na Zachód, a zwłaszcza Berlin. Pytanie stąd, czy nadal będzie to proniemiecka Rosja, jedynie po ''koszernym'' liftingu na LGBTariańską modłę, dla wyzbycia się odium swej rzekomej ''homofobii''? Czy też realnie zeurazjatyzowana, z innymi centrami władzy przesuniętymi na wschód, Powołże i za Ural? Wpisana w nowy porządek światowy, którego osią zostałoby serce Eurazji, gdzie Anglosasi dochodziliby za pośrednictwem ludów turkijskich swych interesów z Chińczykami, a i Iran znalazłby w owej strukturze miejsce, choć raczej nie pod obecnym przywództwem [ przy czym mam na myśli korektę religijnego reżimu, nie zaś jego obalenie ]. Niemcy takoż powtórzmy, dzięki ubezwłasnowolnionym przez nie Węgrom Orbana i ich ''turańskiej'' genealogii, mniejsza doprawdy na ile mitycznej, grunt że znajdującej praktyczne zastosowanie w polityce. Niemniej takowy układ idealnie wręcz równoważąc wpływy Europy i Azji, byłby dla Polski o ileż korzystniejszy od ''rozszerzonego Zachodu'', obojętnie czy to w pomniejszonej wersji kontynentalnej ''osi zła'' Paryż-Berlin-Moskwa, tudzież obejmującej Eurosję wraz z Ameryką Północną w majaczeniach globalistów pokroju Gorbiego, czy Brzezińskiego seniora. Geopolityczne zlodowacenie owo w takiej czy innej postaci grozi Rzeczpospolitej zmiażdżeniem, oby więc roztopił je żar środkowoazjatyckiego Wielkiego Stepu:). Na pohybel wszelkim udawanym tylko Hiperborejczykom, pokroju Dugina i podobnej mu hołoty, ''eurazjatyckiej'' jedynie z nazwy. Co prawda Galijew słusznie przypomniał niedawno, że w przeciwieństwie do Missisipi Wołga płynie ''donikąd'' tzn. nie jest ''skomunikowana z oceanem światowym'', mówiąc Bartosiakiem. Tyle że ową słabość można przekuć w siłę, o ile eurazjatycki ''heartland'' o jakim tyle prawią geopolitycy rzeczywiście nim się stanie, tworząc jako się rzekło zwornik nowego ładu o nie tylko regionalnym, ale wręcz już globalnym wymiarze. Oczywiście realizacja tej wizji to kwestia najbliższych dekad a nie lat, zależy też od zdolności samych rosyjskich elit do tak głębokiej przemiany własnego kraju, którego dotychczasowy model rozwojowy zwyczajnie zbankrutował. Rosji dosłownie nie stać na kontynuację zabójczej dla niej polityki neoimperializmu, kosztem państw poradzieckiej zony z Ukrainą na czele, tak by desperacko utrzymać swą pozycję wśród mocarstw Zachodu. Gdyby bowiem Moskwa faktycznie zamierzała się odeń odgrodzić, wspierałaby jeszcze dążenia niepodległościowe Ukraińców i Białorusów, jako konieczny ku temu ''bufor'' w ramach polityki prometejskiej na kacapską modłę. Rzecz jasna jest to niemożliwe z podanych na wstępie powodów, dopóty organiczna niemalże wspólnota Rosji i Niemiec nie zostanie przynajmniej rozluźniona, na to zaś pierwsza winna być trwale sparaliżowana, lub radykalnie przekształcona a drugie zaś ubezwłasnowolnione przez Anglosasów, z naszą Polaków niemałą pomocą i Ukraińców decydującym udziałem.

Strategiczną wspólnotę powojennych Niemiec i Rosji, dobre już ponad pół wieku temu doskonale rozpoznał nie kto inny, co sam Władysław Gomułka. Przy czym robienie z tow. Wiesława jakoby ''narodowca'' jest bezprzedmiotowe, bowiem owszem był on patriotą, lecz Polski ''Ludowej'' czyli rewolucyjnej, która miała w jego zamyśle powstać na trupie starej. Dosłownie, stąd podobni mu krajowi komuniści jak Moczar, byli nawet bardziej skłonni do siłowej rozprawy z rodzimym podziemiem antykomunistycznym i oponentami politycznymi, niż przywieziona na radzieckich czołgach ''żydokomuna''. Zachowując pewne proporcje można by ich porównać do jakobinów, którzy w imię ''jednej i niepodzielnej'' Francji dokonali ludobójstwa swych rodaków z Wandei. Gomułka nie był też raczej materiałem na polskiego Titę, w gruncie rzeczy żywił do ''towarzyszy radzieckich'' podobny stosunek, co chłop pańszczyźniany w dawnej Rzeczpospolitej do szlachty: uznawał jej wyższość nad sobą, ale zarazem dochodził się z nią zaciekle swych praw, nie zaś był jej pokornym niewolnikiem, co wmawiają nam dziś neostaliniści w typie głupiego Jasia Sowy. Takoż i grubo ciosany siekierą Wiesław potrafił publicznie opierdolić dziedzica moskiewskiego Chruszczowa, za jego potajemne dogowory z Niemcami zachodnimi kosztem Polski ''ludowej''. Podobny numer zresztą - odstąpienie NRD za cenę wyjścia RFN z NATO, lub zbrojną ''neutralizację''  Paktu wobec ZSRR - chciał już wykręcić Beria, na szczęście jednak dla Warszawy został w porę odjebany przez kremlowskich wspólników zbrodni. Zagrożone owym układem były też zachodnie ''Ziemie Odzyskane'' PRL, a przynajmniej Szczecin powracający tym sposobem do ''niemieckiej macierzy'', kontrolującej przez to strategiczne dorzecze Odry. Trzeba było dopiero zamachu stanu Breżniewa, by radzieccy ''sojusznicy'' dali wreszcie swym polskim ''towarzyszom'' gwarancje bezpieczeństwa nowych granic kraju w poł. lat 60-ych. Niemniej wciąż brakowało takowych ze strony Zachodu, szczególnie ''rewizjonistycznego'' RFN, stąd Gomuła powziął próbę odciągnięcia od nich ''bratnich'' NRD i Czechosłowacji porozumieniem gospodarczym i politycznym w ramach RWPG. Propozycja spotkała się jednak z ich lekceważącą odmową, zwłaszcza arogancją wobec ''tow. Wiesława'' popisał się rządzący wówczas w Berlinie Wschodnim Ulbricht. Bowiem w swym mniemaniu miał wyłączność na rolę pośrednika między kapitalistycznymi rodakami a Moskwą, stąd nie mógł pozwolić, by mu w tym bruździł jakiś ''polacken'', a niechby i przywódca ''bratniej'' partii komunistycznej. Prawdziwą grozą jednak napawała Gomułkę ''praska wiosna'', gdyż trafnie przewidywał, że wypadnięcie Czech spod kurateli sowieckiej na powrót uczyni je protektoratem Niemiec, tym razem zachodnich jedynie. Dlatego mocniej nawet niż Breżniew cisnął na interwencję militarną i spacyfikowanie ''wolnościowego zrywu'' w wykonaniu eurokomunistów pokroju Dubczeka. Słusznie, bowiem zdławienie ''praskiej wiosny'' z udziałem wojsk PRL, wymusiło na Niemczech Zachodnich uznanie faktu, iż porozumienie z Rosją sowiecką będzie niepełne, bez ułożenia się także z Polską ''Ludową'' ws. jej zachodnich granic. Kosztem Czech niestety, ale polityka to nie koncert życzeń, stąd nie dajmy sobie wmówić bredni demoliberalnych skurwieli pokroju Michnika i Kuronia, że mamy tu jako Polacy czego się wstydzić, bośmy pomogli wtedy dokopać ich kumplom zza Tatr jak Havel, obojętnie czy identyfikujemy się z PRL lub też odrzucamy ją po całości. Nie ma co robić tym samym z Gomułki jakowegoś ''bohatera narodowego'', wspominałem już o jego poparciu dla bezwzględnej rozprawy z powojenną antykomunistyczną partyzantką. Konto ''tow. Wiesława'' obciążają też robotnicze ofiary grudnia '70 roku, zupełnie niepotrzebne, bowiem protesty na Wybrzeżu były w owym czasie niemal całkiem spacyfikowane. Gomułka jednak dał się podpuścić ewidentnej sowieckiej prowokacji, sprokurowanej na miejscu przy udziale ludzi Moskwy - gen. Jaruzelskiego i Gierka. Słusznie więc zapłacił za ów fatalny błąd i zbrodnię utratą władzy, niemniej porozumienie z RFN stanowi niezaprzeczalne osiągnięcie jego rządów, o dalekosiężnych reperkusjach trwających do dziś i mniejsza już za jaką cenę je uzyskano. Zresztą wszystko wskazuje na to, iż ''podgotowką'' do obalenia przez Sowietów nazbyt krnąbrnego wobec nich Wieśka, był jeszcze marzec '68 roku. Ponieważ jednak omawiałem kiedyś rzecz obszernie, więc tylko przypomnę, iż nafaszerowana wtedy czerwonoarmistami Legnica stała się drugim po Warszawie ośrodkiem antygomułkowskich protestów ''wolnościowych'' eurokomunistów. Natomiast jeśli idzie o trwającą właśnie niemal tuż obok nas wojnę, żadne ''pruskie'' krzyże na ukraińskich czołgach nie zmienią faktu, że Rosja porzuciła dla układów z Niemcami rosyjskojęzycznych Ukraińców. Owszem, nadal nie brak wśród nich skończonych idiotów, którzy nawet jeśli będą im spadać moskiewskie nuki na zakuty łeb, czekać będą i tak ''ruskiego miru''. Kto ma jednak z nich głowę na karku, a takich jest na szczęście tam sporo, nakurwia teraz w Rosjan aż miło, co przyznają sami rosyjscy kolaboranci jak niejaki Igor Dimitriew. Rodem z Odessy, były tamtejszy radny miejski, który jeszcze w 2014 roku przeszedł na stronę Moskwy, a dziś mówi otwarcie, że rozumie swych byłych znajomych, którzy teraz napierdalają się min. pod Bachmutem z ''orkami''. Bowiem nie chcą, by ich rodzinne miasto stało się drugim Mariupolem, Dimitriew zaś opowiada szczerze jak to tam wygląda - okupanci postawili owszem na terenie zburzonych przez nich bloków ''potiomkinowskie osiedle'', ale jeśli ktoś z miejscowych chce w nim zamieszkać pytają go o ''bumagę'', dokument potwierdzający zameldowanie. Jeśli spłonął w czasie walk odsyłają delikwenta z kwitkiem, a nawet gdy komuś cudem ocalały papiery mówią mu, iż ze względu na zapisane w nich ukraińskie obywatelstwo pomocy winien szukać w Kijowie. Rezultatem jest trwająca w Mariupolu katastrofa humanitarna, wywołana bezwzględnością rosyjskich okupantów, przez co jakieś 100 tysięcy ludzi pozostałych na miejscu wegetuje tam w piwnicach, lub tuła się gdzieś po ruinach. Dimitriew bowiem nie ma złudzeń, iż tzw. ''specoperacja'' służy jedynie temu, by moskiewscy burżuje napchali sobie kabzę kosztem ''wyzwalanych'' jakoby przez nich, głównie rosyjskojęzycznych dotąd obywateli Ukrainy. Jakby tego było mało, wśród kacapskich Julek, Natasz czy jak je tam zwać, zapanowała moda na robienie sobie insta fotek na tle zniszczonych bloków spustoszonego Mariupola. Tak by pozujące na jakieś ''doom emo'' głupie cipy mogły podbijać sobie zasięgi pierdoleniem farmazonów o ''estetyce totalitaryzmu'', fashionistki jebane. Dopełniając obraz rosyjskiego spierdolenia, ichnia transdżenderowa ciota o przybranym mianie ''Natasza Maksimowa'', nazwała w ruskich soszialach swą zniszczoną trądzikiem cerę jej/jego ''prywatnym Mariupolem''... To jakby ktoś miał jeszcze złudzenia, że Rosja pro-LGBT będzie jakoby ''lepsiejsza'' od tej rzekomo ''homofobicznej'' - ni chuja. Jednym słowem to sam Kreml nie pozostawił nade wszystko ''ruskim'' Ukraińcom wyboru: chcąc nie chcąc muszą stawać w obronie swego nawet skorumpowanego mocno państwa, bowiem ''ruski mir'' w kontrze grozi im prawdziwym regresem cywilizacyjnym!

Wobec powyższego jasnym staje się, że Ukraina nie zastąpi Niemcom Rosji w roli gwaranta ich bezpieczeństwa, może co najwyżej służyć za narzędzie szantażu wobec krajów jak Polska, za pomocą opłaconych przez Berlin polityków Kijowa. Jakże jednak mamy prawo jako Polacy żywić pretensje do Ukraińców za ich proniemieckich neobanderowców, skoro wśród nas aż roi się od unijnych folksdojczów?! Cóż takiego zrobili z tym szczególnie gardłujący tyle o Wołyniu krajowi narodowcy, czy uszykowali jaką zmasowaną do tego kontrę? Póki co raczej zajmują ich wzajemne przepychanki w endekoidalnym getcie politycznym. Zresztą z polakożerczymi rezunami na Ukrainie różnie bywa, bo cóż począć z Illa Kywa, który jest prorosyjskim banderowcem? Tamtejszym odpowiednikiem Mariana Kowalskiego, równie jak on tępym łysolem, ale za to byłym bojownikiem ''Prawego Sektora'', który brał udział w fortyfikowaniu Bachmutu po wybuchu walk w Donbasie w 2014. Teraz zaś robi za jednego z czołowych obok Medwedczuka rosyjskich kolaborantów i zdrajców swej ojczyzny, ot ''czełowiek-zagadka''. Bodaj czy nie bardziej jeszcze niestereotypowy przykład stanowi niejaki Jurij Mychalczyszyn - onegdaj główny ideolog neobanderowskiej partii ''Swoboda''. Prowadził jej internetowy Ośrodek Badań Politycznych, którego patronem był Józio Goebbels... Później zamieniony na Ernsta Jungera, kiedy zrobiło się o tym zbyt głośno. Nie dziwota więc, iż nazywał Holocaust ''jasnym okresem w historii'', zaś mordy Polaków na Wołyniu sławił jako ''okrutną ukraińską rekonkwistę'' i ''rewanż za klęskę ZURL'' ze stolicą we Lwowie. Jednym słowem modelowy rezun i jako taki służący za przykład rodzimym onucom, niestety pomijają one przy tym do dziś jeden, za to istotny szczegół z jego biografii. Otóż po Euromajdanie imć Mychalczyszyn objawił się jako etatowy funkcjonariusz Służby Bezpeky Ukrainy, czyli zawodowy prowokator o czym w poświęconym mu polskim haśle na Wiki już ani słowa. Podobnych przypadków można by przytaczać długo, dobrze stąd, iż w kontrze są również tacy, jak wspomniany w poprzednim tekście historyk Danyło Janewski. Znana postać i komentator ukraińskiego życia publicznego, który nazywa po imieniu Stepana Banderę niemieckim agentem i terrorystą, zaś Chmielnickiego rzeźnikiem Polaków, Żydów i grekokatolików, odpowiedzialnym za popadnięcie Ukrainy w kilkusetletnią niewolę Moskwy. Za co owszem spotyka go nienawiść i groźby spalenia żywcem ze strony ukraińskich nacjozjebów, ale w Polsce to niby nie byłoby podobnie, gdyby i u nas ktoś poważył się na równie ostrą krytykę wielu dętych pseudo-bohaterów rodzimej historii? Na przykład może ktoś wytłumaczyć skandal, jakim jest pomnik Komeńskiego w Lesznie, spalonym w czasie ''potopu szwedzkiego'' przez polskie wojska za zdradę tego skurwysyna, który sprowadził na Rzeczpospolitą najazd Rakoczego? Czesi są w prawie sławić go jako antyhabsburskiego bojownika o ich niepodległość, sporządzającego w tym celu szpiegowskie mapy Moraw, ale coś takiego u nas zakrawa na horrendum. Nade wszystko zaś, skoro obecnie Niemcy i Rosję może łączyć wspólnota żywotnych interesów i to pomimo monstrualnych, liczonych w dziesiątkach milionów ofiar wzajemnych waśni z przeszłości, dlaczegóż to samo nie ma tyczyć dziś Polski i Ukrainy? Z o ileż mniej obciążonym rachunkiem po obu stronach pod tym względem, jednako zagrożonych zniewoleniem przez Berlin i Moskwę, przybierającym tylko inne formy: politycznej korupcji i ekonomicznej podległości z jednej, a otwartej militarnej agresji grożącej całkowitym zniszczeniem kraju z drugiej. Co nie gwarantuje wszakże, iż elity Warszawy i Kijowa, oraz stanowiące oba państwa nacje są tego w pełni świadome niestety, ale to już całkiem inna kwestia. Dlatego ze spokojem wysłuchuję opowieści niektórych znajomych, jakimi to chujami w pracy i podpierdalaczami okazują się czasem Ukraińcy, których znaczną część w Polsce stanowi prorosyjska hołota z Donbasu, robiąca siarę reszcie rodaków. Znam również pozytywne historie wzajemnych kontaktów, wszakże jednako nie ma to w gruncie rzeczy większego znaczenia. Bowiem powtórzmy polityka to nie koncert życzeń i opieranie jej na sentymentach, także tych negatywnych, okazuje się dla niej zabójcze skazując na przegrywizm. Zdecydujmy się stąd wreszcie: jesteśmy trzeźwymi do bólu, faktycznymi realistami czy też rozhisteryzowanymi pizdami niczym Warzecha i jemu podobni? Pomnijmy przecież, że wojna na Ukrainie położyła kres polityce ''ciepłej wody w kranie'', gdyż jej tam zwyczajnie braknie, a przeto oznacza nawrót brutalnej realności, zamilknięcie postmodernistycznego ględzenia o ''wyborze'' płci, rasy itd. Nawet jeśli parady LGBT ponowią się w Kijowie, doświadczenie walk i śmierci oraz spustoszenia kraju będą zbyt dojmujące, aby zagłuszyć je podobnymi bachanaliami sztucznie zaimplementowanymi ze ''zgniłego Zachodu''. On zaś nie porzuci Ukrainy dla interesów z Moskwą, czego najlepszy dowodem zaangażowanie takich ekonomicznych gigantów, jak JP Morgan a zwłaszcza potężny fundusz inwestycyjny Blackrock. Co oczywiście wywołało wśród prorosyjskich przegrywów histerię, zwyczajowe posądzenia o budowę ''Wielkiej Chazarii'', tudzież wyprzedaży majątku narodowego globalnym koncernom. Mentalne kacapstwo zrzucające winę za ów stan rzeczy na politykę władz w Kijowie, perfidnie zaprzecza odpowiedzialności Rosji, która nie pozostawiła Ukrainie pod tym względem najmniejszego choć wyboru. Bowiem w kontrze ''ruski mir'' oznacza ruinę miast i rozpierdol przemysłu, a nade wszystko eksterminację miejscowej populacji z męską na czele. O czym otwarcie już mówią żony donbaskich ''separów'' w swych apelach o ocalenie mężów ginących w beznadziejnych walkach na froncie. Głupio adresując je do Fiutina, który wydymał wraz ze swą czeredą takich jak oni bez mydła, frajerów pokładających nadzieję w tym, jakoby putinowska Rosja stanowi ''alternatywę'' dla globalizacji. Niepomnych przeto, iż wspomniany Blackrock pomógł kremlowskim władzom przed inwazją na Kijów zgromadzić fundusze sięgające grubo ponad pół biliona dolarów rezerw walutowych. Za co Moskwa de facto odegrała swoją rolę w teatrzyku globalistów, mniejsza już świadomie czy nie, bo nie mnie to rozstrzygać, gdyż nie jestem tak ''wszechwiedzący'' jak Marcin Rola. W ogóle odradzam bawienie się wzorem tego zjeba w gnozę polityczną, z jej infantylną wizją świata jako pola manichejskiej walki sił dobra i zła, konieczna jest tu spora doza pokory poznawczej, nie zaś łudzenie się odkryciem jakoby ''superformuły rzeczywistości''. Co do mnie próbuję jedynie jakoś rozpoznać w otaczającym mnie chaosie pewną rozumną całość, na ile rzecz jasna pozwalają mi ograniczone władze poznawcze śmiertelnika i polecam takową postawę innym, jeśli nie chcą paść łupem szarlatanów wpadając do ''króliczej nory'' własnej zamkniętej na cztery spusty umysłowości. Na tyle przy tym tępej, że jako przykład ''zachodniej zgnilizny obyczajowej'' podaje zdjęcia z imprezy prokremlowskiej cioty, rosyjskiego wyjca Kirkorowa - jego zabawy z transwestytami nie przeszkodziły ''katechonowi'' odznaczyć zboczeńca. Za co ten wdzięczył się przed Fiutinem bełkocząc o ''naszym'', czyli rosyjskim Krymie, na którym zresztą wystąpił dla tamtejszych okupantów. Bowiem Rosja to jedynie krzywe zwierciadło Zachodu, jego groteskowo spotworniałe oblicze, a nie żadna dlań alternatywa.

Dowodem choćby wspomniany w poprzednim tekście portal ''Sputnik i Pogrom'', formatywny dla pokolenia współczesnych rosyjskich nacjonalistów, który był niczym innym jak adaptacją do miejscowych realiów amerykańskiego formatu ''alt-prawicy''. Z czym jego założyciele jak Proswirin nigdy nawet specjalnie się nie kryli, Rosja doczekała się też swej wersji ''inceli'' oraz mizoginicznych ''pigularzy'', czyli ruchu ''red pill'' w osobie pozującego na ruskiego ''chada'' Władislawa Pozdniakowa i jego ''męskiego państwa''. Kanalia żerowała na fakcie, że życie mężczyzny zwłaszcza na rosyjskiej prowincji jest gówno warte, on sam zaś traktowany zwykle z pogardą przez własne rodaczki, marzące za to często o daniu dupy obcokrajowcowi, oczywiście ''przy forsie'' i najlepiej ''innorasowemu''. Rzecz jasna nie jest to żadna rosyjska specyfika, ot w Polsce wcale pod tym względem nie jest wiele lepiej, tyle że problem ów wyostrza beznadzieja tamtejszej ''głubinki'' pełnej zapijaczonych i naćpanych, nie szanujących siebie facetów. Tak więc Rosja w pierwszej kolejności zasługuje na własny ruch ''Male Lives Matter'', sęk jedynie w tym, iż Pozdniakow - ewidentna kreacja kacapskich uboli - wykorzystywał frustrację i agresję zwolenników do szczucia ich na zwykle Bogu ducha winne ofiary, tylko nie na głównych sprawców braku perspektyw dla młodych Rosjan, jakimi są władze Kremla. Niby był przez nie represjonowany, wydały one nakaz zamknięcia jego strony i zmusiły w końcu do emigracji. Wskazuje to jednak na celowe uwiarygadnianie agenta, skoro po moskiewskiej inwazji na Kijów Pozdniakow wpadł w prorosyjski amok sławiąc ostrzał Charkowa jako ''dyskotekę stulecia'', czemu towarzyszyły jego chojrackie przechwałki, iż ''specoperacja'' zakończy się sukcesem w mityczne trzy dni. Wcześniej zresztą nakręcona przezeń nagonka na azerskiego komika, który pozwolił sobie na dworowanie z Rosjan, doprowadziła do wydalenia tegoż ''na wsiegda'' z kraju - trudno o lepszy dowód cichego poparcia ze strony kremlowskich władz dla działań skurwysyna. Tak więc z dwojga złego lepsza już zależność od globalnych, anglosaskich przeważnie korporacji, niż moskiewska niewola, przy czym to nie USA/UK są rzekomo takie wspaniałe, tylko Rosja aż tak ch...owa. Na pogardę bowiem jedynie może zasługiwać mizoandryczny kraj, który umożliwia zamieszkującym je kobietom czerpanie zysku ze śmierci własnego męża, ojca lub syna. Wiele z nich nie kryje stąd radości, że mogą dostać za nich na przykład futro, choć i to służy jedynie władzom do urządzenia ''pokazuchy'', krwawy podarek jest odbierany przez nie idiotkom po akcji. Z drugiej jednak przyznać trzeba, iż nie wszystkie ruskie baby straciły na tyle rozum, o czym świadczą ich wspomniane apele o ratunek dla mężów ginących niepotrzebne na froncie. Bowiem na feminazistowską ''samorealizację'' stać może jakąś wielkomiejską korposukę, ale już nie ledwo wiążącą koniec z końcem kobietę z rosyjskiej ''głubinki''. Na tym zanurzony w aktualiach czytelnik może spokojnie zakończyć dalszą lekturę, gdyż sięgnę teraz nieco wgłąb dziejów, dla omówienia pobieżnie genezy rojeń Niemców na temat Rosji, od której to przypadłości nie były wolne nawet wybitne umysły. Jednym z nich był Leibniz, którego biografię autorstwa włoskiej profesoressy Marii Rosy Antognazzy, miałem przyjemność niedawno czytać. Wprawdzie kreślony przez nią nadto wygładzony wizerunek niemieckiego filozofa i uczonego budzi u mnie sporo zastrzeżeń. Przedstawia go bowiem z jednej jako ''irenistę'', niezłomnego zwolennika jedności chrześcijan, zarazem przytaczając wielokrotnie dowody konsekwentnej wrogości Leibniza do polityki ultrakatolickiego ''króla Słońce''. Na tyle daleko posuniętej, iż nawet zagrożenie Wiednia inwazją tureckich ''pohańców'' nie przeszkodziło mu w absolutystycznej Francji Ludwika XIV upatrywać nadal głównego wroga Rzeszy. Rozbitej wówczas politycznie i podzielonej religijnie, nie tylko na katolików i protestantów, ale i wśród tych ostatnich trwał zaciekły spór między zwolennikami Kalwina i Lutra. Dość rzec, iż rodzinna dla Leibniza luterańska Saksonia w czasie wojny 30-letniej trwała przy kontrreformacyjnych Habsburgach, przeciwko rządzonemu przez kalwinów nadreńskiemu Palatynatowi, a nawet pokrewnej wyznaniowo przecież Szwecji. W tym oto politycznym i religijnym rozbiciu wczesnonowożytnej Rzeszy, należy upatrywać źródeł ponadkonfesyjnego ''irenizmu'' wszechniemieckich imperialistów, takich jak Leibniz. Włoska biograf wprawdzie usilnie stara się przedstawić go jako ''uniwersalnego humanistę'', myślącego już wtedy w globalnych niemalże kategoriach. Dokonuje jednak przy tym podobnej manipulacji, jak gdy przytaczając postać jednego z głównych mistrzów intelektualnych Leibniza, którym był Komeński pomija nikczemne zaangażowanie polityczne tegoż w pierwszą, nieudaną na szczęście próbę rozbioru Rzeczpospolitej. Antognazza nie wspomina również, że Komeniusz należał do ''tajnego bractwa'' tzw. Różokrzyżowców, tak samo jak wymienieni przez nią John Dury i Samuel Hartlib - ''kolekcjoner informacji'' [ intelligencer ], czyli mówiąc wprost angielski szpieg. Z siatki wywiadowczej Hartliba obejmującej niemal całą Europę, a nawet sięgającej za ocean do kolonii amerykańskich, wywodziła się okultystyczna idea ''salomonowego'' kręgu uczonych ''wtajemniczonych'' w sekrety Natury. Owa ''pansofia'' legła u podstaw Królewskiego Towarzystwa naukowego, którego pierwszym sekretarzem został Heinrich [ późn. Henry ] Oldenburg, aktywny uczestnik wspomnianej siatki szpiegowskiej Hartliba. Skupionej na realizacji różokrzyżowego konceptu ''generalnej reformacji świata'' chrześcijańskiego, obejmującej rewolucję tak ideową co polityczną. Konkretnie zaś ponadkonfesyjnego sojuszu głównie niemieckich i angielskich protestantów wymierzonego w papieski Rzym i Habsburgów. W tym celu różokrzyżowcy czynnie zaangażowali się w osadzenie na czeskim tronie ''króla zimowego'', kalwińskiego władcy Palatynatu Reńskiego i męża córki Jakuba I Stuarta, co stało się pretekstem do wojny 30-letniej. 

Dopiero na tym tle nabiera właściwego znaczenia złowroga działalność Komeńskiego z okresu upadku dotychczasowej potęgi Rzeczpospolitej w poł. XVII wieku, acz grubą przesadą byłoby posądzanie o doprowadzenie doń ''spisku protestanckich różokrzyżowców''. Natomiast wielu jego uczestników odegrało w tym historycznym dramacie nikczemną rolę jak widać - pomieniony wyżej Oldenburg zaś wtajemniczył swego rodaka Leibniza w sekretny krąg uczonych i szpiegów skupionych w The Royal Society. Do czego zapewne przyczyniło się wcześniejsze sekretarzowanie początkującego niemieckiego badacza lokalnemu stowarzyszeniu Różanego Krzyża w Norymberdze. Włoska ''biografinii'' rzecz jasna także nie pisze o tym otwarcie, wspominając jedynie enigmatycznie o jakowymś kręgu dziwaków ''parających się tajemnymi alchemicznymi eksperymentami, min. w celu odnalezienia kamienia filozoficznego''. Dodając wszakże przy tym, iż Leibniz ''w późniejszym życiu nie żałował tych młodzieńczych doświadczeń z pierwszej ręki, które otworzyły mu dostęp do specyficznego rodzaju tajnych dokumentów''. Wzmianka choć o jego okultystycznym zaangażowaniu jest zaś istotna, bowiem wiele wskazuje na kontynuację przezeń ezoteryczno-politycznego programu Różokrzyżowców ''generalnej reformacji świata''. Oczywiście nie ma co przesadzać ze znaczeniem tegoż, rozbijającym się o zwykły brak solidarności wśród uczestników owego spisku. Dość rzec, iż wspólny udział w nim Newtona i Leibniza nie przeszkodził obu w karczemnym wręcz, publicznym sporze o pierwszeństwo odkrycia rachunku różniczkowego. W ogóle słabość wszelkich spisków i towarzyszących im ''teorii'' zasadza się na zbyt optymistycznej wizji człowieka, zakładającej konsekwentnie długofalowe, czasami ponoć trwające nawet przez pokolenia działanie jakiejś grupy ''wybranych''. Tymczasem wcześniej raczej niż później rozbija się ono zwykle o czysto ambicjonalne waśnie, kłótnie na tle podziału władzy i płynących stąd zysków, czy wreszcie odmienną interpretację ''jedynie słusznych'' idei. Niemniej jest faktem, że to różokrzyżowa ''pansofia'' uformowała w zasadniczym stopniu wybitną umysłowość Leibniza, wpływając tak na jego twórczość naukową jak i czynne zaangażowanie w europejską politykę swej epoki, stąd brak choćby wzmianki o tym obniża jednak nieco wartość, poza tym godnej polecenia, biografii niemieckiego filozofa. Nie pojmiemy jej bez tego, czemuż choćby w dobie zmagań z Turkami o Wiedeń popełnił on zjadliwy pamflet na Ludwika XIV, a także wydał anonimowo w Holandii wojującej wówczas z Francją propagandową broszurę, zawierającą przetłumaczone przezeń edykty kard. Richelieu wykładające tegoż strategię polityczną. Leibniz opatrzył ów zbiór dokumentów wymownym tytułem: ''Czego należy się nauczyć od swego wroga''... taki zeń był ''irenista'', zwolennik ugody między chrześcijanami, osobliwie jednak tylko ''wybranymi''. Znamienne, że większość lansowanych przezeń konceptów politycznych poniosła fiasko, jak choćby jego ''lobbing'' na rzecz obioru królem Rzeczpospolitej władcy Palatynatu Reńskiego, któremu służył min. jako dyplomata a też i agent wpływu co widać z powyższego [ podobnie jak później Elektoratowi Hanoweru ]. Poronionym już całkiem pomysłem w ówczesnych realiach, była podjęta przez Leibniza próba skłonienia Ludwika XIV do przekierowania francuskiej ekspansji z protestanckich przeważnie księstw Rzeszy i Holandii, na władany wtedy przez Osmanów Egipt. Rzecz jak wiadomo doczekała się realizacji dopiero jakieś stulecie później, w postaci również zakończonej sromotną porażką wyprawy Napoleona. Leibnizowi nie było dane zdyskontować nawet jedynego bodajże spełnionego projektu politycznego, jakim stała się sukcesja dynastii hanowerskiej na angielskim tronie, a któremu to poświęcił on ostatnie dekady działalności. Na własne poniekąd życzenie, gdyż olewał zlecone mu przez władców Hanoweru opracowanie historyczne genezy ich rodu, pod pozorem zbierania potrzebnych ku temu dokumentów w archiwach, wożąc się po dworach niemal całej ówczesnej Europy za pieniądze mocodawców. Wprawdzie nie trwonił całkiem czasu poświęcając go na proteuszową, szaloną wręcz aktywność intelektualną obejmującą nieprawdopodobne dla uczonych naszej doby spektrum zagadnień z dziedziny filozofii, matematyki, językoznawstwa, inżynierii, badań historycznych itd. Niemniej pracodawcy tak mało obowiązkowego urzędnika, jakim był Leibniz mieli pełne prawo się nań wkurwić, stąd elektor hanowerski po obraniu władcą Albionu jako Jerzy I odmówił swemu krnąbrnemu funkcjonariuszowi podążenia za sobą do Londynu, póty ten nie zakończy zleconej mu roboty. Za którą przeto niemiecki geniusz jak niepyszny musiał się zabrać, trawiąc na nią ostatnie lata życia. Co istotne jednakże, protestancka sukcesja w Anglii miała w zamyśle Leibniza stanowić mocny kontrapunkt dla zapędów absolutyzmu katolickiej Francji Ludwika XIV, zwłaszcza po odwołaniu przezeń edyktu nantejskiego i wypędzeniu z kraju kalwińskich hugenotów. Wyspiarskie królestwo stawało się w optyce niemieckiego uczonego zwornikiem ''antypapistowskiego'' sojuszu protestantów, poświęconego realizacji dzieła ''generalnej reformacji'', czyli rewolucjonizowania ideowego i politycznego świata, nie tylko zresztą europejskiego. Bowiem wrogość żywiona wobec katolickiej hegemonii nie przeszkadzała Leibnizowi aktywnie korespondować z jezuickimi misjonarzami w Chinach. Zarazem w imię ustanowienia upragnionej jedności Rzeszy, przechodził do porządku nad absolutystycznymi zapędami wrogich reformacji Habsburgów. Ów ''irenizm'' ułatwiał mu jego specyficzny ''różokrzyżowy'' protestantyzm, naznaczony piętnem ezoteryki dalekiej zarówno od luterańskiej, co i kalwińskiej ortodoksji. Z perspektywy Leibniza ''gallikański'' katolicyzm francuskiej monarchii okazywał się więc bardziej ''fundamentalistyczny'', niż zaciekle kontrreformacyjny praktykowany przez wiedeński dwór. Najistotniejszym jednak w omawianym kontekście jest, iż w kreślonych przezeń planach odzyskania podmiotowości politycznej przez Rzeszę ważną pozycję zajmowała Rosja. W postaci rodzącego się wówczas imperium Piotra I, kosztem głównie Rzeczpospolitej o czym włoska ''biografka'' nie wspomniała bodaj ani słowem, nawiasem skandalicznie pomijając też rolę Sobieskiego w ocaleniu Wiednia przed tureckim najazdem. A nie przepraszam, opracowanie autorstwa ''signory'' Antognazzy zawiera taki oto passus poświęcony min. rosyjskiemu wpływowi na politykę szlacheckiej Respubliki, jaki teraz przywołam na prawie cytatu. Pozwalając sobie dla jasności wywodu na pewne drobne wtręty i korekty stylistyczne, wszakże dochowując wierności wyrażonej w nim treści:

''W międzynarodowej, wielokulturowej perspektywie Leibniza Rosja odgrywała kluczową rolę pośrednika - nie tylko między Europą a Chinami, ale również ''łacińską'' i ''germańską'' tradycją chrześcijaństwa. Ważnym skutkiem tego przekonania było prowadzenie przez Leibniza kampanii na rzecz otwarcia drogi lądowej do Chin przez Rosję. Ponieważ drogi morskie do Chin były kontrolowane [ w owych czasach ] przez Portugalczyków i Hiszpanów, nie mówiąc o innych problemach, istnienie takiego szlaku wydawało się warunkiem możliwości zorganizowania misji protestanckiej. Z drugiej strony w nieprzerwanej tradycji Kościoła wschodniego [ i greckiego ] sięgającej czasów apostołów, Leibniz upatrywał bezcennego źródła mogącego pomóc w skorygowaniu nieuzasadnionych innowacji [?!] wprowadzonych przez łacińskie chrześcijaństwo. Uważał, że wyłącznie poprzez zjednoczenie trzech głównych tradycji wiary Chrystusowej - greckiej, łacińskiej i germańskiej - możliwy byłby powrót do prawdziwego nauczania katolickiego [ w znaczeniu: powszechnego ] Kościoła, uzgodnionego na w pełni ekumenicznym soborze. [...] Istniały również inne powody, aby kultywować stosunki z Rosją: postęp nauki i wiedzy możliwy dzięki kontaktowi ze światem słowiańskim, a także mecenat nowego cara Piotra I. Okazja na spotkanie, jeśli nie z samym władcą osobiście [ na co Leibniz żywił nadzieję ], to przynajmniej z ludźmi z jego otoczenia nadarzyła się w sierpniu 1697 roku, kiedy rosyjski samodzierżca przebywał incognito przejazdem w dolnosaksońskim Coppenbrügge, odbywając podróż z Berlina do Niderlandów w ramach tzw. Wielkiego Poselstwa do krajów Europy Zachodniej w latach 1697-98. [...] Przewodniczyli mu oficjalnie najważniejsi carscy urzędnicy jak rodem z Genewy Franz Lefort, Fiodor Gołowin zawierający w przeszłości traktat nerczyński z Chinami, czy Prokopiusz Woznicyn. Choć jego oficjalnym celem było wzmocnienie koalicji przeciwko imperium osmańskiemu, jakie stale zagrażało Rosji, szerszym zamiarem Piotra I było zbadanie stosunków międzynarodowych panujących w Europie Zachodniej i pozyskanie doradców, którzy pomogliby mu przeprowadzić długą listę zaplanowanych przezeń reform. Ów cel był oczywiście miodem na serce Leibniza, choć jego starania, aby skontaktować się z Franzem Lefortem [ a za jego pośrednictwem z carem ] nie przyniosły sukcesu, udało mu się dotrzeć do bratanka generała Petera Leforta, z którym nawiązał korespondencję skupioną wokół badań Leibniza nad językami Rosji i Syberii. [...] Do końca życia Leibniz dbał o dobre stosunki z rosyjskim imperatorem i jego dworzanami uważając, że Rosja może stać się ważnym graczem na międzynarodowej arenie politycznej, religijnej a nawet naukowej. Patrząc szerzej od wielu jemu współczesnych, którzy uważali imperium Piotra za odległy, barbarzyński kraj, Leibniz dostrzegał wielki potencjał tkwiący we wciąż wówczas zacofanej Rosji. Ze względu na swe położenie geograficzne kraj ten był w doskonałej pozycji do odgrywania roli pośrednika politycznego i kulturowego, jako że rozciągał się zarówno w Europie jak i Azji, a na północnym wschodzie sąsiadował z Ameryką. [...] Słabo rozwinięta nauka stanowiła zaś zdaniem Leibniza nie wadę, lecz wspaniałą okazję do zainicjowania rozwoju wiedzy na dziewiczym terytorium. Pod każdym z tych względów Leibniz uważał, że ma coś ważnego do zaoferowania carowi, zaś promowany przez Piotra I program dogłębnej modernizacji - opartej na otwarciu Rosji na wpływy zachodnie, oraz szeroko zakrojonych reformach prawnych, administracyjnych, ekonomicznych, technologicznych, naukowych i pedagogicznych - sprawiał, że car jawił się jako idealny kandydat na oświeconego i zarazem potężnego patrona, którego niemiecki filozof od dawna wypatrywał, bezskutecznie dotąd. Będąc już 60-latkiem, Leibniz widział w Rosji nadzieję na spełnienie coraz bardziej naglącego zadania, jakim było doprowadzenie do finiszu przynajmniej niektórych aspektów wielkiego projektu naukowo-politycznego, nad którym pracował od lat młodości. Zachęcony po swoim spotkaniu z ambasadorem rosyjskim w Wiedniu Johannem Christophem von Urbichem w 1708 roku, Leibniz przygotował plan rozwoju nauk w imperium Piotra I. Został on przekazany przez owego dyplomatę carowi wraz z entuzjastyczną opinią o jego autorze. W trakcie ich wspólnej podróży do Wiednia mężczyźni rozmawiali na szereg tematów, od nauki i postępu wiedzy po kwestie polityki dynastycznej. Zwłaszcza o perspektywie zaaranżowania małżeństwa pomiędzy synem i następcą Piotra a księżniczką z rodu Welfów [ władających Brunszwikiem i skonfliktowanych ostro ledwie parę lat wcześniej od owych negocjacji z hanowerskimi krewniakami ]. Raz jeszcze plany dynastyczne Welfów uwieńczone zostały sukcesem, zaś wynikłe z nich porozumienie nie tylko przyniosło korzystne polityczne relacje pomiędzy Rosjanami a niemiecką dynastią, ale również pozwoliło Leibnizowi spotkać się osobiście z carem. Do roli małżonki rosyjskiego dziedzica wybrano kolejną wnuczkę księcia Antoniego Ulryka z Wolfenbüttel, nastoletnią Charlottę Krystynę. [...] Młoda dziewczyna została wychowana na dworze w Dreźnie na którym panował August, elektor saski i wówczas chwilowo zdetronizowany król Rzeczpospolitej, będący jednym z najbliższych sojuszników cara w wielkiej wojnie północnej. Jeszcze przed dniem wesela Piotr I pokonał Karola XII w bitwie pod Połtawą, co efektywnie zakończyło erę dominacji Szwecji w regionie Morza Bałtyckiego. August, przywrócony na tron Rzeczpospolitej wskutek tego zwycięstwa, z wielką radością zorganizował w Torgau wesele swojej protegowanej Charlotty z synem potężnego sojusznika. Zaproszony przez księcia Wolfenbüttel na wesele jego wnuczki, Leibniz skorzystał z okazji, aby spełnić swe długoletnie marzenie o spotkaniu z carem. 19 października 1711 roku przyjechał do Torgau, gdzie - już po weselu, które miało miejsce sześć dni później - udzielono mu audiencji u rosyjskiego imperatora. Przybył na to spotkanie wyposażony w swój zwyczajowy stos raportów i projektów. Car wydawał się szczególnie zainteresowany planem zbadania deklinacji magnetycznej na olbrzymim podległym mu terytorium. Leibniz przedstawił też inne plany: rozwoju nauki i wiedzy w Rosji, badania słowiańskiego dziedzictwa kulturowego, eksploracji Syberii - między innymi w poszukiwaniu przejścia między Azją a Ameryką - oraz innowacyjnej mapy plastycznej Cesarstwa. Wszystkie propozycje Leibniza razem wzięte stanowiły realizację jego globalnego projektu encyklopedycznego, co wyłożył tak oto w liście do Piotra I z pocz. 1712 roku: 

[...] Tym czego zawsze mi brakowało, byłby wielki książę oddany tej sprawie [...] Nie jestem człowiekiem służącym wyłącznie krajowi swego pochodzenia i jednemu narodowi: wręcz przeciwnie, interesuje mnie dobro całej ludzkości, ponieważ za swoją ojczyznę uważam niebo, a moimi współobywatelami są wszyscy ludzie dobrej woli. [...] Z myślą o tym od dłuższego czasu prowadzę obfitą korespondencję z całą Europą, a nawet Chinami; od lat jestem członkiem Towarzystw Królewskich we Francji i w Anglii, a także kieruję jako przewodniczący Królewskim Pruskim Towarzystwem Nauk [...].

Zasadniczym elementem tego imponującego planu było osiągnięcie powszechnego pokoju i porozumienia, w szczególności wewnątrz nadmiernie podzielonego świata chrześcijańskiego. Leibniz uważał, że odpowiednim krokiem ku realizacji owego celu jest skierowanie działań militarnych wszystkich chrześcijańskich krajów Europy przeciwko imperium osmańskiemu, a nie sobie nawzajem. W tym samym duchu, w którym jako młody człowiek napisał Consilium Aegyptiacum, usilnie nalegał teraz na Piotra Wielkiego i ludzi z jego otoczenia, aby zaprzestali wojny ze Szwedami i zamiast tego skierowali swe ostrze przeciw Turkom. Jeśli zaś walczyć już z krajem europejskim, niechajże będzie nim Francja argumentował Leibniz, uważając agresywny imperializm Ludwika XIV za jedną z głównych przyczyn ciągłych niepokojów na kontynencie europejskim. Piotr I miał jednak własne plany, choć był gotów uprzejmie wysłuchać wizji naukowych Leibniza, filozof nie miał raczej szans zmienić trwałego postanowienia cara, aby wywalczyć Rosji dostęp do morza. Ponieważ zamiar wyparcia imperium osmańskiego z północnych wybrzeży Morza Czarnego nie powiódł się, w 1700 roku rosyjski władca zawarł pokój z Turkami, aby skoncentrować się na odpieraniu Szwedów, nacierających na południowym wschodzie Morza Bałtyckiego. Leibniz, który nigdy nie pozwolił się na dłużej odwieść od raz powziętego planu, wkrótce dostrzegł w kampanii bałtyckiej cara szansę na posunięcie do przodu programu pogodzenia ze sobą prawosławia, katolicyzmu i sekt protestantyzmu. Wielka wojna północna toczyła się głównie na terytorium potężnego [ jeszcze ] królestwa Polski i Litwy, zajmującego miejsce pomiędzy Rosją a Morzem Bałtyckim. Popierając kandydaturę Augusta II Saskiego na tron Rzeczpospolitej, Piotr zdołał osłabić hegemonię Szwedów, rozciągając jednocześnie sferę wpływów rosyjskich w tym kluczowym regionie. Ponieważ w ówczesnych realiach sprzyjanie Polsce oznaczało poparcie dla rzymskiego chrześcijaństwa, z czasem dały się słyszeć głosy o możliwości jego pojednania z prawosławiem i luterańskim protestantyzmem Sasów. Leibniz uznał owe pogłoski za na tyle obiecujące, iż rozpoczął rozmowy z Ulbrichem na temat międzynarodowego soboru ekumenicznego, który miałby zostać zwołany przez cara. Być może tradycja prawosławna Cerkwi greckiej i rosyjskiej mogłaby stanowić punkt wyjścia procesu zasypania głębokich podziałów między Kościołami łacińskim i germańskim? Nie trzeba dodawać, że z marzeń tych nic nie wyszło, już choćby dlatego, że plotki o pojednaniu między katolicyzmem a prawosławiem okazały się tym właśnie - plotkami. Jesienią 1712 roku Leibniz został zaproszony na spotkanie z carem w Karlowych Warach, na co z chęcią przystał planując już przedłużenie wyjazdu o wycieczkę dalej na południe do Wiednia, gdzie zamierzał wywiedzieć się o losy swej nominacji do rady nadwornej Rzeszy. Choć nie poinformował nikogo w Hanowerze o swoich planach, zwierzył się z nich księciu Antoniemu Ulrykowi, który powierzył mu zadanie negocjowania w sprawie sojuszu antyfrancuskiego pomiędzy Rosją a Austrią. Między 6 i 10 listopada Leibniz przebywał w Karlowych Warach, intensywnie omawiając swe plany naukowe i polityczne z carem. 11 listopada, gdy towarzyszył Piotrowi I w drodze do Cieplic, niemiecki filozof został oficjalnie nominowany na jego tajnego radcę sprawiedliwości, a także doradcę cara ws. matematycznych i naukowych - usługi wynagradzano mu okrągłą sumą 1000 talarów rocznie. Pierwszą niemiecką wersję tekstu nominacji, później przetłumaczoną na rosyjski, napisał sam Leibniz skorzystawszy z okazji, aby skomponować wymarzony opis swojego własnego stanowiska: miał pełnić de facto funkcję ministra bez teki, odpowiedzialnego za postęp wiedzy, mogąc przy tym swobodnie inicjować projekty badawcze i proponować reformy. W szczególności otrzymawszy zadanie pracy nad reformą rosyjskiego systemu prawnego, jaką zlecił mu kanclerz Gawriła Iwanowicz Gołowkin, Leibniz poczuł się niczym ateński prawodawca Solon. Zadanie to jak sądził dało się zrealizować bez większego nakładu czasu i energii, biorąc pod uwagę jego doświadczenie prawne. [...] Ciężko orzec czy owe śmiałe deklaracje miały po prostu uspokoić Hanowerczyków, zatroskanych o priorytety swojego historiografa, czy też wynikały z typowego dla Leibniza niedoceniania wysiłku potrzebnego, by przekuć zasady teoretyczne w praktyczną reformę. Tak czy inaczej również te jego zamiary okazały się nierealistyczne. Z Cieplic Leibniz pojechał z carem do Drezna, skąd rosyjski imperator odpłynął już bez niego statkiem do Berlina.''

- przyznajmy osobliwy to ''pacyfizm'' ustanawiany kosztem wspólnego wroga, nie tylko obcego cywilizacyjnie ale nawet wewnątrzeuropejskiego! Ultrakatolickiego w dodatku, co każe wątpić w rzekomy ''irenizm'' Leibniza, szczerość jego chęci pojednania wszystkich chrześcijańskich konfesji. Bo też i w istocie uniwersalistyczne frazesy kryły zdaje się tu czysto niemiecką strategię pokonania głównego wroga zjednoczenia Rzeszy, jakim była naonczas absolutystyczna Francja. W tym celu Leibniz snuł dynastyczne intrygi na obu krańcach Europy, z niemałym powodzeniem jak widać, nawet jeśli nie dane mu było korzystać w pełni z owoców sukcesu swych politycznych wizji. Wszakże ów wybitny filozof i matematyk jest znaczącą postacią jak sądzę, dla opisania źródeł nowożytnej tożsamości Niemiec. U jej podstaw legła bowiem istotna do dziś trauma politycznego i religijnego rozbicia kraju, czyniąca z jakiejkolwiek homogeniczności wyznaniowej lub państwowej paradoksalne zagrożenie dla niemieckiej wspólnotowości. Nabierającej przeto charakteru wszechniemieckiego, imperialnego a w dalszej perspektywie i paneuropejskiego, bliźniacza w tym rosyjskiej. Pozostaje to do dzisiaj zasadniczym rysem polityki obu krajów, niezależnie od innych obecnie uwarunkowań niż panujące w czasach Leibniza. Do tego faktyczny rozpad Rzeszy zalegalizowany systemem westfalskim, przeniósł jej centra władzy na peryferia, najsampierw do habsburskiego Wiednia a później Prus. Obie zaś te niemieckie potęgi rosły kosztem zaboru obcych im państw, Węgier i słowiańskich z Rzeczpospolitą na czele, za wyjątkiem Rosji rzecz jasna, która w perspektywie okazała się na to zbyt potężna. Biorąc jednak znaczący udział Niemców wśród jej ówczesnych elit władzy, nie stanowiła jakieś istotnej przeciwwagi dla rodzącej się u progu nowożytności ''uniwersalnej Rzeszy'' europejskiej. W tym zdaje się tkwić źródło ''złudzeń'' Leibniza co do rosyjskiego imperatora - znamienne przy tym, iż włoska ''biografinii'' nawet nie zająknęła się o okrutnej rozprawie cara Piotra z buntem moskiewskich strzelców, ni bestialstwach jakie towarzyszyły zaprowadzanej z jego ukazu modernizacji kraju na zachodnią modłę. Nie tylko zresztą wobec niego niemiecki uczony żywił bezpodstawne nadzieje - jak pisze Antognazza:

''Ze względu na poglądy moralne i polityczne Leibniza Chiny i ich ,,oświecony cesarz'' wydawały mu się wspaniałym przykładem realizacji ducha tolerancji i szacunku, których praktycznym skutkiem było unikanie wojen [ lub przynajmniej minimalizowanie ich znaczenia ], oraz innych sposobów rozstrzygania problemów na drodze przemocy. Podczas gdy w Europie Mars Christianissimus Ludwik XIV podsycał nietolerancję religijną, odwołując edykt nantejski i kontynuując agresywną politykę opartą na przewadze militarnej, ,,pogański'' cesarz Chin wynegocjował trwały pokój z Rosją [ mimo wyraźnej przewagi militarnej Chin ] i przedstawił edykt ustanawiający tolerancję religijną, zgodnie z którym buddyzm, chrześcijaństwo i islam miały cieszyć się równymi prawami. Chrześcijanie powinni ze swej strony kultywować podobną otwartość umysłu, dostrzegając w tradycji chińskiej podstawowe prawdy religii naturalnej wyrażone poprzez swoisty język i obyczaje, a ponadto wykazywać ducha tolerancji wobec tych praktyk, które nie stanowią realnego zagrożenia dla wiary chrześcijańskiej.''

- widać stąd, że ultraprotestanckiego ''irenistę'' i różokrzyżowca Leibniza tak uwierał nieprzejednany katolicyzm ''króla Słońce'', a nade wszystko zagrożenie przezeń niemieckich księstw Rzeszy jakim służył, iż pasował w kontrze do francuskiego monarchy na łagodnego ''pacyfistę'' nieomalże władcę najbardziej zaborczej w dziejach Chin dynastii Qing! Korespondujący z niemieckim uczonym jezuici na mandżurskim dworze zapewne musieli być powściągliwi w opisie bezwzględności z jaką stepowi najeźdźcy z Północy zawojowali kraj, obalając jedną z niewielu rodzimych chińskich dynastii, którą stanowili Mingowie. Niemniej w niczym to nie usprawiedliwia chciejstwa Leibniza, który gdyby tylko miał ochotę mógł zapoznać się z innym zgoła opisem porządków zaprowadzanych przez Mandżurów w Chinach, pozostawionym także przez jezuitów jak choćby polski misjonarz Michał Boym. Rzekoma ''tolerancja'' zaś nowych władców Pekinu podyktowana była imperialnym cynizmem Qingów, którzy wbrew utrzymującym się do dziś mitom wcale nie ulegli pełnej sinizacji, lecz jak wykazały współczesne badania historyczne jedną twarz prezentowali Chińczykom, inną jednak mieli dla Mongołów czy Tybetańczyków lub środkowoazjatyckich muzułmanów. Na przykład w korespondencji dyplomatycznej z osmańskimi sułtanami odwołując się do wspólnych im ''turańskich'' korzeni ludów stepowych, i to działało. Co potwierdza australijski historyk David Brophy w swej pracy traktującej o Ujgurach, jakiej polski przekład ukazał się nakładem PIW, gdzie przytacza świadectwo brytyjskiego posła Waltera Bellewa, który podczas podróży po Azji środkowej we wczesnych latach 80-ych XIX wieku, napotkał miejscowego muzułmańskiego gubernatora Artuszu. Porzucił on lokalnego emira przechodząc na stronę Qingów, uzasadniał zaś swoją kolaborację z Mandżurami prawiąc angielskiemu dyplomacie, iż nieważne czy Turek, Mongoł, Mandżur czy Kitaj, bowiem ''wszyscyśmy Tatarami''. Z traktatem nerczyńskim również nie było tak, jak to przedstawił Leibniz ale ponieważ opis okoliczności towarzyszących jego zawarciu wykracza poza obraną tematykę, więc tylko przypomnę, iż Chinom udało się wówczas narzucić Rosji trwały pokój nie mimo, a właśnie dzięki przewadze militarnej jaką jeszcze wtedy nad nią posiadały w rejonie Syberii i centrum Eurazji. Po szczegóły zaś odsyłam kto ciekaw do świetnego artykułu Michała Lubiny o rzeczonej kwestii, pozytywnie też zaskoczył ostatnio Coryllus. Wprawdzie nie wyrósł nadal z ględzenia o jakoby ''socjalistycznych'' rządach sanacji - skąd w takim razie Centrolew i zajadła dywersja przedwojennych komunistów - niemniej pojmuje już przynajmniej, że kraje europejskiej i atlantyckiej Północy wracają na należne im miejsce nad Dnieprem. Przypomina w tym celu dzieje anglosaskiego następcy tronu Edwarda Wygnańca, który po podboju Anglii przez wikingów trafił jako dziecko jeszcze do... Kijowa. Bowiem tysiąc lat temu rejony owe łączyły rozliczne więzi handlowe i polityczne, do czasu aż ich wspólnocie położył kres najazd mongolski, aż do dziś. Niemal dokładnie osiem stuleci trzeba było czekać od historycznej bitwy nad Kałką, by odrodził się germański, lecz nie niemiecki za to anglosaski i nordycki Kijów. Eurazjatyzm bowiem nie oznacza wcale dominacji Chin, tym bardziej zaś kontynentalnej wspólnoty Rosji wespół z Niemcami i może Francją, jako ich atlantycką przystawką. Oczywiście nie mam złudzeń, iż współcześni ''hiperborejczycy'' przywloką też nad Dniepr zarazę ''tęczawizmu'' oraz rak ''multikulti'', wątpię jednak by dokonały one większych spustoszeń niż ''ruski mir''. Zbyt wielu Ukraińców okaleczył bezpowrotnie, aby ich cierpieniu dała radę nawet transhumanistyczna przemiana ludzkiego świata - nas zaś w Polsce czeka, po oby skutecznym zneutralizowaniu rosyjskiego zagrożenia, trudniejsza pod pewnymi względami konfrontacja z wszechniemieckim paneuropeizmem. Tym gorsza, iż niepomny swych dziejów powiela fatalny błąd dążeń centralizacyjnych tak kontrreformacyjnych Habsburgów, co i zajadle protestanckich ''różokrzyżowców'', które jednako sprowadziły na Rzeszę katastrofę wojny domowej o międzynarodowym w końcu zasięgu. Niestety prym w stawianym mu nad Wisłą oporze wiodą póki co kreatury, dla których de facto ''Moskwa lepsza niż Bruksela'' czyt. Niemcy, tak jakby to była jakaś alternatywa... Reszta zaś opozycji ''głównego ścieku'' pogrąża się z kolei w politycznej ''murzyńskości'' względem USA, żenujących przepychankach kogo tam Biden dłużej potrzymał za rączkę. Z którego taki ''katolik'', jak z Putina ''katechon'' i szczery zwolennik ''konserwatywnych wartości'', gdyż zakompleksione ''polactwo'' inaczej już nie potrafi, jak tylko włazić w dupę Niemcom, Rosjanom, Żydom, Amerykanom czy nawet Chińczykom. Opierdolą gałę choćby i Turasom, czy inszym ''czarnuchom'', jeśli tylko nadarzy się taka okazja, bez złudzeń. Przez co Gerszon Braun wyszedł na durnia po latach, ze swym poronionym konceptem nadwiślańskiego ''fortu Xi'' i lansowaną przez się polityką ''wieloobrotową'' tj. dawania tyłka na wsze strony. Niepomny mechanizmu historii, o jakim wspominałem na wstępie, stąd i zakończę opisem tegoż dziejowego ustrojstwa, który zawiera biografia Leibniza. Ostatnie chwile życia poświęcił on bowiem rozważaniom nad nieskończonością, jaką wedle niego zawiera bieg wydarzeń, acz nie pojmuję czemuż to wywiódł stąd uzasadnienie dla idei postępu. Równie dobrze można by uznać to nie tyle za ciągły regres, co nieustanną przemianę rzeczywistości bez kresu ni celu poza nią samą, ostawmy jednak roztrząsanie podobnych kontrowersji przywołując na finał odpowiedni fragment, mimo wszystko godnej lektury, pracy włoskiej historyk nauki:

''Zdaniem Leibniza to co mogłoby wydawać się powtórzeniem identycznych warunków, nie było i nie mogłoby być powrotem wszystkich rzeczy, ponieważ w substancjach jednostkowych [ czyli owych głoszonych przezeń ''monadach'' jako podstawie wszelkiego bytu ] obecna jest nieskończoność. Dla oka potrafiącego postrzegać z nieskończoną szczegółowością konkretne byty oraz wszystkie nieskończone prawdy, jakie można o nich orzec, nie ma czegoś takiego jak skończona liczba okoliczności, które [ bez względu na to jak wiele ich jest ] powinny prowadzić do skończonej liczby kombinacji: ,,nawet jeśli poprzednie stulecie powróci ze względu na rzeczy, jakie mogą zostać postrzegane zmysłowo lub opisane w książkach, nie powróci całkowicie pod każdym względem: ponieważ zawsze będą występować różnice, choćby niepostrzegalne lub takie, których nie da się dostatecznie opisać w jakiejkolwiek księdze''. Konkluzja Leibniza polegała na tym, że istnieje w istocie niekończący się postęp ku temu co najdoskonalsze, nie zaś wieczny powrót: ,,Z tego powodu wydaje się więc, iż rzeczy stopniowo, choć niedostrzegalnie, z każdym obrotem postępują ku lepszemu'' [?]. Zgodnie ze swoją własną propozycją sprzed ok. czternastu lat w tekście datowanym na luty lub marzec 1701 roku, najlepszym obrazem owego dziejowego rozwoju była spirala: ,,Można więc uznać [...] że ten sam człowiek zostanie sprowadzony [?] nie po prostu tak, jak gdyby wrócił na Ziemię, ale jak gdyby po spiralnej, zakręcającej ścieżce, postępując tym samym ku czemuś większemu. Jest to krok wstecz, który pozwala nam dalej skoczyć, jak przy pokonywaniu rowu''. Krótko mówiąc, spirala w obrazowy sposób godzi ze sobą ideę cyklicznego powrotu z niekończącym się ''postępem''. Zdaniem Leibniza nawet najwyższa, błoga szczęśliwość nie jest statycznym trwaniem w ostatecznym stanie, lecz owym nieskończonym postępem ku czemuś lepszemu:

Prawdą jest natomiast, że najwyższa szczęśliwość [ niezależnie od widzenia błogosławionego czy poznania Boga, które mogą jej towarzyszyć ] nie może być nigdy zupełna, gdyż Bóg - jako nieskończony - nie może być całkiem poznany. Tak więc nasze szczęście nie polega i nie powinno nigdy polegać na pełnym używaniu, w którym wszelkie pragnienia zostałyby spełnione, a które otępiłoby naszego ducha, lecz na wieczystym postępie ku nowym przyjemnościom i nowym doskonałościom.

Leibniz przekuł tę wizję metafizyczną na własny styl życia: niemal dekadę wcześniej, w listopadzie 1705 roku, napisał tak: ,,Niezmącony spokój to krok na drodze do głupoty [...] Należy zawsze znaleźć sobie jakąś pracę, jakiś temat do rozważania, jakiś plan, poświęcić się społeczności i jednostkom, jednak w taki sposób, abyśmy się radowali, gdy nasze życzenia się spełnią, ale nie smucili, gdy do tego nie dojdzie''. ,,Linia, która opada, ponownie się wzniesie'' - inclinata resurget: owe słowa, których symbolem była dlań spirala, zostały ostatecznie wyryte na jego trumnie, towarzyszyły więc Leibnizowi w jego drodze ku spoczynkowi wiecznemu, wraz z garstką ludzi, pośród obojętnego wobec jego śmierci miasta i dworu hanowerskiego. Trudno byłoby wyobrazić sobie bardziej adekwatne motto i symbol: tragiczny kres jego życia, spędzonego samotnie w Hanowerze, pośród mnóstwa nieukończonych projektów i nieopublikowanych prac, miał zostać wynagrodzony przez niewyobrażalny wręcz wpływ jego myśli na rozwój filozoficzny i naukowy przyszłych pokoleń.''

...