sobota, 18 grudnia 2021

Fałszywa ''pandemia'', za to realne spodlenie.

Postawmy na wstępie sprawę jasno: domaganie się zaprowadzenia przymusu szczepień, jak chcą tego lewackie skurwysyny, w sytuacji gdy same szczepionki wedle oficjalnych deklaracji zostały dopuszczone WARUNKOWO na terenie państw UE, i to przy jednoczesnym zdjęciu odpowiedzialności z lekarzy oraz urzędników państwowych zawiadujących zdrowiem publicznym, jest jawną pochwałą ludobójstwa i anarchizacji państwa, co typowe u lewicy. Właśnie dlatego, że jestem państwowcem, etatystą na równi nienawidzącym liberalnej jak i socjalistycznej anarchii, domagam się od was WZIĘCIA REALNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI za wprowadzenie takowego obowiązku, oraz wszystkich płynących z tego faktu konsekwencji, nade wszystko olbrzymiego RYZYKA jakie się z tym wiąże. Jeśli zaś nie macie na to wystarczającej ODWAGI szczury pierdolone, zamknijcie wreszcie kurwa ryj!!! Przestańcie szczuć, ujadać od ''foliarzy'' i ''antyszczepów'' na wszystkich, co nie mają ochoty zostać królikami doświadczalnymi w waszym eksperymencie biopolitycznym, jebani ormowcy, medyczne gestapo i pavulonowi sanitaryści. Oczywiście nie mam złudzeń, że coś dotrze do zakutych łbów, dlatego należy je napierdalać równo i bez skrupułów przy każdej nadarzającej się okazji, bo jak przystało na typowych przegrywów i psychopatów będą zrzucać winę za własne nieudactwo na innych, nie można więc im na to pozwolić! Uwielbiam kiedy lewica zieje tolerancją, domaga się realnego wykluczenia poza nawias społeczeństwa wszystkich co nie podzielają jej wizji rzeczywistości, chce pozbawiać elementarnych praw całe grupy społeczne opakowując bezczelnie swój terroryzm ideologiczny w humanitarne frazesy. To nie ludzie, to kurwy, zezwierzęcone bestie i prawdziwi foliarze, aspołeczni psychopaci obrzucający takowymi epitetami innych z równą zawziętością, bo przeczuwający, iż sami nimi są. Nie znajduję wystarczająco obelżywych słów na określenie tych kanalii, nędznych przegrywów wyżywających się w szczuciu słabych, zgrywając przy tym moralnych, obrońców po równi biednych sierotek i gwałcących je pedałów, ohydni hipokryci. Postludzkie gówno wykluczyło się na własne życzenie z człowieczej wspólnoty, ba - jest z tego dumne! Cóż się dziwić jeśli nie ma na nie bata, bezkarność i rozbezczelnienie Frasyniuków, Lemparcic, Kurwic Szatanowych, całej tej hołoty plującej na Polskę aż prosi się o porządną serię z karabinu. Proszę wybaczyć, ulało mi się nieco jadu, nie chciałem dotąd zabierać głosu w sprawie szczepień na covida, ale uznałem iż ostatnio przebrała się miara i czas wreszcie powiedzieć głośno parę istotnych jak sądzę rzeczy. Każdy kto zna tę stronę i serwowane na niej treści wie, jaki mam stosunek do libków i stojącej nimi Kucfederacji, wiele zrobiłem by skopać im intelektualnie tyłki, stąd nikt rzetelnie podchodząc do sprawy nie może posądzić mnie o choćby cień sympatii wobec tej formacji, ani tym bardziej ''rozwolnościowy'' coming out. Co więcej: jestem pewien, że Korwin z Braunem są po to właśnie, aby kanalizować wszelki opór wobec obostrzeń sanitaryzmu, przyprawić mu gębę ''szurskich'' warchołów, resztę zaś odwali kamracki duet Olszański i ten drugi, co mu obciągał lufę na wizji. Powtórzę - jako zdeklarowany państwowiec nie godzę się na rozwałkę publicznej służby zdrowia z jaką mamy obecnie do czynienia, i tak ledwo zipiącej dotąd, jawne usankcjonowanie korupcji lekarzy oraz glejt bezkarności morderców w kitlach, gotowych dla kasy lub w imię pato-ideologii do nowej ''akcji T-4''. Nie ma usprawiedliwienia dla szczucia na siebie ludzi, stanu permanentnego chaosu społecznego owocującego zbiorową psychozą, zamiast wprowadzenia odgórnie twardych i jasno sformułowanych rozwiązań: szczepimy czy nie? Jeśli tak, rządzący wraz z popierającą ich działania opozycją, oraz wykonującymi polecenia decydentów lekarzami, urzędnikami i funkcjonariuszami, wszyscy po równo muszą WZIĄĆ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA CAŁE ZWIĄZANE Z TYM RYZYKO rozlicznych powikłań zdrowotnych dla poddanej takowemu przymusowi populacji, włącznie z wypłatą gigantycznych odszkodowań za nie przez koncerny farmaceutyczne jak i instytucje państwowe, oraz ponoszeniem kosztów ich leczenia. Objawem prawdziwego ''foliarstwa'' jest nazywanie tego ''szuryzmem'', kiedy szczepionki na covid oficjalnie zostały WARUNKOWO dopuszczone przez samą UE, po raz wtóry podkreślam. Znaczy to bowiem, iż nawet sprzedajne brukselskie kurwiszony mają świadomość potencjalnych zagrożeń jakie się z tym wiążą, stąd wolą stosować nędzną spychologię przerzucając odpowiedzialność na innych - skoro nie ma absolutnie żadnego ryzyka, czemuż wszyscy do cholery boją się podjąć decyzję ws. zaprowadzenia obowiązku szczepień, traktując ją niczym gorący kartofel? Ponieważ sprawa ewidentnie śmierdzi, rozgrywana przez mocarstwa politycznie a przemysłowe koterie finansowo, wygodniej jest im szczuć słabych nastawiając zwykłych ludzi na siebie. Nie mam pojęcia kto za tym wszystkim stoi a nie chcę brnąć w bajeczki o Sorosu czy Gatesie, jacy robią tu jedynie za lobbystów globalnego sanitaryzmu, ale że wszystko to gnój w jakim toniemy dla zysku bliżej nierozpoznanych sił, powinno być oczywistym dla każdego trzeźwego obserwatora obecnych wypadków. Od początku zresztą było dla mnie jasnym, iż jesteśmy poddawani zbiorowej manipulacji cholera wi na czyj rozkaz i w kogo interesie, jedno wszakże jest pewne: ''demokracja liberalna'' to jedno wielkie gówno, ściema bez znaczenia dla oszukania motłochu wyborczego, by podejmować decyzje ponad jego głowami przez faktycznie tajne gremia. Jeśli ktoś pocznie wyśmiewać to jako ''teorię spiskową'' dowiedzie jedynie, iż niczego nie ogarnia z otaczającej go rzeczywistości. Na kiepski zarzut, jak można snuć przypuszczenia o jakowejś konspiracji nie wiedząc kto ją zawiązał i w jakim celu, odpowiedzią jest ewidentny fałsz ''pandemii'', wraz z towarzyszącym jej absurdami i rażącą niekonsekwencją zaprowadzanych ''obostrzeń'' antycovidowych. Wcale przy tym nie twierdzę, że mamy do czynienia z jednym wielkim spiskiem, raczej serią pomniejszych wzajem znoszących się, stąd cały ten chaos - pseudopandemia wywołała, być może zgodnie z zamysłem jej twórców, lawinę sprzecznych interesów, paradoksalnie ujawniła skrywane dotąd, utajone polityczne i finansowe moce sterujące naszą rzeczywistością. I na tym polega prawdziwa choroba tocząca świat: jego nieprzebranych pokładach spodlenia jakie wydobyła na światło dzienne koronawirusowa histeria...

Bowiem nie od dziś wiadomo o rozlicznych patologiach trawiących np. środowiska medyczne, od dawna znaczna część o ile nie większość tzw. ''lekarzy'' ochoczo z własnej woli zamieniła się w akwizytorów koncernów farmaceutycznych, państwo zaś straciło kontrolę nad służbą zdrowia ''publiczną'' już tylko z nazwy. Jawnym tego dowodem jest skandaliczne marszałkowanie Senatowi przez skorumpowanego lekarzynę, jeśli łapówkarz w kitlu może pełnić nominalnie jedno z najwyższych stanowisk w państwie znaczy to, iż jest ono wobec takich kanalii całkiem bezsilne. Wszakże Polska nie jest pod tym względem żadnym ewenementem na skalę świata - ujawnione niedawno szczegóły kontraktów jakie wiele państw podpisało z koncernem Pfizer dowodnie okazują, że nawet znaczniejsze od naszego kraje nic praktycznie wobec niego nie mogą, on zaś de facto za nic nie ponosi odpowiedzialności. Wedle zawartych w nich ustaleń spory mają być rozstrzygane przed międzynarodowymi trybunałami arbitrażowymi w trybie tajnym, a rozliczne patologie i konflikty interesów z jakich znane są takowe parodie ''sądów'', stawiają rządy narodowe na z góry straconej pozycji w przypadku ''procesu'', nieliczne wyjątki sprawiedliwych wyroków zaś tylko potwierdzają tu regułę. Jest więc gorzej niż twierdził pod koniec życia Targalski: wbrew temu co utrzymywał korporacje wcale nie chcą przejąć władzy od państw, gdyż boją się związanej z nią odpowiedzialności! Dlatego antyszczepienny bunt korwinowców jest całkiem poroniony i z góry skazany na klęskę, bo zaślepieni liberalnymi fantazmatami źle adresują pretensje, konkretnie wobec bezsilnych państw. Tymczasem obecna sanitarna opresja nie ma charakteru państwowego, aparaty przymusu poszczególnych rządów pełnią tu jak widać jedynie służebną rolę wobec wielkiego zglobalizowanego kapitału, tradycyjnie mającego w dupie utopijny kapitalizm wolnorynkowy januszexów i grażyn byznesu, wierzących że gdyby nie ZUS i skarbówka byliby jak Bezos. Oczywiście debile nadal za wszystko winić będą mityczny ''interwencjonizm państwowy'', giganty Big Pharmy zaś to dla nich ''korposocjaliści'', cóż tym przegrywom na własne życzenie nic już nie pomoże. Nie oznacza to bynajmniej przyznania racji socjalistom w pozornej kontrze, gdyż Marks z Engelsem po równi z Bakuninem i Kropotkinem roili o obaleniu ''burżuazyjnych państw'' przez komuny proletariuszy, jakich dziś nie uświadczysz choćbyś się zesrał towrzyszu jeden z drugim. To zaś co nosi obecnie miano lewicy niemal po całości dało dupy nowym kapitalistom, czego dowodzi wspomniana na wstępie jej gorliwość w naganianiu klienteli choćby musem na produkty koncernów farmaceutycznych. Tak więc to nie siła wcale rządzi naszym światem jak głosi popularny komunał, lecz korupcja i nieodpowiedzialność a by rzec dosadniej - kurewstwo i tchórzostwo. Dlatego spiskowa teoria o ''PLANdemii'' jest zanadto optymistyczna, gdyż zakłada istnienie grupy złowrogich ale za to geniuszy, zdolnych do snucia dalekosiężnych wizji oraz dysponujących mocą dla ich realizacji. Tymczasem wszystko wskazuje na to, iż od góry do dołu nie tyle władają, co zarządzają nami zwykłe parchy, podła rasa ludzka i nie mam bynajmniej przez to na myśli ''Żymian'', choć posiadają oni rzecz jasna pokaźny udział w całym procederze, lecz generalnie nędzny materiał człowieka. Liberalna histeria na punkcie władzy sprawiła, iż nie ma dziś komu rządzić - politycy boją się jak ognia zdecydowanych działań, wymagających odwagi podejmowania ryzykownych decyzji grożących im nieprzewidzianymi konsekwencjami. Tomasz Tulejski w swym opracowaniu judaizującej ''teologii politycznej'' Hobbesa pisze, iż angielski myśliciel określał takowy żałosny stan rzeczy terminem ''potestas indirecta''. Oznaczał on - jak trafnie ujął to z kolei wybitny nazistowski jurysta Carl Schmitt - władzę, która ''wymaga posłuszeństwa, a nie potrafi chronić, pragnie rozkazywać, a nie bierze na siebie ryzyka działań politycznych i sprawuje rządy nad innymi instancjami, zrzucając na nie odpowiedzialność''. Trudno nie przytaknąć obserwując sprawy trzeźwo, aczkolwiek podkreślmy, że alternatywy nie stanowi totalizm hobbesowskiego Lewiatana, ani tym bardziej zasada ''führerprinzip'', jakiej wyznawcą stał się Schmitt. Tak więc niemal cała opozycja na czele z lewicą wykazuje skrajny brak odpowiedzialności domagając się przymusu szczepień wiedząc, że wdrażający go urzędnicy oraz lekarze będą bezkarni na wypadek, gdyby coś poszło nie tak [ a najwidoczniej przewidują, że może bo inaczej tacy jak Grodzki nie szyliby sobie i swym kolegom dupochronu ]. Rządzący nominalnie tracą z kolei autorytet niezbędny dla sprawowania realnej władzy, lawirując bezsilnie między naciskami mocarstw i wielkiego kapitału, a groźbą utraty co najmniej połowy elektoratu jaki im jeszcze pozostał, wrogo nastawionego do sanitaryzmu. Kanalizuje zaś bunt wobec niego Kucfederacja i kamracka hołota Olszańskiego, przykrawając mu skutecznie gębę anarchicznej szurii, bowiem przez swe libertariańskie zjebanie kreatury te nie pojmują, iż jedyna realna wolność polega na współ-rządzeniu się przez ludzi samemu, dlatego państwo jest dobrem publicznym, a nie jak dla liberałów złem koniecznym i to w najlepszym wypadku. Bez przywrócenia Rzeczpospolitej jak najdalej posuniętej podmiotowości nie ma mowy o jakichkolwiek swobodach obywatelskich mieszkańców kraju nad Wisłą, nie zapewnią jej żadne ''oddolne'' anarchokomuny ni mityczny ''wolny rynek''. Wszystkim pokładającym wiarę w podobne bajki należałoby przypomnieć słowa św. Tomasza z Akwinu, jakże aktualnie brzmiące w obecnym kontekście dziejowym - cytuję za Michałem Zembrzuskim:

''Tomaszowa charakterystyka tyranii również zawiera wskazówkę dotyczącą wewnętrznej sprzeczności takich rządów. Rząd tyrański jego zdaniem jest niesprawiedliwy, ponieważ nie służy dobru społeczeństwa, lecz dobru prywatnemu rządzącego. Co więcej tyrana Akwinata wiąże z buntem, warcholstwem (seditio): „Warchołem jest właściwiej sam tyran, który wśród podległej mu ludności podsyca niezgodę i buntowniczość, aby tym bezpieczniej utrzymać się przy rządzie. Takie warcholstwo jest dla tyranów  czymś  typowym, bo tyrania to rządy dla korzyści rządzącego ze szkodą społeczeństwa”. W takiej sytuacji sprzeciw wobec rządu nie będzie buntem, czy też warcholstwem i nawet nie będzie sprzeciwiać się władzy, chyba że: „zakłócanie rządu tyrańskiego jest tak głupie, że społeczeństwo ponosi z tego szkody większe niż mu wyrządza tyrański rząd''.''

- otóż to, zjebani lewacy i kucfederaci. Tenże badacz zwraca także uwagę w dyskusji nad myślą polityczną Akwinaty, że jeszcze dla Arystotelesa istotą tyranii nie była wcale tylko naga uzurpacja władzy i przemoc polityczna, ale nade wszystko narzucona odgórnie demobilizacja społeczeństwa, jego ubezwłasnowolnienie i niemoc poprzez podsycanie wzajemnej nieufności między jednostkami oraz ich małoduszności, a mówiąc wprost zbydlęcenia paraliżującego zdolność stawienia oporu - jakież to aktualne! Przypomnijmy cośmy tu już onegdaj pisali: tyran to anarchista u władzy, żaden demon, prędzej krwawy błazen, groteskowa postać bo przegryw silny słabością innych, gdyż nie ma odwagi wejść w otwartą konfrontację z nimi zdając się na ryzyko porażki, stąd woli z ukrycia nastawiać ludzi przeciwko sobie cynicznie ich rozgrywając. Nie mamy więc do czynienia z żadnym ''totalitaryzmem'' jak bredzą libki, lecz klasyczną tyranią, czyli rozpanoszonym wszędzie bezrządem. I tak oto koncerny farmaceutyczne nie biorą odpowiedzialności za własne produkty, zwalając ją na Unię Europejską, ta zaś z kolei przerzuca ewentualne konsekwencje nieprzebadanych należycie preparatów medycznych na kraje członkowskie, rządy tychże robią to samo z przedsiębiorcami i urzędnikami niższego szczebla, a w końcu jak zawsze dostaje się jedynie zwykłemu prolowi i szaremu zbywatelowi. Dlatego w PiS nikt nie chce tak naprawdę tykać tego gówna, na front wysuwa się co najwyżej jakieś spady i nonejmy typu Piecha, całą niemal rzecz cedując na wieczne biurwy w rodzaju Niedzielskiego, który siedzi po ministerstwach od czasów nierządu SLD i Cimoszki, czy Andrusiewicza rzecznika ZUS za PO. Oczywiście wszystko za wiedzą i zgodą prezesa, aby nie było, iż robię zeń jakoby ''biednego batiuszkę'' nie mającego o niczym pojęcia, niczym Hitler z rojeń Kurwina. Nie jest to bynajmniej żadna polska przypadłość powtarzam, ot w takiej Australii niesłynnej już ze swego reżimu sanitarnego nastąpił prawdziwy pomór wśród tamtejszych polityków płci wszelakich, masowa plaga dymisji - musi to być jaki specjalny wirus, mutacja przeznaczona tylko dla ''rządzących'', przynajmniej nominalnie. Chcę to podkreślić stanowczo: jestem za obowiązkowymi szczepieniami na Covid, wszakże pod warunkiem, że politycy obozu rządowego jak i popierająca takowe rozwiązania opozycja, tudzież lekarze, dziennikarze, patocwelebryci itd. wszyscy wezmą przy tym pełną odpowiedzialność za skutki uboczne WARUNKOWO dopuszczonych szczepionek, wszelkie wynikające z tego kalectwa i śmierci poddanych szprycowaniu jednostek. Sankcjom karnym i finansowym za niepoddanie się szczepieniom towarzyszyć powinny równie, a nawet bardziej dotkliwe za narażenie zdrowia i życia całej populacji wmuszaniem jej nieprzebadanych należycie preparatów z powodów korupcyjnych, oraz srogie i konsekwentne takichże przepisów egzekwowanie bez żadnych wyjątków w jednym jak i drugim przypadku! Bowiem władza daje wolność, a to oznacza odpowiedzialność, tym większą w miarę jak rośnie zakres obu - cóż pomarzyć można, nikt oczywiście nie będzie chciał ponosić konsekwencji olbrzymiego ryzyka, z jakim wiąże się szprycowanie ludzisków a szczególnie dzieci. Wzgląd na to właśnie, a nie żadną tam ''antyszczepienną szurię'' powodować będzie niestety dalej cały cyrk wokół, wystarczy wejść nie na jakieś ''StopNOP-y'', ale proszczepowe jak najbardziej strony rządowe, gdzie stoi w oficjalnym komunikacie czarno na białym:

''Szczepionki przeciw COVID-19 są warunkowo dopuszczone do obrotu na podstawie wszystkich wymaganych badań laboratoryjnych, nieklinicznych na modelu zwierzęcym, badań klinicznych I i II fazy oraz okresowej oceny prowadzonych badań klinicznych najbardziej zaawansowanej trzeciej fazy badań. Pozwolenie jest wydawane gdy korzyści wynikające z natychmiastowej dostępności szczepionki dla pacjentów przewyższają ryzyko związane z faktem, że nie wszystkie dane z trwających badań 3 fazy są jeszcze dostępne. Szczepionki zostały dopuszczone po ocenie wyników badania klinicznego 3 fazy, gdzie potwierdzono skuteczność kliniczną i bezpieczeństwo szczepionki w ochronie przed objawami COVID-19. Badania kliniczne 3 fazy są jednak cały czas kontynuowane, aby ocenić takie parametry jak np. czas utrzymywania się ochrony poszczepiennej. Przykładowo szczepionka Comirnaty została warunkowo dopuszczona do obrotu na podstawie okresowej oceny badań klinicznych 3 fazy rozpoczętych w sierpniu 2020 roku. Szczepionka została dopuszczona do obrotu, ale badania kliniczne będą zgodnie z wyjściowym planem prowadzone przez 24 miesiące. Firma, która opracowała i produkuje szczepionkę została w ramach warunkowej procedury dopuszczenia do obrotu zobligowana do dostarczania wyników z kolejnych etapów badań klinicznych lub nowych badań w ściśle ustalonych terminach. Badania te pozwolą odpowiedzieć na pytania, na które na razie nie znamy odpowiedzi (ze względu na krótki czas prowadzenia badania klinicznego), np. jak długo utrzymuje się odporność poszczepienna, czy szczepionka chroni przed zakażeniem wirusem SAES-CoV-2.''

- tak więc choć FORMALNIE nie jest to eksperyment medyczny, FAKTYCZNIE mamy z nim do czynienia jak widać i to na niespotykaną dotąd skalę, co autorzy oświadczenia poniekąd przyznają, bagatelizując nieodpowiedzialnie związane z tym olbrzymie ryzyko dla zdrowia całych populacji. Do tego pada tam kuriozalne sformułowanie: ''eksperci instytucji rejestrujących dzięki procedurze etapowej oceny dostają do oceny tak szybko jak to tylko możliwe kolejne okresowe wyniki badań, które wskazują, że korzyści z podania szczepionki przeważają ryzyko''. Niniejszym wyklucza się tu więc z góry możliwość ustaleń obalających wcześniejszą ocenę co do bezpieczeństwa szczepionki, czyniąc z rzekomych ''badań'' potwierdzenie założonej tezy - i to ma być kurwa nauka?! Epistemolodzy, czyli teoretycy poznania tyle napisali się o wymogu ''falsyfikowalności'' tj. niedogmatyczności ogólnie rzecz biorąc twierdzeń badawczych, że nauka to nie religia, gdzie wszystko traktujemy na wiarę, ale też dlatego właśnie, iż koniecznym jest dla jej uwiarygodnienia empiryczna weryfikacja, poddanie próbie zmiennej przecież rzeczywistości nie może ona podlegać absolutyzacji itd. A tu się nagle okazuje, że taki chuj pani Jolu: wystarczy oficjalny glejt od Komisji Europejskiej, instytucji niewątpliwie wzbudzającej zaufanie, której pierwszym przywódcą był euronazista Walter Hallstein, szefował zaś po nim długi szereg skorumpowanych kanalii, aż po obecnie władającą nią chamicę. Za którą to ciągnie się smrodliwy ogon afer, podobnie jak za świętokrzyskim świątkiem w egzotycznym wydaniu dr. Youssefem Sleimanem, dyrektorem lokalnego szpitala w Czerwonej Górze rodem z Libanu, jaki to zasłynął błyskotliwymi odkryciami, że ''niezaszczepionym nie pomaga żadne leczenie'', a ''palacze rzadziej zapadają na Covida''. Nie dodał tylko czy idzie jedynie o swojski ''tytuń'', czy też w grę wchodzi pochodzący z jego rodzinnych stron haszysz albo jamajska marycha itd., bo wówczas należałoby pomyśleć o jakim przepisowym usankcjonowaniu tych jakże przyjemnych metod antykoronawirusowej terapii. O tym zaś czy szczepionki zasługują na zaufanie pomogą zadecydować rządom medyczni ''eksperci'', jak zmieniający opinie niczym w kalejdoskopie Gut, albo jawnie ciągnący zyski z zachwalania ''zdrowotnych'' właściwości maseczek Simon, czego wcale się nie wstydzi sprzedajne ścierwo. Nie zapominajmy też o równie ''wiarygodnym'' Horbanie, jeszcze rok temu zapewniającym, że ''zaszczepieni nie będą zarażać, bo nie będą zakażeni'', choć wszystko ostatnio wskazuje, iż to wierutna bzdura. No i dodajmy dla całości obrazu medialny cyrk z prychającymi i śpiewającymi pod respiratorami patocwelebrytami, a właśnie dawno nie słychać było o żadnym przypadku, pewnie ''100% bezpieczne szczepienia'' zapewniły im ochronę, ale myślę że jak się raz jeszcze sypnie kasą Piaskowi to znowu da popis, bo wciąż mu potrzebna na ciągłe od nowa zszywanie tyłka po wizytach Nergeja. I tak mamy lepiej niż w cudnych, ''tęczawych'' USA pierdziela Bidena, gdzie tamtejsi lekarze i epidemiolodzy gromko zwalczają ''białą supremację'', bo czarny rasista rozjeżdżający białych w Waukesha, czy arabski terrorysta Ahmad Al Aliwi Al-Issa, który zabił dziesiątkę innych białych ludzi w Kolorado, to dla nich nie problem. Pomijając ideologiczny zajob, polskie środowisko medyczne jest równie zdemoralizowane, emblematyczna pod tym względem jest historia wałbrzyskiego anestezjologa Leszka P., co to bidulek miał zemrzeć z przepracowania, jak ogłosiły to na wstępie nasze ''wolne media''. Sekcja zwłok wykazała zaś, że lekarz zadławił się własnymi rzygowinami po pijaku, do tego okazując złodziejem kradnącym opioidy ze szpitalnego magazynu, prawdopodobnie dla pokątnej dilerki. Oczywiście ''wolne media'' nadal robią z niego ofiarę obleśnie sugerując, że ''odreagowywał piciem przepracowanie'':))). Szydzę, ale rzecz jest poważna, bowiem wszystkie proszczepy zarzucające ''wakcynosceptykom'' jakoby ''antynaukowy szuryzm'' same nim grzeszą, odwołując się do przebrzmiałych dawno, neopozytywistycznych fantazmatów co do ''obiektywności'' wiedzy naukowej. Świetnie ujął to dr Tomasz Burzyński, referując stanowisko francuskiego filozofa nauki Bruno Latoura. Przywołuję je właśnie dlatego, że poddawałem nieraz miażdżącej krytyce ocierające się o lewacki obłęd głoszone przezeń koncepty nadania politycznej podmiotowości ''nieludzkim aktantom'', jako to zwierzęta, rośliny a nawet materia nieożywiona. Zawierająca takowe ''Polityka natury'' jego autorstwa, ukazała się na polskim rynku dobrą ponad dekadę temu nakładem proszczepowej przecież ''Kretynyki Pederastycznej'', nie można stąd zarzucić chłopu ''negacjonizmu globalnego ocipienia'' itp. anatem z wokabularza współczesnej lewicy. Jakkolwiek by tego nie oceniać, przynajmniej diagnoza jaką stawia jeśli idzie o obecny status nauki jest celna, stąd oddajmy głos sprawozdaniu argumentacji francuskiego filozofa w wykonaniu Burzyńskiego:

''Cechą charakterystyczną dla społeczeństwa przemysłowego jest powszechna, postępująca racjonalizacja, w myśl której nauka postrzegana jest w kategoriach quasi-religijnych jako instancja ostatecznego poznania, której werdykt zamyka wszelkie debaty polityczne. Ten uprzywilejowany status nauki (za Latourem celowo używam liczby pojedynczej) wynika z modelu ładu społecznego, który autor ''Polityki natury'' określa mianem „nowoczesnej Konstytucji”. Jej istotą jest utrzymywanie ścisłego rozgraniczenia miedzy sferą debaty publicznej, której funkcja polega na regulowaniu stosunków społecznych w drodze działań politycznych i ładotwórczych (dbałość o tzw. „dobro wspólne”) a przestrzenią nie-ludzi, przedmiotów pozbawionych własnego głosu i podlegającym niezmiennym i obiektywnym prawom natury, których odkrywanie jest domeną scentralizowanego aparatu poznania naukowego. Dychotomiczna konstrukcja modelu „nowoczesnej Konstytucji” zakłada pojawienie się kategorii ludzi nauki, których rolą jest pośredniczenie między  dwoma wzajemnie odizolowanymi sferami (Latour używa w tym miejscu pojęcia „izba” na podobieństwo dwuizbowej organizacji parlamentu) oraz zamykanie sporów politycznych poprzez użycie argumentów naukowych zawierających niepodważalne prawdy obiektywne funkcjonujące z mocą zakańczania wszelkich debat, co umożliwia im sam fakt bycia w izolacji od sieci interesów politycznych lub ekonomicznych. 

''Cała subtelność tego projektu zasadza się na delegowaniu władzy tym, którzy potrafią poruszać się między izbami. Kilku starannie wybranych ekspertów wyposażonych zostaje w zdolność kursowania między dwoma zbiorami i władzę mówienia (ponieważ są ludźmi), władzę mówienia prawdy (gdyż dzięki ascezie poznania umknęli uwarunkowaniom świata społecznego) i wreszcie władzę zaprowadzania porządku w zgromadzeniu ludzi, przez zamykanie im dziobów [...].  

Budując koncepcję „nowoczesnej Konstytucji” Latour kreśli socjologiczną wizję zracjonalizowanego modelu ładu społecznego, w którym nauka pełni rolę ostatecznego głosu wyciszającego kakofonie wielogłosowej przestrzeni debaty publicznej. W ten sposób koncepcja rozwijana przez francuskiego socjologa i filozofa wpisuje się w metodologiczne i konceptualne ramy badań nad procesami „unaukowienia prostego”. Jest to termin opisujący społeczne i polityczne mechanizmy legitymizujące pretensje nauki instytucjonalnej do posiadania społecznego monopolu poznania, którego roszczenia względem racjonalności obiektywnej pozwalają na utrzymanie uprzywilejowanej pozycji w stosunku do opinii publicznej postrzeganej jako zbiorowość głosów niezdolnych do wzniesienia się ponad własne uprzedzenia, interesy, zdroworozsądkowe stereotypy czy obiegowe opinie. „Nowoczesna Konstytucja” jest zatem motorem linearnych procesów modernizacyjnych, które – będąc uwolnione od sporów o typowo politycznej naturze – stały się odbiciem prawdy ostatecznej, niepodważalnej na mocy swej naukowej obiektywności. Separacja natury i polityki oraz oparcie poznania o autorytet wiedzy obiektywnej nadały ideologiczny pęd społeczeństwom nowoczesnym, które swój rozwój oparły o racjonalną kalkulację, a tę z kolei o obiektywizm praw i prawidłowości natury.''

- sęk w tym, że ten ''sakralno-naukowy'' paradygmat trzeszczy w szwach, a właściwie dogorywa na naszych oczach, paradoksalnie pod wpływem gwałtownego rozwoju biotechnologii z jednej strony, z drugiej zaś technik informatycznych głęboko przekształcających formy życia społecznego, jak i rozmywających ostre dotąd jego rozgraniczenie ze światem natury. Ponownie odwołajmy się do wspomnianego przed chwilą polskiego badacza, który w innym artykule tak rzecz całą opisuje:

''Paralelny proces można zaobserwować w odniesieniu do zdrowia i dobrostanu jednostek oraz zbiorowości społecznych, również w odniesieniu do cielesności poszczególnych osób lub całokształtu zdrowia publicznego. Omawiana tendencja określana jest terminem „medykalizacja”, oznaczającym podporządkowanie kolejnych obszarów życia społecznego jurysdykcji medycznej w taki sposób, że „problemy o niemedycznym charakterze stają się rozpoznawane i rozwiązywane jako kwestie medyczne redefiniowane w kategoriach jednostek chorobowych bądź zaburzeń”. Medykalizacja oznacza również postępującą dominację biomedycznego modelu zdrowia jednostkowego i publicznego rozumianego jako zespół aksjonormatywnych i kognitywnych wytycznych, które prowadzą do kształtowania świadomości społecznej w zakresie problematyki zdrowia i choroby. W odniesieniu do somatyczności człowieka, model biomedyczny skupia się przede wszystkim na (1) postrzeganiu schorzeń jako zaburzeń typowo somatycznych, (2) wdrażaniu programów terapeutycznych unikających medycyny holistycznej i koncentrujących się na leczeniu poszczególnych zaburzeń, a nie pomocy człowiekowi rozumianego przez pryzmat jedności ciała i umysłu, (3) uznaniu medycyny akademickiej jako jedynej instancji uprawomocnionej do rozstrzygania problemów zdrowotnych. Włączenie dyscyplin nauk psychologicznych (np. psychopatologia, psychologia zdrowia, psychologia rozwojowa) w obręb praktyk medykalizacyjnych doprowadziło do przyporządkowania zaburzeń psychicznych i psychosomatycznych w obręb szerszej kategorii jednostek klinicznych objętych jurysdykcją biomedyczną, czego dobitnym przykładem jest medykalizacja dziecięcej nadpobudliwości ruchowej i przedstawianie jej jako zaburzenie hiperkinetyczne szerzej znane jako ADHD (Attention Deficit Hyperactivity Disorder). Postrzegana z perspektywy procesów kształtowania się podmiotowości jednostkowej, medykalizacja – co wyraźnie pokazuje przytoczony powyżej przykład ADHD – prowadzi do kontrolowania populacji poprzez intensyfikację działań mających na celu obserwowanie, ocenianie i korygowanie zaburzeń powstających na każdym stopniu rozwoju osobowego człowieka. W tym kontekście można wspomnieć na przykład o medykalizacji dzieciństwa, która opiera się na próbach wpisania koncepcji rozwoju psychospołecznego jednostki w ramy naukowo skonstruowanego normatywu obejmującego sekwencyjne zmiany somatyczne i psychiczne, czego konsekwencją może być zaniknięcie idei dzieciństwa jako etapu spontanicznego rozwoju jednostki. [...] Podobne spostrzeżenia można uczynić względem okresu dojrzewania, dorosłości i procesu starzenia się. W następstwie procesów medykalizacji dochodzi zatem do wpisania procesu rozwoju ontogenetycznego jednostki w ramy dyskursów naukowych, które skupiają się na naukowym badaniu podmiotowości ludzkiej z uwzględnieniem zmiennych biomedycznych. [...]

Tendencje zapoczątkowane przez procesy medykalizacji uległy zdecydowanemu wzmocnieniu wraz z postępem technicznym w sferze biotechnologii. Współczesne techniki diagnostyki obrazowej, nowe terapie wykorzystujące leki biologiczne (np. przeciwciała monoklonalne i poliklonalne), a przede wszystkim rozwój diagnostyki genetycznej stwarzają nowe warunki dla postępowania procesów kontroli zorientowanych na cielesność poszczególnych jednostek, jak i dobrostan całych populacji. Powszechne wykorzystywanie technologii genetycznych i cyfrowych w obszarze biomedycyny doprowadziło do prób zrewidowania terminu medykalizacja i zastąpienia go pojęciem biomedykalizacja, w którym przedrostek „bio” został użyty w celu zwrócenia naszej uwagi w kierunku nowych gałęzi biomedycyny oraz ich wpływu na zmieniający się obraz zdrowia i choroby. Zmiana ukierunkowania nauk ścisłych z poziomu komórkowego na poziom molekularny w drugiej połowie dwudziestego wieku spowodowała, że coraz częściej stawiano pytanie „czym właściwie jest życie?” Ostatnio sformułowano hipotezę o występowaniu równoległej zmiany paradygmatycznej, tym razem obejmującej biomedycynę, w której perspektywa kliniczna zostaje zastąpiona perspektywą molekularną [...]. Dzięki współczesnej wiedzy biomedycznej i rozwojowi biologii molekularnej przetworzeniu ulegają, by odwołać się do terminologii Foucaulta, „warunki możliwości” wyznaczające sposoby na jakie życie ludzkie może być kształtowane. [...] Nowe praktyki biomedyczne w coraz większym stopniu transformują ludzkie ciała, tożsamości i życie codzienne. Wraz z przesunięciem optyki badawczej w stronę genetyki (w tym genetyki zachowania) i inżynierii genetycznej pojawiły się nowe pytania o podmiotowość jednostki. Ontologicznie rzecz ujmując, podmiotowość nie jest tutaj rozważana przez pryzmat jej społecznych masek czy też zmiennych osobowościowych przez nie przykrywanych. Uwarunkowania czysto somatyczne kryjące się pod maską osobowości i odgrywanej roli społecznej także zostają zepchnięte na margines dyskursu akademickiego. Istotą rozumienia podmiotowości w erze procesów biomedykalizacji jest bowiem skupienie się na kodzie genetycznym jednostki oraz możliwościach osobotwórczych w nim zawartych. W związku z tym, można mówić o procesach kształtowania się tzw. podmiotowości probabilistycznej. Unikając pułapek funkcjonalizmu i strukturalizmu  oraz starając się ominąć ograniczania metodologicznego indywidualizmu oraz psychologizmu, idea podmiotowości probabilistycznej, co z pewnością może zabrzmieć paradoksalnie, wraca do idei struktury i kodu. W czasach nowych biotechnologii okazuje się bowiem, że nie wystarczy przeprowadzić konceptualizacji podmiotowości zdefiniowanej przez pryzmat obserwowalnych i mierzalnych zmiennych, bo koncepcja taka zostaje zredukowana do kategorii cech fenotypicznych, którym nadaje znaczenie wtórne w stosunku do interakcji kodu genetycznego i uwarunkowań środowiskowych. Rozumowanie takie jest charakterystyczne dla tzw. genetyki zachowania, czyli interdyscyplinarnego podejścia akademickiego, którego celem jest poszukiwanie genetycznych podstaw typowo ludzkich zachowań, a także występujących w populacji różnic indywidualnych w zakresie temperamentu, osobowości, stylów poznawczych czy też inteligencji. [...]

W perspektywie (bio)medykalizacyjnych rozważań nad podmiotowością, postulaty genetyki (oraz genetyki zachowania) prowadzą refleksję humanistyczną na nowe tory wyznaczone przez dyskurs o charakterze jednoznacznie probabilistycznym. Cechy genotypu są jedynie zbiorem potencjalności drzemiących w każdej osobie. Potencjalności takie można skategoryzować zarówno jako predyspozycje genetyczne wyznaczające pułap przeszłych zdolności człowieka albo czynniki ryzyka, które określają skłonność do zapadania na określone typy jednostek chorobowych. Pomimo swego genetycznego ukonstytuowania, podmiotowość jednostki nie jest zatem nieuchronną koniecznością zapisaną raz na zawsze w kodzie genetycznym, ale staje się zestawem możliwości uzależnionym od mniej lub bardziej kontrolowalnych czynników zewnętrznych, którymi jednostka (oraz jej otoczenie) może manipulować do pewnego stopnia. W obu zarysowanych powyżej scenariuszach rozwoju osobowego (tzn. obecność genetycznie uwarunkowanych zdolności albo dziedzicznych czynników ryzyka chorobowego) sam fakt zdobycia wiedzy o elementach własnego kodu genetycznego oznacza przekształcenie egzystencji jednostki nie tylko w przewidywalnej przyszłości, lecz także w momencie bycia poinformowanym o skłonnościach odziedziczonych po przodkach. Poznanie własnego bagażu genetycznego jest warunkiem wstępnym dla celowych działań człowieka, którego świadomość wraca się ku biologicznym podstawom egzystencji, nadając jej sens i wtórnie przypisując znaczenia i maski kultury. Przestrzenią realizacji podmiotowości probabilistycznej staje się wielość możliwych scenariuszy przyszłości, przy czym urzeczywistnienie każdego z nich jest wypadkową działalności własnej jednostki przebiegającej w ograniczającym lub wyzwalającym wpływie środowiska, w tym otoczenia społeczeństwa i kultury. W kontekście podmiotowości probabilistycznej możemy mówić o powstawianiu nowych form tożsamości, podobnie jak ma to miejsce w przypadku osób cierpiących na chroniczne schorzenia. Tożsamość taka realizuje się na przecięciu mechanizmów stygmatyzacji i autostygmatyzacji, w przebiegu których osoba jest wykluczona lub sama się wyklucza ze społeczności ze względu na doświadczenie choroby. W odniesieniu do postulowanego konstruktu podmiotowości probabilistycznej należy uczynić uwagę, że tożsamość nie formuje się dopiero w chwili uaktywnienia się procesu chorobowego. Fundamenty nowej tożsamości (tożsamości probabilistycznej) mogą kształtować się na długo przed pojawieniem się objawów chorobowych, wtedy gdy symptomy takie pozostają jeszcze zamknięte w nawiasach myślenia stricte probabilistycznego. Dlatego właśnie działania sprawcze zostają skoncentrowane na obsesyjnym kontrolowaniu niebezpiecznych czynników środowiskowych mogących potencjalnie uruchomić proces chorobowy. Aktywność taka może być jednocześnie punktem wyjścia do poszukiwania nowych afiliacji i społecznego wsparcia w subkulturach obsesyjnie zorientowanych na nieustanne monitorowanie swego zdrowia i kontroli środowiskowych czynników ryzyka przy użyciu nowoczesnych technologii samodiagnostyki i przetwarzania informacji. Wprowadzenie rozważań biomedycznych i genetycznych w obręb refleksji humanistycznej jest często postrzegane jako utrwalanie dyskursów posthumanistycznych, w których świadomość, osobowość, indywidualność czy poczucie sprawstwa ulegają procesowi reifikacji w toku sprowadzania typowo ludzkich doznań lub odczuć do poziomu dywagacji biomedycznych czy biochemicznych. Takie rozumowanie nie wydaje się całkowicie trafne. Istotą podmiotowości probabilistycznej jest wprawdzie zakorzenienie w potencjalności kodu genetycznego, lecz genetyka stanowi jedynie zbiór warunków wstępnych, które stają się rzeczywistymi jedynie z pewną dozą prawdopodobieństwa, której wielkość z kolei jest modyfikowana działalnością własną człowieka. Jednostka zachowuje zatem poczucie sprawstwa, kontroli nad własnym losem, które jest fundamentem podmiotowości w jej humanistycznym znaczeniu.''

- na uwagę w tym nowym podejściu zasługuje brak tępego fatalizmu cechującego dawną eugenikę, jakoby przesądzającego z góry los człowieka czy nawet przeznaczenie całej rasy. Zasób genetyczny danej jednostki stanowi jedynie pewien potencjał, który może być urzeczywistniony lub nie w zależności od jej woli, jak i ponadindywidualnych okoliczności społecznych i dziejowych. W tym sęk zresztą, iż takowa ''sztuka dbania o siebie'' wymagać będzie zapewne niemałych zasobów finansowych, koniecznych aby uzyskać dostęp do gwarantujących ją technologii przekształcania swego życia. Grozi nam stąd realna dystopia poddanych ''cyborgizacji'' swoistych ''nadludzi'', kosztem reszty skazanych na męczarnie krótkiej, bolesnej egzystencji pełnej chorób. Oby takowy scenariusz nie miał miejsca, póki co medycyna ''spersonalizowana'' bazująca na osiągnięciach współczesnej genetyki pozwala na bardziej kompleksowe, ludzkie zwyczajnie traktowanie przynajmniej tych pacjentów, jakich na taki luksus stać. Dzięki tej metodzie nie muszą już oni przyjmować szkodzących im medykamentów, ordynowanych dotąd na ślepo przez lekarzy, co więcej - stwarza to również szansę uzyskania wreszcie skutecznego leku na Covida. W pracach nad jego powstaniem biorą udział także polscy naukowcy jak choćby dr. Paweł Zawadzki, którego zespół uczonych prowadzi badania genetyczne dla ustalenia odporności populacyjnej w kraju. Jak szacuje, może nawet 5% ludności Polski nie musi obawiać się koronawirusa, stąd podawanie tak dużej grupie szczepionki kompletnie mija się z celem. Dodam od siebie, że takowe ''mapowanie'' zbiorowego genomu pozwoliłoby zapewne wyodrębnić również niemałą liczbę jednostek, u których istnieją silne przeciwwskazania dla szczepień, dlatego zmuszanie ich do tego, lub choćby natrętne skłanianie jest wprost zbrodnią, narażającą na niepotrzebne cierpienia czy nawet śmierć. Dlatego zamiast przymusu szczepień na covid, lepszym pomysłem byłby obowiązek badań genetycznych jako rodzaj prozdrowotnej prewencji, choć oczywiście zdaję sobie sprawę z wszystkich towarzyszących temu niebezpieczeństw. Na ten przykład w Islandii, gdzie genotypy blisko połowy już tamtejszej populacji znalazły się w krajowej bazie danych, głośno jest od pewnego czasu o rozlicznych skandalach, na czele z handlem informacjami o stanie zdrowia jednostek i całych grup, użytecznych dla koncernów medycznych czy ubezpieczeniowych itp. Niemniej zamiast paraliżować nas to antybiotechnologicznym rezonerstwem, co do zasady równie jałowym jak opisany już fetyszyzm ''unaukowienia prostego'', stanowić winno motywację dla stworzenia możliwe skutecznych mechanizmów prawnych oraz instytucjonalnych zabezpieczających przed takowymi patologiami, a przynajmniej by wydatnie je ograniczyć. Na koniec jako kielczanin muszę poczynić choćby wzmiankę, iż moje rodzinne miasto robi za jeden z wiodących w kraju ośrodków wspomnianego mapowania zbiorowego genomu Polski, poprzez tworzenie tzw. ''biobanków''. Zgromadzony w nich materiał genetyczny posłużyć może np. do szybszego diagnozowania nowotworów u mieszkańców regionu, prawdziwej plagi naszych czasów. Nade wszystko zaś mają one potencjał odegrać kluczową rolę w postulowanym przeze mnie zarządzaniu gwałtownie kurczącymi się zasobami ludzkimi nad Wisłą, co stanowić będzie zasadnicze zagadnienie w najbliższych latach, tym bardziej w obliczu narastania generalnie tegoż problemu w wymiarze już globalnym [ nawet krajach cierpiących jeszcze niedawno raczej na przeludnienie jak Indie ]. Ludzkości będzie ubywać i to w zastraszającym tempie, acz mocno nierównomiernie co zaowocuje rozlicznymi wstrząsami migracyjnymi i płynącymi stąd konfliktami kultur, etnosów i cywilizacji na których progu wciąż tkwimy - obecny kryzys na granicy z Białorusią jest tegoż procesu ledwie zaczątkiem. Stan zdrowia i to nie tylko biologicznego, co może nade wszystko psychicznego całej nacji przesądzi zapewne w fundamentalnym stopniu o szansach naszego przejścia wszystkiego w miarę suchą stopą. O potrzebie ustanowienia i przede wszystkim skutecznej realizacji ''Narodowego Programu Psychiatrycznego'' może jednak inną porą...


sobota, 11 grudnia 2021

Liberalizm jest biały [ socjalizm również ].

...zapowiadany finał rozważań o wolnorynkowym handlu Murzynami na dawnym Południu USA, rzutującym do dziś na sytuację dziejową tego kraju, wbrew pozorom tycząc pośrednio również i nas, co stanie się jasnym w konkluzjach wywodu:

O ironio, kojarzone zwykle z lewacko-liberalną politpoprawnością ''studia postkolonialne'', jeśli tylko rzetelnie podchodzą do zagadnienia czarnego niewolnictwa, obalają mit o rzekomej bierności Murzynów w całym procederze. Materiału dostarcza tu choćby praca ''Tacky’s Revolt. The Story of an Atlantic Slave War'', autorstwa Vincenta Browna, ''afroafrykańskiego'' profesora Harvardu. Jego ustalenia referuje Łukasz Zaremba w artykule zaskakująco obiektywnym jak na organ prasowy ''marksistów-ezoterystów'' - mowa o ''Praktyce Teoretycznej'' z której on pochodzi. Przytoczmy więc zeń parę istotnych ustępów, oskrobując je z otoczki lewackiego bełkotu. Bowiem stoi w nim mimo to jasno, iż ''kolonialne porty handlowe Zatoki Gwinejskiej były zaledwie niewielkimi wysepkami niepewnej europejskiej kontroli nad olbrzymim terytorium Afryki Zachodniej i Środkowej, gdzie toczyły się potężne, skomplikowane polityczne i militarne konflikty wielkich armii i dobrze zorganizowanych państw (na przykład państwo Asante, od asa nit, „ponieważ wojna”, w 1780 roku posiadało osiemdziesięciotysięczną armię, której połowa wyposażona była w broń palną). Europejczycy napędzali te konflikty (dostarczali broń, tworzyli popyt za niewolników), ale w żadnym wypadku ich nie kontrolowali; kolonialne przedsięwzięcia ekonomiczne zależały zaś bezpośrednio od polityki państw afrykańskich i utrzymywania z nimi dobrych stosunków. W pewnym sensie bunty wybuchające w XVIII wieku w Indiach Zachodnich były zatem przedłużeniem konfliktów afrykańskich – wyszkoleni w nich żołnierze afrykańscy, którzy w efekcie konfliktów zbrojnych (napędzanych między innymi, lecz niewyłącznie handlem niewolniczym) trafiali w niewolę, próbowali w geograficznie odległym miejscu z tejże niewoli się wyzwolić''. Dlatego gros murzyńskich niewolników, szczególnie na Antylach i w Ameryce Północnej wywodziło się spośród: ''często skonfliktowanych społeczności afrykańskich, toczących między sobą kolejne wojny i zawierających zmienne sojusze (w wyniku tych bitew i najazdów przegrani często trafiali do niewoli i na sprzedaż w portach Złotego Wybrzeża; na jednej plantacji, a nawet na jednym statku mogli znaleźć się zatem niedawni wrogowie z afrykańskich wojen). [...] Afrykanie ze Złotego Wybrzeża Afryki Zachodniej, mówiący w Akan, których zbiorcza nazwa pochodzi od niewolniczego portu, skąd transportowano ich za północny zachód: Coromantee (lub w języku Fante Kromantse). Wielu „Coromantee” było okofokum, szeregowymi żołnierzami, wyćwiczonymi do walk z bronią palną i wręcz w jednej z masowych armii zmilitaryzowanych, nastawionych na ekspansję państw Afryki Zachodniej (Akwamu, Dankyira, Asante, Fante), zanim zostali pojmani i statkami przetransportowani do Ameryki''. W praktyce oznaczało to militaryzację zarówno procesu przewozu niewolników przez ocean, handlu nimi jak i reżimu panującego na plantacjach - Ł. Zaremba pisze dalej cytując Browna: Właściciele niewolników byli paranoikami, a do tego ich niewolnicy naprawdę zamierzali ich zabić”. Posiadając ku temu odpowiednie umiejętności dodajmy, skoro mieli już zaprawę w bojach tocząc je w swych macierzystych krajach między sobą, i to nie tylko mężczyźni ale tyczyło to również wojowniczych kobiet z Dahomeju wspomnianych w pierwszej części cyklu. W efekcie ''strach musiał być uczuciem na co dzień towarzyszącym białym na Jamajce, a zarazem był też podstawowym sposobem utrzymywania porządku wśród niewolników – gdy tylko kolonialnemu wojsku lub najemnej milicji udawało się zwyciężyć w potyczkach z buntownikami, gdy tylko nadzorcy plantacji odkrywali (lub podejrzewali) spisek niewolniczy, wyszukiwano najbardziej okrutne, publiczne i widowiskowe sposoby torturowania i uśmiercania. Rozrzucone po wyspie nabite na pale martwe poćwiartowane ciała, często same głowy, miały stanowić dla pozostałych ostrzeżenie przed przejściem od myśli do czynu. To pierwsze znaczenie niewolnictwa jako konfliktu zbrojnego: codzienna przemoc i tortura, ale i obustronne poczucie fizycznego zagrożenia. Jak już wiemy, niewolnicy, choćby „Coromantee”, bywali doświadczonymi żołnierzami. Po drugiej stronie, w roli zarządców i nadzorców, również spotykali weteranów wojennych, byłych żołnierzy armii brytyjskiej – „widzących w Afrykanach wrogów”, poddających zmilitaryzowanemu nadzorowi relację (z założenia) cywilną. To zarazem, z innego punktu widzenia, wojna rasowa: białych przeciwko czarnym, również przeciw niewielkiej zróżnicowanej grupie wolnych czarnych i półczarnych, mieszkańców kolonii, mulattoes (częściowo wolnych), których (czasem słusznie) podejrzewano o wspieranie niewolników, a czasem – co opisał już w latach 30. XX wieku C.L.R. James w The Black Jacobins na przykładzie Haiti w tym samym okresie – o własne interesy sprzeczne z interesami białych, ale nie zawsze zbieżne z interesami niewolników.''

Zresztą autor cytowanego artykułu, wzorem murzynoamerykańskiego profesora, rychło niuansuje jeszcze bardziej czarno-biały schemat realiów owej wojny rasowej wskazując, iż w tłumieniu rebelii afrykańskich niewolników na brytyjskiej Jamajce brały udział nie tylko ''przewożone statkami marynarki wojennej angielskie wojska fortowe, milicja złożona z plantatorów (niechętnych do samodzielnej walki)'', ale i ''pracowników plantacji i najemników (w tym wolnych czarnych) oraz zaufanych niewolników, a także oficjalnie uznawana przez Brytyjczyków od 1740 roku społeczność zbiegów, która w wyniku walk zbrojnych w latach 30. wywalczyła sobie prawo zajmowania części wyspy. Jednym z warunków ugody z brytyjskimi władzami był jej aktywny udział po stronie kolonialnej we wszelkich konfliktach zbrojnych. I właśnie jamajscy Maroons – byli niewolnicy i potomkowie niewolników – okazali się najskuteczniejsi w tropieniu i wyłapywaniu buntowników dwie dekady po tym, gdy sami zrzucili z siebie status rebeliantów'' [!]. Jakby tego było mało, zdumiewająco uczciwie jak na lewacki periodyk Zaremba oświadcza, iż żadną miarą nie sposób nazywać ''rewolucjonistami'' przywódców opisywanych czarnych rebelii oraz ich uczestników, bowiem ''nie walczyli o zniesienie niewolnictwa, a już z pewnością nie o powszechną wolność''. Oni jedynie ''toczyli wojnę – niewygodną dla europejskich oddziałów wojnę partyzancką z imperialnymi wojskami; wojnę z białymi właścicielami, zarządcami, strażnikami i najemnikami; wojnę z niewolnikami, którzy nie chcieli ich wesprzeć oraz z tymi, których biali wystawiali do walki przeciwko nim; wojnę z „dzikimi”, Maroons, dawnymi zbiegami, którzy, walcząc o własną pozycję, stawali po stronie brytyjskiego imperium''. Całą tę kolonialno-niewolniczą paranoję napędzała rzecz jasna chciwość i to po obu stronach Atlantyku jak i wojny rasowej: imperializm białych świetnie współgrał co widać z morderczymi konfliktami o władzę wśród samych czarnych. Bowiem ''Jamajka była najbardziej dochodową i najbardziej produktywną amerykańską kolonią Wielkiej Brytanii (głównym towarem eksportowym wyspy był cukier, produkowano tam również kawę i bawełnę). Najpotężniejsi właściciele kolonialnych majątków, widywani na wyspie rzadko lub wcale, zasiadali w brytyjskim parlamencie lub pełnili wysokie funkcje wojskowe i administracyjne w Imperium. Ich majątki średnio kilkudziesięciokrotnie przekraczały majątki brytyjskich osadników w pobliskiej kontynentalnej Ameryce''. Cena wszakże za te fortuny i płynący stąd polityczny status była wysoka: ''Jamajka była również śmiertelną pułapką. Śmierć stanowiła ośrodek doświadczeń społecznych dla wszystkich zamieszkujących wyspę […] śmierć i bogactwo były tu nierozłącznie związane”. W poprzedzającej Tacky’s Revolt książce o wymownym tytule Reaper’s Garden, Brown opisywał różnorodne sposoby radzenia sobie ze śmiercią, politykę zarządzania jej wszechobecnością i powszedniością na Jamajce. W trudnym klimacie w XVIII wieku, głównie w wyniku chorób tropikalnych umierało tu rocznie (sic!) 10% białej populacji wyspy (plantatorów i ich rodzin, zarządców, strażników, urzędników państwowych, pracowników majątków i fabryk, marynarzy i włóczęgów), a śmiertelność czarnych mieszkańców, poddawanych w większości wyczerpującemu reżimowi pracy i dyscypliny, była niewiele mniejsza''. Podkreślmy, bo to istotne: śmiertelność białych zarządców przewyższała nawet tę wśród czarnych niewolników, nie mówiąc już o społeczności wolnych Murzynów, owych ''maroons'' jacy za wywalczone sobie przywileje wysługiwali się Brytyjczykom, pomagając im ochoczo w niewoleniu innych Afrykanów na wyspie. Zasadne jest w takim razie pytanie co pchało Europejczyków do tropikalnego piekła, gdzie w morderczym dla nich klimacie masowo padali niczym muchy, trawieni w dodatku ciągłym strachem i paranoją wywołaną realnym widmem krwawej murzyńskiej rabacji? Obok wspomnianej już żądzy szybkiego wzbogacenia się, na co szansę dawała oparta na niewolniczym procederze ekonomia, motorem działania wielu była zapewne też swoista wolność białego człowieka, jego wyzwolenie z konwencji społecznych obowiązujących w ówczesnej Europie, możność bezkarnego dogadzania swym sadystycznym skłonnościom i chuci jakie stwarzała panująca na plantacjach swoboda obyczajowa, by nie rzec wyuzdanie. Mówiąc wprost, w konfrontacji z ''dzikim'' Afrykańczykiem ''białas'' sam mógł stać się na powrót barbarzyńcą, bez skrupułów czerpiąc z tego dla się satysfakcję - porażającym zapisem takiejż cywilizacyjnej degradacji jest dziennik pozostawiony przez plantacyjnego nadzorcę z Jamajki Thomasa Thistlewooda, zawierający liczne opisy popełnianych przezeń bestialstw i gwałtów. W przeciwieństwie do wodza kucerzy, nie miał on żadnych oporów by ''przemóc się do Murzynki'': namiętnie kopulował ze swymi czarnymi niewolnicami, czasami na oczach innych skrupulatnie przy tym notując liczbę stosunków jak i kobiet, szacowaną odpowiednio na prawie 4 tysiące poczynionych ze 138-oma Afrykankami. Jak można się domyślić, zdecydowana większość z nich była przezeń wymuszona, aczkolwiek zdaje się nawiązał też coś w rodzaju intymnej relacji z jedną niewolnicą, niejaką Phibbah. Babsztyl ośmielał się nawet suszyć mu głowę, swemu białemu panu a mimo to zabezpieczył on w testamencie mieszanego rasowo syna, jaki narodził się z tego osobliwego związku. Ślady ludzkich uczuć jakie żywił, nie przeszkadzały mu wszakże wyżywać się w wymyślaniu bestialskich tortur, stosowanych na innych niewolnikach za błahe choćby przewiny wobec plantacyjnego reżimu i nieposłuszeństwo. Przewijający się w nich często motyw ludzkich odchodów, oddawania moczu do ust itd. ewidentnie wskazuje na koprofila a na pewno ostrego sadystę i perwersa. Warta odnotowania jest zresztą swoista ''swoboda obyczajowa'' jaką ''cieszyły się'' murzyńskie niewolnice na Jamajce, często zmieniające partnerów tak spośród innych czarnych, jak i bywało dobrowolnie prostytuując z białymi plantatorami, zarządcami i żołnierzami za drobne ''upominki'', a nie tylko przez nich gwałcone. Oczywiście była to ''wolność'' wynikająca z deprawacji, rozpadu afrykańskich struktur społecznych i rodziny, zniszczonych niewolnictwem.

Opis mechanizmu ekonomicznego i politycznego napędzającego transatlantycki handel murzyńskimi niewolnikami, zawiera klasyczne już opracowanie Fernanda Braudela traktujące o korzeniach nowożytnej gospodarki kapitalistycznej. Podkreśla on również czynną rolę samych Afrykanów w procederze, co wszakże nie pomniejsza tu inicjatywy zarówno Europejczyków jak i świata islamu, jedynie nie wspomina o udziale w nim kupców ''narodu przez siebie wybranego'', powodowany zapewne uzasadnioną obawą przed środowiskową anatemą i utratą statusu uczonego jaką by mu to groziło:

''Potwierdzające się rokrocznie upusty krwi pod postacią handlu niewolnikami świadczą o istnieniu gospodarki o pewnym potencjale. Twierdzenie to powtarzają z mniejszym bądź większym naciskiem nowsze prace afrykanistów. Toteż sam ruch statków niewolniczych nie wystarcza do wyjaśnienia handlu Murzynami, który należy rozpatrywać również w kategoriach afrykańskich. ,,Handel niewolnikami - pisze Philip Curtin - jest elementem atlantyckiego systemu gospodarczego, lecz także szerokiego modelu społeczeństwa zachodnioafrykańskiego, jego postaw, religii, wzorców zawodowych, tożsamości itd.''. Trzeba przywrócić Afryce jej prawa i jej odpowiedzialność. [...] Raz jeszcze zaznacza się głębokie podobieństwo między imperializmem krajów islamu a imperializmem Zachodu, dwóch agresywnych cywilizacji wyrosłych na niewolnictwie, którym Czarna Afryka załaciła haracz za brak czujności i słabość. [...] Handel ludźmi istniał w Afryce dlatego, że chciała go i narzuciła Europa, to prawda, ale także dlatego, że Afryka miała zły zwyczaj uprawiania go na długo przed przybyciem Europejczyków, wysyłając niewolników w kierunku krajów islamu, Morza Śródziemnego i Oceanu Indyjskiego. Niewolnictwo miało tu charakter endemiczny, było powszechną strukturą wpisaną w ramy społeczne [...] handel niewolnikami, nadmiernie rozwinięty pod wpływem amerykańskiego popytu, ożywiał cały Czarny Ląd. Odegrał podwójną rolę w napięciach pomiędzy wnętrzem kontynentu a wybrzeżem, osłabiając i niszcząc wielkie państwa położone w głębi lądu jak Monomotapa i Kongo, sprzyjając natomiast w pobliżu wybrzeży wzrostowi małych państw-pośredników, czegoś w rodzaju państw-agentów zaopatrujących kupców europejskich w niewolników i towary. Czy kolejne imperia zakładane w dorzeczu Nigru nie były dla krajów islamu takimi właśnie państwami-pośrednikami, dostawcami złotego piasku i niewolników dla Afryki Północnej oraz basenu Morza Śródziemnego? Podobnie w Europie w X wieku ciągnęła się wzdłuż Łaby strefa pośrednia umożliwiająca nabór niewolników słowiańskich, których następnie dostarczano do krajów islamu [ ale kto konkretnie i jakiego to pochodzenia zazwyczaj nimi kupczył, tego już powtórzmy francuski historyk nie odważył się napoknąć choćby - przyp. mój ]. Tatarzy krymscy począwszy od XVI wieku byli zaś dostawcami niewolników rusińskich, w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynków Stambułu. [...] W końcu XVI wieku w San Salvador, stolicy Konga, było ponad stu kupców portugalskich i około tysiąca awanturników tejże narodowości. Potem sytuacja ustabilizowała się i drobne role przypadły pośrednikom oraz komisjonerom afrykańskim, zwłaszcza z plemienia Mandingo, określanym ogólnym terminem mercadors, a także pomocnikom rasy mieszanej oraz czarnej zwanym pombeiros. Ostatni niezależnie od tego kto ich zatrudniał, wyzyskiwali swych kolorowych pobratymców jeszcze okrutniej niż biali. [...] Do gry włącza się zachłanność: nocą ,,złodzieje i ludzie bez sumienia - mówi król Konga - porywają naszych ludzi, wiedzeni żądzą posiadania rzeczy i towarów portugalskich, których są chciwi''. ,,Jedni sprzedają drugich - notuje Garcia de Resende [1554] - i jest wielu kupców trudniących się tym rzemiosłem, którzy oszukują ich i dostarczają niewolników handlarzom''. Włoch Giovanni Antonio Cavazzi, który przebywał w Afryce w latach 1654-67, pisze: ,,za sznur korali lub nieco wina zdarzało się Kongijczykom sprzedawać własnych rodziców, dzieci, siostry i braci, przysięgając jednocześnie nabywcom, że są to ich niewolnicy''. Niepodobna zaprzeczyć, że chciwość odegrała swoją rolę, Europejczycy umiejętnie ją zaś podsycali''.

Wszystko to składa się na obraz tropikalnego piekła i orgii bestialstwa jakie stanowił kolonialny proceder, stąd na hańbę zakrawa, iż czerpał zeń zyski jako udziałowiec niewolniczych kompanii handlowych John Locke, główny obok Barucha Spinozy fundator myśli liberalnej, którego idee legły u podstaw amerykańskiej niepodległości. Wprawdzie jego obrońcy jak William Uzgalis a zwłaszcza Holly Brewer usiłują bronić go niezdarnie, przerzucając odpowiedzialność za handel ludźmi na angielską monarchię, jaka faktycznie nadała mu oficjalną sankcję. Pomijają jednak nie tylko, iż w niczym nie ustępował jej pod tym względem rewolucyjnie antykrólewski, purytański reżim Cromwella co już wykazaliśmy, ale nade wszystko problem kryjący się w samej doktrynie Locke'a. Otóż facet głoszący liberalny frazes o wolności jako naturalnym stanie każdej jednostki, bez względu na jej pochodzenie w tym i rasowe zaznaczmy, dopuszczał jednak zniewolenie człowieka jako okoliczność w którą popadł on z własnej woli wskutek swych zbrodni lub toczonej przez się wojny z innymi ludźmi, co pozwalało wedle niego traktować go jako ''drapieżną bestię'' pozbawioną wszelkich praw. Nadał więc intelektualną sankcję czerpaniu korzyści z opisanych na wstępie zbrojnych zatargów między murzyńskimi państewkami i wzajemnego zniewalania się przez czarnych, zdejmując pokrętną argumentacją odpowiedzialność zań z żydowskich zazwyczaj pośredników w handlu ''ludzkim towarem'', jak i nade wszystko jego białych odbiorców, w tym wypadku głównie anglosaskich. Odczłowieczenie afrykańskich niewolników pogłębiała obcość ich rasy i obyczaju dla białych panów, stanowiąc dodatkową motywację trzymania za pysk agresywnych barbarzyńców, tym bardziej że wielu z nich rzeczywiście żywiło wojownicze nastawienie jak widać. Dodajmy też, że głoszony przez Locke'a program szerokich swobód politycznych, w praktyce ograniczał się jedynie do białych angielskich protestantów - wykluczeni zeń byli nie tylko Murzyni, ale również irlandzcy katolicy oraz ateiści. Ujawnia się tu rasistowski co i religijny charakter anglosaskiego liberalizmu, ukryty za frazesami o powszechności ''praw człowieka'' i ekonomii, jaki kazał parę stuleci później zagorzałemu protestantowi, a zarazem jednemu z czołowych teoretyków rasizmu Houstonowi S. Chamberlainowi głosić serio ''aryjskość Chrystusa'', którego przekaz miał sfałszować ''zażydzony'' katolicyzm. Faktycznie więc cieniem na konstytucji Stanów Zjednoczonych kładzie się nie tylko, iż większość z jej twórców była plantatorami i właścicielami niewolników, ale nade wszystko fakt, że inspirację ideową stanowił dla nich taki zakłamany sukinsyn jak Locke, używający swej niewątpliwej inteligencji by nadać uzasadnienie prywatnej własności czarnego człowieka, z której to ''ojcowie założyciele'' czerpali swe bogactwo. Wszakże w niczym nie usprawiedliwia to w kontrze socjalistycznej własności ludzi, ich zniewolenia przez kastę komunistów dla których państwo stanowiło jedynie formę zalegalizowania terrorystycznej, programowo bezprawnej działalności wynikającej bezpośrednio z marksowskiej doktryny, co przyznają mimochodem nawet tacy neobolszewicy jak Etienne Balibar. Dlatego nie ma racji australijski ekonomista John Quiggin, przeciwstawiając trafnie przezeń punktowanemu zakłamaniu i przeniewierstwom ideowym Locke'a socjal-liberalizm Johna S. Milla. Wprawdzie przyznaje, iż ten ostatni również ''nie jest doskonały'' a to przez swoje poparcie dla brytyjskiego imperializmu, ale tu idzie o rzecz głębszą: ślepotę podobnych mu lewaków na fakt, iż lewicowa tyrania ''państw komunistycznych'' - oksymoron w istocie - uczyniła z obywateli tychże niewolników partyjnej kasty, skupiającej w swym ręku władanie wszelkimi środkami produkcji. Liberalizm i socjalizm ukazują w tym swe głębokie powinowactwo ideologiczne, dzieląc nie tylko pogardę wobec państwa jako ''komitetu zarządzającego wspólnym interesem burżuazji'' wedle formuły Marksa, tudzież opresyjnej struktury dławiącej podatkami inicjatywę ''przedsiembiorcuf'' w wersji rozwolnościowców, ale i zbrodniczą z zasady teorię ''walki klas'', bo czyniącą każdą wspólnotę narodową i społeczną terenem permanentnego konfliktu, a od tego do ''wojny ras'' tylko krok.

Wypada stąd bez żadnej przesady rzec, iż prywatna własność ludzi znosi wolny rynek, kompromitując mocno jego ideę, skoro jak widać posłużyła ona do uzasadniania swobodnego handlu człowiekiem, traktowania go niczym bydło i towar na sprzedaż, kupczenia jako li tylko przedmiotem wymiany. Rzecz szalenie aktualna w dobie ''kapitalizmu inwigilacyjnego'' tudzież ''nadzoru'', gdy sam człowiek i jego aktywność życiowa stają się przedmiotem eksploatacji, pozyskiwania zeń danych napędzających koniunkturę ekonomiczną. Oczywiście dziś ''zarządzanie czarnuchami'' rzadko wymaga użycia bata i bezpośredniej opresji, poprzestając raczej  na behawioralnym warunkowaniu rzucając kość między psy czy suki, które same się o nią zagryzają. Wiążąc takowy modus operandi z określoną rasą biznes niewolniczy zaprzeczył wszystkim arcyliberalnym postulatom, jako to prymat jednostki przed wszelką naturalną wspólnotą, prawa przynależne wszystkim z urodzenia bez względu na ich pochodzenie, radykalne samostanowienie i wybór ponad wszystko etc. W praktyce zaś liberalizm ten zarezerwowany był jedynie do białych Anglosasów, wrogi nie tylko Murzynom, Latynosom czy Azjatom, ale nawet białym katolikom jak Irlandczycy czy Polacy dajmy na to. Jego rasizm był więc absurdalny, bazując na radykalnym indywidualizmie znoszącym jako się rzekło wszelką wspólnotę, a więc rasową również, czyniąc ją przez to czymś ''umownym'' dosłownie. Niezależnie od towarzyszącej wszystkiemu potężnej dozy bezmyślności pazernych dorobkiewiczów, jakimi w swej masie byli biali plantatorzy z Południa USA, kontrast między głoszonymi przez nich rozwolnościowymi hasłami a praktyką był tak monstrualny, że musiał docierać nawet do najtępszych łbów spośród nich. Sami bowiem stwarzali zarzewie rewolty przeciw sobie, wyznając niechby powierzchownie liberalne zasady i zazdrośnie ich strzegąc wbrew deklarowanemu uniwersalizmowi. Zmuszało to Anglosasów do zaprzeczania własnym dewizom, poprzez stosowanie zamordystycznych praktyk jako to cenzurowanie gazet i szkolnego nauczania, a nawet kontrola korespondencji, wreszcie tworzenia scentralizowanych agend rządowych dla wyłapywania zbiegłych niewolników. Po klęsce zaś Południa otwarcie już terrorystycznych praktyk zastraszania i mordów czarnych, czynionych przez tajne organizacje powstałe na bazie masonerii, o typowej dlań napuszonej tytulaturze jak Rycerze Białej Kamelii czy osławiony KKK. W niczym to wszakże nie usprawiedliwia przestępczych praktyk obecnych murzyńskich radykałów, ani zwykłych bandytów dokonujących licznych gwałtów i mordów nie tylko na białych, ale i Azjatach, Latynosach, Żydach czy muzułmańskich migrantach przybyłych do USA. Nie w tym bowiem rzecz, aby to głupio tłumaczyć jak białe libki czy LGBTarianie zwykle czynią, tylko jasno widzieć skąd się ten syf wziął, zamiast jak byle dureń paradować z flagą Konfederacji, która zań jest właśnie odpowiedzialna! Upadek białej protestanckiej Ameryki z jakim niewątpliwie mamy do czynienia, nie powinien stąd napawać nas obawą ni żalem, bośmy jako Polacy i wschodni Europejczycy nigdy nie byli jej częścią, choć rzecz jasna i nam się wskutek dostanie od murzyńskich rasistów. Zbezczeszczenie przez tych debili pomnika Kościuszki najlepszym tegoż dowodem, wszakże na szczęście amerykańscy Murzyni nie są zdolni w swej masie do zdyskontowania upadku prymatu Anglosasów, a to przez rozliczne patologie trawiące ich społeczność: ogromną przestępczość wybijającą znaczny odsetek populacji, rozpad rodziny i masowe aborcje, narkomanię, ogólną biedę materialną jak i umysłową etc. Prędzej już czarni z Afryki a nade wszystko Latynosi i Azjaci, oraz coraz liczniejsi w Ameryce muzułmanie jako się rzekło, poczną kształtować zapewne nowe oblicze tego kraju co najmniej na równi z dzierżącymi dotąd prymat zachodnimi Europejczykami. Rasa więc, podobnie jak religia będą odgrywać tu znaczącą rolę, na nowo redefiniując kakofonię nieodwołalnie poróżnionych tożsamości, składającą się na niemożliwy bo samozaprzeczny habitus amerykański. Bowiem ufundowany na liberalnej zasadzie indywidualizmu, która samą siebie znosi, gdyż istnieć nie może bez fundującej ją wspólnoty rasowej, etnicznej, religijnej, ekonomicznej, politycznej etc. jakeśmy to wykazali. Napięcie wytwarzane przez to nieustannie USA rewolucjonizuje, wywracając periodycznie wszelki panujący tam ład na nice, czyniąc jakikolwiek konserwatyzm praktycznie niemożliwym. Dlatego Ameryka pozostanie snem, obojętnie koszmarem czy ekscytującą wizją, nigdy zaś w pełni ukształtowanym ostatecznie krajem z daną raz na zawsze własną cywilizacją, prędzej zapadnie się całkiem niż to się stanie. ''Przeklęty dylemat rasowy'' o jakim pisaliśmy na wstępie nie zniknie bynajmniej, zmieni tylko formę dokładając nowe podziały, na tyle palące iż nie zniosą ich groteskowe, histeryczne wprost próby zaprzeczenia czyniące z tychże ''konstrukt społeczno-kulturowy''. Doskonale rzecz zdefiniował przywoływany już tu w poprzednim zapisie Tocqueville, proroczo niemal przewidując obecne problemy jakim nie zaradzi, bo i nie może liberalny frazes, który je właśnie powoduje. Skazuje to Amerykanów na wieczne gaszenie pożaru benzyną, inaczej musieliby wyrzec się samych siebie, czyli swej niemożliwej, absurdalnej wprost [nie]tożsamości - przenikliwie rozpoznał problem francuski kolib prawie 200 lat temu w swej rozprawie o jankeskiej demokracji liberalnej:

''Obecność czarnych jest najpoważniejszym niebezpieczeństwem zagrażającym przyszłości Stanów Zjednoczonych. Kiedy rozważamy przyczyny obecnych trudności i przyszłych niebezpieczeństw, na jakie narażone są Stany Zjednoczone, niezależnie od obranego punktu wyjścia zawsze dochodzimy do tego problemu. Do stworzenia trwałego zła trzeba w zasadzie wielkich i długotrwałych wysiłków ludzi. Istnieje wszakże taki rodzaj zła, który wnika w świat ukradkiem. Początkowo ledwo zauważalne pośród codziennych nadużyć władzy, zaczyna się od jakiegoś człowieka, którego imię nie pozostaje w historii, i jak przeklęte ziarno rzucone na skrawek ziemi czerpie soki samo z siebie, rozrasta się i rozwija razem ze społeczeństwem, które je nosi w swym łonie. Tym złem jest niewolnictwo. Chrześcijaństwo zniszczyło niewolnictwo, lecz chrześcijanie szesnastego wieku przywrócili je i włączyli do swego systemu społecznego, jednakże li tylko na zasadzie wyjątku. Ograniczyli je do jednej rasy. Zadali tym samym ludzkości ranę wprawdzie mniejszą, lecz znacznie trudniejszą do uleczenia. Należy starannie odróżniać dwie rzeczy: niewolnictwo jako takie i jego skutki. Bezpośrednie zło sprawione przez niewolnictwo u starożytnych było mniej więcej takie samo jak u nowożytnych, lecz konsekwencje tego zła były różne. U starożytnych niewolnik należał do tej samej rasy co jego pan, a często przewyższał go wykształceniem. Dzieliła ich tylko niewola — po uzyskaniu wolności różnice natychmiast znikały. Starożytni dysponowali więc prostym sposobem na pozbycie się problemu niewolnictwa i jego konsekwencji: wyzwalaniem. Kiedy posłużyli się nim na szerszą skalę, odnieśli sukces. Przez jakiś jeszcze czas po zniesieniu niewolnictwa jego ślady były jednak w starożytności trwałe. Człowiek ma naturalną skłonność do pogardzania tym, kto stał od niego niżej, nawet jeżeli wiele czasu upłynęło już od chwili zrównania. Następstwem faktycznej nierówności wobec prawa czy nierówności majątków jest zawsze nierówność urojona, zakorzeniona w obyczaju. U starożytnych wszakże i ten drugi rodzaj nierówności z czasem znikł. Wyzwoleniec był tak podobny do ludzi wolnych od urodzenia, że wkrótce nie można było go odróżnić. Największą trudnością, z jaką borykali się starożytni, była sama zmiana prawa; nowożytnym najtrudniej jest zmienić obyczaje. Faktyczny problem zaczyna się więc dla nas tam, gdzie kończył się dla starożytnych. Bierze się to stąd, że niematerialny i przemijający fakt niewolnictwa w najbardziej zgubny sposób łączy się u nowożytnych z materialnym i trwałym faktem różnicy ras. Wspomnienie niewolnictwa hańbi rasę, ale rasa utrwala to wspomnienie. Żaden Afrykanin nie przybył z własnej woli na wybrzeża Nowego Świata, a zatem wszyscy, którzy obecnie się tam znajdują, są albo niewolnikami, albo wyzwoleńcami. Tak więc Murzyn wraz z życiem przekazuje wszystkim potomkom zewnętrzną oznakę hańby. Prawo może zniszczyć niewolnictwo, ale Bóg jeden władny jest zatrzeć jego ślady. Nowożytny niewolnik różni się od swego pana nie tylko brakiem wolności, ale i pochodzeniem. Możecie zwrócić Murzynowi wolność, ale nie możecie sprawić, by wobec Europejczyka nie był obcy. To jeszcze nie wszystko. Temu człowiekowi podłego urodzenia, obcemu wprowadzonemu do naszego świata jako niewolnik, przyznajemy zaledwie  ogólne cechy człowieczeństwa. Jego twarz wydaje się nam odrażająca, inteligencja ograniczona, a upodobania niskie. Mało brakuje, byśmy go uznali za istotę pośrednią między człowiekiem a zwierzęciem. Po obaleniu niewolnictwa nowożytni muszą jeszcze zniszczyć trzy przesądy znacznie bardziej nieuchwytne i trwałe: przesąd pana, przesąd rasy i wreszcie przesąd koloru białego. Niełatwo jest nam, którzyśmy mieli szczęście urodzić się wśród ludzi przez naturę stworzonych na nasze podobieństwo, a przez prawo uczynionych nam równymi, niełatwo jest, powiadam, zrozumieć, jaka przestrzeń nie do pokonania oddziela amerykańskiego Murzyna od Europejczyka. Możemy jednak powziąć pewne przybliżone wyobrażenie na ten temat dzięki rozumowaniu przez analogię. Istniały niegdyś i wśród nas wielkie nierówności, ale miały one swe podstawy wyłącznie w prawie. Cóż bardziej sztucznego niż czysto prawna nierówność! Cóż bardziej przeciwnego ludzkim instynktom jak różnice trwale ustalone między ludźmi podobnymi do siebie w sposób oczywisty! Różnice te przetrwały jednak przez stulecia i długo jeszcze będą trwały w wielu miejscach na świecie. Wszędzie widać ich nierzeczywiste ślady, których nie może zatrzeć czas. Skoro nierówność stworzona tylko przez prawo jest tak trudna do wykorzenienia, to jakże można znieść tę, która dodatkowo wydaje się mieć niewzruszone podstawy w samej naturze? Kiedy widzę, z jakim trudem przychodzi arystokracji zgubić się w masie ludu i jak usilnie stara się ona w ciągu stuleci utrzymać idealne bariery odgradzające ją od ludu, żałuję, że zanika arystokracja oparta na realnych i trwałych wyróżnikach.  
 
Złudne są więc nadzieje ludzi, którzy sądzą, że kiedyś Europejczycy połączą się z Murzynami. Rozum nie pozwala mi w to wierzyć, a nie dostrzegam faktów, które mogłyby to uzasadnić. Dotychczas biali utrzymywali Murzynów w stanie poniżenia i niewolnictwa wszędzie tam, gdzie byli silniejsi. Murzyni zaś zabijali białych wszędzie tam, gdzie sami mieli przewagę. Dotąd był to jedyny sposób wzajemnego kontaktowania się obu ras. W niektórych rejonach Stanów Zjednoczonych obserwuję obecnie zachwianie się prawnej bariery między rasami, ale nie bariery obyczajowej. Niewolnictwo się cofa, ale przesąd, z którego się narodziło, trwa. Czy w tej części Unii, w której Murzyni nie są już niewolnikami, zbliżyli się oni do białych? Każdy, kto był w Stanach Zjednoczonych, wie, że jest przeciwnie. Przesąd rasowy wydaje się być silniejszy w stanach, które zniosły niewolnictwo, niż tam, gdzie ono jeszcze istnieje. Nigdzie nie jest jednak tak przemożny jak w stanach, w których niewolnictwa nigdy nie było. To prawda, że na Północy prawo zezwala na zawieranie mieszanych małżeństw między Murzynami i białymi, lecz opinia publiczna odsądza od czci białego, który ożeniłby się z Murzynką. Dlatego trudno jest przytoczyć jakiś przykład podobnego związku. We wszystkich niemal stanach, w których zniesiono niewolnictwo, Murzyni otrzymali prawa wyborcze. Jeżeli jednak zechcą głosować, ryzykują życie. Pokrzywdzony Murzyn może wnosić skargi, ale sędziami bywają wyłącznie biali. Prawo co prawda pozwala na to, by Murzyn został ławnikiem, ale nie dopuszcza do tego przesąd. Jego syn nie może wstąpić do szkoły, w której uczą się dzieci Europejczyków. W teatrze za żadną cenę nie otrzyma miejsca obok swego byłego pana, a w szpitalu leży osobno. Wolno mu modlić się do tego samego Boga, do którego modlą się biali, ale nie przy tym samym ołtarzu. Ma swoich kapłanów i swoje świątynie. Bramy niebieskie stoją przed nim otworem, ale ziemska nierówność trwa aż do progu wieczności. Kiedy Murzyn umiera, odmawia mu się pochowku. Nierówność możliwości nie kończy się nawet wobec zrównania w śmierci. Murzyn jest więc wolny, ale nie może dzielić ani praw, ani rozrywek, ani pracy, ani niedoli, ani nawet grobu człowieka, z którym go zrównano. Murzyn nigdzie nie może zetknąć się z białym ani w życiu, ani w śmierci. Na Południu, gdzie istnieje jeszcze niewolnictwo, Murzyni nie są tak starannie trzymani z dala od białych. Zdarza się, że pracują i bawią się wspólnie z nimi, ponieważ dopuszcza się pewne formy zbratania. Prawo jest wobec czarnych surowsze, ale obyczaje bardziej tolerancyjne i łagodniejsze. Na Południu pan nie obawia się podnieść Murzyna do swego poziomu, ponieważ wie, że zawsze w dowolnym momencie może cofnąć go do dawnego stanu. Na Północy natomiast biały nie widzi już wyraźnej bariery dzielącej go od podłej rasy, więc stara się tym bardziej oddalić od Murzyna, im bardziej się boi, że może zostać z nim utożsamiony. Na Południu natura, odzyskując czasem swoje prawa, przywraca na jakiś czas stan równości między czarnymi i białymi. Na Północy pycha zagłusza nawet najgwałtowniejsze ludzkie namiętności. Amerykanin z Północy zgodziłby się może uczynić z Murzynki chwilową towarzyszkę przyjemności, gdyby prawo zabraniało jej dzielić jego małżeńskie łoże. Skoro jednak może ona zostać jego żoną, ze wstrętem obchodzi ją z daleka. Tak więc przesąd, który oddziela czarnych od białych, wydaje się przybierać na sile, w miarę jak czarni przestają być niewolnikami, a nierówność tym bardziej utrwala się w obyczajach, im bardziej zanika w prawach. Skoro jednak takie są wzajemne stosunki dwóch ras zamieszkujących Stany Zjednoczone, to dlaczego Amerykanie znieśli niewolnictwo na Północy, a zachowali je na Południu, i dlaczego jeszcze je tam pogłębiają? Nietrudno na to odpowiedzieć. W Stanach Zjednoczonych niewolnictwo znosi się nie w interesie czarnych, lecz w interesie białych. [...]

Starożytni brali w posiadanie ciało niewolnika, pozostawiali jednak wolność jego duchowi i pozwalali mu się kształcić. Byli w tym konsekwentni wobec samych siebie, niewola miała bowiem swój kres: z dnia na dzień niewolnik mógł się stać wolny i równy swemu panu. Amerykanie z Południa, nie sądząc, by kiedykolwiek Murzyni mogli się z nimi wymieszać, pod surowymi sankcjami zabronili uczyć ich czytać i pisać. Nie chcąc wznieść ich do własnej pozycji, utrzymują Murzynów możliwie najbliżej poziomu zwierzęcia. Nadzieja wolności zawsze towarzyszyła niewolnictwu, łagodząc jego surowość. Amerykanie z Południa zrozumieli, że wyzwalanie jest niebezpieczne, jeśli wyzwoleniec nie może zasymilować się w społeczeństwie swych dawnych panów. Dając człowiekowi wolność i pozostawiając go zarazem w nędzy i sromocie, przygotowujemy po prostu przywódcę przyszłej rewolty niewolników. Zauważono już zresztą dawno, że obecność wolnych Murzynów budzi niejasny niepokój w głębi duszy czarnych niewolników i sprawia, że zaczyna do nich docierać idea ich praw. Amerykanie z Południa pozbawili w zasadzie właścicieli prawa wyzwalania. Na Południu spotkałem starca, który niegdyś żył w nieprawym związku z jedną ze swoich Murzynek. Miał z nią kilkoro dzieci, które przychodząc na świat stawały się niewolnikami własnego ojca. Ojciec wielokrotnie myślał o tym, by choć w testamencie uczynić ich wolnymi, lecz wiele lat upłynęło i nie zdołał pokonać przeszkód prawnych utrudniających wyzwolenie. Nadeszła starość i bliska śmierć. Wyobrażał sobie wówczas swych synów ciąganych z targu na targ i przechodzących spod władzy ojcowskiej pod kij obcego. Z takich straszliwych obrazów składały się majaki jego gasnącej wyobraźni. Widziałem go wydanego na pastwę trwogi i rozpaczy i pojąłem wówczas, jak natura potrafi się mścić za rany zadane jej przez prawo. Oto straszliwe zło, lecz czyż nie jest ono konieczną i z góry dającą się przewidzieć konsekwencją samej zasady niewolnictwa u nowożytnych? Zdobywając niewolników odrębnej rasy przez wielu uważanej za niższą od innych ras ludzkich, i myśląc zarazem z przerażeniem o jej asymilacji, Europejczycy założyli wieczne istnienie niewolnictwa. Albowiem nie ma trwałych form pośrednich między skrajną nierównością, będącą wytworem niewolnictwa, a pełną równością, w sposób naturalny uzyskiwaną przez ludzi dzięki wolności. Europejczycy mgliście przeczuwali tę prawdę, ale nigdy jej wprost nie sformułowali. Ich stosunek do Murzynów był zawsze oparty albo na interesie własnym i dumie, albo na litości. Zniewalając Murzynów pogwałcili wszystkie prawa ludzkie, a potem pouczali ich o wartości i nienaruszalności tych praw. Otworzyli swój świat dla niewolników, a kiedy ci spróbowali się weń włączyć, haniebnie ich przepędzili. Pragnęli niewolnictwa, lecz nieświadomie lub wbrew własnej woli dali się skłonić ku ideom wolności, nie mając odwagi zostać ani zupełnie niesprawiedliwymi, ani w pełni sprawiedliwymi. Skoro trudno wyobrazić sobie, że Amerykanie z Południa kiedykolwiek zmieszają swą krew z krwią czarnych, to czyż mogą oni dać Murzynom wolność, nie narażając się na zagładę? Jeżeli zaś w celu zachowania własnej Rasy trzymają czarnych w okowach, to czyż nie należałoby ich usprawiedliwiać, gdy posługują się najskuteczniejszymi w tej mierze środkami? To, co dzieje się na południu Unii, wydaje mi się najpotworniejszą i zarazem najbardziej naturalną konsekwencją niewolnictwa. Kiedy widzę zakłócony porządek natury, kiedy widzę, jak mimo istnienia praw ludzie zwalczają się nawzajem, to jednak nie znajduję w sobie dosyć oburzenia, by napiętnować tych przedstawicieli naszej epoki, którzy przyczynili się do istnienia tego nonsensu. Całą moją nienawiść kieruję przeciwko tym, którzy po upływie ponad tysiąca lat równości ponownie wprowadzili na świecie niewolnictwo. Nawet największe wysiłki nie pozwolą Amerykanom z Południa na wieczne utrzymywanie niewolnictwa. Istniejące w jednym tylko miejscu na świecie, zwalczane przez chrześcijaństwo jako niesprawiedliwe, a jako zgubne atakowane przez ekonomię polityczną, wśród wolności demokratycznej i oświecenia naszej epoki niewolnictwo nie może być instytucją trwałą. Kres położy mu albo sam niewolnik, albo pan. W obu wypadkach należy oczekiwać wielkich nieszczęść. Jeżeli Murzynom z Południa odmówi się wolności, sami zdobędą ją gwałtem. Jeżeli się ją im przyzna wkrótce jej nadużyją. [...]''
 
- otóż to! Jak dalej pisze Tocqueville, czarny niewolnik ''czasem co prawda morduje swego pana, ale nigdy mu się nie sprzeciwia'', bowiem nie posiada odpowiednich narzędzi ku temu, aby wejść z nim w równoprawny spór. Dana z łaski darmo, a nie wywalczona własnym mozołem wolność stąd nie znaczy nic, owocuje jedynie dziką samowolą jako odwrotną stroną zniewolenia u ludzi napiętnowanych w przeszłości statusem czyjejś rzeczy, prywatnej własności na podobieństwo inwentarza domowego. Czarni w USA noszą to znamię do dziś, poza nader licznymi szlachetnymi wyjątkami rzecz jasna, w swej masie jednak nadal małpując swych białych panów z ich rasizmem, zajobcem na punkcie tajnych związków i mafii, wreszcie skłonnością do anarchicznej przemocy, językiem i obyczajami nawet. Podobnie jak murzyńska rewolucja na Haiti była tylko groteskową parodią francuskiej, mając swój odpowiednik ludobójstwa w Wandei w postaci rzezi białych wyspiarzy, swych Saint-Justów, Robespierrów a nawet afrykańskiego ''imperatora'' na wzór cesarza Napoleona, tak i dziś czarni wrzaskliwie deklarując ''przemówienie własnym głosem'', w istocie naśladują jedynie niewolniczo europejską lewicę. Czymże bowiem jest ''pozytywna dyskryminacja'' głoszona przez takich ideologów współczesnego ''anty-antyrasizmu'' jak Ibram X. Kendi, jeśli nie powielaniem w ''czarnej'' wersji konceptu ''tolerancji represywnej'', zarezerwowanej jedynie dla podziałów w obrębie białej lewicy? Na uwagi krytyków w typie K. MacDonalda, że prym w tej ostatniej wiedli także ludzie innej rasy jak Marcuse odpowiedzieć można, iż podobni mu Żydzi nie stworzyli liberalizmu ni socjalizmu jako fenomenów stricte europejskich, a jedynie  wnieśli w rozwój obu doktryn swój znaczący przyznajmy wkład. Dlatego wielu czarnym rasistom jawią się oni jako biali ''aszkenaziści'', nadając wyrafinowaną intelektualnie postać systemowi ich niewolniczej opresji, lub pasożytując na emancypacji Murzynów, bezczelnie uzurpując sobie prawo do przemawiania w ich imieniu. Antagonizm rasowy między dwoma tak szowinistycznymi wspólnotami jak żydowska i murzyńska był nieunikniony zresztą, niezależnie od wymienionych już powodów i nie przeczy temu istnienie sporej grupy czarnych Żydów, z którymi Izrael ma skądinąd poważny problem społeczny poddając ich faktycznej segregacji. W każdym razie mamy obecnie do czynienia z absurdalną sytuacją, kiedy niknący w oczach biali liberałowie jak i socjaliści histerycznie zapoznają rasistowskie korzenie własnych ideologii, natomiast przedstawiciele innych niż europejska ras i cywilizacji dążą jawnie do dominacji nad Zachodem za pomocą jego własnych doktryn i dostarczanych przezeń technologii!

Liberalizm na równi z socjalizmem bowiem swymi uniwersalistycznymi frazesami, czy to o rzekomo powszechnie obowiązujących ''prawach człowieka'' tudzież ''wolnej ekonomii'', albo też ''internacjonalizmie'' i ''walce klasowej, a nie narodowej'' jednako ukrywały, że są tworem określonej rasy, narodowości i kręgu cywilizacyjnego rodem z Europy Zachodniej. Ściema ta właśnie dobiega kresu, bo rosnący w siłę Azjaci, Afrykanie i świat islamu nie kupują już tego, owszem mercedesa jeszcze pożądają, ale demokrację liberalną mają gdzieś, o eldżibitach nie wspomniawszy. Jak trafnie rzecz ujął przytoczony na wstępie Marek Cichocki - ''Zachód stworzył ten świat, ale już nad nim nie panuje'', przeciwstawiają mu się dziś jego własne twory: komunokapitalistyczne Chiny, islamizm, czarny lewicowy rasizm, a zżera od środka ''post-płciowy'' zajob ideologiczny. Powiedzcie więc libki Murzynowi, szczególnie w Ameryce, że rasa nie ma znaczenia dla ekonomii, skoro jego przodkowie stanowili dosłownie czyjąś prywatną własność i podlegali konkretnej wycenie, albo białe socjaluchy muzułmaninowi, iż religia nie powinna mieć wpływu na życie gospodarcze, gdy on rozpatruje transakcje handlowe pod kątem tego, czy są pobożne lub nie - dylemat kompletnie abstrakcyjny nawet dla korwinowego kuca, a co dopiero LGBTarianina:). Toż samo tyczy durnych lewaków gotowych wpuszczać w granice kraju najgorszą choćby swołocz z drugiego krańca świata, nie pytając się jej wcale o stosunek do tak drogich ich sercu ''mniejszości seksualnych'', przy którym postawa najtwardszych nazioli jawi się nieomal libertyńską [ pomijam powszechnie znany fakt, iż wielu z nich jest hardkorowymi pedałami ]. Jest to więc również i nasz tu w Polsce dylemat, skorośmy wkroczyli na drogę Zachodu sprzed dobrych paru dekad, otwierając właśnie kraj na masowy napływ migrantów ze Wschodu, w pierwszej kolejności krajów b. ZSRR. O ironio losu, 30 lat po tzw. ''upadku komuny'' powracamy do post-sowieckiej zony i to z inicjatywy nominalnie przynajmniej ''antykomunistycznej'' władzy jak i niemal całej opozycji, przy sprzeciwie tylko ''Konfederacji''. A i to jedynie jej frakcji narodowej, bo absencja podczas głosowania w Sejmie korwinowców jakimi ta formacja stoi, jest nadto wymowna: jako wolnorynkowe libki opowiadają się za polityką otwartych granic dla taniej siły roboczej, stąd wyłącznie koniunkturalne wymogi sojuszu z nacjonalistami przed tym ich powstrzymały. Tchórzliwie podając w ten sposób tyły, wyrażają tym samym zgodę na proces wynaradawiania Polski, czego tacy jak Dziambor nawet specjalnie nie kryją, aczkolwiek zabawnym jest obserwować jak ''narodowcy'' pokroju Karola Kaźmierczaka szerzą z tej okazji prorosyjską propagandę. Polska broniąc się przed nielegalną migracją z Białorusi, a zarazem otwierając na napływ obywateli sześciu państw z terenu b. ZSRR z Rosją włącznie, wedle niego dokonuje faktycznej likwidacji granic państwa. Kiedy jednak dokładnie w tym samym czasie czyni to Moskwa, sprowadzająca masowo muzułmańskich przeważnie migrantów np. z Tadżykistanu, zatrudniając aż czwartą część zdatnej do pracy tamtejszej populacji i ułatwiając także pobyt w kraju członkom ich licznych rodzin, to już dlań ''miara pozycji Rosji w Azji Środkowej, która pozwala jej równoważyć potęgę Chin'':))). 
 
Tak więc owszem, wskutek tego Polska staje się na naszych oczach coraz mniej polska, ale i Rosja również coraz mniej ruska i w obu państwach rodzime narodowości nikną w oczach, przytłaczane do tego napływem obcych nacji, ras i kultur. Antagonizm wzajemny bynajmniej przez to nie zniknie, wręcz przeciwnie: jak widać zaczęła się między naszymi krajami zaciekła rywalizacja o kurczące gwałtownie w całym regionie zasoby ludności, co i tak odsuwa jedynie nieco w czasie nieuchronną konieczność odczłowieczenia i zdenaturalizowania ekonomii, a zarazem oparcia jej na opodatkowaniu korzystania z zasobów natury, w obliczu ubywania napędzających dotąd gospodarkę tak pracowników jak konsumentów [ ale o tym już pisaliśmy gdzie indziej ]. Ponieważ jako się rzekło państwa posowieckiej zony także cierpią na ''deficyt człowieka'', wymusi to na nas wkrótce również sięgnięcie po ludzi nawet z drugiego krańca Eurazji, co zresztą ma już miejsce od dłuższego czasu w postaci napływających coraz szerszym strumieniem pracowników z Nepalu czy samych Indii. W pakiecie dostaniemy sporo Murzynów, oby tylko nie tylu co na Zachodzie, bo się nie pozbieramy skoro nawet silniejsze od naszego organizmy państwowe ledwo dają radę okiełznać ich barbarzyństwo. Zapowiedź tego co nas w związku z tym czeka stanowi pogadanka ''afro-Polaczek'' i krajowego Mulata, wprawdzie nieco rakowa bo nie mogło obejść się bez gorzkich żalów na ''murzynka Bambo'', niemniej dowodnie okazuje ona, iż sami czarni olewają infantylną gadaninę białych lewicowców i liberałów o jakoby nieistotności różnic rasowych, otwarcie afirmując swą czarną tożsamość. Skądinąd dziwnym nieco jest mi Polakowi obserwować Murzynów płynnie gawędzących po polsku, coś jak dla Japończyka wysłuchiwanie polskich ''gajinów'' posługujących się nienaganną japońszczyzną, czas jednak przyzwyczajać się do takowych egzotycznych dla nas dotąd obrazków. Przypomnę też przy okazji, iż nieszczęsny wierszyk, ''rasistowski'' jakoby a w gruncie rzeczy do mdłości politpoprawny, napisał znakomicie władający polską mową, lecz twórca z innej także rasy, komunizujący Żyd konkretnie a do tego sowiecki agent Julian Tuwim, niechże więc do takich jak on kierują ''czarni Polanie'' pierwej swe pretensje. W każdym razie w obliczu ogłoszonej dopiero co samozagłady Niemców tuż u naszych granic przecież, polsko-swojska chata przestała być już ''ze skraja'', a niebezpiecznie blisko epicentrum nowej wojny ras, kultur i cywilizacji. Jedyne co może w jej obliczu ocalić nam skórę to polska ''nienormalność'', czyli odmienność od zdążającego ku przepaści Zachodu - sam napływ naznaczonych piętnem Orientu przybyszy z innych krajów Europy Wschodniej, licznych Azjatów a nawet i Afrykanów jeszcze to wzmocni. Wpieprzanie się zaś w rolę ''przedmurza'' Okcydentu obojętnie czy na lewicowo-liberalną modłę, albo wyimaginowanej na prawicy ''syfilizacji judeołacińskiej'' to po równi przepis na katastrofę, zatratę państwa i narodu. Jedynie nowa zupełnie, choć bazująca na pewnych motywach z przeszłości, w pełni eurazjatycka tożsamość grupowa jest zdolna sprostać wymogom epoki, gdy powielając ścieżkę rozwojową Zachodu paradoksalnie stajemy się częścią Wschodu, a nawet w jakiejś mierze globalnego Południa. Uświadomieniu owej prawdy rozstrzygającej dla obecnych dziejów Polski, służyć miał właśnie tenże wpis, czy raczej cała ich seria.
 
ps.
 
Jeden ze znajomych po lekturze niniejszego tekstu przypomniał mi o mało znanym u nas fakcie niewolnictwa mieszkańców Oceanii. Wiąże się on ściśle z tematyką amerykańskiego niewolnictwa, bowiem jego upadek i zablokowanie wskutek Wojny Secesyjnej dostaw bawełny i cukru z Południa USA, wywołały na Antypodach ożywienie koniunktury na deficytowe produkty. Ekonomia jak wiadomo nie zna próżni a ''wolny rynek'' zadziałał prawidłowo - braki powstałe w rezultacie polityki brutalnego interwencjonizmu państwowego jankeskiego rządu, wywłaszczającego rodzimych plantatorów z ich prywatnej własności ludzi, wypełnili przedsiębiorcy z Australii oraz wysp Fidżi tacy jak Robert Towns. Podaż pracownika do tamtejszych plantacji zapewniała praktyka zmuszania podstępem lub wprost porywania mieszkańców wysp Oceanii, de facto czynienie z nich niewolników co zyskało wdzięczne miano ''blackbirdingu'', czyli łapania ''czarnych ptaszków''. Proceder trwał od lat 60-ych XIX wieku aż po pierwsze dekady XX [!], wychodzi tu hipokryzja ''perfidnego Albionu'', który szczycąc się wydaniem jako pierwszy zakazu niewolnictwa, tolerował je długo w swych ówczesnych dominiach na Pacyfiku. Wprawdzie nie można zarzucić rządowi JKM, że nie podjął pewnych kroków, aby zakończyć bandytyzm łowów na człowieka rozpleniony pod formalną jurysdykcją Londynu, jednak czynione przezeń nieśmiałe próby skutecznie torpedowały lokalne ''wolne sądy'', jako niedopuszczalną ingerencję państwa w swobodę handlu ludźmi. Rozbezczelnienie tychże osiągnęło szczyt, gdy ''rozgrzany'' sędzia Alfred Stephen stojący na czele sądownictwa australijskiej Nowej Południowej Walii, nakazał kapitanowi brytyjskiego okrętu wojennego zwrot kosztów handlarzom niewolników, za zajęty w akcji zbrojnej ''żywy towar'' złożony z krajowców i puszczenie ich wolno. Nic dziwnego, że nauczona tym przykładem reszta kadry dowódczej angielskiej marynarki operującej w rejonie nie zamierzała narażać się na podobne straty, woląc udział w brutalnych pacyfikacjach buntów wyspiarzy przeciwko ''blackbirdingowi''. Urzędnicy kolonialni zaś patrzyli na patologię przez palce, żyjąc w dużej mierze z łapówek od miejscowych plantatorów, co dowodnie okazuje jaką patologią może być ''niezależne sądownictwo'', gdy znajdzie się we władaniu lokalnych sitw nad którymi państwo nie sprawuje wystarczającej kontroli. Barbarzyństwo handlowe, traktowanie człowieka jako przedmiot wymiany i czyjąś rzecz, odbija się dziś Anglosasom czkawką, gdy nawet lewicowo-lesbijska orientacja polityczno-seksualna jak w przypadku Kathleen Stock, byłej już wykładowczyni uniwersytetu w Sussex, czy głośno deklarowany u Richarda Dawkinsa ateizm, nie uchroniły oboje przed anatemą ''transfobicznego negacjonizmu'' oczywistego absurdu, jakim jest rzekomy ''wybór'' własnej płci czy rasy. Polityczna groteska dostaje się rykoszetem białym narodom Europy Wschodniej jak Czesi, którzy jako żywo nigdy w procederze niewolenia Murzynów nie brali udziału, prędzej innych Słowian samemu przy tym doświadczając brutalnego kolonializmu Germanów. Mimo to nie mogą wystawić sztuki brytyjskiego dramaturga, bo politpoprawny dureń nakazał, iż napisaną przezeń rolę Murzyna mogą wykonywać jedynie czarni aktorzy, nawet tam gdzie stanowią oni nadal kuriozum jak w Europie Wschodniej, zwanej błędnie z niemiecka ''środkową''. Oto nowy kolonializm Zachodu, nieliczenie się z uwarunkowaniami dziejowymi ''gorszej'' w jego oczach części Europy, narzucanie jej ekspiacji za własne przewiny jakie nigdy nie były naszymi. Ponieważ nie chcę jednak kończyć tak ponurym akcentem, pragnę zwrócić uwagę na finał, iż czepiają się tak polskiego zwrotu ''Murzyn'', co w takim razie jednak rzec o czeskim ''černochu''?!:))).