sobota, 28 stycznia 2023

Tartaria czy Moskowia?

Moskowici w przysłowiowej dupie mają rzekome ''pobratymstwo'' ze Słowianami. Bowiem przedkładają nań jako udawani Waregowie sojusze lub zaciekłą rywalizację z innymi Germanami, raz Anglosasami to znowuż Niemcami. Niestety działa to również w drugą stronę, dlatego jak by to wyzywająco nie zabrzmiało nad Wisłą, obecnie Polska jest beneficjentem rozpadu Zachodu. Na szczęście dla nas oraz innych krajów Europy Wschodniej Niemcy i Rosja, która przez wieki pełniła rolę faktycznej rubieży Okcydentu w Azji, nie chcą już grać na warunkach dyktowanych przez Anglosasów. Nigdzie lepiej tego nie widać jak na Ukrainie - mentalna kacapia powtarzająca bezmyślnie rosyjskie brednie o Putinie jakoby sprowokowanym przez NATO zapomina, że ledwie dekadę-dwie temu rzeczy wyglądały zgoła inaczej. Bowiem kraje Paktu z USA na czele stały wtedy de facto po stronie Moskwy, przeciw żywotnym interesom władz w Kijowie - przypomnę, że to administracja Clintona a konkretnie ówczesny wiceprezydent Al Gore, wymusił obcesowo na Ukraińcach wyrzeczenie się pozostałej im w spadku po ZSRR broni atomowej. Za prozachodniego ''banderowca'' Juszczenki zaś Ukraina pozbyła się swych zapasów min przeciwpiechotnych, których brak jest teraz dotkliwie odczuwalny przez jej armię zmagającą się w nierównym boju z rosyjskim agresorem. Jeszcze przed kacapską inwazją w lutym zeszłego roku, na froncie w Donbasie notowano trzecią na świecie po Syrii i Afganistanie liczbę ofiar tychże min. Portal Defence24 cytował wtedy wypowiedź ukraińskiego wojskowego, który rozżalony zwracał trzeźwo uwagę, że przez brak owej broni szanse Ukraińców w starciu z kacapskimi ''separami'' są mocno nierówne. Bowiem ''gdyby była możliwość wykorzystywania min przeciwpiechotnych, mielibyśmy mniejsze straty. Otoczylibyśmy nimi nasze pozycje i separatyści nie mogliby do nas podejść”. A tak ''w moim oddziale już ponad 10 osób zostało rannych po tym jak nastąpiły na miny. Młode chłopaki potraciły nogi. Będą kalekami do końca życia''. Przywoływany w tymże artykule polski specjalista wojskowy potwierdzał zaś, iż ''miny służą do ograniczenia możliwości manewrowych wroga. Są szczególnie przydatne w walce pozycyjnej, w jaką przekształciła się wojna na Donbasie”, gdyż ''zmuszają przeciwnika żeby podszedł do pozycji żołnierzy z wybranego kierunku lub znacznie wolniej poruszał się rozminowując teren przed sobą. Dlatego miny wraz z zasiekami stanowią istotny element umocnień wojskowych”. Rzygać się więc chce czytając dziś apel jakiejś pasożytniczej organizacji antyrządowej o zakaz tejże broni w Polsce, bowiem dla owych lalusiów ''miny są dziś bronią prymitywną, o podważalnej użyteczności wojskowej w obecnej dobie taktyki wojskowej, a co najważniejsze: są bronią niehumanitarną, a więc nielegalną w świetle międzynarodowego prawa humanitarnego i w cywilizowanym świecie nie mają racji bytu''. Prawoczłowieczych skurwysynów, ''humanitarystów'' jacy to gówno spłodzili posłałbym do rozminowywania pól w Donbasie, pod Chersoniem i gdziekolwiek toczą się walki na Ukrainie. Należałoby popędzić ich na nie za to pod karabinem, tak aby rozrywani żywcem owymi ładunkami poczuli sami, jaki to los zgotowali swym fanatyzmem ideologicznym tysiącom ofiar tychże min podłożonych przez Rosjan. Prawdziwie humanitarnym byłoby zastosowanie takowej broni wobec agresora, pozbawionego jak widać wszelkich skrupułów pod tym względem, gdyż wydatnie ograniczyłoby liczbę okrutnie okaleczonych i zabitych po stronie Ukraińców, nie tylko wojskowych ale i nade wszystko ludności cywilnej. Nawet jeśli zaś potwierdziłyby się [dez]informacje promoskiewskich ''separów'' i samych Rosjan o użyciu jakoby przez wojska ukraińskie tychże min, owa gówniana ''humanitarystyczna'' konwencja zmuszałaby je do niepotrzebnego krępowania się w równorzędnym i przeto adekwatnym potraktowaniu nimi bestialskiego, nie szanującego żadnych zasad przeciwnika. Tak się niestety kończy bycie bardziej prozachodnim od samego Zachodu, który własny ''prawoczłowieczyzm'' ma tak naprawdę głęboko w dupie. Bowiem ''traktatu ottawskiego'' o zakazie min przeciwpiechotnych nie podpisały nie tylko Rosja i Chiny, ale też Stany Zjednoczone czy taki bastion ''syfilizacji judeołacińskiej'' na Bliskim Wschodzie, co zdominowany przez posowieckich Żydów IZSRRael. Nie mówiąc już, że to Zachód z USA na czele wspierał Rosję w masowym mordowaniu przez nią Czeczeńców, a to w imię osławionej walki z ''islamskim terroryzmem''. Mimo, iż owa zdrada ''prawoczłowieczego'' Okcydentu i osamotnienie w walce, dopiero popchnęły wielu czeczeńskich bojowników w łapy muzułmańskich ekstremistów spod sztandaru Al-Kaidy a później ISIS. Wcześniej bowiem ruch niepodległościowy w Czeczenii, podobnie zresztą jak u innych ludów północnego Kaukazu, miał raczej skłonność do tradycyjnie zakorzenionych tam bractw sufickich, mocno nieortodoksyjnych na gruncie islamu. Tymczasem bushowski synalek obściskiwał w owym czasie Putina hodując żmiję jak dziś widać, kontynuując wątpliwe dzieło tatuśka obsobaczającego z kolei Ukraińców za ich dążenia niepodległościowe, bowiem obsrany był wizją rozpadu Sowdepii. Nie ma co słuchać przy tym kacapskiej propagandy o jakoby prokurowanych jedynie przez Zachód ''kolorowych'' rewolucjach. Bowiem w ''pomarańczowej'' na Ukrainie brały udział takie moskiewskie kreatury jak choćby Jewhen Czerwonenko - żydowski sponsor ''banderowca'' Juszczenki, zaprzeczający publicznie udziałowi Rosji w donbaskiej wojnie. O roli w ''demokratycznych przemianach'' na Ukrainie Kwaśniewskiego-Stoltzmana nawet więc nie chce mi się już gadać... Ba, jako ''proeuropejski reformator'' zaczynał polityczną karierę Wiktor Medwedczuk, dziś pacynka Putina i czołowy zdrajca narodowy Ukrainy. Skądinąd kontynuuje jedynie rodzinną tradycję, gdyż jego ojciec był z kolei hitlerowskim kolaborantem zaganiającym jako funkcjonariusz Arbeitsamtu tysiące ukraińskich, słowiańskich niewolników do pracy przymusowej w III Rzeszy. A sam Medwedczuk z ''hakiem'' w życiorysie jako syn ''wroga ludu'', został całkowicie dyspozycyjnym wobec władzy radzieckiej współpracownikiem KGB, oraz jej następców co widać. Innym przejawem bezmyślnego naśladownictwa Zachodu była narzucona przez UE ''deforma'' ukraińskiego sądownictwa. Sankcjonująca w imię zachowania jego rzekomej ''apolitycznej niezależności'' samowolę i korupcję swołoczy udrapowanej w togi [ zupełnie jak to ma miejsce w Polsce ]. Jednym słowem fakty mówią za siebie, bez względu na ich bluźnierczą dziś wymowę: NATO wydatnie ograniczyło potencjał militarny Ukrainy, przyczyniając się w ten sposób, a nie swą rzekomą ''ekspansją'' do rosyjskiej agresji na ów kraj.

Warto o tym pamiętać, gdy teraz potępia się głośno Arestowycza za jego niegdysiejsze kumanie z Duginem. Tymczasem fałszywy ''eurazjatyzm'' ostatniego, jawił się wtedy jako ideowy przeciwnik śmiertelnie groźnego dla takich krajów jak Ukraina ''atlantyzmu'' moskiewskich elit, wciągającego je w zachodnioeuropejskie i amerykańskie struktury ''rozszerzonego Zachodu'', o jakim roił stary Brzeziński. Niestety jak się przekonamy w toku dalszego wywodu, nie była to jak sądziłem jedynie czcza mrzonka zdemenciałego dziada, a w przypadku powstania takowego geopolitycznego lądolodu, globalistycznego Thule rozciągającego się ''od Vancouver po Władywostok'', pomniejsze kraje jak Polska czy Ukraina zostałyby przezeń całkiem zmiażdżone. Dlatego powtarzam szczęśliwym zbiegiem okoliczności dla nas jest, że Niemcy jak i Rosja nie chcą już grać na warunkach dyktowanych przez Anglosasów, bowiem ci nie mając innego wyjścia zmuszeni są inwestować w pomniejszych graczy z Europy Wschodniej i Azji. Tym bardziej, iż sami ulegają gwałtownej ''deokcydentalizacji'' - USA wskutek masowego napływu latynoskich migrantów stają się paradoksalnie dopiero teraz amerykańskie na skalę, jakimi nie były dotąd w swych dziejach. Z kolei najświeższe dane demograficzne z Wysp Brytyjskich jednoznacznie wskazują, że w dwóch największych metropoliach kraju biali ludzie są już mniejszością, zmajoryzowani nade wszystko przez Azjatów, w mniejszym stopniu zaś czarnych Afrykanów. Rzecz jasna powstałe z tego tytułu histerie o rzekomym ''końcu białej rasy'' są nadto przesadzone, nadal stanowi ona znaczącą większość wyspiarskiej ludności i wedle wszelkich prognoz tak pozostanie przynajmniej w ciągu najbliższych dekad. Wszakże istotny udział w niej mają migranci z Europy Wschodniej, w tym Polski ma się rozumieć, a też nie wiadomo jak klasyfikować takich Albańczyków, których jest tam od groma a są przeważnie europejskimi ''poturczeńcami''. Tak czy owak tłumaczy to czemuż Hindus ostał się brytyjskim premierem, Pakol jest burmistrzem stolicy, zaś Murzyn w efemerycznym rządzie Liz Truss forsował neoliberalne reformy ekonomiczne, na szczęście bez skutku. Nade wszystko jednak wyjaśnia, dlaczego status pośrednika między Ameryką Północną a Eurazją stanowi dziś kwestię być lub nie dla ''perfidnego Albionu''. Dopiero w tym świetle nabiera znaczenia Brexit, który dał swobodę Londynowi w ominięciu blokady kontynentalnej na wejściu do Eurazji, czynionej przez Francję a nade wszystko Niemcy. Wymownym tegoż wyrazem były trasy lotów brytyjskich samolotów wojskowych, zataczające szerokie łuki obok terytorium Szkopów, przywożąc broń na Ukrainę tuż przed rosyjską inwazją. Bowiem dla Angoli Kijów stanowi prawdziwą bramę ku Eurazji, a droga doń siłą rzeczy wiedzie przez Skandynawię i Polskę - oraz Turcję z którą Londyn również łączą bliskie stosunki. Dość rzecz, iż to Brytyjczycy walnie przyczynili się do sukcesu Bayraktarów dostarczając kluczowe komponenty technologiczne do ich produkcji. Łamiąc przy tym amerykańskie obostrzenia nałożone na reżim Erdogana po wymierzonym weń nieudanym zamachu stanu, sprokurowanym jakoby przez CIA. Tymczasem Albion z właściwą sobie perfidią jako bodaj jedyny kraj Zachodu nie poparł spiskowców, zaś jego wojskowi pomogli tureckim władzom w odbudowie armii i wyszkoleniu lojalnych wobec nich kadr dowódczych. Nie dziwi stąd, iż bierze ona udział we wspólnych manewrach z brytyjskimi lotnikami, a oba kraje łączą ścisłe i owocne relacje współpracy w dziedzinie technologii militarnych co i zwykłej wymiany ekonomicznej, której zasięg rośnie nawet mimo cowidowego zastoju. Dowodem zadziwiającej z pozoru, na tle ogólnej niestabilności politycznej na Wyspach, trwałości wojskowego zaangażowania Londynu na Ukrainie i w Turcji, jest Ben Wallace - ''wieczny'' minister obrony w kalejdoskopowo następujących po sobie rządach Johnsona, Truss i obecnym Sunaka. Utrzymuje on regularne kontakty ze swym tureckim odpowiednikiem i zapewne to jego antyrosyjskiej stanowczości zawdzięczać należy presję, jaką rząd brytyjski wywarł ostatnio na Niemcach, opierających się dziko przekazaniu Ukraińcom niezbędnej im broni. Rękę Londynu znać też w dostarczaniu Kijowowi Bayraktarów za pośrednictwem Polski, ze względu na wspomnianą kluczową rolę Angoli w produkcji tychże dronów bojowych. Wszystko to świadczy o głębokim zamyśle strategicznym brytyjskich elit władzy, niezależnie podkreślmy od trawiących je poza tym głębokich sporów na tle ideologicznym, co do ''pivotu'' ich kraju na Eurazję. Sprzyja mu zaś panturańska integracja państw Azji środkowej, dokonywana przez Turcję jako konieczna przeciwwaga wobec rosnących w regionie wpływów Chin, kosztem gwałtownie słabnącej jak wszystkie białe kraje Rosji. Dlatego wojuje z nią na Ukrainie batalion ''Turan'' za którym ewidentnie stoją tureckie służby, oraz krymscy Tatarzy jak modlący się w bachmuckim meczecie podczas walk o miasto Sajid Ismagiłow, były mufti kraju dziś czynnie stający w jego obronie na froncie. Wprawdzie tatarska autonomia na Krymie stwarza potencjalny drugi Donbas tym razem z Turcją w tle, nie sądzę wszakże by jej władze poszły na to legitymizując zagrażający im separatyzm Kurdów, podsycany jeszcze przez sowiecką Rosję. Mediacja Londynu koordynującego współpracę zbrojną i ekonomiczną Kijowa z Ankarą zapewne temu zaradzi, Brytyjczycy bowiem podchodzą ze zdrowym cynizmem do trąbionego przez Amerykanów ''prawoczłowieczyzmu'', stąd wolą działać dyskretniej skupiając się na korumpowaniu obcych rządów. Nie tylko zresztą pieniędzmi, ale i tradycyjnie prestiżowym wciąż dla wielu ich przedstawicieli członkostwem w ''sekretnych'' lożach i okultystycznych sektach, oraz przejmując bez rozgłosu kluczową infrastrukturę obsadziwszy ją ''zaufanymi'' ludźmi. Wyczuwa to nieomylnie Kurwin i stąd tak histeryzuje ostatnio z powodu Anglosasów chcących rzekomo ''podpalić świat'', wywołując jakoby kosztem Polski i Ukrainy ''III wojnę światową'', gdyż jako starą moskiewską kurwę piecze go od tego dupsko. Swoje również do owej paniki dokłada oczywiście red. Warzecha, dla którego rosyjski ''telegram'' stanowi ''względnie wolne medium'' na tle wrażych Pejs-zbuków i ''ćwierkaczy''. Oczywiście przez Turcję idzie też główny szmugiel towarów i technologii do Rosji, ale oznacza to jedynie, że Erdogan trzyma Putina za... twarz oględnie zowiąc, więc kuratela ''perfidnego Albionu'' procederowi nie przeczy.

Z Amerykanami natomiast sprawy mają się zgoła inaczej nieco, gdyż nawet pomiędzy USA i Wlk. Brytanią zachodzi jak widać istotny podział co do pełnionych ról i metod działania. Acz i tu znać pewną cichą współpracę między Waszyngtonem i Ankarą, mimo oficjalnie chłodnych stosunków oraz napięć na tle oporu Turcji przeciw członkostwu Szwecji w NATO. W czym zresztą Erdogan ma sporo racji, ze względu na pomoc jaką lewackie do niedawna władze w Sztokholmie udzielały pokrewnym im ideologicznie kurdyjskim separatystom. Niemniej Stany Zjednoczone gdy trzeba potrafią pragmatycznie współdziałać z Turcją w zbrojnym wsparciu Ukrainy, czego dowodem przekazanie tej ostatniej przez Ankarę pocisków kasetowych amerykańsko-tureckiej produkcji, z zapasów zgromadzonych jeszcze w trakcie ''zimnej wojny''. Mimo to popularna niestety nad Wisłą, grzana przez takich jak Bartosiak fama głosi, jakoby USA nieuchronnie porzucić miały Europę obróciwszy się na Pacyfik. Otóż śmiem twierdzić, że to przysłowiowa gówno prawda i właśnie ze względu na chińskie zagrożenie szczególnie europejska Północ jest dla Jankesów niezwykle ważna, na potwierdzenie zaś przytoczę świadectwo pochodzące z samych antypodów. Konkretnie zaś wpływowej politolog i ekspert ds. Chin rodem z Nowej Zelandii Anne-Marie Brady - skuteczne demaskowanie przez nią rzekomo ''pokojowej'' polityki Pekinu skrywającej jego agresję, oraz korumpowania przezeń miejscowych polityków tak z lewa co i prawa, ściągnęło na ''naukowczynię'' kłopoty. Stała się bowiem obiektem kampanii zastraszania, w ramach której min. włamano się do jej pracowni uniwersyteckiej jak i domu, ale mimo iż australijski wywiad sugerował wyraźnie stojącą za tym inspirację chińskich [post]komunistów, była już na szczęście ''premierzyca'' NZ Jacinda Ardern całkiem to zlekceważyła. W czym zapewne niebagatelną rolę odegrały brane przez nią chińskie donejty, co być może tłumaczyłoby również czemu kraj pod jej nierządem kopiował niemalże wszystkie metody pekińskich genseków w zwalczaniu covida, obłąkanie represyjne a przy tym kompletnie nieskuteczne. Tym bardziej więc budzą zdumienie prawdziwe peany Brady pod adresem ''Dżasindy'', ale ostawmy to by skupić się na temacie naszych rozważań. Otóż nowozelandzka ''politolożka'' często okazuje podczas swych wystąpień oficjalną chińską mapę świata, odstającą wydatnie od jego obrazu do którego przywykliśmy w Europie. Brady słusznie bowiem zwraca uwagę, że za takim nie innym przedstawianiem globu i rozmieszczenia nań kontynentów, kryje się zawsze pewna nieobiektywna polityczna intencja. Oczywiście nie oznacza to, iż rzekomo żyjemy tak naprawdę na płaskiej ziemi lub w jej wnętrzu, bo i ponoć takie są teorie, lecz jedynie świadczy o zmianie postaci rzeczy a nie jej samej, perspektywy z której na nią patrzymy. Konkretnie w chińskiej wizji świata to Eurazja jest w centrum, niczym gigantyczna wyspa na podobieństwo mitycznej Atlantydy, pod nią jawi się cała Antarktyda a jeszcze niżej Ameryka prawdziwie tu Południowa, bo widziana od strony Patagonii. Najistotniejsze jednak, że w oglądzie władz w Pekinie Arktyka stanowi odpowiednik Morza Śródziemnego pomiędzy Eurazją a Ameryką Północną, stąd gdyby ''czerwonym'' Chinom udało się usadowić mocno w okolicach bieguna, korzystając z cesji ubezwłasnowolnionej przez nie Rosji, mogłyby nakurwiać Amerykanów dosłownie po łbie. Nie potrzebny im zaraz do tego zabór terytorium, o którym zdecydowanie zbyt często i bezsensownie się u nas gada. Wystarczyłaby przecież zgoda Moskwy na stałe bazy wojskowe i chińskie okręty podwodne z pociskami nuklearnymi na pokładzie, operujące w rosyjskich wodach arktycznych. Zdaję sobie sprawę, że desant Chińczyków na norweskie fiordy brzmi fantastycznie i absurdalnie, jednak nie śmieszkowałbym zeń, bo wyraz ''niemożliwe'' winien być wypierdolony ze słownika po kacapskiej inwazji na Ukrainę, a właściwie jeszcze pandemicznej ''infodemii'' jaka opanowała glob w trakcie szerzenia się covida. Rzecz jasna może być to rodzaj zmyłki ze strony Pekinu, odpowiednik japońskiego ataku na Aleuty by odciągnąć uwagę Amerykanów podczas bitwy o Midway. Nie wiadomo też, czy Chinole w ogóle dysponują technicznymi możliwościami przeprowadzenia takowej operacji, nawet w przypadku wciąż problematycznej zgody na to Kremla. Przynajmniej oficjalne doniesienia mówią o utrzymującym się nadal przestarzałym stanie okrętów podwodnych, jakimi dysponuje reżim w Pekinie, i to mimo ich intensywnej modernizacji. Zwyczajnie mają być zbyt głośne i przeto łatwe do wykrycia dla Amerykanów, jednak wiele świadczy o tym, że nie lekceważą oni płynącego stąd dla nich niebezpieczeństwa. Dowodem choćby otwarta rywalizacja między USA a Chinami o zasoby Grenlandii, strategiczne dziś surowce w postaci uranu i tzw. metali ziem rzadkich. Podobnie Brytyjczycy, którzy w zeszłym roku posłali lotniskowiec na wody wokół Arktyki, by obadać jak sprawuje się owa jednostka w tak srogich warunkach pogodowych. ''Ktoś'' też przeciął parokrotnie podmorskie kable łączące Wyspy Brytyjskie z Owczymi i Szetlandami, wprawdzie władze w Londynie wydały uspokajający komunikat, zrzucając winę za to na operujące tam kutry rybackie, niemniej natężenie ostatnimi czasy podobnych incydentów nie tylko w północnych rejonach Europy, wskazywałoby jednak na sprawstwo Rosjan [ i być może kogoś jeszcze...]. Wreszcie o tym, że to nie w kij dmuchał świadczą regularne amerykańskie manewry ICEX, mające na celu zintegrowanie działania sił morskich i powietrznych w rejonie Arktyki, przetestowanie nowych rodzajów broni typu podwodne drony, czy też wsparcie militarne udzielane przez USA Norwegii, jako de facto krajowi frontowemu NATO. Dopiero na niniejszym tle oczywistym jawi się źródło szalonego na pierwszy rzut oka konceptu ''globalnej Północy'', owego ''rozszerzonego Zachodu od Vancouver po Władywostok'', o jakim prawił pod koniec życia stary Brzeziński. Stała za tym żywotna obawa Amerykanów przed pchaniem brudnych chińskich paluchów w strategicznie ważny dla Jankesów region arktycznej Hiperborei.

Globalistyczny dziadyga wykombinował więc, zapewne w porozumieniu z KiSSingerem [ do niedawna jeszcze dobrym kumplem Putina ], że najlepszym sposobem zabezpieczenia USA przed takowym scenariuszem będzie odciągnięcie od Pekinu Berlina i Moskwy, skuwając je ze sobą za pomocą owej geopolitycznej czapy lodowej. Kosztem interesów pomniejszych państw Europy wschodniej, z Polską i Ukrainą na czele ma się rozumieć, jakimi w pierwszej kolejności zaspokojono by [u]roszczenia Rosji i Niemiec. Na szczęście dla nas model takowy jest dziś mało prawdopodobny, bowiem trudno powstrzymać teraz śmiech czytając wynurzenia Zbiggy'ego z jego ''Strategicznej wizji'', że dla jej spełnienia wystarczy usunięcie ''nacjonalisty'' Putina i zastąpienie go przez ''liberała'' Miedwiediewa. Tak, tego samego co to obecnie wygraża po pijaku w rosyjskich społecznościówkach Polsce i Bałtom, a nawet już całemu światu nuklearną apokalipsą w przypadku klęski Rosji na Ukrainie. Nie znaczy to wszakże, że możemy spokojnie machnąć ręką na ową bzdurę ''rozszerzonego Zachodu'', łączącego Eurosję z Ameryką w jeden blok polityczny wymierzony de facto w Chiny [ a pośrednio i świat islamu ]. Nadal bowiem pojawiają się niepokojące sygnały, że motyw jest wciąż grany - i tak oto żydowska lesba Masha Gessen, uosabiająca pożądaną przez obecny Zachód LGBTariańską Rosję, pucuje w amerykańskich mediach jako ''narodowego demokratę'' czarnosecińca Nawalnego. Jakby tego było mało, typ odsiadując wyrok w rosyjskim koncłagu napisał korespondencyjny artykuł do ''Washington Post'', na temat reformy ustrojowej kacapii - normalnie ''realizm magiczny''! Znakomicie jednak, że bruździ im Galijew przypominając na swym popularnym profilu TT, jak to ledwie nieco ponad dekadę temu obecny wodzuś rosyjskiej ''opozycji'' porównał muzułmanów do robactwa, co rzecz jasna ściągnęło nań wściekłe posądzenia stronników Nawalnego o ''agenturalność'' na rzecz Tatarstanu. Cóż, nawet gdyby w mojej opinii to komplement, podobnie jak każdego trzeźwo myślącego polskiego patrioty, który pojmuje za Mochnackim, że ''póty Rosja w Europie nie masz Rzeczpospolitej'', suwerennej czy w ogóle. Dlatego wbrew temu czym straszy nas obecna promoskiewska atrapa endecji, największym dziś zagrożeniem dla Polski nie jest powrót sojuszu Niemiec i Ukraińców jak za czasów Dmowskiego, lecz tworząca antyputinowską ''opozycję'' koalicja liberalnych Żydów i rosyjskich faszystów, których jednoczy pospólna odraza do Orientu utożsamianego przez nich z islamem! Stwarzają oni bowiem szansę ponownego wpisania Moskowii w struktury atlantyckiego Zachodu, utrzymania tradycyjnego dla rosyjskiego imperializmu proeuropejskiego kursu, oczywiście po dokonaniu odpowiedniego liftingu ideologicznego reżimu, przemalowując jego mordę w miłe dla współczesnego Okcydentu jarmarcznie kolorowe, ''tęczawe'' barwy. Rosja, gdzie parady LGBT zastępują militarne na Placu Czerwonym, ale nadal wyposażona w broń atomową i znajdująca chętny posłuch dla swych interesów w USA, jest dla nas o wiele groźniejsza niż jak teraz pod władzą Putina z przyklejoną mu ''gębą'' rzekomego ''gejofoba'', oraz skorumpowanych bandytów z jego otoczenia. Acz i on jak przystało na typowo kremlowskiego tyrana, postanowił przyparty do muru dosłownie wyrąbać sobie drogę ku Zachodowi, wbrew propagandowej gadaninie reżimu o prze-orientowaniu kraju, niemożliwej z istoty w jego dotychczasowej formule. Stawką bowiem w grze i pożądanym dla Polski scenariuszem wydarzeń nie jest ewentualny rozpad Moskowii, bo i cóż zeń za korzyść by nam przyszła, skoro wielokrotnie w swych dziejach rozpadała się jedynie po to, by odrodzić jako jeszcze gorsze monstrum? Nie, prawdziwy przełom dla wszystkich nieszczęsnych sąsiednich krain Rosji włącznie z nią samą, może stanowić dopiero jej radykalna deokcydentalizacja i nie duginowska a realna eurazjatyzacja. Konkretnie zaś przeniesienie ośrodków władzy na Powołże, tam gdzie Wschód spotyka się z Zachodem, chrześcijaństwo konfrontuje nie tylko z islamem, ale i buddyzmem a nawet żywymi wciąż w regionie reliktami pogaństwa w postaci kultów Maryjczyków. Wreszcie gdzie kapitał napływający z Niemiec, Francji czy Holandii równoważony byłby przez chińskie i tureckie inwestycje, bardzo już teraz silnie tam obecne. Bowiem w okolicach nadwołżańskich metropolii jak Samara koncentruje się pozostały jeszcze w Rosji przemysł maszynowy, dziś główna ofiara sankcji nałożonych przez Zachód, pozbawiających przeto kraj szans rozwoju utwierdzając jego status kolonii surowcowej, tyle że już nie Europy lecz Azji. Obecnie zaś Moskowia przypomina pokraczną, absurdalnie skrzywioną ku Zachodowi bestię o pysku Moskwy i zakutym łbie Kremla, z osadzonym nań rogiem Petersburga groźnie wycelowanym w Północ. Łapskami wbijając się za to w nadczarnomorski step, rozrywany teraz przez nie szponami wraz z Ukrainą, ale mocnym korpusem zalegającą na Powołżu, z długim syberyjskim ogonem wijącym się aż po kraniec Eurazji. Nie sposób więc zaprzeczyć, iż to nad Wołgą bije serce ekonomii kraju, ona stanowi jego kręgosłup i stąd narzucające się wprost potencjalne centrum nowej rosyjskiej władzy. Tym bardziej, że rejon Uralo-Powołża skupia aż połowę ponadmilionowych metropolii Rosji:

Śmiem więc twierdzić, że moskiewskiej polityce brak stabilności właśnie dlatego, iż jej czerep jest zbytnio wysunięty na Zachód w stosunku do reszty Rosji, dlatego nie może złapać koniecznej dla bezpiecznego trwania równowagi. Na tym zresztą polega grzech założycielski Moskwy: że jest ona prowincjonalną dziurą, której uwidziało się robić za stolicę i ośrodek ''zbierania ziem ruskich''. Podobna w tym Prusom, równie peryferyjnym w stosunku do reszty Niemiec, stąd min. tak dobra komitywa Moskali z Berlinem. Szkopy bowiem mają bliźniaczy problem, ich stolica winna mieścić się na zachodzie kraju w pasie od Nadrenii po Bawarię, gdzie koncentruje się ''wielki niemiecki przemysł'' i gros ludności, a nie w pustoszejącym byłym enerdówku, sztucznie podtrzymywanym polityką władz w Berlinie jako neopruski skansen. Oczywiście można argumentować, że ''juesej'' też nie są wolne od takowej nierównowagi, skoro większość ich mieszkańców gromadzi się między atlantyckim wybrzeżem a dorzeczem Missisipi. Tyle że silne i gęsto zaludnione ośrodki na Zachodnim Wybrzeżu Stanów zapewniają im częściowy przynajmniej balans, a też interwencjonizm państwa amerykańskiego wyczarował na pustynnych zadupiach jak Arizona bazy strategicznego przemysłu zaawansowanych technologii, przyciągające masowo robotników i specjalistyczne kadry. Zresztą rejony na pograniczu z Meksykiem przeżywają właśnie boom migracyjny i gospodarczy, więc mimo wszystko USA są bardziej zrównoważone i zdywersyfikowane niż Rosja, jeśli idzie o rozmieszczenie centrów władzy, gospodarki i kultury. Na szczęście, biorąc pod uwagę zajoby waszyngtońskiej administracji w które co i rusz popada, jak ostatnio ws. polityki zwalczania covida, naśladującej niemalże zamordyzm kontynentalnych Chin. Opór niektórych prowincjonalnych władz np. Florydy wobec regulacji narzucanych przez centrum, wydatnie zmniejszył niszczące skutki kompletnie nieskutecznych, wprowadzających jedynie chaos ''lokdałnów''. Acz inne z kolei, by wymienić tylko Nowy Jork czy Seattle, wykazywały się z kolei nadgorliwością w stosowaniu zamordyzmu wobec miejscowej ludności, stąd decentralizacja i lokalny separatyzm nie stanowią uniwersalnego remedium na opresję nadmiernie scentralizowanego państwa. Wprawdzie ośrodek polityczny USA także położony jest na peryferiach, tyle że wschodnich, ale Waszyngton nie dominuje tak nad resztą kraju co Moskwa, status Białego Domu jest inny niż Kremla. Poza tym Amerykanie ''graniczą'' de facto jedynie z oceanami, bo przy całym szacunku dla Meksyku i Kanady, nigdy nie mogły one równać się z jakimkolwiek europejskim mocarstwem, czy osmańskim imperium lub nawet Złotą Ordą. A jako że nie jestem ekspertem od wszystkiego trudno mi ocenić, na ile europejskie metropolie Moskwy i Petersburga posiadają realną wewnętrzną konkurencję, choć działalność takiego Galijewa wskazywałaby, iż z wolna w interiorze ''głubinki'' poczyna wrzeć. Przy czym nie idzie o tatarski separatyzm, jakiego rzecznikiem miałby jakoby być w opinii kacapskich nacjonałów, lecz stricte rosyjskie elity Powołża, bo to one jako się rzekło ponoszą najdotkliwsze konsekwencje mocarstwowej, prowadzonej ponad stan polityki Moskwy. Tak więc tylko skretyniali nadgorliwcy, jacy w gruncie rzeczy źle życzą a na pewno wróżą swym mocodawcom, mogą radować się wciąż pełnymi skarbcami Kremla. Reżim bowiem dosłownie morduje własny przemysł czerpiąc perwersyjnie zysk ze swego upadku, pogrążania się w bagnie jakim zamienia sam Rosję i stąd nie sposób potępiać Ukraińców, że tak zaciekle bronią się przed perspektywą pociągnięcia wraz z nią na dno [ nawet jeśli przychodzi im dziś płacić za to straszną cenę ]. Cóż, ze względu na naturalne, nie wywołane ręką człowieka zmiany klimatyczne i stąd osuszanie Ziemi, koniecznym staje się utrzymanie rezerwuarów wody w postaci moczarów, dlatego najwidoczniej sanhedryn globalistów z Klausem Schwabem i Billem Gatesem na czele zadecydował, aby dla dobra światowego ekosystemu zamienić Rosję w jedno wielkie cuchnące trzęsawisko, zaludnione przez postczłowiecze mutanty i zombie. Szydzę oczywiście, acz coś jest chyba na rzeczy, gdyż przywoływany tu onegdaj rosyjski wicepremier Biełousow zachwalał możliwości swego kraju w absorpcji szkodliwego ponoć dla planety dwutlenku węgla, a to właśnie przez jego rozległe bagniska i tajgę Syberii, czy niezmierzone połacie subpolarnej tundry etc. 

Mówiąc zaś już zupełnie serio: kluczowe obecnie pytanie brzmi, czy w samej Rosji znajdą się siły zdolne do przeprowadzenia zarysowanej wyżej, radykalnej transformacji państwa i narodu? Rzeczywiście eurazjatyckiej, nie dającej się zwieść jej duginowskiej fałszywce czerpiącej chore inspiracje ze stricte zachodnioeuropejskiego, nazistowskiego okultyzmu. Na to bowiem Rosja musiałaby wreszcie zrzucić ze swych barków ciążący jej od wieków garb Moskowii, tradycyjnie zorientowanej na związki z Okcydentem. Najlepszym tegoż wyrazem Kreml - symbol moskiewskiego despotyzmu wzniesiony przez włoskich architektów i budowniczych, sprowadzonych z wczesnorenesansowej Italii przez wielkoruskich tyranów, jawna oznaka ich ambicji odegrania istotnej roli w europejskim koncercie mocarstw. Dziś prozachodni kurs dosłownie zżera Rosję, bowiem Moskwa kanibalizuje pustoszejącą w błyskawicznym tempie prowincję kraju, wysysając zeń ostatnie soki żywotne w postaci zasobów ludzkich i kapitałowych. Dlatego pod władzą Putina przypomina jak on golluma, z wielką łysiejącą głową i coraz bardziej cherlawym, gwałtownie starzejącym się ciałem, któremu nawet praktyki wampirycznego okultyzmu nie przyniosą ulgi wobec perspektywy tego co nieuchronne. Jedyną więc szansą dla Rosji na dalsze istnienie i rozwój, jawi się przemiana w Tartarię zorientowaną na Eurazję jako całość, co bynajmniej nie oznacza powrotu do ''mongolskiego jarzma'', konkretnie zaś podległości tym razem następcom Kubiłaj-chana w Pekinie. Sami bowiem Rosjanie mogą jedynie dokonać owej transformacji, przemiany w rzeczywistych Eurazjatów nie zaś ich symulację, gdyż tylko do tworzenia takowej zdolna jest okcydentalna z zasady Moskowia [ stąd fenomen Dugina wykreowany na potrzeby zachodnioeuropejskiej ''nowej prawicy'' ]. Wyłącznie to pozwoliłoby Rosjanom wpasować się w turańską integrację środkowoazjatycką wspieraną przez Anglosasów, ale korzystną i dla Chin pod pewnymi warunkami. Powołże stałoby się wówczas jej zwieńczeniem, dosłownie koroną zaś rosyjska mniejszość w północnym Kazachstanie niezbędnym pośrednikiem, nie zaś jak teraz potencjalnym źródłem separatyzmu i etnicznych rzezi. Niewątpliwie dojdzie do nich, jeśli Putin zwycięży co nie daj na Ukrainie, lub władzę po nim obejmie Nawalny czy ktoś w podobie, z błogosławieństwem LGBTariańskiego żydostwa tak samo jak on pełnego pogardy wobec ''orientalnego'' dlań islamu. Utrzymanie proeuropejskiego kursu Rosji stanowi też śmiertelne zagrożenie Polski i jej sąsiadów, bowiem tradycyjnie zorientowana na Zachód Moskowia siłą rzeczy tratuje wszystko co staje jej na drodze. Tymczasem obrócona ku wnętrzu Eurazji Tartaria, odwrócona dosłownie plecami do państw Europy Wschodniej z Ukrainą na czele, nie histeryzowałaby aż w tym stopniu jak okcydentalni czarnosecińcy z powodu ich dążeń niepodległościowych, wręcz sprzyjałaby im jako zapewniającym jej niezbędny dla bezpieczeństwa bufor ''od zaplecza''. Wreszcie tak zarysowana panturańska integracja środkowoazjatycka mogłaby stać się podstawą nowego porządku światowego, tym razem nie zagrażającego egzystencjalnie Rzeczpospolitej i jej sąsiadom, w przeciwieństwie do urojonego przez globalistów pokroju starego Brzezińskiego polarnego lodowca ''rozszerzonego Zachodu''. W którym obok Ameryki pierwsze skrzypce odgrywałaby EuRosja, miażdżąca swym ciężarem wszystkie krainy leżące pomiędzy Berlinem a Moskwą. Aczkolwiek Niemcy mimo oślego oporu zdają się wyczuwać nieuchronność globalnych zmian, przy czym nie idzie o produkcję na ich licencji tureckich łodzi podwodnych, to bowiem jeszcze wpisywałoby się w tradycyjną dla goebbelsów politykę ekspansji ku Eurazji poprzez Bałkany. Mam na myśli odrodzenie węgierskiego turanizmu, dzięki któremu za pośrednictwem Budapesztu kontrolujący go Berlin może oddziaływać również na Azję Centralną, wziąć udział w procesie integracji państw regionu pod auspicjami Turcji, wspieranej w tym przez Anglosasów acz w pewnym stopniu i czerpiących stąd zasoby Chin, by uniezależnić się pod owym względem od Rosji. Obaczymy więc czy uda się Brytolom i Jankesom znowu ujarzmić podnoszących łeb Niemców, czy też ponownie spróbują uniezależnić się tym razem w sojuszu z Rosją i kontynentalnymi Chinami, może też i Francją. Co mimo wszystkich związanych z tym zagrożeń, jest potencjalnie korzystne dla Polski i reszty państw regionu pomiędzy Berlinem a Moskwą, o ile dokona się nakreślony na wstępie scenariusz wydarzeń. Bowiem Niemcy jako pastuch Amerykanów na Europę, rozstawiający w ich imieniu wszystkich tu po kątach, to fatalny z perspektywy wschodnioeuropejczyków obrót spraw. W każdym razie jedno wydaje się pewne: współczesna Ukraina stanowi kluczowy element anglosaskiej Eurazji, wznoszonej na pohybel dogmatom klasyków ''gejopolityki'' bazującej na archaicznym już przeciwstawieniu mocarstw kontynentalnych i morskich. Z czego doskonale zdawał sobie sprawę jeszcze... Hitler, którego wymarzonym sojuszem była unia imperialnej Wlk. Brytanii i Niemiec, storpedowana na szczęście dla Rzeczpospolitej przez USA Roosevelta. Na owej eurazjatyckiej wspólnocie polega istota obecnego antyrosyjskiego sojuszu państw Europy Wschodniej, nie zaś piłsudczykowskim ''Międzymorzu'' sprzed stu laty już będzie, koncepcie tak samo przebrzmiałym co tezy Dmowskiego o antypolskim porozumieniu niemiecko-ukraińskim. Dotykamy tu fundamentalnego jak sądzę problemu obecnej polityki RP, gdzie pogrobowcy endecji jak i sanacji, o lewicy i liberałach już nie wspominając, kierują się zaśmierdziałymi naftaliną schematami, zabójczymi przeto dla nas w obecnej chwili. Zwłaszcza samozwańczy następcy Dmowskiego i Konecznego pierdolą niczym poparzeni, jakby nic się przez ten bagatela wiek mniej więcej od śmierci tamtych nie zmieniło wokół nas. Tymczasem przyszło nam żyć w zupełnie innej rzeczywistości niż owych czasów, stąd jeśli nie wypracujemy nowych narzędzi poznawczych, adekwatnych do zmieniającego się w gwałtownym tempie świata, pójdziemy na dno wraz z anachronicznymi paradygmatami, jakich zdaje się czepiać obecnie gros rodaków. Sądzę zresztą, iż współcześni ''międzymorzanie'' doskonale zdają sobie z tego sprawę, przemycając w znanej formie zupełnie już nową treść. Stosując koncept ''intermarium'' jako rodzaj ideowego lubrykantu, dla mentalnego przeruchania polskich mózgownic i oczyszczenia z zalegających w nich skorup umysłowych. Tak więc wybór przed rodakami obecnie jawi się prosty: utoną w ''antysystemowym'' szambie Marcina Roli i jego Wdupala24 czy stulejarza Atorka, lub utrzymają na powierzchni dziejów wychodząc odważnie naprzeciw wyzwaniom, jakie narzuca historyczny moment zasadniczej przemiany rzeczywistości politycznej a przez to i nas samych? Rosja zaś będzie musiała rozstrzygnąć czy jest zdolna do wyciągnięcia wniosków ze srogiego łomotu, jaki oby zebrała od Ukraińców tj. odstawienia imperialnej kokainy, piekielnym splotem nałogu wiążącej ją z Zachodem. Natomiast Polska nie powinna raczej robić sobie złudzeń co do perspektyw współpracy z ''łacińską'' Ukrainą, grekokatolicką i co tu kryć przeważnie jadowicie banderowską, lecz prędzej naddnieprzańską o ile tylko moskiewskie prawosławie zostanie tam zastąpione kijowskim - ale to już temat na zupełnie inne rozważania, wykraczające poza obraną tematykę.

Bezczelne oszczerstwa zaś Mashy Gessen, na łamach amerykańskiej prasy posądzającej Polaków o współudział w zbrodniach Niemiec hitlerowskich, stanowią zapowiedź tego co nas może czekać, gdyby co nie daj tacy jak ona ''koszerni niebinarnopłciowcy'' objęli schedę po Putinie, wraz z wielkoruskimi szowinistami pokroju Nawalnego. Jednoczy ich bowiem powtórzmy ''zapadnictwo'' i płynąca stąd pogarda wobec Azji, w rosyjskich warunkach utożsamianej głównie z ''muzułmańskim zagrożeniem'', podskórnie zaś ze strony Chin. Poróżnieni są tylko, za to ostro, co do afirmacji innych aspektów Zachodu - wielkomiejskie żydostwo z Moskwy i Petersburga ciąży ku skrajnemu liberalizmowi obyczajowemu, LGBTarianizmowi wręcz. Natomiast prawicy nacjonalistycznej siłą rzeczy bliższy jest zdecydowanie trumpizm, czy zachodnioeuropejscy ''populiści'' typu Le Pen a zwłaszcza niemiecka AFD, bo jak oni antyimigracyjna i wroga islamowi. Na gruncie obawy przed nim zawiązuje się ów przedziwny sojusz rosyjskich czarnosecińców i Żydów, co skądinąd powiela jedynie gest ślepego zapatrzenia w Izrael amerykańskich ''neokoszerwatystów'', głównie spośród protestanckich ''judeochrześcijan''. Wielkoruskim faszystom także nieobca jest podobna mimikra ideowa, czego dowodem choćby fundacja Nawalnego, w której zarządzie zasiadają takie kreatury jak Verhofstadt czy Applebaum, ''koszerna'' żona prowadząca Zdradka Sikorskiego - to się kurwa samo komentuje... Nie jest też przypadkiem, że współzałożyciel formatywnego dla współczesnego pokolenia rosyjskich nacjonalistów portalu ''Sputnik i Pogrom'' Jegor Proswirin, [ który skądinąd zginął w nader niejasnych okolicznościach dobry rok ponad temu ], był zdeklarowanym okcydentalistą i wrogiem eurazjatyckiej orientacji w polityce Moskwy. Putin rzecz jasna nie jest jej reprezentantem, jego deklaracje w tym względzie są tyle samo warte co ''konserwatyzm obyczajowy'', który głosi. Bowiem gdyby nie był ''zapadnikiem'' nie histeryzowałby tak z powodu dążeń niepodległościowych Ukraińców ale wręcz je podsycał wiedząc, że tym mocniej wiązałyby ich z Rosjanami, jako sojusznikami i protektorami Kijowa. Podkreślmy to stanowczo jeszcze raz: Rosja ze stolicą za Uralem w Samarze czy Jekaterynburgu dajmy na to, nie odczuwałaby takiej presji ''zbliżania się Zachodu'' do jej granic jak teraz z ciążącym jej coraz bardziej moskiewskim pasożytem na grzbiecie, kremlowskim kleszczem rujnującym dosłownie ostatki sił żywotnych Moskali. Dlatego w ''alternatywnym uniwersum'' polskojęzycznych portali kolportujących propagandę rosyjskich nacjonałów, bez ogródek twierdzi się, iż - cytuję niemal dosłownie: „żydowscy oligarchowie Federacji Rosyjskiej i Ukrainy, działając w porozumieniu i za pośrednictwem aktorów: Zełenskiego i obecnego sobowtóra zmarłego na przełomie 2006/2007 na raka figuranta-Putina, marionetkowych/teatralnych administracji obu państw, pod patronatem żydowskiej zachodniej banksterki budują (zgodnie z planem rabina Menachema Mendela Schneersona) za pomocą tzw. S[pecjalnej]W[ojskowej]O[operacji] ową Wielką Chazarię, popychając tym do przodu agendę N[ew]W[orld]O[rder]''. Zabawne, iż na wybawcę kacapii z tejże opresji kreuje się ''judeoraszysta'' Girkin, którego matka przypomnę omal nie wyemigrowała do Izraela - tak przynajmniej twierdzi Borodaj, jego były współpracownik a dziś rywal i podobnie jak tamten funkcjonariusz rosyjskiej bezpieki. Cóż, kto chce niech wierzy w ''neokaganat'' na terenach południowej Ukrainy i Rosji, nic mu na to nie poradzę poza solidnym kaftanem i uspokajającymi zastrzykami w dupę. Z pozoru zresztą jak przystało na typową paranoję wygląda to racjonalnie, bowiem faktycznie kijowskiego ''wielkorządcę'' kraju Andrija Jermaka, zwanego z tego tytułu złośliwie ''mamką'' Zełeńskiego i podobnie jak on Żyda, łączyły jeszcze w niedalekiej przeszłości zażyłe interesy z niejakim Rachaminem Emanuiłowem. Dobrym znajomym jego ojca Borysa Jermaka z czasu wspólnej służby w radzieckiej armii podczas wojny w Afganistanie - wszystko świadczy, że pierwszy z wymienionych służył tam z ramienia KGB natomiast drugi GRU, czemu zresztą syn gorąco do dziś zaprzecza. Emanuiłowa z kolei jako członka przestępczej diaspory kaukaskich Żydów, łączą więzy nie tylko krwi ale i solidarnej współpracy z Ilhamem Rachimowem, znajomym Putina jeszcze ze studiów o którym chodzą słuchy, że trzyma pieczę nad ogromnym prywatnym majątkiem kremlowskiego mafiozy. Na pewno zaś umoczony był wraz z nim poprzez brata w mętne afery finansowe, gdy przyszły prezydent Rosji zaczynał dopiero zbijać kapitał na okradaniu własnego kraju, czyli błyskotliwą polityczną karierę pod patronatem ''demokratycznego'' mera bandyckiego Petersburga, także mega złodzieja Anatolija Sobczaka. Zamiast jednak dowodzić jakoby ''chazarskiego spisku'' czy też ''rosyjskiej agentury'', bardziej świadczy to w moich oczach o realnym konflikcie wśród posowieckich mafii rządzących na terenie b. ZSRR, bowiem nic tak bodaj nie dzieli partnerów w biznesie co podział zysków ze wspólnych interesów. Analogicznie lożowe ''braterstwo'' w świeckim zakonie, nie przeszkodziło rosyjskim i ukraińskim masonom poróżnić się ostro w kwestii niepodległości Ukrainy po wspólnym obaleniu przez nich caratu, skazując przeto jednych i drugich na klęskę w konfrontacji z bolszewikami. Tym bardziej, że na konflikt z ''bratem'' Kiereńskim nałożyła się jeszcze zaciekła polityczna rywalizacja o władzę wśród samym ukraińskich wolnomularzy: Skoropadskim, Petlurą i Mychajło Hruszewskim. Rzecz opisał w swych książkach i artykułach ukraiński historyk Daniło Janewski, z którego ustaleń jednoznacznie wynika, iż nowożytna Ukraina to projekt masoński. Wyjątkowej tępoty wszakże trzeba, by upatrywać dlań alternatywy w putinowskim reżimie pełnym ''koszernych mafiozów'' pokroju Rachimowa, czy też jakoby ''opozycyjnej'' wobec niego pokracznej koalicji Żydów i faszystów, jednako prozachodnich i wrogich Azji. W naszym zaś polskim interesie jest, jak pisałem od początku konfliktu pomiędzy Rosją a Ukrainą, wspierać mniej dla nas groźną z posowieckich mafii u władzy, gdyż słabszą i to nawet jeśli spełni się mokry sen neoendeków o jej sojuszu z Niemcami. Nigdy bowiem nie zastąpi im ona rosyjskiej ze względu na oczywistą różnicę potencjałów, zupełnie inaczej jednak wygląda to z perspektywy Anglosasów, na szczęście dla Rzeczpospolitej i samej Ukrainy. Rosji zresztą też, o ile tylko przestanie być wreszcie zapatrzoną tradycyjnie w Zachód Moskowią, a stanie się bardziej eurazjatycką Tartarią z nowym centrum władzy skupionym na Powołżu. Życzmy więc jej tego i sobie nade wszystko w finale naszych rozważań, bowiem pobliska wojna ogarnia nas wszystkich czy to się komu podoba lub nie, stąd żaden szczur nie uchowa się przed nią kryjąc do swej ''antysystemowej'' nory. Co tu zresztą gadać: nowożytny rosyjski imperializm jest dziełem Niemców i Ukraińców*, zaś globalny wymiar nadali mu Żydzi. Dzięki nim Moskwa stała się pełnoprawnym mocarstwem europejskim a w końcu światowym, bez nich więc nie znaczy nic, na powrót ostanie się peryferią Zachodu w Azji. No chyba, że okaże się jednak zdolna do omawianej tu, prawdziwie eurazjatyckiej transformacji. Inaczej największym, śmiertelnym wprost zagrożeniem dla ''wareskiej'' Rosji pozostanie Ukraina jako Ruś kijowska, odwołująca się do wschodniochrześcijańskich a zarazem nordyckich korzeni swej władzy. Delegitymizując tym przywłaszczającą sobie ową tradycję, zorientowaną na współpracę lub rywalizację z Okcydentem kremlowską bestię, którą siłą rzeczy spychałaby wgłąb Eurazji sama ku niej ciążąc. Nie zaś łaciński, proniemiecki i co tu kryć banderowski skansen z d. Galicji, jakim chcieliby Ukrainę widzieć goebbelsy wespół z Moskowitami. Jedynie więc pierwsza z wymienionych może liczyć na wsparcie Polski, także by pomóc Rosjanom uratować ich przed nimi samymi, dając im szansę stać się rzeczywistymi Eurazjatami a nie z rojeń Dugina, na to jednak muszą wpierw dla własnego dobra odebrać srogi wpierdol. Wybór bowiem dziś przed Moskalami stoi prosty - Eurazja albo śmierć!

*a także Białorusów, takich jak Symeon Połocki: wychowawca cara Fiodora, przezeń zaś jego młodszego brata Piotra I.

sobota, 24 grudnia 2022

Prawa postczłowieka i zbywatela.

Motto:

''Ci ludzie [ Moskale ] chrześcijańskiego nazwisku i tytułu nie są godni. Gdyż pod tym imieniem pełnią takie grzechy i sprośności, jakowych żaden inny naród na świecie. I świadczę to przed Panem Bogiem Jezusem Chrystusem, że [...] nie widziałem ani słyszałem o takowym narodzie, który by zrównał z Moskwą we wszelakiem rodzaju nieprawości, przewrotności, zdrady, co by tak był próżen wszelakiej słuszności i sprawiedliwości, prawa ludzkiego i Boskiego, próżen wszelakiej miłości i skłonności miłosierdzia, bojaźni Bożej i ludzkiej, pełniąc wszelakie grzechy, nieprawości, sprośności, rozpusty, wszeteczeństwa [...]. Bez wątpienia naród to tak zdradliwy, tak przewrotny, tak kłamliwy, jakiego na świecie drugiego nie masz: oszustowie, złośliwi, suspiciosi [podejrzliwi], perniciosi [szkodliwi], niewierni, niewstydliwi, pyszni, łakomi, brzydcy, nieludzcy, nienawisni, niewierni, mierzieni, szkaradni, pełniący grzechy tak sprośne, których mię wstyd pisać.''

Paweł Palczowski ''Kolęda moskiewska''.

Obok zagrożenia dla żywotnych interesów Rzeczpospolitej jakie stwarzają, rosyjscy łże-konserwatyści jak Putin czy Dugin wyrządzili krytykom LGBTarianizmu i transhumanizmu dokładnie to samo, co Hitler wszystkim antykomunistom. Czyż bowiem naziści kłamali ujawniając bolszewickie zbrodnie popełnione na polskich oficerach w Katyniu, lub ukraińskich chłopach podczas Hołodomoru? Jednak niemieckie ludobójstwo nie tylko Żydów, co nade wszystko Słowian z Polakami na czele pozwalało dyskredytować wszelką krytykę komunizmu jako rzekomy ''faszyzm''. Gwoli prawdy należy też przyznać, iż uzasadniona odraza do marksizmu co i anglosaskiego liberalizmu pchnęła sporą grupę zachodnich intelektualistów pokroju Carla Schmitta czy Ezry Pounda do kolaboracji z III Rzeszą. Dziś również nie brak wśród nich pożytecznych idiotów Moskwy, by wymienić choćby Noama Chomsky'ego i Jordana Petersona, w tym akurat skonfliktowane poza tym ostro skrajna lewica i prawica bywają jak widać zadziwiająco zgodne. Niestety wygląda na to, iż pułapki rosyjskiego łże-konserwatyzmu nie uniknął także francuski prawnik Grégor Puppinck, autor znakomitej skądinąd rozprawki ukazującej degenerację prawoczłowieczyzmu w narzędzie antyludzkiej w istocie polityki. Przytacza on bowiem w niej z satysfakcją przykłady rzekomego oporu, jaki stawiać ma Kreml owej transhumanistycznej już globalizacji, powołując się przy tym na zdanie ''patriarchy'' Kiryłła. Tymczasem cerkiew moskiewska jest nie tyle nawet zinfiltrowana całkiem przez rosyjskie specsłużby, co wręcz stanowi ich wydział dokładnie taki sam, jak odpowiedzialny za wywiad elektroniczny czy wojska specjalne. Kiryłł więc nie jest tak naprawdę agentem, a regularnym czekistą, wysoko postawionym w hierarchii moskiewskiej bezpieki funkcjonariuszem, zaś podlegli mu popi noszą sutanny niczym mundury. Znani są też z mocno ''progresywnych'' obecnie upodobań seksualnych, kwalifikujących wielu z nich na każdą paradę LGBT, dlatego rosyjska cerkiew zamieniła podlegającą jej świętą dla Ukraińców Ławrę Peczerską w jeden wielki homoseksualny burdel. Przeor tegoż przybytku, proputinowski a jakże do urzygu, powszechnie przezywany jest przez naszych wschodnich sąsiadów jako ''Pasza Mercedes'', a to ze względu na jego słabość do luksusowych wozów owej marki, co doprawdy nie byłoby niczym zdrożnym, gdyby tylko nie pouczał bezczelnie prawosławnych o zaletach ewangelicznej cnoty ubóstwa. Dlatego niedawne przeszukania moskiewskich popów na Ukrainie, należy rozpatrywać jako wprawdzie mocno spóźniony ze strony tamtejszych służb, lecz zasadny gest dla zapewnienia bezpieczeństwa kraju. Nawiasem jestem niemal pewien, że gdyby i nasze ABW zajęło się wreszcie porządnie tępieniem posowieckiej, rosyjskiej agentury wśród kleru katolickiego w Polsce, nie wiem czy po tym ostałoby się choć z pół Episkopatu... Podobnie jak i wielu księży pokroju niechby Isakowicza-Zaleskiego, który sufluje narrację co do Ukrainy dziwnie zgodną z agendą Kremla. Istnieją zaś poważne obiekcje czy aby jego działalność charytatywna, tudzież pryncypialna krytyka faktycznych przyznajmy skandali obyczajowych i braku lustracji w polskim Kościele, nie służy uwiarygodnianiu jątrzenia przez klechę w innych kwestiach. Ważne jest by pamiętać, że cerkiew moskiewska nie ma zgoła nic wspólnego z chrześcijaństwem nawet we wschodnim wydaniu, to jedynie organ jak najbardziej ziemskiej władzy, w dodatku gnostycznej z ducha i przeto głęboko wrogiej chrystianizmowi, szatańsko przedrzeźniającej jego rytuały. Nie jest to bynajmniej tylko dziedzictwo bolszewickiej ''żywej cerkwi'', bowiem już car Piotr I ubezwłasnowolnił całkiem rosyjskie prawosławie zarządzając nim za pośrednictwem mianowanego przez się oberprokuratora, podległych mu popów zamieniając w funkcjonariuszy zobowiązanych surowo do donosicielstwa na spowiadanych wiernych, a samą spowiedź czyniąc de facto przesłuchaniem z lojalności wobec imperatora. Wracając do Puppincka: jego książka jest mimo wszystko godna lektury jako sole trzeźwiące niezbędne dla wybudzenia się z liberalnej śpiączki. Ukazuje bowiem jej nędzę i fatalne skutki, co znać choćby po potężnym bólu dupska i histerii, jakie wywołało ostatnio nad Wisłą faktyczne przywrócenie masowego poboru do wojska. Doprawdy trudno dziwić się ludziom, którym przez ostatnie parę dekad kładziono do łbów indywidualistyczne bzdury, że nie są w stanie teraz pojąć, iż państwo i naród nie stanowią przedmiotu ich ''osobistego wyboru'', dokładnie tak samo jak płeć, rasa i samo człowieczeństwo - już traktowanie tych kategorii na równi jest bluźnierstwem dla wyznawców ''społeczeństwa kontraktualnego''. Wszystkich cwaniaczków zaś sądzących, że jakby co uda im się spieprzyć na Zachód może czekać przykre rozczarowanie, szczególnie miejscowych folksdojczów liczących na zabranie ich przez goebbelsów na szalupę ratunkową za gorliwe wysługiwanie się Berlinowi. Zapomnieli najwidoczniej o maksymie starego Fryca, iż można wprawdzie posługiwać się kanalią, ale pod żadnym pozorem nie należy się z nią stowarzyszać - konfidentów k***a przyjmuje się od zaplecza, nie zaś wpuszcza na salony! Aczkolwiek hołdowanie obecnie rządzących anachronicznym już w polskich warunach mitom ''macierzyńskiej miłości'', a przeto ich uparte obstawanie przeciwko zaprowadzeniu poboru także dla kobiet, będzie prawdopodobnie jednym z głównym czynników, jakie przesądzą o utracie władzy przez PiS. Amerykanie przeczuwają to zapewne, stąd bronią TVN-u jak niepodległości hodując na następców Czaskusia i Hołownię, którzy jak przystało na zadeklarowanych feministów zagonią w końcu baby do woja. Zresztą Szymuś ma już żołnierkę za żonę, która jakby co ocali dupsko swego mazgaja przed chutliwym kacapem, deklaratywnie tylko ''konserwatywnym obyczajowo'' niczym więzienny cwel Prigożin. Tak czy owak, ryzykując miano ''ruskiego agenta'' zdecydowałem się jednak przywołać niniejszym na prawie cytatu obszerne fragmenty rozprawy Puppincka, co oczywiście nie zastąpi lektury całości. Trudno bowiem rozpatrując rzecz trzeźwo odmówić mu racji, gdy pisze co następuje:

''Nadal żyjemy ideałami XVIII-wiecznymi, demokracją i wolnością jednostki, chociaż w rzeczywistości pociąga nas już inna rzeczywistość społeczna. Demokracja i wolność jednostki są bowiem przestarzałe ze względu na swoje zbytnie ucieleśnienie. Demokracja jest panowaniem ilości, mas. Rządy zmierzają natomiast w kierunku postdemokratycznym, powierzamy je ekspertom lub mędrcom. Chodzi o powrót do klerykalizmu, ale już w służbie innej doktryny. Podobnie jak dawne duchowieństwo, także i nowe posiada dwojakie kompetencje: techniczne i doktrynalne. Postępowa ideologia zastąpiła po prostu teologię, reszta się nie zmieniła. Można nawet powiedzieć, że społeczeństwo powraca pokojowo do funkcjonowania przeddemokratycznego; być może tak jest zresztą lepiej. Lud stał się na nowo jednym wielkim podmiotem tego samego przedsięwzięcia i tej samej władzy. [...] Mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją: jednostki tracą na swojej niezależności, o ile zyskują nowe zdolności, ponieważ to dzięki zbiorowym strukturom jednostka może istnieć poza sobą samą. [...] Uświadamia sobie zatem, że nie może nic zrobić samodzielnie i że jej przetrwanie, podobnie jak dążenie do przekroczenia własnych granic, zależy niezbędnie od trzeciej istoty. Jakiej? Widzimy jak owa istota rozprzestrzenia się zdobywając coraz większą władzę każdego dnia. Jest ona dziełem ludzkiej inteligencji, ale dąży do jej przekroczenia i objęcia swoim zasięgiem całego naszego życia pochłaniając nas. Indywidualizm wymaga zastąpienia naturalnej solidarności i nierówności rzekomo egalitarnymi sztucznymi powiązaniami łączącymi nas z państwem i przedsiębiorstwami. Jak zauważa Marcel Gauchet, ,,im bardziej pogłębia się prawo ludzi do definiowania własnego społeczeństwa i im bardziej wzrasta organizujący wpływ biurokratycznego państwa pod pozorem umożliwienia im korzystania z tego prawa, tym bardziej w rzeczywistości odbiera się im tę zdolność''. Oczywiście indywidualizm pociąga za sobą niezbędną i nieuniknioną konsekwencję, polegającą na wzmocnieniu roli państwa, które jest odpowiedzialne za narzucenie współistnienia jednostek. Wpływ ten jednak nie ogranicza się już do działania państwa jak w czasach totalitaryzmu; jest on obecnie dziełem złożonej sieci łączącej służby publiczne i prywatne, administrację rządową i władze lokalne oraz przedsiębiorstwa handlowe. W ten sposób rozkład społeczeństwa organicznego opartego na ciele i ziemi ustępuje miejsca nowemu społeczeństwu, które tworzy się na nowo pod wpływem wspólnych aspiracji do bardziej rozwiniętego trybu życia. Ten sposób istnienia jest kolektywny. Zatem w wyniku pozornego paradoksu im bardziej jednostki indywidualizują się, im bardziej integrują z nowym społeczeństwem, tym mniej są niezależne. Jest tego kilka przyczyn: po pierwsze ze względu na potrzebę przetrwania, ponieważ jednostka nie może sama nic zrobić - samą wolą nic nie zdziała - ale także ze względu na chęć większej indywidualizacji, ponieważ jest to społeczeństwo usługowe, które zapewnia środki do egocentrycznego życia poprzez zmniejszenie zależności od innych cielesnych istot. Zatem im bardziej społeczeństwo jest indywidualistyczne, tym bardziej jest totalitarne, ale w sposób korzystny i pożądany, jako przedłużenie państwa opiekuńczego. W Szwecji, kraju znajdującym się w czołówce indywidualizmu, większość zabiegów zapłodnienia metodami wspomaganego rozrodu jest wykonywana dla samotnych heteroseksualnych kobiet, które nie chcą być obarczone posiadaniem męża oraz dla mężczyzn, jacy pragną przekazać swe geny bez konieczności pełnienia roli ojca. Państwo i przedsiębiorstwa oferujące techniki wspomaganego rozrodu współpracują ze sobą, aby ułatwić obywatelom życie egoistyczne i samotne. Poszukiwanie autonomii prowadzi zatem do wyobcowania. Jest to możliwe, ponieważ jednostki umieszczają swoje aspiracje wyłącznie na płaszczyźnie ducha-umysłu [woli, pragnienia], znajdują w społeczeństwie usługowym środki do ich realizacji i powierzają mu kwestie techniczne. Postmodernistyczna jednostka jest więc całkowicie wyobcowana, ale jej moc jest większa: może wiedzieć, posiadać i przemieszczać się więcej, dłużej przy tym żyjąc. Jej moc wzrasta wprost proporcjonalnie do jej integracji z matrycą społeczną. Za każdy przyrost władzy płaci się utratą niezależności. Za pomocą numeru konta lub adresu IP można uzyskać dostęp do władzy. Władzy, jakiej owa jednostka nie kontroluje, ale może się nią cieszyć jako zniewolony konsument. Wybór między niezależnością a władzą: mierzymy się z technologiami za każdym razem, gdy musimy wyrazić zgodę na skanowanie, identyfikację, geolokalizację itp. aby uzyskać dostęp do nowych funkcji, nowej usługi. Jednostka jest naga, a co więcej jest stale wystawiana na widok publiczny, szczególnie w Internecie; jej życie prywatne, jej upodobania, jej intymność zostały prawie całkowicie odarte z tajemnicy; są one rejestrowane, analizowane, monetyzowane, a czasem także potępiane. Podczas gdy królestwo naszego życia prywatnego jest najeżdżane i redukowane przez inwazję nowych technologii, postmodernistyczna jednostka jest dumna z ''rekompensaty'' - posiadania na co dzień większej autonomii. Wydaje się zatem, iż współczesne poszukiwanie wolności w znaczeniu autonomii nie dąży do niezależności, lecz do władzy. Wyzwolenie z determinizmu nie jest celem samym w sobie, lecz warunkiem wstępnym panowania jednostki. Wszakże ta władza nad naturą nie jest sprawiedliwie rozdzielona między wszystkich; w rzeczywistości, jak to dostrzegł już Clive S. Lewis, ,,jest to władza sprawowana przez nielicznych nad innymi ludźmi, przy czym natura jest jedynie narzędziem''. Rzeczywiście, podczas gdy nowe technologie zwielokrotniły władzę człowieka nad naturą, skoncentrowały ją także w rękach kilkuset osób dominujących nad miliardami bytów ludzkich. Tymczasem jeszcze nie tak dawno temu większość rodzin żyła niemalże w autarkii, z dala od władzy państwa i przedsiębiorstw handlowych. Narasta utrata niezależności jednostek; podejmowany aktualnie ogromny wysiłek digitalizacji świata zmierza do zintegrowania wszystkich naszych poczynań w jedną całość. Niczym pan, który stał się niewolnikiem, przekraczanie zdolności ludzkiej inteligencji przez sztuczną inteligencję doprowadzi nas wreszcie do uzależnienia od systemu obejmującego całą naszą egzystencję:  do ''społeczeństwa robotów'', które przepowiadał Georges Bernanos. Ludzie tacy jak Bill Gates, Elon Musk, brytyjski astrofizyk Stephen Hawking i dyrektor ds. inżynierii w Google Ray Kurzweil uważają, że sztuczna inteligencja może położyć kres ludzkości, jaką znamy i to w ciągu zaledwie kilku dekad. Bezcielesna jednostka jest doskonale przygotowana do bycia wchłoniętą w wirtualną rzeczywistość; jest ona jej dziełem stworzoną na jej obraz, niczym odbicie Narcyza. Człowiek może wyjść z tej zależności tylko za cenę radykalnej reinkarnacji [ sięgającej aż do korzeni ], powrotu do materii - do ciała i ziemi - i wyrzeczenia się części władzy. Dla chrześcijan to ponowne przywłaszczenie ciała jako elementu składowego naszej naturalnej tożsamości jest ułatwione przez kontemplację wcielenia Słowa w Jezusie Chrystusie i w Eucharystii. W przypadku braku takiej reinkarnacji konieczne będzie zaakceptowanie tej zależności, mając nadzieję do czego namawia nas Teilhard de Chardin, że globalne zjednoczenie sumień wyniesie ludzkość do doskonalszej duchowości i doprowadzi ją do tego, co nazywa ''punktem omega'': chodzi o ''Uniwersalnego'' lub ''Kosmicznego Chrystusa'', ostateczny cel przeznaczenia ewolucji. Jednakże nic mniej pewnego! Wymagałoby to, aby społeczeństwo zmierzało ku miłosierdziu. Jednostka nie ma już naprawdę niezależnego istnienia. W miarę jak się wynaturza, traci ona zdolność do zaspokajania podstawowych potrzeb i musi uciekać się do społeczności, aby je zaspokoić, a nawet by uświadomić sobie, że w ogóle istnieje.'' 

- dodać wypada, iż ów ''powrót do ciała i ziemi'' stał się już losem tysięcy żołnierzy obu stron walczących na Ukrainie, oraz cywilów zamordowanych przez kacapów i pogrzebanych w zbiorowych mogiłach... Zarazem wojna ta, choć towarzyszące jej cierpienie i śmierć są jak najbardziej realne, posiada o tyle nierzeczywisty charakter, iż formalnie nosi tylko enigmatyczny status ''specoperacji'' nadany jej przez rosyjskiego agresora. Czyni ją to iście postmodernistycznym konfliktem nowego typu, o programowo niejasnej i chaotycznej specyfice, równie zakłamanym co fasadowe chrześcijaństwo Moskali i ich ''konserwatyzm obyczajowy''. Wszakże dezinformacja aby nabrać wiarygodności musi zawierać sporą dozę prawdy, stąd jest wiele racji w tym co na temat zagrożeń dla ludzkości stwarzanych przez transhumanizm prawią tuby propagandowe Kremla. Paradoksalnie jeśli tego nie przyznamy, nie uodpornimy się na ich oddziaływanie, dlatego lepszą taktyką zwalczania jest uporczywe pytanie w czym to niby Rosja stanowi ''alternatywę'' pod tym względem? Bo tylko skończony dureń nie widzi, iż poza ordynarną ''maskirowką'' i bełkotem Dugina niczego nie może przeciwstawić owemu ''postczłowieczeństwu'' - albo zaślepiony ideologicznie fanatyk, jakim być może jest cytowany tu francuski prawnik. Niemniej mając powyższe na uwadze, powróćmy do jego wywodów:

''Po odrzuceniu natury przychodzi czas na jej transformację i dominację nad nią poprzez technikę aż do momentu wykroczenia poza jakąkolwiek naturalną moralność: transhumanizm. Ten ostatni nie atakuje bezpośrednio moralności ani tradycji, jak czynił to libertariański indywidualizm. Zamierza wykorzystać technologie, aby działać proaktywnie, bezpośrednio na rzeczywistość fizyczną. Nie chodzi tylko o uwolnienie indywidualnych pomysłów i zachowań od norm naturalnych i kulturowych, ale także o zmianę samej natury. Transhumanizm postrzega ciało jako materiał i jest ideologią, która podobnie jak scjentyzm z którego się wywodzi nie powinna być mylona z nauką: jest to prometejski scjentyzm wyposażony w nowe technologie. Prorocy transhumanizmu obiecują transformację ludzkości poprzez odwrót śmierci i choroby, poprawę zdolności fizycznych i poznawczych, hybrydyzację człowieka z maszyną. W ten sposób człowiek może przekroczyć granice samego siebie, uwolnić się od otrzymanej natury i - niczym motyl wyłaniający się z kokonu - stać się postludzki. To dążenie jest ostatecznym rozwinięciem dualistycznej koncepcji człowieka, który przeciwstawiając ducha-umysł ciału wierzy, że tenże duch-umysł jest w stanie przekroczyć każdą rzeczywistość i że właśnie w tej transcendencji tkwi wolność i godność jednostki. Transhumanizm jest koncepcją transcendentną, a więc oderwaną od człowieka. Dążenie to zostało po raz pierwszy potwierdzone w indywidualizmie poprzez sprzeciw wobec naturalności ciała i historycznej kultury, przy afirmacji opisanych już swobód nihilistycznych. W chwili obecnej transhumanizm dąży do tego, by wydać owoc poprzez transformację człowieka w istotę samogenerującą się, tzn. poprzez dokonanie ponownego stworzenia. [...] Zatem po spełnieniu celu ochrony osoby ludzkiej, a następnie przez wyzwolenie jednostki, prawa człowieka obierają za cel ulepszenie ludzkości. Tę ideę należy rozumieć w szerokim znaczeniu, jako wzrost władzy człowieka nad sobą samym, z którego powinna wynikać poprawa jego stanu. Nowa generacja praw będzie realizować ten cel: prawa do spełniania pragnień poza naturą. Pragnienia te będą się mnożyć w miarę jak technologie będą coraz bardziej zwiększać swoją władzę [ można by rzec: spełnione ''władztwo Techniki'', o jakim prawił Heidegger - przyp. mój ]. Transhumanizm jest już wpisany w prawa człowieka: jego zasady są już zaszczepione i czekają tylko na sprzyjające okoliczności, aby wykorzystać całą swą moc transformacji człowieka. Transhumanizm nie jest niezgodny z prawami człowieka: jest ich indywidualistycznym i technicznym przedłużeniem, a nawet spełnieniem ponieważ oferuje tym prawom środki techniczne do spełnienia sformułowanej w XVIII wieku obietnicy powszechnego szczęścia. Transhumanizm jest w rzeczywistości przeciwny jedynie osobowej, wcielonej wersji praw człowieka, ale nie ich wersji obywatelskiej z 1789 roku, która już zapowiadała abstrakcyjną wizję bezcielesnej jednostki. W zasadzie wspieranie się prawami człowieka w celu chronienia ludzi przed niebezpieczeństwami transhumanizmu jest bezcelowe. Przeciwnie, prawa te przyczyniają się do jego realizacji. [...] Transhumanizm wpisuje się w prąd myśli materialistycznej, ewolucjonistycznej i ateistycznej, który dominował w Europie od końca XIX wieku do II wojny światowej - jest jego bezpośrednim przedłużeniem. Ma on na celu racjonalną kontrolę mechanizmów ewolucji, tak aby ta ostatnia była mniej zależna od przypadku i czasu trwania, oraz aby była zgodna z ludzkimi pragnieniami. Koncepcja została opracowana przez dwóch naukowców zajmujących się ewolucją, jezuitę Pierre'a Teilharda de Chardina i wolnego myśliciela Juliana Huxleya. O ile pojęcie transhumanizmu jest wciąż stosunkowo nowe, to wyrażane w nim postępowe dążenie jest zakotwiczone w nowoczesności, będąc jedną z jej sił napędowych. [...] Teilhard de Chardin w Przyszłości ludzkości [ 1951 ] mówi o tym samym. Jako pierwszy użył pojęcia ''transludzkości'', aby wyznaczyć szersze horyzonty technologiczne dla człowieka swoich marzeń. Dla tego jezuity człowiek musi ,,wyrosnąć i osiągnąć pełnię rozwoju biologicznego'', wypełnić wszelkie ,,tajne polecenia Biogenezy'', aby uzyskać dostęp do ,,ewolucji drugiego typu'', dzięki której mógłby ,,osiągnąć poziom nad- lub przynajmniej ultra-człowieka''. Jeśli chodzi o Juliana Huxleya, to rozdziałem poświęconym transhumanizmowi zamyka on swoją pracę pt. Religia bez objawienia. Oświadcza w nim, że: ,,rasa ludzka, jeśli tylko zechce, prześcignie samą siebie [...]. Potrzebujemy nazwy dla tej nowej wiary. Być może odpowiedni byłby transhumanizm: człowiek pozostający człowiekiem, ale przekraczający siebie poprzez uświadomienie sobie nowych możliwości swej natury''. Huxley jako wolny myśliciel gnostycki jest zasadniczo antyteistą. W przeciwieństwie do Teilharda, którego skądinąd bardzo szanował, nie chciał wierzyć w siłę wobec natury zewnętrzną, która utrzymywałaby ją i prowadziłaby jej ewolucję; nie wierzy też, że ewolucja ma z góry ustalony cel, ale ufa, że ,,ostatecznym przeznaczeniem człowieka jest kierowanie procesem ewolucji i wzniesienie go na nowe wyżyny poprzez uświadomienie sobie nowych możliwości poprawy jakości ludzkiego istnienia''. ,,Wierzę w transhumanizm'' mówi w ostatecznym wyznaniu wiary, ,,gdy tylko wiele osób potwierdza z przekonaniem, że rasa ludzka jest na progu nowej formy życia tak różnej od naszego, jak różni się nasza egzystencja od tej człowieka z Pekinu. W ten sposób świadomie spełni swoje przeznaczenie''. Możemy mnożyć takie cytaty, zapożyczone z typowo XIX-wiecznego prądu prometejskiego mistycyzmu i pochodzące od pisarzy zafascynowanych wizją władzy, którą człowiek miałby posiadać nad sobą samym. W przeważającej mierze obecni myśliciele transhumanizmu powtarzają ten już przestarzały dyskurs, z tą wszakże różnicą, że nie jest to już science fiction. To co wydawało się szalone sto lat temu, jest teraz rzeczywistością. [...] Transseksualizm staje się również przejawem transhumanizmu, gdy przedstawia się jako wolność a nie patologia, jest to ''wolność morfologiczna'', której wspólnie domagają się aktywiści LGBTQ+ i transhumaniści. W rzeczywistości prąd LGBTQ+ stoi na czele transhumanizmu, ponieważ jego podstawowym założeniem jest ideał wolności cielesnej. Każdy postęp jednego służy drugiemu. [...] Dlatego właśnie transseksualizm stał się głównym problemem politycznym, którego znaczenie jest nieproporcjonalne do liczby osób nim dotkniętych. To również łom czy też klin, mający na celu rozdzielenie siłą już nie tyle prokreacji od seksualności, co indywidualnej tożsamości od ciała. Jeśli uznaje się, że transseksualizm nie jest już patologią, to przyjmuje się wówczas, że jednostka nie jest już determinowana przez swą cielesność i może samodzielnie, ,,sztucznie'' określić samą siebie. W ten sposób transseksualizm otwiera drogę do transhumanizmu, oddzielając tożsamość osób od ich ciała, uwalniając je od ich własnej cielesności. Jeśli zmiana płci stanie się normalna, wiele innych zmian również będzie wydawać się normalnymi

To niesamowite z jaką łatwością ludzie przyswajają i naturalizują sztuczność, jak bardzo wirtualny świat nowych technologii wydaje się człowiekowi naturalny, jak szybko i łatwo go wchłania. Jednostka żyje w symbiozie z maszyną, a hybrydyzacja fizyczna już się rozpoczęła. Jeśli nowe technologie są tak łatwo przyswajalne przez jednostkę to dlatego, że stanowią obietnicę ideału: ideału czystej mocy i inteligencji. Człowiek tworzy je na swój obraz, lecz daje im więcej mocy niż sam posiada. To właśnie ku temu anielskiemu ideałowi prowadzi cały ruch dematerializacji jednostki. Poprzez technikę człowiek dąży do afirmacji niejako poza swoim zasięgiem, do transcendencji własnego ducha. Wynosi swą godność do wyższej rangi, zamieniając godność stworzenia na godność stwórcy. Dziś nie jest to już kwestia tego, czy integralność fizyczna osoby lub zarodka może zostać naruszona; chodzi o integralność całego gatunku ludzkiego. Rzeczywiście trwają badania, również w Europie, mające na celu wprowadzenie dziedzicznych modyfikacji genetycznych i hybrydyzację człowieka z maszyną. Nadchodząca rewolucja wydaje się tytaniczna.  Dla porównania, niedawne narodziny w Wlk. Brytanii dzieci poczętych z kodem genetycznym pochodzącym od trzech dorosłych osób wydają się nie być niczym nadzwyczajnym. Docelowo po naturze ludzkiej także kategoria naturalnego gatunku ludzkiego może zostać przekroczona. Zasadnicze rozróżnienie między ludźmi a rzeczami wprowadzone przez prawo rzymskie traci swoją przejrzystość: gdzie należy umieścić ludzki embrion, ciało pozbawione życia, a gdzie inteligentnego i autonomicznego robota? W obliczu wzrostu sztucznej inteligencji Parlament Europejski zalecił 16 lutego 2017 roku ustalenie specjalnego statusu prawnego dla robotów. Zasadnicza różnica między gatunkiem ludzkim a zwierzętami również jest kwestionowana przez rosnącą liczbę zwolenników antyspecyzmu [ anty-gatunkowości ], zgodnie z tradycją materialistów, którzy poczynając od Juliena Offraya de La Mettriego - XVIII-wiecznego filozofa materialistycznego - przez Ernsta Haeckla aż po Huxleya uważają za możliwe nauczenie małp ludzkiej mowy, skoro i człowiek potrafił ją przyswoić w procesie rozwoju. Po wymazaniu Boga Stwórcy nadszedł czas, aby swoją spójność straciła natura. Nie daje już ona człowiekowi stabilnej rzeczywistości, na której można oprzeć i zbudować swój osąd. [...] Człowiek świata zachodniego odrzuca obraz stworzenia, który dają mu Bóg i natura. Odrzuca także słabość i własne ograniczenia. Społeczeństwo nie wierzy już w przyjmowanie ludzi takimi jacy są, po to by włączyć ich w swoje ramy, lecz obmyśla raczej ich wytwarzanie. A zatem społeczeństwo wytwarza ludzi przez ich definiowanie, ale również fabrykowanie ich fizyczności. Prokreacja staje się coraz bardziej sztuczna, z inicjatywy i pod kontrolą społeczeństwa i przedsiębiorstw handlowych. Jak możemy wówczas poznać kim jest człowiek i dostosować jego definicję do nowych technologii? To właśnie tutaj prawa człowieka znajdują nową użyteczność społeczną, w przeciwieństwie do ich koncepcji z 1948 roku, stając się instrumentem redefinicji człowieka. [...] Poza represjami społeczeństwo wywiera presję w celu krótko mówiąc zredukowania osób do kategorii jednostek. Koncentruje się na ideach, zastosowaniu społecznym i na zachowaniach. Przykłady takiej polityki obejmują promocję seksualności LGBTQ+, ułatwianie rozwodów i aborcji, a także badania przesiewowe i niemal rutynową prenatalną eliminację dzieci z wadami rozwojowymi. Tę presję wywieraną na ogół społeczeństwa uzupełniają represje wobec konkretnych osób i instytucji, jak chociażby w przypadku lekarza, który przyjął na świat niepełnosprawne dziecko lub brytyjskich chrześcijańskich agencji adopcyjnych, zmuszonych do zaprzestania działalności po odmowie powierzania dzieci parom tej samej płci. Nazywanie tego systemu totalitarnym nie jest przesadą, ponieważ narzuca on poszanowanie dla moralności, której treść sam określa. Istotnie, uzyskawszy moc definiowania kim jest człowiek, prawa człowieka nabyły również moc determinowania z góry moralności, ponieważ to właśnie definicja człowieka określa moralność. Innymi słowy, nabywszy moc definiowania natury prawo sytuuje się przed moralnością, jeśli chodzi o kolejność osądu: jest ono wówczas w stanie uwarunkować moralność poprzez ustalenie społecznej obiektywności faktów, na podstawie których każdy może dokonywać swojego osądu. Owa moc warunkowania moralności jest bezpośrednią konsekwencją odwrócenia opisanej wyżej logiki praw człowieka. Przypomnijmy krótko, ponieważ jest to ważne: prawa człowieka ustanawiają [ wiążącą ] korelację między człowiekiem a jego prawami. W 1948 roku to natura ludzka określała te prawa. Obecnie, wbrew ludzkiej naturze, to prawa określają człowieka. Określają zarówno przedmiot, jak i treść uprawnień. W ten sposób mogą potwierdzić, że 9-miesięczny płód nie ma prawa do życia ponieważ nie jest człowiekiem; że dziecko może mieć dwie matki ponieważ nie potrzebuje ojca i matki;  że osoba może zmienić płeć ponieważ jest ona kwestią kulturową itd. Definicja rzeczywistości społecznej [ drugiej rzeczywistości ] poprzedza i warunkuje moralność. A zatem, potwierdzając nowe uprawnienia prawa człowieka oznaczają transformację rzeczywistości; zaś przedefiniowując rzeczywistość prawa człowieka implikują nową moralność z której wypływają nowe prawa. Jakikolwiek sprzeciw wobec nowego prawa implikuje zatem zaprzeczenie rzeczywistości z której rzekomo wypływa. Dokładniej rzecz ujmując demaskuje on faktyczność tej drugiej rzeczywistości. Dla jej przeciwników uczestnictwo w niej byłoby życiem w kłamstwie; odmowa jej uznania jest przypomnieniem o realizmie. [...] Z indywidualistycznego punktu widzenia im bardziej antynaturalne tj. sprzeczne z naturą ludzką jest dane prawo, tym bardziej postrzegane jako wzniosły przejaw ludzkiej wolności i tym bardziej wzrasta jego pozycja w nowej hierarchii praw. Nowe prawa stają się zatem nad-prawami, ponieważ są prawami nadludzkimi: wywyższają jednostkę w jej zdolności do zniewolenia natury. Wszystkie prawa mówiące o stosunku do życia ludzkiego [ aborcja, eutanazja, wspomagane techniki rozrodu, eugenika itp. ] są postrzegane jako zwycięstwo ludzkiego ducha i umysłu, ponieważ są one sposobem na zwiększenie naszej władzy nad naturą, a zatem na wywyższenie bezcielesnej godności ludzkiej. Działa to również w drugą stronę: proste prawa naturalne - poszanowanie życia, sumienia, praw rodzicielskich, wychowania przez rodziców - są umniejszane, mniej chronione, ponieważ wynikają z rzekomo bardziej ''prymitywnej'', mniej godnej koncepcji człowieka. Realizacja ideału wyzwolenia jednostki wymaga represji wobec tych, którzy nie podzielają tego ideału, ponieważ jest on kolektywny. Czyż nie jest przerażające, że od czasu Olimpu niektórzy obstają przy cielesności i zakorzenieniu w glinie, odmawiając sobie wejścia do królestwa jednostki i cieszenia się wreszcie większą swobodą?!''

- dopiero w kontekście transhumanistycznej przemiany ''praw nadczłowieka'' nabiera wagi i znaczenia histeria wokół rzekomego braku ''praworządności'' w Polsce pod rządami PiS. Nie jest to bynajmniej li tylko zbiorowy obłęd garstki fanatycznych KODerastów, ni objaw jakoby typowo polskiego ''rokoszu'' sędziowskiego, jak utrzymuje Ziemkiewicz. Tymczasem rzecz w tym, iż dla wyznawców omawianej tu globalistycznej herezji ''postczłowieczyzmu'':

''Naród nie ma już ostatniego słowa, a polityczna forma państwa narodowego została zastąpiona idealistyczną koncepcją demokracji opartą, zgodnie ze statutem Rady Europy, na ''zasadach wolności osobistej, swobód politycznych i praworządności''. Owa idea demokracji miałaby być ''jedynym reżimem zgodnym z konwencją'', i to właśnie w odniesieniu do poszanowania tego ideału oceniane jest w praktyce postępowanie państw przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, który sprawdza czy naruszenia indywidualnych praw i wolności były lub nie ''konieczne w demokratycznym społeczeństwie''. To pojęcie ''społeczeństwa demokratycznego'' jest ostatecznym kryterium cnoty politycznej. Owa demokracja nie przypomina już tej z XVIII wieku: nie spoczywa już na suwerenności narodu i nie ma już na celu ,,rządu narodu, poprzez naród i dla narodu'' [Lincoln]. Opiera się na poszanowaniu wartości do których dąży. Wartości owe Trybunał uznaje za ,,leżące u podstaw konwencji'' i zalicza do nich pluralizm, tolerancję, ducha otwartości czy też równość. Są one przedstawione jako wartość sama w sobie, jako oczywistość, której nikt nie odważyłby się kwestionować. Taka jest istota - całkowicie liberalna - współczesnej demokracji. I odwrotnie, pojęcia jakie były źródłami politycznej legitymacji demokracji, takie jak wola ogółu, naród czy suwerenność, nie są już używane - uznano je za przestarzałe. Filozofia praw człowieka nie widzi w nich podstaw do legalności. Zamiast nich Europejski Trybunał woli stosować pojęcia ludności, opinii, sentymentu lub poparcia, które są pozbawione jakiejkolwiek wartości politycznej. Nienaruszalne niegdyś kryterium woli ogółu stało się podejrzane ze względu na jego skłonność do narzucania mniejszościom rządów większości i odchodzenia od ''wartości demokratycznych''. Suwerenność narodu jest ograniczana, aby zapewnić, że wola większości nie będzie narzucana mniejszościom. Trybunał stwierdził zatem, że ''demokracja nie sprowadza się do stałej dominacji opinii większości, ale daje równowagę, która zapewnia sprawiedliwe traktowanie mniejszości i pozwala uniknąć nadużywania pozycji dominującej''. Prawa i swobody mniejszości muszą być chronione przed większością. Oczywiście Trybunał przyznaje, że ''odczucia większości mogą odegrać ważną rolę'', ale natychmiast dodaje: ,,Istnieje jednak istotna różnica między poddaniem się opinii większości w kwestii rozszerzenia wolności gwarantowanych przez konwencję a sytuacją w której chce ona te wolności ograniczyć''. Innymi słowy Trybunał wyjaśnia, że zdanie ogółu jest do przyjęcia tylko wtedy, gdy zgadza się z jego własnym. Z tego powodu uzasadnia, że ,,zawsze odmawiał poparcia polityk i decyzji, które ucieleśniają uprzedzenia większości heteroseksualnej wobec mniejszości homoseksualnej'', co zresztą nie jest do końca prawdą. Do lat 70-ych XX wieku dawna Komisja Praw Człowieka uznawała skargi podważające zakaz homoseksualizmu za niespełniające wymogów formalnych, gdyż jawiły się one jako ewidentnie nieuzasadnione. To właśnie z tego podejścia wywodzi się założenie Trybunału, że manifestacja większościowej religii ''bez ograniczeń miejsca i formy, może stanowić presję'' na tych, którzy jej nie praktykują. Wola większości jest również podejrzana, ponieważ ma niefortunną tendencję do porzucania wartości demokratycznych. Również w tym przypadku do władz międzynarodowych należy zagwarantowanie prymatu uniwersalnych wartości nad siłą partykularyzmu, to znaczy prymatu mądrości nad polityką zgodnie z marzeniem Platona o powierzeniu władzy filozofom. Jest to filozoficzna lub ideologiczna kontrola nad wynikiem z urny wyborczej; sprawowana zarówno podczas mianowania, jak i wykonywania władzy ustawodawczej. [...] Europejski Trybunał Praw Człowieka realizuje zatem w pełni funkcję balustrady zabezpieczającej przed większością, jaka została mu powierzona po II wojnie światowej. W ten sposób aktywnie uczestniczy w ,,formie demokratycznego zarządzania, która szanuje prawa człowieka, ale jest oderwana od wszelkich zbiorowych uchwał'', niczym czysta demokracja oderwana od rzeczywistego ludu, ,,kratos pozbawiona demos''. Gdy zapewnia się, że poznano prawdę polityczną, jak to ma miejsce w tym przypadku, wolność polityczna wydaje się nie tylko przestarzała, ale wręcz niebezpieczna. Oto dlaczego prawdziwa władza została powierzona cnotliwej i oświeconej elicie, a nie przedstawicielom ludu. [...] Prawnicy przywiązani do prawnej - a nie moralnej - koncepcji prawa uważają, że propagowanie cnoty powinno zatrzymywać się tam, gdzie wchodzi w grę poszanowanie litery traktatów i woli państw. Jednakże oznacza to, że cnota po raz kolejny musiałaby ustąpić przed siłą. Tymczasem całą ambicją powojennego systemu jest zmierzanie w przeciwnym kierunku: system dąży do uwolnienia się od krajowego porządku prawnego i politycznego, aby ogłosić się jedynym powszechnym porządkiem moralnym, niezależnym od żadnej innej władzy. Ambicja ta ma na celu skorygowanie początkowej wady traktatów dotyczących praw człowieka, których moralna treść ma wartość nadrzędną wobec ich prawnej formy. Podczas gdy prawa człowieka są uniwersalne i moralne, traktaty są wyłącznie prawne i polityczne. Wada ta powoduje, że system praw człowieka jest podatny na wstrząsy polityki krajowej. Ideał praw człowieka dążący do tego, aby stać się uniwersalną moralnością wolną od polityki narodowej, musi zmierzyć się z paradoksem niemożności realizacji bez naruszenia praworządności, jaką przecież zamierza ustanowić. Wymaga zatem formy ponadpaństwowego zamachu stanu, która umożliwiłaby zastąpienie prawomocnych norm. [...]

Europejski Trybunał Praw Człowieka nie działa sam. Jest to ważny element stale zacieśniającej się sieci instytucji, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, których zadaniem jest rozwijanie moralności nowego świata i narzucanie jej poszanowania. Sieć ta składa się z całego szeregu organów, które jakkolwiek różnią się pod względem instytucjonalnym, to mają wspólne cechy moralne. Zacznijmy od początku: na dole drabiny znajduje się ,,jazda lekka''. Składają się na nią liczni rzecznicy praw obywatelskich, komisarze ds. praw człowieka, specjalni sprawozdawcy, ambasadorzy lub wybitne osobistości, którym powierzono zadanie bycia apostołami wolności lub choćby jednej ze swobód. Odwiedzają oni dane państwa w celu głoszenia tam swojej wizji dobra, a następnie publikują raporty i rekomendacje. Następnie na wyższych szczeblach drabiny znajdują się liczne komitety ekspertów i grupy robocze, odpowiedzialne za wydawanie opinii i zaleceń w swoim zakresie tematycznym; mają więcej autorytetu niż władzy. Wreszcie na samym szczycie drabiny mamy quasi-jurysdykcje i sądy, takie jak komitety Narodów Zjednoczonych i Europejski Trybunał Praw Człowieka, odpowiedzialne za ocenę i ewaluację działań rządów krajowych. Wszystkie te organy działają w zgrany sposób, starając się mówić jednym głosem. Inspirując się nawzajem i wzajemnie się wzmacniając, wypracowują jednolite standardy. W ten sposób poprzez nieformalny dialog Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka podąża za przykładem swojego europejskiego brata, który często czerpie inspirację z Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych i ONZ, jakie z kolei inspirują się Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, którego orzeczenia stają się wiążące dla państw członkowskich. W tej orkiestrze każda instytucja, w zależności od okoliczności, może nadać ton i narzucić tempo. Owa globalna sieć zapewnia w miarę możliwości ogólnoświatowe zarządzanie moralne na wzór organów zarządzania finansowego, z którymi dzieli liberalną doksę. Sieć ta posiada zdolność wprowadzania nowych norm prawa międzynarodowego, nie licząc się z wolą państw, a nawet działając wbrew nim. Rzeczywiście proste, niewiążące deklaracje lub zalecenia, nieśmiało sformułowane przez organy w większości nieznane szerszej publiczności, stanowią normy odniesienia ,,miękkiego prawa'' [ soft law ], które można następnie stopniowo wzmocnić poprzez ich powtarzanie, zanim zostaną uznane przez organy wiążące. [...] To samo dotyczy promocji ,,praw osób LGBT'', dla których przełom nastąpił podczas nieformalnego, ale odbytego na wysokim szczeblu spotkania w Jogjakarcie w Indonezji listopadem 2006 roku. Wówczas wysocy urzędnicy ONZ, pracownicy naukowi i przedstawiciele organizacji pozarządowych twórczo zdefiniowali ,,zastosowanie międzynarodowej legislacji praw człowieka w kwestiach orientacji seksualnej i tożsamości płciowej''. Ustanowili całą serię ,,zasad'', znanych jako zasady Jogjakarty, które później posłużyły jako punkt odniesienia dla sprawnego i szerokiego ruchu legislacyjnego, mającego na celu uznanie praw osób LGBT na całym świecie. Spotkania te odbywały się ,,na marginesie'' i wyprzedzająco, poza oficjalną drogą dyplomatyczną. Nie było żadnych przedstawicieli rządów, nie bez powodu: celem owych spotkań było bowiem wywarcie na nich wpływu, przymuszenie ich do zaakceptowania i poszanowania nowej ogólnoświatowej moralności. Niewiele rządów ma wolę i zdolność do stawiania takiej strategii oporu, przede wszystkim z powodu braku alternatywnej wizji, a także dlatego, że system wyborczy rzadko daje im wystarczająco dużo czasu na reakcję. Instancje ponadnarodowe pozostają niezmienne, podczas gdy rządy przemijają [ nie w Rosji, chociaż... - przyp. mój ]. [...] Odniesienia do postępu, ,,ewolucji społeczeństwa'' lub ,,pojawiających się zmian'' pozwalają Trybunałowi ocenić teraźniejszość w imię pożądanej przyszłości. Ta władza jest legalna tylko w formie; ma raczej proroczy charakter. Mówienie o sprawiedliwości lub niesprawiedliwości nie ma już sensu, jeśli to co zostało przyjęte wczoraj, nie jest już takie samo w oczach tego samego Trybunału i na podstawie tej samej konwencji. Z progresywnego punktu widzenia głównym kryterium sprawiedliwości nie jest już poszanowanie prawa, ale kryterium rzekomego ruchu historycznego, który życzyłby sobie, aby rozwiązanie bardziej ,,zaawansowane'' w kwestii społecznej było równoznaczne z rozwiązaniem najlepszym. ,,Sprawiedliwość'' jest zatem względna, zaprzecza sobie i jest nieustannie przekraczana w procesie dialektycznym. Każda decyzja jest przełomem, który za chwilę prześcigną nowe postępy, ale każdy postęp wymaga potępienia niewinnego, ponieważ karze on z mocą wsteczną za czyny popełnione z poszanowaniem poprzedniego prawa w czasie jego obowiązywania. Trybunał przyznaje, że odwrócenie jego orzecznictwa nie jest, jak mówi ,,w interesie pewności prawnej, przewidywalności prawa i równości wobec niego'', ale mimo to uznaje je za konieczne dla zachowania ,,dynamicznego i ewolucyjnego podejścia''. Jednakże sprzeczności między kolejnymi decyzjami dostrzegają tylko ci, którzy zachowują ponadczasową koncepcję sprawiedliwości opartą na bezstronności; ale sprzeczność i niesprawiedliwość są wchłonięte w koncepcji ewolucji, gdy tylko postrzegamy te decyzje w perspektywie postępu. Arendt dostrzega w tym pewien aspekt właściwy systemom totalitarnym, w których ,,wina i niewinność stają się bez znaczenia. Winny jest ten, który stoi na drodze postępu kulturowego i historycznego''. W rzeczywistości Trybunał Praw Człowieka potępia teraźniejszość w imię pożądanej przyszłości, tak jakby teraźniejszość była wiecznie winna pozostawaniem spadkobierczynią przeszłości.''

- innymi słowy fanatyków transhumanistycznej ''praworządności'' nie obchodzi już realny człowiek z jego konkretną przynależnością narodową, a nawet płciową i rasową. Bowiem jak przystało na gnostyków gardzą naturą na rzecz nieosiągalnego ideału, stąd programowo hołubią wszystko co wynaturzone, chore i patologiczne. Pod tym względem nie ma żadnej różnicy między Bodnarem a Duginem, obaj reprezentują jedynie konkurencyjne fakcje jednej manichejskiej mafii globalistów. W istocie bowiem mamy tu do czynienia z religią perfidnie ubraną w szaty ''nauki'' [ mało kto wszakże zdaje sobie sprawę, że ''tajemnej'' ], nie tylko zaciekle wrogą chrześcijańskiemu Wcieleniu Boga, ale i samemu człowiekowi, choć obłudnie występującą w jego ''obronie'':

''Instytucje chroniące prawa człowieka zostały zbudowane w okresie powojennym na fundamencie prawa międzynarodowego. Mogą się wyemancypować tylko w imię innej, ponadprawnej legitymacji. Ta legitymacja, która pozwala sędziemu wyrażać swoją wolę tam, gdzie powinna przeważać wola ludu i ponad prawem, nie należy do porządku politycznego i prawnego, ale do porządku świeckiej religii: do owej ''wiary'' w prawa człowieka, wyrażonej w powszechnej deklaracji i nadziei na ich powszechne panowanie. Podobnie jak suwerenna jednostka, legitymacja praw człowieka jest transcendentna. U jej podstaw leży obietnica ,,postępu praw człowieka'' - sformułowana w Karcie Narodów Zjednoczonych - oraz ,,ideał wolnej istoty ludzkiej'', ujęty w międzynarodowym pakcie praw obywatelskich i politycznych z 1966 roku. W przeciwieństwie do nowoczesnego porządku politycznego, którego legitymizacja opiera się na ludziach [demos], prawa człowieka zostały przypisane do ostatecznego ideału [telos]. Muszą stale zbliżać się do ideału, czynić postępy, aby pozostać wiarygodnymi. Nie mają bowiem stabilności, którą zapewnia niezmienny fundament ludzkiej natury. Jeśli prawa człowieka przestaną ,,postępować'', pryskają niczym niespełniona obietnica i ponownie wchodzą w konkurencję z dawną legitymacją pochodzącą od ludu i Boga. Rolą organów ochrony praw człowieka jest spełnienie tej obietnicy wbrew wszelkim przeciwnościom, poprzez doprowadzenie do powstania ,,wolnej istoty ludzkiej''. Ten ,,postęp w zakresie praw człowieka'' to nie tylko ich ,,powszechne i skuteczne uznanie i stosowanie'' na całym świecie, o którym mówi Powszechna deklaracja praw człowieka, ale także ich treść. Polega on na procesie w którym ludzkość uświadamia sobie własne wyobcowanie i zobowiązuje do uwolnienia poprzez afirmację nowych praw. Jest to postęp wyzwolenia jednostki: postęp w walce z nierównościami i dyskryminacją, które należy wyplenić wbrew tradycjom i przekonaniom, jakie należy rozpuścić w wodach racjonalności. Każdy rozwój praw człowieka, każde nowe prawo miałoby zatem urzeczywistnić postęp ludzkiej kondycji. [...] To właśnie we wspólnym ideale wolnej istoty ludzkiej, niesionym przez prawa człowieka, miałaby ostać się ich prawdziwa uniwersalność, a nie we wcielonej ludzkiej naturze, czy też powszechnej akceptacji państw. Prawa człowieka byłyby powszechne, ponieważ mają na celu stworzenie człowieka uniwersalnego, gdyż całkowicie wolnego. Człowiek ów jest marzeniem, ale istniałby już, gdyby nie był więźniem materii; stąd cały wysiłek praw człowieka skierowany jest na to, aby pomóc mu się uwolnić z naturalnych determinizmów i uprzedzeń kulturowych. Ideał uniwersalnego człowieczeństwa opiera się na poczuciu, że różnorodność ludzi jest oznaką upadku, zaś wszystko co działa na rzecz jedności rodzaju ludzkiego stanowi postęp. To uczucie towarzyszy ludzkości od czasu wieży Babel i leży u podstaw całej tradycji gnostyckiej. Ideał wolnego człowieka, do którego dąży postęp w zakresie praw człowieka, musi być kontynuowany przeciwko wszystkiemu co opiera się jednostce. [...] Główne źródło ingerencji i dysonansów w aranżacji moralności światowej w mniejszym stopniu pochodzi od państw niż głównych religii, zwłaszcza chrześcijaństwa i islamu, ponieważ one także są niezmienne i proponują alternatywne moralności. Nowa światowa moralność stara się je wchłonąć i zneutralizować twierdząc, że jest jedyną prawdziwie uniwersalną moralnością i zachęca je do ponownej interpretacji swojego nauczania w świetle praw człowieka. W tym kontekście prawa człowieka twierdzą także, że są ponad-religijne, co zostało skądinąd odrzucone przez 57 państw sygnatariuszy islamskiej deklaracji praw człowieka [ 1990 ], według których prawa i wolności ,,podporządkowane są przepisom prawa muzułmańskiego'' [art.24]. O ile islam jest w dużej mierze niezgodny z nową moralnością światową, ponieważ odmawia wszelkiej wolności i równości w sprawach seksualnych i religijnych, o tyle chrześcijaństwo wydaje się bardziej zdolne, przy całym swym autorytecie, do wspierania powszechnego stosowania tej ateistycznej moralności. Wystarczyłoby, aby zgodziło się ono - poprzez ,,życzliwość'' dla świata - na głoszenie postulatów wzajemnej tolerancji zamiast świętości i zaprzestania walki ze starożytną gnostycką herezją dualizmu ciała i ducha. Pseudochrześcijaństwo jako religijny pomocnik owego uniwersalnego porządku zostałoby wówczas wyniesione do nowej, iluzorycznej i śmiertelnej chwały. Niech Bóg je od tego ustrzeże, pokusa jest bowiem wielka. [...] Nowoczesność doprowadziła do rozdzielenia i sekularyzacji władzy. Nowa koncepcja rządów została zaprowadzona podczas rewolucji francuskiej. Według Monteskiusza podział władzy musi pozwolić, by ,,poprzez podział obowiązków jedna władza ograniczała drugą'', tak aby nikt ,,nie mógł nadużyć władzy''. Trójpodział władzy wprowadzono w deklaracji z 1789 roku. Nowoczesność również zsekularyzowała władzę, dokonała tego poprzez jej podział - przez co zanikło podobieństwo do jedności boskiej i królewskiej władzy - a także uznając lud za źródło politycznej legitymizacji. Owa władza ludu sprzeciwiała się elitarnej, sprawowanej przez kler i szlachtę. Zauważmy, że Kościół katolicki zawsze sprzeciwiał się świeckiej koncepcji podziału władzy, ponieważ istnieje tylko jedna i pochodzi ona od Boga, co nie oznacza, jak sam Kościół przyznaje, że nie może być sprawowana przez różne organy. Jednakże prawa człowieka zszywają płaszcz królewski, łącząc prawo i moralność, władzę ustawodawczą i sądowniczą, zwracając jej transcendentną legitymizację i umieszczając ją ponownie na szczycie europejskiej organizacji politycznej, w rękach nowej elity. Zasada legitymizacji prawa znów znajduje się u wierzchołka porządku społecznego i jest realizowana od góry do dołu. Władza odzyskuje swą pełnię i zyskuje bezprecedensowy autorytet. Nawet papież nigdy nie sprawował równorzędnej władzy politycznej, ponieważ jest jedynie interpretatorem magisterium i nie może przekształcić zła w dobro ani twierdzić, że definiuje naturę. Co więcej, nie może nikogo zmusić do wiary w swoją religię, podczas gdy nikt nie może dziś uciec przed imperium praw człowieka, ponieważ są one rzeczywistością w której każdy musi żyć. Marzenie Maritaina o ustanowieniu nowego świeckiego chrześcijaństwa właśnie się spełnia, ale zgodnie z wyobrażeniem Huxleya o człowieku. To nowe chrześcijaństwo posiada atrybuty Kościoła, jest nośnikiem powszechnej obietnicy i dlatego jego władza jest tak łatwo akceptowana przez lud, ale nie dąży już do rozszerzenia królestwa Chrystusa Króla. Dąży natomiast do potwierdzenia panowania jedynej aktywnej świadomości we wszechświecie: człowieka-boga.''

- wszystko też wskazuje, że katolicyzm pod wodzą obecnego [anty]papieża niebawem przejdzie już całkiem na stronę ''niosącego ludziom postęp'' Antychrysta, rodem z wizji kreślonej przez Sołowjowa. Niech nie zwiedzie nas ochrzan, jaki ze strony Jego Humanitarności zebrali dopiero co apostołowie LGBTarianizmu z niemieckiego episkopatu, bowiem jedyna różnica między nimi zasadza się na tempie wprowadzania zmian, nie zaś przeświadczeniu o ich konieczności. Zwyczajnie ''wódz rewolucji'' w Kościele potępił ''katotrockistów'' za ''dziecięcą chorobę lewicowości'' i brak zmysłu taktycznego, kurs na przekształcenie łacińskiego chrześcijaństwa w ''prawoczłowieczy NGOs'' pozostaje bez zmian. Tak o tym ''postpapiestwie'' pisze Tomasz Rowiński na łamach ''Christianitas'':

''Jaki ma być zatem Kościół Franciszka? Jakim Papież go czyni, niezależnie od kierujących nim głębokich motywacji? Zapewne będzie podobny do współczesnego zgromadzenia jezuitów, z którego wywodzi się argentyński biskup Rzymu. Ma mieć doktrynę taką, jaka będzie uznana za potrzebną na danym etapie historii. Hasłem tej nowej formy Kościoła, do której zdajemy się zmierzać, ma być – jak już dziś widać – „zwartość w elastyczności”, zapewniająca łatwość manewrowania w świecie dzięki połączeniu organizacyjnej dyscypliny, którą zapewni Papież, i luźnej doktryny regulowanej przez lokalne episkopaty za pomocą nowego paradygmatu w teologii (nazywanego też dedukcyjnym), ale w porozumieniu z Rzymem. Doktryna – szczególnie moralna – będzie zależna od tzw. duszpasterskich potrzeb, czyli sytuacji społecznej członków Kościoła w danym regionie świata. Ma nie przeszkadzać, ma się nie narzucać, ma być zgodna z tym, czego ludzie w swojej kulturze chcą – postulat też dobrze jest znany pod hasłem „Kościoła towarzyszącego”. Lud chce rozwodów? Kościół da rozwód. Chcą żyć w związkach homoseksualnych? Kościół pobłogosławi itd. Czy Franciszek konsekwentnie w tę stronę nas poprowadzi – zapewne niedługo się przekonamy.''

- przy czym ów obrzydliwie ckliwy humanitaryzm za przeproszeniem, towarzyszy w przesłaniu uzurpatora na Piotrowym tronie jawnie promoskiewskim gestom, co dowodnie okazuje, na ile realnie kremlowski reżim jest ''alternatywą'' wobec opisywanego tu postludzkiego globaliZmu. Rzecz przecież nie w tym, aby papież ogłaszał krucjatę opowiadając się po jednej z walczących stron, wystarczyłoby jedynie darować sobie zwalanie winy za wojenne okrucieństwa li tylko na ''azjatycką dzicz'' w szeregach rosyjskiej armii. Bełkot Franka, jakoby ''bestialstwo nie leżało w naturze Rosjan'', bo przecież Tołstojewski itd., tudzież otwarty afront pod adresem Ukraińców świeżą nominacją proputinowskiego hierarchy. Stoją za tym u niego głębsze racje natury ideowej, które tak oto podsumowuje Rowiński:

''Jednym z centralnych politycznych problemów pontyfikatu Franciszka jest odrzucenie przez tego Papieża, mającej racjonalny, a nie emocjonalny charakter, zasady sprawiedliwości. Najjaskrawiej widać, to w tej wypowiedzi Franciszka, w której wprost odrzucił on prawo narodów do prowadzenia wojny obronnej. Od wieków Kościół tego rodzaju zmagania uważał za przejaw wojny sprawiedliwej, gdy tymczasem obecny biskup Rzymu literalnie każdą wojnę chciałby uznawać za niesprawiedliwą. Także obronną. Mówił o tym w marcu br. na konferencji papieskiej fundacji Gravissimum Educationis. Franciszek zdaje się nie zauważać, że głosząc te zaskakujące i gorszące poglądy popada w postawę obrony politycznej agresji. Gdy Stolica Apostolska publikuje od tygodni kolejne abstrakcyjne wezwania do pokoju, które w domyśle zapewne mają chronić Kościół w Rosji przez ewentualnymi prześladowaniami Putina, na Ukrainie giną konkretni ludzie – w tym ukraińscy katolicy. W przedziwny sposób irracjonalny pacyfizm i humanitaryzm stają się w tej grze ideowymi służkami zimnego dyplomatycznego pragmatyzmu, o którym trudno powiedzieć coś pozytywnego, szczególnie, gdy okazuje się cechą działań Stolicy Apostolskiej.''

- problem zresztą nie tylko w stosunku obecnych władz Kościoła katolickiego do Rosji, ale i [post]komunistycznych Chin jakoby ''realizujących katolicką naukę społeczną'', wedle jednego z postępackich kardynałów w otoczeniu ''papaja'' Franciszka... Proszę wybaczyć lekceważący ton, trudno jednak zachować szacunek do czyniących równie głupio i podle duchownych, mieniących się być ''autorytetami moralnymi''. Nie osłodzą tego okolicznościowe zwroty obecnego papieża o Ukraińcach jako ''narodzie męczenników'', wypowiadane wraz z uniewinniającymi Rosjan bredniami. Najlepszym zaś probierzem na ile ''świecki Kościół'' prawoczłowieczyzmu, jakim jest fasadowy parlament UE, traktuje serio głoszone przez się dogmaty, stanowi jego faktyczna obojętność wobec narastającej na Ukrainie katastrofy humanitarnej wskutek rosyjskiej agresji, co i świeża afera korupcyjna z udziałem lewicowych europosłów biorących łapówki od ''homofobicznego'' Kataru, gdzie cudzoziemscy pracownicy są de facto niewolnikami. Z powyższym doskonale korespondują uwagi Marka Cichockiego, zawarte w jego obszernym eseju ''Walka o świat'', jaki ukazał się niedawno nakładem PIW. Przywołajmy więc zeń dające pojęcie o całości fragmenty na prawie cytatu, by zachęcić do kupna i lektury również tej pozycji:

''W wyniku końca zimnej wojny zaczęła wyłaniać się nowa światowa rzeczywistość, której źródła tkwiły głęboko w ewolucji zachodniej nowoczesności - jest to przede wszystkim światowa rzeczywistość technologii i kapitalizmu. Te dwa wielkie owoce zachodniej cywilizacji stały się wspólną globalną ramą dla nowych form walki o świat i gruntem do powstawania warunków umożliwiających kreślenie nowych głównych linii światowej polityki. Rozwój technologii i kapitalizmu, historycznie wytworów Zachodu, pozwolił za sprawą handlu, rynków finansowych i internetu na urzeczywistnienie się wizji pewnego rodzaju światowego uniwersalizmu, którego nadejście przez dwa ostatnie stulecia, począwszy od Hegla a skończywszy na Fukuyamie, zapowiadali z nadzieją lepszego jutra najróżniejsi historyczni progresywiści. Co więcej, wiele wskazuje na to, że istota tego uniwersalizującego się ruchu, a więc technologie i kapitalizm, zdobywa coraz większą autonomię nie tylko wobec Zachodu, ale także stopniowo samego ludzkiego gatunku. Uniwersalna rama zaczyna żyć własnym niezależnym życiem, wymykając się tradycyjnym strukturom społecznej, politycznej i cywilizacyjnej władzy. [...] Z całą mocą i nieoczekiwanie powraca więc do nas dzisiaj stare pytanie o sens dziejowości i związany z nim ciężar ludzkiej egzystencji. Jest to pytanie polityczne, ale jego korzenie sięgają głębiej - sensu cywilizacji. Nie jesteśmy jednak do niego dobrze przygotowani. Jeszcze niedawno uznawano wręcz, że tego typu pytania są całkowicie zamknięte. Niestety, to przekonanie przyczyniło się najbardziej do stopniowego zaniku w zachodniej kulturze i polityce historycznej wrażliwości oraz zdolności do głębszej refleksji nad znaczeniem historycznej zmiany. Nie bez winy było tutaj utrwalone przez Zachód rozumienie historii, a dokładniej głównej idei, która kryje się za nim i jest produktem, a może wręcz wymysłem zachodniej nowoczesności. Chodzi oczywiście o nasze przywiązanie do rozumienia historii jako doczesnego, materialnego postępu. Tak bardzo jesteśmy od tego sposobu myślenia uzależnieni i nie możemy się bez niego obejść, nawet po tym, jak ogłosiliśmy już definitywny koniec historii i nadejście posthistorycznych czasów. Dlatego napotykając teraz jakąkolwiek większą zmianę w świecie, chwytamy się od razu tej idei postępu jako jedynej możliwości wyjaśnienia. Walkę o świat możemy więc przyjąć i wyobrazić sobie tylko w ramach jakiegoś dążenia ku stworzeniu lepszego świata. [...] Wiele dzisiaj wskazuje na to, że walka o świat nie tylko znów się zaczyna, ale że zmienia się także pole owej walki. Przestaje nim być historyczny postęp uniwersalnej wolności, a staje się budowa konkurujących struktur porządku, nowych typów hierarchii, tym razem w skali światowej, która nie ma jeszcze żadnego historycznego sensu, pozostając póki co jedynie napierającym na nas ruchem i zmianą - rywalizacją. W stworzonej przez technologie i kapitalizm globalnej ramie powraca dialektyka rywalizacji, niestety również przemocy, nieprzewidywalności, dramatu między dużymi strukturami ogniskującymi się wokół centrów władzy. Być może więc po osiągnięciu pewnego poziomu uniwersalizmu wytworzonego przez zachodnią nowoczesność faktycznie wkraczamy w nową fazę dziejów w tym sensie, że jak chce pewna filozof [ Chantal Delsol ], jesteśmy obecnie świadkami końca dobrze ugruntowanej przez ostatnie 300 lat nowoczesności idei czasu wektorowego, zmierzającego do określonego celu. W jego miejsce powracają natomiast znane wcześniej mity ,,chaosu'' i ,,walki tytanów'', które siłą rzeczy stawiają pod znakiem zapytania przyszłość jednego świata.''

- ów fragment winien być wbijany do zakutych łbów tych co bredzą za Wojtkiem Cwelowskim o ''globalnej ustawce'' i jakoby na Ukrainie ''nikakoj wojny niet'', tak jakby to nie Rosja odpowiadała za jej zakłamanie ordynarną chucpą swej ''specoperacji''. Nie pojmują bowiem najwidoczniej, lub otwarcie rżną głupa udając niezrozumienie faktu, że to właśnie polityczna i ekonomiczna współzależność rodzi konflikt, przez co USA, Chiny, Rosja itd. są skazane na zaciekłą rywalizację wskutek, a nie mimo swych rozlicznych powiązań. Bowiem nic tak bodaj nie dzieli, jak podział zysków płynących ze wspólnych interesów i o to toczy się dziś owa ''walka o świat''. Co więcej, sam Zachód wyhodował monstrum, które poczyna zżerać białe narody Europy Zachodniej:

''Aby stać się prawdziwie uniwersalną, powszechną i posthistoryczną, europejska cywilizacja musiała zanegować całą swoją dotychczasową tradycję. Musiała przybrać nową postać pewnego niewypowiedzianego do końca doczesnego, posthistorycznego i gatunkowego obrazu świata i człowieka oraz oprzeć swoją nową tożsamość na zespole neutralnych, bezosobowych standardów i stojących na ich straży instytucji. W tym sensie pytanie, czy istnieje cywilizacja europejska okazuje się niewłaściwe, bowiem najwyższym historycznym osiągnięciem współczesnej Europy, którą uosabia dziś Unia Europejska, jest przezwyciężenie cywilizacji jako takiej. Pojęcia zachodniej czy europejskiej cywilizacji nie wyglądają w tym świetle specjalnie przekonująco i mogą nawet budzić obawę, że kryje się za nimi jakiś reakcyjny konserwatywny chytry plan uwikłania współczesnych Europejczyków w dawne historyczne spory, z których dopiero co zdołali się wyplątać. Dlatego przedmiotem refleksji Europejczyków nie mogą już być korzenie, źródła ich własnej zachodniej cywilizacji, tak jak to było przez setki lat, lecz troska o dobro ludzkiego gatunku lub wprost o planetę jako ekosystem, dla których powstają powszechne standardy przetrwania. Taka całkowita neutralizacja własnej cywilizacji, bierze swój początek ze specyficznych, praktycznych rozwiązań charakteryzujących się ,,dialektyczną mieszanką ograniczonej uniwersalności i lokalnej partykularności, opowiedzeniem za płynnymi wartościami, które systemowo nie mają silnego związku z miejscem, funkcjonują za to w globalnej przestrzeni ekonomicznej i są ponadto chronione przez politykę bezpieczeństwa wychodzącą poza tradycyjny obszar międzynarodowej Europy''. Odrzucenie ,,konserwatywnej'' pokusy powrotu do źródeł, która musiałaby także oznaczać powrót do miejsca, wcale jednak nie musi czynić obecnej cywilizacyjnej neutralności współczesnej Europy bardziej wiarygodną. Dla wielu w świecie - Chińczyków, Hindusów czy Arabów patrzących na Stary Kontynent z zewnątrz - owa ''cywilizacyjna powszechna neutralność'' jest zwyczajnie jeszcze jedną chytrą przykrywką dla Europejczyków, by tym razem bez otwartej przemocy kontynuować swoją starą dominację nad innymi [ cywilizacjami i rasami ]. Dlatego też przeciwstawiają jej coraz bardziej otwarcie swoje rozumienie cywilizacyjnego państwa, które oparte jest na obronie własnej, często głęboko przeżywanej historycznej tradycji odrębnego sposobu bycia oraz rozumienia świata i człowieka, ale też na praktycznych interesach związanych z utrzymaniem własnej dominacji, kontroli i sfer wpływów. Każda cywilizacja, jako świat sam dla siebie, będzie tutaj broniła własnego statusu odrębnego, niezależnego centrum z coraz większą determinacją wobec zalewu uniwersalnych, ,,płynnych'' wartości Zachodu.''

- o ironio, w tym kontekście rzekomy ''konserwatywny zwrot'' Rosji z jej atrapą chrześcijaństwa, jawi się nieudolnym naśladownictwem przez peryferium Europy obcych jej cywilizacji. Czegóż się jednak można było spodziewać po dawnych radzieckich szpiegach? Powróćmy wszakże do Zachodu i opisu narastającego w nim samym rozdarcia:

''Stworzenie tak szczególnego pozoru cywilizacyjnej neutralności, jaką stanowi dziś Unia Europejska, było możliwe w Europie nie tylko za sprawą wyczerpania się historycznej dynamiki owych wielkich ideologii postępu i nowoczesności opartych na wizji linearnego, wektorowego czasu. W praktyce umożliwił je także komfort bezpiecznego życia pod parasolem amerykańskiej opieki, zdejmujący z zachodnich Europejczyków ciężar myślenia o geopolityce przez całe dziesięciolecia po II wojnie światowej. Odcisnęło to swoje głębokie piętno na obecnych do dziś różnicach między Ameryką i Europą jako dwiema częściami zachodniego świata. [...] Problemem amerykańskiej cywilizacji nie jest to, że jej dynamika słabnie, ale to, że nie wiadomo w którym kierunku ta dynamika może ją poprowadzić w sytuacji posiadania nieznanych wcześniej technologicznych środków, ogromnych społecznych i kulturowych przemian, narastających konfliktów wewnętrznych i wyraźnego kryzysu tradycyjnego politycznego przywództwa w państwie. Na tym tle niedawne obrazy motłochu, który pod sztandarami BLM obalał w amerykańskich miastach pomniki dawnych ojców założycieli republiki, odbierane przez niektórych włącznie z autorem niniejszego tekstu, jako absolutna głupota czyniona w imię walki z tradycją rasizmu białego człowieka, być może przedstawiają po prostu bezmyślne i destrukcyjne żywioły, które przygotowują miejsce dla pojawienia się nowej postaci Ameryki i jej cywilizacji. Europa jest inna. [...] o ile w przypadku Ameryki obalenie pomników nie odbiera wcale siły amerykańskiemu marzeniu [ co najwyżej pozbawia je historycznego kontekstu, ale w takim znaczeniu, jak gdy wąż zrzuca starą skórę ], to w przypadku Europy jeśli pozbawić ją jej źródeł pozostanie z niczym, bezsilna całkiem tak, jakby w ogóle jej nie było. Decydujące wszakże jest to, jakie praktyczne wnioski wyciąga się z tej sytuacji. Powrót do źródeł często nie jest wcale związany z tym, by przywrócić Europie silny cywilizacyjny wyraz w świecie, ale pojawia się wskutek uświadomienia sobie, że posthistoryczna Europa nie ma już czego w imię cywilizacyjnej neutralności dekonstruować. Wydaje się jednak, że rewizja stosunku do własnej cywilizacji we współczesnej Europie jest czymś niezbędnym. Staje się to wręcz oczywiste wobec faktu, że wyczerpywanie się zachodnich ideologii nowoczesności zbudowanych na wizji linearnego, wektorowego czasu nie wprowadziło nas wcale do zapowiadanego jednego posthistorycznego świata oraz powszechnej, gatunkowej neutralności cywilizacyjnej, ale do jednego świata nowych rywalizacji i konfliktów. Zostaliśmy w tym jednym świecie wszyscy razem zamknięci, bez nadziei i transcendencji ani postępu; zachęcani przez coraz bardziej fantastyczne technologiczne innowacje do tego, by nasze marzenia o lepszym świecie i marne resztki dawnej duchowości realizować w wirtualnej rzeczywistości. ''

- zaiste upiorna klaustrofobia globalizmu! Marek Cichocki kończy swe rozważania nakreśleniem wizji nieuchronnej jak się wydaje sekularyzacji Europy. Owo ''zrzucenie chrześcijańskiej skóry'' przez Zachód będzie wedle niego oznaczać powrót faraońskich tyranii, epoki wspomnianych przezeń ''walk tytanów'', gdzie reszta ludzkości robi jedynie za mierzwę historii dla nowych Nabuchodonozorów. Taką oto przyszłość szykuje nam omawiany tu triumf praw postczłowieka i zbywatela... Tym bardziej więc z okazji świąt Bożego Narodzenia przypomnieć należy, że Wcielenie Boga i Jego Ukrzyżowanie są bluźnierstwem wobec ''mądrości tego świata'', skandalem przy którym bledną najdziksze prowokacje niewyżytych feminazistek z ich tombakowymi klabździochami, czy chorymi fantazjami o ruchaniu się tatarakiem. Warto by o tym pamiętać w trakcie tradycyjnego obżerania się przy wigilijnym stole, katowania kiczowatymi wersjami kolęd w telewizji, za co powinno być osobne miejsce w piekle dla ich wykonawców, wreszcie schizy z większości niepotrzebnymi nikomu prezentami. Nadeszły bowiem takie czasy, że trzeba pilnie przywrócić właściwy napełniający trwogą sens owych świąt, tonący dotychczas w słodkawo-mdlącej oprawie durnego konsumeryzmu, który prowadzi jedynie do potężnych wzdęć. Szczególne zaś wyzwanie stanowi wobec sekciarzy prawoczłowieczyzmu, wyznawców lichej gnozy odrzucającej precz ciało i ludzką, jakże ułomną naturę w imię prometejskiego ideału ''nadczłowieka''-boga. Przebóstwienie cielesności zbawczą ofiarą Chrystusa jawi im się jako wyjątkowe wprost bluźnierstwo, stąd nienawidzą jego naśladowców jak diabli i zaciekle ich prześladują, czym poniekąd spełniają przeznaczenie tychże męczenników. Za puentę zaś naszych rozważań posłuży fragment trzeciej, ostatniej już z zacytowanych książek. Mowa o wydanej przez IPN znakomitej pracy Roberta Spałka pt. ''Na licencji Moskwy''. Konkretnie będzie to zapis zawartej w niej rozmowy... Bermana z Adamem Schaffem, dwóch czołowych żydowskich komunistów wczesnego PRL, podsłuchanej przez SB w grudniu 1966 roku - jak relacjonuje ją wspomniany autor:

''W końcu doszli do tematów futurologicznych. Schaff stwierdził, że pogląd Stalina wedle którego ,,wszystkie drogi prowadzą do komunizmu'' pozostaje aktualny, ale wymaga korekt, albowiem dawny przywódca ZSRR nie wziął pod uwagę, że główna z tych dróg będzie ,,drogą zmian technologicznych''. Dość długi wykład, rozwijający szczegółowo tę myśl, Berman uzupełnił własnymi przemyśleniami: ,,następuje pewne upodobnienie naszego świata i świata kapitalistycznego, przy jakiejś głębszej analizie można wysunąć szereg punktów stycznych''. Między emerytowanym politykiem a filozofem doszło do wizjonerskiej, ale zarazem - kiedy pamiętamy, kto i w jakim czasie wypowiada te słowa - osobliwej i zadziwiającej wymiany zdań. Berman: ,,Powiedzmy, że my u siebie zaczynamy budować społeczeństwo typu konsumpcyjnego na wzór amerykański''. Schaff: ,,Ale to nie jest nic dobrego''. Berman: ,,Ale to jest konieczność''. I kontynuuje: ,,Można to nazwać, że przechodzimy na pozycje kapitalistyczne, a można nazwać, że następuje zbliżenie obiektywne [...]. To, co nas czeka przez najbliższe kilka dekad, to naturalnie będzie duży kawał drogi w kierunku tej automatyzacji, o której mówicie, a która i u nas też będzie dominowała. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że dojrzewa ten podstawowy konflikt z trzecim światem''. Schaff: ''To też wszystko się komplikuje i tego Marks nie przewidywał''. Berman: ,,Na pewno nie przewidywał''. Schaff: ,,Że zamiast walki klas, będziemy mieć wojnę ras''. Berman: ,,Co prawda to nie jest tylko walka ras, bo [to jest] walka narodów proletariuszy i [narodów] bogatych''. Schaff: ,,Tak, ale już między częściami świata''. Berman: ,,Tak jest''. Schaff: ,,To jest największym zagadnieniem''. Berman: ,,To się już zaczyna [...] Oś walki w tej chwili polega na tym, czy amerykański imperializm i monopol potrafią opanować Azję, Afrykę i Południową Amerykę [...] i cały rozwój tych krajów nakierunkować według swojego trendu, czy też kraje te pójdą swoją drogą. Właściwie stoimy w innej zupełnie, paradoksalnej sytuacji aniżeli Marks przewidywał w połowie XIX wieku''. Schaff: ,,Inna droga by była, gdybyśmy my umieli dać tamtym co oni potrzebują, aby ich zwekslować, ale my przecież nie możemy im nic dać i nie chcemy''. Berman: ,,I jedno, i drugie''. Rozmówcy dostrzegają, że świat się - wedle dzisiejszej terminologii - globalizuje. Nowoczesne technologie upodabniają państwa do siebie. Kłopot stanowią biedni zamieszkujący kraje Trzeciego Świata. To oni stają się współczesnym ''proletariatem'' [ Schaff nawet w pewnym momencie mówi: ,,Murzyni mają jedyną siłę rewolucyjną a nie klasa robotnicza, bo ona jest, niestety, reakcyjna'' ]. Pojawia się więc pytanie, kto narzuci swą wizję polityczną i ekonomiczną biednym. Państwa obozu komunistycznego nie potrafią tego zrobić, bo same borykają się z niedorozwojem technologicznym czy brakami gospodarczymi. [...] Emerytowany polityk i filozof zastanawiali się w związku z tym nad koniecznością przemiany modelu partii komunistycznych w krajach satelickich. Berman nie wahał się co do ogólnej zasady: ,,Niewątpliwie trzeba zmieniać''. Obiekcje nachodziły go natomiast, gdy od teorii należało przejść do praktyki: ,,Dla mnie jest ważna sprawa, w jakim sensie my [obóz socjalistyczny] jesteśmy zdolni do rektyfikowania [oczyszczenia] tych deformacji, które nastały''. Schaff kontynuował myśl podsuniętą przez interlokutora: ,,Czym my możemy wygrać? Tym, że nie ma bezrobocia, że mamy społeczne reformy, opiekę społeczną? To jest wszystko nieprawda. Od strony ekonomicznej nie ma co sobie zawracać głowy. I od strony społecznej też biją nas oni [kraje Europy Zachodniej i Stany Zjednoczone] na głowę. [...] Nim my potrafimy ruszyć z tego miejsca, to dużo wody upłynie. Tam pięciodniowy tydzień pracy jest faktem dokonanym. Mówi się o czterodniowym. Bronią się [przed tym] związki zawodowe, co jest najdziwniejsze. Tym ich brać nie będziemy, a większą demokracją wewnętrzną i wolnością [też] nie możemy. Szkoda się bawić. To nie to. To, co ich [Zachód] niepokoi, to jest społeczeństwo alienacyjne, zapomnienie sensu życia, ludzie automaty, głębokie niezadowolenie. My do nich przychodzimy z treścią i to chwyta. Przychodzi albo religia, albo my [komuniści]. Religia nie ma tam żadnych szans. My przychodzimy z czymś racjonalnym i to jest potężny nabój. To jest olbrzymia broń''. Berman pragnął jednak, by rozwiązań szukać w ,,linii marksowskiej'' i dodał: ,,Mnie interesuje [Erich] Fromm, bo u niego jest ten głęboki niepokój [ trzeba przypomnieć, że niemiecki filozof szukał sposobów zaradzenia negatywnym zjawiskom cywilizacyjnym Zachodu ]. Schaff zaś odpowiedział: ,,Ja go bardzo lubię i on mnie lubi. Byłem u niego w Meksyku, potem on przyjechał specjalnie do Europy i siedział ze mną. Jego myśl - to wy idziecie w kierunku społeczeństwa konsumpcyjnego, ale my to już mamy, dlatego trzeba rozwijać bodźce ideowe. To jest jego argumentacja. Nam [na Zachodzie] jest potrzebna ideologia. On jest strasznym zwolennikiem humanizmu socjalistycznego''.''

- w końcu jednak rolę owej ''świeckiej religii'' spełnił liberalny z ducha ''prawoczłowieczyzm'', reszta się zgadza. Pomnijmy, iż dysputa ta miała miejsce grubo ponad pół wieku temu, gdy rewolta obyczajowa na Zachodzie dopiero się rozkręcała, zaś o automatyzacji produkcji przemysłowej czy tym bardziej cybernetyzacji społeczeństwa można było ledwie marzyć, zwłaszcza w soc-biedzie PRL. Tymczasem już wtedy dwóch czołowych przedstawicieli nadwiślańskiej ''żydokomuny'' rozczarowanych Marksem przewidywało zastąpienie jego ''walki klas'' wojną rasową, bo murzyństwo miało okazać się bardziej skłonne do wszczynania zadym od ''zburżuazyjnionych'' białych proletariuszy. Nade wszystko zaś zajmowały ich kwestie ideowe, jak i czym wypełnić pustkę pod tym względem u człowieka Zachodu, w obliczu odrzucenia przezeń chrześcijaństwa oraz innych tradycyjnych religii, w tym judaizmu. Z powyższego jednoznacznie wynika, że przyczyny zaniku chrystianizmu w świecie białego człowieka nie są natury materialnej a duchowej, rzecz więc nie w skandalach pedofilskich w Kościele itp., które jedynie przyspieszają nieuchronne. Europejczyków bowiem opętała idea samozbawienia, stawiająca człowieka w miejsce Boga, jakiej nie chcą się wyrzec nawet za cenę własnego unicestwienia. Dlatego uniwersalizm jaki temu towarzyszy nie ma nic wspólnego z wiarą w Chrystusa co przyniósł miecz a więc podział, stąd od pierwszych wyznawców wymagał porzucenia swego żydostwa z właściwym mu ekskluzywizmem religijnym i rasowym. Żadną miarą jednak nie oznaczało to zaniku już na tym padole uwarunkowań ludzkiej natury, o narzucanych jej przez śmierć ograniczeniach. Tymczasem integralne zło, jako wyzbyte istoty stanowi proteuszowy fenomen i może przybierać najróżniejszą postać, również do złudzenia przypominającą wybawienie. Nie ma więc przesady w stwierdzeniu, iż łże-''katechoniczna'' Rosja jest pokuszeniem konserwatysty, zastawioną nań prawdziwie szatańską pułapką. Natomiast świat nad którym władanie objęła Bestia, perfidnie przebrana za ekologa, pacyfistę, weganina etc., zwyczajnie musi ukrzyżować własnego Stwórcę... Zwłaszcza, gdy rzuca on jej otwarte wyzwanie swym Wcieleniem i Zmartwychwstaniem.

ps.

Jako niewierzący, zdeklarowany a-gnostyk pytam: czy tylko ja mam wrażenie, że dla chrześcijanina świadomie przeżywającego święta Bożego Narodzenia ich obecny kształt stanowi piekielną wprost udrękę?:)))