sobota, 6 marca 2021

Przyszłość należy do [afro]Eurazji.

...a właściwie należałoby rzec teraźniejszość już, i to podkreślmy niezależnie jak poradzą sobie ostatecznie Chiny w zmaganiach z USA. Bowiem Orient to przecież także inna wschodząca potęga Indie, po części przynajmniej świat islamu, czy posiadająca mimo swego osłabienia nadal spore aktywa Japonia, odgrywająca rolę wręcz prekursora jeśli idzie o stosowane przez nią rozwiązania finansowe. Dość rzec iż metody radzenia sobie Amerykanów z kryzysem 2008 roku, były w dużej mierze wzorowane na działaniach ichniego banku centralnego, stojący wówczas na czele FED-u Bernanke pochylał się z uwagą nad zagadnieniem japońskiej polityki monetarnej w swych pracach akademickich jeszcze w lat. 90-ych. Zresztą obserwując gwałtownie postępujące trendy demograficzne w świecie Zachodu, nawet jeśli utrzyma on swój prymat i tak niezadługo jego standardowy przedstawiciel będzie miał skośne oczy, ciemną skórę i mówił przy tym w latino lub wyznawał islam:). Nie trwoży mnie to specjalnie jako polskiego ''białego Murzyna'', przyzwyczajonego do życia na peryferiach Okcydentu, aczkolwiek warto przypomnieć, że okresie panowania u nas ''jagiellonizmu-sarmatyzmu'' byliśmy poprzez handel zbożem kontrolowany przez Holendrów, częścią globalnego ''łańcucha dostaw'' jak to się teraz modnie mówi, rozciągającego się od Bałtyku po Pacyfik, którego epicentrum stanowiła giełda w Amsterdamie. Pełniąc w nim bierną dość rolę oczywiście, niemniej jest to rzecz niesłychana dla poradzieckich okcydentalistów lansowanych przez Michnika, bredzących o naszej rzekomej ''izolacji'' i ''odcięciu od świata'' w tamtym czasie. Powrócimy więc zgodnie z obietnicą do świetnej książki van Reybroucka o Kongu, wszakże łamiąc nieco chronologię wydarzeń w kraju, bowiem wypadałoby teraz zająć się okresem rządów czy raczej anarchicznej tyranii Mobutu, oraz następującym po upadku dzierżonego przezeń ''monopolu na przemoc'' potwornemu wprost ''wolnemu rynkowi'', jaki tam nastał pod tym względem. Przytoczymy jednak fragmenty z końcowych partii książki, opisujące kongijską względną stabilizację ostatnich dekad, skupiając się nade wszystko na trwającej ekspansji Chin w tym rejonie świata, przyciąganych rzecz jasna tamtejszymi przebogatymi złożami surowców o strategicznym dla współczesnej ekonomii znaczeniu, oraz związanym z tym procesem dynamicznie rozwijających się relacji między czarną Afryką, a wiodącym obecnie krajem Azji. Będą one bowiem stanowić wyśmienitą kontrę wobec opisywanych uprzednio bredni poradzieckich okcydentalistów, broniących na papierowych szańcach ''syfilizacji'' zachodniej przed ''turańską dziczą'' z PiS. Niepotrzebnie zupełnie, gdyż formacja ta jest tak samo beznadziejnie pogrążona w urojeniowym ''zespole okcydentalnym'', co jej zaciekli adwersarze. Dość jednak o tym, bośmy już mówili aż nadto na temat, książka zaś van Reybroucka i zacytowane z niej fragmenty posłużą nam za świetną ilustrację naszych tez, o konieczności wręcz jakiejś formy rodzimego ''eurazjatyzmu''. Rozumianego przy tym nie jako określona, stworzona na doraźne potrzeby ideologia, lecz konkretna formacja cywilizacyjna o wysoce paradoksalnym charakterze, gdyż zupełnie nowa ale bazująca na zapoznanej, nieuświadomionej dotąd a wydobytej na jaw tradycji. Docenić przy tym należy przenikliwość autora, który w pisanej dobrą dekadę ponad temu pracy, przewidział trafnie rozwój globalnych trendów, obserwując namacalnie przemieszczanie się światowego centrum w kierunku afro-Eurazji. Czy to się komu podoba lub nie, rejon ten stanowiący pewną samoistną całość, będzie z czasem dyktował i nad Wisłą panujące standardy, jakby to bluźnierczo nie zabrzmiało dla wielu przedstawicieli dogorywającej poniekąd na własne życzenie ''cywilizacji białego człowieka'' w naszym kraju. Pora to sobie wreszcie uświadomić, wybudzając się z ''okcydentalnego snu'', podsycanego w nas perfidnie czy to z głupoty przez fascynatów wyobrażonego w ich łbach Zachodu, a rodem z Moskwy. Oddajmy więc głos belgijskiemu reportażyście - przypominam, że wszystkie fragmenty przytaczane na prawie cytatu, pochodzą z książki ''Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju'' do której zakupienia niniejszym zachęcam jako sam to uczyniłem, gdyż ich lektura nie zastąpi nigdy zapoznania się z całością narracji:

''Na drugim krańcu kraju, w Nsioni, ludzie chodzą tam i z powrotem główną drogą wioski, czerwoną i zakurzoną. Widzę ich z tarasu kawiarni, na którym dla mnie i dwóch innych klientów włączono przeraźliwie głośną muzykę. Abstrahując od telefonów komórkowych, niewielka jest różnica między dniem dzisiejszym a latami osiemdziesiątych XX wieku. Takie same buteleczki coca- coli jak wtedy, wciąż jeździ się takimi samymi samochodami, te same chybotliwie kramiki, w których sprzedawana jest suszona ryba. Jedyne, co się zmieniło, to porcje tej ryby: teraz są ledwie wielkości kostek do gry. Ale druga strona ulicy wygląda, jakby wylądowało na niej UFO. Między szarymi barakami i spłowiałymi domami wznosi się oślepiająco biały kamienny budynek. Przed drzwiami stoją równo zaparkowane cztery nowiutkie motory. Chromowane części lśnią w słońcu. Siodełka motorów pokryte są jeszcze folią. Obok: dziesięć męskich rowerów, stojących ciasno koło siebie, z kierownicami wykręconymi w poprzek, wciąż jeszcze opakowanych w karton. Połyskujące klamki hamulców cieszą oczy. We wnętrzu budynku migocze niebieska poświata ekranu plazmowego. Nad drzwiami wisi tabliczka, która wiele wyjaśnia: CHINA AMITIÉ COMPANY. W Nsioni pojawili się pierwsi chińscy handlarze. Wchodzę do środka i pozdrawiam podejrzliwie spozierającą młodą azjatycką parę, która nie zna ani słowa po francusku czy angielsku, ale jej towary mówią za siebie: horror vacui przekłada się tu na sięgający sufitu stos sportowych butów dziecięcych ze światełkami ledowymi , piętrzący się obok telewizorów, zegarów i regałów z perfumami. Na mieszkańcach Nsioni CHINA AMITIÉ COMPANY wywiera takie samo wrażenie przepychu i komfortu, jak supermarkety w rolniczych wioskach Europy w latach pięćdziesiątych XX wieku. Co za różnica w stosunku do mizernych kramików, do których chodziło się kupować świece i żyletki na sztuki! Co za luksus, gdy porówna się te perfumy z własnoręcznie wyrabianymi bryłkami mydła, którymi szorowali się całe życie! Co za wygoda, że po takie produkty nie trzeba już jeździć do Bomy czy Kinszasy! A do tego mają przystępne ceny! Sklepikarze sprzedają nawet obrazy w jaskrawych ramach, przedstawiające widoki górskie i alpejskie pastwiska. Azjatyccy detaliści, którzy w krajach afrykańskich handlują europejskimi landszaftami: to właśnie nazywamy, jak sądzę, globalizacją. Świat jako targowisko. [...] 
 
Od lat dziewięćdziesiątych XX wieku coraz więcej Chińczyków wyruszało do Afryki. Przybywali nie tylko po to, by sprzedać swoje produkty, ale przede wszystkim po to, by zakupić surowce naturalne. Cudowna eksplozja chińskiej gospodarki, będąca rezultatem kontrolowanego eksperymentu z kapitalizmem w rejonie wybrzeża w okresie rządów Denga Xiaopinga, doprowadziła do ogromnego wzrostu popytu na bogactwa naturalne. W 1993 roku po raz pierwszy Chiny zaimportowały więcej ropy, niż jej wyeksportowały. Pierwszymi krajami w Afryce, z którymi weszły w ścisłe relacje, były zatem roponośne Nigeria, Angola i Sudan. Później, ze względu na miedź i rudy żelaza, dołączyły do nich Zambia i Gabon. Kongo jako „geologiczny skandal” również zwróciło uwagę Chin, pomimo wojny i ciężkiego dla przedsiębiorców klimatu. Już wkrótce chińscy poszukiwacze przygód wylądowali w Katandze na ruinach niegdyś tak prężnie działających kopalni. Zwąchali w nich złoty interes. W 2003 roku Gécamines, z nakazu Banku Światowego i MFW, zwolniło jedenaście tysięcy zbytecznych robotników. Otrzymali oni odprawy, ale większość wydała je na samochody i telewizory. Wielu z nich zostało następnie kopaczami. Tak jak w Kiwu, tak i tutaj gotowi byli za pomocą ograniczonych środków dalej ryć w starych kopalniach złota, napełniając worki rudami, które następnie kupował od nich jakiś monsieur Chang czy monsieur Wei. Chińscy kupcy byli prywatnymi przedsiębiorcami, nie otrzymywali żadnego wsparcia od rządu chińskiego [ no, nie byłbym tego taki pewien - raczej ich ''prywaciarstwo'' robiło za ''wolnorynkową'' przykrywkę dla chińskiej ekspansji, pozwalając na bezpieczne sondowanie zarezerwowanego dotychczas dla zachodnich koncernów terenu - przyp. mój ]. Niektórzy otwierali zaimprowizowane, małe odlewnie, by eksportować bardziej skoncentrowany surowiec. Kongijscy robotnicy zatrudniani tam na dniówkę pracowali w strasznych warunkach. Byli źle opłacani, wdychali niezdrowe wyziewy, nie mieli odzieży roboczej, nie wspominając o statusie społecznym. [...] Katanga przeżywała okres dzikiego kapitalizmu, który kojarzył się z latami dwudziestymi ubiegłego wieku, jednak kryzys finansowy z 2008 roku zmusił czterdzieści firm do wyniesienia się na dobre. Cena miedzi spadła z prawie dziewięciu tysięcy do trzech tysięcy sześciuset dolarów za tonę, a prowincje narzuciły przedsiębiorstwom cięższe warunki. Dziesiątki tysięcy kopaczy zostało bez pracy. Jakby nagle w Katandze powróciły lata trzydzieste. Ale pojawiały się również chińskie przedsiębiorstwa państwowe, nie jacyś tam łowcy fortun chwytający nadarzającą się okazję, ale gigantyczne koncerny o praktycznie nieograniczonych środkach. Droga z Kinszasy do Matadi została odbudowana, podobnie jak droga prowadząca z Lubumbashi do granicy zambijskiej, po której jeździły hałaśliwe ciężarówki pełne rud. CCT, chiński koncern telekomunikacyjny, został jednym z najważniejszych operatorów sieci komórkowej w kraju. Inne przedsiębiorstwo rozpoczęło instalację kabla światłowodowego o długości pięciu tysięcy sześciuset kilometrów, by wprowadzić Kongo w epokę cyfrową. Już w latach siedemdziesiątych istniały serdeczne więzy przyjaźni między Mobutu a Mao: wtedy chodziło o pielęgnowanie ideologicznego braterstwa (efektem tego w Kongu był system jednopartyjny, abacost i parady; nieźle jak na kraj proamerykański), teraz w grę wchodził biznes. Kongo stało się nowym partnerem handlowym Chin. W 2006 roku prezydent Hu Jintao zorganizował w Pekinie szczyt chińsko-afrykański, na który przybyło aż czterdziestu ośmiu przywódców państw afrykańskich. Zawarto na nim umowy o wartości dwóch miliardów dolarów, Chiny obiecały pożyczki do wysokości pięciu miliardów, a także podwojenie do 2009 roku swojej pomocy, anulowanie istniejących długów i zniesienie całego szeregu ceł na import afrykańskich produktów. Z myślą o nawiązaniu stosunków handlowych chińscy dygnitarze odwiedzili prawie każdy afrykański kraj. Pekin trzymał się rygorystycznie polityki nieinterwencji w sprawy wewnętrzne i orędował za braterską współpracą południe-południe, w przeciwieństwie do paternalistycznej ingerencji północ-południe. Była to pociągająca perspektywa, ale oznaczało to również, że handel z takimi podejrzanymi typami, jak Mugabe w Zimbabwe czy Al- Baszir w Sudanie, nie budził żadnych oporów. Nowe Chiny były rzeczowe, skuteczne i pragmatyczne. Jedyną przysługą, o którą prosiły swojego nowego partnera handlowego, było uznanie Tajwanu za część Chin – i oświadczenie tego raz w roku, w czasie Zgromadzenia Ogólnego ONZ.

We wrześniu 2007 roku Pierre Lumbi, minister infrastruktury, prac publicznych i odbudowy, ogłosił, że Kongo planuje przeprowadzenie z Chinami operacji na wielką skalę. Kraj miał założyć joint venture na prawie kongijskim z trzema chińskimi przedsiębiorstwami państwowymi (bankiem, spółką budującą linie kolejowe i przedsiębiorstwem budowlanym). Dzięki Gécamines udział Konga w joint venture wyniósł trzydzieści dwa procent, Chin – sześćdziesiąt osiem. Spółka joint venture miała otrzymać koncesje na wydobycie w Katandze dziesięciu milionów ton miedzi i sześciuset tysięcy ton kobaltu. To były ilości gigantyczne: w czasie całego okresu kolonialnego wydobyto zaledwie osiem milionów ton miedzi, a całkowite rezerwy oceniane są na siedemdziesiąt milionów ton. W zamian za to nowa spółka miała zainwestować trzy miliardy dolarów w odbudowę infrastruktury kopalń, a sześć miliardów w budowę asfaltowych dróg (trzy tysiące czterysta kilometrów), dróg gruntowych (2 738 kilometrów), linii kolejowych (3 215 kilometrów), domów (pięć tysięcy), poliklinik (sto czterdzieści pięć), szpitali (trzydzieści jeden), hydroelektrowni (dwie), lotnisk (dwa) i uniwersytetów (dwa). W sumie dziewięć miliardów dolarów inwestycji. A ponieważ spółka nie miała jeszcze żadnych dochodów, Chińska Republika Ludowa miała sama założyć pieniądze na te wielkie prace; obowiązkiem joint venture było tylko spłacać je w ratach. Kabila był niezwykle podekscytowany: „Po raz pierwszy w historii Konga naród wreszcie zobaczy, do czego posłuży cała jego miedź, nikiel i kobalt!”. Był to rzeczywiście imponujący kontrakt. Liczący ledwie siedem stron, mniej niż umowa najmu, był najważniejszym dokumentem stanowiącym o przyszłości Konga od planu dziesięcioletniego z 1949 roku. Kongo miało stać się placem budowy, jakim nie było od lat pięćdziesiątych XX wieku. W zachodniej prasie operację tę często przedstawiano jako chińską „pożyczkę”, podczas gdy w rzeczywistości sprowadzała się ona do handlu wymiennego: rud za infrastrukturę. Wymiana taka nie zakładała powrotu do ekonomii prekolonialnej, ale była wygodnym sposobem obejścia korupcji: w końcu szpital nie tak łatwo da się wepchnąć do kieszeni. Ale był to jednak handel wymienny, z którym wiązała się kluczowa klauzula: gdyby ze złóż nie pozyskano spodziewanej ilości kruszców, Kongo miało wywiązać się z kontraktu w inny sposób. Natychmiast po ogłoszeniu nowiny Zachód podniósł wielki krzyk. Neokolonializm! Nowa gorączka afrykańska! Pazerność pod płaszczykiem formuły „każdy wygrywa”! Niektórzy widzieli w tej umowie współczesny, z XXI wieku, wariant traktatów, jakie Stanley podkładał do podpisania wodzom wiosek. Kongijczycy dali się wyrolować! Nawet nie omówiono tego w parlamencie! Umowa nie stworzy żadnych miejsc pracy! Podobno Chińczycy mają po prostu sprowadzić do roboty swoich więźniów! Itepe, itede. Część tych zastrzeżeń była uzasadniona, część świadczyła o panice. Lęku przed nowym, złożonym światem, który nadciągał i w którym Chiny szybko zdobywały pozycję supermocarstwa. Kojarzyło się to z nerwowością czasów konferencji w Berlinie czy też początków zimnej wojny. Kongo budziło już od półtora stulecia zainteresowanie cudzoziemskich mocarstw, a taka sytuacja często wywołuje napięcie – między europejskimi a arabskimi handlarzami około 1870 roku, między poszczególnymi państwami europejskimi, między Ameryką a Rosją w czasie zimnej wojny i teraz między Chinami a Zachodem. Za każdym razem, kiedy nowo przybyły gracz rości sobie prawa do własnego miejsca na geopolitycznej szachownicy Afryki Środkowej, początkowo wywołuje to nieufność i zdenerwowanie. Ale czy kongijskie władze rzeczywiście nie dały się oszukać? Trudno powiedzieć. Immanentną cechą handlu wymiennego jest brak obiektywnych punktów odniesienia poza zadowoleniem umawiających się stron. Chiny cieszyły się z otrzymania dostępu do surowców naturalnych, Kabila cieszył się z obietnicy odbudowy swojego kraju. Umowa w każdym razie nie została mu narzucona, lecz była efektem dwóch miesięcy intensywnych negocjacji w Pekinie. Wszelkie jednak próby oszacowania wartości kontraktu z góry skazane są na porażkę. To, czy dziesięć milionów ton miedzi w zamian za inwestycje warte dziewięć milionów dolarów jest uczciwą wymianą, zależy przecież od światowej ceny miedzi. Biorąc pod uwagę silne wahania na rynku światowym w ostatnich latach, wydobyty surowiec może być wart zarówno czternaście miliardów dolarów, jak osiemdziesiąt. Jedno jest pewne: Chinom nie zależy na wyczyszczeniu w krótkim czasie katangijskich złóż z tej prostej przyczyny, że chińska polityka gospodarcza charakteryzuje się progresywnością i planowaniem. Pekin nie ma żadnego interesu w wypatroszeniu i destabilizacji Afryki, wręcz przeciwnie. Wizja Chin jako perfidnego lekarza, który ciężko choremu pacjentowi obiecuje duże opakowanie witaminy C w zamian za, powiedzmy, nerkę lub płuco, nie ma tu zastosowania. Chiny rozpoczynają swoją długotrwałą, strukturalną obecność w Afryce, a to zmieni oblicze świata w nadchodzących latach. Mamy naturalnie prawo zapytać, gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla demokracji. Chińsko-kongijska umowa była negocjowana za zamkniętymi drzwiami, z pominięciem parlamentu. I choć od tamtej pory parlament zdążył się już na jej temat wypowiedzieć, jego udział w całej sprawie jest bardzo ograniczony. Poza tym utrzymywanie przez Chiny intensywnych relacji handlowych z Zimbabwe czy Sudanem świadczy o tym, że kwestia poszanowania praw człowieka nie stanowi dla nich żadnego nienaruszalnego kryterium; podobnie zresztą jak w ich własnym kraju. W chwili obecnej dla Pekinu interesy handlowe mają pierwszeństwo przed kwestiami humanitarnymi. Kraj ten do tego stopnia zależny jest od wysokiej jakości ropy z Sudanu, że przy głosowaniu w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na temat Darfuru Chiny jako stały jej członek – co daje im znaczną władzę – nie potrafiły potępić reżimu Al-Baszira. To oportunizm nie większy i nie mniejszy niż utrzymywanie przy władzy Mobutu w latach osiemdziesiątych przez Francję, Belgię i Stany Zjednoczone. Poszanowanie praw człowieka ze strony państw zachodnich zaczyna się dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. A i tak różnie z tym bywa...

Najbardziej zajadłymi krytykami chińsko-kongijskiej umowy były międzynarodowe instytucje finansowe. MFW i Bankowi Światowemu nie przypadły do gustu klauzule gwarancyjne, zakładające, że Kongo ma uiścić swe zobowiązania w inny sposób, jeśli zasoby miedzi czy kobaltu okażą się za skąpe. Z powodu takiego zabezpieczenia Kongu groziło popadnięcie w jeszcze większe długi, a przecież i tak już było nimi przygniecione. To był zasadny argument. Na kraju wciąż ciążyły długi zaciągnięte w epoce Mobutu, które z powodu odraczanych płatności i narastających odsetek na początku 2010 roku osiągnęły astronomiczną kwotę trzynastu miliardów dolarów. Była to jedna czwarta rocznych wydatków kraju, przeszło dziewięćdziesiąt procent PNB, sto pięćdziesiąt procent całego eksportu i przeszło pięćset procent dochodów budżetu państwa (z uwzględnieniem pomocy zagranicznej). Dobicie targu z Chinami oznaczało potencjalny wzrost zadłużenia. MFW i Bank Światowy nie wspominały o tym, że same doskonale mogły temu zaradzić. Przez długi czas nalegały na spłatę długów, podczas gdy Erwin Blumenthal już w latach osiemdziesiątych jasno wykazał, że nigdy do tego nie dojdzie. Do instytucji z Bretton Woods powoli docierało, jak niesprawiedliwe było obciążanie świeżo wybranej władzy skutkami rozrzutności dyktatora sprzed dwudziestu, trzydziestu lat. Chodziło, oczywiście, o masę pieniędzy i zbyt łatwe anulowanie nieuiszczonych zobowiązań nie powinno stać się zwyczajem, jednak trzynaście miliardów dolarów długu paraliżowało podejmowanie wszelkich prób odbudowykraju. To tak, jakby nowi najemcy mieszkania wciąż musieli spłacać słone rachunki telefoniczne dawnych mieszkańców, którzy notorycznie „wisieli na telefonie”.Słusznie wyraził się Rigobert Minani, kongijski intelektualista, że „gospodarka narodowa jest zakładnikiem” międzynarodowych instytucji finansowych. Powodem, dla którego MFW tak upierał się przy spłacie zadłużenia, było to, że owe zobowiązania stanowiły ostatni sposób, w jaki bogate zachodnie państwa mogły wywierać wpływ na Kongo. MFW ma w nazwie słowo „międzynarodowy”, ale przyznaje głosy w oparciu o wkład kapitałowy. Tym samym Stany Zjednoczone i UE jako najważniejsi płatnicy posiadają prawie połowę liczby głosów, podczas gdy Chiny, w których mieszka jedna czwarta ludności globu, nie dysponują nawet czterema procentami. Po wyborach w Kongu dyplomacja zachodnia miała już niewiele do powiedzenia, ale MFW, którego dyrektor z zasady zawsze jest Europejczykiem, wywierał ostateczną presję, aby narzucić warunki dotyczące zwalczania korupcji, opodatkowania oraz polityki walutowej i ekonomicznej. Dług mógł zostać zmniejszony, ale nie całkowicie umorzony. W ramach zakrojonego na dużą skalę programu pomocowego dla najbardziej zadłużonych państwa świata, MFW ogłosił gotowość umorzenia dziewięciu z trzynastu miliardów dolarów długu, jeśli Kongo spełni szereg surowych warunków, między innymi zrewiduje umowę z Chinami. Kabila najpierw nie bardzo się do tego kwapił, ale na początku 2009 roku państwo popadło w takie trudności finansowe z powodu wojny z Nkundą i niskich cen miedzi wywołanych kryzysem, że pozostało mu dewiz na ledwie dwa, trzy dni importu. Na dnie skarbca spoczywała tylko niewielka suma trzydziestu milionów dolarów. MFW i Bank Światowy zareagowały wtedy błyskawicznie, udzielając Kongu pomocy w wysokości trzystu milionów dolarów. Od tamtej pory władze w Kinszasie zdają sobie sprawę, że nieźle jest podtrzymywać relacje również z tymi instytucjami i że Chiny nie są jedynym źródłem wybawienia dla kraju. Być może Kongo powinno jeść z dwóch misek jednocześnie. W grudniu 2009 roku, po miesiącach negocjacji, osiągnięto porozumienie: klauzula gwarancyjna została zniesiona, w zamian zaś za to ustępstwo Chiny opuściły wartość swych inwestycji z dziewięciu do sześciu miliardów dolarów. MFW niezwłocznie odblokował kwotę pięciuset pięćdziesięciu milionów dolarów i ogłosił, że Kongo wkrótce uwolni się od długu: z trzynastu miliardów będzie musiało spłacić „tylko” cztery. Tymczasem również Indie sposobią się do nawiązania współpracy z Kongiem – jej także MFW będzie pilnie się przyglądał.''

- raczej warował niczym wyleniały, przeżarty pies przy misce do której inni członkowie stada coraz bezczelniej pchają mu pysk. Idźmy dalej:

''W Kinszasie dorasta pokolenie, dla którego Europejczycy są bardziej egzotyczni niż Chińczycy. W Kongu znowu mieszkają dzieci, które jeszcze nigdy nie widziały białego, tak jak pod koniec XIX wieku. Spotyka się je nawet w robotniczych dzielnicach Kinszasy. Wielokrotnie miałem okazję doświadczyć, jak dzieciaki rozpierzchają się z piskiem na widok mojej monstrualnej postaci wyłaniającej się w jakimś zaułku. Dorośli Kongijczycy tymczasem wahają się między Wschodem a Zachodem. Europa i Stany Zjednoczone wciąż są podziwiane za swoje know-how, ale wielu Kongijczyków zastanawia się, dlaczego tak rzadko mogą oglądać tego efekty, zwłaszcza że Chińczycy realizują jeden konkretny projekt za drugim. Wywołuje to wrażenie, że Zachód nie interesuje się już ich krajem. Wybór Obamy na chwilę obudził nową nadzieję. Stary Nkasi nie mógł w to uwierzyć, kiedy w dzień po amerykańskich wyborach prezydenckich po raz pierwszy go o tym powiadomiłem. Na ruchliwym rondzie przy Kintambo Magasin w Kinszasie młodzi ludzie wiwatowali o szóstej rano po jego historycznym przemówieniu inauguracyjnym: „Jest jednym z nas! Jest jednym z nas! To Mutetela!”. Ponieważ jego nazwisko rozpoczynało się od O, sądzono, że należy do plemienia Batetela, w którym często występują takie nazwiska, jak Omasombo, Okito i Olenga. Ale nawet lepiej poinformowani o jego pochodzeniu uwierzyli w nowy rozdział w stosunkach między Stanami Zjednoczonymi a Afryką. I rzeczywiście, kiedy do Gomy przybyła Hillary Clinton, była pierwszym amerykańskim ministrem spraw zagranicznych, który po 1997 roku odwiedził kraj. To, że zawitała do Konga, a nie do Ruandy, obudziło nadzieję, iż Ameryka zmieni swoją bezkrytyczną proruandyjską politykę. Dla regionu Wielkich Jezior został wyznaczony specjalny wysłannik, w swoim przemówieniu zaś podczas przyjęcia Pokojowej Nagrody Nobla w grudniu 2009 roku Obama wypowiedział się jednoznacznie na temat przemocy seksualnej w Kongu. W praktyce jednak nowy rząd amerykański jeszcze nie opracował spójnej wizji dla Afryki Środkowej. A Chińczycy w takim razie? Kiedy rozmawiałem z ludźmi, zauważyłem, że Kongijczycy często w ambiwalentny sposób wyrażają się o chińskiej obecności. Ich ocena jest mieszanką podziwu i podejrzliwości; to paradoks, który często przekłada się na lekką drwinę. W kontaktach społecznych postrzegają Chińczyków jako zdystansowanych, sztywnych i nietowarzyskich. Tak rzadko się śmieją, uważa się powszechnie, nie integrują się z nami, mieszkają w trzydzieści osób w jednym domu i zapominają żyć! Bariera językowa i wielkie różnice kulturowe oczywiście nie sprzyjają kontaktom. Kto pracuje dla Chińczyka (chiński zwierzchnik zawsze jest mężczyzną), przyjmuje postawę poddańczą, ale za plecami go wyśmiewa; podobnie zachowywano się sto lat wcześniej w stosunku do Europejczyków. Co nie przeszkadza, że wiele osób jest pod wrażeniem szybkości, z jaką pracują przedsiębiorstwa budowlane. „Bachinois batongaka kaka na butu”, mówi z humorem nowa popularna piosenka: „Chińczycy budują zawsze w nocy, a kiedy rano się budzisz, stoi już kolejne piętro”. Z początku prace szły powoli, jednak firma CREC zrobiła duże wrażenie, kiedy niespełna rok po kryzysie kredytowym rozpoczęła renowację kanalizacji i nawierzchni Boulevard du 30 Juin w centrum Kinszasy, choć wymagało to wycięcia wszystkich drzew oraz ograniczenia arterii do czteropasmowej drogi, na której dochodziło do wielu śmiertelnych wypadków. Społeczeństwo dobrze wiedziało, że Kabila powierzył realizację swych słynnych cinq chantiers Chińczykom, by zamaskować własny immobilizm, tak samo jak prowadzenie wojny zlecił Ruandyjczykom i MONUC. Ostatecznie musiał mieć co pokazać przed wyborami w 2011 roku. Cinq chantiers? Raczej Tcheng Tchan Tché! Za każdym razem, kiedy młodzi ludzie widzą na ulicy Kongijkę w azjatyckiej bluzce, wykrzykują: „Tcheng Tchan Tche!”. Jeśli istnieje w Kongu jedno miejsce, gdzie respekt w stosunku do Chin odczuwa się niemal namacalnie, to jest nim chodnik przed ambasadą tego kraju w Kinszasie. Trzy razy w tygodniu tworzą się tutaj długie kolejki Kongijczyków liczących na wizę. Niektórzy stawiają się już o piątej rano, aby zająć miejsce. Inni opłacają w tym celu jakiegoś ulicznika. Pewnego poranka sam stałem przez trzy godziny w takiej kolejce. Wydaje się, że do Chin chcą jechać przede wszystkim młode kobiety, nie po to by osiąść w nich na stałe, ale po towary: „Bo skoro Chińczycy tutaj przyjeżdżają, by kupować nasze kruszce, to równie dobrze my możemy pojechać do nich, by kupić ich towary bezpośrednio od hurtowników”. To, co robiła CHINA AMITIÉ COMPANY, mogły zrobić i one. Był to męczący, ale fascynujący poranek. Chińska ambasada położona jest dokładnie naprzeciwko kwatery wojskowej MONUC. Kolejka oczekujących niewiele sobie robiła z białego czołgu, za pomocą którego pakistański błękitny hełm z imponującym wąsiskiem strzegł dostępu do kompleksu. Żołnierz stał mężnie przy swoim karabinie maszynowym, za zaporą z worków z piaskiem i grubymi rolami drutu kolczastego, na którym dzieci ulicy rozwieszały do suszenia swoje pranie. Te kobiety zaś dosłownie odwróciły się plecami do ONZ, pokładając swoje nadzieje w nowym zbawicielu, Chińskiej Republice Ludowej. [...] 

Jadę taksówką z lotniska wraz z trzema Kongijczykami. Dobę wcześniej opuściliśmy Kinszasę. Kenya Airways przewiozły nas najpierw do Nairobi, gdzie musieliśmy czekać siedem godzin, a następnie, po międzylądowaniu w Bangkoku, do Kantonu, siedem stref czasowych dalej. Inna trasa lotów prowadzi przez Dubaj. Linie Ethiopian Airlines również latają w tym kierunku z Addis Abeby. Od paru lat obie linie lotnicze oferują tuzin połączeń tygodniowo między kontynentem afrykańskim a południowymi Chinami; maszyny startują z pustymi lukami bagażowymi, a powracają przepełnione do granic możliwości. „Po co mamy zabierać ze sobą ubranie? Przecież kupimy je sobie na miejscu, prawda?” [...] Na przednim fotelu jeden z Kongijczyków ustala z kierowcą cenę. Trwa to już dwadzieścia minut. Georges mówi płynnie po kantońsku. Po paru latach spędzonych w Guangzhou opanował język do perfekcji. Wiedziałem, że prawie wszyscy Kongijczycy to poligloci i że łatwo uczą się nowych języków, również w starszym wieku, ale nie mogłem pojąć, jak ktoś może przyswoić sobie chiński bez jakiegokolwiek kursu językowego. Georges nie widział w tym nic wyjątkowego. Pewna młoda Afrykanka również opanowała ten język w trzy miesiące. Taksówka przywozi nas pod budynek Tianxiu na północy miasta, w pobliżu ruchliwej dzielnicy Huanshi Dong Lu i wielkiej wewnętrznej obwodnicy Kantonu, w okolicę starych wieżowców, wież telewizyjnych, linii kolejowych i chaotycznej urbanistyki. Tam w ostatnich latach powstała prawdziwie afrykańska dzielnica. Mieszka w niej sto tysięcy Afrykanów, większość tymczasowo, inni na stałe. Georges ma w niej, tak jak setki innych osób, swój własny kantorek przewozu towarów. Działa w branży „air and ocean freight, full and groupage container”, „fracht lotniczy i morski, załadunek drobnicowy i całokontenerowy”, jak widnieje na jego imponującej wizytówce. W ciągu kolejnych dni będę miał okazję zobaczyć, że każdy Afrykanin ma tutaj takie efektowne, krzykliwe wizytówki po angielsku, francusku i chińsku, na których widnieje sześć numerów komórkowych, w Chinach i w Afryce. Ulice wokół Tianxiu zabudowane są przeróżnymi hotelami, które oferują komfortowe dwuosobowe pokoje za cenę dwudziestu dolarów. Zapchane są one Afrykanami. Spędzę dziesięć kolejnych dni w New Donfranc Hotel i nie zobaczę ani jednego przybysza z Zachodu. [...] Jules przybył do Chin w 1988 roku dzięki stypendium studenckiemu. Należał do grupki siedemnastu wybranych Zairczyków, którzy dzięki więzom przyjaźni łączącym oba kraje mogli skończyć studia wyższe w Pekinie. W ciągu pierwszego roku musiał odbyć obowiązkowy kurs językowy, potem przez cztery lata uczył się informatyki. Dzisiaj mówi lepiej po mandaryńsku niż większość Kantończyków (według władz w Pekinie kantoński nie jest językiem, ale wariantem mandaryńskiego, języka oficjalnego) i kreśli jego znaki z prędkością, w której niewielu cudzoziemców potrafi mu dorównać. Afrykanin piszący po chińsku – chwilę trwa, nim oswoję się z tym obrazem. [...] Jako świeżo upieczony inżynier informatyki Jules nie od razu znalazł pracę w kraju rojącym się od świeżo upieczonych inżynierów informatyki, ale miał inny talent: był muzykalny. Jeszcze będąc studentem, prowadził w Pekinie zespół złożony z kilku Kongijczyków, teraz wszedł w skład chińskiej orkiestry podróżnej. [...] Okazuje się świetnym gawędziarzem i jest wyjątkowo dobrze poinformowany. W czasie naszej rozmowy zapisuję pełnych dziesięć stron. Opowiada mi, jak to się wszystko zaczęło w Kantonie, kiedy w ciągu kilku miesięcy 2000 roku pojawili się w nim mieszkańcy z Afryki Zachodniej, Senegalczycy i Malijczycy, i zatrzymali się w islamskim hotelu w pobliżu Tianxiu. Opowiada, jak łatwo było wtedy dostać wizę, nawet na pół roku, nawet na rok. Jak inaczej niż teraz, kiedy człowiek jest zadowolony już z dwutygodniowej wizy, wzdycha; a ludzie, którym kończą się papiery, zaczynają żyć nielegalnie, ryzykując karę więzienia od jednego miesiąca do sześciu. Wychodzi się dopiero wtedy, gdy ma się pieniądze na bilet powrotny.

– Sytuacja staje się teraz nie do wytrzymania nawet dla tych, którzy mają legalną wizę albo, jak ja, pozwolenie na pobyt. Loty są coraz droższe, ceny towarów poszły w górę, transport zrobił się kosztowny, cło w Kongu to nieprawdopodobnie wysokie kwoty, a rynek w Kinszasie jest nasycony.

Za Kongiem nie tęskni.

– Naprawdę przesiąkłem chińską kulturą. Kongijczycy powinni się lepiej zorganizować, jak Chińczycy. Musieliby się zorganizować jako grupa, ale tego nie chcą, chociaż wtedy mogliby wypertraktować dużo niższe ceny. To jak wirus. A umowę, którą Kongo zawarło z Chinami, też źle wynegocjowano. Nikt w kongijskiej delegacji nie mówił po chińsku. Chiny wybudują teraz szybko parę dróg, o które nikt nie będzie się troszczył.

Wyraża tym samym spostrzeżenie wielu Kongijczyków w Chinach: kontrakt, największy w historii kraju, sporządzono na kolanie; kraj został sprzedany za grosze.

Nie boję się powiedzieć, że wstydzę się, że jestem Kongijczykiem. Od uzyskania niepodległości Kongo nigdy nie było normalnym krajem. Nic w nim nie działa. Ludzie myślą tylko o tym, żeby sobie napchać kieszeń. A ja obserwuję, jak bardzo Chiny się rozwinęły w ciągu dwudziestu lat.

W wioskach, do których Jules Bitulu jeździł śpiewać, w 1990 roku nawet pięć procent rodzin nie miało telewizji – pod koniec 2006 roku ma ją dziewięćdziesiąt procent.

– Widziałem, jak rozwija się Wietnam. Byłem w Dubaju i mnie zamurowało. Przecież to pustynia, a kwitną na niej kwiaty, bo oni pod trawnikami zainstalowali rury. No, oni naprawdę dobrze budują swój kraj. Gdyby Pan Bóg postawił Kongijczyków na pustyni, nie wiem, czy potrafiliby zrobić to samo! „Papa, c’est fini!”, „Tato, to już koniec!”. To wcale nie wina białych albo Mobutu, że u nas jest tak źle, to są tylko kozły ofiarne, to przeszłość. Popatrz na Chińczyków. Uczą się od Europy i wiedzą, że w tym nie ma żadnych cudów, tylko praca.

Dzielnica biznesowa Dashatou to część miasta całkowicie zdominowana przez elektronikę. Wznoszą się w niej galerie handlowe specjalizujące się wyłącznie w cyfrowych aparatach fotograficznych. Sąsiadują one z galeriami sprzedającymi laptopy czy ekrany LED. Po zakończeniu rozmowy z Jules’em Bitulu wykorzystuję okazję, by trochę tam pobłądzić. Trafiam do ogromnego, pozbawionego okien sklepu, w którym sprzedaje się wyłącznie telefony komórkowe. Setki młodych chłopców i dziewczyn prowadzą tam małe stoiska; kiedy są głodni, przycupnąwszy za kasą, zjadają pospiesznie makaron z kartonowego kubka. Ponieważ obserwacja uczestnicząca sprawdza się wyśmienicie jako metoda etnograficzna, macam ich towary. – Chinese copy! – mówią rzetelnie przy czymś, co wygląda jak stuprocentowy iPhone. – This one good copy. This one bad copy. – Przynajmniej tyle jest jasne. – This one original LXV . – Nie, taki „ołidżina” mnie nie interesuje. Prawdziwa podróbka wydaje mi się o wiele bardziej oryginalna, zwłaszcza że imitacje wyposażone są w funkcje, których nie posiadają oryginały, jak na przykład możliwość włożenia dwóch kart SIM, co jest wygodne dla tych, którzy dużo podróżują. W tym najlepszym ze światów zanika granica między prawdziwym a podrobionym. Podróbka nie jest słabą repliką, ale technologiczną awangardą. Po mniej więcej pięćdziesiąt dolarów za sztukę kupuję kilka podrobionych iPhone’ów oraz imitacji Ericssona. Parę z nich niedługo sprzedam w Kinszasie, by pokryć część kosztów biletu lotniczego. Jeszcze wtedy nie wiem, że zamiast pięciu powinienem był ich kupić trzydzieści; w ciągu jednego dnia spieniężę je za wielokrotność ich ceny. Przy jednym z kramików poznaję Ensona, młodego, hiperaktywnego Chińczyka, który wkładając karty SIM i zmieniając baterie, jednocześnie prowadzi ze mną rozmowę w płynnej lingali. Nie, nigdy nie był w Kongu, mówi, codziennie pracuje w tej bezokiennej hali, ale wielu z jego klientów jest z Kinszasy, stąd znajomość języka. Po francusku nie mówi; nie ma pojęcia, że połowa terminów technicznych, których używa, to słowa francuskie: – Ozana besoin sim mibale? (Potrzeba ci modelu na podwójną kartę SIM?) Ay, papa, accessoires mpo na modèle oyo eza te. (Proszę pana, ten model nie ma żadnych dodatków). [...] Afrykańska diaspora w Kantonie stale rośnie. Przybywa tu coraz więcej osób i osiedla się coraz głębiej w kraju. Niektórzy stale jeżdżący do Chin Kongijczycy gnieżdżą się razem, jakby byli rodziną: podczas gdy większość wychodzi kupować towary, jedna osoba pozostaje w domu, by z dostępnych składników gotować możliwie najbardziej afrykańskie potrawy. Inni natomiast jedzą pałeczkami, jakby nie robili w życiu nic innego. Pewien Kongijczyk otworzył kawiarnię z dancingiem, Chez Edo, zdaniem wszystkich Afrykanów, z którymi rozmawiałem, najprzyjemniejszy lokal w całym megalopolis, ale władze kazały mu go zamknąć, bo nie miał potrzebnych dokumentów. Inni Afrykanie prowadzą zakłady fryzjerskie lub projektują ubrania. Homoseksualiści, którzy w Afryce mieli trudne życie, odkrywają w Chinach nowe możliwości i nie zamierzają wracać. Spotkałem młodego kongijskiego geja, odrzuconego przez rodzinę w Kinszasie, który w Chinach związał się z pewnym Nigeryjczykiem. Dla niego Chiny nie były krajem represji, ale wolności. [...] Popołudnie spędzam w domu Patou Lelo, handlarza, który w ciągu miesiąca przesyła do Afryki od stu do stu pięćdziesięciu kontenerów. Zrobił dyplom MBA w Wuhan i mieszka teraz w skromnym mieszkanku na parterze dużego bloku, do którego wpada niewiele światła. Jego dwuletnia córeczka bawi się na dywanie. Ma afrykańskie rysy twarzy, ale azjatyckie oczy. Jej skóra jest w ciepłym odcieniu ochry.

– Kiedy tutaj przyjechałem, wiele osób mnie pytało, czy może dotknąć mojej skóry. Myśleli, że jestem Chińczykiem, który za długo siedział na słońcu, i że znowu po jakimś czasie zbieleję. Kiedy szedłem z dziewczyną po ulicy, wielu myślało, że jest moją tłumaczką, a niektórzy sądzili nawet, że to prostytutka. Jestem od dwóch i pół roku żonaty. Jej matka była przeciwna małżeństwu. „Albo on, albo my!”, powiedziała, ale ojczym żony nie robił trudności. „To przecież spokojny i poważny mężczyzna”, powiedział o mnie. W Kongu było tak samo: mój ojciec nie miał nic przeciwko temu, ale moja matka strasznie się sprzeciwiała. Żonę zaakceptowała dopiero po narodzinach dziecka. W Chinach rodzina jest równie święta, jak w Kongu, nie to co w Europie, gdzie na pierwszym miejscu jest para małżeńska. Tutaj dziadkowie są bardzo ważni, troszczymy się o nich. Rodzina z jednym dzieckiem i dziadkami to tutaj podstawowa komórka.
 
Na komodzie stoją zdjęcia ze ślubu Patou. Widnieje na nim ze swoją żoną w chińskich, japońskich i zachodnich ubraniach. Są radośni. Z Konga na uroczystość przyjechali do niego kuzyn i brat, cała kongijska społeczność z Kantonu uczestniczyła w ślubie. Mimo to, przyznaje, nie zawsze jest łatwo. 

– To zupełnie inna kultura, która diametralnie się różni od kongijskiej. Chińczycy są ultranacjonalistami. Moja żona automatycznie broni kogoś tylko dlatego, że to Chińczyk. Jest też ateistką. Mało Chińczyków wierzy, a jeśli już, to wyznają buddyzm, a to jest une petite religion, taka „mała religia”. Tutaj palą swoich zmarłych, co dla nas jest trudne do zaakceptowania. Kiedy jakiś Kongijczyk umiera, nasza społeczność robi zbiórkę pieniędzy, by odesłać jego ciało do ojczyzny. Ekonomicznie są bardzo rozwinięci, ale moralnie stoją za nami. To plucie na podłogę w wielkich restauracjach... Choć muszę powiedzieć, że Chinki są dużo bardziej otwarte niż Chińczycy, a już moja żona to na pewno.

Zdaje sobie sprawę, że może uważać się za szczęściarza, ponieważ rasizm przybiera na sile w Kantonie. Coraz częściej taksówkarze odmawiają zabierania Afrykanów. Już ich nie nazywają hēi rén – czarni, ale mówią na nich hēi gŭi – czarne diabły. Ulice wokół Tianxiu nazywane są „dzielnicą czarnych diabłów” albo chocolate city. Jeśli jakaś Afrykanka na rynku pomaca warzywa, czasem się je wyrzuca.

– Ale czarni sami też się do tego przyczynili. Nie integrują się, nie adaptują. Gangi narkotykowe z Nigerii i z Sierra Leone przysparzają nam złej reputacji, podczas gdy wielu Kongijczyków naprawdę ciężko pracuje. – Ciężej niż w Kongu, twierdzi Patou. – Bo wiesz, stuprocentowo uczciwych ludzi w Kongu nie ma. Zawsze nęcą ich szybkie, łatwe pieniądze. Nie rozumieją zasady inwestowania, ponieważ rodzina zawsze zabiera to, co zarobią. Nie ma już z czego reinwestować. Ale tutaj mają większy dystans do rodziny, rozumiesz?

Wszyscy członkowie jego rodziny wyemigrowali – brat mieszka w Hiszpanii, siostra we Francji, inna siostra na Manhattanie, tylko stara matka została w Kinszasie. Wielu Kongijczyków rusza za granicę, by odciąć się od dławiących więzów rodzinnych. W czasach kryzysu osławiona afrykańska solidarność ma w sobie coś wzruszającego, ale w czasach odbudowy narzuca piekielną logikę, która uniemożliwia realizację długofalowych projektów: odrobinę posiadanych pieniędzy natychmiast trzeba rozdzielić między wiele pustych żołądków. Reinwestycje i planowanie nie znajdują wielkiego uznania. W Chinach lepiej to wychodzi. Nie ma wujków i kuzynów, którzy oskarżą cię o czarną magię, gdy odmówisz podzielenia się odrobiną zarobionych pieniędzy, podczas gdy w Kongu zarzut parania się czarami stanowi ostateczny argument, by wymusić na kimś solidarność.

Tutaj nigdy nie mówi się o czarach – opowiada Patou Lelo, który odczuwa wyraźną ulgę, że uwolnił się od tej duchowej metafizyki. W Kongu wiele osób przystąpiło do Kościołów zielonoświątkowych, szukając w nich schronienia przed czarami, ale dzisiaj rano sam widziałem, że w Chinach rzeczywiście niewielkie jest na nie zapotrzebowanie. – Do takiego rozmnożenia się fałszywych pastorów i nieprawdziwych pasterzy dochodzi w Kongu tylko dlatego, że panuje tam taka bieda, ale tutaj praca jest ważniejsza od religii.

Wieczorem zachodzę do kantorka Georges’a, człowieka, który odebrał mnie z lotniska. Choć jest niedziela, Georges jest zajęty.

– Musimy pracować, póki jesteśmy młodzi – mówi. – Ani się nie obejrzymy, a będziemy starcami.

Hasłem jego firmy spedycyjnej jest: „Vous servir, c’est notre devoir”, „Służenie Państwu jest naszą powinnością” – i zdecydowanie nie są to puste słowa. [...] A kiedy ja w dosłownym znaczeniu sprzedaję powietrze, w głębi kantorku Iso i Jodo, dwie młode Chinki, wypełniają jakieś formularze. Iso, kobieta w wąskich okularkach, wertuje słownik, uczy się angielskiego i francuskiego. Pracując u Kongijczyka, człowiek się dorabia, ale i uczy języków. Na ścianie wisi plakat DHL i mapa świata z Chinami na samym jej środku: Europa i Stany Zjednoczone są obszarami peryferyjnymi, Azja i Afryka tworzą jej nowe centrum. O ile stosunki europejsko-amerykańskie były najważniejszymi międzykontynentalnymi relacjami w XX wieku, chińsko-afrykańskie stają się najistotniejsze w XXI. [ !!! ] Na ścianie wisi wydruk zdania w lingali. „SVP Ndeko awa ezali esika ya mosala”, „Drogi przyjacielu, to jest miejsce pracy”.

– To ja je wydrukowałem i zawiesiłem – tłumaczy Georges – bo inaczej Kongijczycy przychodziliby tu tylko gadać.

Pracowitość Kongijczyków w Kantonie jest fenomenalna. Jeden z biznesmenów, do którego zadzwoniłem z propozycją spotkania, odpowiedział: „Dzisiaj jestem naprawdę zajęty, ale jutro będę miał dla ciebie czterdzieści minut. Czy to wystarczy?”. Jakże inaczej jest w Kongu, gdzie każdy jest niemalże zawsze dostępny, a większość ludzi jest rozczarowana, jeśli wychodzi się od nich już po czterech godzinach. [...] Szczur zwiał, a Timothée proponuje, by pójść potańczyć. Może miałbym ochotę zobaczyć dancing Kama? To coś wyjątkowego. W taksówce do lokalu opowiada mi historię tego przedsięwzięcia:

– Właściciel Kamy to Chińczyk ożeniony z Arabką, ale DJ jest Nigeryjczykiem.

Wchodzimy do środka. Znajduję się w czarnej świątyni, w której mieszają się Azjaci i Afrykanie. Rozbrzmiewa w niej chińskie techno, azjatycki beat oraz, a jakżeby inaczej, w końcu to najważniejszy obok surowców naturalnych krajowy towar eksportowy, kongijska rumba. Znajdujemy stolik i zamawiamy piwo. Komendant César powoli się rozpogadza. Swinguje, jak wszyscy, przy Bouger bouger Magic System, najbardziej zaraźliwego kawałka, jaki Afryka wyprodukowała w trzecim tysiącleciu. Zachodniej muzyki się tutaj nie gra, pop i rock to nieistotne gatunki ze starego świata. Jakiś zespół przygotowuje się do występu. DJ ustępuje miejsca wokalistce reggae z Republiki Zielonego Przylądka, której akompaniują muzycy z wyspy Mauritius. Go-go girls to trzy piosenkarki z Filipin, których lateksowe botki są cztery razy dłuższe niż spódniczki. [...] W Nairobi zobaczyłem, jak dwóch młodych holenderskich turystów z twarzami spalonymi słońcem pędzi do swojego wejścia. Byli w szortach i sandałach i targali ze sobą drewnianą żyrafę, pamiątkę opakowaną w lokalną gazetę. Nie wiem czemu, ale coś mnie zirytowało w tym widoku. Poczułem, że w ostatnich dniach dane mi było zajrzeć w trzecie tysiąclecie, a teraz brutalnie zostałem z powrotem przeniesiony do minionego wieku, wieku, w którym Europejczycy kupowali drewniane żyrafy w Afryce.''

Taa... wymowna scena, stąd przytoczyłem ją na koniec. Powtórzmy jakże trafną refleksję cytowanego autora: ''O ile stosunki europejsko-amerykańskie były najważniejszymi międzykontynentalnymi relacjami w XX wieku, chińsko-afrykańskie stają się najistotniejsze w XXI''. Przy czym to Azja będzie tu odgrywać dominującą rolę, stąd przedrostek ''afro'' w tytule posta pisany małą literą, z racji swej przewagi cywilizacyjnej i nade wszystko może instytucjonalnego uorganizowania. Wprawdzie i na ''czarnym lądzie'' istniały wbrew powszechnemu wciąż mniemaniu, całkiem złożone organizmy państwowe przed przybyciem tam europejskich i muzułmańskich kolonialistów, niemniej żaden niemal z nich nie osiągnął poziomu imperiów na innych kontynentach. Egipt faraonów to zupełnie inna bajka, bo z perspektywy przeciętnego Murzyna afrykańska Północ jest niemalże ''biała'', wyjątek zaś stanowi tylko chrześcijańskie królestwo w Etiopii, która też nie przypadkiem jako jedyna nie uległa tam kolonizacji. Bowiem dysponując własnym ośrodkiem siły o wielowiekowej, sięgającej kilka tysięcy lat wstecz tradycji, była w stanie przeciwstawić się włoskiej inwazji, zwyczajnie abisyński cesarz to nie byle murzyński kacyk plemienny. Etiopczycy ponoć jednak nie uznają się cywilizacyjnie za część czarnej Afryki, więc nie stanowiliby tutaj żadnego wyjątku jeśli idzie o brak należytego uorganizowania państwowego wśród Murzynów, z czego fatalnych konsekwencji do dziś, zdają sobie jak widać z powyższego sprawę co bardziej kumaci spośród nich. Tak czy siak, pora więc w Polsce przyzwyczajać się do wizji świata, w której to Azja i Afryka stanowią jego centrum, zaś Ameryka Północna oraz Europa wraz z nami robią za ich peryferie - jakże musi to boleć poradzieckich okcydentalistów:).
 

sobota, 27 lutego 2021

Jaro Bratkiewicz - uosobienie nędzy [anty]polskiej ''polityki wschodniej'' III RP.

Odpoczniemy jednak mimo zapowiedzi od afrykańskiej tematyki na moment, aczkolwiek nadal pozostaniemy w kręgu rozważań o neokolonialnym w istocie statusie Polski, oraz innych państw regionu Europy Wschodniej z Ukrainą na czele. Asumpt do niniejszego wpisu dała wieść od znajomego, o świeżo wydanej przez Universitas pracy, właściwie pamflecie na ponad 700 stron [!] pod pretensjonalnym acz znamiennym wielce tytułem: ''Eurazjatyzm na wspak. Polscy tradycjonaliści przeglądają się w zwierciadle Eurazji i udają, że to nie oni''. Żeby było zabawniej, rzecz ukazała się z rekomendacją ''samego'' Michnika - doprawdy nie pojmuję komu jeszcze może imponować stary pajacyna, chyba już tylko skończonym ''KODerastom''. Autorem pomienionego wysrywu przegenialnego zapewne ''dzieła'' jest wspomniany w tytule Jarosław Bratkiewicz, którego osobie warto poświęcić nieco uwagi, bowiem jak to wyłożono na wstępie ucieleśnia wprost całą nędzę dotychczasowej pożal się ''polityki wschodniej'' III RP. Dzięki temu ujrzymy w ostrym świetle, z jakich to przyczyn służyła ona dotąd realizacji agendy Zachodu jak i w gruncie rzeczy samej Rosji, nie zaś naszym żywotnym interesom państwowym i narodowym. Tak więc krótko o zjebie: jest on co ciekawie absolwentem ufundowanej jeszcze za Stalina a istniejącej do dziś moskiewskiej szkoły dyplomacji, podobnie jak i obecny minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow, acz niestety jak się przekonamy wyciągnęli odmienne całkiem nauki z lat studiów. Ruski niedźwiedź bowiem jest zwolennikiem srogiego i trzeźwego przez to realizmu w polityce, zaś u polskawego jedynie mentalnego kundla tradycyjnie frazes robi za rzeczywistość [ a może tylko realizują powierzone sobie inne zadania... ]. Imć Bratkiewicz, choć urobiony w stalinowskiej szkółce mentalny sowiet, po powrocie do PRL ostał się jednak koncesjonowanym ''opozycjonistą'' - niestety znaleźć nie mogę w sieci śladów choćby opisu jego cudownego zaiste ''nawrócenia'' na zachodni demoliberalizm. Podobnie jak i świadectw antykomunistycznego zaangażowania jako członka reżimowego PAN, nu ale glejt udzielony przez świetlaną postać Adama Michnika, który przecież napisał w PRL-owskim więzieniu całą wymierzoną w system książkę, winien rozwiać wszelkie co do tego wątpliwości. Jedynie skończony ''oszołom'' stąd pozwalałby sobie na obleśne sugestie wobec osoby towarzysza Bratkiewicza, iż jego ''podziemna'' działalność w ''Solidarności'' z prikazu zapewne sowieckich mocodawców, miała na celu li tylko słać zeń raporty bez pośrednictwa SB wprost do moskiewskiej centrali na Łubiance - co to to nie!!! Z tak zasłużoną kartą ''antykomunistyczny opozycjonista'' po moskiewskiej szkole dyplomacji, przeznaczony był wprost do pełnienia kluczowych funkcji w polityce zagranicznej ''wyzwolonej'' już spod sowieckiej zależności, ''wolnej'' Polsce. Przez następne dekady więc kształtował ją w znaczącym stopniu, na węzłowych stanowiskach odpowiednio jako ''wicedyrektor Departamentu Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej oraz dyrektor Departamentu Wschodniego MSZ'', cytując za jego biogramem na Wiki. ''GP'' zaś podaje, iż ''na początku lat 90. trafił [on] do Biura Bezpieczeństwa Narodowego – co przez pewien czas ukrywał w oficjalnym życiorysie'', po czym jako szefowi ww. departamentu odpowiedzialnego za ''politykę wschodnią'' III RP, powierzono mu nadzór nad katyńską wizytą prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku. On to miał poinformować swego ówczesnego pryncypała Radzia Sikorsky'ego o tragedii jaka miała miejsce w Smoleńsku, i jeszcze w tym samym 2010-ym ostał się gławnym ''dyrektorem politycznym'' polskiego [ czyżby? ] MSZ.

W świetle powyższego nie może więc dziwić gromka deklaracja, jakiej dopuścił się publicznie rok później podczas odbywającego się we Wrocławiu ''I Polsko-Rosyjskiego Kongresu Mediów''. Prawił tam o ''politycznych celach polskiej prezydencji w UE'' na 2011, w tym serwilistycznym wcielaniu tzw. ''Partnerstwa Wschodniego'', sprowadzającego się do realizacji agendy Zachodu [ a poniekąd i Moskwy ] wobec państw Europy Wschodniej głównie, acz sięgającej aż po Kaukaz, konkretnie Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Przy okazji wygłosił nie pozostawiające żadnych wątpliwości oświadczenie, wymowne w kontekście rozpalonego w owym czasie kryzysu migracyjnego - cytuję za oficjalną enuncjacją prasową:

''Jego [ tj. Bratkiewicza - przyp. mój ] zdaniem istotnym elementem stosunków Unii Europejskiej z Rosją powinna być również kwestia migracji ludności. "Dziś w Europie zaczynają pojawiać się problemy związane z migracją ludności i budową społeczeństwa multikulturowego, to zaś rzutuje na postrzeganie problematyki otwarcia na Wschód" - mówił Bratkiewicz. Jak podkreślił Polska "nie odczuwa bojaźni" wobec napływu do kraju sąsiadów ze wschodu. "W tej materii deklarujemy wsparcie dla działań, które połączą Rosję z UE" - mówił.''

- jako żywo przypomina to farmazony Brzezińskiego, wydalone przezeń tuż przed powrotną teleportacją z Ziemi na rodzinną planetę [ info dla niekumatych - to żart ], o poszerzonym o Rosję Zachodzie rozciągającym się ''od Vancouver po Władywostok'', które to referowałem parę wpisów temu. Powyższe wskazywałoby, iż ''broń masowej migracji'' stanowi narzędzie budowy takowej ''globalnej Północy'' z epicentrum w Arktyce, jaką to jawi się na mapie pomieszczonej w ''strategicznej wizji'' Big Zbiga, chuj nołs. Dodać przy tym należy, iż Bratkiewicz nadal żywi sentyment do swej moskiewskiej ''Alma Mater'', skoro w 2013 zadeklarował udział w odbywającym się wówczas w Baku ''I-ym Międzynarodowym Forum Absolwentów MGIMO'', czyli rzeczonej sowieckiej szkoły ''dyplomatów'', a realnie jawnych szpiegów i czekistów w cywilu. Bowiem uczelnia ta kształciła głównie ''czerwone książątka'', synalków komuszych burżujów z partyjnej arystokracji, stanowiąc przeto prawdziwą ''kuźnię kadr'' ZSRR jak i posowieckiej już Rosji. Z tej okazji wspomniany wyżej artykuł w ''GP'' podaje, iż:

''Jak piszą w oświadczeniu organizatorzy – przedsięwzięcie ma służyć konsolidacji absolwentów MGIMO „prezentujących służbę państwową i biznes z całego świata, nawiązaniu współpracy w ramach międzynarodowego grona „mgimowcew”. Organizatorzy mają nadzieję, że Forum stanie się tradycją i będzie organizowany po kolei w tych krajach, w których istnieją organizacje Stowarzyszenia Absolwentów”.
 
Wśród „gwiazd” spotkania w Baku są wymieniani – prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew, szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow, zastępca sekretarza generalnego ONZ Kassim Tokajew, wicepremier Ukrainy Kostiantyn Hryszczenko, oligarcha Aliszer Usmanow (właśnie żona Usmanowa Irina Winer [ on uzbecki muzułmanin i najpotężniejszy bodaj obecnie oligarcha ''wsiej Rusi'', ona zaś sowiecka Żydówka - przyp. mój ] trenowała przez lata gimnastyczkę Alinę Kabajewą, której przypisuje się związek z Władimirem Putinem), wicepremier i szef MSZ Słowacji Miroslav Lajčák, wicepremier i minister spraw zagranicznych i integracji europejskiej Mołdawii Iurie Leancă, minister kultury Rosji Władimir Miedinski, wiceszef MSZ Wietnamu Nguyễn Phương Nga. Oprócz tego przedstawicieli dużych firm i banków (Gazprom, Lukoil, Socar).''

Obraz imć Bratkiewicza kreślony przez media partyjne PiS jest wszakże niepełny, bowiem pomijane są w nim pewne niewygodne dla prezesa tegoż ugrupowania fakty, o czym zaraz się przekonamy. Sięgnijmy więc po niezbędne szczegóły z braku innych źródeł do post-komuszego ''Przeglądu'', gdyż bodaj jako jedyny z ukazujących się w kraju periodyków prowadzi rubrykę traktującą o dyplomacji III RP, oczywiście prezentowaną w szczególny sposób, niemniej tylko tam znaleźć można potrzebne nam informacje. Tak więc:

''Zanim premier wyjechał do Moskwy, żeby otwierać naszą politykę wschodnią, nastąpiły w MSZ ciekawe zmiany. Najpierw szefem Departamentu Europy Wschodniej został Jarosław Bratkiewicz. Kiedyś o nim wspominaliśmy, ale teraz można by przypomnieć parę elementów – otóż Bratkiewicz jest po MGIMO, więc z punktu widzenia PiS-owców powinien być uznany za człowieka absolutnie podejrzanego. Tylko że rzecz jest bardziej skomplikowana – bo Bratkiewicz nie chciał po szkole pracować w MSZ, wybrał Polską Akademię Nauk, no i w dorosłym życiu kontestował PRL i ludzi z czasów PRL. No i związki polsko-rosyjskie. Więc gdy przyszedł do MSZ, i z uwagi na przeszłość, i na prezentowane poglądy, zaliczano go do prawicy. Tenże Bratkiewicz zaczął budować sobie w MSZ ekipę. I na wicedyrektora departamentu ściągnął Mariusza Maszkiewicza. Człowieka spoza MSZ. Ten Maszkiewicz był w ostatnim czasie wprawdzie poza MSZ, ale przecież temu ministerstwu zawdzięcza sławę – bo pracował tu w latach 90. Był najpierw konsulem w Grodnie, a potem ambasadorem w Mińsku (1998-2002). Na tym stanowisku zyskał pewien mir, bo nawet mówił o nim sam prezydent Łukaszenka. Otóż nazwał go pewnego razu szkodnikiem. Maszkiewicza pamiętamy też z innego wydarzenia – w marcu 2006 r. został aresztowany na głównym placu w Mińsku, w miasteczku namiotowym, gdzie kilkaset osób demonstrowało przeciwko sfałszowaniu wyborów prezydenckich. I spędził w białoruskim areszcie kilkanaście dni. Potem pamiętamy go z telewizyjnych komentarzy dotyczących Białorusi i Łukaszenki. W ostatnim zaś czasie był on kojarzony z ekipą Jarosława Kaczyńskiego. W MSZ, po jego nominacji, przypominano, że jakiś czas temu chwalił się białoruskim niezależnym mediom, że jest doradcą premiera ds. polityki wschodniej i że premier bardzo ceni jego opinie. No i że przeszkadza mu w pracy ambasada Białorusi w Warszawie, która nie zaprasza go na przyjęcia. To teraz będzie. Jak opisujemy ekipę, która kształtować będzie polską politykę wschodnią, dodajmy do tego jeszcze jedną osobę. To Wojciech Zajączkowski, do niedawna dyrektor Departamentu Europy Wschodniej. Pisaliśmy o nim niedawno – Zajączkowski, ponieważ nie może wyjeżdżać do Rosji, miał iść na długi urlop, a po jego zakończeniu odejść z MSZ i iść do biznesu prywatnego. I widocznie nie poszedł, bo wrócił do gmachu. Ale już na stanowisko wicedyrektora, choć w Departamencie Planowania i Strategii (u Jacka Czaputowicza).''

- co tłumaczy nominację ostatniego z wymienionych dyplomatów, czyli Zajączkowskiego na ambasadora w Chinach już za rządów PiS. Jak widać więc opisana ekipa czynnie kształtuje nadal ''politykę wschodnią'' III RP nie tylko w stosunku do najbliższych nam krajów, lecz i sięgającą po drugi kraniec Eurazji. Wyznaczenie jako reprezentanta Polski w kluczowym obecnie państwie świata nie waham się rzec, od ułożenia stosunków z którym zależeć może wręcz przyszłość naszego kraju, byłego dyrektora ''Forum Europy Środkowo-Wschodniej'' niesławnej fundacji im. Elżbiety Batory w latach 90-ych, a następnie członka ekipy Kwaśniewskiego towarzyszącego mu podczas tzw. ''pomarańczowej rewolucji'' na Ukrainie w 2004, i to przez rząd ''dobrej zmiany'' jest zwyczajnie dlań kompromitujące. Znamienne, iż Kaczyńskiemu i jego akolitom nie przeszkadzało, iż tenże Zajączkowski robił za głównego doradcę premiera Tuska w 2008, a następnie do końca niemal władzy PO był ambasadorem w Rumunii, zaś od 2010 w samej Rosji [ choć placówkę objął już po katastrofie-zamachu-ustawce-wpisz dowolne w Smoleńsku ]. W świetle powyższego tylko skończony szur i zwyczajny idiota odrzucający z góry wszelkie ''teorie spiskowe'', kwestionować może narzucający się wprost wniosek, iż pan Wojciech jest przedstawicielem jakowegoś ''głębokiego państwa'', i to bynajmniej polskiego... Ponieważ to jednak wpis poświęcony Bratkiewiczowi, ''prawicowcowi'' i ''antykomuniście'' nieledwie rodem ze stalinowskiej szkoły dyplomacji, stąd przyjrzyjmy się jego człowiekowi w MSZ, czyli pomienionemu wyżej Maszkiewiczowi, bowiem wyjdą przy okazji na jaw jeszcze bardziej intrygujące informacje, sensacyjne wręcz rzekłbym. Sięgamy w tym celu po artykuł Mai Narbutt sprzed dekady ponad, umieszczony w ''Rzepie'' a zarchiwizowany na nieocenionej stronie ''niniwa'', gdzie tamże czytamy co następuje:

''Kiedy białoruski kagiebista wypuszczał mnie z aresztu, powiedział: i tak dostaniemy cię w tej twojej Polsce - opowiada dziś Mariusz Maszkiewicz. Niedwuznacznie sugeruje, że jego kłopoty to efekt zemsty służb Łukaszenki. W białoruskim areszcie Maszkiewicz znalazł się w 2006 roku, gdy pojechał jako osoba prywatna do Mińska i wziął udział w demonstracji opozycji. Jego ojciec rozpoczął wówczas głodówkę przed polskim MSZ, by wymusić na naszych władzach zdecydowaną interwencję. Wszystkie polskie media, stacje telewizyjne, poważne gazety, a także tabloidy, relacjonowały bulwersującą sprawę aresztowanego dyplomaty. Gdyby uwierzyć, że białoruskie służby mają tak długie ręce, jak mówi Maszkiewicz, i chciały go zniszczyć, to działały opieszale. Maszkiewicz ściągnięty przez Radosława Sikorskiego z powrotem do MSZ zdążył objąć stanowisko wicedyrektora Departamentu Wschodniego i zdobyć ogromny wpływ na politykę Polski, a co za tym idzie, również UE, wobec Białorusi

- To prawda, namawiałem Sikorskiego na ocieplenie naszych stosunków z Białorusią. Zgodził się w końcu polecieć na Białoruś, by spotkać się z szefem białoruskiej dyplomacji Siarhiejem Martynauem - przyznaje Maszkiewicz. - Wtedy wydawało się to dobrym pomysłem. Niestety, Martynau zaczął wkrótce oczerniać Polskę w instytucjach unijnych. [...]

Kiedy Mariusz Maszkiewicz zaczął szukać dziennikarskiego wsparcia w walce o odzyskanie dostępu do tajnych informacji, wydało mi się oczywiste, że takiego wsparcia nie można udzielić bezwarunkowo. Jego kompetencji w sprawach wschodnich nikt nie może podważyć. Musiałam jednak sprawdzić - na ile to było możliwie - czy w jego życiu i karierze dyplomatycznej nie ma jakichś spraw, które rzeczywiście mogłyby "budzić niedające się usunąć wątpliwości" ABW. I dlatego zadałam mu pewne pytanie: czy źródłem problemów nie jest jego związek z Białorusinką 

- To jakiś absurd, musiałbym uwierzyć, że moja żona Katia jest jakąś Matą Hari - odpowiedział Maszkiewicz. 

W kręgach dyplomatycznych małżeńskie perypetie Maszkiewicza są doskonale znane. Podczas pobytu jako ambasador na Białorusi poznał kobietę, z którą zamieszkał w rezydencji. Żona z czwórką dzieci wróciła do Polski. Ta sytuacja na pewno nie budziła entuzjazmu w MSZ i po zakończeniu kadencji ambasadora jego kariera uległa zahamowaniu. W pewnym momencie zaczął pracować w jakiejś fundacji, potem założył firmę konsultingową. Przez parę miesięcy był doradcą do spraw wschodnich w Kancelarii Premiera za rządów PiS, by w końcu już za rządów PO triumfalnie wrócić do MSZ. Czy małżeństwo z Białorusinką jest wystarczającym powodem, by polskie służby specjalne uznały dyplomatę za osobę niewiarygodną? Wiele wskazuje na to, że białoruski wywiad działa w Polsce bardzo aktywnie - ostatnio ABW ujawniła, że jej funkcjonariusz z delegatury w Białymstoku został przewerbowany przez białoruską agentkę. [...] Przez parę tygodni zadaję osobom związanym z dyplomacją pytanie, gdzie leży granica, której nie może przekroczyć dyplomata. Dochodzę do wniosków zdumiewających. Gdyby Krzysztof Piesiewicz nie był senatorem, lecz dyplomatą, dziwne zdjęcia pana w kwiecistej sukience wciągającego biały proszek w towarzystwie rozbawionych pań zapewne nie trafiłyby na pierwsze strony gazet, a jego kariera nie doznałaby szwanku

- Dyplomaci mają to szczęście, że media się nimi nie interesują. Bardzo rzadko ktoś wyciągnie coś kompromitującego dyplomacie - wtedy, gdy chce uderzyć w krajowych polityków, z którymi ten jest związany - przyznaje Jan Piekarski, który jako ambasador spędził wiele lat na różnych placówkach, by potem kierować protokołem dyplomatycznym. Podczas gdy dziennikarze i fotoreporterzy tropią zawzięcie i stawiają pod pręgierzem opinii publicznej posłów, którzy przemykają pod ścianami, bo w restauracji sejmowej pili nie tylko herbatę, znacznie cięższe przewinienia dyplomatów pozostają tajemnicą.

- Kiedy miałem obowiązkowe badania psychologiczne, lekarz zdradził mi, że połowa naszych dyplomatów ma poważne problemy, zwłaszcza dotyczące uzależnień - mówi mi jeden z dyplomatów. - To oczywiście ma fatalne konsekwencje. Dyplomata, prowadząc po pijanemu samochód, może wjechać w miejski autobus lub wóz strażacki - ujdzie mu to na sucho, pod warunkiem że zasłoni się immunitetem, a nie - jak niedawno konsul RP w Vancouver - potulnie uda się na posterunek policji i pozwoli zbadać poziom alkoholu we krwi.

- Jestem dyskretny, nie będę więc operował nazwiskami. Ale ponieważ nie muszę tak uważać na słowa jak czynny dyplomata, powiem, że jeśli chodzi o liczbę skandali związanych z naszą dyplomacją, to jest ona naprawdę duża. Skandale dotyczą zarówno panów - jednym z najbardziej bulwersujących epizodów jest romans ambasadora z kierowcą - jak i pań, które również na stanowiskach ambasadorów potrafią prowadzić się dość swobodnie - mówi ambasador Jan Piekarski. Milczenie mediów, jakie towarzyszy wybrykom dyplomatów, nie wynika tylko z faktu, że ambasador X czy konsul Y jest dla nich postacią mniej interesującą niż najmniej nawet znany poseł. Do Polski zazwyczaj po prostu nie docierają nawet najbardziej bulwersujące historie, czasem tylko napisze o nich lewicowy "Przegląd", a skserowane kopie artykułu krążą potem po gabinetach i korytarzach MSZ. A przecież jeśli się oburzamy, czasem obłudnie, że parlamentarzyści prowadzą niekonwencjonalny tryb życia za pieniądze podatnika, to podobne zachowania dyplomatów są znacznie bardziej niebezpieczne. Stanowią nieodpartą pokusę dla obcych służb wywiadowczych, które szukają haka na dyplomatów, koncentrując się na sprawach, które chcą oni ukryć.- Jaka jest granica tolerancji MSZ i co tak naprawdę wolno dyplomacie? - powtarza moje pytanie ambasador Piekarski. - Tak naprawdę to sprawa indywidualna. Wszystko zależy, z czyjego kalendarzyka wypadł ambasador. Niektórym wolno prawie wszystko, innym znacznie mniej. [...] A więc w końcu muszę spytać Mariusza Maszkiewicza, kim naprawdę jest Białorusinka, którą poznał, gdy był ambasadorem w Mińsku, a potem ściągnął do Polski. Teraz nazywa się Katarzyna Maszkiewicz, jest matką jego dziecka, oficjalnie przedstawianą w Polsce i za granicą jako żona. Czy rzeczywiście jest jego żoną, a może, choć brzmi to nieprawdopodobnie - jego macochą

- To prawda. Ożenienie jej z moim ojcem wydawało się dobrym pomysłem. Ułatwiało zdobycie polskiego obywatelstwa, na czym zaczęło nam zależeć - mówi Maszkiewicz. - Ale proszę nie pisać, że to było fikcyjne małżeństwo, bo przecież mój ojciec mógł się w niej naprawdę zakochać. Może cała sytuacja trochę zaszokowała oficerów ABW, chyba pochodzą z małych miasteczek i są konserwatywni. Ja też zresztą jestem konserwatywny.'' 

- przepraszam wszystkich wrażliwców i dobrze wychowanych, o ile takowi[-e] jeszcze uchowali się w naszej epoce rozbestwionego chamstwa, niechże mi wybaczą ale muszę odreagować lekturę przytoczonych dopiero co ustępów tzw. ''wiązanką świętokrzyską'': kurwajebanawdupęmaćipizdęzasranąchujemskurrrwysyńskim!!! Zrekapitulujmy: ambasador III RP na Białorusi wdaje się w romans z miejscową babą, i porzuca dla niej żonę wraz z czwórką dzieci - już samo to winno być dlań dyskwalifikujące, nawet nie tyle z powodów moralnych, co uzasadnionych jeśli idzie o reżim Łukaszenki podejrzeń, że kobita została mu podstawiona przez miejscowe służby. Przecież to klasyczna metoda werbunku stosowana przez wszystkie tajne policje świata, lecz [post]sowieckie chyba ze szczególnym upodobaniem, w myśl nieśmiertelnej zasady: ''korek, worek i rozporek''. Tymczasem zjeb sprowadza sobie białoruską agentkę kochankę do kraju, stręcząc ją w dodatku dla zalegalizowania pobytu własnemu ojcu, stawszy się tym samym ''konserwatywnym kazirodcą'' de facto. Po czym jako [s]ex-dyplomata przypominam, zakłada ''firmę doradczą „Biuro Promocji Gospodarczej Europa Wschód”, pomagając polskim przedsiębiorstwom w kontaktach gospodarczych na rynkach byłego ZSRR'', jak głosi biogram na Wiki. Następnie po latach skompromitowany pajacyna powraca na Białoruś, by wziąć udział w demonstracji tamtejszej opozycji, podczas której to zostaje aresztowany - otwarte zaangażowanie po stronie przeciwników Łukaszenki byłego niechby ambasadora RP w tym kraju zakrawa na skandal, gdyż daje dyrektorowi kołchozu uzasadnienie dla oskarżania polskich władz o wtrącanie się w wewnętrzne sprawy sąsiedniego narodu. Owszem, powinniśmy jak każde szanujące się państwo utrzymywać kontakty z wszystkimi siłami politycznymi na strategicznie dla nas ważnej Białorusi, również tymi niemile widzianymi przez władze, lecz robić to jak wszyscy po kryjomu, maksymalnie jak się tylko da zacierając ślady udzielanego im wsparcia. Na prowokację więc i ordynarne zalegendowanie agenta niemalże wygląda idiotyczna akcja Maszkiewicza - a mimo to błazen zostaje po powrocie do kraju z honorami przyjęty przez ówczesnego premiera PiS Marcinkiewicza, ''wraz z rodziną'' jak głosi oficjalny komunikat, co oznacza zapewne także jego białoruską konkubinę, żonę i macochę w jednym:) [ sądzę, że jako ''konserwatywny kazirodca'' musiał stanowić inspirację Kazia do rychłego porzucenia przezeń z kolei małżonki i dzieci, oraz słynnego już romansu z Isabel ]. Co więcej, sam ''Jarosław Polskę zbaw'' bierze go na doradcę ds. ''polityki wschodniej'' za swego premierowania, i nie przeszkadza mu najwidoczniej wcale ciągnący się za typem smrodliwy ogon mętnych powiązań! Wprawdzie ekipa Tuska wskutek jakichś niejasnych przepychanek i wewnętrznych intryg w ówczesnym obozie władzy, odbiera mu w 2010 certyfikat bezpieczeństwa - do tego pije Maszkiewicz w wyżej przytoczonym artykule - wszakże sprawie dość szybko ukręcono łeb. Inaczej być nie mogło skoro obrotowy jak na dyplomatę przystało kolo, stał się przecie także protegowanym Sikorskiego jak wspomniano, a może nade wszystko ''bohatyra'' niniejszego wpisu, pełniąc u boku szefa MSZ z ramienia PO tym razem, analogiczną rolę jak za pierwszych rządów PiS. Nie może już stąd dziwić, że po powrocie tejże formacji do władzy zostaje mianowany ambasadorem w Gruzji, gdzie min. odwala jakieś wałki finansowe - jak sam skromnie przyznał, podpisana przezeń umowa na kupno miejscowej siedziby reprezentacji RP w tym kraju, ''nie jest najkorzystniejsza''. Kończąc wątek wypada nadmienić, że cierpiący najwyraźniej na ''kompleks EdUpa'' Maszkiewicz, zaczynał polityczną działalność w strrrasznie antykomunistycznym ruchu ''Wolność i Pokój'', co zasługuje na szczególną uwagę. Wydał on przecie wielu przezacnych ''ojców polskiej niepodległości'' odzyskanej po rządach sowieckich namiestników, by wymienić choćby znanego piromana Bartusia Sienkiewkę, nie mniej zasłużonego ''hiszpańskiego łącznika'' Jacka Ciaputowicza, czy wreszcie zginiętego w do dziś niejasnych okolicznościach ''Kostka'' Miodowicza. Jednym słowem wszystkich tych pułkowników, którzy nie wiadomo kiedy zdążyli być majorami, jak trafnie spostrzegł jeden ze znajomych - istna ''kuźnia kadr'' III RP z tego widać, szkoda jedynie uczciwych ludzi, którzy dla takich jak oni robili za tło w WiP-ie, sam miałem okazję takowych spotkać.

Nie pozostaje więc nic innego w świetle przytoczonych faktów, jak powtórzyć com już pisał w kontekście obecnego ambasadora Polski [?] w Chinach - pojęcia nie mam, komu naprawdę służą pomienione sk*syny, ale na pewno nie naszym interesom narodowym... Faktycznie jeśli idzie o dyplomację RP przynajmniej ''PiS-PO jedno zło'', i toż samo tyczy reszty ''bandy czworga'' z SLD i PSL rzecz jasna. Żadnej alternatywy wszakże nie stanowi tu Konfidencja stojąca korwinozjebami, zachwyconymi wielce wzorem swego guru putinowskim reżimem, tym samym który każdego roku bandycko wywłaszcza kilkuset co najmniej średnich i drobnych przedsiębiorców na rzecz ''liberalnych czekistów'', biurokratów państwowych i biznesmenów w jednym. Powiadam nie wiem na czyje zlecenie działają opisani wyżej, bo nie siedzę na szczęście w szambie zwanym ''dyplomacją'' III RP i jej tzw. ''polityce wschodniej'', niemniej jedno jest dla mnie pewne: nawet jeśli realizują oni w istocie interesy moskiewskie, pozując przy tym bezczelnie na antykremlowskich ''opozycjonistów'' dla niepoznaki, nie mogliby odstawiać swego nędznego teatrzyku bez co najmniej przyzwolenia ze strony państw Zachodu, na czele z USA. Uświadomienie sobie tego pozwala na pozbycie się wszelkich niemal złudzeń, i maksymalnie trzeźwy dla postronnego obserwatora ogląd ''polskich'' jedynie z nazwy spraw na szeroko pojętym Wschodzie, stąd cudzysłów. Polska ''polityka wschodnia'' - ona nie istnieje, gorzka ta refleksja jest konieczna dla dalszego wywodu, by nie marnotrawić czasu na niepotrzebne dywagacje. Powróćmyż więc do opisu działalności tytułowego ''bohatyra'', którego osoba jak w soczewce ukazuje wyraźnie całą ''teoretyczność'' naszego państwa niby, oraz prowadzonej jakoby przezeń polityki zagranicznej, szczególnie wobec kluczowego obecnie rejonu szeroko pojętej Eurazji. Najlepszą ilustracją będą tu kocopoły jakimi raczył złotousty Jaro Bratkiewicz zebranych podczas swego wykładu w Bydgoszczu prawie siedm laty temu będzie, pełniąc wówczas stanowisko ''dyrektora politycznego'' MSZ, cokolwiek to na miłość Boską znaczy. Pominę prawione przezeń standardowe u folksdojczów obecnej doby peany na cześć dobrodziejstw płynących jakoby z naszego członkostwa w UE, ze szczególnym uwzględnieniem samorządów - nic rzecz jasna nie bąknął nawet, o ściśle z tym związanym przytłaczającym ciężarze długów pod jakimi się one uginają, co właśnie mam okazję obserwować po katastrofalnym wręcz stanie finansów rodzimego miasta. Nie będę także komentował jego bredni o rzekomym ''duchu zaufania'' i ''atmosferze otwartości'' oraz ''przejrzystości działań'', panujących ponoć wśród państw członkowskich UE, bo to nadaje się jedynie na poczęstowanie ''wiązanką świętokrzyską'' z turbodoładowaniem, a po co się żołądkować przez jakiegoś zjeba. Jeden wszakże passus z wypowiedzi ''antykomunistycznego sowieciarza'' wprost obezwładnił mnie swym idiotyzmem:

''Jarosław Bratkiewicz wspomniał tu na dowód swej tezy swoją wizytę w Iranie. – Wiceminister irański ds. europejskich zapytał mnie “Co Polska uzyskała poprzez członkostwo w Unii Europejskiej?”. Powiedziałem, że weszliśmy w strefę krajów, co do których żywimy rzecz tak ważną jak zaufanie. Irańczyk patrzył na mnie podejrzliwie, kiwał z zatroskaniem głową i ja miałem później poczucie, że nie wierzył ani jednemu mojemu słowu. Bo on wiedział, że dyplomacja to jest podróż przez Park Jurajski. Mówiąc o Radzie Spraw Zagranicznych UE Bratkiewicz stwierdził, że:Debatą tam rządzi racjonalny argument. Nie knowania, nie zwodzenie i nie uwodzenie, ale właśnie racjonalny argument. Działa to oczywiście tylko wtedy, kiedy wszyscy podporządkowują się tym argumentom. Dyrektor polityczny MSZ przyznał, że taka dyplomacja funkcjonuje obecnie na ograniczonym terenie, właściwie tylko w Europie. – Pytanie o skuteczność postmodernizmu politycznego strzeliło ze szczególną siłą w obliczu konfrontacji pomiędzy Unią a Rosją w sprawie Ukrainy. Rosja w tym wypadku stosuje politykę wybitnie premodernizacyjną.''

- jak w praktyce wygląda ''miękka siła'' UE w zderzeniu z realistyczną do bólu, trzeźwą dyplomacją rosyjską, mieliśmy okazję niedawno obserwować w Moskwie, gdzie Ławrow przeczołgał koncertowo hiszpańskiego pajaca Borella, czy jak mu tam [ nieważne bo on i tak się nie liczy, jest tylko kolejną unijną amebą pozbawioną jakiejkolwiek realnej sprawczości ]. Minister z ''krainy Ariów'' musiał srogo dumać nad głupotą [anty]polskiego dyplomaty, dziwując się zapewne jakim cudem podobny tuman zyskał reprezentacyjne stanowisko w polityce zagranicznej ''Lechistanu''. Przyznajmy trudno aby Polskę traktowano poważnie na arenie międzynarodowej, kiedy za jej przedstawiciela robi rżnący głupa błazen, o ile nie wręcz obcy agent. Przez takich właśnie Bratkiewiczów przejebaliśmy dosłownie ostatnie 30 lat ''wolnej Polski'', karmieni iluzjami ''postmodernistycznej polityki'' i ''miękkiej siły UE'', gdzie niby liczy się tylko sławetna ''otwartość'' na ''innego'', nie zaś twarda gra interesów i walka o swoje. W efekcie okazaliśmy się kompletnymi gołodupcami, pozbawionymi niemalże realnych narzędzi polityki jak: silna i dysponująca zaawansowanym technologicznie uzbrojeniem armia, budzące u obcych respekt tajne służby, wreszcie zasobna w rodzimy kapitał - czy kuce mnie słyszą?! - ekonomia. I to właśnie, gdy wkraczamy w trudny, rodzący wiele zagrożeń okres dziejowych zawirowań, z którego obronną ręka wyjdą jedynie silne organizmy państwowe i narodowe [ a nie rozbite na wyalienowane indywidua o jakich roją libertariańskie spierdoliny ]. Na szczęście nie wszyscy jeszcze w kraju zgłupieli, o czym świadczy trzeźwe podsumowanie bratkiewiczowych kocopołów w lokalnej bydgoskiej gazecie, które wypada tu przytoczyć, gdyż dosłownie nic dodać mu ni ująć:

''Charyzmatyczny Jarosław Bratkiewicz wygłosił inauguracyjny wykład. Opowiadał tak piękną polszczyzną, że nie sposób o tym nie wspomnieć. Bez zająknięcia, w sposób spójny i treściwy mówił o współczesnej dyplomacji. Nie brakło przy tym europejskiego zadęcia, ale to rzecz typowa. Bratkiewicz namalował pastelowy obraz polskiej dyplomacji, która dzięki integracji z Unią Europejską zdobyła cywilizacyjny szczyt. Z tego szczytu spoglądał dyrektor polityczny z góry na Rosję, która, jak wynikało z wykładu, znajduje się w fazie premodernistycznej, a zatem dwie epoki za Polską, która dumnie kroczy ścieżką “racjonalnej”, “opartej o argumenty”, “nowoczesnej”, “postmodernistycznej dyplomacji”. Kto wierzy, że dyplomacja postmodernistyczna to rzeczywiście jest jakiś postęp, tego wykład Jarosława Bratkiewicza musiał zachwycić nie tylko formą, ale także esencją przekazu. Mnie przekonuje dyplomacja, która nie odwołuje się do siły militarnej nazbyt często, ale która siłę taką posiada. Jakby potraktować słowa Bratkiewicza nazbyt poważnie to należałoby dojść do wniosku, że fatalny stan polskiego wojska jest powodem do dumy. I że puste deklaracje oraz umizgi są czymś lepszym niż argument siły oraz twarda gra polityczna rzekomo niedojrzałych azjatyckich krajów, na czele z Rosją.''

Co do pomienionej na wstępie książki jeszczem jej nie czytał, gdyż biorąc pod uwagę wyżej przytoczone informacje o autorze jasno widać, że nie jest ona warta wydania na nią choćby złamanego grosza, poczekam więc aż będzie dostępna w wolnym obiegu. Wszakże sam fakt jej ukazania się i to z rekomendacją Adama ''przeproś parchu za brata!'' Michnika, oraz rozdęty groteskowo na prawie 1000 stron, pretensjonalny już po tytule pamflet na widmo rodzimego eurazjatyzmu, świadczą nadto wymownie o prawdziwym pożarze w burdlu jaki ta wizja u obu wywołuje. Istny popłoch wśród pożal się elit III RP uosabianych przez dwóch wspomnianych dziadygów, zjednoczonych strachem przed ożywieniem zapoznanej polskiej tożsamości, cudne zaiste. Nie kryję mej satysfakcji stąd płynącej, boć przecież od przeszło dekady ponad już będzie głoszę wraz z nielicznymi póki co niestety, że tylko jakaś forma rodzimego ''eurazjatyzmu'', odmiennego całkiem od jego duginowskiej wersji, może stawić czoła epokowym wyzwaniom przed którymi stoi obecnie Polska. W tym zaradzić nieuniknionej i tak  zbiorowej traumie ''szoku kulturowego'' i wstrząsom społecznym, jakie nastaną w kraju wskutek masowego napływu migrantów ze Wschodu, tak najbliższego nam jak i nawet z drugiego krańca Eurazji. Niestety radość psuje mi trzeźwa świadomość, iż jest to nadal wołanie jedynie na puszczy, dobywające się z internetowej niszy w jakiej tkwię oraz mi podobni, a bodaj nikt z naszych decydentów nie formułuje takowych postulatów w przestrzeni publicznej. Cała dyskusja wokół kwestii migranckiej krąży wciąż beznadziejnie zapętlona na ekonomicznej zasadności lub nie pracy gastarbeiterów, pomijając niemal całkiem kluczowe zagadnienie możliwej syntezy cywilizacyjnej, lub konfliktu na tym tle jaki nad nami wisi, a to przecież rzecz zasadnicza. Świadomy zaś tego jest Bratkiewicz, gdy przenikliwie oddajmy mu rozpoznaje płynące stąd śmiertelne wprost zagrożenie dla takich jak on, składając we wstępie do swej książki deklarację programową uosabianego przezeń stronnictwa okcydentalistów po moskiewskiej szkole dyplomacji, zapatrzonych w urojony w ich łbach Zachód poszerzony o Rosję niczym z przedagonalnych majaczeń Brzezińskiego. Oto więc co pisze, zacytujmy z dostępnego w sieci fragmentu pracy:

''Celem poniższego wywodu będzie w pierwszej kolejności ukazanie, jak treść ideologiczna, zgoła cywilizacyjna, nazywana eurazjatyzmem, na którą tradycjonaliści w dzisiejszej Polsce mogą prychać i ekskomunikować ją jako przywabiające z Rosji ''jądro ciemności'', przejawia się - paradoksalnie - w doktrynie Prawa i Sprawiedliwości jako tenże eurazjatyzm, tyle że przenicowany à la manière polonaise [ oczywiście jak na yntelygęta przystało musiał wtrącić coś po francusku, w języku dupków jakby nie można było napisać wprost ''na modłę polską''; matko jak mnie irytują te zapatrzone ślepo w Paryż intelektualne *urwy, normalnie jakbym Czaskosky'ego słyszał! - przyp. mój ]. Innymi słowu, idea eurazjatycka z Rosji wywiedziona odzwierciedla się [ czy raczej karykaturuje ] w polskim tradycjonalizmie, który - choć pali świeczki przed demokratycznym wyborem, kadzi gospodarce wolnorynkowej i przybiera europejskie miny - przeistacza się w groteskowy epifenomen eurazjatyzmu. Właśnie w eurazjatyzm à rebours [ znowu! - przyp. mój ]. Powiadają astrofizycy, że antymateria przybiera zwierciadlanie podobne kształty jak materia. Jednak wystarczy, że obie się zetkną a zachodzi wtedy proces wzajemnego unicestwienia [ anihilacji ]. Metaforycznie ilustruje to konfliktowość rosyjskiego pierwowzoru eurazjatyzmu w odniesieniu do jego polskiego ''antymateryjnego'' pobłysku. [...] Słowem, dzięki ''wzmożeniu'' w polityce polskiej, które ujawniło się w 2005 roku, ale wkrótce wygasło, i które teraz po kolejnym - w odstępie lat dziesięciu - zwycięstwie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości rwie do przodu, coraz to odkrywam, że immanentna zdawałoby się europejskość Polski i Polaków tai w tradycjonalistycznym ''id'' - czyli podświadomości - liczne wzorce i archetypy z gruntu eurazjatyckie. Zważywszy zaś na fakt, iż wyraziciele tych archetypów krzykliwie pozują - narodową demagogią, białoczerwonym oflagowaniem i bogoojczyźnianymi gadżetami - na kwintesencję polskości, rodzi się fundamentalne pytanie: jeśli oni są ''prawdziwymi Polakami'', to kimże są ci [ w tym piszący te słowa ], którzy w inny sposób pojmują polskość?''

- już spieszę z wyjaśnieniem towrzyszu Bratkiewicz: wynarodowionymi bolszewickimi *urwami i unijnymi folksdojczami, zapatrzonymi ślepo na równi ze znienawidzonym przez was PiS-em w urojony Zachód, dogorywający właśnie na naszych oczach wraz z takimi jak ty. I teraz dochodzimy do kluczowej konkluzji moskiewskiego dyplomaty, przenikliwie oddajmy mu rozpoznającej istotę sporu między polskimi ''zapadnikami'' a ''eurazjatami'', jak i naturę cywilizacyjnego rozdroża na jakim obecnie stoimy jako [post]naród i [nie]państwo:

''Wydawałoby się, że to co się w Polsce dzieje od 2015 roku, przedstawia najbardziej chyba fundamentalny spór o nowożytną tożsamość polską. Spór o to kim są i kim mają być Polacy jako naród, jeśli chcą dotrzymać kroku nowoczesności [ i nawet już ponowoczesności ]. Doniosłość owego sporu polega na tym, że obecne uwarunkowania dziejowe stwarzają najbardziej realistyczną - na przestrzeni ostatnich 300 lat historii Polski - szansę przyspieszenia modernizacyjnego, które mogłoby wywindować nasz kraj do czołówki państw świata zachodniego. [...] Krótko mówiąc: trajektoria polskich dziejów osiąga dzisiaj punkt historycznej kulminacji. Ponad 40 lat temu, kiedy realia ustrojowe PRL zatęchły - zdawałoby się - w bezalternatywności, Adam Michnik wypowiedział myśl [ noo, nie mogło obyć się bez czołobitnej wzmianki o guru i patronie książki, który łaskawie obdarzył ją w zamian swą rekomendacją - przyp. mój ], że to wolna wola wybiera ze schedy, jaką zakumulowała tradycja narodowa. ''Zawsze ważny jest wybór tradycji; pozwala to na rozpoznanie jakie wartości chcą realizować i kontynuować ci wszyscy, którzy mówią o potrzebie ciągłości''. Czyni to dzisiejsza Polska pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, która wytoczyła się na rozstaje cywilizacyjne i musi wybrać, z jakiego dziedzictwa dziejowego pragnie zapożyczać i kędy chce podążać dalej. Rozsądzeniu tego wyboru niech posłuży następująca prawidłowość, wskazująca na fluktuacje polskiego poczucia tożsamości cywilizacyjnej: im bardziej Polska kreowała się na odrębny ośrodek wpływów kulturowo-politycznych w Europie Środkowo-Wschodniej [ ''centrum jagiellońskie'' ], tym silniej z niej wyparowywała europejska apercepcja, a w jej miejsce wciskała się eurazjatycka samoświadomość [ - dokładnie radykalny okcydentalisto na moskiewskich papierach, trza przyznać dobrze was tam wyuczyli na tym MGIMO - przyp. mój ]. Oznacza to, że paradygmat kulturowy Polski bynajmniej nie wydoskonalił się w europejskości na dorobku monarchii Jagiellonów i spadkobierczej Rzeczpospolitej Obojga Narodów i jej epigońskiej przybudówki - II RP. Atoli innym, choć niezbyt chętnie wprowadzanym do dzisiejszego dyskursu historyczno-politycznego, wcieleniem Polski jest Polska Piastów. Piastowscy Polacy nie przypominają zanadto wyglądem i postępowaniem sarmackich podgolonych łbów, ich podejście do spraw państwa, jego geopolityki i prawideł gospodarki samorzutnie odróżnia się od jagiellońsko-sarmackiego modus operandi. Powiem wprost: postawa Polski piastowskiej emanuje europejskością. Nie bucha z niej stepowe rozkiełznanie, nie zawodzi ona pijacką zapamiętałością [ ''Jezus Maria, bij zabij, kto w Boga wierzy!'' ], po której nawiedza skacowane panikarstwo - jak w obozie pod Piławcami w 1648 roku; duch piastowski promieniuje rycerskością i odwagą - a zarazem rozwagą, umiarem, zapobiegliwością. Dla mnie to polskość w postaci praźródlanej.''

- ba, gdybyż to było prawdą, że rządy PiS stanowią emanację arcypolskiego eurazjatyzmu, niestety! To zaledwie strachy na lachy dwóch pierdzieli Bratkiewicza&Michnika, zatrwożonych realną perspektywą utraty resztek władzy, nade wszystko rządu dusz jaki dotąd nad Wisłą dzierżyli. Formacja braci Kaczyńskich odegrała zapewne wbrew swym zamiarom, jedynie rolę katalizatora pewnych procesów społecznych i cywilizacyjnych, które ją przerosły podobna w tym przełomowi, jakiego dokonał Trump w Ameryce. Przypomnę w tym kontekście com tu już pisał, że dziś Piłsudski oszkalowany by został mianem ''ruskiego agenta'' i to w pierwszej kolejności przez tych właśnie, co się tak gromko nań obecnie powołują. Ostro bowiem i dosadnie jak to on przeciwstawiał się dość typowemu niestety u Polaków włażeniu w tyłek mocarstwom zachodnim, naszej podmiotowości upatrując w ścisłych związkach z najbliższym nam Wschodem Europy. Postawa takowa stawiała go również na kursie kolizyjnym z przeciwnikami politycznymi w kraju, na czele z endecją. Bowiem sojusz Dmowskiego z Rosją brał się paradoksalnie z jego pogardy wobec niej, a nade wszystko ówczesnego sojuszu caratu z tak hołubionymi przezeń Londynem i Paryżem. Faktyczne unarodowienie endecji przyszło dość późno, dopiero wraz ze wstrząsem zamachu majowego i wyautowaniem jej z głównego nurtu krajowej polityki. Nowe pokolenie młodych narodowców, nie skażone okcydentalnym pozytywizmem i związanymi z tym liberalnymi miazmatami, nadało wreszcie rodzimy charakter rzeczywiście polskiemu nacjonalizmowi. Najpełniejszy bodaj wyraz znalazł on w fenomenie polskiego faszyzmu nie bójmy się rzec, bowiem jakże różnego od swego włoskiego pierwowzoru, a zwłaszcza niemieckiego nazizmu, za to bliski w tym rumuńskiemu. Niestety tak dobrze zapowiadająca się formacja ideowa została zmiażdżona dosłownie przez tragiczne żniwo, jakie przyniosła jej krwawa okupacja niemiecka. Trzebiński i Gajcy polegli, bestialsko zamordowani przez niosący ''słowiańskim podludziom'' kaganek cywilizacji  zachodniej ''naród myślicieli i poetów''. Pozostałą zaś przy życiu resztę działaczy, o ile nie wyemigrowali oni, zgnojono i skompromitowano do reszty kolaboracją z komuną jak Piaseckiego [ który owszem, miał z tego wraz z towarzyszami całkiem niezłe frukty na owe czasy, jednak płacił przy tym upodleniem i ciągnącym się do dziś za środowiskiem PAX-u niemiłym odium ''endokomuny'' ]. Powyższe tłumaczy czemu Bratkiewicz za aprobatą Michnika odwołuje się wprost do charakterystycznego dla starych endeków konceptu ''Polski piastowskiej'' i przeciwstawienia jej jagiellońsko-sarmackiej RzPlitej. Nadredaktor ''Wybiórczej'' nie raz przecież chwalił otwarcie Dmowskiego, acz osobliwie tylko w rozmowach z Rosjanami, potępiając go za to srodze na użytek opinii krajowej. Wyjaśnieniem tegoż paradoksu jest ów słynny ''realizm'' w stosunkach z Moskwą, jaki rzekomo cechował wczesny okres działalności pana Romana, na równi wynikając z jako się rzekło jego ślepego zapatrzenia w Okcydent. Nie to co, gdy pod koniec żywota ciążyć począł w kierunku ''antysemickiej'' kato-endecji i wręcz ''eurazjatyckiego faszyzmu'', aczkolwiek przemiana ta nastąpiła w nim właściwie już znacznie wcześniej, znamienne iż wskutek wstrząsu kulturowego jakiego doznał podczas wizyty w Japonii, gdzie udał się by storpedować zamiary Piłsudskiego. Dopiero tam z klasycznie zachodniego, liberalnego nacjonalisty przedzierzgnął się stopniowo w jego bardziej dostosowany do realiów Europy Wschodniej typ, gdy dotarło doń pod wpływem kontaktu z Orientem, że tożsamość narodowa nie jest wcale kwestią ''indywidualnego wyboru'', lecz czymś organicznym wręcz i osadzonym głęboko w zbiorowej nieświadomości, nie należy stąd mylić jej z czysto materialistycznym, opartym o biologię rasizmem.

Tak czy siak Kaczyński może robić za sułtana lub mongolskiego chana, zaś jego partyjna horda ''turańską dzicz'', jedynie w obleśnych fantazjach jakichś skończonych KODerastów. Tym bardziej nie można rzec tego o pretendującej do miana prawicowej alternatywy Konfidencji, stojącej zaślepionymi anglosaskim liberalizmem korwinowymi stulejami. Na czele z Mentzenem jako ''gwiazdą'' błyszczącą w rozwolnościowych mediach, gdzie straszy widmem protekcjonizmu jaki wedle jego słów miałby ''przesunąć Polskę na Wschód'' - no i w czym u cholery problem Sławciu?! Przecie Azja to nie tylko putinowski zamordyzm i totalitarna Korea Północna, ale i choćby taki Singapur, którym jarają się tak kuce kompletnie nie pojmując istoty panującego tam reżimu. Bowiem budząca zasłużony podziw zamożność dalekowschodniego polis, nie jest bynajmniej efektem ślepego zastosowania do lokalnych realiów zaczerpniętych z Zachodu wzorców, na czele z *ujowym z założenia ''wolnym rynkiem''. Na szczęście dla Singapuru fundator jego potęgi Lee Kuan Yew, w niczym nie przypominał ''liberalnego reformatora'' pokroju towrzysza Baalcerowicza, wolny przez to całkiem od miazmatów ekonomicznego, a tym bardziej obyczajowego rozpasania, charakterystycznego dla rozwolnościowców. Nie będę rozwijał wątku, bom już wystarczająco to uczynił w innym miejscu, stąd starczy tego dobrego. W każdym razie arcypolski, właściwy nam eurazjatyzm o jakim tu mowa, nie ma i mieć nie może nic zgoła wspólnego z jakowymś ''ideokratycznym totalitaryzmem'', a tym bardziej ''sakralnym imperium'' o jakim roili ideolodzy jego rosyjskiej wersji, Trubieckoj&s-ka. Nade wszystko nie pozwala na to osadzone głęboko w naszej tożsamości narodowej łacińskie dziedzictwo, które wcale nie jest przeciwstawne całkiem Azji, jak to za Konecznym głosi Bratkiewicz. Przecież z perspektywy starożytnych Rzymian to właśnie Zachód był domeną barbarzyńców, zaś zhellenizowany Wschód jawił im się jako ostoja cywilizacji! Żywili oni wobec niego poważne kompleksy z racji swego zapóźnienia kulturowego, i tak właściwie było przez cały okres trwania Imperium Romanum, a nawet i po jego upadku, gdyż przynajmniej wczesne Bizancjum można uznać za jego prawowitego dziedzica, dopóty mordercza konfrontacja z islamem oraz związany z tym wstrząs ikonoklastyczny, nie spowodowały zasadniczych w nim przemian. Bratkiewicz wychwalając tak ''Polskę piastowską'', stawianą w kontrze do potępianych przezeń historycznych wypaczeń okresu panowania w naszych dziejach ''jagiellonizmu-sarmatyzmu'', jednocześnie pieje peany na cześć szarży husarii pod Kłuszynem, gromiącej wedle niego ''turańską dzicz'' nieledwie. Tak jakby pokaźną część walczących tam wojsk moskiewskich nie stanowiła zbieranina najmitów, ściągnięta z całej niemalże Zachodniej Europy a dowodzona przez Szwedów, zaś świetne zwycięstwo odniesione przez armię RzPlitej, było udziałem także stojących po stronie hetmana Żółkiewskiego wcale licznych chorągwi kozackich. Tym bardziej tyczy to bitwy pod Kircholmem na którą również się powołuje, gdzie Chodkiewicz pokonał przecież nie tatarskie zagony, lecz szwedzkie odziały, których trzon obejmował holenderskich, szkockich i niemieckich rajtarów! Nie przeszkadza mu to wszakże bredzić o jakowychś polskich Leonidasach, Aleksandrach Kwaśniewskich Wielkich i Cezarach, heroicznie gromiących w jego obleśnych fantazjach o ileż liczniejsze ''barbarzyńskie mrowie''. Bowiem wedle ''piastowskiego okcydentalisty'' na moskiewskich papierach dyplomatycznych, ożywiał ich duch ''zachodniej cywilizacji'', emanujących zeń cnót na czele z kardynalnymi dla Zachodu ''wolnością'' i ''przedsiębiorczością'', oraz płynącą stąd pogardą dla ''pędzonych batogiem wrażych hord''... 

Nie sposób dać wyraz w słowach poczuciu zażenowania, jakie wzbudzają we mnie podobne durnoty, prawione przez jakby nie było mocno już posuniętego w leciech człeka, i do tego pełniącego dotąd o zgrozo funkcje reprezentacyjne - przecie ten pajacyna mylący elementarne fakty historyczne, robił za ambasadora i nieledwie kreatora strategii politycznej III RP wobec państw Wschodu, u cholery! Bodaj mało co jest gorszego od niespełnionych militarnych mitomanów uwięzionych w dyplomatycznej rutynie, ubierających w marzeniach wirtualny kontusz i toczących na starość boje papierową szablą, mimo gromkiego potępiania przez się ''sarmatyzmu''. Pojmuję, że można mieć serdecznie dość prawienia na okrągło gładkich formułek, niezbędnych dla toczenia wymagających taktu negocjacji, gdy chciałoby się przeciwnika ot tak rozsiekać paroma prostymi cięciami. Niemniej dowodzi to jedynie, iż zachwalana żarliwie przez Bratkiewicza ''postmodernistyczna dyplomacja'' UE, jest zwyczajnie łajno warta co sam poniekąd potwierdza swym groteskowym pozowaniem na ''piastowskich'' Leonidasów. Nie chcę bawić się w psychologizowanie, ale wprost narzuca się tu podejrzenie, czy aby autor nie bierze wirtualny odwet za jakoweś upokorzenia doznane podczas moskiewskich studiów, być może odgrywa się na ''czerwonych burżujach'', rozwydrzonych bachorach radzieckich genseków, jakie dały mu odczuć, iż jest tylko poddanym ich władzy perelowskim ''pariasem''? Tłumaczyłoby to jego napinkę na Okcydent w kontrze, ślepe wprost tegoż umiłowanie oraz jadowitą wzgardę dla ''turańskiej dziczy'', aczkolwiek przeczą temu żywe kontakty z macierzystą uczelnią i kręgiem absolwentów, jakim Bratkiewicz nadal hołduje - nie wracałby przecież tam, gdzie zbierał za młodu srogi wpierdol. No chyba, że lubuje się w batożeniu i ostrym S/M, ale może nie kontynuujmy niniejszego wątku, bo nie wiadomo gdzie nas to w końcu doprowadzi... aż strach pomyśleć, co się kotłuje pod czerepami przykutych za biurkiem, tonących w urzędowych papierzyskach kucerzy, wyżywających się w krwawych fantazjach o falangach Wielkiej Lechii miażdżących azjatyckie hordy:). Od historycznych ''byków'' jak pomienione wyżej aż roi się w samym tylko wstępie ''dzieła'', skąd przywołałem drobne jedynie cytaty, cierpnie skóra więc na myśl ile jeszcze takowych mieści się w przeszło 700-stronicowym, i to grubo ponad paszkwilu na możliwość zaistnienia rodzimego eurazjatyzmu, jaki wydzielił ze swego zatrutego ''piastowskim europeizmem'' mózgu bywszy ambasador. Facet nie może zdecydować się, czy widmo ''polskiego turanizmu'' jakie zwalcza z histeryczną wprost zaciekłością, jest sztucznie wykreowaną atrapą zaledwie tradycjonalizmu, utrzymaną w konwencji disco-polo a la Kurski tv jak sam twierdzi, po czym przeczy sobie stronę-dwie dalej twardo obstając, iż jednak stanowi organiczną część zbiorowej psyche naszego narodu. Samym już sformułowaniem o europejskiej ''apercepcji'' jedynie sugeruje wyraźnie, iż jest ona czymś obcym i narzuconym nam z zewnątrz, zaś eurazjatycka ''samoświadomość'' przecież głęboko osadzonym w polskiej tożsamości, wielce swoistym archetypem, zapoznanym wszakże przez wpływy Okcydentu. Bratkiewicz w iście straceńczej intelektualnej szarży papierowych ułanów, próbuje przeciwstawić temu wydumany przezeń czysty rasowo, ''piastowski europeizm'', coś w rodzaju wykoncypowanej od podstaw a mówiąc wprost wziętej z doopy Wielkiej Lechii na modłę UE - nie wiadomo śmiać się czy poradzić mu dobrego lekarza, aczkolwiek wiele on tu nie pomoże, gdyż nie ma niestety tabletek na głupotę.

Podkreślić więc wypada na finał jeszcze raz z całym naciskiem, iż postulowana przeze mnie od przeszło dekady już będzie ponad, konieczność ustanowienia polskiej wersji eurazjatyzmu, nie ma zgoła nic wspólnego z bredniami rosyjskich ''jewriazijców'' o ''ideokratycznym totalizmie'', ani tym bardziej duginowskm okultyzmem politycznym, zainfekowanym mocno coś przymało azjatyckim, za to arcyeuropejskim bo typowo niemieckim mętniactwem intelektualnym, rodem z pism Heideggera. Jak wykazaliśmy proces ten nie wymaga wyrzekania się łacińskiego dziedzictwa naszej cywilizacji, o ile tylko jest ono właściwie pojęte, nie zaś stanowi jej groteskową atrapę a la Koneczny, jaką świadomie lub nie posługuje się Bratkiewicz. Jeśli kogoś razi jednak termin ''eurazjatyzm'' zbytnio kojarząc się z moskiewskimi miazmatami, niechże będzie i ''neosarmatyzm'' w takim razie, aczkolwiek rodzi to obawę wyrodzenia się rychło w kontuszowe pajacowanie, rodzaj ''rekonstrukcjonizmu historycznego'' i muzealnictwa z właściwym mu przybieraniem napuszonej tytulatury pseudo-arystokratycznej, obcej zresztą duchowi szlacheckiego republikanizmu. Jedyne bodaj co w tym dobre, to odnowienie tradycji walki polską szablą, stanowiącej żywą syntezę zaczerpniętych z Okcydentu technik posługiwania się bronią, którym to rodzimi szermierze w toku pojedynków toczonych głównie z Moskalami, Turkami i Tatarami, oraz kozaczyzną także przecież rodem ze Wschodu, nadali typowo orientalnej giętkości i płynności cięć. Wszakże idzie nade wszystko o stawienie czoła aktualnym wyzwaniom, co tu zresztą gadać - skoro londyńskie City inwestuje w modernizację czarnomorskich portów i posyła tam okręty wojenne, oraz wspiera Turcję patronując zapewne jej sojuszowi z Ukrainą, znaczy iż nawet byłe już imperia morskie pogodziły się z faktem, że kontynentalna wspólnota Eurazji staje się rzeczywistością dosłownie na naszych oczach. Nie taję satysfakcji, że udało mi się trafnie przewidzieć obecny bieg wypadków, wszakże psuje mi ją gorycz świadomości, iż z racji słabości własnego [ nominalnie li tylko ] państwa a także związanego z tym braku należytej organizacji, nie my raczej będziemy podmiotem tegoż procesu ni spijać zeń największe frukta, lecz wspomniany Londyn, Moskwa i pewnie może Berlin, by wymienić tylko kraje z naszego regionu świata. Dlatego przy całej odrazie żywionej do ''czarnej legendy'' I Rzeczpospolitej, choćby ustawicznego dorabiania jej gęby jakowegoś ''obozu koncentracyjnego dla chłopów'', co tym ostatnim uwłacza w pierwszej kolejności, nie mogę jednak być ślepy na fakt, iż ustrój ten w ostateczności zakończył się bezprecedensową w dziejach nowożytnej Europy klęską. Doszło zaś do tego w dużej mierze z winy sprawującego w niej rządy szlacheckiego ''ludu politycznego'', który nie ogarnął najwidoczniej, że ''złota wolność'' pozostaje jedynie nędznym frazesem, o ile nie znajdzie wyrazu w konkretnych instytucjach państwowych. Inaczej okazuje się żałośnie bezbronna w obliczu agresji obcego tyrana, i by temu zapobiec koniecznym jest dla zachowania wolnościowego ustroju stojąca na jego straży silna armia, wraz ze sprawnym system fiskalnym dla jej utrzymania. Bowiem nie ma wolności bez podatków, więc każda libertariańska kanalia drąca ryja, iż stanowią one ''złodziejstwo'' sprzyja mniejsza świadomie czy nie zaprowadzeniu zamordyzmu, lub jest pospolitym acz przez to nie mniej szkodliwym w swej naiwności idiotą.

Zwyczajnie za wolność płaci się, niekoniecznie pieniędzmi jak mniemają liberałowie wyciągający stąd uzasadnienie rządów zarezerwowanych li tylko dla zamożnej oligarchii, z prawem wyborczym zawarowanym cenzusem majątkowym. W prawdziwej a nie tylko III Rzeczpospolitej, każdy obywatel zobowiązany byłby do świadczenia na rzecz swej wspólnoty w skromnym choćby wymiarze, aspołeczne zachowania zaś podlegałyby surowym i egzekwowanym należycie sankcjom. Bynajmniej nie oznacza to niewolniczego posłuszeństwa coraz bardziej chaotycznym i bzdurnym obostrzeniom, zaprowadzanym przez władzę partii, która już chyba tylko na urągowisko nosi miano ''prawej i sprawiedliwej'', w znikomym doprawdy stopniu różniąc się od PO i reszty lewackiej czeredy w obrzydliwym wysługiwaniu obcym interesom. Jedynie więc monstrualna i groteskowa ślepota polityczna Bratkiewicza wraz z Michnikiem, a najpewniej ich obleśny cynizm polityczny, każą upatrywać w formacji Kaczyńskiego współczesnej postaci ''turańskiej dziczy''. Łączy ich to paradoksalnie z LPR-em Giertychów, nawołującym w tym celu do oddania głosu na Czaskosky'ego w ostatnich wyborach, jako ''katechona'' broniącego przedmurza ''syfilizacji judeołacińskiej'' przed uosabiającymi rzekomo nadwiślański orientalizm hordami PiSowców. Tradycja szlacheckiej Rzeczpospolitej z jej ''sarmatyzmem'' winna stąd być traktowana z należytym respektem, ale i dystansem jako rezerwuar budujących przykładów historycznych zwycięstw, co i przestroga aby nie popełniać błędów, jakie sprowadziły nań katastrofę dziejową, nie ma więc mowy o bezmyślnej uległości o której bredzi poradziecki ambasadorzyna. Kuriozalny ''piastowski europeizm'' postulowany w kontrze przez Bratkiewicza, stanowi wyłącznie emanację jego kompleksów wobec urojonego przezeń Zachodu, a może i realizację planu celowego osłabiania na rzecz Moskwy i tak mocno rozstrojonej politycznie obecnej Polski. Na szczęście czas takich jak on kanalii nieodwołalnie zdaje się kończyć, acz przez podobnych mu przesraliśmy praktycznie ostatnie 30 lat, i wątpliwym jest by zdążono odrobić teraz dopiero powstałe wskutek tego straty, tym bardziej iż czas nagli, bieg wypadków dziejowych przyspiesza wprost w zawrotnym tempie - obym w tej akurat sprawie okazał się nadmiernym pesymistą. Jako że prawdziwa eurazjatycka tożsamość narodowa Polaków została okaleczona, zgwałcona wprost przez Okcydent [ osobliwie także rękoma zeuropeizowanej na zachodnią modłę carskiej Rosji, a zwłaszcza zbolszewizowanego ZSRR, a nie tylko Prus oraz III Rzeszy ], i przeto zepchnięta w sferę zbiorowej nieświadomości jak trafnie akurat zauważył Bratkiewicz, próba wydobycia na jaw ukrytych w niej i ocalałych pierwiastków ''sarmatyzmu-jagiellonizmu'', musi z konieczności być skażona niejasnością, by nie rzec wprost pewną mętnością wywodu. Bowiem stanowi ona ów ''żmut'' o jakim pisał Rymkiewicz, jako obraz dziejowego ''splątania'' w jakie popadła w okresie kilkuset ostatnich lat Polska. Warto mieć to na uwadze, przystępując do lektury naszych o niej dywagacji, o ile rzecz jasna ktoś w ogóle będzie miał ochotę potrudzić się tym - skoro nie, może od razu przejść do pomieszczonych na końcu, wyliczonych punktowo wniosków, jakie dla nas z tego tytułu płyną. Wszystkich zaś Bratkiewiczów i Michnikoidów wysługujących się na równi Zachodowi jak i Rosji, należy stąd posłać w diabły, rzucając im na odchodne gromkie, napełniające ich śmiertelną trwogą - ''eurazjatyzm, albo śmierć, wy ...!!! Na finał wisieńka - nasz ''bohater'' w otoczeniu ''leśnego dziadka'' Kozieja, Rotfelda i ''okrągłowostołowego machera'' Cioska, rodem z czerwonej jak zryta dupa starego cwela Jeleniej Góry, wszyscy oni po jednych pieniądzach, bynajmniej tylko moskiewskich:

https://www.bbn.gov.pl/pl/wydarzenia/2398,Seminarium-BBN-Nowe-otwarcie-w-stosunkach-polsko-rosyjskich-szanse-i-zagrozenia.html