niedziela, 13 czerwca 2021

Przemiła osoba Pol Pot.

Kontynuujemy tematykę ''Pol Pot a sprawa polska'' - asumpt do niniejszych rozważań dała niedawna dysputa jaką odbyłem z pewnymi znajomymi, którzy - nie wchodząc już w szczegóły - ogólnie rzecz biorąc zdają się mieć problem ze zrozumieniem, iż subiektywnie pojmowane dobro może prowadzić do obiektywnego zła. Ot choćby nasz ''bohater'' Pol Pot, któremu wraz z towarzyszami nie sposób odmówić pewnego idealizmu, w imię którego porzucili wygodną ścieżkę kariery dla niepewnego losu walki politycznej toczonej u siebie w dżungli. Wiązało się to z niemałymi trudami i ryzykiem, nawet jeśli zazwyczaj nie walczyli bezpośrednio na pierwszej linii boju, mogli jednak zginąć i faktycznie ginęli czasem zabijani przez siepaczy reżimu Sihanouka a później Lon Nola, wskutek morderczych amerykańskich bombardowań albo banalnej tropikalnej sraczki, która zbierała wśród nich najobfitsze żniwo. Kiedy jednak po przejściu gehenny ta banda idealistów dorwała się w końcu do władzy, wykończyła swą polityką w niecałe 3 lata co najmniej piątą część narodu, całkiem ''niezły'' rekord. Nie twierdzę tym samym rzecz jasna, iż każdy idealista to potencjalny zbrodzień, ani tym bardziej porównuję wspomnianych na wstępie znajomych z ''Czerwonymi Khmerami'', a jedynie pragnę wykazać iż moralne nabzdyczenie może, choć nie musi przynieść skutki zgoła nieoczekiwane, przeciwne do zamierzonych. Takowe stawianie spraw, że tak lub inaczej pojmowana moralność rozstrzyga o słuszności lub wprost powodzeniu danej kwestii, jest mi głęboko obce. Nie znaczy iż głoszę pochwałę cynizmu, ani tym bardziej czczę siłę dla niej samej kompensując sobie jakoby własną słabość, a jedynie dostrzegam polityczną jałowość tego typu rozwiązań. Przypomnę com pisał uprzednio: ZSRR wykończył dobiegający właśnie kresu sojusz kapitalistycznej Ameryki z komunistycznymi Chinami, i wspierana przez oba mocarstwa irredenta muzułmańskich rezunów. Nie dokonały tego zaś jak to nam się do dziś w Polsce wciska sentymentalne ballady Okudżawy czy Kaczmarskiego, kino oralnego niepokoju, [a]moralne nabzdyczenie Michnika i Kuronia oraz inszych dętych ''autorytetów'' antykomunistycznej rzekomo opozycji, wreszcie nie liberalne hasełka o ''prawach jednostki'' ni ''wolnym rynku''. Bowiem to wszystko nie robi na bezwzględnych mordercach, a takimi niewątpliwie stało kremlowskie politbiuro, najmniejszego wrażenia - powtarzam, nie idzie o żadne tam autorytarne zapędy a zrozumienie, że kreatury dla których argumentem jest tylko przemoc, może zmóc jedynie inna równie brutalna. Kto tego nie pojmuje refleksję zastępując histerycznym krzykiem, a co gorsza biorąc tzw. ''wartości'' za samoistną poniekąd siłę mającą jakoby oddziaływać mocą moralnego przykładu, ten w istocie sprzyja sprawie najgorszej ludzkiej kanalii, cóż z tego że wbrew swym intencjom. Na tym właśnie wyłożyła się ''Solidarność'' i tego typu ruchy ''moralnego sprzeciwu'', które oparte zazwyczaj na intensywnych, lecz przez to szybko wypalających się zbiorowych emocjach, nie potrafiły przeciwstawić reżimowi dysponującemu konkretnymi instytucjami wojska i ''polimilicji'' analogicznych form zdyscyplinowanego oporu. Trudno bowiem za takowe brać ówczesną antysystemową konspirację, z całym szacunkiem należnym tym nielicznym, którzy odważyli się wziąć w niej udział, rzecz jasna za wyjątkiem nasłanych dla jej infiltracji i rozbijania kapusiów.

Tym bardziej tyczy to obecnego darcia ryja ''za wolnością'' jakichś popierdolonych histeryczek, albo wynajętych do roli przez obce specsłużby sprzedajnych, cynicznych kurew profanujących gołymi klapździochami kościoły i cerkwie. Nie waham się rzec, iż ta prawoczłowiecza swołocz toruje drogę do władzy znacznie gorszym z naszej perspektywy reżimom, niż te panujące obecnie w Rosji i na Białorusi. Bowiem jeśli Kreml przejmą LGBTarianie, sen Brzezińskiego i jego globalistycznych pomagierów o ''rozszerzonym Zachodzie'' rozciągającym się ''od Vancouver po Władywostok'' stanie się realnym koszmarem Polski. Przy takim obrocie spraw możemy zapomnieć o jakiejkolwiek autonomicznej niechby roli naszego kraju, podobnie jak i innych państw regionu i  po to właśnie konieczna jest nam samodzielność strategiczna, by Amerykanie nie wystawili nas na wabia jak ostatnich leszczy. USA owszem potrzebują nas, ale podobnie jak Ukraińców tylko jako bezwolnego w istocie elementu gry jaką prowadzą z Rosją i poniekąd Niemcami, by gdy trzeba rzucić nas im na pożarcie. Rzecz jasna za odpowiednią cenę czyli wparcia udzielonego Waszyngtonowi w jego starciu z Pekinem, absolutny dla nich priorytet dla którego w swym interesie Amerykanie gotowi są poświęcić wiele, w tym również Polskę. W samej Rosji wygląda trwają prace pod takowe rozdanie o czym choćby świadczy pucowanie Nawalnego na ''opozycjonistę'', podobnie jak na podporządkowanej Moskwie Białorusi kotleciary Cichanouskiej, której to mąż chwalił jeszcze parę lat temu ''ruski mir'' na anektowanym przez Rosjan Krymie. Targalski może bezsilnie pieklić się, że po co brać za dobrą monetę bzdury Brzezińskiego, tyle że czy nam się to podoba lub nie ten ostatni był kreaturą nastawionych globalistycznie elit amerykańskich i z ich nadania czynnie kształtował politykę światowego supermocarstwa, a pan doktor i kawaler krzyża nie jest w stanie nawet zapanować nad własnymi kotami, brutalne ale prawdziwe. Nie ma też co pocieszać się powrotem do władzy Republikanów, bo pomijając już, że to wątpliwe o ile przeforsowana zostanie za oceanem nowa ordynacja sankcjonująca fałszerstwa wyborcze, ci też opętani są wrogim polskim interesom ''neokoszerwatywnym'' pierdolcem ideologicznym. Skądinąd warto by rzucić na ryj takim chamom jak Pompeo stręczącym nam ''Koszer Nostrę'' żądaniem zwrotu kasy za pomoc tylu Polaków ratujących życie Żydom w czasie wojny. Skoro naród w swoim mniemaniu wybrany jak i cierpiący na równy niemal przerost zbiorowego ego Rosjanie potrafią czerpać otwarcie zyski z własnych dziejowych cierpień, nie widzę powodu abyśmy mieli żywić pod tym względem jakiekolwiek skupuły, dokonując konkretnej wyceny poniesionego przez naszych obywateli śmiertelnego często ryzyka i wyrzeczeń, zamiast dawać się okpiwać jak dotąd handełesom drzewkami w Jad Waszem i tytułami ''sprawiedliwego'', które nic w istocie ''nadgojów'' nie kosztują, a powinny. Z całym należnym mu szacunkiem, ale Targalski zdaje się nie pojmować, że hołubiony przezeń Zachód jakim pamięta go z czasów swej młodości dawno już nie istnieje, o ile w ogóle nie był od początku fikcją, mirażem li tylko wyposzczonych siermiężną komuną biedaków marzących o lepszym świecie gdzieś hen, za ''żelazną kurtyną''. Co akurat wtedy nie było pozbawione podstaw, lecz obecnie robi za szkodliwe kłamstwo nie pozwalające nam dostrzec, iż obiekt nieodwzajemnionego całkiem uwielbienia jakim darzymy Zachód, cynicznie pcha nas w objęcia ''matuszki'' czy raczej kostuchy Rassiji, oczywiście po jej odpowiednim ''tęczawym'' liftingu. Skoro obecny ''prawicowy'' a tak naprawdę liberalny prezydent Chile Piñera może forsować z uporem godnym lepszej sprawy paramałżeństwa zboczeńców, nie widzę powodu by i liberał ekonomiczny przecież jakim jest Putin także wykonał jeśli trzeba takowy zwrot, a tym bardziej jakiś Nawalny. Ludożerka wszystko łyknie o ile dobrze jej się to sprzeda, a jeśli idzie o Piñerę mowa o gościu, który zaczynał karierę polityczną od kierowania kampanią prezydencką kandydata wspieranego przez samego Pinocheta! Wbrew pozorom wcale nie zmienił frontu, lecz pozostał tą samą liberalną kurwą jaka idzie za grubą kasą, a taka niewątpliwie stoi za wszechpotężną obecnie agendą LGBT. Warto stąd wiedzieć, że Rosja póki co oraz Chiny opierają się jej bynajmniej aby rzekomo były ''konserwatywne'' czy ''zacofane obyczajowo'', a tylko przez to, iż robi ona za narzędzie imperializmu kulturowego USA i ogólnie świata Zachodu. Wraz z dołączeniem doń Moskwy cała gadanina o ''katechonach'' i tego typu bzdety wyparują stąd za jednym zamachem, oby więc z powyższych pobudek nie doszło do takowego obrotu spraw i rację miał Budzisz sygnalizując, że póki co Putin przynajmniej i jego kamaryla zlewają oferty prezydenta Bideta i s-ki.

Problem w tym, że nie wyklucza to a wręcz implikuje urządzenie Amerykanom pokazówki i to naszym przede wszystkim kosztem, choć pierwsza do odstrzału zdaje się jest Ukraina. Dlatego jedynie skończony tuman w Polsce cieszyć się będzie możliwą całkiem perspektywą rozbioru tego kraju, lub jego zwasalizowania ponownie przez Rosję, bo my jesteśmy następni w kolejności. Wszakże nie zgadzam się z Bartosiakiem jak i popierającym go tu Targalskim, jakoby powinniśmy dla dobra wspólnej sprawy zapomnieć o dziejach krwawych nieraz porachunków między naszymi narodami, gdyż nie sposób budować aktualnego realizmu politycznego na histerycznym zaprzeczaniu rzeczywistości historycznej! Sztuka w tym właśnie, aby pamiętając o rzeziach wołyńskich zagryźć zęby, bowiem łączy nas z Kijowem obecnie wspólny interes zachowania choć tej skromnej namiastki niepodległości, jaką w międzyczasie udało nam się uzyskać. Innymi słowy mamy dil do zrobienia i nie ma co mieszać do tego niepotrzebnie jakichś sentymentów, nie tylko zadawnionych urazów lecz i zanadto pozytywnych emocji także. A skorośmy już wspomnieli o masowych mordach, wypada poświęcić w końcu parę słów sylwetce tytułowego zbrodzienia. Nie był zeń żaden ludojad ni psychopatyczny zbój, wręcz przeciwnie - całkiem miły w obejściu, układny i kulturalny pan. Tak oto wspominał go jeden z jego uczniów, gdy Pol Pot jeszcze jako Saloth Sar wykładał historię i literaturę kolonialną w stołecznym prywatnym gimnazjum:

''Choć był marnym uczniem, okazał się niezwykle utalentowanym nauczycielem. Soth Polin, później znany khmerski powieściopisarz, uczył się u niego literatury francuskiej:

Wciąż pamiętam styl wykładów [Saloth Sâra] po francusku: elegancki i muzykalny. Najwyraźniej nurzał się w literaturze francuskiej w ogóle, a w poezji w szczególności: Rimbaud, Verlaine, de Vigny [...] Mówił impulsywnie, bez notatek, trochę szukając [słów], ale nigdy się nie gubił, oczy miał półprzymknięte, niesiony liryczną falą swoich myśli [...]

Uczniowie byli zafascynowani swoim nauczycielem, który był tak przystępny, zawsze ubrany w białą koszulę z krótkimi rękawami i ciemnoniebieskie spodnie. W tej kwestii wszystkie świadectwa się pokrywają. Był „opanowanym, łagodnym nauczycielem, który lubił swoich uczniów, elokwentny, bezpretensjonalny, uczciwy, ludzki”. Pewien młody człowiek, uderzony jawnym dobrym usposobieniem i atrakcyjną osobowością Sâra, zadeklarował po ich pierwszym spotkaniu: „Miałem [poczucie], że z łatwością moglibyśmy zostać przyjaciółmi do końca życia”.''

- myliłby się ten kto sądzi, że zatracił swój urok osobisty stając się krwawym tyranem, bynajmniej:

''„Nawet gdy Pol Pot był bardzo zły – wspominał [ jeden z jego najbliższych współpracowników ] Ieng Sary – nie można się było tego domyślić. Jego twarz [...] zawsze pozostawała gładka. Nigdy nie używał wulgarnego języka. Nie można było odczytać z jego twarzy, co czuje. Wielu ludzi błędnie to rozumiało – uśmiechał się swoim spokojnym uśmiechem, a potem ich zabierano na egzekucję”. Sihanouk podziwiał elokwencję i charyzmę Pola. „Kusi cię – zapisał – mówiąc łagodnie [i] zawsze uprzejmie. Kong Dong, który pracował z nim w latach osiemdziesiątych, zapamiętał jego życzliwość i dwuznaczność:

Dawał się lubić, był naprawdę miłą osobą. Był przyjazny, a wszystko, co mówił, wydawało się sensowne. Nigdy by cię nie zganił ani nie zbeształ prosto w twarz. Sugerował kwestie, tak że musieliśmy myśleć o nich sami [...] [Z powodu tego braku bezpośredniości] czasami bardzo trudno było zrozumieć, o co mu chodzi. Byliśmy więc bardzo ostrożni, ponieważ obawialiśmy się, że źle zrozumiemy, co ma na myśli. [...]

Bardziej złowieszcze było milczenie Pola. Kiedy „siedział cicho i nie odpowiadał”, należało się spodziewać politycznej niełaski. Ci, którym Pol ufał, mogli liczyć na niezwykłą swobodę. Ale gdy tylko ziarno podejrzeń zakiełkowało w jego umyśle, nic nie mogło sprawić, żeby przestało rosnąć. [...] Elizabeth Becker z „Washington Post”, która widziała go dwa lata później, również uznała, że „nie był taki, jak się spodziewałam [...] Jego gesty i sposób zachowania były wytworne [...] Ani razu w czasie gwałtownej [diatryby] nie podniósł głosu ani nie uderzył pięścią w poręcz krzesła. Co najwyżej troszkę kiwał głową albo potrząsał dla podkreślenia swoim delikatnym nadgarstkiem”.''

Nawet wspomniany kambodżański monarcha, książę Sihanouk uległ czarowi Pol Pota i to przy pełnej świadomości, z jaką kanalią ma do czynienia:

''Następnego wieczora Pol spotkał się z Sihanoukiem w dawnej rezydencji francuskiego gubernatora generalnego, wtedy znanej jako Dom Nr 1, i poprosił go, by udał się do Organizacji Narodów Zjednoczonych bronić sprawy Kambodży przed Radą Bezpieczeństwa. Spotkanie, po którym odbył się bankiet, trwało cztery godziny. Książę pierwszy raz miał wówczas okazję przez dłuższy czas poddawać się działaniu magnetyzującej osobowości Pola i wbrew sobie był pod wrażeniem. „Oczekiwał mnie, uśmiechając się, za masywnymi drzwiami swojej rezydencji – napisał później Sihanouk. – Złożył ręce i pozdrowił mnie w tradycyjny sposób, lekko uginając kolana, tak jak robiło się to w dawnym społeczeństwie [...] Wówczas nienagannie ubrani służący podali nam herbatę i kruche ciasteczka ze świeżym sokiem pomarańczowym”. Sihanouk zauważył, że przywódca Czerwonych Khmerów używał specjalnego słownictwa dworskiego, wypowiadając się „z łatwością i swadą [...] Miał pewną charyzmę [...] i «słodką i przekonującą» elokwencję”.''

...i zachował ją niemal do końca swej politycznej kariery, także na wychodźstwie już po utracie władzy, jeszcze w poł. lat 90-ych:

''Pol prowadził seminaria polityczne rzadziej niż w przeszłości, ale gdy to robił, był przekonujący jak zawsze. Jeden z uczestników wspominał:

Za każdym razem gdy wracaliśmy z seminarium, przepełniała nas wdzięczność i lojalność wobec Pol Pota [...] Robił porażające wrażenie, zwłaszcza na tych, którzy znaleźli się tam pierwszy raz. Zawsze chcieli wracać i uczyć się więcej [...] Jako nauczyciel był wspaniały. Ma poczucie humoru i jest serdeczny wobec ludzi [...] Daje ci pewność siebie [...] Zawsze budził w nas poczucie olśnienia swoimi wyjaśnieniami i swoją wizją [...] nawet inni przywódcy mieli poczucie, że był sercem i duszą ruchu [...] Martwiliśmy się, że pewnego dnia umrze i nie będzie nikogo, kto go zastąpi.''

Dlatego nie może dziwić, że gdy dawni towarzysze Pol Pota w obliczu bankructwa sprawy ''Czerwonych Khmerów'' postanowili w końcu ratować własną skórę jego kosztem, nadal żywili doń niemal zabobonny respekt:

''Pod koniec lipca Pol i trzech dowódców Czerwonych Khmerów, którzy pozostali lojalni wobec niego, Saroeun, San i Khon, zostali sprowadzeni przed oblicze zgromadzonych na wiecu w pobliżu przejścia granicznego na granicy z Tajlandią w Sang’nam [...]. Wtedy to nowe kierownictwo ruchu uroczyście ogłosiło swoje przywiązanie do wartości liberalnej demokracji i oskarżyło Pola o wszystkie okropności popełnione w czasie, gdy był u władzy. Amerykański dziennikarz Nate Thayer, który został zaproszony do filmowania postępowania na dowód, że Czerwoni Khmerzy zmienili swoje nastawienie, stwierdził, że panowała tam bardzo dziwna atmosfera:

[Siedział] na prostym drewnianym krześle, trzymając długą bambusową laskę i rattanowy wachlarz [...] udręczony stary człowiek, słabe oczy starały się nie skupiać na nikim, widząc, jak jego życiowa wizja rozpadała się w całkowitej, ostatecznej porażce [...] Pol Pot wydawał się często bliski łez, [natomiast] trzech [zatrzymanych] dowódców – przeciwnie [...] miało groźny, niemal arogancki wyraz twarzy, patrzyli chłodno i prosto w oczy [...] mówiących i tłumu. Nie okazywali strachu [...] Tłumy, choć zachowywały się jak automaty, wydawały się zarówno rozbawione, jak i przestraszone tym wydarzeniem, [ale wielu z] tych, którzy obalili Pol Pota [było] pełnych szacunku [...] Wypowiadali się uprzejmie, niemal z respektem o swoim obalonym przywódcy [...] [Kiedy wyszedł] niektórzy ludzie kłaniali się jak gdyby przed królem

Pola „skazano” na dożywotnie więzienie. Trzech dowódców zostało straconych.''

Wreszcie i jego dopadł marny los, aczkolwiek i tak skończył lepiej niż niezliczone ofiary ustanowionego przezeń reżimu:

''15 kwietnia, gdy siły rządowe zbliżyły się tak, że „Środkowe Domy” znalazły się w zasięgu artylerii, strażnicy ufarbowali Polowi włosy na brązowo na wypadek, gdyby musiał uciekać do Tajlandii. Tej nocy zmarł spokojnie we śnie. Przyczyną śmierci była niewydolność serca. Jego ciało zakonserwowano lodem i formaldehydem, tak żeby dziennikarze mogli być świadkami jego pogrzebu. Tajscy specjaliści od medycyny sądowej pobrali odciski palców, fotografie uzębienia i próbki włosów. Amerykański korespondent chciał wyrwać jeden ząb, rzekomo dla identyfikacji. Trzy dni później wdowa po Polu i jego córka dopełniły buddyjskich obrzędów. Następnie jego ciało zostało skremowane na stosie śmieci i opon samochodowych. In Sopheap i wielu innych uznało to przedstawienie za „przyprawiające o mdłości, po prostu obrzydliwe”. Nawet tymi, którzy jak Ieng Sary zerwali z Polem, wstrząsnął jego nędzny koniec. Jednak była to znacznie bardziej łagodna śmierć niż ta, którą Pol zgotował półtoramilionowej rzeszy Kambodżan, którzy zginęli pod jego rządami. Mok [ czołowy dowódca Czerwonych Khmerów - przyp. mój ] był bezceremonialny. Powiedział khmerskiemu reporterowi: 

Pol Pot zmarł jak dojrzała papaja [spadająca z drzewa]. Nikt go nie zabił, nikt go nie otruł. Teraz jest już po nim. Nie ma władzy, nie ma praw, nie znaczy więcej niż krowie gówno. Krowie gówno jest ważniejsze od niego. Możemy użyć go jako nawozu.''

- tym bardziej, że pod rządami Pol Pota faktycznie używano ciał ofiar szerzonego przezeń terroru do nawożenia nimi wprost pól ryżowych, lub kremowano a prochy wykorzystywano jako użyźniający glebę fosfat. Natomiast z więźniów otoczonej ponurą sławą katowni Tuol Sleng odsysano całą krew żywcem, a to dla transfuzji przeprowadzanych w miejskich szpitalach:

''„Używali pompy – wspominał jeden ze strażników. – Nie przestawano, aż nie było już wcale krwi i ledwie mogli oddychać. Można było tylko usłyszeć ten świszczący dźwięk i zobaczyć, jak białka ich oczu się wywracają, jak gdyby byli bardzo zdziwieni. Kiedy już ich wykończono, ciała wrzucano do dołu”.''

Wiejscy działacze Czerwonych Khmerów na prowincji z kolei wyrywali płody wprost z łona matek, po czym suszyli je by używać jako magicznych talizmanów zgodnie z rodzimą tradycją ''kun krak'' [ dosłownie ''wędzone dzieci'' w miejscowym języku ]. Poza tym wycinali więzionym woreczki żółciowe przerabiając je na leki medycyny ludowej, no i byli smakoszami ludzkich wątrób - można więc rzec, iż robili za prekursorów biopolityki i bioekonomii jako specjaliści od ''zagospodarowywania ciał''. Spragnionych opisów bestialstw czynionych pod rządami Pol Pota odsyłam jednak do wstrząsających wspomnień Hainga Ngora, któremu udało się przeżyć i wyrwać w końcu z komunistycznego piekła na ziemi, a został zabity w ''kapitalistycznym raju'' przez chińskich gangoli w Los Angeles. Co się zaś tyczy rzeczonej biografii, która stała się kanwą niniejszego wpisu, jest ona rzecz jasna godna polecenia, aczkolwiek całość psuje maniakalne wprost i namolne podkreślanie przez jej autora, iż ''specyfika rewolucji Pola tkwiła w jej khmerskich korzeniach''. Philip Short nie waha się oskarżać wprost miejscowy buddyzm theravada o inspirację zbrodni Czerwonych Khmerów, mimo że ci bezlitośnie tępili mnichów oraz wszelkie przejawy życia religijnego na swym terenie. Sam autor przysłowiowe gie wyznaje się na buddyzmie bełkocząc, że ''nirvana to nicość'' co jest równie zasadne, jak kucowskie farmazony o ''socjalistycznym etatyzmie'' [ po szczegóły odsyłam do najwybitniejszego bodaj polskiego tłumacza starożytnych sutr Ireneusza Kani ]. Z Pol Pota był taki ''buddysta'' jak z Hitlera ''katolik'' - niewątpliwie formacja intelektualna jaką Stalin odebrał za młodu w seminarium miała wpływ na styl jego przemówień i pism programowych, ale nie czyni to zeń jeszcze ''księdza''. Nie przeczę bynajmniej niezmierzonym pokładom barbarzyństwa jakie kryje khmerska tradycja co widać z powyższego, niemniej inspiracja dla ludobójstwa popełnionego przez reżim Czerwonych Khmerów przyszła niewątpliwie z Zachodu. Konkretnie z Francji, gdzie kambodżańscy studenci w tym Saloth Sar zawiązali na pocz. lat 50-ych zeszłego już stulecia krąg wyznawców komunizmu pod mianem ''Cercle Marxiste'', ulegając panującej wtedy w Europie atmosferze ideologicznej. Dobrze chociaż, że Short nie przeczy całkiem socjalistycznym wpływom na światopogląd przyszłego ludobójcy, aczkolwiek bardziej niż w tworach Marksa upatruje zasadniczej przyczyny w dziełku czołowego anarchokomunisty Piotra Kropotkina, traktującym o ''wielkiej'' rewolucji francuskiej. W ogóle po lekturze biografii Pol Pota dochodzę do wniosku, że Francuzi to jednak debile: buduj imperium kolonialne nauczając przy tym podbite ludy, że bunt jest czymś zbawiennym nieomal, po czym dziw się, iż poddane twej władzy ''dzikusy'' chcą ci urwać łeb!

Rozprawie z bzdurami przeczącymi marksistowskiemu jak najbardziej charakterowi takich reżimów jak Czerwonych Khmerów czy stanowiącemu dla nich wzór maoistowskiego, poświęciliśmy niedawno obszerny wpis. Powtórzmy stąd jedynie zawartą tamże konkluzję, że niezgodne może z ''literą'' doktryny Marksa, dochowywały wszakże wierności jej ''duchowi'', wybitnie skądinąd nieczystemu, właśnie poprzez swój rewolucyjny woluntaryzm i wiarę, iż moc zaklęta jakoby w ludzkich masach władna jest dosłownie przenosić góry. Wypada jeszcze wspomnieć o dwóch zawartych w omawianej tu biografii Pol Pota istotnych aspektach jego rządów - po pierwsze ustanowiony przezeń reżim nie był wcale tak ascetyczny komunistycznie ni egalitarny jakim jawił się z zewnątrz nawet jego zagorzałym skądinąd przeciwnikom. Jak trafnie akurat wskazuje Short:

''Na najwyższym szczeblu wszystko było dostępne. Thiounn Mumm wspominał, jak w kwaterze głównej Vorn Veta „na stole stał zawsze kosz świeżych owoców. Nigdy w życiu nie jadłem lepiej”. Kiedy żona adiutanta była w ciąży, żona Son Sena Yun Yat przysłała w podarunku gruszki. Sihanouk zapamiętał komisariat Komitetu Centralnego dostarczający „japońskie biszkopty, australijskie masło, bagietki we francuskim stylu, kacze jaja [...] i mięsiste khmerskie kraby”, wraz z rosnącymi na miejscu tropikalnymi owocami, „pomarańczami z Pursat, durianami z Kampot, rambutanami i ananasami”. Kiedy Ieng Sary wrócił z podróży do ONZ, przywiózł ze sobą kosz foie gras i szwajcarskie sery. Wszyscy przywódcy obrastali w tłuszcz. Współczesne fotografie pokazują Pola i Nuon Cheę, którzy wyglądają jak nadęci. Khieu Samphân przybrał na wadze i miał niezdrową, czerwonawą cerę. Tymczasem na wsi ideologiczną śrubę dokręcano coraz mocniej. Zbieractwo, które pomogło wielu wieśniakom uniknąć głodu w pierwszym roku rządów Czerwonych Khmerów, zostało teraz potępione jako przejaw indywidualizmu i zakazane dlatego, że w jego rezultacie niektórzy mieli więcej niż inni. Z tego samego powodu miejscowi urzędnicy nie pozwalali wieśniakom łowić ryb ani zabijać małp i dzikich świń, które plądrowały ich plantacje. Zbieranie orzechów kokosowych bez pozwolenia było aktem antyrewolucyjnym. Ieng Sary zwolnił za to urzędnika Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Raczej pozwalano, żeby owoc, który spadł na ziemię, zgnił, niż żeby został zebrany do indywidualnego użytku. „To należy do Angkar” – mówili żołnierze, gdy zakazywali komukolwiek go dotykać. Od lata 1963 roku dzieci w wieku powyżej siedmiu lat oddzielano od rodziców, by mieszkały wspólnie z instruktorami Czerwonych Khmerów, którzy uczyli je rewolucyjnych pieśni i przydzielali im lekkie prace na polach [...] Rodzicom nie pozwalano dyscyplinować swoich dzieci. Również to prawo należało do Angkar w imieniu kolektywu, a nie jednostki. Jednak wśród rewolucyjnej elity nasilały się, jak je nazywał Pol, „rodzinizm” i „rodzeństwizm” [ skądinąd kapitalne określenia - przyp. mój ]. Ieng Sary był jednym z najgorszych pod tym względem, systematycznie umieszczając swoje dzieci i dzieci swojego rodzeństwa na wysokich stanowiskach, na które się nie nadawały. Natomiast Son Sen postępował z rygoryzmem odpowiadającym surowości jego wizerunku. Człowiek tak wysoko postawiony jak Nuon Chea, numer dwa reżimu, upoważnił swoją matkę, pobożną starszą panią, która mieszkała w pobliżu Battambangu, do zachowania buddyjskiego mnicha, niemal na pewno jedynego praktykującego bonzę w kraju, żeby recytował dla niej sutry. [...]

Na mniej eksponowanych stanowiskach pozycja działaczy w hierarchii odzwierciedlała się w jakości krama [ chust ], które nosili, jedwabnych albo z kraciastej bawełny, albo liczbie długopisów w kieszeni na piersi. Sekretarze gminni mieli rowery, sekretarze okręgowi – motorowery, sekretarze regionalni i wyżsi – samochody. Inne ludzkie pragnienia również odbierały blask nieskalanej, bezinteresownej egzystencji, do której aspirowała ideologia Czerwonych Khmerów. W czasie gdy mężowie i żony mieli nie okazywać publicznie żadnych oznak uczucia, a nawet stać w odległości kilku metrów od siebie, lokalni działacze uwodzili atrakcyjne młode kobiety, a następnie oddawali je na stracenie za niemoralność. Jedna z dziewcząt wzięła odwet na swoim oskarżycielu, twierdząc, że miała stosunek również z dwoma innymi wioskowymi tyranami. Została zabita, ale podobny los spotkał również ich. Deportowani wraz z nią towarzysze uważali ją za bohaterkę. Podobnie jak w Chinach i Korei Północnej, rewolucyjne trupy artystyczne, które dawały przedstawienia propagandowe, były źródłem ponętnych młodych kobiet. Cieszyły się one specjalnymi racjami, a w kraju pozbawionym jakiejkolwiek innej formy rozrywki stanowiły odpowiedniczki gwiazd filmowych. Tiv Ol, przystojny młody wiceminister informacji, wypadł z łask po tym, jak jego przełożony, Hu Nim, dowiedział się, że „pieścił piersi i sromy” artystek ministerstwa. Nuon Chea, którego rady zasięgnięto, zalecał, by nie podejmować żadnych działań. Ale Nim nalegał, gdyż wiedza o incydentach była zbyt powszechna, żeby sprawę po prostu zamieść pod dywan. Thiounn Thioeunn wspominał dyrektorkę szpitala, którą stracono za stręczenie pielęgniarek do pracy w tajnym burdelu dla działaczy Czerwonych Khmerów. Takie nadużycia pojawiają się we wszystkich krajach o systemach totalitarnych, gdzie przywileje zależą od władzy i nie istnieje żaden mechanizm kontroli zapewniający minimum sprawiedliwości społecznej. Jest to cechą charakterystyczną nie komunizmu, lecz tyranii, niezależnie od jej barwy politycznej. Jednak w Demokratycznej Kampuczy przeciwieństwo to było tak rażące, że stało się karykaturą. Nie tylko nieliczna, rozpieszczona elita nadzorowała losy narodu niewolników. Ale też reżim, który ta elita narzuciła, uczynił z ideologicznej czystości, abstynencji i wyrzeczenia, oderwania od spraw materialnych i stłumienia własnego ja podstawy polityki narodowej przeważające nad wszystkimi innymi względami.''

Drugim zaś z pomienionych aspektów rządów Pola jest przedziwna koegzystencja komunistycznego reżimu ''Czerwonych Khmerów'' z rodzimą monarchią, w osobie ''małego księcia'' a właściwie króla Sihanouka. Przez cały okres ich rządów ani jemu ani też nikomu z jego najbliższej przynajmniej rodziny nie spadł włos z głowy, i jak na ówczesne warunki był całkiem dobrze traktowany przez kambodżańskich bolszewików. Pomyślmy, jaki obrót sprawy obrałyby w Rosji, gdyby Lenin i s-ka nie kazali zamordować cara wraz z żoną i dziećmi, lecz nawet posługiwali się jego autorytetem pozwalając mu wygłaszać orędzia do narodu, o ile tylko było im to wygodne! Jak widać potajemna egzekucja ''krwawego Mikołaja'' nie była wcale nieodzowna dla ustanowienia komunizmu, ale po kolei - Sihanouk to postać niemal równie niezwykła co Pol Pot: ten błyskotliwy talent polityczny, wszakże bezlitosny i okrutny bywało przy tym, był zarazem sybarytą zabawiającym się w czasie swego panowania min. kręceniem ckliwych filmowych romansideł, obsadzając w nich siebie i swą królewską małżonkę w rolach głównych. Można więc rzec, iż był zeń prekursor utytułowanych ''autokreatów'' obecnej doby jak członkowie brytyjskiego domu panującego, których rola właściwie sprowadza się do dostarczania kontentu żarłocznym massmediom. Francuzi mimo jakobińskiego zjebania, wspierali jego monarchiczny reżim w swej byłej kolonii, natomiast nie przepuszczający żadnej okazji by im bruździć Amerykanie woleli widzieć miejscowych ''demokratów'' i ''liberałów'' jako przeciwwagę dla narastającej już od pocz. lat 50-ych zeszłego stulecia komunistycznej rebelii w regionie. USA znajdowały oparcie głównie wśród wielkomiejskiej burżuazji i inteligencji, które w końcu pozbyły się księcia playboya na początku lat 70-ych ''z jego cholernymi filmami i niekończącymi się przemówieniami radiowymi'', jak to ujął jeden z ich przedstawicieli cytowany w biografii przez Shorta. Przewrót wojskowy, który do tego doprowadził wyniósł do władzy wspomnianego już Lon Nola, jakiego reżim od początku nie cieszył się popularnością u nastawionego tradycyjnie prokrólewsko kambodżańskiego chłopstwa, co rzecz jasna skwapliwie wykorzystali do poszerzenia swej bazy społecznej ''Czerwoni Khmerzy''. Sprzyjała im też kretyńska polityka Amerykanów na miejscu, polegająca na osobliwym wsparciu swego sojusznika za pomocą dewastujących całe połacie kraju masowych bombardowań, przeprowadzanych za pomocą ''latających fortec'' B-52. Siały one wprawdzie popłoch wśród komuchów przyprawiając ich dosłownie o pełne gacie, ale zarazem wywołane przez nie zniszczenia podkopywały i tak już marny autorytet proamerykańskiego reżimu w ludowych warstwach, dających przeto  posłuch komunistycznej propagandzie. Jak trafnie akurat ujął to Short:

''W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Czerwoni Khmerzy toczyli nie jedną, lecz cztery wojny. Pierwszą prowadziły Stany Zjednoczone przy wykorzystaniu ciężkich bombowców, które nadlatywały z Guam. Ich celem były punkty koncentracji oddziałów Wietkongu i Czerwonych Khmerów, ale bomby spadały wszędzie i przede wszystkim na ludność cywilną. Bill Harben, rozczarowany oficer polityczny w ambasadzie amerykańskiej w Phnom Penh, wykonał prosty eksperyment. Wziął kawałek kartonu, który miał wyznaczać „pole”, szerokie na 800 metrów i długie na 3 kilometry, zniszczeń spowodowanych przez ładunek bombowca B-52, i umieścił go na mapie w dużej skali. Odkrył, że na większości obszarów środkowej i wschodniej Kambodży nie można go nigdzie ulokować tak, żeby pole nie obejmowało wiosek albo wsi. Drugą wojnę, nie zawsze dobrze skoordynowaną z pierwszą, prowadziły na lądzie siły Lon Nola. Trwała również trzecia wojna, czasami ukryta, czasami jawna, między komunistami kambodżańskimi a wietnamskimi. I wreszcie toczyła się walka o wpływy, która nigdy nie przekształciła się w otwartą wojnę, tylko balansowała na jej krawędzi, między Sihanoukiem w Pekinie a liderami ruchu oporu na terenie Kambodży. Wojna powietrzna była znacznie bardziej dramatyczna. Naloty przeprowadzane przez B-52 zostały wznowione 27 lipca 1970 roku, po tym, jak Pentagon zdał sobie sprawę, że „ograniczone wkroczenie” na wiosnę niczego nie rozwiązało. Cele znajdowały się w całej Strefie Wschodniej, a później również na znacznej części pozostałego terytorium Kambodży – co było niezbędne, ponieważ wkroczenie doprowadziło do rozproszenia Wietkongu na znacznie większym obszarze. Truong Nhu Tang, minister sprawiedliwości Wietkongu, napisał później:

Nic z tego, co partyzantka musiała przetrwać, nie przypominało straszliwego terroru bombardowań prowadzonych przez B-52 [...] Wyglądało to, jak gdyby ogromna kosa przejechała przez dżunglę, obalając na swojej drodze ogromne drzewa tekowe i go jak trawę, rozrywając je na miliardy porozrzucanych drzazg [...] Nie w tym rzecz, że wszystko było zniszczone – w jakiś niesamowity sposób wszystko przestało istnieć [...] Tam po prostu nic nie było w nierozpoznawalnym krajobrazie upstrzonym ogromnymi kraterami [...] Pierwszych kilka razy, gdy przeżyłem ataki B-52, wydawało mi się, że z napięcia próbuję wcisnąć się w podłogę bunkra, że zostałem otoczony przez apokalipsę [...] Wstrząsające bum-bum-bum zbliżało się coraz bardziej [...] Później kataklizm przetoczył się nad nami, wszyscy tulili się do ziemi, niektórzy cicho krzyczeli, inni usiłowali powstrzymać atak gwałtownego mimowolnego drżenia. Ziemia wokół nas zaczęła kołysać się spazmatycznie i otoczył nas monstrualny ryk [...] Przerażenie było całkowite. Traciło się kontrolę nad swoim ciałem, gdy umysł wykrzykiwał niezrozumiałe rozkazy, żeby się stamtąd wydostać. Pewnego razu delegacja radziecka wizytowała nasze ministerstwo, gdy nadeszło wyjątkowo późne ostrzeżenie przed nalotem. Kiedy się skończył, nikt nie był ranny, ale godność całej delegacji mocno ucierpiała – niekontrolowane drżenie i mokre spodnie aż nazbyt dobrze wskazywały na wewnętrzne konwulsje. Odwiedzający mogli oszczędzić sobie poczucia zakłopotania – wszyscy gospodarze od dawna bardzo dobrze znali te symptomy [...] Jednak wcześniej czy później szok wywołany bombardowaniami słabł, ustępując miejsca poczuciu żałosnego fatalizmu. Weterani nie czołgali się już po podłodze bunkra, skręcając się ze strachu. Zamiast tego ludzie po prostu siedzieli zrezygnowani [...] B-52 w pewien sposób wprowadzały porządek w życie [...] Była to lekcja, która utkwiła mi w pamięci, podobnie jak wielu innym.

Stany Zjednoczone zrzuciły na Indochiny w czasie wojny w Wietnamie trzy razy więcej bomb niż wszyscy uczestnicy II wojny światowej przez cały czas jej trwania; na Kambodżę zrzucono w sumie trzy razy większy tonaż niż na Japonię, przy uwzględnieniu obu bomb atomowych. Działacze partyjni oddani sprawie mogli racjonalizować sobie strach wywoływany przez B-52. Chłopi popadali w jawne przerażenie. „Ich umysły kamieniały ze strachu i snuli się w milczeniu, nie wydając z siebie głosu przez trzy albo cztery dni – wspominał jeden z wieśniaków. – Ich mózgi były całkowicie zdezorientowane. [...] Nie potrafili nawet przełknąć jedzenia”. Skutek był dwojaki. Setki tysięcy wieśniaków uciekło do miast, gdzie wiedli nędzny żywot na granicy głodu. Ludność Phnom Penh, która w chwili zamachu liczyła 650 tysięcy, przekroczyła milion pod koniec roku i miała sięgnąć 2,5 miliona w 1975 roku. Miasta prowincjonalne znajdujące się wciąż w rękach rządu, jak Battambang, Kompong Thom i Siem Reap, rozrosły się do granic eksplozji. Setki tysięcy innych uciekały w przeciwnym kierunku, do lasów, odwiecznego schronienia khmerskich chłopów w czasie wojny i spustoszenia. Pod koniec 1970 roku wywiad amerykański szacował, że ponad milion ludzi znajdował się na obszarach kontrolowanych przez Wietkong, Wietnamczyków z północy i Czerwonych Khmerów, których zasięg rozszerzył się obecnie na połowę terytorium kraju. Błędem byłoby twierdzenie, że intensywność bombardowań zbrutalizowała Kambodżan, a tym samym przyczyniła się do ukształtowania natury reżimu, który zaprowadził Pol Pot i jego współpracownicy. Znacznie większa ilość materiałów wybuchowych spadła na Wietnam, a jednak Wietnamczycy nie stworzyli systemu podobnego do systemu Czerwonych Khmerów. Bombardowania mogły pomóc stworzyć klimat wzmagający ekstremizm. Ale wojna naziemna i tak by to zrobiła. Czerwoni Khmerzy nie zostali „wbombardowani z powrotem do epoki kamiennej”. Nawet gdyby w ogóle nie było nalotów B-52, jest nieprawdopodobne, żeby Demokratyczna Kampucza wyglądała znacząco inaczej. Naloty stały się natomiast kamieniem u szyi rządu, ponieważ zalały miasta zdemoralizowanymi odpadami ludzkiej nędzy, którym władze nie mogły pomóc, co było miłą niespodzianką dla propagandy Czerwonych Khmerów i w pełni ją wykorzystali – zabierając chłopów na szkolenia polityczne prowadzone wśród kraterów po bombach i szrapnelach, wyjaśniając im, że Lon Nol sprzedał Kambodżę Amerykanom, aby pozostać u władzy, i że Stany Zjednoczone, podobnie jak Wietnam i Tajlandia, skłaniały się do zmiecenia kraju z powierzchni ziemi, tak że kiedy wojna się skończy, Kambodża przestanie istnieć. „To, co mówili, brzmiało wiarygodnie, ponieważ spadało tak wiele ogromnych bomb – wspominał pewien człowiek. – To właśnie sprawiało, że Czerwoni Khmerzy tak łatwo pozyskiwali ludzi”. Podczas działań wojennych zniszczenie rodzi nienawiść, a nienawiść łagodzi się jeszcze większym zniszczeniem. Wieśniacy, którzy stracili najbliższych albo widzieli, jak ich domy niszczone są przez naloty bombowe, byli przepełnieni nienawiścią. Szeregi Czerwonych Khmerów rosły – do szacunkowo 12 tysięcy regularnych żołnierzy pod koniec 1970 roku i czterech razy więcej dwa lata później – natomiast po stronie rządowej, gdy korupcja eskalowała do stopnia nieznanego nawet w czasach Sihanouka, wysoki poziom moralny został bezpowrotnie utracony. [...]

Lon Nola od klęski chroniła jedynie, jak skomentował z rezygnacją pewien amerykański historyk wojskowości, „amerykańska pomoc, siły lotnicze aliantów i jedenastotysięczne oddziały Wietnamu Południowego [wciąż znajdujące się] w południowo-wschodniej Kambodży”, przy czym te ostatnie były wątpliwym błogosławieństwem, jeśli pamiętać o ich skłonności do mordowania kambodżańskich cywilów. W przeciwieństwie do komunistów Lon Nol nie miał wsparcia oddziałów lądowych swojego najważniejszego sojusznika. Z powodów politycznych nawet Nixon nie mógł mu go udzielić. Kiedy doradca wojskowy Kissingera, generał Alexander Haig, poinformował Lon Nola na początkowym etapie konfliktu o granicach zaangażowania Amerykanów, premier zaczął szlochać: „Podszedł do okna i stał przy nim, jego ramiona drżały, odwrócił twarz”. Był to fatalny błąd przewrotu, który przeprowadzili Nol i Sirik Matak. Postawili wszystko na wsparcie ze strony rządu, który dążył nie do dalszego brnięcia w indochińskie bagno, lecz do wydostania się z niego. W tych okolicznościach amerykańskim panaceum było bombardowanie, dopóki Kongres nie wykluczył również tej opcji. Jednak bombardowanie bez wsparcia z ziemi nie przynosiło w Kambodży większych rezultatów niż w Wietnamie, podobnie jak miało być we wszystkich innych konfliktach, które amerykańscy prezydenci późnej wzniecili, twierdząc, że można zwyciężyć bez ofiar wśród amerykańskich żołnierzy. W końcu, nawet jeśli Stany Zjednoczone wysłałyby swoje oddziały, prawdopodobnie nie zrobiłyby one nic poza odwlekaniem tego, co nieuniknione. Jednak zwycięstwo w Kambodży nigdy nie stanowiło celu Amerykanów. Gdyby do niego dążyły, Stany Zjednoczone zastąpiłyby kimś innym Lon Nola, który wiosną 1971 roku doznał udaru. Wskutek niego – jak donosił w depeszy amerykański ambasador Emory Swank – „jego stan emocjonalny i fizyczny czynił go niezdolnym do podołania obowiązkom związanym ze sprawowaniem urzędu”. Biały Dom Nixona niczego takiego nie zrobił. Zamiast tego sprawił, że niedomagający generał miał zdumiewać przez najbliższe cztery surrealistyczne lata, wygłaszając do swoich generałów długie tyrady o starożytnej historii Khmerów, tworząc specjalne biuro w celu nauczania swoich oddziałów „tradycyjnych okultystycznych praktyk sztuki wojennej Mon-Khmer”, a w końcu, kiedy wszystko inne zawiodło, wykreślając wokół Phnom Penh linię wysypaną z kolorowego piasku, by otoczyć miasto magiczną ochroną. Dla administracji Nixona Kambodża stanowiła środek pozwalający zyskać czas na wydobycie oddziałów amerykańskich z Wietnamu. Czas miał zasadnicze znaczenie również dla Czerwonych Khmerów. Końcówka partii rozgrywanej przez Nixona to było dokładnie to, czego potrzebowali.''

Przywołuję niniejsze cytaty celowo ku przestrodze tym wszystkim co ślepo ufają USA, bo zwłaszcza dzieci PRL-u mają wbudowany jeszcze przez toporną komuszą propagandę Urbana mentalny firewall, który każe im odruchowo niemalże tłumaczyć na opak antyamerykańskie klisze propagandowe. Sęk zaś w tym, że nie zawsze warto usprawiedliwiać Jankesów ani też jak widać opierać na nich swe polityczne rachuby, dokładnie tak samo jak tyczy to Rosji, Niemiec, Chin czy też ''Erec Israel''. Zarazem nie zamierzam pieprzyć niczym Karnowski o jakowejś ''zdradzie'' Amerykanów, w ogóle nie pojmuję skąd ta arogancja krajowych ''ekspertów'' jaka każe im pouczać waszyngtońskich oficjeli z jakiejś jadącej kocią szczyną nory w Polsce - może zamiast histeryzować warto wreszcie skonfrontować się z faktem, iż nasze interesy nie muszą pokrywać się z jankeskimi, ani mieć pretensje do USA, że pilnują swoich tak jak je pojmują?! Od trawienia czasu na chrzanienie o ''wartościach'' lepszym jest wypomnieć ''sojusznikowi'' złamanie umowy, bo przecież nie dostawaliśmy wątpliwej jak się okazało ochrony ze strony zamorskiego hegemona za darmo, srogo opłacając się sprowadzanym odeń gazem i bronią. Dlatego dobrze się stało, iż prezydent Duda pokazał w takim razie Bidetowi i jego ''lidze demokracji'' gest Kozakiewicza, ostentacyjnie kupując drony od jawnie zamordystycznego reżimu w Turcji, zaś minister Rau poleciał z nagłą wizytą do Chin, tyle że wszystko to spóźnione i świadczy raczej o nagłym pożarze w tyłku ze strony naszych rządzących, niźli przemyślanej długookresowej strategii, niemniej dobre i to. Jeśli Amerykanie sądzą zaś, iż mogą nas tak ordynarnie kantować i wykpić się jak dotąd prawoczłowieczymi frazesami, oraz stawiając do pionu elgiebetem, praworządnością, demokracją itp. niech w takim razie s...ię obejdą. Należy postawić im twarde żądanie konkretnej rekompensaty, albo wprost zerwać umowę skoro druga strona i tak jej nie przestrzega, niech szukają frajerów do golenia z kasy gdzie indziej - ostatecznie nie tylko my ich, ale i oni nas potrzebują, a jeśli nie to w takim razie nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Powróćmy do ''czerwonego księcia'' Sihanouka, który zasługuje na ten tytuł jak bodaj żaden inny spośród arystokratów i koronowanych głów państw. Proamerykański zamach stanu i wymierzona weń rebelia dotychczasowych współpracowników, zastały go podczas oficjalnej wizyty w ZSRR i CHRL z którymi prowadził obleśny flirt polityczny od dłuższego czasu, tępiąc zarazem w kraju bezlitośnie własnych komunistów. Tak więc kontra wobec jego rządów ze strony USA nie była całkiem pozbawiona podstaw, sęk w tym iż nie udzieliły jej należytego wsparcia. Pekin i osobiście Mao objął patronatem osobliwy sojusz jaki zawiązał się wskutek tego między obalonym przez Jankesów monarchą a ''Czerwonymi Khmerami''. Od początku jednak mariaż ten obarczony był wzajemną rywalizacją, wysłali oni wprawdzie jednego ze swych czołowych działaczy, odpowiadającego już wówczas za politykę zagraniczną Ienga Sary, by miał nań baczenie, wszakże Sihanouk potrafił skutecznie zatruć mu życie - jego ulubioną taktyką było katowanie purytańsko nastawionego komunisty francuskimi pornosami, wyświetlanymi ciągiem na wspólnych seansach [ jak widać kontynuował na emigracji swe filmowe pasje, choć w mniej romantycznym niźli dotąd wydaniu ]. W każdym razie gdy jego kraj zstępował do coraz niższych kręgów piekieł, a najgorsze miało go dopiero czekać, zdetronizowany władca opływał we wszelkie dostatki w gościnie u chińskiego ''cysorza'':

''Przez pierwszy rok spędzony w Pekinie Sihanouk krążył po swojej własnej orbicie. W mieście panowały surowe wartości rewolucji kulturalnej. Ale za murami jego książęcej posiadłości kambodżański przywódca żył jak król, którym wciąż był, otoczony chmarą kucharzy przygotowujących dania kuchni chińskiej, khmerskiej i francuskiej, z prywatnym basenem, kortem tenisowym, kinem i najlepszą piwnicą win w czerwonych Chinach. Zabawiał dyplomatów i sympatyzujących dziennikarzy, takich jak francuski pisarz Jean Lacouture, przy stole zastawionym foie gras i perliczkami – „od mojego starego dobrego przyjaciela Kim Ir Sena” – i nadawał audycje dla Kambodżan przez radio FUNK w Hanoi, wychwalając zdobycze armii ruchu oporu i potępiając zdradę Lon Nola i jego „proamerykańskiej kliki”.''

- tylko ktoś znający kontekst szalejącej wokół ''rewolucji [anty]kulturalnej'' jest w stanie docenić absurdalność tej sytuacji. Również ''drogi przyjaciel Kim'' otoczył później należytą opieką bolszewizującego monarchę, spędzającego miło czas na wygnaniu w okazałym domu, wybudowanym dlań specjalnie w stolicy Korei Północnej. Wreszcie po przejęciu władzy w kraju przez rodzimych komunistów przyjęli oni powracającego władcę z należytymi honorami, urządzając na jego cześć groteskową ceremonię powitania: 

''Mao dwa lata wcześniej zapytał Khieu Samphâna na wpół żartem: „Czy zamierzacie obalić tych dwóch książąt, Sihanouka i Penn Noutha?”. Po zapewnieniu, że nie zamierzają, Przewodniczący namawiał do „małych sporów, wielkiej jedności”. W sierpniu 1975 roku Zhou Enlai spotkał się z Ieng Sarym, żeby omówić „traktowanie Sihanouka po jego powrocie”, i usłyszał, że zachowa dożywotnio stanowisko głowy państwa. Wydaje się, że dopiero wtedy Chińczycy doradzili księciu, że nadszedł właściwy moment, żeby wracał do Phnom Penh. „Nie obawiaj się, że będziesz musiał pracować z motyką w polu – powiedział mu kilka dni później Mao. – Nikt z was nie będzie tego robił, ale możecie chwycić za miotłę i trochę pozamiatać”. Khieu Samphânowi zasugerował, by Monique [ królowej ] i jej dwójki dzieci również nie zmuszać do pracy fizycznej. Później podniósł dłoń i zagiął w dół jeden palec: „Między Czerwonymi Khmerami a Sihanoukiem – powiedział – są cztery punkty zgodności i tylko jeden punkt niezgody”. 9 września książę wrócił do Phnom Penh, gdzie przywitali go mnisi odziani w szafranowe szaty – jedni z ostatnich, którzy nie zostali z nich odarci – wyśpiewujący psalmy zwycięstwa, odziane na czarno dziewczęta Czerwonych Khmerów rozrzucające kwiaty u jego stóp, starannie dobrany tłum rewolucyjnych żołnierzy i robotników oraz przedstawiciele Angkar pod przewodnictwem Khieu Samphâna. To była chwila na delektowanie się i sam Pol przybył, żeby popatrzeć, ukryty za grupą witających oficjeli. Sihanouk go nie widział i nigdy nie powiedziano mu o obecności Pola. Przez następne trzy tygodnie księcia traktowano po królewsku. Zgodnie z poleceniami Ieng Sary’ego Long Nârin, wówczas urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, spędził cały sierpień z grupą robotników na sprzątaniu Pałacu Królewskiego dla Sihanouka i jego świty, dziwacznej zbieraniny krewnych i pochlebców, która obejmowała jego teściową, słynącą z korupcji Madame Pomme, jego ciotkę, księżną Mom, jedną z jego córek, Soryę Roeungsy, i jej rodzinę, jego adiutanta i szefa protokołu oraz trzy damy dworu księżnej Monique. Podstawowe zaopatrzenie, takie jak foie gras i trufle, zostały wysłane za nim z Pekinu, a dobre wina dostarczył komisariat Komitetu Centralnego, który został utworzony przy Wat Langka, gdzie ulokowano skład żywności, porcelany, biżuterii i innych wartościowych przedmiotów zabranych po ewakuacji z domów zamożnych osób. Chhorn Hay, były członek Cercle Marxiste, który odbywał karę w Stung Trang wraz z Ping Sâyem i Hou Yuonem, został wezwany z powrotem, by pełnić funkcję majordoma Sihanouka z ramienia Czerwonych Khmerów, a chiński lekarz i pielęgniarka przysłani z Pekinu byli nieustannie pod ręką, gdyby książę lub ktoś z jego otoczenia zachorował. Książę czuł się oczarowany tym, że kilku z jego ochroniarzy, których zapewnili Czerwoni Khmerzy, używało specjalnego dworskiego słownictwa, gdy się do niego zwracali. Mniejszy zachwyt budziło w nim odkrycie, że żołnierze przywłaszczyli sobie złote łańcuchy ceremonialne z Sali Tronowej i używali ich jako smyczy dla psów. Jednak nadal mógł stwierdzić, że są „bardzo uprzejmi i usłużni”. Pozwolono mu przeprowadzić w Srebrnej Pagodzie ceremonie pogrzebowe swojej matki, królowej Kossamak, która w kwietniu zmarła w Chinach. Khieu Samphân zabrał go z wizytą do tkalni i na wycieczkę łodzią po Tonle Sap, a później z innymi przywódcami (choć bez Pola i Nuon Chei) dołączył do niego na bankiecie w pałacu, gdzie zapewnili go, że wraz z księżną Monique będą mogli podróżować do Pekinu i Pjongjangu tak często, jak zechcą, i że ich dwóch synów będzie kontynuowało edukację za granicą. Czerwoni Khmerzy, przyznał Sihanouk, „zachowywali się jak dżentelmeni”. Życie mogło być mimo wszystko znośne.

Ta „dziwna idylla”, jak ją później nazwał, trwała krótko. [...] Sihanouk został postawiony twarzą w twarz z okropieństwem życia w Demokratycznej Kampuczy po raz pierwszy w czasie dwóch objazdów prowincji, które odbył tej zimy w towarzystwie Khieu Samphâna, jednego do Strefy Wschodniej i Północnej i drugiego do Strefy Północno-Zachodniej. „[To] mnie powaliło – napisał później. – Mój lud [...] został zmieniony w bydło [...] Moje oczy otworzyły się na szaleństwo, którego ani ja, ani ktokolwiek inny nie mógł sobie wyobrazić”. Jego opis tej podróży koncentruje się na nim samym i jest pełen użalania się nad sobą. Często wydawał się bardziej oburzony zachowaniem Czerwonych Khmerów przy stole albo zniszczeniem budynków, w których zabawiał kiedyś państwowych gości, „takich jak książę Raimondo Orsini z Włoch albo wielki aktor niemiecki Curt Jurgens” niż niedolą swoich krajan pracujących na polach. Jednak nie ma wątpliwości, że był głęboko wstrząśnięty. Powstaje pytanie, czy mógł nadal użyczać swojego imienia reżimowi, który spowodował tak ogromne cierpienie.''

- jednak rezygnacja z i tak czysto ceremonialnego stanowiska Przewodniczącego nieistniejącego w istocie Prezydium Państwa nie oznaczała dlań egzekucji, ani też członków najbliższej przynajmniej rodziny, jak stało się to udziałem cara w Rosji:

''Jeśli należało za to zapłacić, to koszty ponieśli głównie ludzie z jego otoczenia. Krewni, których aż dotąd oszczędzono, zostali zesłani na wieś, gdzie nikt z nich nie przeżył. Jego adiutant „zniknął”. Ale sam Sihanouk i jego najbliższa rodzina – dwóch synów, księżna Monique, jej matka i młody kuzyn – byli zbyt ważni politycznie i dyplomatycznie, żeby cierpieć taki sam los. Nawet według samego Sihanouka „złota klatka”, do której powrócił – dwadzieścia lat wcześniej użył tego samego określenia dla władzy królewskiej – nie była zbyt męcząca. Przez następny rok wciąż korzystał z usług swojego „orszaku” Czerwonych Khmerów. Khieu Samphân nadal zapraszał go do składania wizyt w prowincjach, lecz książę najwyraźniej odrzucał te propozycje. Choć zakazano mu jakichkolwiek innych kontaktów ze światem poza murami pałacu niż słuchanie audycji radiowych, materialne potrzeby Sihanouka wciąż szczodrze zaspokajano – do tego stopnia, że w swoich pamiętnikach narzekał, iż skończył się rum potrzebny do zrobienia deseru bananes flambées. W czasie gdy tysiące jego krajan umierało z głodu, taka skarga brzmi nieco fałszywie. Pozwolono mu korzystać z klimatyzacji, ponieważ nie znosił gorąca. Choć chiński lekarz przydzielony do pałacu został odwołany, Sihanouk miał dostęp do leczenia szpitalnego zapewnianego przez ten sam zespół lekarzy i dentystów, który opiekował się Polem i jego współpracownikami. Aby uspokoić Chiny i Koreę Północną, rząd ogłosił go „wielkim patriotą”, zapowiedział, że dla jego uczczenia zostanie mu wzniesiony pomnik i że będzie otrzymywał pensję państwową w wysokości ośmiu tysięcy dolarów rocznie, które to obietnice, choć spełnione zaledwie w części, były nie mniej wymowne.''

Biograf Pol Pota tak wykłada racje jakie stały za tym przedziwnym politycznym mariażem tronu i sierpomłota:

''Sihanouk wystarczająco często mówił, że jeśli komunizm zatryumfuje w Kambodży, jej lud zostanie zniewolony. Od połowy lat sześćdziesiątych nakazywał, a przynajmniej aprobował politykę bezlitosnych represji. Jednak dziesięć lat wcześniej ostrzegał również, że jeśli Stany Zjednoczone zmuszą Kambodżę do porzucenia neutralnego kursu, „nastąpi rewolucja monarchistyczno-komunistyczna [...] [i nadejdzie] katastrofa dla wolnego świata”. To proroctwo miało się spełnić, a Sihanouk, kierujący się mieszaniną wielu motywów – zdrady, pragnienia zemsty i obowiązkiem zachowania monarchii, jaki miał wobec przodków – uznał, że jego los polega na wypełnieniu tej przepowiedni.''

Było to sprytne z czysto taktycznego punktu widzenia posunięcie, bowiem dzięki przystąpieniu doń władcy ''ruch oporu był kambodżański, patriotyczny i kierowany przez khmerskiego króla. Lon Nol nie mógł [ więc ] twierdzić, że jest „komunistyczny” i „kierowany przez Wietnamczyków”.'' Nie mniej intrygująco jawią się motywacje stojące za wyborem swego przydomku przez samego Pol Pota:

''Pol – czy raczej Pol Pot, jak się później nazwał, idąc za zwyczajem dodawania współbrzmiących monosylab, w taki sam sposób, w jaki Vorn utworzył swoje nazwisko Vorn Vet, a starszy z braci Thiounnów został nazwany Thiounn Thioeunnem – nigdy nie wyjaśnił, dlaczego wybrał swoje nowe imię. Jednak Polowie byli królewskimi niewolnikami, wywodzili się z rdzennej ludności, „szlachetnych dzikusów” w kategoriach Rousseau, i kusi dopatrywanie się w tym pseudonimie odniesienia do przymierza Sâra z Sihanoukiem, które uczyniło z niego – metaforycznie – „niewolnika króla”. Mógł on również stanowić nawiązanie do wykorzystywania przez niego pseudonimu Khmer Daeum (Stary Khmer), z czasów studiów w Paryżu, ponieważ Polowie byli Khmer Daeum; jeden z jego kolegów ze studiów z tego czasu użył jeszcze bardziej wymownego pseudonimu Khmer Neak Ngear (odwieczny khmerski niewolnik) do podpisania ataku na monarchię. Niezależnie od powodu, przez następną dekadę Sâr miał być znany jako Pol.''

A jednak poza doraźnymi i czysto taktycznymi powodami, za niemożliwą z pozoru koegzystencją monarchii z komunizmem stały głębsze racje, istotowo osadzone w samej rewolucyjnej doktrynie. Otóż jak to wyjaśnialiśmy niedawno państwo nie znaczy nic dla komunisty i sam Pol Pot dawał temu otwarcie wyraz, wykładając rzecz w duchu jak najbardziej marksistowskim:

''Państwo to organizm, którego celem jest utrzymanie władzy jednej klasy przez sprawowanie dyktatury nad innymi klasami we wszystkich dziedzinach [...] Ale państwo jest też instrumentem, który tworzy uprzywilejowaną warstwę społeczną, która gdy się rozwija, odcina się od proletariatu i od pracy. To stało się, na przykład, w Związku Radzieckim [...] i [w pewnym stopniu] w Korei [Północnej] i Chinach. W zgodzie z marksistowsko-leninowskimi zasadami konieczne jest [...] stopniowe eliminowanie tego defektu, którym jest państwo, aż całkowicie zniknie, ustępując miejsca [systemowi] samozarządzania fabrykami przez proletariat i rolnictwem przez chłopów. Uprzywilejowana warstwa wyższa zniknie wówczas zupełnie.''

- powyższe należałoby rzucać na ryj libertariańskim debilom obecnej doby nad Wisłą, drącym gębę że ''państwo to złodzieje, a podatki kradzież!'' samemu mieniąc się jeszcze przy tym bezczelnie ''prawicą'', choć w rzeczy samej są równie nihilistyczną, antypaństwową swołoczą co lewactwo. W każdym razie w ściśle socjalistycznej perspektywie forma państwowości jawi się jako mało istotna, zbędna niemalże co przekładało się na programowo anarchiczną praktykę rządzenia reżimu ''Czerwonych Khmerów'', ale w gruncie rzeczy można by rozciągnąć tę obserwację na każdy inny ustanowiony przez komunistów. Dlatego oficjalne instytucje państwowe ''Demokratycznej Kampuczy'' nigdy właściwie nie wyszły poza amorficzną, zalążkową jedynie postać i stąd trudno się dziwić, iż Sihanouk nie miał zamiaru dłużej firmować tej groteski. Sam Pol Pot stał na czele ''gabinetu duchów'', zaś realną władzę czerpał z przywództwa nad tajną, ściśle zakonspirowaną strukturą jaką trudno nawet było nazwać ''partią''. ''Czerwoni Khmerzy'' mieli na to dobre określenie - ''Angkar'' czyli ''organizacja'': skojarzenia z mafią czy okultystyczną sektą są tu jak najbardziej uprawnione, gdyż tym w istocie jest każda ''partia'' komunistyczna, z jej dostępną jedynie ''wtajemniczonym'' i to w różnym stopniu ''sekretną'' doktryną, oraz wewnętrznymi rytuałami budującymi solidarność grupową i poczucie ''wybraństwa'' wśród jej członków. Reszty dopełniają wsobne czystki i wymóg samokrytyki, czyli w praktyce wzajemnego gnojenia się i donosicielstwa przekładający się na ową imponującą naiwnym zewnętrznym obserwatorom ''twardą ideowość'' wyznawców tego typu sekt, oraz rzecz jasna masowy terror wobec przeciwników. Nie kryję, że ulegałem przez wiele lat liberalnemu złudzeniu, hołdując przesądowi jakoby totalitaryzm zasadzał się na ''wszechwładzy państwa nad jednostką''. Tymczasem w realnym totalitaryzmie państwo odgrywało jedynie fasadową rolę, li tylko narzędzia w rękach całkiem arbitralnej, w istocie anarchicznej władzy nie skrępowanej nawet swymi własnymi prawami. Innymi słowy w komunistycznym reżimie władza spoczywała w rękach organizacji nielegalnych w świetle narzucanych przez nie brutalnie norm i głoszonych haseł! Nie był to żaden ''systemowy błąd'', lecz logiczna konsekwencja zasady wyłożonej jasno przez Lenina, iż rządy komunistów opierają się na ''czystej, nagiej przemocy, niczym nieskrępowanej sile, nawet własnymi prawami'', co pozwalało politbiuru oficjalnie znosić karę śmierci stosując przy tym masowy terror i nie dostrzegać w tym żadnej sprzeczności. Bowiem w tym szaleństwie była metoda, gdyż władza nieformalna właśnie przez to jest niczym nieograniczona, jakby nie autokratyczny reżim ujęty w skostniałe oficjalne formy jest przez nie siłą rzeczy krępowany, dopiero totalna anarchia daje pełnię władzy! Dlatego tyran i despota to anarchista u władzy i doprawdy mniejsza z tym czy dorwie się do niej w oprawie haseł o ''wolnym rynku'' czy też bezpaństwowej komunie jak Pol Pot a wcześniej Lenin. Ostatni jako prawnik z zawodu doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji głoszonych przez się formuł uzasadniających całkiem arbitralny terror, w ogóle znamienny jest ten fenomen nadreprezentacji prawników wśród rewolucjonistów, ludzi mających w teorii stać na straży porządku a tymczasem szerzących z rozmysłem anarchię. Dodajmy w duchu jak najbardziej marksistowskim, gdyż dla twórcy ''Kapitału'' państwo było jako się rzekło jedynie narzędziem ''opresji klasowej'', pozbawionym przeto racji bytu w utopijnym bezklasowym komunizmie - stąd Piłsudski jako zwolennik niepodległej polskiej państwowości zwyczajnie musiał wysiąść w końcu z ''socjalistycznego pociągu''.

Reasumując - biografia komunistycznego zbrodzienia autorstwa Philipa Shorta godna lektury i zakupu, do czego mam nadzieję zachęciły niniejszym wszystkie z niej fragmenty przytoczone na prawie cytatu. Mimo ich pozornej obszerności stanowią jedynie drobny wyimek z pracy zawierającej wiele równie intrygujących, a pominiętych tu z konieczności wątków. Nie zmieniają zasadniczo pozytywnej oceny dyskusyjne co najmniej, a mówiąc wprost durnawe czasem refleksje autora, na siłę próbującego zdjąć odium zbrodniczości z doktryny Marksa, jaka niewąptliwie przyświecała mordom popełnionym pod rządami Pol Pota. Zwyczajnie należy pamiętać o tym podczas lektury i nie dać sobie wmówić głupot nieodrodnego przedstawiciela Zachodu, zrzucającego winę za okrucieństwa ''Czerwonych Khmerów'' niemal wyłącznie na barbarzyństwo ich rodzimej kultury, jakie skądinąd jest faktem. Temu nikt tu nie przeczy, wszakże przypomnijmy jeszcze raz na koniec, że ta banda ideowych kanalii nie wpadła na ludobójcze pomysły siedząc u siebie w dżungli, lecz wykoncypowała je podczas lat studiów we Francji. Wprawdzie mylnie podaje się iż przyszły Pol Pot, wtedy jeszcze za młodu jako Saloth Sar, studiował na Sorbonie - to była jakaś techniczna uczelnia - jednak reszta tego towarzystwa owszem przeważnie tak. Nałykali się marksistowskiego gówna od swych paryskich nauczycieli, po czym zastosowali je później do krajowych warunków z wiadomymi skutkami, tak więc komunizm przyszedł w Azji z Zachodu, warto mieć to na uwadze aby nabyć niezbędnej odporności, zaszczepić się mentalnie przeciwko ślepemu weń wpatrzeniu jakim grzeszy tylu obecnie nad Wisłą.


niedziela, 6 czerwca 2021

Pol Pot a sprawa polska.

Zapowiadałem nakreślenie scenariuszy sanacji państwa, koniecznych w zaistniałych okolicznościach dziejowych, bo jasnym powinno być, że obecna Rzeczpospolita nie sprosta im w takim kształcie ustrojowym jak dotąd. Należy się jednak stąd odnieść jakoś do obchodzonej właśnie rocznicy jej narodzin, bo szlag mnie wprost trafia od lejącego się z mediów pro- jak i antyrządowych bełkotu, znanych do urzygu frazesów o ''pierwszych wolnych [ rzekomo ] wyborach'', oraz jakoby ''antykomunistycznym premierze'' Mazowieckim - brakuje tylko czołobitnych peanów pod adresem Baal-cerowicza, posłusznego wykonawcy neokolonialnego programu gospodarczego ubezwłasnowolnienia Polski. Akurat jestem świeżo po lekturze biografii komunistycznego ludobójcy Pol Pota, autorstwa brytyjskiego reportera Philipa Shorta, i posłuży nam ona za świetne narzędzie zaorania powyższych okolicznościowych bredni. Po jej przeczytaniu, podobnie jak i pomienionych już tu prac Lorenza Lüthiego czy Julii Lovell, uznanych historyków i specjalistów od polityki krajów Dalekiego Wschodu, utwierdzam się w przekonaniu, że utrzymuje się nas tu nad Wisłą w stanie infantylnego ''upupienia'', gigantycznym oszustwie co do natury wydarzeń ostatnich dekad. Pisałem o tym, ale chciałbym aby wybrzmiało z całą mocą na jaką tylko mnie stać: to nie Bolęsa w pojedynkę, ani nawet masowy ruch ''Solidarności'' z całym należnym mu szacunkiem, tym bardziej nie liberalne frazesy o ''wolnym rynku'', ''demokracji'' i ''prawach człowieka'' wyzwoliły Polskę spod tyranii komunistów obalając ZSRR, ale zadecydowała o tym brutalna konkurencja ze strony innych politycznych gangsterów, nade wszystko chińskich komuchów oraz podległych im ludobójczych reżimów w typie ''Czerwonych Khmerów'', oraz islamskich rzeźników z afgańskimi mudżahedinami na czele, wpieranych obłudnie przez ''wolny świat'' Zachodu pod przywództwem USA. Bowiem bandytę i terrorystę, a takimi niewątpliwie byli Sowieci, mogła pokonać tylko inna podobna kanalia i zbrodniarz, taki jak choćby Pol Pot właśnie - dlatego powtórzę nic im nie zawdzięczamy, ani nie ma sensu wzorem Pitonia wychwalać politbiuro w Pekinie, bo za podobny numer z ''Solidarnością'' w ich strefie wpływów rozjechaliby nas czołgami niczym demonstrantów na placu Tian'anmen, zaś reżim ''Czerwonych Khmerów'' nad Wisłą oznaczałby w krótkim czasie wygubienie blisko 1/4 tutejszej populacji i regres cywilizacyjny, jak to miało miejsce pod ich rządami w Kampuczy. Natomiast afgańscy mudżahedini jako islamscy fanatycy pozarzynaliby nas jako ''kafirów'', lub co najmniej bezwzględnie łupili ''dżizją'' gwałcąc przy tym nie tylko ''niewierne'' kobiety ale i dzieci, osobliwie chłopców, gdyż homoseksualna pedofilia jest w ich kraju usankcjonowaną tradycyjnie patologią społeczną. Zresztą dżihadystów zwalczających radzieckie wojska okupacyjne w Afganistanie, wspierali nie tylko Amerykanie poprzez Saudów takich jak Usama Ibn Ladin [ bo tak w poprawnej polszczyźnie winno pisać się imię i nazwisko słynnego terrorysty ], ale i bezpośrednio sami Chińczycy, przeciwko swym komunistycznym ''towarzyszom''. Powyższe nie przeczy lokalnemu znaczeniu papieskich pielgrzymek i pierwszej ''Solidarności'' jako masowego ruchu protestu, które doprowadziły razem do utraty przez PRL-owski reżim resztek legitymizacji społecznej, wymuszając na Moskwie przejście na ręczne sterowanie za pomocą zsowietyzowanej armii. Obnażyło to militarystyczny, w istocie okupacyjny charakter władzy komunistów w Polsce, jednak aby do tego doszło, ZSRR wpierw musiała dostać łupnia od Chin i w Afganistanie, a to oznacza ni mniej ni więcej, że nowożytne losy Polski rozstrzygnęły się na drugim krańcu Eurazji, a nie w samej Europie i ogólnie na ubóstwianym tak przez Polaków Zachodzie. Innymi słowy polski eurazjatyzm nie jest więc żadną mrzonką, ni nawet jedynie modelem pożądanych zmian politycznych i kulturowych, ale faktem geopolitycznym i to od dobrych paru dekad co najmniej!

Do rangi symbolu i to złowrogiego urasta, że nowym ambasadorem USA w Polsce ma zostać syn Brzezińskiego, który to brał czynną rolę w wykuwaniu się w owym czasie globalnego ładu, dobiegającego właśnie kresu na naszych oczach. Nie ma się czym radować, bowiem przypomnę com referował z ostatniej pracy kreatury globalistów jaką był niewątpliwie Big Zbig, a nosiło toto nazwę ''Strategiczna wizja''. Brzeziński wprost wykładał tam, iż projekt zjednoczonej Europy będzie niepełny bez dołączenia doń Rosji, oczywiście już pod w pełni liberalnym i przeto strawnym dla Ameryki przywództwem. Razem z USA i Kanadą twór ten ma stanowić ''rozszerzony Zachód'' wedle jego słów, rozciągający się ''od Vancouver po Władywostok'' czy raczej należałoby rzec ''globalną Północ'' z epicentrum w Arktyce. Takowe imperialne ponadnarodowe monstrum miałoby pełnić rolę ''rdzenia'' nowego geopolitycznego ładu, jaki wykluje się po upadku światowej hegemonii Ameryki. Targalski piekli się po jaką cholerę brać poważnie tego typu brednie, przypominam jednak, że Brzeziński niestety odgrywał ważną rolę w różnych globalistycznych a wpływowych gremiach, stąd nie sposób kreślonych przezeń wizji zbywać lekceważąco, bo najwidoczniej wyrażają punkt widzenia i zamiary tychże ustosunkowanych kreatur. A w przypadku ich realizacji Polska już nie tylko metaforycznie, lecz naprawdę stanie się ''strefą zgniotu'', no chyba że ktoś kupuje serio plewy serwowane przez Sykulskiego o jakowymś ''trójkącie kaliningradzkim''. Dajmy więc temu pokój, zajmując się lepiej opisem ciągu wydarzeń, który doprowadził do obalenia ZSRR i ustanowienia Polski w jej obecnym wciąż jeszcze kształcie. Przypomnijmy: Mao rozpętuje ''rewolucję [anty]kulturalną'' nie tylko dla rozprawy z wewnętrznymi przeciwnikami, ale i wyrugowania resztek wpływów sowieckich w Chinach. Torpeduje przy okazji możliwość zawiązania globalnego sojuszu państw komunistycznych pod egidą Moskwy, skupionego na wspieraniu Wietnamu Północnego walczącego w owym czasie z USA. Swoje robi tu uzasadniona obawa przed strategicznym okrążeniem, stąd Chińczycy czynią co w ich mocy, aby utrudnić powstanie dużego zgrupowania radzieckich wojsk u swych południowych granic. Znamienne, że inicjatywa porozumienia z amerykańskim ''papierowym tygrysem'' wychodzi od chińskiej armii, konkretnie tzw. ''marszałków weteranów'' czyli pierwszych komunistycznych ludobójców dowódców, którzy towarzyszyli Mao jeszcze podczas ''długiego marszu'' i ustanowienia ''baz przetrwania'' w Yan'anie. Pekin zawiązuje więc w poł. lat 70-ych sojusz wojskowy z Waszyngtonem, dla odparcia ''bratniego socjalimperializmu'' ZSRR, wiszącego niczym gradowa chmura tuż nad żywotnymi centrami kraju ze stolicą na czele. Jak wielki popłoch w chińskim kierownictwie wywoływała ta wizja dość rzec, iż gdy w okresie ''rewolucji kulturalnej'' wybuchły na granicy krótkotrwałe, mordercze za to walki z krasnoarmiejcami, sam Mao umknął chyżo do owianego dziś złą sławą Wuhanu pełniącego rolę zastępczej stolicy Chin, w obawie przed grożącym jak mniemał sowieckim atakiem atomowym. Po śmierci satrapy politykę tę wiernie kontynuowali jego ''rewizjonistyczni'' następcy, co nałożyło się na narastający już od dłuższego czasu konflikt między ''bratnimi'' partiami komunistycznymi Kambodży i Wietnamu. Khmerzy na czele z przyszłym tyranem Pol Potem jeszcze od pocz. lat 50-ych, gdy powstawała ich partyzantka bolszewicka pod ścisłą kontrolą Wietnamczyków, boleśnie odczuwali swe ubezwłasnowolnienie, dążąc za wszelką cenę do uzyskania pełnej niezależności. Typowo komusze gadki o ''internacjonalizmie'' i gorące zapewnienia ''braterskiej przyjaźni'' ledwo kryły zadawnioną nienawiść dzielącą oba narody na tle historycznych zaszłości, które długo by tu opisywać. Dlatego kiedy pojawiła się pierwsza okazja, Pol Pot wraz z towarzyszami wyzyskali ją do ogłoszenia ideologicznej suwerenności już na początku lat 60-ych. Siłą rzeczy jedni i drudzy poczęli oglądać się na mocniejszych protektorów w bratnim obozie komunistycznym - ''Czerwoni Khmerzy'' na maoistowskie Chiny, zaś Wietnam ZSRR. Po tym pobieżnym z konieczności przedstawieniu tła omawianego tu konfliktu, oddajmy wreszcie głos pomienionemu biografowi Saloth Sara, znanego pod przybranym przezeń mianem Pol Pota:

''W styczniu 1978 roku amerykański sekretarz obrony Harold Brown poleciał do Pekinu, aby zacząć tworzyć sieć kontaktów wojskowych między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która do końca roku miała rozwinąć się de facto w przymierze przeciwko Związkowi Radzieckiemu. W tym samym miesiącu doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Cartera, Zbigniew Brzeziński, opisał [...] konflikt kambodżańsko-wietnamski jako ''wojnę przez pośredników'' między Związkiem Radzieckim a Chinami. Żadne z zaangażowanych państw nie przyznało jednak - nawet przed samym sobą - że tworzą się dwie koalicje, które zmierzają w nieodwracalny sposób do rozleglejszej wojny: szczególnie Chińczycy zachowali powściągliwość. Jednak linie bitwy ustalone tej zimy - Czerwoni Khmerzy, Chiny i Stany Zjednoczone po jednej stronie, Wietnam i Związek Radziecki po drugiej - miały pozostać niezmienione przez następną dekadę i jeszcze dłużej. Pod koniec stycznia i w pierwszej połowie lutego wietnamskie Biuro Polityczne odbyło serię posiedzeń w Ho Chi Minhie. Dopingowane przez Le Duana i innych członków kierownictwa z proradzieckiego skrzydła wyciągnęło dwa złowróżbne wnioski. Pierwszy był taki, że Wietnam nie może dalej koegzystować z wrogim rządem w Phnom Penh. Należy zatem poczynić kroki w celu obalenia reżimu Pola - czy to przez wzniecenie powstania, czy to przez stworzenie ruchu na wychodźstwie, by stworzył fasadę dla armii wietnamskiej przeprowadzającej inwazję na pełną skalę - i trzeba zrobić to szybko, zanim Czerwoni Khmerzy wzmocnią się militarnie i będą w stanie rozszerzyć międzynarodowe poparcie dla siebie. Drugim było to, że od Pekinu nie można spodziewać się niczego dobrego. Chiny, zdecydowało Politbiuro, zamierzają wykorzystać Kambodżę do wywarcia presji na Wietnam, by powrócił na łono Chin. [...] Program chińskiej pomocy wojskowej dla Kambodży zainicjowany dwa lata wcześniej jawił się teraz w Hanoi w nowym i złowieszczym świetle. Wietnamscy stratedzy odnotowali z niepokojem, że nowe lotnisko wojskowe budowane w Kompong Chhang z zakamuflowanymi hangarami i składami amunicji ukrytymi we wzgórzach oddalone jest o mniej niż pół godziny lotu od Ho Chi Minha. Starcia graniczne stawały się coraz częstsze, nie tylko z Kambodżą, ale również na granicy Wietnamu z Chinami. W marcu wybuchł spór o status liczącej ponad milion osób diaspory chińskiej w południowym Wietnamie. Hanoi postrzegało ich jako potencjalną piątą kolumnę i by złamać ich siłę ekonomiczną, ogłosiło nacjonalizację wszystkich firm prywatnych. Chiny odpowiedziały zawieszeniem pomocy gospodarczej dla Hanoi i wycofaniem chińskich techników. Do czerwca 130 tysięcy uchodźców uciekło przez granicę chińską. Przygotowano grunt pod jedną z najbardziej skandalicznych tragedii drugiej połowy XX wieku – exodusu boat people. Ćwierć miliona emigrantów odartych z własności przez wietnamską milicję wyruszyło w pływających trumnach, by szukać nowego życia za granicą. Dziesiątki tysięcy utonęło albo zostało zamordowanych przez tajskich i malajskich piratów. Operacja została zaaprobowana przez samego Le Duana. Do czasu jej zakończenia moralna wyższość, jaką Wietnam zyskał w czasie długich lat walki przeciwko Stanom Zjednoczonym, definitywnie przepadła.

Na początku lata 1978 roku dwie główne postacie w dramacie, który zaczynał się rozwijać – Wietnam i Chiny – odrzuciły wątpliwości i zaczęły przygotowywać się na serio do nieuniknionego rozwiązania. [...] Trzy miesiące później w Pekinie chińskie Biuro Polityczne przyjęło plan awaryjny, by „dać Wietnamowi nauczkę” za złe traktowanie diaspory chińskiej. Nakazano dyskretne rozbudowanie chińskich sił wzdłuż północnej granicy Wietnamu. Le Duan pojechał do Moskwy, żeby wzmocnić więzi z Rosjanami. W dowód dobrej wiary Wietnam przystąpił do zgrupowania gospodarczego bloku sowieckiego, Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, którego to kroku unikał dotychczas z obawy przed niepotrzebnym antagonizowaniem Chin i Stanów Zjednoczonych. Do północnego Wietnamu zaczęli napływać radziecka broń i doradcy wojskowi, żeby wzmocnić obronę Hanoi przeciwko, jak to teraz określano, hegemonicznym zakusom Pekinu. Chińska broń, w tym artyleria kalibru 130 mm, broń przeciwpancerna, samochody opancerzone i kompletne zestawy wyposażenia żołnierzy piechoty dla dodatkowych 60 tysięcy ludzi, została wysłana do portu w Kompong Som, gdy chińscy inżynierowie śpieszyli się, by ukończyć nową, bezpieczniejszą linię kolejową budowaną z wybrzeża do Phnom Penh. Uznawszy z opóźnieniem głoszone od dawna przez Czerwonych Khmerów tezy, Chiny oskarżyły Wietnam o dążenie do rozszerzenia swojego zwierzchnictwa nie tylko na całe Indochiny, ale też na całą Azję Południowo-Wschodnią. „Wojna przez pośredników”, o której mówił Brzeziński, znalazła oddźwięk w Pekinie. Wietnam był „Kubą Wschodu”, zasłoną dymną dla ambicji Związku Radzieckiego, przyjmując w Azji taką samą rolę, jaką siły Castro odgrywały w Afryce i Ameryce Łacińskiej. Za konfliktem kambodżańsko-wietnamskim kryła się kremlowska intryga mająca na celu zdominowanie całego regionu. Nie był to już lokalny spór. Wynik miał wpłynąć na globalną równowagę sił. [...] We wrześniu 1978 roku [ Pol Pot ] nie mógł już dłużej czekać. Przez miesiące Chińczycy naciskali na niego, żeby przyśpieszył przygotowania do odparcia, jak to teraz postrzegali, nieuniknionej wietnamskiej inwazji. Był to główny temat lipcowej wizyty Son Sena w Pekinie i został podjęty znów, gdy Nuon Chea pojechał tam w sierpniu. Jednak najważniejsze dyskusje odbyły się w ostatnich dziesięciu dniach września, kiedy sam Pol poleciał w sekrecie do Chin, żeby spotkać się z Deng Xiaopingiem. Według ambasadora Czerwonych Khmerów Picha Chheanga, który był obecny przy niektórych, choć nie przy wszystkich, rozmowach, Deng przyjemnie zaskoczył swojego gościa surowością, z jaką potępił Wietnam. Le Duan, powiedział, jest niewdzięcznikiem – krokodylem, jak mówi się w Kambodży – którego należy ukarać za jego zdradę. Zasugerował jednak również, że z punktu widzenia Chin Czerwoni Khmerzy ponosili częściowo odpowiedzialność za ściągnięcie na siebie tych kłopotów przez swój przesadny radykalizm, brak dyscypliny i „puczystowskie, anarchistyczne zachowanie” ich oddziałów na granicy z Wietnamem oraz niepowodzenie w uzyskaniu poparcia w kraju. Kiedy Deng czynił te uwagi, wspominał Pich Chheang, Pol uśmiechnął się i nic nie powiedział. Zgodzili się jednak co do doniosłości roli Sihanouka, potrzeby zastosowania taktyki zjednoczonego frontu i konieczności przygotowania się do przedłużającej się walki partyzanckiej, kiedy wietnamski atak w końcu nadejdzie. Deng dał również jasno do zrozumienia, jak to zrobił wcześniej z Son Senem i Nuon Cheą, że choć Chiny udzielą Kambodżanom wszelkiej pomocy wojskowej, jakiej będą mogły, odpowiedzialność za prowadzenie wojny ostatecznie spadnie na Kambodżę. [...]

Gdy Pol rozmawiał z Deng Xiaopingiem w Pekinie, Le Duc Tho spotykał się z Heng Samrinem, Pen Sovannem i innymi khmerskimi uchodźcami w Thu Duc, dawnym amerykańskim obozie policyjnym na przedmieściach Ho Chi Minha. Powiedział im, że Wietnam planuje inwazję na Kambodżę na pełną skalę na początku nadchodzącej pory suchej i że nowo utworzony khmerski ruch oporu będzie walczył obok swoich wietnamskich „towarzyszy broni”. W międzyczasie uchodźcy mieli stworzyć organizację parasol, Zjednoczony Front Ocalenia Narodowego Kampuczy (ZFONK), zdolny przejąć władzę, gdy reżim Pola upadnie. Historia się powtarzała. Po raz trzeci w ciągu tyluż dekad przywódcy w Hanoi tworzyli tajny kambodżański ruch oporu, by służył wietnamskim interesom. W tym samym miesiącu, wrześniu 1978 roku, premier Wietnamu Pham Van Dong wybrał się w pośpiesznie zorganizowaną podróż po państwach regionu, by spróbować stworzyć dyplomatyczną przykrywkę dla nadciągającego ataku na Kambodżę. Zaproponował podpisanie traktatu o przyjaźni i współpracy z niekomunistycznymi państwami Azji Południowo-Wschodniej i solennie zapewniał każdego ze swoich rozmówców, że Hanoi nie ma żadnych ekspansjonistycznych ambicji. W Kuala Lumpur złożył nawet wieniec na grobie malajskich żołnierzy, którzy zginęli w walce z komunistycznym powstaniem. Jednak propozycja traktatu została uprzejmie odrzucona. To było za dużo, zbyt nagle, za późno. Nie lepsze skutki przyniosły próby zalecania się do Stanów Zjednoczonych. W październiku prezydent Carter zdecydował, że stosunki z Chinami są priorytetem, a normalizacja stosunków z Wietnamem została odłożona na później. Trzy tygodnie później Le Duan w towarzystwie Phama Van Donga i falang członków Biura Politycznego KPW poleciał do Moskwy, gdzie zostali przyjęci wyjątkowo serdecznie przez kierownictwo radzieckie. Duan i Leonid Breżniew podpisali traktat o przyjaźni, który przewidywał między innymi, że oba kraje poczynią „odpowiednie i skuteczne kroki, by zapewnić [im] bezpieczeństwo”, gdyby któryś z nich został zaatakowany. Bezpośrednim celem było zniechęcenie Chin do eskalacji konfliktu z Wietnamem. „Międzynarodowa reakcja” – tryumfowała gazeta partii wietnamskiej „Tap Chi Cong San” – stanęła teraz w obliczu „poważnych środków odwetowych”, gdyby lekkomyślnie zaatakowała radzieckiego sojusznika. O Kambodży nie dyskutowano. Wietnamscy przywódcy powiedzieli po prostu swoim radzieckim odpowiednikom, że spodziewają się oporu Khmerów wobec „wykorzystania nadchodzącej pory suchej do przypuszczenia potężnych ataków na reżim w Phnom Penh” i że nie wierzą, żeby Chiny były w stanie wysłać swoje oddziały na pomoc. Dwa dni po podpisaniu traktatu w Moskwie Deng Xiaoping udał się w ślad za Phamem Van Dongiem z wizytą do Tajlandii, Malezji i Singapuru. Przekonał się, że gospodarze byli już na wpół przekonani, że Wietnam, który stanowił teraz nieodłączną część bloku radzieckiego, stanowił potencjalne zagrożenie dla całego regionu. Bitwa o okiełznanie Hanoi, powiedział im Deng, będzie toczyć się w Kambodży. „Istnieje możliwość, że Phnom Penh upadnie – dodał. – Nie będzie to koniec tej wojny, tylko jej początek”. Wietnamczycy najadą Kambodżę siłą, ale nie będą w stanie skonsolidować swoich zdobyczy i nastąpi długa walka z ruchem oporu. Kiedy się to stanie, kontynuował, Chiny „nie będą stały bezczynnie. Podejmiemy odpowiednie środki”. Lee Kwan Yewa w Singapurze i premiera Malezji Mahathira przekonały analizy Denga. Tajski premier generał Kriangsak zachowywał większą nieufność. Gdyby w Kambodży wybuchł konflikt, Tajlandia znalazłaby się na linii frontu. Wsparłaby Czerwonych Khmerów, tylko jeśli byłaby pewna, że ma poparcie Chin. Deng zapewnił go, że tak właśnie jest, i na zachętę wskazał, że Chiny zmniejszą swoje wsparcie dla Tajskiej Partii Komunistycznej i przekonają Czerwonych Khmerów, by postąpili tak samo.Gdy Deng przebywał w Azji Południowo-Wschodniej, inny wysoki przywódca chiński, szef służby bezpieczeństwa reżimu Wang Dongxing, poleciał do Phnom Penh. Poza zademonstrowaniem wsparcia ze strony Chin miał ocenić plany oporu przygotowane przez Pola i udzielić wszelkich rad, jakie wydawały się konieczne. [...]

Przez następnych kilka tygodni reżim istniał w stanie zawieszenia. Pod koniec listopada Komitet Centralny partii chińskiej potwierdził decyzję Denga o niewysyłaniu oddziałów do Kambodży, ale postanowił powierzyć Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej przeprowadzenie operacji karnej za północną granicą Wietnamu. Rosjanie, dowodził Deng, nie będą ryzykować wojny światowej, by bronić swojego wietnamskiego sojusznika, niezależnie od klauzuli bezpieczeństwa w nowym traktacie o przyjaźni. Jednak istniała możliwość, że mogą przeprowadzić atak na zasadzie wet za wet na Sinciang. Trzysta tysięcy ludzi ewakuowano w związku z tym z Kaszgaru i innych wrażliwych obszarów na granicy Związku Radzieckiego z chińską Azją Środkową. [...] 15 stycznia, awangarda wietnamskich sił inwazyjnych dotarła do Sisophon. Zostały zatrzymane nie, jak byli przekonani Chińczycy, przez kambodżańską obronę, ale dlatego, że posuwały znacznie szybciej niż oczekiwano i ich kolumnom pancernym skończyło się paliwo. Poza Siem Reap, gdzie napotkały poważne siły partyzanckie, armia Czerwonych Khmerów nawiązała jeszcze słabszą walkę po upadku Phnom Penh, niż to się wydarzyło na wschodzie kraju. Postępy oddziałów inwazyjnych były w pewnym sensie zwodnicze: Wietnam zajął jedynie zurbanizowany szkielet Kambodży – główne drogi i miasta – ale nie obszary wiejskie między nimi. Niemniej pojawienie się pierwszych żołnierzy wietnamskiej piechoty przy granicy tajskiej skupiło na sobie uwagę w Bangkoku. 21 stycznia Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło, że Tajlandia nadal będzie uznawać „Demokratyczną Kampuczę”, stawiając się tym samym obok Chin i Stanów Zjednoczonych bezpośrednio w obozie antywietnamskim. Inne niekomunistyczne państwa Azji Południowo-Wschodniej poszły za jej przykładem. [...] Jednak niezależnie od swoich wad Czerwoni Khmerzy byli jedynym kambodżańskim aktywem, jaki posiadali Chińczycy, mającym znaczącą zdolność do prowadzenia wojny z Wietnamem, a Pekin był zdeterminowany, żeby wycisnąć z nich jak najwięcej. [...] Większość wiadomości w tym miesiącu dotyczyła „odpowiedniej, ograniczonej lekcji”, którą Deng Xiaoping obiecał dać Wietnamowi. Zaczęła się ona 17 lutego od długotrwałego ostrzału artyleryjskiego. Przed świtem posłano przez chińsko-wietnamską granicę grad pocisków kalibru 130 mm i rakiet w tempie jednej na sekundę. Po ostrzale osiemdziesięciopięciotysięczne oddziały chińskie skierowały się do pięciu stolic pogranicznych prowincji. W ciągu następnych dwóch tygodni wdarły się do Wietnamu na głębokość około 25 kilometrów. Do czasu gdy ostatni żołnierz chiński wycofał się miesiąc później, Wietnamczycy stracili 10 tysięcy zabitych, ich infrastruktura wojskowa wzdłuż granicy uległa zniszczeniu, a ich już słaba gospodarka została sparaliżowana. Politycznie inwazja zdyskredytowała Związek Radziecki, który z rozmysłem nie przyszedł z pomocą swojemu sojusznikowi; scementowała chińsko-amerykańskie przymierze wojskowe i nadała istotną wagę śmiałemu stwierdzeniu Denga, które poczynił w czasie wizyty w Stanach Zjednoczonych, że „my, Chińczycy, myślimy to, co mówimy”. Co ważniejsze, w długiej perspektywie wzmocniła ona pozycję Denga w walce o władzę z Hua Guofengiem i innymi przywódcami, którzy chcieli trzymać się ściślej ideologicznego dziedzictwa Mao. Niezadowalające osiągnięcia armii chińskiej, która straciła 20 tysięcy zabitych i rannych, umożliwiły mu usunięcie setek lewicowych oficerów i przeprowadzenie pierwszej zasadniczej reformy polityki wojskowej od lat czterdziestych. Jednak bezpośredni cel ataku – zmuszenie Wietnamu do wycofania regularnych oddziałów z Kambodży w celu wzmocnienia granicy z Chinami, a tym samym osłabienie presji na Czerwonych Khmerów i umożliwienie im utworzenia „strefy wyzwolonej”, gdzie mogłaby zostać ulokowana nowa ambasada chińska, co wzmacniałoby ich roszczenia do pozycji legalnego rządu – nie został osiągnięty. [...]

Dla przytłaczającej większości Kambodżan w styczniu 1979 roku Wietnamczycy okazali się wybawicielami. Niezależnie od tego, czy byli odwiecznymi wrogami, czy nie, rządy Czerwonych Khmerów niosły ze sobą tak niewypowiedzianie okropności, że wszystko inne musiało być lepsze. Wietnamscy propagandziści w pełni to wyzyskali. Armia wietnamska, twierdzili, wkroczyła do Kambodży nie po to, żeby okupować, ale żeby uwolnić ludność od zniewolenia przez faszystowski, tyrański reżim, który realizował ludobójczą politykę za pomocą masakr i głodu. To było oczywiście nieprawdą. Wietnamscy przywódcy w najmniejszym stopniu nie zawracali sobie głowy okrucieństwami Czerwonych Khmerów, dopóki nie uznali, że reżim Pola stanowi zagrożenie dla ich własnych interesów narodowych. Jednak pojęcie „interwencji humanitarnej” wywierało wpływ na opinię zagraniczną i przez pewien czas kształtowało również postawy w samej Kambodży. Jednak ludzka wdzięczność jest ulotna. W ciągu kilku miesięcy Wietnamczycy zaczęli nadużywać gościnności. W pewnym sensie było to nieuniknione: obce armie stacjonujące w krajach innych narodów podlegają prawu malejącej stopy zwrotu. W Kambodży obcość Wietnamczyków tym bardziej kłuła w oczy, że khmerski listek figowy, ZFONK, był tak mały. Nominalnie kambodżański rząd został utworzony w styczniu – na jego czele stanął dawny dowódca wojskowy Czerwonych Khmerów Heng Samrin, z eksczłonkiem Issarak z Hanoi, Pen Sovannem, sekretarzem generalnym reaktywowanej Ludowo Rewolucyjnej Partii Kampuczy (LRPK) jako zastępcą – i rządził krajem, który nazywał się teraz Ludową Republiką Kampuczy (LRK). Jednak kierunek polityki ustalał Wietnam i przekazywał przez grupę łącznikową Komitetu Centralnego WPK nazywaną A-40. Wprowadzali go w życie wietnamscy „doradcy”, którzy sprawowali kierownictwo w każdym ministerstwie i administracji prowincji. Taki sam system Wietnamczycy wykorzystywali w Laosie od początku lat pięćdziesiątych. Wrażenie, że kraj znajduje się pod okupacją, wzmacniało zachowanie się armii. Wiosną 1979 roku Phnom Penh było systematycznie plądrowane. [...] Fabryki rozmontowywano, a wyposażenie wysyłano do Wietnamu. Gdy wybuchł głód, ryż ze składów Czerwonych Khmerów podążył tą samą drogą – a przynajmniej wielu Khmerów tak myślało. Kiedy organizacje międzynarodowe w końcu zaczęły wysyłać pomoc żywnościową, jej część również trafiła do Wietnamu. Na wjazd do miast, które z wyjątkiem Phnom Penh zostały otwarte w pierwszych miesiącach po inwazji, nałożono ograniczenia. Dawnym mieszkańcom, którym udało się wrócić – często by się przekonać, że ich dawny dom został zarekwirowany przez wietnamskiego oficera albo działacza nowego reżimu – grożono wysłaniem z powrotem na wieś, do pracy w polu. Pomimo obietnic rządu, że podstawowe wolności zostaną przywrócone, nie nastąpił powrót rolnictwa indywidualnego. Dawni urzędnicy państwowi i specjaliści, którzy przetrwali lata rządów Czerwonych Khmerów, a teraz byli rekrutowani do budowania nowej administracji, znaleźli się pod kuratelą Wietnamczyków. Podczas obowiązkowych sesji indoktrynacji dawano im jasno do zrozumienia, że ich przyszłość zależy od zachowania „właściwej postawy” wobec wietnamskich towarzyszy. Ci, którzy odmawiali współpracy albo których podejrzewano o sprzeciw wobec nowego reżimu, ryzykowali uwięzienie w bardzo ciężkich warunkach. [...] Latem 1979 roku Czerwoni Khmerzy złapali po raz drugi wiatr w żagle. Gdy z nieba lały się strumieniem monsunowe deszcze, zamieniając drogi w rzeki błota, a Wietnamczycy tkwili w koszarach, partyzanci i kontrolowana przez nich ludność ruszyli potajemnie z powrotem przez granicę. Mieli cztery miesiące na zreorganizowanie się przed rozpoczęciem następnej ofensywy podczas pory suchej. [...] 

W sferze politycznej nastąpiły dwa wydarzenia, które wzmocniły pozycję Czerwonych Khmerów. W listopadzie 1979 roku Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przegłosowało przyznanie miejsca delegacji Czerwonej Kampuczy i wykluczenie wspieranego przez Wietnam reżimu w Phnom Penh. W następnym miesiącu oddziały radzieckie najechały Afganistan. Dla Zachodu był to ostateczny dowód, że rządzący na Kremlu kontynuują politykę globalnego ekspansjonizmu. Zdwoiło to poparcie niekomunistycznych państw Azji Południowo Wschodniej dla Tajlandii, którą postrzegano jako następny cel nowej rundy rosyjskiej ruletki, i przypieczętowało faustowski pakt między Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Czerwonymi Khmerami, by zrobić wszystko co konieczne dla zrzucenia wietnamskiego jarzma. [...] W grudniu 1981 roku Komunistyczna Partia Kampuczy ogłosiła swoje rozwiązanie. Nie był to, jak powszechnie zakładano, chwyt pod publiczkę. W takim przypadku ruch nadal działałby w tajemnicy, jak w innych krajach w podobnych okolicznościach. Tak nie było. KPK stała się pierwszą i jedyną partią w historii międzynarodowego komunizmu, która zakończyła swoje istnienie [ a PZPR? - przyp. mój ]. [...] Był również drugi powód rozwiązania partii. Większość poparcia dyplomatycznego dla Demokratycznej Kampuczy w Organizacji Narodów Zjednoczonych i gdzie indziej zapewniały kraje kapitalistyczne – zwłaszcza Stany Zjednoczone i ich sprzymierzeńcy – podczas gdy linie dostaw, które utrzymywały Czerwonych Khmerów przy życiu, przechodziły przez prozachodnią Tajlandię. Większość świata komunistycznego z wyjątkiem Chin była wrogo nastawiona do sprawy Czerwonych Khmerów. A nawet Chiny, zdaniem Pola, posunęły się już w 1981 roku daleko na drodze do kapitalizmu. „Pewnego dnia Chiny będą miały system kapitalistyczny – oznajmił In Sopheapowi. „To nie jest krytyka. Ale musimy wziąć to pod uwagę. Nie jest dobrze próbować dodawać sobie otuchy, ponieważ ich system wciąż zawiera okruchy socjalizmu”. Chciał przez to powiedzieć, doszedł do wniosku Sopheap, że „musimy dostosować naszą politykę do dominującego trendu w świecie”. Jeśli Demokratyczna Kampucza zachowałaby system komunistyczny, nie dotrzymywałaby kroku swoim głównym sprzymierzeńcom. Kilka lat później Pol ujął to zwięźle: „Wybraliśmy komunizm, ponieważ chcieliśmy odtworzyć nasz naród. Pomagaliśmy Wietnamczykom, którzy byli komunistami. Ale teraz komuniści walczą z nami. Musimy więc zwrócić się ku Zachodowi i podążać jego drogą”. [...] Co więcej, na tym etapie Chiny nie chciały pokoju. Podobnie jak Stany Zjednoczone. Celem było nie zakończenie wojny z Wietnamem, lecz jej przeciąganie. Deng powiedział na początku tego konfliktu japońskiemu premierowi Masayoshi Ohirze: „Dla Chin mądrym rozwiązaniem jest zmuszenie Wietnamczyków do pozostania w Kambodży, ponieważ w ten sposób będą cierpieć coraz bardziej”. Jego wiceminister spraw zagranicznych Han Nianlong naciskał, żeby nic nie robić „dla zmniejszenia ciężaru [dla Rosjan]”. Dopiero gdy ciężar ten stanie się nie do zniesienia, a Moskwa nie będzie mogła już dłużej ponosić kosztów wspierania Wietnamu, stwierdził, możliwe stanie się rozwiązanie polityczne. Chińczycy nie mieli również żadnych złudzeń co do tego, jak długo to potrwa. Latem 1983 roku powiedzieli Sihanoukowi, że partyzanci będą musieli walczyć „przez kolejne cztery albo pięć lat”. Te przewidywania – że w konsekwencji rozmowy pokojowe będą mogły rozpocząć się w 1987 albo 1988 roku – okazały się wyjątkowo trafne. Administracja amerykańska była mniej szczera i jeszcze mniej bezpośrednia. Zbigniew Brzeziński, doradca prezydenta Cartera do spraw bezpieczeństwa narodowego, przyznał: „Zachęcałem Chiny do poparcia Pol Pota [...] Pol Pot był ohydą. My nigdy nie moglibyśmy go poprzeć, ale Chiny mogły”. Trudno to uznać za odważne. 

Na Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych sekretarz stanu Alexander Haig i jego doradcy ostentacyjnie wyszli, gdy mieli przemawiać delegaci Czerwonych Khmerów. Ale choć publicznie zatykali nosy, nieoficjalnie pracowali po godzinach, żeby zdobyć poparcie dyplomatyczne umożliwiające Czerwonym Khmerom zachowanie miejsca w ONZ. Chiny nigdy nie mogłyby przekonać prawicowych państw afrykańskich, takich jak Kenia albo Malawi, by głosowały na Pol Pota, a tym bardziej by przyjęły ambasadora Czerwonych Khmerów. Stany Zjednoczone mogły to zrobić i zrobiły. „Jedynym, co wy [Amerykanie] musieliście zrobić, było pozwolić Pol Potowi umrzeć – powiedział później książę Sihanouk. – [W 1979 roku] Pol Pot umierał, ale wy przywróciliście go do życia [...] i wysłaliście go w bój, żeby zabijał, zabijał i zabijał [...] Ale teraz mówicie, że Czerwoni Khmerzy są nie do zaakceptowania. Co za hipokryzja! Co za hipokryzja!” Dla Ameryki, podobnie jak dla Chin, celem było wykrwawienie Wietnamu, a przez straty Wietnamu osłabienie jego patrona, Związku Radzieckiego. „Wojna przez pośredników”, o której mówił Brzeziński, w końcu stała się rzeczywistością, i to po części za sprawą Amerykanów. Istniał jasny, nawet jeśli nieoficjalny, podział pracy. Chiny zapewniły wartą miliard dolarów pomoc wojskową dla Czerwonych Khmerów w ciągu dekady. Stany Zjednoczone utrzymywały politycznie koalicję na powierzchni, a wraz z Malezją, Singapurem i Tajlandią udzieliły bardziej ograniczonej pomocy, wartej w sumie około 215 milionów dolarów, dwóm niekomunistycznym siłom wojskowym – pięciotysięcznej Armii Narodowej zwolenników Sihanouka i dziewięciotysięcznym siłom Narodowego Frontu Wyzwolenia Khmerów Son Sanna. Żadna z nich nie była bardzo skuteczna, ale tworzyły iluzję, że to nie tylko Czerwoni Khmerzy prowadzą walkę. [...] W połowie lat osiemdziesiątych strategia Pekinu i Waszyngtonu – zaszkodzić Wietnamowi, żeby zaszkodzić Moskwie – zaczęła przynosić wyniki. Koszt strategicznej rywalizacji z NATO, napięcie militarne z Chinami i niekończąca się wojna w Afganistanie to więcej, niż słabnąca gospodarka radziecka mogła znieść. Kiedy w marcu 1985 roku do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, jednym z jego podstawowych priorytetów stało się wycofanie Moskwy z zaangażowania w konflikty zagraniczne. Wietnam był jednym z nich. Hanoi mogło nadal twierdzić, że sytuacja w Kambodży jest „nieodwracalna”, ale te przechwałki brzmiały coraz bardziej fałszywie. Pytanie nie brzmiało, czy negocjacje pokojowe się rozpoczną, tylko kiedy się to stanie. Gorbaczow nie był jedynym czy nawet – dla Kambodżan – najważniejszym nowym przywódcą, który pojawił się tej zimy. W Phnom Penh Wietnamczycy wyznaczyli Hun Sena, dawnego zastępcę dowódcy pułku Czerwonych Khmerów, który pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych Heng Samrina, do przejęcia stanowiska premiera. Hun Sen miał wówczas trzydzieści cztery lata. Miał szklane oko, pozostałość po ranie poniesionej w czasie ofensywy Czerwonych Khmerów na Phnom Penh w kwietniu 1975 roku. Był ambitny, zdolny, przebiegły i – jak miał pokazać bieg wydarzeń – niezmiernie bezlitosny. Dla Wietnamu stał pośrodku w reżimie rozdartym przez podział frakcyjny między dawnymi przywódcami Czerwonych Khmerów, takimi jak Heng Samrin, i dawnymi Issarak, takimi jak Pen Sovann, z których żaden nie sprawował się tak, by Hanoi czuło się zadowolone. W praktyce większość władzy Samrina przeszła teraz na jego młodszego rywala. [...] Po kilku akcjach pozorowanego wycofywania oddziałów z Kambodży na początku lat osiemdziesiątych Wietnam w końcu we wrześniu 1989 roku wycofał większość, jeśli nie wszystkie siły. Dwa miesiące później upadł mur berliński, imperium radzieckie się rozpadało, a relacje między Rosją i Chinami uległy normalizacji. Pojawiły się również początki odwilży między Chinami a Wietnamem. Krótko mówiąc, zimna wojna dobiegła końca, a wraz z nią znikał powód, dla którego Związek Radziecki i jego sprzymierzeńcy wspierali przeciwników Czerwonych Khmerów.''

- i tak oto grunt dla obalenia sowieckiej hegemonii w Europie Wschodniej został uszykowany... Reszta jest historią lokalną, czyli ''pierwsze wolne wybory'' latem '89 rocznicę jakich dopiero co obchodziliśmy, w których to kontrkandydatem przedstawicieli ''Solidarności'' był min. reprezentant wtedy Aeroklubu PRL Włodzimierz Skalik, obecnie towarzyszący niczym jakowyś ''oficer prowadzący'' Grzegorzowi Braunowi, wylansowanemu skądinąd przez skonfliktowane z nim teraz kluby ''Gazety Polskiej''. Skalik robi także za ''szarą eminencję'' Konfederacji jako dyrektor jej biura organizacyjnego, czyli trzyma wszystko za twarz aby Kurwin swoim zwyczajem niczego nie rozpieprzył, i należy przyznać iż póki co niestety świetnie mu idzie. Tak wiem, że podobnych resortowych antykomunistów pełno jest też wśród głównonurtowych formacji tworzących ''bandę czworga'', zresztą Skalik w swoim czasie zasiadał z ramienia PiS w śląskim sejmiku, ale niech nikt nie bredzi mi, że to jakaś ''antysystemowa alternatywa'', był czas bowiem nauczyć się na przykładzie Kukiza jak się rzeczy pod tym względem mają.