czwartek, 14 maja 2009
''Deżawi'' ?
'' [...] JE: Wróćmy jednak do zmian w postrzeganiu Niemców przez samych siebie. Gdzie należy szukać intelektualnych i politycznych inspiracji tych przemian?
ZK: Zmiana polityki historycznej, polityki tożsamościowej w Niemczech nastąpiła za czasów kanclerza Gerharda Schroedera. To w Republice Berlińskiej drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, w czasach rządów koalicji zielonych i czerwonych zaczyna się renacjonalizacja Niemiec. Zmianę tożsamością przeprowadziła lewica [ podkr. moje ]. Prawica by tego nie dokonała, ponieważ byłaby kontestowana przez lewicę, choć sama idea redefinicji pamięci zbiorowej z całą pewnością bliższa była środowiskom CDU-CSU. Tak więc Schroeder ułatwił Merkel działania. Ona kontynuuje tylko to, co rozpoczął jej poprzednik.
W latach dziewięćdziesiątych, a w szczególności w drugiej połowie, zmienia się retoryka polityczna. Pojawiają się pojęcia zapomniane w języku publicznym Niemiec, na przykład nagle zaczyna się mówić o suwerenności. Otto Schily, kiedyś radykał i obrońca w procesach terrorystów, w latach dziewięćdziesiątych jeszcze jako członek Bundestagu, a później jako minister spraw wewnętrznych w rządzie Schroedera mówi o odzyskaniu suwerenności. Ponownie jesteśmy - mówią politycy - selbstbewußte Nation, selbstbewußte Mittelmacht – pewnym siebie mocarstwem średniej wielkości. Schroeder znajdując wsparcie u intelektualistów przedstawiał swoją wizję Niemiec, jako podnoszącego się z kolan, pewnego siebie narodu i dlatego nawoływał do egzorcyzowania duchów II wojny światowej. Wreszcie słynna za sprawą niezwykłej kanclerskiej wolty niemiecka polityka energetyczna. Kiedy Polska zwracała uwagę na konieczność wspólnych działań, nie kto inny jak Gerhard Schroeder mówił, że niemiecka polityka zagraniczna i energetyczna jest „robiona w Berlinie”, i nigdzie indziej.Polityka CDU jest kontynuacją rozpoczętej przez poprzednią koalicję polityki państwa przekonanego o swym rosnącym znaczeniu na arenie światowej. Obok znaczenia siły gospodarczej zaczyna rosnąć przekonanie o sile politycznej i kulturowej. Niemcy wydają się więc coraz pewniejsze siebie i coraz bardziej przekonane o powszechnej ważności swych celów i wartości. Zdają się mówić: „jesteśmy i chcemy odgrywać rolę w świecie, w ramach struktur, w których się znajdujemy”. [...]
JE: I jeszcze jedna kwestia. Wspominał Pan o swojej narastającej niechęci do Niemiec...
ZK: Nie, nie powiedziałbym tak. Czy czuję niechęć do Niemców? Po pierwsze, nie narzekam na swoich sąsiadów, nie narzekam na swoich studentów, lubię znaczącą część niemieckiej tradycji filozoficznej, intelektualnej, słucham muzyki niemieckiej. Jestem natomiast rozczarowany stanem stosunków polsko-niemieckich, tym, jak w gruncie rzeczy mało udało się zmienić. Jestem zaniepokojony narastającą bezkrytycznością Niemców w stosunku do siebie. Z drugiej strony muszę powiedzieć, że gdybym był Niemcem, byłbym zapewne także zadowolony z osiągnięć, z tego, jak udało się wyjść z tak strasznej klęski politycznej, militarnej i moralnej. Ponieważ nie jest Niemcem, dostrzegam lepiej niż oni odradzanie się kolonizacyjnych tendencji w sposobie postrzegania świata, szczególnie Europy wschodniej i Polski, w sposobie myślenia.
W ubiegłym roku zorganizowałem jedną konferencję polsko- niemiecką w Nowym Jorku, a potem miałem organizować drugą, w której mieli brać udział parlamentarzyści niemieccy i polscy. Podczas przygotowań za każdym razem strona niemiecka musiała wpływać na skład referentów ze strony polskiej. Jak się wydają oni z góry ustalają, z kim można rozmawiać, a z kim nie, istnieje obawa przed rozmową z kimś spoza „klucza”, z kimś kto „zafałszowałby” pożądany obraz. To moim zdaniem przykład „kolonializmu”. Uważam, że media niemieckie są katastrofalnie nieobiektywne, to znaczy są wyraźnie zainteresowane politycznie, a nie analitycznie.
Nie wiem, czy to jest niechęć. Gdybym był Holendrem czy Francuzem, zapewne nie przejmowałby się tymi tendencjami. Ale widzę też potworną słabość Polski, naiwność, nieznajomość świata, którą jestem zaniepokojony. Powiedziałbym tak – im bardziej ktoś jest w Polsce, rzekomo, wykształcony, tym mniej zdaje się pojmować rzeczywistość., Pamiętam, jak Ryszard Legutko podczas jednej z dyskusji wyśmiewał postawę stypendysty, który przyjeżdża na parę miesięcy do jakiegoś kraju, dzielnie kopiuje artykuły i wyjeżdża, myśląc, że pojął świat, w którym na chwilę się znalazł, będąc w nim jednocześnie w gruncie rzeczy na zewnątrz, na prawach gościa, turysty czy stypendysty.
Powiedziałbym raczej, że to nie jest niechęć do Niemców, lecz obawa, co z tego nowego spotkania Niemców i Polaków wyniknie dla obu stron. Przed paru laty napisałem, że Niemcy po ‘45 roku zbudowały demokrację, która co prawda miała swoje słabości, ale w gruncie rzeczy była to historia sukcesu, jednak prawdziwy test przychodzi teraz. Tym prawdziwym sprawdzianem nie są stosunki francusko-niemieckie, dlatego że Niemcy zawsze miały i mają kompleksy wobec Francji, ani nawet nie relacje niemiecko- amerykańskie. Jest nim stosunek do tak zwanego Wschodu i kwestia nowego otwarcia się Europy Wschodniej dla Niemców. To test, na ile przemiana po 1945 roku jest rzeczywiście głęboka. Dzisiaj nie jest problemem powrót do Hitlera, do III Rzeszy czy do tamtych tendencji. Problemem natomiast jest powrót do XIX wieku, do myślenia w tamtych kategoriach, kategoriach Kaiserreichu, choć oczywiście w innych ramach, w ramach UE. I jest to postawa, która we mnie, w polskim patriocie, budzi niepokój. Dlatego uważam, że to nie jest niechęć w stosunku do Niemców, bo ja nie życzę im nic złego. Uważam tylko, że powtórzenie tamtej drogi jest powtórzeniem tych samych błędów. Nieuznawanie w Polakach partnera, tendencja braku samokrytycyzmu, potraktowanie rządu PiSu i Kaczyńskich tak, jak go Niemcy potraktowali, obraca się w gruncie rzeczy przeciwko samym Niemcom, bo przecież napisanie uczciwie o polskim problemie lustracji, czy też próba wyjaśnienia, skąd się wzięły wyniki wyborów z 2005 roku, posłużyłoby również i im.
Kiedyś byłem krytykiem tej „Republiki Bońskiej”. Uważałem to za sztuczny twór, ale zasady tamtej polityki były słuszne. Wtedy Niemcy scalały Europę dzięki temu, że będąc państwem silnym, byli państwem skromnym. Myślę, że tego potrzeba więcej i dziś. Jeszcze, paradoksalnie, u Kohla konserwatysty i też niemieckiego patrioty, widać było ów sposób myślenia, dlatego wzbudzał zaufanie. Natomiast ani u Schroedera, ani u Merkel, ani u tych nowych, młodszych polityków tego nie dostrzegam. Co więcej, widzę, jak rośnie bezkrytyczna pewność siebie.
Jestem zaniepokojony jeszcze jedną rzeczą – apolitycznością tego społeczeństwa, tym że jest ono takie karne. Zupełnie inne niż polskie, często nadmiernie i jałowo rozgadane politycznie, ale to tutaj to antypody. Gdy coś się dzieje, gdy podejmowane są jakieś politycznie ważkie decyzje, młodzi ludzie, studenci pozostają bierni i obojętni. Dla przykładu - następny krok w integracji europejskiej. To nie jest tak, że oni są entuzjastycznie proeuropejscy, po prostu pasywnie to akceptują.
JE: Gdzie w Niemczech Polska może znaleźć sojuszników, aby wpływać na opinię publiczną, aby zmienić tę dysproporcję, o jakiej Pan mówi i o jakiej możemy czytać w raporcie poświęconym niemieckim mediom z ostatnich lat? Z którymi intelektualistami, publicystami, politykami warto rozmawiać?
ZK: Jest wielu sensownych młodych ludzi, wielu znakomitych intelektualistów i sporo rozsądnych polityków (choć z tym jest najgorzej), z którymi powinniśmy rozmawiać. Powinniśmy ich zapraszać do Polski na dyskusje, zapoznawać ich z naszym punktem widzenia, z naszymi debatami. Trzeba poszerzać grono tych, którzy uczestniczą w takich spotkaniach. Unikać natomiast trzeba grupy zawodowych specjalistów od stosunków polsko niemieckich, nudziarzy, którzy zawsze mówią to samo i których głównym zajęciem jest podlizywaniem się sobie nawzajem i dążenie się do ustanowienia i utrzymania lukratywnego monopolu na to, co nazywają „pojednaniem”.
Brema, luty 2008
[ całość można przeczytać > tutaj ]
środa, 13 maja 2009
Między nami socjalistami ...

Bratnie spotkanie przedstawicieli siostrzanych ideologii - socjalistów z Zachodu i socjalistów ze Wschodu, na trupie pańskiej, kapitalistycznej Polski, tego ''bękarta Traktatu Wersalskiego'' : jak widać przebiega ono w tak serdecznej atmosferze, że pozostaje tylko zapytać, kto komu pierwszy obciągnie...
'' - Ale masz fajny czołg ! i taki twardy, gruby pancerz...
- Ty też mundurek niezgorszy [ geje umieją się dobrze ubrać ]...
- ... U mnie czy u ciebie ? ... ''
A że niestety rzecz nie jest tak naprawdę do śmiechu, bo szykuje się realna powtórka powyższego, tylko w wersji ''soft'' [ miejmy nadzieję ] i powstanie Eurosji, można przeczytać bardzo ciekawy artykuł tuuuuu .
wtorek, 28 kwietnia 2009
Nuż w duphie .
Kurtyka przeprasza
Szef IPN przeprosił władze Klimontowa [ Świętokrzyskie ] za pismo, w którym Instytut domagając się zmiany nazwy ulicy Brunona Jasieńskiego, nazwał pisarza propagatorem stalinizmu .
Otóż tak się składa, że od pewnego czasu jestem w posiadaniu znakomitej książki amerykańskiej autorki Marci Shore ''Kawior i popiół'' [ recenzję pióra Ziemkiewicza można przeczytać tutaj > http://fakty.interia.pl/
[ powyższy tekst ukazał się też na stronie ''życia Kielc'' > tuuuu ]
czwartek, 26 marca 2009
Jak nie polityk...
''Madoff pasował do Wall Street jak ręka złodzieja do cudzej kieszeni, lecz zwykły obywatel jest niewiele lepszy. Raczej głupszy i bardziej zakłamany. Nie dopuszcza do siebie myśli, że bierze udział w gigantycznym oszustwie dla swego interesu. Bowiem rząd federalny tworzy teraz własną piramidę Ponziego, aby utrzymać system. Odsuwa ruinę gospodarczą na czas, gdy w dorosłe życie wejdą dzieci, wnuki i prawnuki obecnych wyborców; same sobie winne, bo jeszcze nie głosują. One zapłacą za niespłacalne pożyczki naszego pokolenia. Zapłacą również inwestorzy zagraniczni, którzy kupują obligacje rządu amerykańskiego. To oni zostaną z diabelską flaszką w ręku. A jeśli odmówią kupna coraz mniej wartościowych papierów wartościowych rządu Stanów Zjednoczonych, to z diabelskiej flaszki wypłynie na świat hiperinflacja i załamie porządek społeczny. Nastanie globalna Republika Weimarska. Jakie aktywa pozostaną zrujnowanemu supermocarstwu? Jakie desperackie ruchy może wykonać dla przeżycia?
Są tacy w Ameryce, którzy już opuszczają miasta. Jeśli będą zakłócenia w dostawie energii elektrycznej, to wieżowce staną się niemieszkalne. Jeśli poważnie wzrośnie bezrobocie, ulice opanują bandyci. Ludzie przezorni gromadzą suchy prowiant, wodę, broń i amunicję. Pozbyli się akcji, obligacji skarbowych i gotówki. Oprócz tego, co im potrzeba na bieżące wydatki, nie mają pieniędzy, majątek trzymają w złocie, lokacie wypróbowanej przez milenia katastrof.
Tylko jeden z kandydatów na prezydenta w ostatnich wyborach sprzeciwiał się wykupowi złych aktywów przez rząd. Mówił, że trzeba płacić rachunki zamiast ciągle przesuwać termin. Ostrzegał rodaków przed finansowym dniem sądu. Wszelako Ron Paul przegrał z kretesem. Jego kazania na Kapitolu padły na głuche uszy. Brzmiał jak oszołom. Jak prorok apokalipsy. ''
By się o tym przekonać, najlepiej zobaczyć w całości wywiad z wspomnianym wyżej Ronem Paulem, który zamieszczam poniżej - to wręcz niewiarygodne, że ten gość kandydował w wyborach prezydenckich, tak szczerze i klarownie mówi nie tylko o prawdziwych źródłach obecnego kryzysu finansowego, ale też np. wojnie w Iraku czy Afganistanie ! Zupełnie jak nie polityk... Nic więc dziwnego, że nie miał żadnych szans [ chociaż jego wynik nie był też chyba aż tak beznadziejny ] : nie pieprzył o ''zmianie, która wszystko zmieni'', nie był ''cool'', nie mówił ludziom tego, co chcą usłyszeć... Polecam, warto zadać sobie ten minimalny trud uwagi, by wysłuchać tego, co ma do powiedzenia - naprawdę świetna odtrutka na ten cały etatystyczny szajs i bełkot samozwańczych ''ekonomistów'', którym obecnie karmią nas media głównego nurtu !
... a na koniec krótkie porównanie : coś dla ''obamooszołomów'' :
środa, 25 marca 2009
Klaun w kontuszu .
Mitomańscy demitologizatorzy .
''Piotr Graczyk czuje się nieswojo w kraju, którego kulturę zdominował paradygmat pojęciowo-fantasmagoryczny narzucony ponoć przez „antyliberalną prawicę”. Nawet zupełnie roztargniony obserwator polskiego rynku idei i tzw. „życia kulturalnego” mógłby być zaskoczony samopoczuciem Graczyka, bo przecież gołym okiem widać, kto tu kogo rozstawia po kątach. [...]
Graczyk twierdzi, że zastał złudę, marzenia, fantastykę. „Czucie i wiara”, romantyczne bredzenie. Mieszkańcy Polski to obezwładnieni sennymi rojeniami szaleńcy, do dziś odczytujący swoje historyczne przeznaczenie w samobójczych szarżach i estetycznie udrapowanej hekatombie. By ich ocucić i nadać ich zbiorowym losom uniwersalnego sensu, trzeba potraktować Polaków jak pacjentów szpitala psychiatrycznego: najpierw łagodnie nałożyć kaftan bezpieczeństwa, a potem kuracją elektrowstrząsową „wyleczyć ze złudzeń”, tej choroby umysłów i toksycznych emocji. Zdumiewające: żyję w tym samym kraju, a wokół siebie dostrzegam coś zupełnie innego. Otóż, według mnie Polska jest dzisiaj cmentarzyskiem idei, wyobrażeniową próżnią, mitologiczną pustynią oczyszczoną do nicości. Krainą zamieszkiwaną przez ludzi, którzy w nic i w nikogo nie wierzą, a przede wszystkim nie wierzą już w siebie samych. Rzecz jasna, aktywność politycznych szarlatanów, budujących swą popularność na łatwych hasłach „narodowej dumy”, stanowi potwierdzenie tej tezy a nie jej zaprzeczenie; podobnie zresztą jak samo zapotrzebowanie na owe hasła. Cyniczna instrumentalizacja sfery mitologicznej jest warunkiem możliwości skutecznego socjotechnicznie fabrykowania takich sezonowych programów, a gorączkowy popyt na nie wśród wyborców stanowi rewers zbiorowego horror vacui, którego powszechność wystarcza dziś za kryterium pewności.
To nie stało się nagle, ta próżnia ma swoją historię i lewicowi tytani deziluzoryzacji pokroju Jana Kotta, Adama Schaffa czy Tadeusza Krońskiego odegrali w tym procesie znaczącą rolę, choć mniej być może widoczną niż krzykliwe kampanie przeciw „bohaterszczyźnie” i wiecznie wczorajszym „Bęcwalskim”, wciąż czekającym na generała Andersa. Jednakże palmę pierwszeństwa w wybijaniu z polskich głów romantycznego marzycielstwa dzierżą niemieccy lotnicy, którzy jako surowi kapłani deziluzji bombardowali we wrześniu 39 polskie szpitale oznaczone czerwonym krzyżem, i z pruską elegancją w oficerskich mundurach noszący się Kulturträgerzy z równą zręcznością podpalający kościoły i biblioteki, jak polujący na ludzi. To była pierwsza lekcja wielkiego odczarowania, którą Polacy zbiorowo odebrali w XX wieku i która Polaków odmieniła. Jej literackie świadectwo znajdziemy w Dziecięciu Europy Miłosza i opowiadaniach Borowskiego, ale myliłby się ten, kto sądziłby, że gorycz tej lekcji poczuć mogły tylko wybredne umysły naszych wielkich pisarzy. Niewypowiedziane zostało doświadczenie maluczkich, ale ono w nich pozostało. I uległo wzmocnieniu, gdy stało się jasne, że w nowej komunistycznej Polsce najdzielniejsi bohaterowie tej wojny skończą na śmietniku historii jako szpiedzy, agenci i faszystowscy kolaboranci.
Kto wie jednak, czy od tamtych dramatycznych wydarzeń ważniejsze w pozbawianiu Polaków złudzeń nie miały się okazać długie lata peerelowskiej stabilizacji. Kto wie, czy beznadziejna nuda nie zabija ducha skuteczniej niż śmiertelna groza. Mam takie podejrzenia, kiedy oglądam wspaniały dokument „Jeden dzień w PRL” Macieja Drygasa, w którym przypadkowy, zwykły dzień 27 września 1962 roku – jaka szkoda, że nie 1964! – został zrekonstruowany godzina po godzinie z zegarmistrzowską pieczołowitością i przy pomocy archiwalnych okruchów realności (a nie sentymentalizującej pamięci). [...] – rekonstruują obraz gomułkowskiej Polski jako kraju „całkowicie normalnego” i „całkowicie wyleczonego ze złudzeń”, zamieszkanego przez społeczeństwo złamane, poddane permanentnej kontroli i pogodzone ze swym losem. Zewnętrzne objawy tej „stabilizacji” z jej „życiem kulturalnym”, sportem, a także rachityczną namiastką konsumpcji i rozrywki – cała ta siermiężna fasada skrywała rutynową przemoc. Obezwładniającą skuteczność nudy i banału symbolizuje samospalenie Ryszarda Siwca w proteście przeciw inwazji na Czechosłowację, kiedy to dożynkowy korowód i orkiestra dęta, fetując dorodne plony i towarzysza „Wiesława” na trybunie honorowej, skutecznie odwróciły uwagę publiczności od człowieka-pochodni. Przemoc, która zwyciężyła, nie musi już manifestować swojej przewagi. Wystarczą – dosłownie – chleb i igrzyska.
Te procesy są nieodwracalne. Ględzenie o ułańskich kompleksach i machaniu szabelką jako rzekomej polskiej obsesji, to nic innego niż natręctwo konwersacyjne, któremu oddają się publicyści walczący z „narodowym samodurstwem” za pomocą formuł ukutych mniej więcej wtedy, gdy najsilniejszą opozycję do sanacyjnych „rządów pułkowników” stanowiła Narodowa Demokracja. Nie ma to żadnego związku z rzeczywistością, o czym przekonują badania socjologiczne: Polacy żyją dziś w głębokiej pogardzie do samych siebie jako zbiorowości, pogardzają własną historią i Polską jako miejscem do życia.
I nie chodzi tu wyłącznie o sceptyczne elity, które przez dwadzieścia lat od upadku komunizmu pracując nad wizerunkiem wolnej Polski, nie potrafiły wymyślić nic lepszego niż przystojny hydraulik deklarujący francuskim gospodyniom domowym, że „zostaje w ojczyźnie”. Nie chodzi też o przestraszoną i ogłupiałą młodzież, której pełne rezygnacji ankietowe hasło „wyjeżdżam z tego kraju” stało się frazą przysłowiową, przywoływaną przez media z pełnym hipokryzji zatroskaniem. W równym stopniu o pogardzie Polaków do samych siebie, tej konstytutywnej właściwości „ostatnich ludzi”, świadczą mizerne formy autoafirmacji, które stały się dziś żerowiskiem tabloidów i elektronicznej popkultury: zbiorowa histeria towarzysząca poczynaniom pewnego skoczka narciarskiego, a także pewnego rajdowego kierowcy, będących jedynymi powszechnie akceptowanymi depozytariuszami dumy narodowej, szermierzami zbiorowej megalopsychii. Tylko wewnętrznym sponiewieraniem i kompleksem niższości można tłumaczyć karykaturalne rozmiary, jakie w Polsce przybiera psychoza „klęski” i „tryumfu” na wieść o perypetiach tych zawodników. Niepohamowana potrzeba bycia mistrzem, choćby w ringo czy cymbergaja, wynika z biologicznego przymusu kompensacji klęski. Jesteśmy „nieudacznikami” i nienawidzimy się za to.
Dlaczego Graczyk upiera się przy swej diagnozie Polski jako kraju zaczadzonego romantycznym marzycielstwem? „Fantasmagoria została porwana na strzępy; Lotna zdechła” – w tych słowach słychać podskórną emocję. Odnoszą się do filmu Wajdy, ale czuć, że fantasmagoryczna zmora (Lotna) nie jest dla Graczyka abstrakcyjną igraszką, ona go rzeczywiście gniecie. Czy dlatego dokonuje swych symbolicznych egzorcyzmów na fantomatycznym wrogu? Podobnych metod używano niegdyś w „Kuźnicy” i „Przekroju”: stalinowcy podbijali Polskę, obrzydzając Polakom – ich samych. Ta strategia okazała się skuteczna, stosuje ją do dzisiaj z powodzeniem Jerzy Urban. Stąd być może podskórna fascynacja Graczyka postacią Jana Kotta. W jakimś sensie Graczyk chciałby zrobić z nami to samo, co Jan Kott robił z Polakami w latach 40. i 50. – tak zniewolić „polskiego pana”, aby ten wyzwolił się ze swej „pańskiej” roli (ze snu, koszmaru sennego, tanatycznej fantasmagorii). „Wolność to uświadomiona konieczność”, znajomością tej zapomnianej sentencji popisywał się niedawno przed Teresą Torańską syn polskiego pana „wyzwolonego” i pochowanego na Syberii – generał Wojciech Jaruzelski. Niechże Graczyk przyjrzy się Jaruzelskiemu, temu szkolnemu koledze Tadeusza Gajcego z bielańskiego gimnazjum ojców marianów. Tak właśnie wygląda jego „clown w kontuszu” – „polski pan”, który nad trupem Lotnej (klaczka generała z ich majątku w Trzecinach nazywała się Kucka) uznaje nieodpartość historycznej konieczności i wybiera w końcu ironiczny dystans do własnej tożsamości.''
[ całość można przeczytać > tutaj ]
Taak... warto to jeszcze raz powtórzyć : ''Polska jest [...] cmentarzyskiem idei, wyobrażeniową próżnią, mitologiczną pustynią oczyszczoną do nicości'' - nikt lepiej nie mógłby wyrazić mojego odczucia życia w tym kraju tu i teraz... [ nawet zastanawiałem się, czy nie zatytułować ten post : ''Mitologiczna pustynia'', bo to wg mnie bardzo dobra nazwa na określenie tej ontologicznej dziury ziejącej między Odrą a Bugiem ]. A jak już jesteśmy przy różnych naszych domorosłych ''odczarowywaczach'', to na stronie tejże ''Teologii...'' też całkiem niedawno znalazłem zabawny, ironiczny tekst Wojciecha Tomczyka ''Moraliści'' z miesięcznika ''Teatr'' - chodzi o to, że nasi niedoszli nihiliści i artystyczni obrazoburcy obecnie przedzierzgnęli się w, jak to zwykle z nihilistami bywa, moralistów i jęli nas z wyżyn swych łajać srodze a okrutnie za winy nasze i nie-nasze w imię haseł swych nieśmiertelnych : ''precz z Sienkiewiczem ! niech żyje Gombrowicz !'' itp. [ Gombro chyba przewraca się w grobie - wyobrażacie go sobie na ''paradzie równości'' ?! Chyba tylko jak krzyczy - stojąc wśród WszechPolaków ! - w twarz dziarsko maszerującym pod tęczowymi sztandarami Młodziakom : ''Mamusia... mamusia...'' ]. A już na zupełny koniec [ he he ] równie dowcipny komentarz do ostatniej wtopy Frasyniuka, tego ''yntelektualysty'' z nadania salonu, będącej przejawem opisanej na początku patologii, > tutaj , patrz też > felieton Ziemkiewicza dotyczący tej sprawy, i trafny a zjadliwy Michalkiewicza również - zwłaszcza ten ostatni polecam bardzo ! [ biedny Frasyniuk ! Jak on przetrzyma ten zmasowany atak na swą szlachetną osobę ? Myślę jednak, że typowa dla intelektualistów-tirowców gruba skóra mu w tym pomoże... ].