Zamierzałem poruszyć temat nie bizantyjskich czy azjatyckich, jak głosi popularny komunał, lecz okcydentalnych korzeni rosyjskiego imperializmu, wpierw jednak trzeba uporać się z innym zagadnieniem, aktualnym niesłychanie w kontekście Z-wojny na Ukrainie. Mowa o pewnej systemowej, ukształtowanej historycznie patologii typowej niestety dla wszystkich narodów zamieszkujących teren Europa Orientalis. Rzuca na nią światło artykuł polskiego literaturoznawcy Jarosława Ławskiego, traktujący o ''iluzjach Wschodnioeuropejczyków'' jak głosi tytuł. Konkretnie w znanej mu najlepiej jako badaczowi specjalności nauk humanistycznych, jednak poczynione przezeń obserwacje można uogólnić na inne dziedziny życia społecznego, gospodarczego i politycznego nacji od bałtyckich po bałkańskie. Otóż wspólny wszystkim wedle niego jest nepotyzm, skłonność do tworzenia nieformalnych układów towarzyskich i sitw zastępujących oficjalnie działające instytucje, czyniąc z nich fikcje podobnie jak i ''ustawionych'' konkursów naboru na stanowiska. Inną charakterystyczną dla nich cechą jest cwaniactwo, plaga lewych interesów co w świecie akademickim owocuje znanym bynajmniej tylko w Polsce ''przemysłem doktoranckim'', masowym nadawaniem kompletnie bezpodstawnych tytułów naukowych i ściśle z nim związanym plagiatorstwem. Do tego wiele ubeckich de facto ''uczelni'' trudni się kryminalnymi praktykami, jak np. budowa ''akademików'' wystawianych później pod wynajem lub na sprzedaż jako zwykłe nieruchomości. Te i mnóstwo innych jeszcze patologii znanych nie tylko z krajowego podwórka, opisanych przez Ławskiego tyczy jednako acz w różnym stopniu wszystkich nacji Europy Wschodniej, obojętnie czy są one członkami UE i NATO, czy też przyjmują wrogą wobec tych struktur postawę. Nie ma również większego znaczenia pod tym względem ich przynależność do cywilizacji łacińskiej, lub bizantyjskiej, tudzież religijność danej społeczności, albo jej daleko posunięte zlaicyzowanie, stopień ''demokratyzacji'' i ''praworządności'' jak i ''autorytaryzmu'' władz etc. Kwestie kulturowe więc, tak chętnie przywoływane zwykle jako rzekome przyczyny nie tylko polskich słabości, odgrywają tutaj zupełnie marginalną rolę. Czynnikiem zasadniczym jest zaś, jak przenikliwie konstatuje uczony, permanentna niestabilność polityczna trawiąca kraje regionu i to od dawien dawna:
''Od Tallina po Odessę i Dubrownik nie ma tu ani jednej granicy państwowej o kilkusetletniej tradycji. Wszystkie są nowe, jawnie kwestionowane lub problem ich trwałości jest tabuizowany. Łączy się to z arbitralnością procesu wytyczania granic po Jałcie (i wcześniej), z generowanymi przez podziały problemami mniejszości narodowych, tożsamości etniczno-religijnej, a tym samym zagadnieniami przynależności do tej czy innej strefy wpływów politycznych i geopolitycznych. [...] Te i wiele innych czynników tworzy z tej części świata wrzący tygiel, tylko z pozoru stabilny. Kto nie widzi w Europie Wschodniej (lub o nich nic nie wie...) takich zjawisk, jak obwód kaliningradzki, mniejszości w państwach bałtyckich, los państwa białoruskiego, problem węgierski i turecki, separatyzmy lokalne (na przykład rusiński, śląski, morawski), problemy narodowościowe bałkańskie (Pomacy, Albańczycy, Macedończycy), ten nic groźnego nie może dostrzec w tej wrzącej mozaice. Jest to przestrzeń na początku XXI wieku gorącej rozgrywki geopolitycznej – światowej (z nowymi graczami, takimi jak USA, Kanada, Chiny, Turcja). [...] W wielu krajach regionu na ten wsobny system i na uwikłanie elit uczelnianych w gry polityczne nakładają się absolutnie nieprzejrzyste powiązania ze służbami specjalnymi. Im bardziej na wschód od Odry, tym bardziej (lawinowo) rośnie skala tych uwikłań. I ten czynnik związany bywa z korupcją, ale zasadniczo wzmacnia go geopolityczne „rozgrzanie” płyty kontynentalnej Europy Wschodniej, jej stałe i realne zagrożenie konfliktem wojennym. [...] Konsekwencją geopolitycznego i geostrategicznego uwikłania Europy Wschodniej jest ciągła niestabilność struktur nauki przekształcanych na sposób „zachodni”, „amerykański”, „skandynawski”, „swój”, „wschodni” i tak ad infinitum. Pod tym względem cały ten region jest monolitem. Stanowi iście barokową figurę płynnego fundamentu.''
- w efekcie ten brak ciągłości godnych zaufania instytucji państwowych, owocuje typowo wschodnioeuropejską niestety antypaństwową mitomanią, na którą cierpią powszechnie wszystkie nacje zamieszkujące rejon świata od Bałtyku po Bałkany. Niewolna od niej rzecz jasna jest również omawiana przez Ławskiego sfera tutejszej nauki, trawionej właściwym zakompleksionym prowincjuszom syndromem neofityzmu:
''Marzeniem uczonych z analizowanego regionu pozostaje przynależność do wyimaginowanej republiki światowej nauki, kosmopolitycznej, oddanej „czystemu” poznaniu, ponadpaństwowej. Jest to zastępcza iluzja. (Czyż bowiem nauka w USA, Chinach, Japonii, Indiach, Izraelu, Francji itd. jest pozapaństwowa, pozapolityczna, a przede wszystkim poza-geopolityczna? No nie!). [...] Jest jednak faktem, że w Europie Wschodniej to sami naukowcy żyją iluzorycznymi wyobrażeniami o nauce – mają zbiorowe fałszywe superego. Wszyscy bez wyjątku uważają się za członków jakiejś eschatologicznej, misyjnej wobec całej reszty ludzkości grupy oświeconych („kasty”), której najdoskonalszą, boską emanację stanowi „nauka zachodnia”. Dopiero często bolesna konfrontacja z jej realiami uświadamia im, że nauka ma swe miejsce, czas i ludzi. Słowem: że na Zachodzie mogą być tylko zassanymi przez globalny system podwykonawcami, zatrudnionymi przez dyrektorów, profesorów i kierowników honorowanych tymi czy innymi „noblami”.''
- od siebie dodam, że ta wroga państwu narodowemu mitomania może przybierać również inne formy np. wolnorynkową typu: ''niech rząd odpierdoli się od gospodarki, a wkrótce nastanie taki dobrobyt i postęp technologiczny, że będziemy latać na Marsa z rakietą w dupie!'':). Radykalna lewica także nie jest od tego wolna, bo tylko dla skretyniałych korwinowców socjalizm równa się ''etatyzm'', zdradziecko kontestując granice państwowe, jak i sam naród dla sprowadzania nachodźców. Dupokonserwatyści z kolei żywią często pierdolca na punkcie zgniłej C.K. monarchii Franca Jozefa, szczególnie zliberalizowani na modłę austriackiego przedszkola dla ekonomicznych uchyłów, upatrując w niej jak Marcin Chmielowski jakowejś ''pre-UE''. Wszakże najbardziej jadowitą postacią antypaństwowej mitomanii wschodnioeuropejskiej, jest ślepa wiara w ponadnarodowe instytucje jak wspomniana Unia Europejska, ONZ czy WHO. Klinicznym tego przykładem jest kanalia Bodnar, który wprost nie może doczekać się chwili, kiedy Polska wraz z innymi krajami regionu poddana zostanie władzy globalistów, czemu otwarcie daje wyraz - wizja NWO skurwiela bynajmniej nie przeraża a wręcz budzi jego entuzjazm! I to mimo, że wojna na Ukrainie dowiodła, iż nie ma realnej alternatywy dla państwa narodowego, nawet tak skorumpowanego i pełnego różnorakich patologii, jak wschodni sąsiad Polski zmagający się właśnie z rosyjską agresją o jawnie imperialistycznym i kolonialnym, rasistowskim wręcz charakterze. Dlatego każda ''wrażliwa społecznie'' lewica, jaka to popiera jest kurwą, podobnie co i niestety spora liczba zachowawczo nastawionej prawicy, łykającej bezkrytycznie ''katechujniczne'' bzdury serwowane jej przez Rosjan. Znamienne zresztą, że zarówno zwolenników jak i ''antysystemowych'' wrogów ''plandemii'' łączy przeświadczenie o rzekomym końcu państw narodowych i wszechwładzy nad nimi globalistów z WHO czy UE. Tymczasem jakkolwiek potężne nie byłyby to struktury, nadal to państwo stanowi podstawowy byt polityczny organizujący lepiej lub gorzej ład społeczny na danym terenie. Natomiast organizacje między- a tak naprawdę ponadnarodowe haniebnie zawiodły w momencie próby, jaki nastał wraz z wybuchem ''coronopaniki'' czy Z-wojny na Ukrainie, zresztą nie pierwszy raz. Celnie rzecz podsumował niedawno przywoływany przez M. Budzisza Andrew Michta, wskazując na fakt, iż:
''...siła oporu Ukrainy [...] musi doprowadzić i doprowadzi do renesansu w Europie idei narodowej suwerenności, bo oczywistym stało się, że wyłącznie państwo narodowe, odpowiednio przygotowane i dysponujące argumentami „twardej siły” jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwo własnych obywateli. Takiej gwarancji bezpieczeństwa nie dają organizacje międzynarodowe, bo nie były one w stanie zatrzymać inwazji Putina. [...] I tu mamy, jak na dłoni, różnicę interesów na poziomie geostrategicznym, między Stanami Zjednoczonymi a Niemcami. [...] wzmacniając suwerenność państwową Amerykanie poprawiają swoją pozycję, jako jedynej siły zdolnej zaprojektować, wspierać i zawiadywać procesem a potem docelowym modelem. Niemcy też chcieliby wzmocnienia militarnego Europy, bo w obliczu tego co się dzieje na Wschodzie tylko ślepiec polityczny chciałby czegoś innego, ale z ich perspektywy optymalnym rozwiązaniem byłoby, gdyby to wzmocnienie miało miejsce w ramach a nie jako alternatywa do projektu europejskiego.''
- decydujące więc okazuje się nie pieprzenie globalistycznych pasożytów na forum ONZ czy fasadowego ''parlamentu'' UE, tylko postawa świadomych obywateli narodu, a szczególnie fundamentu każdej godnej tego miana państwowości, jaką stanowi armia. Ukraińcy toczą w tej chwili bój nie tylko o własną suwerenność, ale też wszystkich pozostałych państw Europy Wschodniej, zagrożonych przez imperialną ''oś zła'' Paryż-Berlin-Moskwa. Kto tego nie pojmuje, a nazywa się polskim narodowcem, nie zasługuje na to miano, lecz ''zdradzieckiej mordy''. Obserwując zaś ostatnie wyczyny panów Tuduja czy Bosaka widzę, że niestety zbyt pochopnie zadeklarowałem oddanie głosu na możliwie odkorwinizowaną przez nich Konfederację. Zdają się bowiem nie rozumieć, że przekazujemy Ukraińcom czołgi nie jako prezent, ale by wraz z każdym zabitym za ich pomocą kacapem odsunąć od Polski realną groźbę rosyjskiej inwazji. Nie ma innej drogi, bowiem wszelkie formy współczesnego ''appeasementu'' wobec Moskwy typu ''wandel durch handel'', okazały się tylko przysłowiowym zagłaskiwaniem bestii podsycając jej agresję. Oczywiście Ukraina nie da rady o jedynie własnych siłach przeciwstawić się Rosji, stąd koniecznym jest dla tego celu powołanie związku suwerennych państw regionu, skupionych pod auspicjami Londynu. Takowy wschodnioeuropejski ''Commonwealth'' byłby niewątpliwie bardziej szczęsną strukturą, niż biurokratyczne monstrum na niemiecko-francuską modłę z moskiewskim ''imperium knuta'' na dokładkę, nawet jeśli i w nim bez złudzeń byliby także ''równi i równiejsi''. Przy całej mej odrazie dla liberalnego spierdolenia Anglosasów, które skądinąd oni sami nie traktują serio z właściwym im pragmatycznym cynizmem, nie mówiąc już o pojebanym całkiem LGBTarianizmie czy inszych BLM-ach, i tak jest to lepsze od kontynentalnej rosyjsko-szkopskiej francy. Wprawdzie wyjebane mam na brytyjski dom panujący, bandę pedałów i masonów, nie płakałem też po dającej dupy na prawo i lewo, brzydkiej jak rozpacz księżniczce Dianie, co to rozpierdoliła się ze swym ciapatym gachem na amen, no i chuj. Nie musimy się jednak lubić, ani nawet podzielać wspólnych wartości, by ze sobą współpracować, skoro jak prawią ''niedorealiści'' polityka to jakoby rzecz twardych interesów, nie zaś emocji ni ideałów. Co skądinąd jest bzdurą, gdyż to właśnie idee stanowią motor napędowy historii, czego dowodzi rosyjski imperializm obecnej doby, którego ofiarą padła Ukraina. Moskale nie wyleczą się zeń, dopóty nie zbiorą srogiego wpierdolu i wcale nie trzeba ku temu ponownie szturmować Kreml, jak co poniektórym nad Wisłą się roi. Wystarczy, że wykrwawią się na ukraińskich stepach a tamtejszy czarnoziem użyźni wystarczająca liczba kacapskich orków, chętnie zjem chleb z wyrosłego na nich żyta, czy nawet spożyję pędzoną tym sposobem z moskiewskiego ścierwa wódkę, choć nie przepadam za ''czystą'', ale na pohybel Rosji czemuż by nie? Makabryczne żarty mię się trzymają, mówiąc jednak serio: znamienne jak Ławski wspomina w pomienionym artykule o specyfice rosyjskiej, gdzie ''zindoktrynowana, biedna, państwowa nauka kwitła, przy niewielkich kontaktach z Zachodem, w enklawach nauki imperialnej (badania zbrojeniowe, technologie pozyskiwania surowców, manipulacje społeczne, zideologizowana, „na zamówienie” nauka humanistyczna i społeczna „ruskiego świata”)''. Bowiem Rosja nie stanowi żadnej alternatywy dla omawianego tu antypaństwowego nihilizmu Wschodniej Europy, lecz paradoksalnie kumuluje wszystkie pomienione wyżej jego patologie, a to przez swą tyranię jako anarchię podniesioną do rangi zasady władzy. Jeszcze Iwan Groźny wyraźnie deklarował, że car stoi ponad własnym państwem i narzucanymi swym ''rabom'' nakazami, które go nie obowiązują. Niczym w kalwińskiej doktrynie absolutnej suwerenności Boga, władnego z góry wybierać jednych do zbawienia, innych zaś skazywać na wieczne męki piekielne bez względu na ich wiarę czy uczynki, a nawet karać za cudze grzechy jeśli tylko taka jego wola. Ludzkie robactwo zaś poddane jego panowaniu nie ma prawa oceniać swym marnym rozumem boskich wyroków, lecz bezwolnie im ulec jako nakazom samowolnej, anarchicznej z natury tyranii.
Tak więc Rosja to anty-państwo i przeto imperium, natomiast Ukraina przeciwstawiając się takowemu monstrum walczy o zachowanie nie tylko własnej, ale i każdej innej wschodnioeuropejskiej państwowości między Moskwą a Berlinem. I to nawet jeśli z konieczności musi korzystać ze wsparcia konkurencyjnej frakcji anglosaskich globalistów, ci jednak jako skryci za wielką wodą oferują mimo wszystko luźniejszą formę kontroli, niż żelazny uścisk bezpośredniego sąsiedztwa paneuropejskiej IV Rzeszy. Z dwojga złego lepsze więc już to, choć i tutaj należyty dystans jest wskazany, tym bardziej skoro w lokalnych warunkach napływające zza oceanu lewackie i rozwolnościowe dyrdymały służą najgorszej antypaństwowej swołoczy, podsycając i tak rozpanoszoną na miejscu ponadnarodową mitomanię, jaką bezwzględnie tępić wypada. Jeśli Ukraińcom uda się ocalić własną państwowość przed imperialną agresją Rosji, będzie to prawdziwy triumf nad globalizmem w wydaniu Moskwy, Berlina i Paryża, choćby nawet za cenę podporządkowania Londynowi i Amerykanom. Oni jednak, jako nieskłonni do narzucania tak biurokratycznych rozwiązań co UE, a nade wszystko zajęci zwalczaniem konkurencji Chin, mają dla krajów Europy Wschodniej mimo wszystko korzystniejszą ofertę, niż kontynentalne post-imperia jak Rosja czy Niemcy, pozostawiając od nich więcej miejsca na ograniczoną niechby formę suwerenności. Lepsze to na pewno dla Warszawy czy Kijowa od bezwzględnego podporządkowania ich brutalnej presji militarnej Moskwy, lub polityczno-finansowej ze strony Berlina i Paryżewa w ramach UE - i tego się trzymajmy! Na szczęście dla Polski oraz innych krajów Europy Wschodniej Rosja okazała się Amerykanom niepotrzebna, bo nie ma woli a nade wszystko możliwości, by pójść wraz z nimi na konfrontację z Chinami. Dlatego bredzenie o ''odwróconym Kissingerze'', skądinąd dobrym kumplu Putina, to czysty idiotyzm. Nade wszystko jednak paneuropejska ''oś zła'' Francji, Niemiec i Rosji nie jest też w interesie samych Chińczyków, gdyż wzmocnieni tym sposobem Moskale mogliby pogrywać również z nimi. Co się zaś tyczy naszego regionu, wprawdzie Ukraina póki co odrzuciła niby ofertę Londynu i aplikuje do członkostwa w unijnej ''Mitteleuropie'', czas pokaże jednak ile wytrwa w obliczu prorosyjskiego sabotażu Niemiec, czynionego bezpośrednio jak i nade wszystko za pomocą węgierskiej marionetki, czyli Orbana. Chuj z nim więc - dobrze jak się okazało, iż nie było Budapesztu w Warszawie, obaczymy też wkrótce, czy [anty]polscy duponarodowcy skończą jak spedalony już całkiem Jobbik, zgodnie maszerujący pod ''tęczawą'' flagą wraz z wynarodowionymi LGBTarianami - i to ma niby stanowić alternatywę dla anglosaskiej ''talassokracji''? Podobnie jak i węgierski sanitaryzm ''stanu zagrożenia'', wprowadzający min. cenzurę i karę więzienia pod pozorem zwalczania antycowidowych ''fejków'' - dlaczego więc wszyscy przeciwnicy ''plandemii'' nie grzmią z tego powodu? Orban niestety okazał się idiotą, który sprzedał własny kraj zamieniając go w jedną wielką niemiecką montownię, temat godny osobnej uwagi. Polska winna stąd iść osobną drogą, zyskując wreszcie szansę na ustanowienie czegoś w podobie choćby państwa z prawdziwego zdarzenia, na czele z własną silną w miarę możności armią. Ruch narodowy, który to skuma przejmie schedę po PiS ulegający nieuchronnej ''peezelizacji'', zamieniając się w typową ''partię władzy'' z korumpującą kadry ''synekuryzacją'' o jakiej wspomina Ławski, inaczej skończy nieuchronnie w pedalskiej dupie jak pomieniony Jobbik. Problem w tym bowiem, że obecna ekipa rządząca mimo deklarowanego gromko patriotyzmu realizuje scenariusze pisane przez obcych, wygląda nade wszystko anglosaską finansjerę czego dowodzi ''Polski'' chyba tylko z nazwy ''Ład'', albo testowe programy ''dochodu gwarantowanego'' w kraju. Zapewne poczynione z konieczności, by nie popaść już całkiem w niemiecko-rosyjską matnię, ale w takim razie trzeba postawić rzecz jasno, nie zaś pierdolić jak kuce o rzekomym ''socjalistycznym rozdawnictwie'', co jedynie zaciemnia sprawę i stąd jest na rękę PiS. Dlatego powtórzę com tu już pisał, że Braun czy Mentzen to żadna alternatywa na prawicy, tylko wrzód na tyłku obecnej władzy przez nią samą wyhodowany, a i narodowcy do nich dołączą jeśli nadal będą bóldupić jak Tuduj z racji przekazywanych Ukraińcom polskich czołgów oraz wszelkiej broni, niezbędnej do zwalczania zagrażającej i nam kacapii. A mają przecież historyczną szansę odzyskania dla siebie części przynajmniej suwerennościowego elektoratu w Polsce, gdy PiS de facto przystał na budowę paneuropejskiego państwa, być może wiedziony nadzieją, że i tak nic z tego nie będzie. Inaczej bowiem rządzący wyjdą nie tylko na zwykłych frajerów, ale i zdrajców jak PO czy lewica. Dlaczego zaś warto zagryźć zęby i zatkać nos przed smrodem ''pop-nazizmu antykulturowego'' obecnej Ameryki, wiążąc się w kontrze pragmatycznie z anglosaskimi imperiami morskimi, o tym traktuje najnowszy wywiad Blinkena tak oto zreferowany przez Budzisza:
''Nietrudno na podstawie słów amerykańskiego Sekretarza Stanu - który podtrzymuje, a nawet podkreśla, że w wymiarze strategicznym to Chiny, a nie Rosja, są głównym rywalem - zrozumieć, że w najbliższych latach Waszyngton kładł będzie nacisk na relacje sojusznicze. [...] Ameryka nie może wobec Ukrainy uprawiać polityki dyktatu ani brutalnej presji, bo relacje dyplomatyczne i polityczne, które wpływają na przebieg wojny, są też bardzo uważnie obserwowane w stolicach państw azjatyckich. A to oznacza, że Waszyngton, mając nadzieję na skonstruowanie antychińskiego sojuszu, nie może zaprzestać wsparcia dla zaatakowanej Ukrainy, bo to odbierze mu w oczach azjatyckich sojuszników wiarygodność, ani też nie jest w stanie wymuszać w sposób brutalny na Kijowie ewentualną rewizję jego polityki, w tym i celów wojennych. Powód jest ten sam. Jeśliby komukolwiek z przedstawicieli amerykańskiej elity przyszedł do głowy pomysł uprawiania, w odniesienia Ukrainy, polityki opartej na dyktacie i nie znoszącym sprzeciwu narzucaniu swej woli, to dyplomatyczno – polityczne, i to duże straty, Waszyngton odniósłby nie na Ukrainie, ale w państwach azjatyckich. To elity Filipin, Indonezji czy Wietnamu muszą uwierzyć w to, że relacje będą miały charakter partnerski, bo jeśli zaczną je postrzegać w kategoriach wyboru hegemona, to wówczas Stany Zjednoczone będą znajdować się na przegranej, biorąc pod uwagę kwestie ekonomiczne, w rywalizacji z Chinami, pozycji.''