sobota, 11 czerwca 2022

Antypaństwowa mitomania.

Zamierzałem poruszyć temat nie bizantyjskich czy azjatyckich, jak głosi popularny komunał, lecz okcydentalnych korzeni rosyjskiego imperializmu, wpierw jednak trzeba uporać się z innym zagadnieniem, aktualnym niesłychanie w kontekście Z-wojny na Ukrainie. Mowa o pewnej systemowej, ukształtowanej historycznie patologii typowej niestety dla wszystkich narodów zamieszkujących teren Europa Orientalis. Rzuca na nią światło artykuł polskiego literaturoznawcy Jarosława Ławskiego, traktujący o ''iluzjach Wschodnioeuropejczyków'' jak głosi tytuł. Konkretnie w znanej mu najlepiej jako badaczowi specjalności nauk humanistycznych, jednak poczynione przezeń obserwacje można uogólnić na inne dziedziny życia społecznego, gospodarczego i politycznego nacji od bałtyckich po bałkańskie. Otóż wspólny wszystkim wedle niego jest nepotyzm, skłonność do tworzenia nieformalnych układów towarzyskich i sitw zastępujących oficjalnie działające instytucje, czyniąc z nich fikcje podobnie jak i ''ustawionych'' konkursów naboru na stanowiska. Inną charakterystyczną dla nich cechą jest cwaniactwo, plaga lewych interesów co w świecie akademickim owocuje znanym bynajmniej tylko w Polsce ''przemysłem doktoranckim'', masowym nadawaniem kompletnie bezpodstawnych tytułów naukowych i ściśle z nim związanym plagiatorstwem. Do tego wiele ubeckich de facto ''uczelni'' trudni się kryminalnymi praktykami, jak np. budowa ''akademików'' wystawianych później pod wynajem lub na sprzedaż jako zwykłe nieruchomości. Te i mnóstwo innych jeszcze patologii znanych nie tylko z krajowego podwórka, opisanych przez Ławskiego tyczy jednako acz w różnym stopniu wszystkich nacji Europy Wschodniej, obojętnie czy są one członkami UE i NATO, czy też przyjmują wrogą wobec tych struktur postawę. Nie ma również większego znaczenia pod tym względem ich przynależność do cywilizacji łacińskiej, lub bizantyjskiej, tudzież religijność danej społeczności, albo jej daleko posunięte zlaicyzowanie, stopień ''demokratyzacji'' i ''praworządności'' jak i ''autorytaryzmu'' władz  etc. Kwestie kulturowe więc, tak chętnie przywoływane zwykle jako rzekome przyczyny nie tylko polskich słabości, odgrywają tutaj zupełnie marginalną rolę. Czynnikiem zasadniczym jest zaś, jak przenikliwie konstatuje uczony, permanentna niestabilność polityczna trawiąca kraje regionu i to od dawien dawna:

''Od Tallina po Odessę i Dubrownik nie ma tu ani jednej granicy państwowej o kilkusetletniej tradycji. Wszystkie są nowe, jawnie kwestionowane lub problem ich trwałości jest tabuizowany. Łączy się to z arbitralnością procesu wytyczania granic po Jałcie (i wcześniej), z generowanymi przez podziały problemami mniejszości narodowych, tożsamości etniczno-religijnej, a tym samym zagadnieniami przynależności do tej czy innej strefy wpływów politycznych i geopolitycznych. [...] Te i wiele innych czynników tworzy z tej części świata wrzący tygiel, tylko z pozoru stabilny. Kto nie widzi w Europie Wschodniej (lub o nich nic nie wie...) takich zjawisk, jak obwód kaliningradzki, mniejszości w państwach bałtyckich, los państwa białoruskiego, problem węgierski i turecki, separatyzmy lokalne (na przykład rusiński, śląski, morawski), problemy narodowościowe bałkańskie (Pomacy, Albańczycy, Macedończycy), ten nic groźnego nie może dostrzec w tej wrzącej mozaice. Jest to przestrzeń na początku XXI wieku gorącej rozgrywki geopolitycznej – światowej (z nowymi graczami, takimi jak USA, Kanada, Chiny, Turcja). [...] W wielu krajach regionu na ten wsobny system i na uwikłanie elit uczelnianych w gry polityczne nakładają się absolutnie nieprzejrzyste powiązania ze służbami specjalnymi. Im bardziej na wschód od Odry, tym bardziej (lawinowo) rośnie skala tych uwikłań. I ten czynnik związany bywa z korupcją, ale zasadniczo wzmacnia go geopolityczne „rozgrzanie” płyty kontynentalnej Europy Wschodniej, jej stałe i realne zagrożenie konfliktem wojennym. [...] Konsekwencją geopolitycznego i geostrategicznego uwikłania Europy Wschodniej jest ciągła niestabilność struktur nauki przekształcanych na sposób „zachodni”, „amerykański”, „skandynawski”, „swój”, „wschodni” i tak ad infinitum. Pod tym względem cały ten region jest monolitem. Stanowi iście barokową figurę płynnego fundamentu.''

- w efekcie ten brak ciągłości godnych zaufania instytucji państwowych, owocuje typowo wschodnioeuropejską niestety antypaństwową mitomanią, na którą cierpią powszechnie wszystkie nacje zamieszkujące rejon świata od Bałtyku po Bałkany. Niewolna od niej rzecz jasna jest również omawiana przez Ławskiego sfera tutejszej nauki, trawionej właściwym zakompleksionym prowincjuszom syndromem neofityzmu:

''Marzeniem uczonych z analizowanego regionu pozostaje przynależność do wyimaginowanej republiki światowej nauki, kosmopolitycznej, oddanej „czystemu” poznaniu, ponadpaństwowej. Jest to zastępcza iluzja. (Czyż bowiem nauka w USA, Chinach, Japonii, Indiach, Izraelu, Francji itd. jest pozapaństwowa, pozapolityczna, a przede wszystkim poza-geopolityczna? No nie!). [...]  Jest jednak faktem, że w Europie Wschodniej to sami naukowcy żyją iluzorycznymi wyobrażeniami o nauce – mają zbiorowe fałszywe superego. Wszyscy bez wyjątku uważają się za członków jakiejś eschatologicznej, misyjnej wobec całej reszty ludzkości grupy oświeconych („kasty”), której najdoskonalszą, boską emanację stanowi „nauka zachodnia”. Dopiero często bolesna konfrontacja z jej realiami uświadamia im, że nauka ma swe miejsce, czas i ludzi. Słowem: że na Zachodzie mogą być tylko zassanymi przez globalny system podwykonawcami, zatrudnionymi przez dyrektorów, profesorów i kierowników honorowanych tymi czy innymi „noblami”.''

- od siebie dodam, że ta wroga państwu narodowemu mitomania może przybierać również inne formy np. wolnorynkową typu: ''niech rząd odpierdoli się od gospodarki, a wkrótce nastanie taki dobrobyt i postęp technologiczny, że będziemy latać na Marsa z rakietą w dupie!'':). Radykalna lewica także nie jest od tego wolna, bo tylko dla skretyniałych korwinowców socjalizm równa się ''etatyzm'', zdradziecko kontestując granice państwowe, jak i sam naród dla sprowadzania nachodźców. Dupokonserwatyści z kolei żywią często pierdolca na punkcie zgniłej C.K. monarchii Franca Jozefa, szczególnie zliberalizowani na modłę austriackiego przedszkola dla ekonomicznych uchyłów, upatrując w niej jak Marcin Chmielowski jakowejś ''pre-UE''. Wszakże najbardziej jadowitą postacią antypaństwowej mitomanii wschodnioeuropejskiej, jest ślepa wiara w ponadnarodowe instytucje jak wspomniana Unia Europejska, ONZ czy WHO. Klinicznym tego przykładem jest kanalia Bodnar, który wprost nie może doczekać się chwili, kiedy Polska wraz z innymi krajami regionu poddana zostanie władzy globalistów, czemu otwarcie daje wyraz - wizja NWO skurwiela bynajmniej nie przeraża a wręcz budzi jego entuzjazm! I to mimo, że wojna na Ukrainie dowiodła, iż nie ma realnej alternatywy dla państwa narodowego, nawet tak skorumpowanego i pełnego różnorakich patologii, jak wschodni sąsiad Polski zmagający się właśnie z rosyjską agresją o jawnie imperialistycznym i kolonialnym, rasistowskim wręcz charakterze. Dlatego każda ''wrażliwa społecznie'' lewica, jaka to popiera jest kurwą, podobnie co i niestety spora liczba zachowawczo nastawionej prawicy, łykającej bezkrytycznie ''katechujniczne'' bzdury serwowane jej przez Rosjan. Znamienne zresztą, że zarówno zwolenników jak i ''antysystemowych'' wrogów ''plandemii'' łączy przeświadczenie o rzekomym końcu państw narodowych i wszechwładzy nad nimi globalistów z WHO czy UE. Tymczasem jakkolwiek potężne nie byłyby to struktury, nadal to państwo stanowi podstawowy byt polityczny organizujący lepiej lub gorzej ład społeczny na danym terenie. Natomiast organizacje między- a tak naprawdę ponadnarodowe haniebnie zawiodły w momencie próby, jaki nastał wraz z wybuchem ''coronopaniki'' czy Z-wojny na Ukrainie, zresztą nie pierwszy raz. Celnie rzecz podsumował niedawno przywoływany przez M. Budzisza Andrew Michta, wskazując na fakt, iż:

''...siła oporu Ukrainy [...] musi doprowadzić i doprowadzi do renesansu w Europie idei narodowej suwerenności, bo oczywistym stało się, że wyłącznie państwo narodowe, odpowiednio przygotowane i dysponujące argumentami „twardej siły” jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwo własnych obywateli. Takiej gwarancji bezpieczeństwa nie dają organizacje międzynarodowe, bo nie były one w stanie zatrzymać inwazji Putina. [...] I tu mamy, jak na dłoni, różnicę interesów na poziomie geostrategicznym, między Stanami Zjednoczonymi a Niemcami. [...] wzmacniając suwerenność państwową Amerykanie poprawiają swoją pozycję, jako jedynej siły zdolnej zaprojektować, wspierać i zawiadywać procesem a potem docelowym modelem. Niemcy też chcieliby wzmocnienia militarnego Europy, bo w obliczu tego co się dzieje na Wschodzie tylko ślepiec polityczny chciałby czegoś innego, ale z ich perspektywy optymalnym rozwiązaniem byłoby, gdyby to wzmocnienie miało miejsce w ramach a nie jako alternatywa do projektu europejskiego.''

- decydujące więc okazuje się nie pieprzenie globalistycznych pasożytów na forum ONZ czy fasadowego ''parlamentu'' UE, tylko postawa świadomych obywateli narodu, a szczególnie fundamentu każdej godnej tego miana państwowości, jaką stanowi armia. Ukraińcy toczą w tej chwili bój nie tylko o własną suwerenność, ale też wszystkich pozostałych państw Europy Wschodniej, zagrożonych przez imperialną ''oś zła'' Paryż-Berlin-Moskwa. Kto tego nie pojmuje, a nazywa się polskim narodowcem, nie zasługuje na to miano, lecz ''zdradzieckiej mordy''. Obserwując zaś ostatnie wyczyny panów Tuduja czy Bosaka widzę, że niestety zbyt pochopnie zadeklarowałem oddanie głosu na możliwie odkorwinizowaną przez nich Konfederację. Zdają się bowiem nie rozumieć, że przekazujemy Ukraińcom czołgi nie jako prezent, ale by wraz z każdym zabitym za ich pomocą kacapem odsunąć od Polski realną groźbę rosyjskiej inwazji. Nie ma innej drogi, bowiem wszelkie formy współczesnego ''appeasementu'' wobec Moskwy typu ''wandel durch handel'', okazały się tylko przysłowiowym zagłaskiwaniem bestii podsycając jej agresję. Oczywiście Ukraina nie da rady o jedynie własnych siłach przeciwstawić się Rosji, stąd koniecznym jest dla tego celu powołanie związku suwerennych państw regionu, skupionych pod auspicjami Londynu. Takowy wschodnioeuropejski ''Commonwealth'' byłby niewątpliwie bardziej szczęsną strukturą, niż biurokratyczne monstrum na niemiecko-francuską modłę z moskiewskim ''imperium knuta'' na dokładkę, nawet jeśli i w nim bez złudzeń byliby także ''równi i równiejsi''. Przy całej mej odrazie dla liberalnego spierdolenia Anglosasów, które skądinąd oni sami nie traktują serio z właściwym im pragmatycznym cynizmem, nie mówiąc już o pojebanym całkiem LGBTarianizmie czy inszych BLM-ach, i tak jest to lepsze od kontynentalnej rosyjsko-szkopskiej francy. Wprawdzie wyjebane mam na brytyjski dom panujący, bandę pedałów i masonów, nie płakałem też po dającej dupy na prawo i lewo, brzydkiej jak rozpacz księżniczce Dianie, co to rozpierdoliła się ze swym ciapatym gachem na amen, no i chuj. Nie musimy się jednak lubić, ani nawet podzielać wspólnych wartości, by ze sobą współpracować, skoro jak prawią ''niedorealiści'' polityka to jakoby rzecz twardych interesów, nie zaś emocji ni ideałów. Co skądinąd jest bzdurą, gdyż to właśnie idee stanowią motor napędowy historii, czego dowodzi rosyjski imperializm obecnej doby, którego ofiarą padła Ukraina. Moskale nie wyleczą się zeń, dopóty nie zbiorą srogiego wpierdolu i wcale nie trzeba ku temu ponownie szturmować Kreml, jak co poniektórym nad Wisłą się roi. Wystarczy, że wykrwawią się na ukraińskich stepach a tamtejszy czarnoziem użyźni wystarczająca liczba kacapskich orków, chętnie zjem chleb z wyrosłego na nich żyta, czy nawet spożyję pędzoną tym sposobem z moskiewskiego ścierwa wódkę, choć nie przepadam za ''czystą'', ale na pohybel Rosji czemuż by nie? Makabryczne żarty mię się trzymają, mówiąc jednak serio: znamienne jak Ławski wspomina w pomienionym artykule o specyfice rosyjskiej, gdzie ''zindoktrynowana, biedna, państwowa nauka kwitła, przy niewielkich kontaktach z Zachodem, w enklawach nauki imperialnej (badania zbrojeniowe, technologie pozyskiwania surowców, manipulacje społeczne, zideologizowana, „na zamówienie” nauka humanistyczna i społeczna „ruskiego świata”)''. Bowiem Rosja nie stanowi żadnej alternatywy dla omawianego tu antypaństwowego nihilizmu Wschodniej Europy, lecz paradoksalnie kumuluje wszystkie pomienione wyżej jego patologie, a to przez swą tyranię jako anarchię podniesioną do rangi zasady władzy. Jeszcze Iwan Groźny wyraźnie deklarował, że car stoi ponad własnym państwem i narzucanymi swym ''rabom'' nakazami, które go nie obowiązują. Niczym w kalwińskiej doktrynie absolutnej suwerenności Boga, władnego z góry wybierać jednych do zbawienia, innych zaś skazywać na wieczne męki piekielne bez względu na ich wiarę czy uczynki, a nawet karać za cudze grzechy jeśli tylko taka jego wola. Ludzkie robactwo zaś poddane jego panowaniu nie ma prawa oceniać swym marnym rozumem boskich wyroków, lecz bezwolnie im ulec jako nakazom samowolnej, anarchicznej z natury tyranii. 

Tak więc Rosja to anty-państwo i przeto imperium, natomiast Ukraina przeciwstawiając się takowemu monstrum walczy o zachowanie nie tylko własnej, ale i każdej innej wschodnioeuropejskiej państwowości między Moskwą a Berlinem. I to nawet jeśli z konieczności musi korzystać ze wsparcia konkurencyjnej frakcji anglosaskich globalistów, ci jednak jako skryci za wielką wodą oferują mimo wszystko luźniejszą formę kontroli, niż żelazny uścisk bezpośredniego sąsiedztwa paneuropejskiej IV Rzeszy. Z dwojga złego lepsze więc już to, choć i tutaj należyty dystans jest wskazany, tym bardziej skoro w lokalnych warunkach napływające zza oceanu lewackie i rozwolnościowe dyrdymały służą najgorszej antypaństwowej swołoczy, podsycając i tak rozpanoszoną na miejscu ponadnarodową mitomanię, jaką bezwzględnie tępić wypada. Jeśli Ukraińcom uda się ocalić własną państwowość przed imperialną agresją Rosji, będzie to prawdziwy triumf nad globalizmem w wydaniu Moskwy, Berlina i Paryża, choćby nawet za cenę podporządkowania Londynowi i Amerykanom. Oni jednak, jako nieskłonni do narzucania tak biurokratycznych rozwiązań co UE, a nade wszystko zajęci zwalczaniem konkurencji Chin, mają dla krajów Europy Wschodniej mimo wszystko korzystniejszą ofertę, niż kontynentalne post-imperia jak Rosja czy Niemcy, pozostawiając od nich więcej miejsca na ograniczoną niechby formę suwerenności. Lepsze to na pewno dla Warszawy czy Kijowa od bezwzględnego podporządkowania ich brutalnej presji militarnej Moskwy, lub polityczno-finansowej ze strony Berlina i Paryżewa w ramach UE - i tego się trzymajmy! Na szczęście dla Polski oraz innych krajów Europy Wschodniej Rosja okazała się Amerykanom niepotrzebna, bo nie ma woli a nade wszystko możliwości, by pójść wraz z nimi na konfrontację z Chinami. Dlatego bredzenie o ''odwróconym Kissingerze'', skądinąd dobrym kumplu Putina, to czysty idiotyzm. Nade wszystko jednak paneuropejska ''oś zła'' Francji, Niemiec i Rosji nie jest też w interesie samych Chińczyków, gdyż wzmocnieni tym sposobem Moskale mogliby pogrywać również z nimi. Co się zaś tyczy naszego regionu, wprawdzie Ukraina póki co odrzuciła niby ofertę Londynu i aplikuje do członkostwa w unijnej ''Mitteleuropie'', czas pokaże jednak ile wytrwa w obliczu prorosyjskiego sabotażu Niemiec, czynionego bezpośrednio jak i nade wszystko za pomocą węgierskiej marionetki, czyli Orbana. Chuj z nim więc - dobrze jak się okazało, iż nie było Budapesztu w Warszawie, obaczymy też wkrótce, czy [anty]polscy duponarodowcy skończą jak spedalony już całkiem Jobbik, zgodnie maszerujący pod ''tęczawą'' flagą wraz z wynarodowionymi LGBTarianami - i to ma niby stanowić alternatywę dla anglosaskiej ''talassokracji''? Podobnie jak i węgierski sanitaryzm ''stanu zagrożenia'', wprowadzający min. cenzurę i karę więzienia pod pozorem zwalczania antycowidowych ''fejków'' - dlaczego więc wszyscy przeciwnicy ''plandemii''  nie grzmią z tego powodu? Orban niestety okazał się idiotą, który sprzedał własny kraj zamieniając go w jedną wielką niemiecką montownię, temat godny osobnej uwagi. Polska winna stąd iść osobną drogą, zyskując wreszcie szansę na ustanowienie czegoś w podobie choćby państwa z prawdziwego zdarzenia, na czele z własną silną w miarę możności armią. Ruch narodowy, który to skuma przejmie schedę po PiS ulegający nieuchronnej ''peezelizacji'', zamieniając się w typową ''partię władzy'' z korumpującą kadry ''synekuryzacją'' o jakiej wspomina Ławski, inaczej skończy nieuchronnie w pedalskiej dupie jak pomieniony Jobbik. Problem w tym bowiem, że obecna ekipa rządząca mimo deklarowanego gromko patriotyzmu realizuje scenariusze pisane przez obcych, wygląda nade wszystko anglosaską finansjerę czego dowodzi ''Polski'' chyba tylko z nazwy ''Ład'', albo testowe programy ''dochodu gwarantowanego'' w kraju. Zapewne poczynione z konieczności, by nie popaść już całkiem w niemiecko-rosyjską matnię, ale w takim razie trzeba postawić rzecz jasno, nie zaś pierdolić jak kuce o rzekomym ''socjalistycznym rozdawnictwie'', co jedynie zaciemnia sprawę i stąd jest na rękę PiS. Dlatego powtórzę com tu już pisał, że Braun czy Mentzen to żadna alternatywa na prawicy, tylko wrzód na tyłku obecnej władzy przez nią samą wyhodowany, a i narodowcy do nich dołączą jeśli nadal będą bóldupić jak Tuduj z racji przekazywanych Ukraińcom polskich czołgów oraz wszelkiej broni, niezbędnej do zwalczania zagrażającej i nam kacapii. A mają przecież historyczną szansę odzyskania dla siebie części przynajmniej suwerennościowego elektoratu w Polsce, gdy PiS de facto przystał na budowę paneuropejskiego państwa, być może wiedziony nadzieją, że i tak nic z tego nie będzie. Inaczej bowiem rządzący wyjdą nie tylko na zwykłych frajerów, ale i zdrajców jak PO czy lewica. Dlaczego zaś warto zagryźć zęby i zatkać nos przed smrodem ''pop-nazizmu antykulturowego'' obecnej Ameryki, wiążąc się w kontrze pragmatycznie z anglosaskimi imperiami morskimi, o tym traktuje najnowszy wywiad Blinkena tak oto zreferowany przez Budzisza:

''Nietrudno na podstawie słów amerykańskiego Sekretarza Stanu - który podtrzymuje, a nawet podkreśla, że w wymiarze strategicznym to Chiny, a nie Rosja, są głównym rywalem - zrozumieć, że w najbliższych latach Waszyngton kładł będzie nacisk na relacje sojusznicze. [...] Ameryka nie może wobec Ukrainy uprawiać polityki dyktatu ani brutalnej presji, bo relacje dyplomatyczne i polityczne, które wpływają na przebieg wojny, są też bardzo uważnie obserwowane w stolicach państw azjatyckich. A to oznacza, że Waszyngton, mając nadzieję na skonstruowanie antychińskiego sojuszu, nie może zaprzestać wsparcia dla zaatakowanej Ukrainy, bo to odbierze mu w oczach azjatyckich sojuszników wiarygodność, ani też nie jest w stanie wymuszać w sposób brutalny na Kijowie ewentualną rewizję jego polityki, w tym i celów wojennych. Powód jest ten sam. Jeśliby komukolwiek z przedstawicieli amerykańskiej elity przyszedł do głowy pomysł uprawiania, w odniesienia Ukrainy, polityki opartej na dyktacie i nie znoszącym sprzeciwu narzucaniu swej woli, to dyplomatyczno – polityczne, i to duże straty, Waszyngton odniósłby nie na Ukrainie, ale w państwach azjatyckich. To elity Filipin, Indonezji czy Wietnamu muszą uwierzyć w to, że relacje będą miały charakter partnerski, bo jeśli zaczną je postrzegać w kategoriach wyboru hegemona, to wówczas Stany Zjednoczone będą znajdować się na przegranej, biorąc pod uwagę kwestie ekonomiczne, w rywalizacji z Chinami, pozycji.''

- tym samym biorą w łeb durne opinie zarówno Bartosiaka jak i Napierały, skonfliktowanych ze sobą a równie aroganckich [ może właśnie dlatego, gdyż o dwóch dupków tu za dużo ]. Deklaracje faktycznego kierownika amerykańskiej polityki zagranicznej [ bo trudno o to posądzać zdemenciałego Bideta ] obalają tezy Jacusia, jakoby Amerykanie lada moment mieli zabrać nogi za pas z Europy Wschodniej, by odejść na Pacyfik. Tymczasem jasno widać, że jest dokładnie na odwrót - USA i Wlk. Brytania zaangażowały się w konflikt zbrojny z Rosją na Ukrainie właśnie ze względu na swą rywalizację z Chinami: pacyficzny sojusz anglosaskich państw morskich AUKUS i obecność wojskowa tychże w zachodniej Eurazji to dwie strony tej samej, wymierzonej w Pekin strategii. Ślepo zapatrzony w Okcydent Napierała kompletnie tego nie pojmuje, facet żyje wciąż dawno minioną świetnością Europy Zachodniej nie dostrzegając, że jej rola podobnie jak i Rosji ulega całkowitej marginalizacji na rzecz krajów Azji, w znacznie mniejszym zaś stopniu Afryki. Dlatego właśnie Amerykanie muszą zabiegać o ich względy, szanując w miarę możności suwerenność państwową tychże, a nie bo tak rzekomo dyktują im głoszone przez się liberalne frazesy. Postawa Europy w starciu z kontynentalnymi Chinami też jest ważna, nade wszystko jednak ze względów strategicznych liczy się głos takich krajów jak Korea Płd. czy Japonia, o Tajwanie lub wahających się nadal Indiach nie wspomniawszy. Związani wciąż z tymi ostatnimi Rosjanie dobrze to rozumieją, choćby Timofiej Bordaczow - nie byle jaka persona, bo jawny agent moskiewskiego wywiadu zagranicznego i dyr. programowy Klubu Wałdajskiego [ ponownie cytat z art. Budzisza ]:

''Rosyjski ekspert jest zdania, że trwająca właśnie wojna to element starcia Stany Zjednoczone – Chiny, w których słabszymi i wysuniętymi na pierwszy ogień uczestnikami są zarówno Europa jak i Rosja. Zasoby Rosji stają się łakomą zdobyczą, bo budują przewagę w strategicznym rachunku sił. I w tym wypadku mamy do czynienia z paradoksalnym przedstawieniem sytuacji Rosji, co prawda razem z Europą, ale nie zmienia to ogólnej oceny, w pozycji przedmiotu rozgrywki mocarstw, państwa o które toczy się gra i które jest w gruncie rzeczy pozbawione przestrzeni dla politycznego manewru. Na Kremlu mogą się pocieszać, że znaleźli się „po stronie wygranych” bo znaczenie Azji w gospodarce światowej będzie rosło, ale trudno ukryć, iż to doszlusowanie do obozu zwycięzców następuje za cenę pozbycia się politycznej sprawczości i oznacza przekształcenie Rosji nie w światowe centrum siły, ale zaplecze surowcowe Chin, Indii i państw ASEAN.''

- mówiąc wprost Rosji pozostał jedynie ''wybór'' co do tego, komu dać dupy i czyją pozostać kolonią: nadal jak dotąd Europy, czy też nadstawić tyłka Azji. W każdym razie jej marzenia o imperialnym statusie i odzyskaniu przez Moskwę roli światowego gracza na nowych zasadach, poszły się... Nam zaś nie wolno roić o jakowymś ''polsko-ukraińskim państwie federacyjnym'', z czym niestety wyskoczył niespodzianie na dniach przywoływany już tutaj wielokrotnie Marek Budzisz. Co sądzę o takowych poronionych konceptach, dałem niedawno wyraz na tych łamach, pokrótce więc jedynie powtórzę, że zamiast ślepo powielać prusko-francowatą strukturę UE na własną modłę, lepszym stokroć rozwiązaniem byłaby luźna federacja państw narodowych na bazie dawnej Rzeczpospolitej. W żadnym razie zaś osobne europejskie imperium, do którego ustanowienia dąży Bruksela, dlatego jakiekolwiek instytucje koordynujące współpracę między państwami Europy Wschodniej, nie powinny jak tam posiadać autonomicznego bytu względem rządów poszczególnych nacji. Nie wspominając już, że grubym nietaktem wobec Ukraińców jest wysuwanie takowych postulatów, bez uprzedniej konsultacji z nimi, czy w ogóle mają ochotę na wchodzenie z Polską w aż tak ścisłe związki. Owszem, jesteśmy połączeni na dobre i złe wspólnym interesem obrony przeciwko rosyjskiej, a poniekąd także ukrytej niemieckiej agresji, do nadania temu sformalizowanej postaci daleka jednak droga. I na pewno nie może to być żadna UE-bis, kolejny globalistyczny nowotwór tyle że we wschodnioeuropejskim, właściwie eurazjatyckim wydaniu. Bowiem jakkolwiek by to brutalnie nie zabrzmiało, dzielące mocno Polskę i Ukrainę zaszłości historyczne jak ludobójstwo na Wołyniu, lada moment stracą na znaczeniu w obliczu zupełnie nowych problemów, wskutek masowego napływu nad Wisłę migrantów z Dalekiego Wschodu, a może i nawet Afryki. Nie jest to bynajmniej abstrakcyjna kwestia już obecnie np. Michał P. Sadłowski, badacz nowożytnych dziejów Rosji, zwraca uwagę na plagę gwałtów dokonywanych w Warszawie na Polkach przez obcokrajowców i to nie z Ukrainy, lecz Kaukazu i Azji Centralnej. Podzielam jego zdanie, że jeśli nasza policja i sądy nie odpowiedzą teraz prewencyjnie na ten akt agresji, dojdzie do rozbestwienia patologii jak w Wlk. Brytanii, gdzie muzułmańska dzicz z Dalekiego Wschodu i Afryki przez ponad dwie dekady urządzała sobie prawdziwe polowania na ''białe mięsko'' miejscowych kobiet a nawet dzieci. Podpisuję się stąd w pełni pod słowami Sadłowskiego, iż ''otwarcie się Polski na obszar poradziecki wymaga posiadanie sprawnego i twardego modelu karno-policyjnego. Ludzie przybywający z tego obszaru muszą mieć poczucie świadomości, że najmniejsze naruszenie porządku prawnego RP da podstawę do wielkich kar finansowych i deportacji''. Podobnie jak i jego krytyczną opinią na temat ''zamykania oczu (bo siła robocza, bo wojna itp), na coraz wyraźniejsze problemy z migracją i milczeniem pewnych środowisk z prawej strony na te zjawiska'', jak pomienione gwałty i ogólnie przestępczość migrantów. Nie słychać skądinąd, by narodowcy i zwolennicy Kucfederacji jako takiej wszczynali z tego tytułu porównywalny skalą rwetes, co w przypadku morderstwa na Nowym Świecie we Wszawie dokonanego jakoby przez Ukraińców, a jak się rychło okazało rodzimych w rzeczywistości przestępców. Przewiduję też nieuchronne rozchodzenie się na tym tle dróg nacjonalistów i nastawionych proimigrancko rozwolnościowców, jeśli problem będzie narastał, a wszystko na to wskazuje, że owszem. Ze swej strony przypomnę, iż rodzimy eurazjatyzm jakiego potrzebę ustanowienia od dawna tutaj postuluję, nie oznacza bynajmniej żadnego ''multikulti'' ni wpuszczania do kraju wszystkich jak leci, lecz zrozumienie nieuchronności orientalizacji Polski i stąd konieczność posiadania własnego silnego państwa, niezbędnego dla przejścia w miarę suchą stopą przez ten proces. Niestety kościółkowa prawica spod znaku PiS, jak i znacząca większość narodowców czepia się nadal anachronicznej wizji narodu, którą gremialnie sami Polacy [ a zwłaszcza Polki ] agresywnie odrzucają, zaś lewica i libertarianie zaślepieni są swymi fantazmatami ideologicznymi, całkiem przesłaniającymi im rzeczywistość. Zdaję sobie sprawę, że dla nich wszystkich jestem nieledwie ''heretykiem'', a wręcz ''zdrajcą'' i ''socjalfaszystą'', nie żywię też złudzeń, abym zdołał przebić się ze swą argumentacją do tych zakutych łbów. Ich opór zdoła pokonać dopiero brutalny napór rzeczywistości, wydarzeń jakie już właściwie nas ogarnęły i doprawdy nie trzeba proroczego daru ''widzenia'', by takowy obrót wypadków przewidzieć.

Podkreślić stąd wypada jeszcze raz, iż obecnie nie ma realnej alternatywy dla państwa narodowego w Europie Wschodniej. Nie sposób bowiem uznać za takowe mrzonki globalistów, na równi z libertariańskim lub lewicowym anarchizmem, jałowe resentymenty monarchistów czy autentycznych nazioli jednako wrogich pospołu narodowej suwerenności. Zarazem Polska staje dziś przed osobliwym paradoksem w tym względzie: z jednej utrata przez nią spoistości etnicznej, a wkrótce i rasowej zapewne, podważa istotnie sens państwa narodowego. Zarazem jednak ten sam proces czyni jego zachowanie koniecznym, dla zaprowadzenia ładu i możliwego zniwelowania niepożądanych skutków rozpadu dotychczasowego porządku społecznego na terenie kraju. Tym bardziej jest to trudne, a zarazem niezbędne, iż sami Polacy zatracają wyznaczniki swej tożsamości jak choćby deklaratywny katolicyzm, a tym zaś co sądzą, iż puste miejsce po nim będzie w stanie wypełnić jakoweś rodzimowierstwo, lub ''europejskie wartości'' itp. bzdury, radzę natychmiast zanurzyć durny łeb w wiadrze z zimną wodą i ponawiać czynność aż do skutku. Zeświecczone na zachodnioeuropejską modłę post-polskie już społeczeństwo staje bezbronne wobec wyzwań, jakie narzuca napływ religijnych zazwyczaj mas ludności z głębi Eurazji, bynajmniej zresztą tylko muzułmańskich. Ciekawe skądinąd, iż w przeciwieństwie do meczetów, jakoś umknął powszechnej uwadze nad Wisłą fakt wzniesienia przed paroma zaledwie laty pierwszej od stulecia w Polsce cerkwi na warszawskim Ursynowie. Wzorowana na Hagii Sophii, będąca jej kopią niemalże w miniaturze i pod takimże wezwaniem Mądrości Bożej, świątynia będzie służyć gwałtownie wzrastającej w naszym kraju liczbie wyznawców obrządku wschodniego chrześcijaństwa, co także jest oznaką postępującej w oczach orientalizacji Polski. Do rangi symbolu przy tym urasta, że autorem malowideł we wnętrzu, skądinąd utrzymanych w dobrych klasycznych wzorcach malarstwa ikonowego nieskażonych modernistyczną ''nowosielszczyzną'', jest pochodzący z Ukrainy prof. Wołodymyr Teliczko. Rzecz jasna ukraińskie społeczeństwo również jest mocno zlaicyzowane, jednak w daleko mniejszym stopniu niż rosyjskie, gdzie restytucja prawosławia po rozpadzie ZSRR była zaprowadzana odgórnie przez władze i jest ono zasadniczo martwe jako praktykowane na co dzień wyznanie. W każdym razie bezreligijność wymierających nacji europejskich wykopuje rów nie do przebycia między nimi, a zachowującymi gremialnie wierność tradycyjnym obrządkom masami przybyszy spoza Okcydentu, dlatego rodzima wynarodowiona hołota obrała kurs na zbiorowe samobójstwo szydząc ohydnie z ''papaja'' i wiary przodków. Insza inszość, że katolicyzm skończył się nad Wisłą poniekąd na własne życzenie, i w ogóle papiestwo jako takie postanowiło dokonać samolikwidacji, ale dlaczego tak się stało to temat godny osobnych rozważań. Tak lub owak Polska w najbliższych latach będzie rozdarta między koniecznością a niemożnością zachowania państwa w dotychczasowym jego kształcie, a to ze względu na brak spoistości etnicznej i zapewne również rasowej zamieszkującej je ludności, tudzież utratę przez nie wyznaczników jego tożsamości jak katolicyzm i brak w to miejsce nowych, które byłyby powszechnie przez ogół podzielane. Liberalne indywidualistyczne mrzonki ustąpią zaś nieuchronnie przed wyzwaniami, jakie narzuci wkrótce bezwzględna rywalizacja o prymat między USA a Chinami, której wojna na Ukrainie jest integralną częścią i gdzie Rosja pełni bierną w gruncie rzeczy rolę, a z nią i reszta Europy szczególnie Zachodniej. Dlatego państwa i narody jej wschodniej części jeśli chcą zachować choćby najdalej posuniętą autonomię, muszą zbudować własny regionalny sojusz o nawet jeśli federacyjnym charakterze, to na zupełnie odmiennych warunkach od tego prusacko-francowatego tworu jakim jest UE. Nie mamy wyboru, gdyż lepsze już państwo z kartonu a choćby i g..., niż żadne - ''alternatywą'' bowiem jest bezład i anarchia, jakie stanowią istotę imperialnej tyranii, mniejsza doprawdy rosyjskiej, czy też paneuropejskiej. I to nawet biorąc pod uwagę stan instytucji Rzeczpospolitej jak sądownictwo, uniewinniające przestępców pokroju ''czarnej wdowy'' po aferzyście Adamowiczu, co rysuje przed państwem polskim dość ponure perspektywy, jeśli idzie o stawienie przezeń czoła wspomnianym problemom, które nastręczy wkrótce czas. 
 
Pocieszające chociaż, że wyjście Brytyjczyków spod kontynentalnego dyktatu Brukseli, zapewnia Polsce i reszcie krajów Europy Wschodniej jakąś przeciwwagę dla centralizacyjnych zapędów Niemiec i Francji. Abstrahując całkiem od tego, czy zgoda na nie jaką udzielił na dniach rząd PiS była zasadna w obecnej sytuacji, lub podyktowana koniecznością chwili i trudną sytuacją w jakiej znalazł się kraj wskutek napaści Rosji na sąsiednie państwo. Czy to się komu tutaj podoba lub nie, trzeba nam lawirować umiejętnie w Europie pomiędzy Londynem a Berlinem, czego dobrym przykładem wyposażenie ukraińskiej armii w polskie ''Kraby''. Ponieważ działo do nich produkowane jest w zakładach Stalowej Woli na licencji niemieckiego koncernu Rheinmetall, rząd RFN musiał wydać zgodę na transakcję, jako konieczny warunek eksportu broni do państw trzecich. Tyle, że wieża ''Kraba'' to z kolei twór Brytyjczyków, więc ich przyzwolenie również było tu wymagane i nie sądzę, aby stanowiło problem skoro także przekazują Ukraińcom swe AS-90, jakich polska armatohaubica jest zmodernizowaną wersją. Do tego brytyjska konstrukcja z niemieckim działem osadzona została na podwoziu rodem aż z Korei Płd., więc jej władze miały udział w pomocy zbrojnej dla Ukrainy wydając nań zgodę. W tym celu wizytował Seul na przełomie maja i czerwca polski minister MON, a także dla wzmocnienia potencjału wojskowego RP w kooperacji z tamtejszym przemysłem - trudno o lepszy dowód na wschodnioeuropejski eurazjatyzm. ''Narodowcowy'' portal Kresy.ru bóldupi wprawdzie, że ukraińscy żołnierze nie radzą sobie z obsługą dostarczanej im broni, tyle że durnie zeń nie pojmują nawet, iż to wrzutka samych Ukraińców. Bowiem administracja Bidena mimo udzielanego wsparcia zbrojnego dla Kijowa, obawia się zarazem ''eskalacji'' konfliktu z Rosją, stąd nie przysyła nad Dniepr instruktorów wojskowych niezbędnych dla nauki posługiwania się złożonymi systemami artyleryjskimi i rakietowymi. Ukraińcy wywierają więc presję w ten sposób na Amerykanów, by zamiast się wygłupiać byli konsekwentni w swej pomocy dla nich, inaczej po jaką cholerę im najlepsza choćby broń, jeśli nie mają pojęcia jak jej użyć, bo niby skąd? Podobnie zresztą Kijów postępuje z Niemcami - jak pisze Justyna Gotkowska: ''aby pobudzić niemiecką debatę, Ukraina kupuje też w RFN broń, żeby pokazać, co tamtejszy rząd może, a czego nie chce robić''. Stawia więc Berlin pod ścianą, będąc dla Polski wzorem asertywnej postawy wobec domniemanych, jak i rzeczywistych sojuszników, nie zaś nędznego płaszczenia się przed nimi co dotąd niestety zwykle nad Wisłą praktykowano. Kresy.ru nie tylko w tej kwestii dezinformują, ot choćby opublikowali na dniach oświadczenie byłej rzecznik praw obywatelskich Ukrainy Ludmyły Denisowej, gdzie przyznaje jak nakłamała w sprawie gwałtów rosyjskich żołnierzy na Ukrainkach. Tymczasem babę odwołali sami Ukraińcy, szczególnie Prokuratura Generalna w Kijowie zarzucała jej brak wiarygodności, zaś dziennikarskie śledztwo tamtejszych mediów ujawniło, iż Denisowa i jej rodzina posiada udziały w firmach działających wciąż na zajętym przez Rosję Krymie - czyż muszę więcej dodawać? Wystarczy ''połączyć kropki'', i nie przeczy to bynajmniej gwałtom dokonywanym na Ukrainie przez kacapskich żołdaków, zwyczajnie Rosjanie by ''spalić temat'' uruchomili swego ''kreta'', skorumpowaną przez nich prowokatorkę zainstalowaną w formacji Timoszenko i Jaceniuka, tyle. Obecność takowej agentury moskiewskiej na szczytach ukraińskiej władzy, trzeźwi nieco zbyt pochopne koncepty zawiązania ponadnarodowej unii federalnej między Warszawą a Kijowem. Jednak zasadniczy dylemat, który stoi zwłaszcza przed Polską obecnie, to: jak zachować w miarę suwerenny byt swej państwowości, przy postępującej gwałtownie zatracie spójności narodowej i kulturowej, a nade wszystko czy dla jej odzyskania potrzeba aż wojny, jak na Ukrainie?
 
ps.

Budzisz odniósł się poniewczasie do fali krytyki jaka nań spadła za niefortunny koncept ''polsko-ukraińskiej unii państwowej''. Faktycznie przybrała ona często chamską i zwyczajnie głupią postać, do czego jak widać nie zniżyłem się. Aczkolwiek pan Marek sam poniekąd to sprowokował powołując się na chucpiarzy Monneta i Schumanna, powielając powszechny niestety do dziś wśród naszej prawicy mit, o jakoby ''skradzionej'' przez lewactwo idei integracji europejskiej, gdy wiadomo już, że od początku była obliczona na stworzenie globalistycznego, ponadnarodowego [po]twora. Niemniej trzeba przyznać, że przytacza rzeczowe argumenty a problemem jest tylko, jakie wnioski z nich wyciąga. Ma rację, gdy zwraca uwagę, że Rosja nie zdoła zdławić oporu Ukrainy bez pokonania Polski, doprawdy mniejsza już czy otwartą agresją zbrojną, lub innymi środkami np. dywersji oraz wspólnego z Niemcami i Francją bezpardonowego nacisku politycznego i gospodarczego. Szczególnie dwa ostatnie kraje realizują strategię, dzięki której - jak opisuje to wspomniana już Justyna Gotkowska: ''Ukraina nie może w pełni zwyciężyć, a Rosja – całkowicie przegrać i znaleźć się na skraju załamania politycznego i gospodarczego, gdyż prowadziłoby to do niebezpiecznych scenariuszy'', takich jak ''implozja Rosji z nieprzewidywalnymi konsekwencjami dla Zachodu''. Innymi słowy europejski Okcydent znowu uratuje tyłek swej rosyjskiej kolonii, wybaczając Moskwie który to już raz w dziejach krnąbrność i ordynarne wyskoki, zwalając je na karb wpływów ''dzikiego Orientu''. Nie dotrze nigdy do tumanów, że budowanie wydumanej przez globalistów pokroju starego parcha Kissingera ''równowagi światowej'', za pomocą zbójeckiego parapaństwa jakim jest Rosja, to jak zaprowadzanie ładu posługując się niestabilnym umysłowo psychopatą. Szczególnie my wschodnioeuropejczycy winniśmy pamiętać trzeźwą refleksję naszego politycznego geniusza Mochnackiego, iż ''póki Rosja w Europie, nie masz Rzeczpospolitej!'', a temu właśnie sprzyjają stolice państw Zachodu jak Francja i Niemcy, z pomniejszymi typu Holandii włącznie. Dlatego niestety realny jest scenariusz kreślony przez Budzisza, że Ukraina wyjdzie z obecnej wojny jako państwo upadłe, teren katastrofy humanitarnej i gospodarczej, które Polska musi ratować nade wszystko we własnym dobrze pojętym interesie, a nie bośmy tacy sentymentalni ''romantycy''. Nie możemy bowiem pozwolić sobie na żadne ''splendyd izolejszyn'' o jakim bredzi Warzecha i jemu podobni, gdyż nie jesteśmy wyspą jak Brytole i żaden cholerny kanał ''lamansz'' nie oddziela nas od ''mas lądowych'' Eurazji, które lada moment zwalą nam się całkiem na łeb! Wszakże lekarstwem na to nie jest żadna ponadnarodowa struktura jak chce tego pan Marek, tylko porozumienie POMIĘDZY suwerennymi jak to tylko możliwe państwami Europy Wschodniej, zwanej błędnie z niemiecka ''środkową''. Pomijam już, że taki koncept godzi w nasze polskie interesa narodowe, ale nade wszystko stanowi co najmniej gruby nietakt wobec samych Ukraińców, którzy walczą przecież o zachowanie własnej ODRĘBNOŚCI od imperialnego, kolonialnego wręcz projektu ''ruskiego świata''. Ukraińscy żołnierze toczą bój z rosyjskimi najeźdźcami i bywa niestety giną w nim za swoją ojczyznę, a nie za wchłonięcie jej przez paneuropejską IV Rzeszę ''od Lizbony po Władywostok''. Nie przeczy to uporczywemu aplikowaniu Kijowa do struktur UE a daj Boziu i NATO, bo rzecz idzie o pozycję kraju zajmowaną w tychże sojuszach, o czym decyduje jego siła militarna i polityczna, a z tym jak na skromne środki jakimi Ukraińcy dysponują jest naprawdę całkiem nieźle i my Polacy moglibyśmy się od naszych wschodnich sąsiadów wiele pod tym względem nauczyć. Poza tym integracja na siłę obu państw, pomijając w ogóle na ile realna, uwikłałaby je tylko w absurdalne w obecnym trudnym położeniu spory, takie np. gdzie miałaby znajdować się siedziba tej ''wschodnioeuropejskiej Brukseli'' - w Lublinie dajmy na to, czy też Lwowie? itp. Jedyny właściwie sens jaki widzę w powołaniu takowej unii polsko-ukraińskiej to dokonanie nią wyłomu w paneuropejskiej ''osi zła'' Paryż-Berlin-Moskwa, wobec ich oporu przed przyjęciem doń na ludzkich warunkach Kijowa. No chyba, że Ukraina na powrót stanie się ''kondominium rosyjsko-niemieckim pod żydowskim zarządem powierniczym'', co zależeć będzie z kolei od kontry wobec tegoż i siły wsparcia udzielonej jej przez Waszyngton i Londyn. Do tego jednak, by wyrwać wschodniego sąsiada Polski z łap kacapów i prusactwa z francą na dokładkę, nie trzeba zaraz kopiować ich poronionych, niepotrzebnie zbiurokratyzowanych nadmiernie struktur. Lepiej na anglosaską modłę powiadam położyć nacisk na nieformalną integrację polityczną, gospodarczą, kulturową i militarną nade wszystko POMIĘDZY państwami regionu, zawiązaną pod auspicjami imperialnej ''talassokracji'' dającej im więcej swobody z racji swej morskiej natury od kontynentalnych potęg. Tym bardziej, że chylących się ku upadkowi jak Rosja, stąd zwyczajnie nie opłaca się stawiać na nie rozpatrując rzecz realistycznie w dalszej perspektywie.
 

sobota, 21 maja 2022

I-''Z''-raitel.

Motto:

''Aryjczycy nie wywodzą się od małp jak reszta ludzkości, lecz są bogami, którzy zstąpili bezpośrednio z Niebios na Ziemię, rozwiniętymi z żywych istot zakonserwowanych w wiecznym lodzie kosmosu.''

Heinrich Himmler, szef SS [ za: Eric Kurlander ''Demony Hitlera: ezoteryczne korzenie III Rzeszy'' str. 234. ]

Zanim przejdziemy do opisu genezy rosyjskiego imperializmu, wypada wpierw umieścić go w kontekście obecnej rasZystowskiej agresji na Ukrainę. Galijew zastanawiał się ostatnio nad dziwacznym wyborem łacińskiej litery ''Z'', zamiast swojskiej cyrylicy na symbol ''patriotycznej'' jakoby wojny, toczonej przez moskiewskie władze w imię ustanowienia ''ruskiego miru''. Jak dla mnie jest to wyraźne nawiązanie do faktu, że rosyjski imperializm tkwi korzeniami na Zachodzie i posiada ''mityczno-rzymską'' genealogię, nie zaś bizantyjską lub mongolską jak to się powszechnie nadal sądzi. Wszakże nie wyjaśnieniem tego dziś się zajmiemy, a próbą uzasadnienia absurdalnej z pozoru tezy, czemu uważam za przyczynę wszczęcia przez Rosję wojny z Zachodem de facto, chęć potwierdzenia przez nią swojej doń przynależności. Ukażemy to zaś poprzez pomysłodawcę nadania moskiewskiej agresji enigmatycznej ''Z'' symboliki, jakim wedle Galijewa jest najprawdopodobniej Siergiej Kirijenko, jeden z głównych obecnie putinowskich czynowników i szef prezydenckiej administracji. Może być, bowiem nie tylko odpowiada on za kształtowanie polityki wewnętrznej Rosji, nadzorując bezpośrednio lokalnych gubernatorów, ale i Putin powierzył mu sprawowanie kontroli nad marionetkowymi republikami w Donbasie, oraz innymi terenami Ukrainy okupowanymi przez Moskali. Niepoślednią rolę odgrywa w tym również mocne zaangażowanie Kirijenki w okultyzm, po kolei jednak, wpierw nakreślmy pokrótce jego sylwetkę. Tym bardziej, że sprawowanie przezeń tak ważnej funkcji u boku Putina zadaje kłam zarówno bredniom, jakoby reżim ostatniego był zaprzeczeniem ''jelcynowskiej smuty'', co i ''liberalnej wolności'' w Rosji lat 90-ych. Otóż Kirijenko winien zwać się po swym żydowskim ojcu Izraitel [ czy raczej teraz I-''Z''-raitel właśnie ]. Jednak po rozwodzie rodziców ostał się z matką - jedne źródła mówią o jej ukraińskim a drugie zaś rosyjskim pochodzeniu, w każdym razie na pewno słowiańskim - która powróciła do swego panieńskiego nazwiska i takie również nadała synowi. Przypomina to nieco przypadek Surkowa, innego z ''gławnych'' putinowskich czynowników ponoć aresztowanego ostatnio, który także odpowiadał w przeszłości za kontrolę przez Moskwę donbaskich ''separów''. Tyle że tamten jest synem Czeczena i po nim winien nosić nazwisko Dudajew, jednak podobnie jak u Kirijenki ''międzyrasowe'' małżeństwo rodziców zakończyło się rozstaniem i powrotem rosyjskiej matki do pierwotnego nazwiska, które również nadała wychowywanemu przez nią samotnie dziecku. Jak się zaraz przekonamy, łączy obu nie tylko, iż są ''mieszańcami rasowymi'' o przybranych słowiańskich imionach, ale nade wszystko powiązania z po-sowieckimi tajnymi służbami, oraz przynależność do pewnej ezoterycznej sekty skupiającej wielu czołowych urzędników Putina. A także cechująca ich jednako duża inteligencja, wykorzystywana wszakże w wybitnie złych celach, jak widać to po sterowanej przez Surkowa rebelii w Donbasie, czy udziale Kirijenki w ''Z''-wojnie. Ojciec ostatniego nosił kuriozalne, bolszewickie imię ''Wladilen'', złożenie ''Władimir'' i ''Lenin'', nadane mu przez fanatycznego żydowskiego czekistę, którego był potomkiem. Jakow Izraitel, bo o nim mowa, dostał ponoć pistolet od samego ''wodza rewolucji'' na cześć którego nazwał syna, a to za wierną służbę ''czerwonemu Syjonowi'' na pogranicznych terenach kaukaskich, zagarniętych przez Moskwę. Można więc rzec, iż wnuk kontynuuje rodzinną tradycję sowieckiej ''żydokomuny'', tylko w innym już nieco wydaniu, bowiem jak wiele ''resortowych dzieci'' radzieckich czynowników, jeszcze tuż przed rozpadem ZSRR przechrzcił się na neoliberalizm, z podobnie żarliwym co przodkowie ideologicznym zacietrzewieniem.

Nie przeszkodziło mu to wszakże równie jak tamtym dobrze ustawić się w nowej, choć tym razem już pokomunistycznej rzeczywistości. Pod tym względem jego dalszy życiorys nie odbiega od typowej kariery ''młodego wilka'' poradzieckiej ''transformacji ustrojowej'' - podobnie jak Chodorkowski, przyszły naczelny ''diermokrata'' i oligarcha finansowy jelcynowskiej Rosji, zaczynał w Komsomole. Terminował w tej bolszewickiej młodzieżówce jako ''biznesmen'', uwłaszczając się na państwowym majątku drobnymi początkowo geszeftami w ramach ''studenckich spółdzielni'', czyli pierwocinach ''prywatnej inicjatywy'' hodowanej pod czułą opieką KGB. Następnie ostał się szefem banku, defraudując prowincjonalne fundusze emerytalne, oraz zajął handlem ropą oczywiście wraz z rosyjskimi mafiozami, którzy też poginęli później akurat dziwnym trafem, kiedy ich dawny współpracownik począł robić karierę w państwowej już administracji. Doświadczenie bowiem nabyte podczas pracy w sektorze paliw, uczyniło zeń w końcu wiceministra odpowiedzialnego za tę strategiczną dla Rosji dziedzinę krajowej gospodarki, a wreszcie samego premiera rządu. Nominację Jelcyna zyskał wprawdzie w fatalnym momencie totalnej niemal zapaści finansowej i gospodarczej państwa, dlatego został zdymisjonowany zaledwie po kilku miesiącach odchodząc w niesławie, powszechnie obwiniany za ogromne wtedy bezrobocie, nędzę ludności i brak wypłat etc. Powinien być więc kompletnie ''spalony'' politycznie po dojściu ''katehuna'' do władzy, zwłaszcza kiedy wespół z podobnymi sobie ''liberałami-aferałami'' o żydowskich korzeniach Czubajsem i Niemcowem [ zamordowanym później ''na życzenie'' Putina ], założył ''diermokratyczne'' ugrupowanie z list którego dostał się do Dumy. Nic takiego się nie stało, jego kariera nabrała jeszcze większego rozpędu jak widać, być może dlatego, iż dobrze kojarzył się nowemu władcy Kremla, bo to on właśnie nominował go osobiście na szefa FSB w imieniu Jelcyna. Kirijenko zyskał też w oczach Putina dodatkowo jako jego namiestnik Powołża, przywołując do porządku krnąbrnych wówczas miejscowych Tatarów i Baszkirów, podporządkowując ich władzy centrum w Moskwie. W nagrodę ''katehun'' zamianował go szefem Rosatomu, państwowej korporacji odpowiedzialnej za energetykę jądrową jak wskazuje nazwa, a w końcu jako się rzekło powierzył mu kierownictwo swej administracji prezydenckiej. Stanowi to oznakę najwyższego zaufania z jego strony, bowiem taka funkcja czyni kimś w rodzaju wice-cara można bez przesady rzec, lub ''oberdiaka'' jak to woli. Błyskotliwa kariera pod rządami Putina Kirijenki-Izraitela, wnuka żydowskiego czekisty i zdeklarowanego neoliberała, kreatury uosabiającej wprost ''jelcynowską smutę'', stanowi najlepsze podsumowanie bredni o ''katechonicznej Rosji''. Nie poświęcałbym mu jednak tyle uwagi szczerze powiedziawszy, gdyby nie jego okultystyczne ciągoty, ściśle powiązane z gospodarczą i polityczną działalnością jaką prowadzi. Jeszcze kierując firmą z branży paliwowej w latach 90-ych, Kirijenko miał zatrudnić ''astralną brygadę'' wróżbitów i czarownic do zwalczania biznesowej konkurencji. Magiczne obrzędy ponoć odpędzały też ''złą aurę'', przyciągając zarazem ''energię kosmiczną'' zwiększającą jakoby wydajność produkcji, a przez to i zyski przedsiębiorstwa. Jako żywo przypomina to ezoteryczne opętanie szefa SS Himmlera [ wystarczy wspomnieć jego ''czarowskie komando'' ], czy nazistowski Instytut Pendulum w ramach którego tacy radiesteci jak Ludwig Straniak zajmowali się lokalizacją alianckich okrętów... za pomocą wahadełek i różdżek, oraz ''nakładania rąk'' nad mapą obrazującą działania wojenne na morzu. Kirijenko-Izraitel był też wiązany ze scjentologami, posyłając na urządzane przez nich ''misyjno-biznesowe'' kursy w Niżnym Nowogrodzie swych pracowników, i sam rzekomo biorąc w nich udział, od czego potem stanowczo się odżegnywał, zapewne ze względu na niejasne koneksje sekty z amerykańskim wywiadem. Natomiast pewnym są jego bliskie relacje z rodzimego już chowu ezoterycznym ruchem ''metodologów'', tudzież zwanym ''szczedrowitami'' od swego założyciela i ''guru'', radzieckiego uczonego i filozofa Georgija Szczedrowickiego. Jego syn i następca Piotr został zaufanym doradcą Izraitela jeszcze, gdy ten rządził Powołżem, a następnie zatrudniony przezeń jako dyrektor w ''Rosatomie'' [!], podczas szefowania Kirijenki państwowej agencji energetyki jądrowej. Cóż, pewnie na tym odpowiedzialnym stanowisku potomek ''wielkiego mistrza metodologii'' zajmował się ''magicznym promieniowaniem'' z kosmosu, więc nie co się wyzłośliwiać, człowiek na właściwym miejscu. W sumie byłoby to groteskowe jedynie, gdyby nie ponury fakt, iż to w ezoterycznym kręgu ''szczedrowitów'' narodziła się zbrodnicza idea ''ruskiego miru''! Intrygująco na tle ''koszernego'' pochodzenia Kirijenki brzmi opinia jednego z komentatorów, że poroniony koncept ten jest ''żydowskim wynalazkiem dla Rosjan''. Bowiem stworzyli go jeszcze pod koniec zeszłego stulecia tacy ''metodolodzy'' jak  wspomniany syn guru sekty, wraz z kremlowskim czynownikiem Siergiejem Gradirowskim, oraz ''doradcą strategicznym'' [ czyli chucpiarzem ] Jefimem Ostrowskim. Zdeklarowanym zwolennikiem ruchu ''metodologicznego'' jest Timofiej Sergiejcew, bydlak jaki popisał się niedawno ogłoszonym manifestem, nawołującym otwarcie do ludobójczej ''denazyfikacji'' Ukraińców. Źródła ideowe tegoż politycznego opętania tak oto opisuje dwóch dziennikarzy z niemieckiego ''Die Welt'', Michael Marder i Anton Tarasiuk, w artykule ''przedrukowanym'' na łamach Onetu:

''Szczedrowicki rozwijał i propagował odmianę hiperkonstruktywistycznego, technokratycznego światopoglądu, który opierał się na wierze w nieograniczone możliwości człowieka w tworzeniu własnego świata. Zdaniem "metodologów" każdy rodzaj zmiany porządku świata jest możliwy, również narodowy, kulturowy i społeczny, ponieważ ostatecznie nie istnieje rzeczywistość, którą należałoby uznać za jedyną możliwą i z którą należałoby się liczyć. Od początku swego istnienia w późnym okresie radzieckim "ruch metodologiczny" nie miał być czysto teoretyczny. Szczedrowicki wyraźnie zaznaczał, że celem "metodologów" jest dotrzeć jak najbliżej miejsc, w których zapadają ważne decyzje. A zapotrzebowanie na takie usługi rosło i rosło. Niezorientowane w teorii rosyjskie elity potrzebowały mądrze brzmiącego uzasadnienia, aby wytłumaczyć swoje działania — nawet przed samymi sobą. Wielu ludzi mediów, doradców politycznych, biurokratów i polityków działających we współczesnej Rosji w taki czy inny sposób są pod wpływem światopoglądu Szczedrowickiego. A nawet jeśli nie są (a większość z nich jest), to podobna logika, której kulminacją jest przekonanie, że wszystko, co robią, można "metodologizować", służy im jako ideologiczne ramy działania. W rezultacie na każde działanie Putina i każdy krok armii rosyjskiej ludzie tacy jak Siergiejcew wynajdują argumenty. A potem, w swoistej pętli pozytywnego sprzężenia zwrotnego, reżim wykorzystuje te argumenty przy planowaniu kolejnych działań. Byłoby niesprawiedliwe obwiniać nauczanie Szczedrowickiego za wszystko, co wiąże się z wojną wywołaną przez Rosję, jak również za wszystko, co napisał Siergiejcew. Ale pouczające jest zrozumienie nihilistycznego impulsu, wspólnego dla doktryny Szczedrowickiego i praktyk przedstawicieli rosyjskich elit, którzy teraz stają się zbrodniarzami wojennymi. Z tego nihilistycznego impulsu wywodzi się przekonanie, że projekt unicestwienia suwerennego narodu i jego mieszkańców jest uzasadniony i może być postrzegany jedynie jako kwestia opracowania odpowiedniej metodologii i planu działania. I to właśnie ten nihilistyczny impuls, nieskażony żadnymi ograniczeniami wynikającymi z obowiązujących wartości, wytwarza ludobójczą logikę, która leży u podstaw strategii Putina w Ukrainie.''

- dodajmy, iż ze ''szczedrowitami'' obok wspomnianych już Surkowa, Izraitela czy szczura Siergiejcewa, łączony jest również taki piewca rosyjskiej agresji na Donbas, a później przeciwko całej Ukrainie, jak Dmitrij Kisielow.  Rywalizuje on z żydowskim goebbelsem Putina Sołowjowem o miano czołowego propagandzisty Kremla, i to na tyle, iż od dawna krążą o nim dowcipy, że swą ''żopę'' [ dupę ] może nazywać ''kormilica'' [ mamka ]. Co się tyczy samego Szczedrowickiego seniora, nie natrafiłem na informacje o jego bezpośrednich związkach z radziecką tajną policją, byłoby jednak doprawdy czymś niezwykłym, gdyby jego quasi-masoński ''tajny zakon uczonych'' mógł ot tak sobie działać przez lata 70- i 80-te w ZSRR bez ''czułego nadzoru'' ze strony KGB. W sieci można spotkać tylko durne historyjki, jak to udawało mu się ogrywać tępych jakoby sowieckich tajniaków, wszakże zadawał się otwarcie z takowymi, a nawet bywali oni jego wychowankami. Jeden z nich to Władimir Lefewr, twórca ''zarządzania refleksyjnego'' o którym tak oto mówi w wywiadzie dla ''KP'' rosyjski reporter Peter Pomerancew:

''...ludzie Kremla mają obsesję związaną z ideą „zarządzania refleksyjnego”. Wywodzi się ona z teorii lingwistycznych jeszcze z lat 50. W ZSRR badania na temat wpływu na ludzkie zachowanie i myślenie tak, by osoba nie była świadoma manipulacji i presji z zewnątrz prowadził wówczas Władimir Lefewr – później wybitny psycholog społeczny pracujący na Stanfordzie. To była taka radziecka wersja teorii gier, analogicznie jak u Amerykanów rozwijana pod kątem zastosowań militarnych. Krótko mówiąc – faceci z Kremla bardzo wielką wagę przykładają do wojny informacyjnej. Tak naprawdę trudno się rozeznać, czy stawiając taką czy inną diagnozę, nie wpadamy z zastawioną przez nich pułapkę „zarządzania refleksyjnego”…

- zaś Michał Wojnowski na marginesie artykułu omawiającego niniejszą technologię duraczenia ludzi, kreśli w ten sposób sylwetkę Lefewra:

''Po ukończeniu studiów na Państwowym Uniwersytecie Moskiewskim w 1963 r. podjął pracę w Centrum Komputerowym nr 1 Ministerstwa Obrony ZSRR. W 1974 r. w niewyjaśnionych okolicznościach wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. [...] na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine wspólnie z amerykańskim matematykiem Jonathanem D. Farleyem zajmował się tworzeniem refleksyjnych modeli sprawców przestępstw, struktur przestępczości zorganizowanej, sekt i organizacji terrorystycznych, co jest pomocne zwłaszcza w określeniu ich metod działania oraz w ocenie prawdopodobieństwa popełnienia określonego czynu przez poszczególne osoby. Prowadził także badania nad etyką i motywacjami ludzkich zachowań.''

Szczedrowicki nie krył wcale, iż Lefewr był jego uczniem, korzystał też chętnie z możliwości publicznych wypowiedzi na scenie ''eksperymentalnego teatru politycznego'' Siergieja Kurginiana, przedziwnej kreatury: radzieckiego naukowca, ''awangardowego'' reżysera teatralnego i agenta KGB w jednym. Typ słynie z radykalnych performensów, gdzie kreśli zawiłe ''diagramy'' obrazujące rzekomy ''antyradziecki spisek'', jakiego kluczową postacią ma być wedle niego... Dugin. Oficjalnie wyznawany przezeń żarliwy kult ZSRR i żałoba po nim z jaką się obnosi, nie przeszkodziły mu zmontować sojuszu żydoruskich oligarchów lat 90-ych takich jak Bierezowski i Chodorkowski, dla poratowania upadłej prezydentury Jelcyna. Bydlak ciągnie zyski z wynajmowania korporacjom na biura pomieszczeń swego ''ośrodka kreatywności'' w centrum Moskwy, ale oczywiście wszystkiemu winny jest dlań ''zachodni kapitalizm''. Zasłynął również z wystawienia trwającego aż 8 godzin ''awangardowego'' spektaklu teatralnego, gdzie aby nie pouciekała publika kazał pozamykać wszystkie drzwi wejściowe i nie wypuszczać nikogo z nieszczęsnych widzów. Ponoć do dzisiaj po ulicach rosyjskiej stolicy błąkają się ofiary ''artystycznych eksperymentów'' tego geofizyka i kagiebisty, z pretensjami do tworzenia sztuki... W każdym razie to na deskach jego ''awant-politycznego'' teatru w okresie schyłkowego ZSRR, Szczedrowicki oświadczył twardo, iż ''totalitaryzm stanowi jedyną możliwą organizację każdego ludzkiego społeczeństwa przyszłości''. Wedle niego ''Niemcy [ w znaczeniu: III Rzesza ] i ZSRR jedynie zbytnio ''zapędziły się'', niemniej ''wszystkich i  tak to czeka łącznie z Wielką Brytanią'', bowiem zamordyzm jest konieczny dla ''rozwoju ludzkości''! Jasnym więc staje się admiracja dlań wyżej pomienionych kreatur, dodajmy tylko kończąc wątek, iż wraz z jego synem i następcą Piotrem, oraz wspominanym tu niedawno obecnym rosyjskim wicepremierem Biełousowem, Kurginian był członkiem zawiązanej na pocz. lat 90-ych tzw. ''grupy nieśmiertelnych''. Elitarnego grona, zwanego tak na cześć Aleksandra Bessmiertnycha, sowieckiego dyplomaty i bodaj ostatniego ministra spraw zagranicznych ZSRR. Nadmienię jedynie, że w tym towarzystwie przewinęły się inne ważne dla rosyjskiej sceny politycznej i kulturalnej postacie, jak Wadim Cymburski czy Dmitrij Gałkowski - faktyczny, a mało komu znany poza Rosją ideolog moskiewskiego agresywnego imperializmu, w przeciwieństwo do stanowczo przereklamowanego Dugina, którego skądinąd także nie mogło zabraknąć wśród ''nieśmiertelników''.

Co się tyczy korzeni Georgija Szczedrowickiego, podobnie jak Kirijenko-Izraitel był on synem żydowskiego bolszewika, tyle że nie czekisty a wysoko postawionego dowódcy komuszej armii z czasu wojny domowej w Rosji, a następnie inżyniera i jednego z głównych fundatorów przemysłu lotniczego ZSRR. Początkowo studiował fizykę i dopiero potem zajął się akademicką filozofią, przenosząc na jej grunt matematyczne modele zaczerpnięte z ''teorii gier''. Stał się jedną z centralnych postaci postalinowskiego ożywienia intelektualnego w Związku Radzieckim, obok omawianego już na tych łamach niedawno ''komunistycznego apokaliptyka'' Ewalda Iljenkowa, oraz Aleksandra Zinowjewa - logika i politycznego dysydenta, który po rozpadzie sowieckiej ojczyzny przeobraził się w ''technostalinistę'' i zaciekłego krytyka Zachodu. Podobnie jak ich ''towarzysze'' zza ''żelaznej kurtyny'', czerpali inspirację z dalekiego od ówczesnej partyjnej ortodoksji neomarksizmu, jednak w zupełnie od tamtych odmienny sposób. Bowiem zachodnioeuropejskie i amerykańskie lewactwo w swej maniakalnej afirmacji wszelkiej ''różnicy'' [ płciowej, rasowej etc. ], doszło paradoksalnie do jej politycznego zanegowania, z granicami samego człowieczeństwa włącznie. Natomiast celem radzieckich ''heretyków komuny'', a szczególnie kręgu Szczedrowickiego, było wytworzenie kolektywnego ''podmiotu myślącego'', gdzie jednostka jest zaledwie wyrazicielem opinii pewnej zbiorowości, nawet jeśli o wysoce elitarnym charakterze. Cechował ich więc programowy nacisk kładziony na zapewnienie tożsamości, a nie rozbicie jej poprzez radykalną indywiduację posuniętą do absurdu, jak w przypadku zachodnich lewaków do dziś. Przy czym zgodnie z uproszczoną na modłę marksistowsko-leninowskiego ''diamatu'' heglowską dialektyką, gdzie przeciwstawienie tezy i antytezy daje w rezultacie syntezę, tutaj paradoksalnie jedność rodzi się w walce, ostrym sporze wykluczających się wzajem racji. Dlatego w myśl ''szkoły Szczedrowickiego'', dla scementowania zbiorowości koniecznym jest bycie maksymalnie obcesowym w dochodzeniu do pospólnej zgody, uparte obstawanie przy swoim aby zapewnić sobie solidarność z innymi członkami własnej wspólnoty. Konkretnym tego wyrazem stały się opracowywane przez sowieckiego myśliciela jeszcze w latach 60-ych, a wdrażane przezeń na szerszą skalę od następnej dekady tzw. ''gry organizacyjno-aktywnościowe'', w skrócie ODI z rosyjskiego. Zgodnie ze swym programowo elitarnym nastawieniem, wpierw począł praktykować je w środowisku radzieckich akademików ze szczególnym uwzględnieniem nauk ''ścisłych'' jak fizyka, ale również kręgach artystycznych. Prawdziwą eksplozję popularności ODI przyniosła jednak dopiero ''pierestrojka'', gdy poddano im wedle niektórych szacunków co najmniej kilkusettysięczną rzeszę kadr zarządzających przemysłem, członków partii i urzędników państwowych, wreszcie nauczycieli. Polegało to z grubsza na postawieniu ich w sytuacji sztucznie wytworzonej presji dla wywołania ''burzy mózgów'', aby zbiorowym wysiłkiem myśli przezwyciężyć arbitralnie postawione przed nimi problemy. Mimo deklarowanych początkowo skromnie ''technicznych'' celów np. zaradzenia trudnościom nieefektywnej soc-ekonomii, rychło te ''gry operacyjne'' zaczęły przeradzać się w seanse kolektywnej histerii, wielu ich uczestników po latach wspominało płynący stąd entuzjastyczny przypływ własnej mocy, jakiego nie dawało im chlanie wódy ni seks. W opinii sporej grupy świadków epoki, takowe ''pranie mózgów'' miało wydatniej przyczynić się do upadku ZSRR, niż narzucona odgórnie gorbaczowowska ''pierestrojka'', choć trudno serio wierzyć, iż proces na taką skalę i do tego obejmujący ówczesne elity radzieckie, mógł dokonać się bez co najmniej przyzwolenia oficjalnie komunistycznych jeszcze wtedy władz państwowych. Znamienne, iż wyłączone ponoć zeń były bezpieka i wojsko, zapewne dlatego, iż za ich wiedzą i inspiracją emisariusze sekty Szczedrowickiego mogli urządzać swe zamknięte dla ogółu, przeznaczone waskim kręgom decyzyjnym seanse zbiorowej hipnozy po całym kraju [ masom sowieckich ''rabów'' zaś musiał wystarczyć Kaszpirowski ].

Atrakcyjne dla kadr zarządzających, a w niedalekiej przyszłości menadżerskich Rosji, było ''techniczno-inżynieryjne'' podejście Szczedrowickiego, znane im z praktyki w wielkim przemyśle, lub państwowo-partyjnej biurokracji, dziś zaś typowe dla struktur korporacyjnych. Wymogom tym odpowiadał także formalnie bezosobowy sposób pracy ''metodologów'', nastawiony na zdobywanie wiedzy zespołowym wysiłkiem, gdzie jednostka pełnić miała jedynie funkcję trybika w ''kognitywnej megamaszynie'' elitarnego kolektywu ''wtajemniczonych''. W praktyce jednak to sam Szczedrowicki, jako najlepiej operujący programowo hermetycznym językiem i praktycznymi formami swej filozofii, wyrastał na niekwestionowanego lidera i wręcz ''guru'' otoczonego kręgiem wyznawców. Czynił tak zresztą celowo i powodowany bynajmniej tylko obawą przed ewentualnymi represjami ze strony sowieckiego reżimu, który inaczej mógłby zorientować się, iż prezentuje on konkurencyjny wobec nadal obowiązującego jeszcze wtedy marksizmu-leninizmu światopogląd, aczkolwiek równie totalistyczny co do zasady. Bowiem podobnie jak u Misesa, doktryna Szczedrowickiego nie wyczerpywała się w zastosowaniu jej do szczegółowych zagadnień z dziedziny ekonomii czy zarządzania, lecz rościła sobie prawo opisu a nawet formowania ''ludzkiego działania'',  ''całej aktywności życiowej człowieka'', jak głosi patetyczny slogan na stronie fundacji upamiętniającej dorobek ''wielkiego mistrza metodologii''. Nie dziwota stąd, że poświęcone roztrząsaniu jej zagadnień seminaria ''naukowe'', rychło przerodziły się w ezoteryczne rytuały niemalże godne jakiejś loży masońskiej czy sekty, z użyciem właściwego im ezopowego języka, przysłowiowych już ''farmazonów''. Budowało to jednak wśród ich uczestników poczucie elitarności, wtajemniczenia w niedostępne ''profanom'' sekrety i solidarność grupową ''wybranych'', utwierdzane świadomie przez samego Szczedrowickiego, który w pełni aprobował takie ''odgradzanie się palisadą specjalistycznej terminologii od byle gaduł i dyletantów''. Wyraźnie dystansował się jeszcze w okresie rozpadu ZSRR do ''populistycznych'' haseł Lenina, iż nawet ''kucharka może kierować państwem'', głosząc w zamian kult profesjonalizmu w ramach wąskiej dziedziny wiedzy, jakby nie dostrzegając, iż przeczy tym holistycznemu charakterowi swej doktryny, nastawionej na objęcie całości ludzkiego myślenia i działalności. Stanowiły one bowiem dlań dwie strony jednego medalu, co niezwykle istotne dla idei zespołowych ''gier operacyjnych'' i stojącego za nimi założenia, że przemiana umysłowa wiedzie do radykalnych zmian w samej rzeczywistości. Młody rosyjski historyk technologii Roman Khandozhko, tak opisuje fundamentalne intuicje, jakie legły u podstaw szczedrowickiej ''wszechmetodologii'':

''Program badawczy Szczedrowickiego zakładał poprzez analizę różnych historycznych form myślenia „znaleźć skończoną i stosunkowo niewielką liczbę operacji myślowych, tak aby wszystkie istniejące empiryczne procesy myślenia można było przedstawić jako ich kombinacje”. [...] Oferując uniwersalną metodologię dla wszystkich poszczególnych gałęzi wiedzy, teoria Szczedrowickiego konkurowała z metateorią marksistowską, przyjmując w dużej mierze jej praktyczny patos. Ontologizacja myślenia i krytyczne podejście do psychologii doprowadziły go do stworzenia filozofii antysubiektywnej i socjocentrycznej („ludzie są przypadkowymi epifenomenami myślenia”; „myślenia nie da się opisać w kategoriach psychologicznych, jest atrybutem zbiorowości”), a poszerzenie teorii myślenia o teorię aktywności umysłowej umożliwiło uzasadnienie możliwości instrumentalnego wpływu na myślenie poprzez celową organizację działalności człowieka, a także odwrotnie – zapewnienie skuteczności działania poprzez prawidłową organizację myślenia („myśl jest splotem, wewnętrznym planem działania”).''

- nie dziwota więc, że jeden z cytowanych w powyższym artykule uczestników ''ezoterycznych seminariów'' Szczedrowickiego, dostrzegał w jego i zwolenników ideach ''globalnego projektowania obejmującego całokształt życia społecznego'' coś wysoce niepokojącego. Wyczuwało się w tym niemal żar religijny i faktycznie, jak konstatuje Khandozhko: ''filozofia wspólnoty, przyjęta jako podstawa do konstruowania własnej wersji podmiotowości – w dużej mierze antysubiektywnej – w naturalny sposób zbliżyła „szczedrowitów” do szeregu ruchów religijnych New Age''. Podsumowując: nie twierdzę bynajmniej, że tajny paramasoński zakon ufundowany przez radzieckiego uczonego odpowiada za obecną inwazję Rosji na Ukrainę. Natomiast niewątpliwie jego zwolennicy stoją w pierwszym szeregu popierających barbarzyński akt agresji przeciwko niepodległemu państwu tuż u granic Polski. Co więcej, śmiem twierdzić, iż poddane przez nich w znaczącym stopniu ''praniu mózgów'' rosyjskie elity władzy, skłonne są wskutek tego do podejmowania działań ryzykownych co najmniej i opartych o arbitralne, wątpliwe nader przesłanki. Rygor ''metodologii'' jest bowiem pozorny i prowadzi do chaosu, nieuniknionego przy tak absurdalnie rozdętych ambicjach doktrynalnych, zamiarujących objęcie wszelkiej niemalże ludzkiej aktywności tak w dziedzinie umysłu, jak i empirii. W rzeczy samej, jest w tym coś z alchemii i ''dyzajnu społecznego'', niż rzetelnej nauki świadomej swych ograniczeń, zakresu wiedzy jaką realnie człowiek może zdobyć. Natomiast jej ''dialektyczny'' modus ustanawiany w kolektywnym sporze rozdzierającym zbiorowość, odpowiada charakterowi Rosjan, którzy uwielbiają zdaje się zadawać ból innym, jak i samemu cierpieć. ''Bije bo kocha'' jest tu naczelną zasadą władającą niepodzielnie niemal kacapskim życiem intelektualnym i społecznym, źródłem perwersyjnej satysfakcji uwieńczonej urojoną aureolą samoudręczenia. Wielka rosyjska kultura to jedno wielkie sado-maso, wystarczy sięgnąć po pierwsze z brzegu dzieło ''Tołstojewskiego'', aby się o tym przekonać - perwersje seksualne i wódczane majaki zwie się tam ''głębią rosyjskiej duszy'', jak samokrytycznie rzecz podsumował w swych antybolszewickich zapiskach jeden z najwybitniejszych rosyjskich pisarzy Iwan Bunin. Nawet taki raszysta jak Zachar Prilepin, walczący obecnie z Ukraińcami w Donbasie, przyznaje na kartach swej powieści ''Klasztor'', że Mongołowie ani Niemcy nie mogą równać się w okrucieństwach, do jakich zdolni są Rosjanie wobec samych siebie. Dotyczy to jednak także bratniego jeszcze do niedawna, ruskiego narodu czego resortowy pisarz niestety już nie zauważa, czynnie biorąc udział w torturowaniu swych słowiańskich krajan. Znamienne, że Szczedrowicki w przywoływanym już parokrotnie wywiadzie z niesmakiem wspomina, jak przekonał się na jednej z zachodnioeuropejskich konferencji naukowych ku swemu zdumieniu, iż bolszewicka propaganda nie kłamała utrzymując, że Okcydent chce odgrodzić się od Rosji jakowymś ''kordonem sanitarnym''. Tymczasem jest to wedle niego niemożliwe i absurdalne, bowiem rosyjska kultura, podobnie jak i nauka jakiej dumnym reprezentantem sam się czuł, są integralną częścią świata zachodniego i to jest akurat prawda. Podejrzewam stąd, że tacy zokcydentalizowani Rosjanie, jak ''adept'' metodologicznych ''arkanów wtajemniczeń'' Kirijenko-Izraitel, wszczęli wojnę aby zburzyć wspomniany ''kordon sanitarny'' dla ustanowienia Wielkiej Gejropy od Lizbony po Władywostok. Bowiem Rosja jest skurwiałym Zachodem i nigdy niczym innym nie będzie, dlatego w naszym Polski oraz innych nacji Europy Wschodniej interesie jest, aby wreszcie stała się krajem w pełni azjatyckim, zdominowanym przez żywioł muzułmańsko-buddyjski, inaczej nigdy się od nas nie odpierdoli! Żywione najwidoczniej przez rosyjskie elity przeświadczenie o dialektycznej, konfliktowej istocie rzeczywistości i postępie ludzkości wykuwającym się w ciągłej walce, przez mord, wojnę a nawet totalitaryzm, wyklucza jakąkolwiek możliwość pokojowej koegzystencji między nami. Zacząłem niniejsze rozważania krótkim cytatem, więc i nim skończę, tyle że tym razem zaczerpniętym z ''Metodologii nauk'' Adama Groblera, bowiem dobrze on jak sądzę diagnozuje zasadniczy błąd ''szczedrowiczan'' [ ze str. 293 rzeczonego opracowania ]:

''Wydaje mi się, że można zaryzykować tezę, iż to jednostronność wzorców metodologicznych jest źródłem skrajnych stanowisk w sprawie wartości, albo granic poznania. W czasach nowożytnych absolutyzacja metody matematycznej doprowadziła Kartezjusza do realizmu transcendentalnego, zwrot brytyjskiego empiryzmu zaś ku psychologii poznania zaowocował idealizmem Berkeleya i agnostycyzmem Hume'a. W XX wieku fascynacja Koła Wiedeńskiego fizyką stała się źródłem ''prawicowego'' arcyracjonalizmu, późniejszy zaś tak zwany przewrót socjologiczny [ the sociological turn ] dał początek dzisiejszej lewicy akademickiej.''

- z jej pierdolcem na punkcie płci albo rasy jako li tylko ''konstruktu społecznego'' dodajmy. Jednym słowem zwykłym bredzeniem ''niedorealistów'', na które onegdaj sam dałem się nabrać przyznaję, jest gadanina jakoby ''liczyły się interesy, a nie emocje a tym bardziej ideały''. Właśnie, że nie kurwa - nadrzędne wobec dupy i kasy są idee, i to często najbardziej ''odjechane'' metafizycznie jak tylko można sobie wyobrazić, o nie właśnie toczy się tak mordercza gra. Jak podsumował ''szczedrowiczan'' strasznie na nich cięty lewicowy rosyjski publicysta Paweł Prianikow: ''metodolodzy to rosyjska wersja trockizmu (radykalnego marksizmu), który na tle rozczarowania autochtonami przekształcił się w neokonizm. Ale jeśli amerykańscy neokoni wierzą w Stary Testament, to Rosjanie wierzą w alchemię i metafizykę [ oraz ] silną rękę Progresorów [ niosących postęp tyranów ], przekształcanie tubylców z ich półzwierzęcego stanu w cywilizowane istoty za pomocą magii'' politycznej. Jestem więc pewien, że nastąpiłby powszechny szok i konsternacja, gdyby wyszło na jaw ilu spośród rządzących zarówno w ''wolnym świecie'', co Rosji i Chinach, serio uważa się za ''istoty pozaziemskie''. Pozostawiam zupełnie na boku kwestię, czy takowe mniemanie jakie mają o sobie, w jakimkolwiek stopniu jest w ogóle zasadne...

ps.

Dopiero teraz przypadkiem i zupełnie poniewczasie dowiedziałem się, że doradca prezydenta Zełeńskiego Ołeksiej Arestowycz, w rozmowie z ukraińskim dziennikarzem Romanem Cymbalukiem przeprowadzonej latem zeszłego roku, wysunął ideę bliźniaczo podobną tej, jaką sformułowałem tutaj niedawno idąc nieświadomie jego śladem. Otóż kluczowe wedle niego w starciu z Moskwą, ważniejsze nawet niż czołgi i wszelka broń, jest odebranie Rosji dziedzictwa Rusi Kijowskiej, zawłaszczonego przez nią Ukrainie. Jakkolwiek pierwsi władcy Kremla rzeczywiście stamtąd wywiedli swój ród, sama Rosja od dawna już jest zupełnie odrębnym krajem, stąd Arestowycz słusznie postuluje, by konflikt w Donbasie jak i tym bardziej obecny dodajmy, rozpatrywać jako wojnę rusko-rosyjską. W każdym razie trudno o lepszy dowód na potwierdzenie tezy o pierwotności idei wobec materii, również w polityce z całą jej brutalnością i niesłychanym cynizmem, ale kto powiedział, że ideały mają być z zasady szlachetne? Owszem, na przykładzie wielkorosyjskich ''metodologów'' widać jak na dłoni, iż mogą prowadzić do masowych zbrodni, służąc uzasadnieniu działań najgorszych kanalii. Polecam też onetową rozmowę z Arestowyczem, gdzie pod koniec wspomina okres, kiedy jako oficer ukraińskiego wywiadu wojskowego infiltrował ''wewnętrzny krąg moskiewskich ezoteryków'' skupiony wokół ''Awiessałoma Podwodnego'' - legendy ponoć rosyjskiego okultyzmu. Dzięki temu miał okazję zapoznać osobiście takich jego adeptów ''głębokich wtajemniczeń'', jak pomienieni tu już Dugin czy Surkow, których ''metodologia'' wedle niego faktycznie ''przeniknęła do reżimu rządzącego współczesną Rosją, narzucając mu swoją logikę i obraz świata''. Właśnie dlatego jednak Rosjanie cały czas mylą się w ocenie działań Ukraińców i to nawet przy pełnej wiedzy wywiadowczej o nich, jak sam przyznaje. Nie są bowiem w stanie wyjść poza zaklęty krąg własnych ''archetypów'' i ''głębinowej'' symboliki, rzutując je na ''bratni'' jak im się wydawało ''subnaród'' ruski, bo nie pozwala im na to typowa dla gnostyków pycha poznawcza. Skoro posiedli jakoby ''kamień wiedzy tajemnej'', stając się przeto ''ziemskimi bogami'' w swym mniemaniu, jakże niby mieliby pojąć, iż rzeczywistość może im jednak wymykać się z rąk?