piątek, 3 maja 2019

Penalizacja LGTB+ - tak. Homoseksualizmu - nie.

Zanim przejdę do orania jawnie już prowokatorskich bredni Grzegorza Brauna na poruszone w tytule kwestie nie mogę pozostawić bez krótkiego choćby komentarza sadzonych przezeń epokowych bzdur, bo widzę że nawet pan reżyser zaraził się omawianą tu całkiem niedawno postmodernistyczną manią eksperymentowania z prawdą historyczną naginając fakty pod z góry powzięte tezy i zastępując je ''faktyszami''. Otóż ''człowiek-mem'' jak go słusznie niektórzy zwą wyskoczył ostatnio z konceptem ''fortu Xi'' jako kontrą wobec lansowanego przez obecnie rządzący czy raczej administrujący Polską obóz pomysłu zwiększenia obecności amerykańskich wojsk na naszym terenie, czemu nadano efekciarskie co tu kryć, zalatujące marketingową ściemą miano ''fortu Trump''. Przy okazji jednak znany dotąd raczej z erudycji historycznej i odkrywania niepoprawnych politycznie aspektów dziejów nie tylko ojczystych pan Grzegorz walnął tym razem epickiego wręcz babola kompromitując się bezkrytycznym powielaniem miejskich legend PRL-owskich komuchów żywych niestety do dziś jak widać o rzekomo decydującym wpływie Mao na powstrzymanie radzieckiej interwencji zbrojnej w październiku '56 r. - tymczasem bzdury te obalili kompetentnie chińscy historycy Shen Zhihua i Li Danhui w artykule dostępnym w jęz. polskim pomieszczonym w tomie zbiorowym ''Polski październik 1956 w polityce światowej'' wydanym już dobre kilkanaście lat temu, gdzie wykazali, iż podobne tezy nie znajdują potwierdzenia w kwerendzie archiwalnej dokumentów chińskiego MSZ ani też rządowych źródłach sowieckich z epoki, dlatego wprost nazwali je ''polskim mitem'', choć precyzyjniej należałoby rzec PRL-owskim. Mao nie miał żadnego wpływu na decyzję Chruszczowa bo z racji oddalenia i obcości terenu chińscy komuniści niezbyt orientowali się w miejscowych warunkach panujących we wschodnioeuropejskich demoludach, a nade wszystko byli całkowicie uzależnieni wówczas od sowieckiej pomocy gospodarczej i militarnej [ w ich wypadku trudno mówić wtedy o tak lubianej przez Grzegorza Brauna i wszelkich ''realistów'' politycznych ''wielobiegunowości'' ], szczególnie jeśli chodzi o budowę własnego potencjału nuklearnego, co też towarzysze radzieccy wykorzystywali z całą bezwzględnością każąc sobie za to słono płacić przewyższając w tym nawet eksploatację Chin przez mocarstwa kolonialne na co później skarżył się Deng Xiaoping. Tym co tak naprawdę zadecydowało była postawa ówczesnego kremlowskiego genseka, bowiem po przyjeździe do Warszawy przekonał się, iż sowiecki ambasador Ponomarienko dezinformował go popełniając ''idiotyczny błąd'' - jak sam to określił Nikita Siergiejewicz - w ocenie postawy Gomułki i Ochaba, którzy wbrew donosom tamtego wcale nie mieli ochoty dokonywać politycznego samobójstwa rezygnując z obecności wojsk sowieckich na terenie PRL i ogłaszając jednostronne wystąpienie z Układu Warszawskiego, dlatego uznał, iż choć ''rewizjonistyczna'' polityka nowych władz polskiej kompartii jest niewłaściwa z ideologicznego punktu widzenia nie narusza jednak istotnie strategicznych interesów ZSRR, stąd jest do zaakceptowania, tym bardziej, iż koszta interwencji zbrojnej byłyby zbyt duże, gdyż prawdopodobnie doszłoby do jeszcze krwawszych walk niż te nieco później na Węgrzech, a stawało się zupełnie niepotrzebnym w świetle jednoznacznie lojalistycznych deklaracji nadwiślańskich komuchów. Po powrocie do Moskwy zwołał więc naradę KC argumentując w powyższym duchu i aby przekonać do tego ostatecznie politbiuro wbrew Mołotowowi postulującemu zdławić po stalinowsku ''polską kontrrewolucję'' postanowił wykorzystać jako narzędzie nacisku opinię przywódców ''bratnich krajów'', w tym również Mao, który wtedy tak naprawdę jedynie poparł stanowisko Chruszczowa i nic więcej. Również później CHRL zajęła w pełni lojalistyczną wobec sowietów i pryncypialną ideologicznie pozycję aprobując gorąco utopienie we krwi antykomunistycznego powstania na Węgrzech w kontrze zupełnie do dystansujących się wyraźnie od tego władz PRL, wszelkie próby z ich strony porozumienia się z chińskimi komunistami na tym tle spotykały się z zimnym przyjęciem i wręcz jawną odmową, stąd Polakom pozostały jedynie symboliczne gesty pomocy węgierskim powstańcom takie jak dostawy lekarstw udzielone przez PCK. Owszem, kiedy trzeba Mao potrafił oficjalnie prawić dusery pod adresem tow. Wiesława i nawet podczas spotkania z ambasadorem Kirylukiem sam określił się mianem ''chińskiego Gomułki'' brać jednak te dyplomatyczne oświadczenia za dobrą monetę byłoby skrajną naiwnością, bo wedle ujawnionych przez ww. chińskich historyków dokumentów partyjnych na wewnętrznych nasiadówkach w rzeczywistości porównywał go do ichniego ''rewizjonisty'' Riu Shushi nieco wcześniej pozbawionego stanowisk i osadzonego na długie lata w więzieniu, potępiając za ''porzucenie walki klas, antyradziecki nacjonalizm [ sic! ] i negację partyjnej dyktatury'' a nade wszystko ''prawicową'' politykę rolną czyli odejście od kolektywizacji, kluczowej dlań kwestii [ jak dosłownie śmiertelnie poważnie podchodził on do tej sprawy dowodzi niestety blisko 50 mln zmarłych wskutek opętanej polityki tzw. ''Wielkiego Skoku'' jaką przedsięwziął zaledwie parę lat później na przełomie lat 50/60-ych ]. Tak więc gadki o tym jak to rzekomo Mao i chińscy komuniści, bardziej stalinowscy od samych stalinowców, uratowali nas przed wrażą sowiecką interwencją militarną możemy spokojnie włożyć między bajki - jedyne co ewentualnie zawdzięczamy Wielkiemu Sternikowi to odwołanie Rokossowskiego, po jego monitach by dać więcej swobody ''polskim towarzyszom'' w tej kwestii [ bynajmniej bezinteresownych bo miał w tym na uwadze ograniczenie zakresu interwencji sowieckiej w wewnętrzne sprawy także własnej kompartii ] Kreml przystał w końcu na to zmiękczając swoje twarde dotychczas stanowisko by utrzymać ręczne sterowanie na chama PRL-wską armią, nic więcej.  

Pomijam już kuriozalność sytuacji podważającą czystość intencji pana Grzegorza, gdy tak pryncypialny wydawałoby się antykomunista, wolnorynkowiec i obrońca życia poczętego opowiada się za współpracą z rządzonym przez nominalnych niechby komuchów państwowym molochem stosującym ścisły interwencjonizm gospodarczy i finansowy oraz praktykującym bez mała ludobójczy program masowych aborcji i do niedawna jeszcze barbarzyńską, eugeniczną z ducha nieczystego tzw. politykę jednego dziecka. W gruncie rzeczy Braun żywi w stosunku do Chin dokładnie taką samą politykę życzeniową jak potępiani przezeń, słusznie skądinąd, PiSowcy wobec USA i Izraela, gdy tymczasem jest to jak amerykański ''Wielki Brat'' imperium często z jeszcze większą brutalnością egzekwujące swoje interesy kosztem pomniejszych graczy - dość rzec, iż jak opisywał to wyznający się na birmańskich stosunkach Michał Lubina tamtejsza junta wojskowa by zrównoważyć dotychczasowe uzależnienie od Pekinu i przypodobać się w kontrze Stanom Zjednoczonym zdecydowała się na fasadową ''demokratyzację'' ustroju i dopuszczenie do rządów politycznej dysydentki Aung Suu Kyi przy zachowaniu rzecz jasna wpływów na kluczowe resorty siłowe, bo dochodziło już tam do sytuacji jakie można by wręcz określić znanym nam powiedzeniem ''wasze ulice, nasze kamienice'', to samo tyczy roli chińskiej wpływowej diaspory w innych krajach regionu jak Indonezja czy Tajlandia. Opinia o Chińczykach jako ''dalekowschodnich Żydach'' nie powzięła się znikąd, groteskowe więc, że znany ze sprzeciwu wobec uroszczeń Koszer Nostry i straszący nas od dawna ''Judeopolonią'' pan reżyser jednocześnie sufluje nam ''parchów'' z drugiego krańca Eurazji, jeśli dzierżące monopole gospodarcze i finansowe ''czajnatałny'' miałyby pełnić na naszych ziemiach taką samą pasożytniczą rolę jak kiedyś wiadome getta to podziękować tylko za podobną ''alternatywę''. Nie będę się już wywnętrzać na antypaństwowe obsesje Brauna bo doprawdy jeśli ktoś nie pojmuje fundamentalnej różnicy między etatyzmem a socjalizmem znaczy jedynie, iż wciąż mentalnie tkwi w korwinowo-libertariańskiej piaskownicy, wystarczy więc nadmienić, że na tej samej zasadzie pan Grzegorz jest w takim razie rasowym bolszewikiem bowiem w komunizmie państwo zanika, gdyż wedle Marksa jest ono li tylko ''narzędziem panowania jednej klasy nad drugą'', stąd po wykorzystaniu go w formie ''dyktatury proletariatu'' w okresie rewolucji powinno przestać istnieć bo w ''społeczeństwie bezklasowym'' traci ono wedle tej doktryny rację bytu - i nie kłóci się to bynajmniej z rozbuchanym sowieckim biurokratyzmem i totalitarną opresją, jak pisał Trocki w ''Terrorze i komunizmie'' posługując się porównaniem do lampy naftowej, która ''zanim zgaśnie rozżarza się do czerwoności'' tak i państwo wedle niego zanim zniknie ''przybiera najbardziej despotyczną w dziejach formę bytu'' w postaci bolszewickich rządów, z czego jak widać nie robiły one wcale tajemnicy [ tłumaczyłoby to też silne komunistyczne filiacje i ciągoty u takich ''wolnościowców'' jak apodyktyczna sucz Ayn Rand czy Rothbard, którego ''Manifest Libertariański'' wprost roi się od pro-sowieckich idiotyzmów typu ''pokojowa polityka ZSRR'' itp. ]. Takowe podejście prowadzi do absurdu, że potęgę gospodarczą Stanów Zjednoczonych zbudowali ''socjaliści'', jako remedium na podobne głupoty polecam więc poczytać wpierw coś o ''american school of economics'' to pogadamy - a co się tyczy rzekomego ''socjalizmu'' sanacji o jakim trąbi wciąż do znudzenia Braun jeśli już można jej rządom zarzucić coś diametralnie przeciwnego : że przez swoją skrajnie liberalną politykę finansową, idiotyczne przywiązanie do wolnorynkowych sofizmatów zepchnęła Polskę na samo dno Wielkiego Kryzysu, II RP była przezeń najbardziej poszkodowanym z państw NA ŚWIECIE wskutek leseferystycznego zaślepienia jej decydentów. Doszło nawet do tak paradoksalnej sytuacji, że dwóch z trzech największych przedwojennych polskich liberałów [ i bodaj jedynych na cały kraj:) ] czyli Adam Krzyżanowski i Ferdynand Zweig rekomendowało sanatorom interwencjonizm państwowy jako skuteczne remedium na zapaść gospodarczą, wzorując się w tym zresztą na ojczyźnie ''wolnego rynku'' czyli Wlk. Brytanii, niestety czy to z powodu ekonomicznej ignorancji lub też innych uwikłań rzekomi piłsudczykowscy ''socjaliści'' okazali się w tym ''plus catolique que le pape'' tu : leseferystycznych deregulatorów rynkowych. O tym min. traktuje dokument o Adamie Heydlu autorstwa Marcina Chmielowskiego, jednego z niewielu ogarniętych kuców, mimo iż nie zgadzam się z nim fundamentalnie jako libertarianinem przynajmniej w przeciwieństwie do kurwinowej kucerii nie pieprzy jakoby Szwecja z racji tego, że rządzona przez skrajnych lewaków nie była krajem kapitalistycznym, przyznaje iż może istnieć kapitalizm państwowy [ czyli jedyny realny tak naprawdę ], a sam ''wolny rynek'' jest utopią co do zasady dokładnie taką samą jak ''społeczna własność środków produkcji'' socjalistów, dobre i to. 

Pora więc przejść do zasadniczego tematu czyli wymienionych na wstępie ''genialnych'' pomysłów pana reżysera na batożenie czy tam kamieniowanie zboczeńców i ogólnie zakaz samego pedalstwa w ramach oporu wobec faktycznie zamordystycznych ''ruchów LGTB+'' - jest to równie ''sensowne'' jak gdyby zwalczając komunizm zdelegalizowano związki zawodowe a wręcz karano za pracę fizyczną jako taką. Grzegorz Braun zaraził się najwidoczniej takim nie-myśleniem od innego prawicowopodobnego prowoka Kurwina bredzącego jakoby socjalizm był ruchem ''ludzi pracy''. Otóż nie, należy to z całą mocą podkreślić, iż socjalizm/komunizm nigdy nie był ruchem klasowym robotników, lecz paradoksalnie tworem ideologicznym ''warstw posiadających'' : kapitalistów, arystokratów, duchownych wszelkich wyznań etc., a jeśli w ogóle zdarzył się wśród jego przywódców jakiś autentyczny proletariusz z reguły był postacią drugorzędną jak kompletnie niemal dziś zapoznany Weitling, bezlitośnie wyszydzany przez żywiącego doń ledwie skrywaną ''klasową pogardę'' skończonego burżuja Marksa pasożytującego na ''wartości dodatkowej'' wyciskanej z pracy robotników z kolei przez finansującego go fabrykanta bawełny Engelsa. Pisał o tym otwarcie nie kto inny jak Lenin w swoim programowym ''Co robić'', że socjalizm był produktem burżuazji wniesionym z zewnątrz do walki robotników o swoje prawa, stąd zawiera ono też gromkie pomstowania na ''trade-unionizm'' proletariuszy, którym jeśli zostawi się wolną rękę nigdy nie wzniecą prawdziwej rewolucji bo nawet dymiąc na barykadach idzie im jedynie o swoje przywileje socjalne, godną płacę, urlopy itd. i nie są zdolni wykroczyć poza ich horyzont, dlatego przywództwo nad nimi musi objąć postulowana przezeń kompartia ''zawodowych rewolucjonistów'' rekrutująca się np. spośród szlachciców takich jak on, panów dziedziców co to lepiej wiedzą od plebejusza co jest dlań lepsze, gdyż wyposażonych w odpowiednio ''naukawą'' ideologię, której cham nie pojmie [ przez to popularność lewicowych komunałów wśród ''ludzi pracy'' bierze się wyłącznie z ich ignorancji - nie głupoty ! - bo kto z tych biedaków ma ochotę i czas trudzić się lekturą ''Kapitału'' skoro nawet większość lewicowych inteligentów tego nie czyni, bo to bełkot - gdyby jednak tam jakimś cudem zajrzeli przekonaliby się ze zdumieniem, iż marksowskie pojęcie ''wyzysku'' nie ma zgoła nic wspólnego z jego potocznym rozumieniem jakiemu hołdują, temat godny osobnej rozprawy ]. Z tej oto przyczyny ''uciskane masy'' nigdy nie były podmiotem socjalistycznej walki politycznej w imię niemożliwego ustanowienia utopii komunistycznej, że sprawa robotnicza stanowiła tu jedynie narzędzie dla rewolucyjnej ''woli mocy'' najlepszym dowodem łatwość z jaką większość lewicy porzuciła ją na przełomie lat 60/70-ych zeszłego stulecia na rzecz zboczeńców właśnie, kobiet, Murzynów czy chłopstwa w tzw. III-im świecie równie arbitralnie co w poprzednim wypadku uzurpując sobie rolę ich rzeczników, naprawdę wszystko dosłownie może tu posłużyć za pretekst o czym świadczy świeży dość ruch ''antyspecystów'', którzy uznali zwierzęta za wyzyskiwany bezlitośnie proletariat naszych czasów co każe im z furią atakować rzeźników i przeprowadzać zamachy terrorystyczne na masarnie, czekać więc tylko ''organizacji wyzwolenia bakterii i wirusów'' jaka będzie mordować farmaceutów i wysadzać apteki niszcząc zabójcze dla ''bioproletariuszy'' lekarstwa. Na tej samej zasadzie wróżę też rychły renesans neoluddystów, istniejących zresztą co najmniej od lat 70-ych XX w. ale póki co jeszcze wegetując w politycznej zamrażarce, jednak wraz z postępami dehumanizacji i automatyzacji pracy zapewne zostaną z niej wyciągnięci, przy czym podzielą się jak przewiduję na frakcję tradycyjnie wrogą rozwojowi technologicznemu w imię pre-industrialnej utopii oraz ''progresywistów'' na całego uznających roboty przemysłowe a nawet algorytmy zawiadujące procesem produkcji za nowych proletariuszy - w tym szaleństwie będzie jednak metoda, gdyż państwowe i korporacyjne wywiady będą ich wykorzystywać do ekonomicznego sabotażu konkurencji, obaczymy niemniej jeśli dotychczasowe trendy utrzymają się i to przy ich obecnym tempie całkiem to prawdopodobne już za niedługo.

Tak więc należy stanowczo odróżnić słuszne z zasady zwalczanie rzeczywiście zamordystycznych, neobolszewickich i bez mała faszystowskich ruchów LGTB+ żądających karania więzieniem za ''myślozbrodnię'' wydumanej ''homofobii'' jak chcą różne Śmiszki, od samych pedałów, którzy w swej masie mają powyższe postulaty głęboko w swych dziurawych dupskach o czym wiem ze wzmiankowanych 
tu niegdyś prześmiewczo zwierzeń zapoznanego fundatora ''tęczyzmu'' nad Wisłą, niejakiego Szymka Niemca, który został od tego brutalnie odsunięty bowiem nawet jak na to środowisko był nazbyt ekscentryczną ciotą - dość powiedzieć, że założył swój ''homokościół'', gdzie pajacuje w arcybiskupich szatach udzielając ślubów ''parom jednopłciowym'', jego niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju parodie homilii [ raczej chyba ''homofilii'' ] podczas których molestuje kotka można obaczyć w sieci. Otóż wspomniane zapiski z okresu ''sturm und drang'' pedalskiej rewolucji w rodzimym wydaniu zawierają obok typowych dla rozżalonej cioty pomstowań na Biedronia, który dokonał z polecenia ówczesnych genseków SLD i bliżej nierozpoznanych sił ''wrogiego przejęcia'' inicjatywy Szymcia, także wyrzekania na generalną obojętność pedało-lesbijskiego środowiska wobec politycznych postulatów rodzącego się wtedy polskiego ruchu praw-nie-obowiązków LGTB, bowiem wedle jego słów nic tylko seks, ciuchy, kasa i dobra zabawa im w głowie. Dzieje się zaś tak, gdyż nie przypadkiem zboczeńcom nadano miano ''gejów'' czyli wesołków, śmieszków dosłownie, w swej masie stanowią oni bowiem bandę infantylnych zjebów, takie duże bobo, ''piotrusie panny'' płci wszelakich co to zatrzymały się na poziomie emocjonalnym 10-latka, stąd i przysłowiowe już ciotowskie fochy, agresja oraz przeczulenie na własnym punkcie, ich przesadne przywiązanie do wyglądu i noszonych strojów, kuriozalna afektacja w zachowaniu etc., nie dziwi także, iż obecny świat oparty na modelu obłędnej konsumpcji foruje takowych osobników, których miejsce w bardziej szczęsnych czasach byłoby w kloacznym kabarecie raczej, szpitalu psychiatrycznym o ile wręcz nie więzieniu, jednak nie tyle z racji samych dysfunkcji seksualnych jak chciałby pan Grześ, co autentycznie kryminalnych postępków dość typowych dla tego środowiska pełnego szumowin. Nawet jeśli nadreprezentacja homoseksualistów wśród pedofilów jest faktem, krzywdzącym byłoby przypisywanie większości zboczeńców takowych ohydnych ciągot, nie czyni to również heteroseksualnych miłośników ''międzypokoleniowej intymności'' pokroju Polańskiego Romana w niczym od nich lepszym ni gorszym, oczywiście można argumentować, iż skoro penalizujemy aktywność zwolenników ''erotyki międzygatunkowej'' czy nekrofilii powinniśmy czynić to samo wobec sodomitów i gomorytek, ale trzeba wyjątkowo złej woli by nie dostrzec tu zdecydowanie niższej ''społecznej szkodliwości czynu'', o ile rzecz jasna popełniany jest on za obopólną zgodą i nikt nie dorabia sobie doń ideologii ani nas tym molestuje. W każdym razie pewnym jest, iż ruchy LGTB nigdy nie były czymś ''oddolnym'' zorganizowanym spontanicznie przez samych homoseksualistów i powszechnie przez nich popieranym stanowiąc jedynie narzędzie politycznej walki motywowanych ideologicznie środowisk, rodzaj rewolucyjnego tarana służącego im do zmiany społecznej obyczajowości i nic ponad to - przypomnieć należy w tym kontekście, że pierwsza ''parada równości'' miała miejsce już w 1918 r. w Moskwie i nie przypadkiem zbiegła się w czasie z zainicjowanym przez bolszewików ''czerwonym terrorem'' bo była jego częścią w wymiarze kontr-kulturowym. Dzieje się tak, gdyż ''wesołkowie'' z definicji generalnie mają gdzieś politykę jako dziedzinę mało raczej zabawną, na ich specyficzny gust wręcz nudną, nawet w jej niepoważnych aspektach co najwyżej ponuro groteskową, choć zarazem przez swój ''śmieszkowaty'' infantylizm stanowią poręczne narzędzie w przepychankach o władzę dając się przy tym ogrywać dosłownie jak dzieci, bo też i zdeprawowane całkiem, rozpuszczone niczym dziadowski bicz bachory często swym zachowaniem przypominają, niemniej nie oni są tutaj podmiotem pełniąc tylko rolę statystów i użytecznych idiotów takich jak wzorcowe pod tym względem kompletne factotum i wyd[y]muszka Biedroń.

Co więcej, kiedy już znajdą się wśród nich jednostki autentycznie zaangażowane w politykę nader często żywią poglądy lokujące je na antypodach ''tęczyzmu'' czego przykładem choćby obecny niemiecki minister zdrowia Jens Spahn z którym jeśli idzie o aborcję Grzegorz Braun i Kaja Godek znaleźliby bez trudu wspólny język, za pryncypialny sprzeciw wobec niej jest brutalnie obsobaczany przez ichnie feminazistki a nawet cierpi ataki wściekłych suk z ''Femenu'', gdy tylko zostało to usankcjonowane wstąpił też w związek paramałżenski ze swym mężynem jak przystało na konserwatywnego geja:). Również obecny amerykański ambasador w Niemczech i jawny homoseksualista przy tym Richard Grenell mianowany przez Trumpa przyprawia berliński establiszmęt od prawa do lewa o pożar dupska, miota on z furią obelgi pod jego adresem jakoby rzekomo był ''przedstawicielem mocarstwa okupacyjnego'' [ sic! ] i ''persona non grata'', bowiem twardo wymusza na szkopach respektowanie interesów USA wspierając do tego prawicowe ruchy antyunijne [ czyli sprzeciwiające się hegemonii Niemiec na kontynencie ] co w każdym polskim patriocie mającym na uwadze nasz interes narodowy powinno wzbudzać doń sympatię, niezależnie od tego co sądzimy o jego seksualnych upodobaniach. Można by tu jeszcze wymienić francuskiego ''homonarodowca'' Floriana Philippot, byłego zastępcę Marine Le Pen we władzach Frontu Narodowego i w powszechnej opinii faktycznego twórcę sukcesu politycznego tego ugrupowania [ to iż nie przełożył się on na wynik wyborczy jest efektem prawdziwej zmowy systemowej panującej pod tym względem w masońskiej republice ] i wielu innych konserwatywnych pedziów, pomijam już fakt, iż tak jak stereotyp żydokomuny nie wziął się znikąd dotyczy to również ''homofaszyzmu'', ale ponieważ to omawiany wielokrotnie także na łamach tego bloga temat, więc nie będę go rozwijał, tego co przytoczyliśmy aż nad to by dowieść, że jeśli pan Grzegorz dostanie się do unijnej atrapy parlamentaryzmu chcąc nie chcąc będzie musiał współdziałać w zbożnym dziele rozpierdalania UE od środka z wcale licznymi wśród zwolenników tegoż miłośnikami walenia się w dupala, bynajmniej kobiecego. Tak więc ''tęczowa'' bolszewia jak i jej niemal równie radykalni przeciwnicy pokroju pana reżysera powinni skonfrontować się wreszcie z gorzkim dla nich faktem, iż nie ma prostego przełożenia między takimi lub innymi skłonnościami seksualnymi a politycznymi poglądami, co najwyżej możemy mówić tu o pewnym ''libertyńskim przegięciu'' naturalnym dla opartego na rozbestwionym promiskuityzmie środowiska zboczeńców, od którego wszakże istnieją na tyle liczne wyjątki jak widać, że trudno tu o jakieś wiążące generalizacje i należy mieć to na uwadze przy formułowaniu postulatów batożenia takowych osobników jak to uczynił, całkiem nierozsądnie oględnie zowiąc, Braun.

Z pozoru niezrozumiały u tego, co by o nim nie mówić, inteligentnego człowieka wyskok nabierze być może sensu jeśli uwzględnimy szaloną na pierwszy rzut oka i postawioną żartem zaznaczam hipotezę jaką wysunąłem 
poprzednio pod jego adresem udziału przezeń w ''sabbatejskiej konspiracji'' czyli mocno heterodoksyjnym żydostwie mówiąc wprost. W tym celu należy koniecznie przypomnieć wzmiankowaną przy okazji wtedy problematykę tzw. praw noachickich nadanych przez Boga po potopie całej ludzkości w przeciwieństwie do późniejszego przymierza na górze Synaj jakie Jehowa miał zawrzeć jedynie z ''narodem wybranym'' i stąd tylko go obowiązującym. Otóż jak trafnie spostrzegł przyjaciel Brauna kabalista Wojciech Brojer kwestia ta ożywała ilekroć realnym wydawało się ustanowienie na powrót żydowskiej hegemonii w ziemi dla nich świętej, tym samym zaś pojawiało się także zagadnienie władania żyjącymi tam ''gojami'' - status ''wybraństwa'' narzucał prawowiernym Żydom obowiązek wymuszenia na reszcie ludzkości respektowania przez nią ''praw bożych'' nadanych jej za pośrednictwem Noego a tak się składa, że w ich zakres wchodził min. bezwzględny zakaz sodomii czyli stosunków seksualnych między przedstawicielami tej samej płci ! Czyżby więc Braun był w swym ekstremalnym potępieniu homoseksualizmu, świadomie lub nie, posłuszny jedynie pewnym wyższym nakazom jakie wyssał z mlekiem matki i nosił je głęboko za skórą ? Jakże upiornym w tym świetle jawi się, iż znakiem noachickiego przymierza była tęcza... to jednak typowe dla gnostyków, w tym również politycznych, przeinaczenie symboliki i jej pierwotnego sensu poprzez nadanie diametralnie odmiennej treści, dokładnie niemal tak, jak uczynili to już kilkaset lat temu walczący również pod tęczowym sztandarem powstańcy pod wodzą heretyckiego rewolucjonisty Thomasa Müntzera, dla których znaczył on potop krwi w jakiej chcieli pogrążyć znany im świat obmywając nim go ze zgnilizny by narodził się zeń ziemski raj powszechnej szczęśliwości. W każdym razie kwestię na ile powyższe przypuszczenia jedynie zastrzegam wyraźnie należy traktować poważnie pozostawiam domyślności i inteligencji czytelnika, przyznajmy iż wiele by to wyjaśniało aczkolwiek sytuację komplikuje mocno nieortodoksyjny charakter sabbatejskiej herezji i kabalizmu z którymi to łączą Brauna jak to wykazaliśmy poprzednio dość mętne związki, nie miałby więc on powodu oburzać się niczym prawowierny Żyd na urągających swym zboczeniem Jehowie pederastów, czyż jednak można w ogóle mówić o czymś takim jak ''ortodoksyjny judaizm'' skoro w religii tej nie istnieje właściwie powszechnie uznawany autorytet rozstrzygający takowe kwestie na wzór zasady ''Roma locuta, causa finita'' papiestwa w dominującym przynajmniej do dziś wśród chrześcijan katolicyzmie ? Innego znaczenia w tym kontekście nabierają też proto-nazistowskie elukubracje Szymanowskiego z których onegdaj sobie tutaj dworowałem, gorzko skarżącego się jak przystało na łzawą ciotę, iż ''zatruta przez żydostwo etyka płciowa tak brutalnie i niegodziwie potępia aryjskie rozkosze męskiej zmysłowości'' jakim hołdował jak wiadomo wybitny polski kompozytor - cóż, w świetle przytoczonych wyżej faktów o żydowskiej homofobii jak i dość typowego dla zboczeńców homoseksualnego antysemityzmu należy być może jednak przyznać, że zapiekła wrogość dzieląca te dwie hermetyczne wspólnoty jest głębsza i bardziej uzasadniona niż mogłoby się rozpatrując rzecz powierzchownie wydawać... Kabaliści kontra Ario-geje ?

Na finał wypada stwierdzić wyraźnie, iż pisząc poprzedni post poświęcony osobie pana reżysera w kontrze także do gównoburzy wokół politycznego zamachu jakiego ofiarą miała paść kompletnie nie warta uczczenia jej ''pewna bladź na A.'' [ skądinąd kolejny przecwelony konserwatysta pokroju Marcinkiewicza albo kurwiarza Niesiołowskiego, ścierwo gorsze nawet od takiego Biedronia, który przynajmniej nigdy nie ściemniał pod tym względem obnosząc się od początku kariery ze swoim pedalstwem i typowym dla globalisty antynarodowym cynizmem ] naprawdę nie miałem zielonego pojęcia, że wkrótce weźmie on udział w wyborach na prezydenta Gdańska, co tu kryć trafiło mi się niczym ślepej kurze ziarno, podobnie uprzedzając wszelkie zarzuty pragnę zapewnić, iż nie mam nic wspólnego z akcją o kryptonimie ''Sputnik'' jaką miała wszcząć ABW przeciwko Braunowi o czym powiadomił w jednym z wystąpień na swym tubowym kanale - mi jedynie żal, że znakomity niewątpliwie dokumentalista, chociaż kiepski scenarzysta [ ''Arche. Czyste zło'', którego fabuły był współtwórcą to niemożebny wręcz, okrutny gniot zdradzający zresztą okultystyczne fascynacje twórców... ] i fatalny polityk trwoni tak swój talent lansując jeszcze przy tym jakieś kompletne miernoty pokroju ''mr. nikt'' [ rzeczywiście, pseudonim całkiem akuratny przyznaję ]. Jest to dla mnie niepojęte bo co jak co inteligencji panu Grzegorzowi odmówić nie sposób, stąd nie mogę uznać go za zwykłego durnia co plecie trzy po trzy nie zdając sobie sprawy z konsekwencji własnych słów, nie mam więc wyboru jak tłumaczyć sobie jego prowokacyjne zachowanie tym oto jedynie, że jest najprawdopodobniej zadaniowany przez bliżej nierozpoznane wraże siły, unikam przy tym formułowania pochopnych wniosków ktore to konkretnie np. o ''ruskiej agenturalności'', gdyż sam na własnej skórze doświadczyłem jak łatwo i niesprawiedliwie przychodzi ludziom potraktować w tak podły sposób adwersarza, a przede wszystkim retoryka takowa została dokumentnie skompromitowana przez idiotów pokroju Ssakiewicza, skończonego debila niewątpliwie bo tylko wybitny tuman może z powagą twierdzić, iż Trump zwyciężył głosami amerykańskiej Polonii [ w rzeczywistości stanowi ona kompletną polityczną nicość, dlaczego niestety to temat na osobną rozprawę ] i tamtejszych Żydów, jeśli już popierających w zdecydowanej większości Hilarzycę i Demokratów. Przypadek omawianego reżysera wydaje się stanowić dowód na poparcie gorzkiej obserwacji fasadowego charakteru obecnego życia politycznego, zwłaszcza w takim pół-kolonialnym kraju jak Polska, co powoduje, że 
każdy z polityków ma w sobie coś z aktora, i dotyczy to w równym stopniu Biedronia co i Brauna jakby to bluźnierczo nie zabrzmiało dla ich zwolenników traktujących przekaz jednego i drugiego serio, zbyt zdecydowanie, niezależnie nawet czy z przekonaniem wygłaszają oni swe kwestie, czy też są jedynie dziwkami do wynajęcia, smutne lecz wszystko wskazuje, iż tak właśnie rzeczy się mają. Pozostaje więc już tylko zakończyć parafrazą znanej onegdaj piosenki kabaretu Starych Dziadów : ''Grzesiu, opamiętaj się !'' [ do cholery ].

ps.

Abyśmy się dobrze zrozumieli - mimo całego mojego dystansu do Brauna i Konfederatów mają jednak moje poparcie, nie jestem wprawdzie zachwycony i to oględnie zowiąc wystawionymi w moim okręgu na czołowych miejscach ich listy Berkowiczem i Lewickim, odpowiednio prawym i lewym jądrem prezesa, przede wszystkim ich wolnorynkowym zjebaniem, ale unijne wybory kierują się inną logiką niż krajowe, nie głosuję więc na zwolenników ''Wielkiej Polski Liberalnej'', która jak wyjątkowo nań przytomnie
zauważył Rękas oznaczałaby jej całkowitą likwidację, tylko ludzi mających za zadanie jeśli nie zaraz rozpierdolić UE od środka jak buńczucznie zapowiadają bo z racji fasadowości unijnego parlamentu nie będą posiadać nawet ku temu narzędzi, to przynajmniej by robić za mocną kontrę wobec antypolskich larw pokroju Róży von Szrot und Hurenstein [ grafinia chce powołania ''centrum sztucznej inteligencji'' i faktycznie przydałoby się jej bo nie posiada własnej ]. Nie stanowi zaś takiej na pewno prounijny aż do urzygu PiS licytujący się w tym z KO, zresztą obóz rządzący nie pozostawił mi wyboru wystawiając w moim okręgu ''rabi blesing'' Szydło i Legutkę, który z całym dlań należnym szacunkiem, ale wynegocjował ch... tak naprawdę warte ''porozumienie'' z Izraelem, przede wszystkim jednak Gówin ze swoim konceptem konstytucyjnego zapisu o ''nierozerwalnej przyjaźni polsko-uniosowieckiej''. Też bym wolał aby to byli ludzie pokroju Salviniego współpracujący z Bannonem zamiast zachwalać nam Rosję a nawet Chiny, tyle że straszenie ''ruską agenturą'' w tym akurat wypadku odpada, bo i PiS jak wiadomo ma tu sporo na sumieniu, mimo antyrosyjskiej retoryki uzależnia nas choćby od ruskiego syfiastego węgla, którym dosłownie zalewany jest nasz rynek, w tym również wydobywanym w Donbasie co de facto sankcjonuje rosyjską agresję, inna inszość, iż Maowiecki&s-ka nie mają tu za bardzo wyboru zmuszeni wykańczać po cichu na rozkaz KE czyli de facto Berlina rodzime kopalnictwo co dla niepoznaki nazwano jego ''restrukturyzacją''. Rzygać mi się chce obserwując jak teraz politycy partii rządzącej próbują kręcić gównoburzę wokół Kramka i jego puszczalskiej żonki a sami ich przecież lansowali w swoich mediach i wspierali na forum UE co jest faktem i żadni tam wyciągnięci z dupy przez Karnowskich profesorowie Osadczy tego nie odkręcą, można zaś było zorientować się z kim mamy do czynienia, wystarczyło choćby wejść na tubowy kanał fundacji ''Otwarty D...ialog'', gdzie pełno jest Michnika itp. kreatur [ to samo tyczy Liliji przecudnej niczym typowa ruska... ehm, tyle że skoro otwarło się szeroko granice dla migrantów ze Wschodu jak uczynił to rząd nie dziwota, iż takowego barachła się nalazło ]. Tak więc o ile PiS mimo wszystko nadal ma moje poparcie jeśli idzie o kraj na zasadzie ''na bezrybiu i rak ryba'' i prędzej ręka mi uschnie niż oddam go tu na zwolenników ''niskich podatków za Hitlera'' to już jeśli idzie o Unię nie mam wyboru - jak rzekł pewien skrajny lewak, młody neokomuch z którym miałem okazję niedawno trochę się pospierać indagowany czemu wspiera Biedronia wzorującego się jawnie na dzikich neoliberałach pokroju Baalcerowicza i Macrona mimo iż jak sam przyznał pedał strzelił sobie w dupę postulując likwidację polskiego górnictwa : ''bo zwyczajnie nie mam na kogo innego głosować'' - ano i ja też mogę dokładnie to samo powiedzieć mimo iż stoję odeń na ideologicznych antypodach. Dlatego gotów jestem przejść do porządku dziennego nad typowym pierdoleniem Korwina o Hitlerze [ w gruncie rzeczy antypolskim nade wszystko, bo ch... z Żydami ale z tego wynikałoby też jakoby Adi nie miał również pojęcia o represjach wobec Polaków i stąd nie mógłby za nie być odpowiedzialny ], gdyż akurat unijny cyrk, prawdziwy burdel na kółkach jaki stanowi pożal się ''parlament'' UE jest idealnym miejscem dla takowych pajaców jak on, niech się w nim produkuje wkurwiając grafinię ile wlezie, byle dalej stąd. Także wolnorynkowe zjebanie jego kucerzy będzie tam jak znalazł by piętnować gromko absurdalnie rozdęty brukselski biurokratyzm i przereglamentowanie przezeń gospodarki idiotycznymi przeważnie dyrektywami [ ''plastikowym sztućcom mówimy nie!'' ] i to często przeczącymi sobie wzajemnie, nad którymi unijni posłowie i poślice nawet nie próbują debatować przegłosowując je bezmyślnie jak leci robiąc tym za bandę mapetów jakimi w istocie są. I tylko bez jadących ''zmurzynieniem'' gadek, że kondeferaci będą nam tam przynosić ''wstyd przed Europą'' - doprawdy czy można bardziej jeszcze ośmieszyć instytucję jakiej za przywódców robią pozbawiony kompletnie wyrazu mentalny lokaj a zwłaszcza słaniający się wiecznie na nogach i szczający wręcz pod siebie pijaczyna ? [ z drugiej coś mi mówi, że ten ostatni jest właśnie dlatego jedynym ogarniętym pośród tępawych poza tym eurokratów, być może w przeciwieństwie do nich zdaje sobie sprawę w co wdepnął i stąd nigdy nie trzeźwieje, kto wie ].

Nade wszystko jednak PiS musi czuć na karku gorący oddech formacji, która przypilnuje go w sprawie tzw. ustawy 447 czy nachodźców, bo politykom koalicji rządzącej najwidoczniej zaczyna odpierdalać od braku sensownej opozycji, PONowocześni, peezele i komuchy rozbestwiły ich swoją beznadziejnością i chyba naprawdę uwierzyli, że ''nie mają z kim przegrać'', więc choćby dla ich dobra przydałby się lekki kubeł zimnej wody na rozpalone czółko, a pyszny ból dupy z tego tytułu nieudacznych reżimowych propagandzistów pokroju Ssakiewicza czy Karnowskich tylko utwierdza mnie w słuszności podjętej decyzji [ choć zdaję sobie sprawę, że sytuacja jeśli idzie o ww. problemy jest właściwie patowa, bo skoro ktoś sądzi w kontrze, iż skorumpowana putinowska Rosja w której aż roi się od żydowskich oligarchów powiązanych rozlicznymi interesami z Izraelem stanie w naszej obronie wobec bezczelnej próby wymuszenia ze strony Koszer Nostry w imię wyimaginowanego ''słowiańskiego braterstwa'' to powinien się czymś mocno walnąć w głowę, ale obawiam się, że nawet tak radykalna kuracja niewiele pomoże na jego zakuty ''goisze kop'' ]. I nie ma co tu się sugerować opiniami Sierpińskiego, który z pryncypialnie libertariańskich pozycji miota niczym histeryczna ciota obelgi pod adresem Konfederatów jakoby byli ''nazistami'', bo zjeb całkiem niedawno otwarcie rekomendował na swoim blogu wyprzedaż polskich lasów i resztek majątku narodowego by zaspokoić żydowskie u-roszczenia, wspiera ślązakowskich separatystów a pamiętam jeszcze z lat 90-ych jak w anarchistycznej ''mać pariadce'' zachwalał ''miękką pedofilię''. Tacy jak on czy Gwiazdowski, który chce zalać Polskę 10 milionami migrantów, w gruncie rzeczy są takimi samymi globalistami jak lewacy, różni ich z nimi jedynie wizja jak ten ''New World Order'' miałby wyglądać i na jakich zasadach się opierać, stąd tak zażarte spory o to między nimi, nie powinno to jednak przesłaniać nam, iż panuje między nimi zgoda co do tego, że suwerenność narodowa i samostanowienie to ''jakieś XIX-wieczne pierdoły'' jak raczył wyrazić się prezes kuriozalnego związku zawodowego ''januszy byznesu'' pan Kaźmierczak. Należy więc skonfrontować się wreszcie z tym oto faktem, że 
socjaliści i liberałowie to jedne kurwy, choć ci ''prawoskrętni'' nieco mniej niczym dziwki, które przynajmniej się cenią, dają dupy drogo i nie każdemu jak leci tak jak ich totalnie już ''wolnorynkowe'' koleżanki pokroju Jacka Sierpińskiego, Gwiazdowskiego czy Kelthuza niestety, ten ostatni całkiem się pod tym względem odsłonił deklarując dopiero co jako entuzjasta urojonego ''wolnorynkowego'' globalizmu i zaciekły wróg narodowej prawicy [ za wyjątkiem izraelskiej, się wie - Tel Chuj ! ]. Tymczasem jak słusznie oświadczył niedawno Qrwę w rzadkim u niego przebłysku inteligencji, a starszemu panu o dziwo zdarza się czasem rzec coś sensownego, ''są rzeczy ważniejsze niż pieniądze'' takie na ten przykład dodajmy ''imponderabilia'' mówiąc Piłsudskim jak niepodległość państwowa, narodowa i osobista a kwestii tych oddzielić od siebie nie sposób na co przykładów nasza historia dostarcza aż nadto, i każdy kto jak tzw. ''libertarianie'' próbuje więź tę na siłę zerwać dowodzi jedynie prawdziwości porzekadła, iż ''Polak nie tylko przed ale i po szkodzie głupi'' i nawet bolesny dziejowy kopniak w d... niczego go nie nauczył. Nie bierzmy więc przykładu z tych ''wolnościowych'' w swym mniemaniu jedynie niewolników, co majaczą o jakowejś ''wolnej konkurencji'' ze wspieranymi przez imperia korporacyjnymi molochami, bo to jakby zdechlak roił o sukcesie stając w szranki z zawodowym sportowcem na dopingu przegrany już na starcie - niech przekonają wpierw USA, Chiny a także Niemcy, Francję, Izrael czy Rosję do ''wolnego rynku'' to pogadamy, bo póki co robisz jeden z drugim tępy kucu jedynie za pożytecznego idiotę dla tamtych. 


ps. 2

Poniewczasie dopiero obejrzałem wystąpienie Mentzena o które poszła taka chryja i muszę przyznać jestem pod wrażeniem, doceniam brak politycznej ściemy nawet jeśli jest efektem młodego jeszcze wieku kucerza, nade wszystko jednak miło słyszeć, że nie jestem osamotniony w moim wkurwie na PiS ale i spora część ''żelaznego elektoratu'' z podobnych co ja motywów chce ukarać swoją formację polityczną za oszustwo jakiego się wobec niego de facto dopuściła - nie głosowałem na Gówina i jego przydupasów pokroju Emilewicz czy Maowieckiego, którego nie poznaje nie tak dawny jeszcze kumpel Schetyna tak się ponoć ''zmienił'', rzeczy mają się bowiem tak, iż obecnie PiS robi jedynie za przystawkę dla rządów PO, tylko w innym wydaniu, nie piszę się na to i chromolę takową ''dobrą zmianę''. Podobnie z histeryczną gównoburzą jaką kręci pozbawiony już całkiem rozumu, nieudaczny agitprop PiSowski z powodu celowo dobitnego skrótu myślowego o ''niechcianych Żydach'', bo w ten sposób jedynie nabijają fejm Konfederatom na tej samej zasadzie co perfidnie dobrana zapewne wypowiedź Brauna o batożeniu pedałów dzięki której skoczyło im poparcie w sondażach - może mi się to nie podobać czemu dałem właśnie wyraz, nie mam jednak złudzeń, iż przeczyta to najwyżej kilkaset osób a i z tych większość pewnie nie dobrnie nawet do połowy, bo leminżeria obojętnie lewo- czy prawoskrętna jednako ma zdolność skupienia uwagi godną jętki i takiż móżdżek, skoro nawet internetowe felietony Ziemkiewicza są dla nich za ''trudne'' i ''zbyt długie'' to co dopiero mówić o takich tekstach jak ten nafaszerowanych informacjami i wymagających odrobiny choć namysłu, jak to uświadamiał w mojej obecności zdumionemu znajomemu z innej epoki jeszcze zaprzyjaźniony antykwariusz : dziś studenci nie czytają [ jak pisał ''klasyk'' - zgadnij no koteczku który ? - ''propaganda aby być skuteczna musi być maksymalnie prymitywna'', docierać do korzenia, wprost pnia mózgu bez pośrednictwa wyżej rozwiniętych form cerebralnych, a co jak co, ale na tym to on się wyznawał i był w tym akurat mistrzem...]. Przede wszystkim jednak co to za chujnia, że banda pazernych i bezczelnych parchów może bezkarnie robić z polskich ofiar hitlerowskiej okupacji takich jak moi dziadkowie rzekomych ''pomocników nazistów'' a my mamy siedzieć cicho, gdy nam plują w twarz ewentualnie popiskując nieśmiało w kąciku, że to nie tak i prosimy łaskawie nas wysłuchać - kiedyż wreszcie pojmą to politycy koalicji rządzącej i wspierający ich reżimowi propagandziści, iż nie da się wygrać na argumenty z kanibalami obdzierającymi żywcem jeńców ze skóry a takowych mamy właśnie za adwersarzy ? Powtarzam : tu trzeba metod Włada Palownika, który przez to, że wychował się jako jeniec na dworze sułtana doskonale wiedział jakim językiem należy prowadzić ''dialog'' z barbarzyńcami, tak że gdy Osmanowie po raz kolejny najechali jego ziemie przywitał ich las nabitych na pale tureckich jeńców wojennych, nawet bezwzględni mordercy jakimi byli niewątpliwie muzułmańscy łupieżcy nie zdzierżyli tego widoku i z kwaśnymi pyskami musieli zawrócić bo perspektywa konania z kijem w wiadomym otworze przebijającym się z wolna przez trzewia niezbyt im się uśmiechała, oto właściwie dobrane argumenty do poziomu umysłowego dziczy rodem z pustyni. Jeśli nie stać nas na otwarty konflikt prowadźmy nieustanną wojnę podjazdową na wyczerpanie tak jak rzeczony bohaterski hospodar, oni mają czas ale my też, obaczymy jeszcze kto jest ''narodem wybranym'' i komu tak naprawdę Bóg błogosławi, bo to wcale nie jest przesądzone tylko dlatego, że gdzieś tak napisano w jednej książce... tym bardziej, że obecny judaizm po rewolucyjnym wstrząsie jakim było zburzenie przez Rzymian świątyni jerozolimskiej nie ma zgoła nic wspólnego z biblijnymi Żydami, czyż więc ich potomkowie sami nie zerwali Przymierza nie odbudowując jej do tej pory i stąd przestało ono ich obowiązywać ? [ abstrahując oczywiście od jego zasadności ]. Tymczasem Ziobro z Joachimem Brudziszyńskim postanowili ośmieszyć się nasyłając prokurora i policajów na uczestników ludowych jasełek, nie wiem co oni zamierzają : aresztować kukłę Judasza ? - jako żywo przypomina to uganianie się przez milicjantów po kraju za świętym obrazem Pani Jasnogórskiej z polecenia Gomuły, żenada. Dno prawdziwe zaś i siedm warstw mułu osiągnął PiSowski agitprop lansując Mariana by dopieprzyć narodowcom, gdyby mieli choć odrobinę pomyślunku wykorzystaliby go do ich ośmieszenia, że ci wystawili w swoim czasie na prezydenta takiego ćmila za przeproszeniem, typowego chamowatego polaczka-cwaniaczka i przegrywa życiowego zamiast się nań powoływać jako ''autoryteta moralnego'' w sprawie jego byłych kolegów - kto jeszcze serio traktuje opinie tego typa ?! [ s-syn powinien wreszcie pierwszy raz w swym marnym żyćku doświadczyć ciężkiej pracy w pocie czoła zapierdalając cały Boży dzień na kolanach zbierając szparagi u bauera, czego mu z głębi serca życzę, bo do niczego innego się nie nadaje ]. I cóż się dziwić, że nawet ktoś tak pełen sceptycyzmu oględnie zowiąc wobec Korwina, Brauna i reszty konfederackiej kamandy zmuszony jest wręcz oddać jednak na nich głos w nadchodzących wyborach zbrzydzony do reszty narastającymi lawinowo kompromitacjami koalicji rządzącej ? Szantaże, że w takim razie zbraknie na 500+ czy walenie cepem ''ruskiej agentury'' już nie podziałają, bo koszta żydowskich u-roszczeń wielokrotnie przewyższają wszystkie dotychczasowe zyski z rządów PiS a tak naprawdę frakcji PO ''nieco na prawo'' jako się rzekło, o szpionach też była mowa - nie mają prawa tego choćby sugerować ludzie lansujący w swoich merdiach kreatury pokroju Kowalskiego czy ''endekomunisty'' Wielkodupskiego bredzącego coś o Putinie-''katechonie'' i oglądający się na opinię państwa, którego przywódca mógłby zamieszkać na Kremlu by zaoszczędzić na przelotach tam i z powrotem, tak często tam bywa [ dla niedomyślnych - mowa rzecz jasna o Netanjachuju ].

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie miał paru istotnych jak sądzę zastrzeżeń do wystąpienia Mentzena : po 1. kampania Gwiazdowskiego nie była merytoryczna ani on nie jest rozsądnym osobnikiem nawet jeśli może takowe wrażenie sprawiać, bo skoro oświadcza z typowym dla się cynicznym uśmieszkiem ot tak, że ''potrzebujemy od 5 do 10 MILIONÓW MIGRANTÓW'' znaczy, iż jest skończonym tumanem i nie ogarnia kompletnie jakie to katastrofalne skutki przyniosłoby dla naszego paździerzowatego państwa i jeszcze bardziej teoretycznego społeczeństwa [ temat godny osobnej rozprawy, stąd postaram się poświęcić mu jeden z następnych wpisów ]. Po 2. pan Sławek jak na typowego kucerza przystało powiela neoliberalny schemat o rzekomo hiperracjonalnej gospodarce przeciwstawionej opartej li tylko na emocjach polityce - rzygam tym, bo znam pierdolenie jeszcze z lat 90-ych z ''Wybiórczej'' i stojącego u szczytu powodzenia Baal-cerowicza, że najlepsze to w ogóle byłyby technokratyczne ''rządy ekspertów'', wciąż nie mogący skończyć się obecny kryzys dobitnie wykazał, że to ch... a nie prawda, zaś współczesna ekonomia oparta głównie na spekulacji derywatami itp. wirtualnym śmieciem ma więcej wspólnego z kabalistyczną gematrią, szamańskimi operacjami na liczbach niż jakąkolwiek sensowną, produktywną działalnością. Na tym właśnie polega zasadnicza różnica między neoliberałami pokroju Miltona Friedmana i jego ''Chicago boys'' a wrzucanymi zbyt pochopnie do jednego worka z nimi ''austriakami'' czyli Misesami-Hayekami - ci pierwsi wierzyli, iż można procesy gospodarcze ująć w makroekonomiczne wykresy i tabele przewidując niemal wszystkie działania na chaotycznym w dużej mierze z zasady rynku co jak wiadomo poszło się jebać w zderzeniu z bańkami spekulacyjnymi, drudzy zaś przynajmniej nie ściemniają, że ekonomia kiedykolwiek może stać się nauką w pełnym tego słowa znaczeniu uwzględniając potężną rolę czynników irracjonalnych w ludzkim działaniu, także tych związanych z przedsiębiorczością. Poza tym nie wszystko co racjonalne=dobre jak zdaje się wierzyć za ''oświeceniowcami'' Mentzen, choćby jego ideowy kolega Tomasz Sommer może uświadomić mu, iż bolszewickie zbrodnie jak ''operacja antypolska'' w ramach Wielkiego Terroru lat 30-ych były wręcz hiperracjonalne przynajmniej jeśli idzie o morderczą systematyczność z jaką została ona zorganizowana - ktoś musiał to wszystko wcześniej obmyślić i odpowiednio zaplanować a tego bez udziału rozumu dokonać rzecz jasna nie sposób. Po 3. a właściwie 4. już, wcale nie jest to takie pewne, że ludzie olewający wybory i programowo obojętni polityce dokonują racjonalnego wyboru jak twierdzi pan Sławomir, w tym również wychodzi zeń typowy liberalny kuc dla którego najlepiej aby rząd nie wtrącał się w nic rezerwując dlań co najwyżej rolę ''niewidzialnego nocnego stróża'' zaś sama dziedzina zarządzania bydłem ludzkim była udziałem jedynie nielicznych obwarowana dostępem za pomocą ''cenzusu majątkowego'' - jak tłumaczyłem jednemu znajomemu, który ''pierdoli politykę'' niestety polityka za to nie pierdoli jego, a raczej właśnie dyma w zamian ile wlezie, bo to ona decyduje gdzie pojadą ci co zamiast udać się do urny wybrali wycieczkę z rodziną i czy w ogóle będą mieli za co wyznaczając ramy w których mogą prowadzić swoją banalną egzystencję aż do usranej... Celowo napisałem ''polityka'' nie zaś ''politycy'', gdyż coraz częściej robią oni jedynie za bandę mapetów dla oligarchii finansowej podejmującej rzeczywiście wiążące decyzje w dziedzinach zarezerwowanych dotąd dla decydentów fasadowej przez to ''demokracji parlamentarnej'', stąd w pełni zdaję sobie sprawę, iż uczestnicząc w tzw. wyborach biorę udział faktycznie w ''świeckim'' rytuale, niemniej lepsze to niż celebracja eskapizmu poprzez życie w iluzji rzekomego wyłączenia się z polityki i to wliczonego wręcz w system, który woli nawet aby głosowali tylko ''sami swoi'', choćby dlatego należy podjąć tę grę świadomie i bez złudzeń co do swojej w niej roli. No i na koniec najistotniejsze : życzyłbym sobie by pan Sławek dostrzegł wraz z resztą kuców niezwykle istotną w kontekście unijnych wyborów problematykę ''soft law'' czyli szarej strefy ''miękkiego prawa'' w której operują globalistyczne i antywolnościowe struktury pokroju UE właśnie za pomocą wydawanych przez się rezolucji i deklaracji nie posiadających formalnie sankcji prawnej, a jednak faktycznie często jako takowe funkcjonujących stanowiąc istotne i groźne bywa narzędzie nacisku na oporne im w pewnych kwestiach rządy takie jak premier Szydło na ten przykład, skutecznie jak widać. Zmusza to liberałów do przemyślenia aksjomatów leżących u podstaw ich doktryny, bowiem jako zwolennicy ''wolnego rynku'' i ''swobody handlu'' wrodzy interwencjonizmowi państwowemu powinni właściwie sympatyzować z ''organizacjami pozarządowymi'', samorządnością lokalną oraz wszelkimi innymi strukturami politycznymi osłabiającymi wpływ władz centralnych na życie jednostek, sęk w tym, że ostatnie z wymienionych tworzą dziś paradoksalnie sieć globalizmu oddolnego działającego nie tyle poprzez zakulisowe machinacje i odgórny nacisk na rządy państw jak dawniej, lecz bezpośrednio wpływającego na zachowania i poglądy ich obywateli, bo tak dalece rozwinęły się w naszej epoce metody manipulacji. Obecnie największym zagrożeniem dla wolności każdego człowieka na tej planecie nie jest więc taka lub inna administracja państwowa co jakowaś ''tyrania mroku'', wielogłowy ''sieciocentryczny'' potwór na który składa się gęsta pajęczyna NGOsów, ''komisji weneckich'', WHOmo itp. ''transnarodowych'' monstrów strukturalnych o niejasnym statusie prawnym i programowo niedookreślonych kompetencjach pozwalając im dzięki temu na zbyt daleko posuniętą swobodę działania, których ''publiczno-prywatna'' hybrydowość odpowiada ''połączeniowości'' świata poddanego dyktatowi ''niewidzialnych zarządców'', dlatego polscy liberałowie powinni przeprosić się z państwem narodowym jeśli serio chcą przekroczyć klątwę ''protokołu 4%'' w wyborach, nawet pryncypialni ideowo libertarianie o ile tylko nie stracili całkiem kontaktu z rzeczywistością jak Sierpiński czy Kelthuz winni uznać je za rodzaj ''mniejszego zła'' wobec wspomnianego globalistycznego Frankensteina przy którym najbardziej pojechane konspiracjonistyczne teorie o ''New World Order'' jawią się niczym opowiastki dla grzecznych pensjonarek z minionej dawno epoki [ zresztą takim właśnie mianem ochrzciła go Anne-Marie Slaughter, żadna tam żerująca na paranoicznych ciągotach ludzkich szurnięta baba, a ciesząca się międzynarodową renomą prawnik i absolwentka niemal wszystkich liczących się anglosaskich uczelni, odpowiednio Princeton, Oxford i Harvard, w swej fachowej pracy poświęconej zagadnieniu o tym samym tytule ]. Niechże biorą za wzór swoich ideowych kolegów z innych krajów, tak jak nie ma uniwersalnego modelu kapitalizmu i anglosaski nie jest jedynym bowiem niemiecki czy japoński dajmy na to istotnie się odeń różnią, tyczy to w równym stopniu liberalizmu np. niemiecki ''od zawsze'' czyli swoich XIX-wiecznych jeszcze pierwocin charakteryzował się znacznie większym przyzwoleniem na rolę państwa w gospodarce niż miało to miejsce w Wlk. Brytanii lub USA, tak samo w Japonii, gdzie niemal nieprzerwanie rządzi od zakończenia wojny partia mająca przymiotnik ''liberalny'' w nazwie, abstrahując na ile zapożyczone z Zachodu ideologie ulegają odkształceniu przez tak obcy kontekst kulturowy istotne, że łączy ona nacjonalizm, konserwatyzm obyczajowy [ patrz choćby zdrowe podejście jej poseł Mio Sugity do ''śmieszków'' ] z rozsądną polityką ekonomiczną - obecne rządy japońskie poluzowały dotychczasowe restrykcje dopuszczając inwestycje obcego kapitału na własny rynek, wszakże dopiero gdy po długim okresie jego chronienia polityką protekcyjną udało im się uzyskać taką pozycję, iż w niczym jej to istotnie nie zagraża, nie idą też całkiem na żywioł trzymając nadal pakiet kontrolny w strategicznych dla kraju sektorach gospodarki a nie rozpuszczają wszystko jak leci rozdając fabryki kumplom niczym skurwysyn Lewandowski, nasza dupoprawica, mniemani obrońcy ''syfilizacji judeołacińskiej'' i leberałowie muszą więc skonfrontować się chcą tego czy nie z przykrą dla nich prawdą, że jeśli idzie o prawidłową obronę własnych interesów gospodarczych i państwowych są 100 lat za ''turańska dziczą'' z drugiego krańca Eurazji [ nawet ogromny dług publiczny Japonii nie jest tego zaprzeczeniem, bo w zdecydowanej większości leży on w rękach krajowych wierzycieli, stąd to sami Japończycy są jego panami a nie takie lub inne podmioty zewnętrzne, które przez to mogłyby dyktować im warunki - kwestia zasadnicza co tłumaczył już dawno dość wyraźnie tym zdenerwowany jeszcze wtedy nieoficjalny nadpremier Maowiecki ]. 

ps. 3

Plebejskie pochodzenie wymienionego na wstępie Mao nie kwestionuje bynajmniej prawdy o ''nieproletariackim'', burżuazyjnym wręcz charakterze socjalizmu/komunizmu - raz, iż chińscy chłopi mieli inny status niż w krajach, gdzie panowała ''pańszczyzna'' i ostre podziały stanowe, dzięki dostępowi do systemu egzaminów państwowych ambitni, utalentowani i odpowiednio bezwzględni plebejusze mogli dojść tam do wysokich stanowisk w cesarskiej administracji a nawet w sprzyjających okolicznościach stać się jej władcą tak jak przywódca antymongolskiej rebelii i fundator dynastii Ming [ a więc w Chinach przynajmniej raz w dziejach spełnił się sen o ''chłopskim cysorzu'' ]. Dwa, że tatuś przyszłego Wielkiego Sternika nie był ot takim sobie chłopkiem, ale prawdziwym gospodarzem, wedle bolszewickich kryteriów obmierzłym ''kułakiem'', sam fakt, iż stać go było na posłanie syna ''na nauki'' już o czymś świadczy, wystarczy obaczyć przekształcony obecnie w ''świeckie sanktuarium'' dom rodzinny Mao w Shaoshan, by przekonać się, że nie jest to żadna kurna chata a solidne dworzyszcze. I po trzecie wreszcie dla samego Marksa chłopi byli li tylko ''reakcyjną klasą społeczną'' pogrążoną w ''idiotyzmie życia wiejskiego'', stąd nie w nich a wielkomiejskim proletariacie upatrywał nowego ''narodu wybranego'', zarazem pozornie sprzeczne z powyższym wypowiedzi Przewodniczącego nie podważają w gruncie rzeczy jego marksowskiej prawowierności, bowiem sojusz z chłopstwem był dlań tak samo jak dla Lenina na którym się wzorował jedynie wybiegiem taktycznym by objąć władzę w myśl zasady ''dwa kroki w przód, jeden w tył'', i na dłuższą metę utrzymanie komunistycznych rządów w kraju o przewadze żyjącej na roli ludności i agrarnej gospodarce było niemożliwym, stąd systemowa konieczność wręcz kolektywizacji z wszystkimi jej ludobójczymi dla chłopstwa skutkami, mordercza ''pierekowka'' ich w roboli i wyrwanie z korzeniami nie były żadnymi tam ''wypaczeniami'' a uzasadnionym ideologicznie działaniem, co rzecz jasna w niczym tego nie usprawiedliwia, wręcz przeciwnie. W każdym razie aby nastał ''świt komunizmu'' i ''Wschód stał się czerwony'' niezbędnym stawało się przejście okrutnego etapu ''akumulacji pierwotnej'' budowy zrębów kapitalizmu państwowego, jedynego jaki kiedykolwiek istniał i istnieć może, nie inaczej, co też i kontynuują tylko bardziej sensownymi metodami niż w gorącej wodzie kąpany Wielki Sternik [ raczej wizjoner i poeta malujący krwawymi znakami na ''czystej kartce papieru'' jaką rzekomo miał być w jego ręku lud chiński, niż rzetelny administrator i władca ] obecnie rządzący Chinami, dlatego w pełni zasługują na miano komunistów, i jedynie idiota czyli lewak albo korwinowy kuc może im tego odmawiać.

ps. 4

Na dowód, że można jednak odpedalić tęczę :

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/to-najweselszy-dom-w-polsce/zdwprsg

czwartek, 18 kwietnia 2019

Wolni murarze bawią się zapałkami...

Pozwolę sobie odnieść się do jeszcze gorącego dosłownie tematu wiadomego pożaru - jedni wpadli z tego tytułu w radosny amok odczyniając chocholi taniec wokół niedogasłego pogorzeliska bredząc przy tym coś o ''końcu chrześcijaństwa'', drudzy zaś poczęli ulegać równie głupim apokaliptycznym histeriom, rekomenduję więc na rozpalone głowy dla otrzeźwienia nieco lekturę pracy pod znamiennym tytułem ''Wandalizm rewolucji'' z której wynika, że w czasie rewolucji [anty]francuskiej w samym tylko Paryżu zniszczono aż 3/4 kościołów, a w żadnym z pozostałych nie zachowało się kompletne wyposażenie z epoki. To co spłonęło w Notre Dame to były tak naprawdę szczątki ocalałe z obróconych w perzynę świątyń, podobnie iglica, która runęła w symboliczny wręcz sposób nie była oryginalna lecz efektem rekonstrukcji dokonanej w poł. XIX w. po ''oświeceniowej'' dewastacji katedry zamienionej przez masonów w ''świątynię rozumu'', zresztą i później profanowali ją komunardzi urządzając w niej orgie i jawnie satanistyczne rytuały w czasie trwania Komuny Paryskiej, a w końcu rozstrzelali arcybiskupa, tak że nie tylko żadne to novum jak widać, ale wręcz jeszcze wszystko przed nami [ antykatolicki pierdolec rewolucjonistów obejmował nawet walkę z karpiami zanadto kojarzącymi się im z postem, nie żartuję niestety ]. Niemal dokładnie to samo miało miejsce już parę wieków wcześniej w Niemczech, gdzie wskutek rewolucji protestanckiej KOŚCIÓŁ ZOSTAŁ PODPORZĄDKOWANY PAŃSTWU, duchownych zamieniono w funkcjonariuszy ŚWIECKIEJ władzy i jej ziemskich jak najbardziej interesów, podobny proces i to bodaj na jeszcze większą skalę zaszedł w Anglii, potężne niegdyś klasztory na Wyspach całkiem ograbiono i zrujnowano środki pozyskane w ten sposób przeznaczając na prowadzenie ekspansjonistycznej, imperialistycznej polityki, zajęte bandycko majątki rozdano bynajmniej ubogim a posłusznej rządom królewskim arystokracji i ''gentry'', zaś struktura kościelna po upaństwowieniu przekształciła parafie w odpowiednik naszych gmin, system ten zresztą utrzymuje się tam do dziś. Przykra prawda wygląda tak, że muzułmanie i reszta nowych ''barbarzyńców'' wchodzi na post-cywilizacyjny ugór, chrześcijaństwo jako masowy niegdyś fenomen jest pod tym względem w Europie od dawna martwe, wstrząsający w swej wymowie pożar w katedrze nie oznacza żadnego jego końca we Francji a co najwyżej symboliczne dlań podzwonne, to już od dłuższego czasu nie była de facto katolicka świątynia tylko muzeum i pomnik niegdysiejszej chwały obalony przez autochtonów, bynajmniej obcych najeźdźców, jakowąś ''turańską dzicz'' - sami Europejczycy i to właśnie ci ''oświeceni'' w swoim mniemaniu zaorali się na własne życzenie, stąd pies im mordę lizał, stokroć bliżej mi od nich do takiego Murzyna jak kard. Sarah, który gada z sensem w przeciwieństwie do mafii kościelnych euro-cweli na szczytach hierarchii kryjącej politpoprawnym bełkotem swoje występki :

''Wymazanie Boga na Zachodzie jest straszne.''

https://www.pch24.pl/prefekt-watykanskiej-kongregacji-kultu-bozego-wspiera-benedykta-xvi,67544,i.html

https://www.pch24.pl/kard--sarah-sprzeciwia-sie-ukazywania-pomocy-migrantom-jako-nakazu-ewangelicznego,67533,i.html

I właściwie tyle z mojej strony, nie mam najmniejszego zamiaru brnąć w dociekania ''kto, po co i dlaczego'' bo zapewne jak ze Smoleńskiem czy mordem na JFK nie dowiemy się chyba nigdy o co tak naprawdę chodziło, a machina dezinformacyjna już ruszyła, stąd zamilczę, przynajmniej dopóty pogorzelisko jeszcze się tli a rozpalone emocje nie ostygły, z grubsza zaś można się domyślić kto lubi je grzać dorzucając do pieca by mieszać w kotle. Natomiast jest to dobra okazja by przywołać dłuższy cytat ze znakomitego artykułu naukowego autorstwa Jacka Żukowskiego na kanwie obrazu z Pałacu Biskupów Krakowskich w Kielcach traktującego o sądzie nad arianami jaki miał miejsce podczas sejmu w 1638 r., bowiem jego tematem jest ikonoklastyczna furia tych ostatnich i ogólnie protestantów jacy tą lokalną mutacją wrogiej życiu i antyludzkiej patologii próbowali zarazić Polaków-katolików na szczęście z marnym raczej skutkiem, sam tytuł rozprawy ''Kije strugane'' jest w kontekście omawianych zdarzeń nadto wymowny bo tym właśnie dla rzekomych ''braci polskich'' były krucyfiksy... Sięgnijmy więc do genezy rewolucyjnej pożogi i manii niszczycielskiej jaka spopieliła w końcu od wewnątrz Europę, a której dymiące już tylko szczątki i ruiny dane nam późnym wnukom opętanych przodków dziś oglądać [ o tym zresztą traktuje znakomity należy przyznać dokument Grzegorza Brauna o Lutrze ] bo płynie z tego paradoksalne pocieszenie, iż ''nihil novi sub sole'', stąd nie ma co histeryzować - gorzej to już było a ''cywilizację białego człowieka'' zniszczyli sami biali ludzie, ''kolorowa'' barbaria wchodzi jedynie na ogołocony przez rodowitych Europejczyków w imię utopijnego ''postępu'' lub wyimaginowanego ''powrotu do źródeł'' teren :

''Dziś jednak niewielu pamięta o polskim wkładzie w dzieje europejskiego ikonoklazmu. Już ks. Szymon Starowolski, piętnując arian za kontakty z obcymi mocarstwami, zarzucał im radykalizm, również ikonoklastyczny: „żeście obyczaje poczciwych przodków waszych zgwałcili, kiedyście rzecz od nich nigdy niesłychaną do Polski wnieśli, i co oni kościołów nabudowali i fundowali [...], toście wy sprofanowali, złupili, fundusze pobrali, ołtarze i obrazy popalili, kielichy i krzyże na kufle poprzerabiali i domy pańskie, domy modlitwy na stajnie i chlewy bydłu swojemu zobracali, gorszemi się w tej mierze nad Turki i Pogany pokazując. [...] Ale nie rąbajcie obrazów, nie strzelajcie do krucyfiksów...”. Miano „iconoclastas” wprost rezerwował dla rakowskich arian jezuita Mikołaj Cichowski. Jakub Wujek utyskiwał: „Nowowiernicy [...] domy modlitwy w jaskinie łoterskie, w chlewy a w spichlerze, a mało nie w wychody obrócili”. Podobne zapatrywanie wykazywali protestanci. Wacław Urban jako jeden z pierwszych arianologów zwrócił uwagę na obrazoburczy podtekst wspomnianego wydarzenia, sugerując, iż do aktu (sprowokowanego) wandalizmu doszło pod wpływem wpajanych zasad „wiary, która potępiała kult wyobrażeń boskich” . Edward Opaliński postępek uczniów rakowskich uznał za „zachowanie wręcz prowokacyjne”. [...]  W swych wypowiedziach na temat stosunku protestantów do sztuki Michalski dowodzi, iż obrazoburstwo reformacyjne wynikało nie tylko z kontrowersji teologicznej; było fenomenem historycznym i kulturowym o złożonej naturze i nie zawsze jednoznacznej wymowie, formą walki in effigie z całym systemem starej wiary. Przez swą spektakularność i powszechność tworzyło pozór rewolucyjnego przeskakiwania etapów. Jego zaplecze stanowiły złożone procesy psychologiczne – zarówno w wymiarze jednostkowym (kompensacja), jak i masowym (projekcja agresywnej psychologii tłumów, autoafirmacja wspólnot miejskich) oraz chęć symbolicznego zerwania z własną przeszłością (wizualna demonstracja przemian), wreszcie strach przez mimetyzacją sacrum. Akcje w typie dekapitacji rzeźb, niszczenia ich atrybutów bądź części ciała, stanowiły przejaw swoistego myślenia magicznego (pozbawiania wizerunków mocy), ale przede wszystkim nawiązywały do panującego powszechnie systemu kar mutylacyjnych (odzwierciedlających). Figurom wykłuwano oczy, obrazy łamano, obsmarowywano nieczystościami, krwią krowią, wrzucano do kloak, studni oraz zbiorników wodnych; z otaczanych czcią wizerunków czyniono tablice strzeleckie. W skrajnych przypadkach sięgano po quasirytualne wieszanie na szubienicy lub palenie na stosie (protestanci uznawali ogień za element doświadczający). Niekiedy włączano akty obrazoburcze w karnawałową tradycję celebrowania „świata na opak”, w najlepszym razie zapisywano obrazy tekstem Dziesięciu Przykazań. Jak wykazuje David Freedberg, teoretyczna baza ikonoklazmu odgrywała w XVI wieku przemożną rolę, a poszczególne ruchy obrazoburcze prawie nigdy nie miały charakteru spontanicznych wystąpień. 9 II 1529 r. w Bazylei młodociani (w wieku 8, 10 i 12 lat) ikonoklaści przywiązali do wielkiego krucyfiksu kapitularnego linę i zaciągnęli go na rynek śpiewając: „O, biedny Judaszu”, a następnie spalili przy okrzykach: „Jeśli jesteś Bogiem, to się broń, jeśli jednak jesteś człowiekiem, giń”. W karnawale 1559 kościół w Poitiers zdemolowały kobiety ze swymi pociechami. Kronikarze opisujący analogiczne zjawiska często podkreślali, iż przestępstwo przeciwko wizerunkowi Ukrzyżowanego popełniali „młodzi chłopcy oraz dzieci”. Jak zauważa Lucan Burkart, uczestnictwo młodzieży w deliktach wymierzonych przeciwko przedmiotom kultu było rzeczą szeroko rozpowszechnioną. Dzięki swemu szczególnemu statusowi prawnemu dzieci nie mogły być pociągnięte do odpowiedzialności za swe czyny, co również wiązało ręce radzie miasta. Zapewne podobnie rzecz się przedstawiała w kazusie rakowskim, warto jednak uświadomić sobie szerszy kontekst tego wydarzenia. Latem 1520 r. Uly Anders z Kennelbachu został oskarżony przez włodarzy miasta Zurych o obalenie Grupy Ukrzyżowania w zajeździe Utznach, a następnie stracony za bluźnierstwo. W ciągu trzech-czterech lat tego typu zachowania przestano postrzegać w kategoriach zbrodni. Owo przewartościowanie zapowiadało protestancką rewolucję w pojmowaniu sztuki. Za swoisty ryt przejścia można uznać zniszczenie pod przewodem Klausa Hottingera wielkiego krucyfiksu stojącego na rozstaju dróg w Stadelhofen pod koniec września 1523 r., czy trzy lata późniejsze podeptanie krucyfiksu przez ikonoklastę z Bazylei, Fridelina Bergera. Heinrich Bullinger w swej kronice stylizuje Hottingera na pierwszego męczennika reformacji, a jego los porównuje wręcz do udręki samego Chrystusa. Ilustrator kopii kroniki z ok. 1605 r. przeznaczył ikonoklastom w sumie sześć miniatur – a zatem więcej niż poświęconych życiu Zwingliego ! Cztery kolejne sceny zaczerpnięte zostały z tradycyjnej ikonografii męki Chrystusa: pojmanie/aresztowanie, przesłuchanie/proces, niesienie krzyża / droga na miejsce kaźni oraz ukrzyżowanie/uśmiercenie. Powrót do ikonografii chrześcijańskiej (odrzuconej przez reformatorów!) stanowi intrygujący paradoks. Prosty, drewniany krzyż przydrożny obalano na analogicznych zasadach, na jakich oddawano mocz do kościelnych kielichów i karmiono psy hostią. Ani jedna Grupa Ukrzyżowania z belki tęczowej nie przetrwała pierwszej fali ikonoklazmu angielskiego! Mania palenia krucyfiksów (także wolno stojących), niekiedy uchodzących dotąd za cudowne (np. w Dovercourt) osiągnęła w Anglii szczyt ok. 1560 roku. Ich obalenie symbolizowało przezwyciężenie starego porządku oraz wyrażało swoistą publiczną deklarację; tak drastyczna napaść na symbol dotychczasowej wiary wiązała się jednak z podskórnym lękiem, czego przykładem obrazoburcze wypadki w kościele w Hasselt w 1567 roku. 4 II 1538 r. odegrano swoisty spektakl, którego tragicznym aktorem był animowany krucyfiks z klasztoru cysterskiego w Boxley, w hrabstwie Kent. Biskup Hilsey wygłosił wówczas obrazoburczą modlitwę, wzywając do zachowania drzazg krzyża na dowód wierutnego oszustwa, którego ofiarami były kolejne pokolenia. W zbliżonych okolicznościach w nocy z 22 na 23 V rozbito na drzazgi krucyfiks w parafii św. Małgorzaty w Londynie. W 1589 r. to samo spotkało krzyż (z 1346 r.) w Durham. W 1600 r. purytanie obalili tzw. Banbury High Cross. Trzy lata później z podjudzenia Johna Bruena siedmiu mężczyzn zrzuciło na ziemię kamienny krzyż na placu kościelnym w Wharton, w hrabstwie Cheshire. Po wielu uprzednich zamachach prywatnych, w maju 1643 r. ikonoklastyczny rytuał objął tzw. Cheapside Cross. W miejscu jego fundamentów jeszcze długo płonęły „papistowskie księgi”. Nieprzypadkowo uciekający z Francji do Niderlandów hugenoci znaczyli swą drogę poprzewracanymi figurami i krzyżami. Jednym z zasadniczych czynników niepowodzenia kalwinizmu jako ruchu masowego był właśnie ikonoklazm. Skupiający główne funkcje kultowe krucyfiks wiszący nad ołtarzem był solą w oku reformatorów z powodu kosztownego materiału, sprzyjającego bałwochwalstwu miejsca umieszczenia, a niekiedy ze względu na liczne zawarte w nim relikwie. W Augsburgu (1529) kaznodzieja Michael Keller zniszczył krucyfiks w kościele karmelitów bosych, a następnie parodiował odpustową sprzedaż, oferując słuchającym kazania jego fragmenty „po funcie”… Za powszechnie zrozumiały symbol uchodziła pozornie bluźniercza imitacja pasji, dokonywana na „fałszywym, diabelskim Chrystusie”, niejako w ramach kary za oszustwo polegające na reprezentowaniu boskości. W Saint-Jacques (1566) rzeźnik Guillaume zatknął głowę Chrystusa na latarni, a potem wraz ze swymi towarzyszami – bezsprzecznie imitując scenę biczowania – okładał ją gałęziami, krzycząc: „jeśliś Bóg, przemów”. Podobnie przy wrzucaniu na stos wielkiego krucyfiksu z Grossmünster w Szwajcarii wołano: „Bistu Got, se wer dich, bistu aber Mensch, so blut”. Czasem wykorzystywano nawet kościelne krucyfiksy jako prześmiewcze narzędzie kaźni. Około 1550 r. anglikański biskup Gardiner uskarżał się, że w Portsmouth Chrystusowi Ukrzyżowanemu wydłubano oko i przebito bok. W 1566 roku w Armentières niejaki Pierre Bien zrzucił krucyfiks na ziemię, żartując do swych towarzyszy: „Sprawdźcie, czy nie krwawi, czy nie trzeba wezwać medyka”. Także w Nîmes (1621) oraz w pobliskim Marquerittes (1621) doszło do ataków na krucyfiksy z użyciem lanc oraz kusz. Jeszcze w roku 1662 w rejonie Kleve pewien szlachcic kazał usunąć przydrożny krzyż i ustawić na jego miejscu szubienicę. Bardzo wyraźne związki symboliczne łączyły owe praktyki z prawnymi rytuałami karzącymi in effigie. Wieszanie na szubienicy bądź palenie „skandalicznych” obrazów należało w XVI w. do najpopularniejszych rytuałów prawnych. Powiązanie obrazoburstwa z napięciami społeczno-politycznymi stanowiło zasadę. Przykładowo, w XVI-wiecznych Niderlandach ikonoklazmu nie pojmowano w kategoriach rebelii – był aktem sterowanym przez siły polityczne dążące do własnej legitymizacji. Tytułowe zjawisko rodziło pustkę – po części wypełniła ją ideologia państwowa. Jednak w połączeniu z kwestią przedmiotów kultu oraz ich niszczeniem, pojęcie karania in effigie nabierało – w kontekście religijnego obrazu – symbolicznej wieloznaczności. Ów rytuał interpretowano jako ukaranie konkretnego bożka (w przypadku znanych dzieł – np. „natury pielgrzymkowej”) bądź też, idąc nieco dalej, jako karcenie wszystkich obrazów tego samego typu ikonograficznego. Wreszcie atak ten mógł być wymierzony, nawet symbolicznie, przeciwko samemu prototypowi (np. wszystkich kwestionowanych świętych). Zajście, jakie miało miejsce w 1621 r. w Nîmes, gdzie do pręgierza przymocowano zwłoki straconego przestępcy ułożone na kształt krzyża i zaopatrzone w koronę cierniową oraz poranione na wzór Chrystusowych, należy rozumieć jako wyszydzanie krzyża w znaczeniu obiektu wiary. Porównywalnie, jako „przedegzekucyjne” naigrywanie się można ujmować domniemany czyn Balthasara Hubmaiersa, który w listopadzie 1524 r. w Waldshut „miał przy pomocy sznurów wyciągnąć z kościoła obrazy przedstawiające naszego Pana na krzyżu”. W kategorii szydzenia z krzyża poprzez formy in effigie mieści się również kazus z października 1551: w kościele klasztornym w Riddagshausen w Dolnej Saksonii zdjęto wielki krucyfiks, a następnie figurze Chrystusa odrąbano głowę, pozostałe szczątki zawieszając za jedno ramię na drzewie. Na początku marca 1615 roku kalwińska partia dworska nakazała zniszczenie wielkiego krucyfiksu w katedrze berlińskiej oraz wrzucenie jego szczątków do rzeki Sprewy, co sprowokowało powstanie mieszczan. W czasie szturmu na dom powszechnie znienawidzonego kaznodziei Martina Füssela wykrzykiwano: „Ty czarny kalwinisto […] kazałeś nam rzucić się na obrazy i zniszczyć krucyfiks; teraz chcemy rzucić się na ciebie i na twoich kalwińskich klechów”. Ikonoklazm stał się publiczną manifestacją przejścia do przykładowej praxis pietatis, co nie wykluczało znamion rytuałów terapeutycznych lub apotropaicznych. Last but not least, u podstaw nowożytnej furii ikonoklastycznych „buntów” leżało przekonanie, że oglądanie obrazów ma moc transformatywną. Percypowano je jako proces aktywny, nie bez wpływu na charakter odbiorcy. Fobia wyobrażeniowa wynikała z rewolucji w pojmowaniu zmysłu wzroku i jego roli w oświeceniu religijnym; obrazowa kultura średniowiecza została u progu nowożytności wyparta przez kult słowa, z preponderancją zmysłu słuchu. Ów lęk wynikał także z przekonania o opresyjnym oddziaływaniu przedmiotu, który się ogląda – patrzeć oznaczało w jakimś stopniu uczestniczyć w przedmiocie postrzegania (w czego wyniku coś „zakazanego” mogło się dostać do naszej duszy; godząc się na to, aby nasze oczy patrzyły na idole, czynimy z nich sługi pseudobóstw). Wierzono, iż malowane wizerunki „penetrują” serca głębiej niż czytane czy słuchane słowo. Stąd mogą zwieść niewinnych odbiorców. Te prawidła były dobrze uświadomione przez reformatorów, szermujących przede wszystkim argumentami natury teologicznej. [...]

W konkluzji krótkiego szkicu warto przytoczyć cztery bazowe zasady, które – w ujęciu Carlosa Eirego – leżały u podstaw ikonoklazmu protestanckiego. „Zasada władzy” wysuwała Słowo Boże na pierwsze miejsce; zakorzeniony w wojowniczym „biblicyzmie” triumf słowa nad obrazem oraz swoisty prymitywizm, chęć powrotu do początków Kościoła (sprzed epoki błędów i wypaczeń) prowadził niektórych protestantów do mimetycznego ekstremizmu. „Zasada hermeneutyczna” bazowała na  teorii radykalnej transcendencji. Czerpiąca z tradycji neoplatonizmu ikonoklastyczna hermeneutyka, wyrażająca się w sentencji „Finitum non est capa infiniti”, głosiła niemożność zbliżenia się do rzeczywistości duchowej poprzez kontemplację rzeczywistości materialnej. Przekonanie Kalwina o tym, iż „Bóg jest tak odmienny od ciała, jak ogień od wody” implikowało niepoznawalność Jego istoty i redukowało właściwy kult do wymiaru duchowego. Wiara w to, że świat fizyczny plasuje się na niższym poziomie w hierarchii bytów, oraz w dualizm duchowo-materialny pociągający za sobą odrzucenie teorii obrazu i prototypu, skutkowały negatywnie: wszelkie oddawanie czci obiektom materialnym równało się zaprzeczeniu duchowości. Trzecia zasada sformułowana przez Eirego opiera się na podejściu antropologicznym; zepsucie natury ludzkiej jako konsekwencja upadku Adama i Ewy tworzy „upadły umysł”, percypujący Boga jedynie w wymiarze materialnym; stąd konieczność ochrony umysłu przed taką pokusą. Ostatnią regułę warunkują okoliczności społeczne. Protestancka teoria redystrybucji dóbr odrzucała pojęcie pobożności fundacyjnej (cultus divorum), prowadzącej do wyzysku. Obrazy stanowią jedynie element systemu kontroli i wsparcia kasty kleru. W ujęciu kalwińskich ortodoksów, z jednej strony, krzyż poza światem słów przestaje być krzyżem, a z drugiej – „pusty kościół jest kościołem bez wątpliwości”. Sprzeciw wobec krucyfiksu miał charakter kwalifikowany, ponieważ właśnie krucyfiks stanowił najpowszechniejszy obiekt kultu, najbardziej popularny typ świętego wizerunku, także w realiach Rzeczypospolitej.''

http://quart.uni.wroc.pl/archiwum/2011/20/quart20_Zukowski.pdf

Marnym raczej pocieszeniem jest, niemniej należy to odnotować, iż nie tylko naszą cywilizację opanowała autodestrukcyjna przypadłość, podobne wypadki i to bodaj o jeszcze bardziej niszczycielskim zasięgu miały miejsce nieco tylko ponad pół wieku temu na drugim krańcu Eurazji podczas tzw. ''rewolucji [anty]kulturalnej'' w maoistowskich Chinach - trzeba przyznać, iż kryje się w tym uniwersalna, swoiście upiorna logika :



I tak oto ''Wschód jest czerwony'' od płomieni, które go spopieliły, Zachód zaś dogasa blaskiem krwawej łuny pożarów... czyżby Eurazja miała stać się na powrót jednym wielkim stepem i gigantycznym placem budowy pod piramidę Wielkiego Architekta ? [ sądzę, że odpowiedź zna tylko Juncker - i dlatego nigdy nie trzeźwieje ].

piątek, 15 marca 2019

Turbolechityzm jak gender i polakożerstwo.

Zanim przystąpię do rzeczy wypada gwoli jasności poczynić zastrzeżenie co do typowego dla tego bloga stylu w jakim została spisana niniejsza gargantuiczna jak zwykle notka a który można określić jako ''spiralny'', co pozwala zataczając szerokie kręgi łączyć nie powiązane z pozoru kwestie w narrację spójność której zapewnia krążenie wokół osiowej tu tematyki ''prawdy konstruowanej'' i posługujących się nią zdziczałych całkiem elit, uprzedzam więc, że PROSTO NIE BĘDZIE, tym bardziej, iż mowa tu o ''programowym chaosie'' co wymaga adekwatnego opisu, i tak zresztą na tle niektórych z przywołanych poniżej autorów stanowię wzór klarowności. W gruncie rzeczy najbardziej odpowiada mi forma ''sarmackiej sylwy'', stąd wijące się niczym węże lub spadające kaskadą w dół strony zdania ''dziesięciorzędnie-złożone'', łączenie wyrafinowanego słownictwa z obscenami, swobodne zestawienia i wnioski do których nigdy nie posunąłby się skrępowany wymogami naukowej metodologii uczony [ choć to akurat dziś niestety g... już znaczy co wykażemy ] itd., owszem potrafię pisać do bólu krótkimi, ''szczekającymi'' wręcz frazami jak niejednokrotnie w tym miejscu udowodniłem, tylko po co ? Na szczęście w przeciwieństwie do feministek, pederastów, ''transpłciowców'' itp. agresywnej hołoty nie zatrzymałem się na poziomie emocjonalnym 10-latka, co każe im ''żądać akceptacji'' a nie zwykłego tolerowania ich wybryków, i naprawdę urojona korona nie spadnie mi z głowy jeśli dla kogoś niestrawnym okaże się mój przekaz ani zamierzam kogokolwiek z tego tytułu pozywać, nasyłać nań policję lub w jakikolwiek inny sposób terroryzować jak tamci to czynią. Nie zabiegam o niczyją uwagę, wystarczy iż waga poruszanych tu spraw przekracza skromne ramy zwykłej blogowej notki ''przelewając'' się wręcz treścią poza nie i wymaga mimo groteskowego czasem tonu opowieści, by jednak przysiąść nieco nad nimi poświęcając czas lekturze i przemyśleniom, jeśli ktoś nie ma na to ochoty lub bieg spraw życiowych mu na to nie pozwala jest w prawie mieć to głęboko w rzyci, i nikomu nic do tego. A tera do ad remu jako ojcowie powiedali :

Dziś zajmiemy się odpowiedzią na kwestię, która tylko z pozoru nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją międzynarodową i atakiem propagandowym na nasz kraj jaki przeżywamy, co stanie się jasnym w dalszej części wywodu, a brzmi ona : dlaczego krytyka tzw. ''rodzimowierstwa'' jest zwykle tak beznadziejna ? Bowiem jej autorzy poprzestają zazwyczaj na merytorycznym obalaniu turbolechickich fałszerstw historycznych kompletnie ignorując jak postaramy się to udowodnić sedno, głębszy wymiar i programowy charakter tychże konfabulacji. Dzieje się tak, gdyż krępują ich wymogi metodologii naukowej a nade wszystko zdają się pozostawać w kręgu oświeceniowo-pozytywistycznych przesądów z ich topornymi podziałami na ciemnogród i jasnogród, postęp i reakcję, rozum i zabobon etc. przez co bagatelizują problem sprowadzając go do poziomu zwykłej głupoty szerzącej się wskutek masowej niewiedzy, pomijając zupełnie niepasujący do tego uproszczonego by nie powiedzieć prostackiego obrazu szereg wybitnych luminarzy świata kultury i uczonych, i to przeważnie tych ''oświeconych'' właśnie, którzy w przeszłości hołdowali takowym ''bzdurom'' [ co rzecz jasna nie dowodzi bynajmniej ich słuszności ]. Tymczasem jak wszystko bodaj na tym padole sam racjonalizm również posiada drugą mroczną stronę i rodzi własne zaprzeczenie w postaci bujnego rozkwitu ''myślenia magicznego'', o czym zresztą już tutaj pisaliśmy, powtórzmy jednak - oczywistym powinno być dla każdego trzeźwego obserwatora obecnej post-cywilizacji w której przyszło nam żyć, że stanowi ona właśnie jakowąś neo-barbarię, która bynajmniej nie przeczy a pod pewnymi względami jest wręcz skutkiem bezprecedensowego rozwoju technologicznego i przyrostu wiedzy w naszych czasach. Fenomenem, który ten pozorny paradoks świetnie ilustruje jest tzw. muzyka i kultura techno - ''tak zwane'' bo jedno i drugie zdecydowanie na wyrost, ale idzie tu o fakt, że narzędzia wysoko rozwiniętej technicznie cywilizacji bo przecież wszystko to są dźwięki elektroniczne generowane za pomocą syntezatorów, automatów perkusyjnych i komputerów + laserowe wizualizacje + towarzyszące temu nieodmiennie syntetyczne dragi z pigułą ecstasy na czele, wszystko to jednym słowem służy wprawieniu ludzi w trans, który niczym istotnym nie różni się od szamańskiego opętania, z tym wyjątkiem jedynie, iż kiedyś ludzie wpadali weń za pomocą rytualnego bicia w bębny i odurzania się wywarami z muchomora itp. ''czarodziejskich'' roślin, a dziś osiągają podobny efekt dzięki produktom laboratoriów i fabryk. Takoż można też traktować inne przejawy popkultury, zwłaszcza ekstremalne formy ''metalu'' jakie stanowią emanację czystych atawizmów i nie przypadkiem wiążą się zwykle z jawną promocją okultyzmu, tak jak to jest w przypadku Nergala otwarcie afiszującego się z fascynacją thelemizmem, którego twórca, jak pisze jego czołowy polski [wy]znawca i tekściarz ''Behemota'' K. Azarewicz, praktykował rytualne zapinanie w tyłek, gdyż wierzył iż w ten sposób zyskuje dostęp do innego wymiaru rzeczywistości i kontakt z bogiem Merkurym:) [ prawdziwy herme-tyzm, ''homo homini'', transcendencja poprzez otwór w dupie, bowiem ''czyż odbytnica (nie) jest grobem ?'' ]. Zresztą doprawdy jednostkom mającym pretensję do posiadania ilorazu powinno wreszcie dać do myślenia uporczywe odtwarzanie się i plenienie zabobonów mimo ich ciągłych utyskiwań, począwszy od ''oświeceniowego'' pieprzenia jak niby coś takiego jest wciąż możliwe w wieku ''świateł rozumu'', XIX stuleciu ''żelaza i pary'', XX-ym, gdy ''ludzie latają w kosmos'', wreszcie obecnej epoce ''rewolucji informatycznej'' itp. - naprawdę nic wam nie świta ? Pora by wreszcie zmądrzeć, uczone głąby i przyznać w końcu, że to właśnie wasz Rozum, który tak fetyszyzujecie płodzi te maszkary, bowiem gdy jemu samemu brak rozumności, czyli świadomości własnych ograniczeń staje się przez to największym demonem, parafrazując znane powiedzenie : dlatego tak ważny jest przedrostek ''neo-'' w opisie rzeczonego fenomenu, gdyż nie mamy tu do czynienia z prostym regresem do prehistorycznych form jak zwykle mniema ''oświecona'' jedynie w swym mniemaniu kołtuneria, lecz postępowym barbarzyństwem - czy ktoś z was kurwy to ogarnia ?! [ a jeśli nie to jak śmiecie zwać się intelektualistami ].

Drugim istotnym powodem dla którego krytyka turbolechityzmu jest zwykle tak jałowa przy całej jej merytorycznej słuszności podkreślam jeszcze raz, stanowi programowe, bo rzekomo niegodne ''poważnych badaczy'' zamilczanie roli masonerii w genezie rodzimowierstwa a to jak gdyby rozprawiać o islamie nie wspominając nic o Mahomecie i jego pierwszych wyznawcach [ nieco tylko przesadzam ]. Na absurd zakrawa tabu panujące w tej materii w kraju z masońskim hymnem narodowym, gdzie jako oficjalne państwowe święto czci się rocznicę konstytucji napisanej i w dużej mierze przeforsowanej przez fartuszkowych ''braci'' potępiając zarazem sprzeciwiającą się jej Targowicę, której przewodził także wolnomularz i to nie byle jaki bo były wielki mistrz ''Grand Orient'' całej Rzeczpospolitej Szczęsny Potocki itd. Przez tego typu pierdoły czytamy później w popularnym opisie na Wiki sztandarów Legionów Dąbrowskiego, iż przedstawiono tam, cytuję : ''narzędzie do wyznaczania poziomu - symbol równości'' - zamiast wprost napisać, że chodzi o masońską węgielnicę ktoś bawi się w pedalskie eufemizmy byle nie wyjść na oszołoma od ''teorii spiskowych'', co za tumany. Na szczęście jesteśmy wolni od akademickich zajobów i uwarunkowań, stąd możemy pozwolić sobie tutaj na odrobinę niezależności sądu powołując się przy tym na tych nielicznych badaczy, którym podobna idiotyczna autocenzura jest obca, konkretnie Andrzeja Walickiego [ nie kompromitujcie się jeśli nie wiecie kto on zacz ], który tak oto pisze o genezie słowianofilstwa z którego wywodzi się z kolei nasze rodzimowierstwo :

''Naród polski wkraczał w wiek XIX bez wyraźnego wyboru orientacji politycznej i opcji cywilizacyjnej. W obu tych kwestiach opinie warstwy przywódczej i elity intelektualnej pozostawały podzielone. Orientacja prorosyjska nie zanikła nawet w okresie wojen napoleońskich; na jej czele stał książę Adam Czartoryski, bliski przyjaciel i zaufany doradca Aleksandra I, minister spraw zagranicznych cesarstwa. Dzięki temu zwycięstwo Rosji nad Napoleonem zaowocowało utworzeniem konstytucyjnego Królestwa Polskiego, posiadającego własny sejm i wojsko. Wywołało to wśród Polaków potężną falę rusofilskiego entuzjazmu, który przybrał postać prorosyjskiego słowianofilstwa. Można powiedzieć bez przesady, że idee słowianofilskie zdominowały życie intelektualne Królestwa. Kuźnią ich były loże masońskie, i to nie tylko w Królestwie, lecz również w Petersburgu i w Kijowie.''

[ str. 34-5 ] :

http://m.publio.pl/files/samples/5f/16/7c/60583/Polska_Rosja_marksizm_Prace_wybrane_demo.pdf

- co dodajmy wyrażało się w samym nazewnictwie powstających wówczas jak grzyby po deszczu w Kongresówce jak i na zagarniętych przez Moskali terenach Rzeczpospolitej lóż masońskich takich jak ''Zjednoczeni Słowianie" w Kijowie (od roku 1818), „Orzeł Słowiański" w Wilnie (od roku 1816) czy warszawska „Jedność Słowiańska" (od 1818 г.), tyczy to również parawolnomularskiej konspiracji na czele ze Związkiem Wolnych Lechitów, gdzie rozpoczynali swą przyszłą działalność polityczną Maurycy Mochnacki i Seweryn Goszczyński, choć należałoby tu także wspomnieć o ukonstytuowanym na Kijowszczyźnie i Wołyniu ''Stowarzyszeniu Zjednoczonych Słowian'' mającym bezpośrednie powiązania z dekabrystami. Łącznikiem między tymże masońskim słowianofilstwem a stricte już rodzimowierstwem i to od swego zarania noszącym wściekle antykatolicki a nawet antypolski wręcz charakter jest postać Zoriana Dołęgi-Chodakowskiego, autora antycypującej ten nurt rozprawy pod wymownym tytułem : ''O Słowiańszczyźnie przed chrześcijaństwem'' - wprawdzie nie udało mi się nigdzie znaleźć potwierdzenia jego przynależności do którejkolwiek z lóż, ale jak pisze Alina Witkowska w recenzji poświęconej mu monografii, język jego pism ''daleki od zracjonalizowanego wywodu naukowego'', gdzie wielką rolę odgrywa ''szyfr, hieroglify'', tajemne znaki i wyzierająca zeń ''postawa wtajemniczonego, nie tyle poznającego co wnikającego'' w sekrety rzekomych dziejów dawnych Słowian oraz autorytatywny ton właściwy bardziej dla jakowegoś ''kapłana wiary rodzimej'' celebrującego ''niepojęty dla innych rytuał'' a nie badacza, jednoznacznie wskazuje na okultystyczne inspiracje i pozwala imć Zoriana traktować co najmniej jako ''wolnomularza z ducha''. Natomiast na pewno masonem był Bronisław Trentowski, którego czołowi luminarze obecnego rodzimowierstwa jak Czesław Białczyński są w pełni w prawie uważać za ''strażnika wiary słowiańskiej'' i oficjalnego już fundatora polskiego neopogaństwa, postać absolutnie kluczową tutaj - ponownie oddajmy głos Walickiemu :

''W latach czterdziestych Wielkie Księstwo Poznańskie stało się przejściowo najważniejszym centrum krajowego życia umysłowego. Stosunek intelektualistów tego regionu do idei słowianofilskich przedstawiony został na łamach poznańskiego „Roku” w programowym artykule pt. Panslawizm i dążność słowiańska są dwie zupełnie różne idee (1844). Dowodził on, że panslawizm jest tworem sztucznym, zrodzonym z agresywnego ducha mongolskiego, podczas gdy dążność słowiańska jest produktem naturalnego rozwoju i realizacją chrześcijańskich idei wolności, równości i braterstwa. Zdaniem anonimowego autora dążność słowiańska wzniosła się na poziom świadomości w polskiej „filozofii narodowej”. Miało to oczywiście potwierdzać tezę o słowiańskim powołaniu Polski. „Filozofia narodowa”, o której mowa, była ruchem umysłowym zrodzonym z prób wykorzystania narzędzi pojęciowych klasycznej filozofii niemieckiej, zwłaszcza heglizmu, w celu stworzenia filozofii przezwyciężającej spekulatywną jednostronność Niemców, wyrażającej tożsamość narodową Polaków i otwierającej jednocześnie nową erę w dziejach filozofii powszechnej. Filozoficzna analiza koncepcji „filozofów narodowych” wykracza poza ramy niniejszej pracy; wspominam o nich tylko dlatego, że każdy traktował swe zadanie jako emancypację filozoficzną całej Słowiańszczyzny. August Cieszkowski, którego „filozofia czynu” wywarła głęboki wpływ na młodego Hercena, traktował swe koncepcje jako wyrażające ducha słowiańskiego i torujące drogę epoce, w której hegemonia intelektualna należeć będzie do Słowian. Podobne myśli głosił Bronisław Trentowski, u którego znajdujemy ponadto ideę federacji słowiańskiej, idealizację religii dawnych Słowian oraz surową krytykę katolicyzmu w dziejach Polski (łącznie z poglądem, że byłoby zapewne lepiej, gdyby Polska rozwijała się w obrębie wschodniego chrześcijaństwa).''  [ - patrz wyż. str. 40-1 ]

- konkretnie wyrażoną w ''Chowannie'', aczkolwiek kluczowym jest tu inna rozprawa jego autorstwa pod wymownym tytułem : ''Bożyca lub teozofia – Wiara Słowiańska lub etyka piastująca Wszechświat'', gdzie (re)konstruował po swojemu mitologię prehistorycznych przodków [ choć gwoli uczciwości nadmienić należy, że słowianofilstwo nie musiało się równać rusofilii i zaprzaństwu narodowemu jak choćby w przypadku byłego radykała powstańczego a później carskiego agenta Adama Gurowskiego, było tu miejsce na koncyliacyjną postawę Lelewela łączącego polityczny sprzeciw wobec caratu z admiracją dekabrystów i głoszonej przez nich idei ''federacji słowiańskiej'', a nawet odmawianie Rosjanom miana Słowian przez działacza międzypowstaniowej emigracji polskiej Franciszka Duchińskiego od którego to parę dekad później ''turańską dzicz'' zerżnął Koneczny, skądinąd rozczarowany (?) słowiano- i rusofil ]. I tu wreszcie dochodzimy do sedna : Trentowski jako zaangażowany wolnomularz znany wówczas szeroko wśród lożowych ''braci'' w całej kontynentalnej Europie głosił program radykalnej reformy masonerii antycypujący o pół wieku prawie zmiany jakie w ''młotkowym'' rytuale wprowadził Wielki Wzwód - otóż do pasji doprowadzało go, że ''oświeceni'' wciąż czczą jakiś surogat Boga w postaci Wielkiego Architekta i przysięgają na Biblię, skoro równie dobrze mógłby to być Koran albo hinduskie Wedy czy buddyjskie sutry itp. stąd postulował zastąpić to niezapisaną Księgą, czystą kartą dosłownie i to w podwójnym sensie, nie tylko mieszczącym pomienione pisma święte wszystkich religii ale i tych wyznań, które dopiero powstaną bowiem wierzył, że człowiek powinien mieć nie tyle prawo wyboru własnego światopoglądu i religii co nade wszystko samemu ich tworzenia. Bardzo to wolnomularskie z ducha - Tadeusz Cegielski, naczelny polski turbomason i rzecznik wolnomularstwa na Rzeczpospolitą nr. III, w swoim wykładzie o inspiracjach masońskich w muzyce Mozarta dostępnym na tubowym kanale Muzeum w Łazienkach Królewskich poczynił istotną w tym kontekście uwagę tłumacząc znaczenie symboliki staroegipskiej w rytuale fartuszkowego bractwa, otóż poza synkretycznym kultem ''Hermesa Trismegistosa'' jej sens odnosi do kasty kapłańskiej jako ''świeckiej siły tworzącej religię rozumianą tu jako fenomen historyczny a nie objawiony''. Koresponduje to z tezami Feuerbacha od którego Marks przejął pojęcie ''alienacji'' co ten pierwszy rozumiał jako fundamentalną ślepotę ludzkości na fakt, iż w Bogu czci ona tak naprawdę samą siebie i stąd należy zdjąć jej rzekome ''bielmo'' religii z oczu. Dlatego dla Marksa, jak stoi wyraźnie w jego ''rękopisach paryskich'', człowiek nie jest tworem Boga jak dla żydów, muzułmanów czy chrześcijan, ani też ślepych sił natury jak u ewolucjonistów z kolei, lecz sam tworzy siebie i swój świat [ na własny użytek podobny kompleks nazwałem ''syndromem barona Munchhausena'' co to miał się wyciągnąć z bagna za włosy ]. Bliźniaczo podobne myśli możemy znaleźć choćby u gdańskiego różokrzyżowca Juliusa Sperbera uznawanego przez badacza masonerii Krzysztofa Dowgiałłę za jej XVII-wiecznego prekursora [ jak pisze, krąg uczniów i wyznawców stworzonej przezeń hermetycznej gnozy, i to tak prominentnych jak późniejszy współpracownik Cromwella Samuel Hartlib, założył w latach 20-ych tego stulecia ''tajne stowarzyszenie, ewangelicki związek o nazwie ''Antilia'', który stanowił pierwszą zhierarchizowaną organizację na terenie Prus Królewskich bazującą na indywidualnych wtajemniczeniach jej członków'' ], otóż wykładał on w swym pełnym zawiłej symboliki dziele ''Echo der von Gott'', że :

''Człowiek jako jeden, wszystko co znajduje się w tamtym dalekim świecie, widzialnego i niewidzialnego, przeszłego, teraźniejszego i obejmującego przyszłość, przywłaszczyć może, i jakby samemu się stworzyć, i samemu stać się wszystkim''

- nie utożsamiamy bynajmniej tym samym marksizmu z masonerią, a jedynie wskazujemy na ich źródłowe pokrewieństwo, ani też sugerujemy przynależności lożowej samego Karola bo nic nam o tym nie wiadomo, aczkolwiek niewątpliwie zbyt lekceważone jako sztubackie wygłupy są jego młodzieńcze wierszydła przeniknięte prometejskim lucyferianizmem z którego wyrastała cała jego późniejsza działalność jako ideologa socjalistycznego. Nie zawsze zresztą przyjmowało to postać tak ''głębokich wtajemniczeń'' bowiem od tego tylko krok do śmieszności co dobrze znać choćby po ''turbolechickiej Biblii'' jaką stanowi apokryficzna ''Księga Prokosza'', jak wszystko na to wskazuje sprokurowana przez gen. Franciszka Dzierżykraja Morawskiego, masona a jakże, który w ten oto sposób postanowił ubarwić sobie nudę służby garnizonowej w Lublinie lat 20-ych XIX w., naonczas strasznej prowincjonalnej dziury jak skarżył się w listach przyjaciołom, dworując sobie tym okrutnie z zapoznanego dziś całkiem a głośnego wtedy poety Jaxy-Marcinkowskiego wyśmiewanego powszechnie za grafomańską twórczość i groteskową megalomanię [ niestety rzecz posiada nieprzyjemny posmak środowiskowego zaszczucia przez literatów ''kolegi po piórze'' i nabijania się z ułomnego, bowiem wyszydzony nieszczęśnik zakończył marnie żywot w domu dla obłąkanych ].

Aby postawić w tej kwestii przysłowiową ''kropkę nad i'' odwołajmy się do Andrzeja Nowickiego [ nestora rodzinki z piekła rodem : dziadek mason, syn astrolog, była synowa naczelna aborterka nadwiślańska, niestety niekonsekwentna bo porodziła aż trzech potomków z których dwóch to zakuci neostalinowcy, więc może chociaż jeden się udał i jest jakaś przyszłość przed Nowickimi ], który tak oto wykłada istotę filozofii wolnomularskiej :

''Z zamiłowaniem do twórczości i działań na rzecz naprawy świata związana jest koncepcja Świata Niedokończonego, popularna u europejskiej masonerii. Stanowi ona swego rodzaju trzecią odpowiedź na pytanie o skończoność bądź nieskończoność świata. Zgodnie z tą koncepcją Świat nie jest ani skończony, ani nieskończony, lecz właśnie niedokończony. Świat "czeka na tych, co potrafią podjąć zadanie współtworzenia go i doskonalenia." Idea ta wywiedziona jest od włoskiego myśliciela Giulio Cesare Vaniniego (1585 - 1619) i jego koncepcji mundus imperfectus, w myśl której doskonałość przysługuje temu co niedokończone, zdolne do rozwoju, podatne na modyfikację, wzbogacane o nowe elementy. Koncepcja ta współgra z masońskim symbolem "nieociosanego kamienia" - nieskończonym procesem doskonalenia każdej jednostki. Masoneria odrzuca pojęcie jednorazowego stworzenia, wprowadzając w jego miejsce pojęcie "nieskończonego budowania i doskonalenia świata". Stąd umiłowanie do tworzenia, pracy i dzieła.''

http://www.taraka.pl/masoni_wiecej_swiatla

...rewolucji i wszelkich przewrotów społecznych, zamachów stanu etc. dodajmy, bowiem hołdują zasadzie ''ordo ex chao'', ''twórczego chaosu'' jako źródła kosmicznego porządku wedle nich. Postacią stanowiącą zwornik między tak pojmowanym masońskim lucyferianizmem a już ściśle komunistycznym zaangażowaniem w przebudowę świata był Jan Hempel, zapoznany dziś słusznie rewolucjonista i mentor młodego Bieruta, który od wczesnych anatem rzucanych z maniacką furią pod adresem chrześcijaństwa, wg niego tworu ''podstępnych żydowskich demonów, które omamiają prawdziwą polską naturę'' jakiej wyrazem miało być anarchiczne, afirmujące chaos jako zasadę życia ''liberum veto'', będące przejawem bezgranicznej swobody cechującej jakoby etykę ''wolnych Ariów'' przeciwstawianej niewolniczej moralności ''skatoliczałego'' narodu, wreszcie żarliwego zwalczania wiary w Boga osobowego w imię ''religii wolnej'' i kultu człowieka ''którego najwyższym reprezentantem jest artysta, jako twórca nowych wartości'', przeszedł w końcu na pozycję bolszewickiego agenta w Niepodległej, co biorąc pod uwagę skład narodowościowy ówczesnej partii komunistycznej, ''polskiej'' tylko z nazwy, równało się w praktyce akcesowi do ''żydokomuny'', a i tak nienawiść do formy odrodzonej po zaborach państwowości i tradycyjnej polskości nie uchroniła go przed rozstrzelaniem w ramach ''wielkiej czystki'' jako Polaka o ironio, podobnie jak Bruno Jasieńskiego i wielu innych żywiących zapiekłą odrazę do II RP przedwojennych ''polskawych'' jedynie komuchów, i pozostaje tylko żałować, iż NKWD nie wyczyściło tej gangreny ''prometejskiej konspiracji'' do spodu. 

''Hempel swego buntu nie ogranicza do świata doczesnego, ale nadaje mu wymiar metafizyczny. Woła: „Póki Bóg stoi nad tobą, a nie pod tobą, póty żeś niegodny nazwać się wolnym Człowiekiem”. Logiczną konsekwencją idei jednostki „bezpańskiej” jest przykazanie: „Nie będziesz miał bogów innych prócz siebie samego”.[...] Z tego powodu religia chrześcijańska miała być szkodliwa nie tylko dla jednostki, ale też dla narodu – Hempel podkreślał, iż chrześcijaństwo „nie jest religią narodową polską”. Jego zdaniem chrześcijaństwo wyrugowało rodzimą słowiańską kulturę, zaszczepiło Polakom negatywne cechy, osłabiło energię narodu. Z biegiem czasu coraz mocniej zwracał też uwagę, że „przy pomocy religii najgorsi wrogowie ludu opanowują go i do swoich usług wprzęgają”. Wniosek mógł być jeden: „Kto chce w nieskończoność twórczym sięgać wzrokiem, ten przede wszystkim musi Boga pokonać”. [...] Nagle okazuje się, że „pokonanie Boga jest […] pierwszym i wstępnym czynem religijnym”, prowadzącym do samoubóstwienia człowieka. Hempel, nieprzejednany przeciwnik zinstytucjonalizowanych religii, okazuje się być prekursorem indywidualnej religijności w stylu New Age. [...] Postulowana przez Hempla religia – „bezpańska religia wolności” – posiadała charakter panteistyczny, prowadzić miała do ekstatycznego zjednoczenia się człowieka z kosmosem. „[…] będziesz miłował Wszechświat cały, […] albowiem Ty i Wszechświat, to tylko dwie strony tożsamości”, czytamy w Kazaniach Piastowych. Wszechświat miał być jednością, której „duszą” było życie jako siła kosmiczna, nieustannie ekspandująca i doskonaląca się. „Życia łańcuch nieprzerwany ciągnie się przez świat […]”, pisał Hempel, puentując, że zwieńczeniem świata ożywionego jest rodzaj ludzki: „Człowiek jest racją bytu i Wszechświata całego znaczeniem”. [...] Takie „bogotwórstwo” nie było czymś wyjątkowym na ówczesnej skrajnej lewicy, by przywołać tylko przykład rosyjskiego bogostroitielstwa, propagowanego m.in. przez bolszewicką frakcję „wpierjodowców” (Aleksander Bogdanow, Anatol Łunaczarski).''

https://innyswiat.com.pl/jan-hempel-anarchista-zapomniany-39-40-2-3-2013/ 

Przede wszystkim jednak w tym z konieczności pobieżnym przeglądzie turbolechickich antenatów nie może zabraknąć Jana Stachniuka, postaci co najmniej równej tu rangą i znaczeniem Trentowskiemu - on również świadom był, że nie ma i wręcz nie powinno nawet być możliwości powrotu do jakowejś utopijnej pradziejowej ''słowiańszczyzny'' i właśnie w orce na historycznym ugorze upatrywał szansy zbudowania od podstaw swej ''heroicznej wspólnoty tworzącej'', stąd pisał wprost o ''micie zadrużnym'' jako poręcznym narzędziu służącym wyzwoleniu i ''uorganizowaniu'' erupcji tytanicznych sił drzemiących wedle niego w ''skatoliczałych'' Polakach oraz innych ''sławskich'' nacjach :

''Po wyrzyganiu prawd personalizmu judochrześcijańskiego stajemy wobec mrocznych tajemnic duchowości człowieczej. Nie mamy środków do ogarnięcia i uorganizowania zagadkowych żywiołów naszego wnętrza. Stoimy przed "pustym ogniwem", wypełnienie którego jest olbrzymim zadaniem. Aż dotąd zaprowadziła nas historia. Odtąd rozpoczyna się nieoznaczoność, możliwość i tylko możliwość. [...] Czy rewolucyjne poszukiwanie nowych wartości w sferze duchowej jest dla nas nieuniknione? Odpowiedzieć musimy twierdząco. Nie jesteśmy w stanie ożywić, przemienić w organizm o bujnym życiu tego co posiadamy, jeśli nie wydobędziemy nowych sił motorycznych z duszy sławskiej. Na tym polega nieporozumienie wielu umysłów w Polsce jak i w reszcie Sławii, tych, którzy sądzili, iż inna kombinacja tego co jest, tego co nam wprost jest dostępne, może doprowadzić do doskonałych wyników. Nie dostrzegano, iż gmach nowej kultury nie powstanie, gdyż brak jest materiału na kopułę, któraby ten gmach wieńczyła. Tej łączącej kopuły w polu dysocjacji nie ma. Materiał na nią dopiero znaleźć trzeba - a to wymaga wysiłku całkiem specjalnego. Zamknięcie się w kolisku kombinacji, opartych o to co jest do dyspozycji, dać może kilka rozwiązań, są one wszystkie niewystarczające albo wprost ubogie. [...] Z grubsza są one następujące: [...] c) Opieranie się o wartości reprezentowane przez przedmit naturalistyczny sławski i budowanie na nich całkowitej syntezy. Zazwyczaj jest to wyraz najdalej posuniętego buntu, który jednak nie mógł się wyrwać z pod hipnozy świata rzeczy gotowych, przez kogoś, kiedyś stworzonych. Są to często najszlachetniejsze pragnienia, przyjmujące postać haseł powrotu do rodzimych, słowiańskich zasad. d) Złączenie, często mechaniczne, narodów sławskich, z ich nędznym bagażem, do kupy dla "obrony"; wszelkie słowianizmy, panslawizmy mają tu swoje źródło. [...] Dzięki naszym dziejom stoimy przed pustym ogniwem, które nam zagradza drogę do mitu dnia jutrzejszego. Jednocześnie trawi nas wewnętrzny ogień metafizycznego niepokoju, wynikający ze swobody woli tworzycielskiej, jej rozlicznych żywiołów. Pole dysocjacji, w ten sposób kalekie, da specyficzny "zakres uobrażeń". Nie potrzebujemy omawiać go całego. Podkreślimy tylko główny moment: ubóstwo symboli i nadmiar treści intuicyjnych, co powoduje jego mglistość, prowadzącą w końcu do tego, iż ów nadmiar wylewa się poza naczynie znanych pojęć i uobrażeń w nową kategorię, którą ująć można tylko religijno-artystycznymi środkami, całkiem nowymi. Uważam za ważne wyjaśnić ową poza-logiczną właściwość sławskiego "zakresu uobrażeń". Treść intuicyjna, którą on w sobie nosi (a dlaczego nosi omawialiśmy wyżej) jest tak ciężarna, iż nie da się w zrozumiały sposób wyrazić w posiadanych skąpych środkach. Stąd fenomen: wytrysk ciężarności w sfery pozalogicznie wyrażalne, a więc w sferę religii i estetyki. Tam dla niej trzeba szukać wyrazu, to jest tworzyć. Ale ponieważ każda treść religijna i artystyczna wiąże się ze światem pojęć - należy ją w światopoglądzie wyrazić tj. rozsadzić wąskie ramy "zakresu uobrażeń". Światopoglądowa treść antycypacji, która miałaby się z tych przeobrażeń zrodzić, będzie niejasna, naiwna, bez precedensu. Wszystkie dalsze ogniwa nowego mitu, jeśli on powstanie, nosić będą w sobie ową rozpierającą, mistyczną, płynną treść, powodując swoiście irracjonalny charakter całej koncepcji. Mamy w ten sposób oznaczoną specyficzność sławskiego zakresu uobrażeń. W przeciwieństwie do zakresu uobrażeń w kręgu mutacji mitu indywidualistycznego, gdzie antycypacja nowego mitu widzieć będzie się poprzez pryzmat pola deformacji drugiej fazy mitu indywidualistycznego (nauka, technika, ekonomika, polityka) - antycypacja sławska będzie widziana od jej strony mistycznej, irracjonalnej. Kierunek ciążenia sławskiego zakresu uobrażeń jest przez tę irracjonalność, mistyczność zdeterminowany. Akcent pada na odczucia religijne i artystyczne. Decyduje to o oryginalności sławskiej antycypacji. Skoro nasza historia nie stworzyła materiału z którego moglibyśmy czerpać i budować rusztowanie duchowe mitu, działajmy wbrew historii ! Spróbujmy za pomocą improwizacji twórczej przeskoczyć etap rozwojowy, którego nie było !''


- mimo natchnionego bełkotu o ''polach dysocjacji'' i takich tam dobitniej już chyba rzecz wyłożyć nie można, a i tak nie kumają tego kompletnie babrzący się w jakimś żałosnym ''rodzimowierstwie'' epigoni Stachniuka z obecnej ''Zadrugi'' co stanowi dowód jak poroniony u zarania był jego samosprzeczny koncept ''kolektywnej gnozy'' i powzięta kompletnie z doopy, oparta na prywatnej mitologii jadowita krytyka ''polakokatolicyzmu''. Aczkolwiek przyznać należy, że majaczenia te dały początek fenomenalnej dosłownie twórczości Stacha ''z Warty'' Szukalskiego pozwalając mu przez ich programowo ''otwartą formę'' na swobodne włączanie w re-konstrukcję mitycznej pra-Słowiańszczyzny inspiracji płynących nawet z tak obcych nam kultur jak babilońska czy starożytnych Majów co w zestawieniu z perfekcją wykonania nadało jego dziełom unikalny, jedyny w swoim rodzaju, niezwykły w swej monumentalności charakter, niezależnie od tego jakbyśmy oceniali towarzyszący im ''zermacki'' odlot artysty z jego teorią pra-''macimowy'' i ''yetisynami'' etc. czy zauroczenie polityczne włoskim faszyzmem i autorytarną piłsudczyzną.

Podsumowując wątek należy mocno zaznaczyć, iż krytyka rodzimowierczych bredni historycznych ograniczająca się do przytaczania zweryfikowanych naukowo faktów wyśmiewając niekonsekwencje i absurdy turbolechickich narracji jest chybiona i to podwójnie - raz, że skoro ktoś serio wierzy, iż ''król Wiślan Gąsiorek obalił Imperium Rzymskie'' znaczy jedynie, że jest skończonym tumanem do którego nie dotrze żadna racjonalna argumentacja stąd szkoda czasu na rzucanie grochem o ścianę, ale bodaj w jeszcze większym stopniu tyczy to neopogańskich intelektualistów takich jak Trentowski i jego współcześni epigoni, bo nie można jak widać sprowadzić wszystkiego do zabawy bandy głupków i ignorantów. Jakkolwiek by nie oceniać dorobek i znaczenie filozofii imć Bronisława nie był on na pewno zwykłym durniem, musiał więc doskonale zdawać sobie sprawę, że pisząc swoje ''słowiańskie stworzenie świata'', gdzie ''Jesse był najprzedniejszym, jedynym prawdziwym panem i ojcem słowiańskim, bogiem bogów'' bowiem ''w nim miało źródło i zeń wypływało wszelkie jesswo lub jestwo co znaczy jestestwo'' itd. konfabulował i czynił to programowo, gdyż - przypomnijmy - był przekonany, iż człowiek nie tylko winien mieć prawo do wyznawania jakiego chce światopoglądu i religii co nade wszystko ich tworzenia wedle własnego gustu i potrzeb. Dlatego gdybyśmy takiemu turbolechickiemu inteligentowi zaczęli z pasją wykazywać, że bredzi sadząc jakieś niczym niepoparte swoje wymysły, mógłby w odpowiedzi jedynie wzruszyć ramionami - ''no i co z tego ?!''. Prometejskie mitotwórstwo bazujące na założeniu, że człowiek tworzy świat jest tutaj zasadą, której nie ima się oparta na racjonalnej dedukcji naukowa metoda, i warto sobie to zapamiętać jeśli chcemy skutecznie zwalczać podobny zabobon. Dokładnie z tych samych źródeł czerpie postmoderna dla której ''prawda nie jest czymś odkrywanym, lecz wytwarzanym'' czyli efektem ludzkiej kreacji, sama rzeczywistość zaś li tylko ''językowym konstruktem'', i nie przeczy bynajmniej humanistycznej inspiracji głoszona przez nią ''śmierć podmiotu'' jako produktu struktur gramatycznych oraz schematów ''mówionego'' przez nie - wiadomo, że jak coś staje się wszystkim, choćby jedynie we własnym mniemaniu, zatraca tym samym indywidualność i w efekcie okazuje się niczym, roztopienie w języku robi tu za analogon panteistycznego ''zjednoczenia z kosmosem'', ot i cały ''koniec człowieka''.

No dobrze - zniecierpliwiony czytelnik może zapytać - ale co to ma wspólnego z polakożerstwem Grossa itp. sprzedajnych, zacietrzewionych chamów ? Ano na mocy tej samej zasady wedle której wyznawcy współczesnego łysenkizmu jakim jest ''dżenderyzm stosowany'' wierzą, że ''nikt nie rodzi się sobą'', stąd każdego wedle nich można dowolnie zamianować mężczyzną czy kobietą lub ''bezpłciowcem'' za pomocą neoszamańskich formuł zwanych dla niepoznaki ''wypowiedziami performatywnymi'', dokładnie tak samo rzeczony oszust może bezczelnie wciskać, iż zwykła chłopska stodoła pomieściła blisko 2000 ofiar [ pewnie stali jeden na drugim jak w piramidzie cheerleaderek ] rzekomego ''pogromu'' powołując się przy tym na świadectwo człowieka przebywającego w owym czasie tysiące kilometrów od miejsca zdarzenia w Gułagu i to nie z powodów politycznych a za zwykłe złodziejstwo - podobne nikczemne praktyki biorą źródło w usankcjonowanym przez postmodernę świadomym łgarstwie jako ''prawdzie in statu nascendi''. Rasistowskie ścierwo, które urządziło sobie niedawno polakożerczy sabat w Paryżewie może jawnie uprawiać pseudonaukowe oszustwo bowiem umożliwia mu to destrukcja zasad działalności intelektualnej jaka dokonuje się już od dobrych paru dekad w myśli świata zachodniego, rycia u podstaw naszej cywilizacji przez uniwersyteckich niszczycieli Logosu, wyciągając zeń jedynie ostateczne konsekwencje. Dlatego taka dajmy na to Tokarska-Bakir przywołuje ''faktysze'' Bruno Latoura w myśl których '' ''konstrukcja'' i ''autonomiczna rzeczywistość'' są synonimami'', bo pozwala jej to na fabrykację ''faktów'' bredząc z miedzianym czołem, że latem 1946 r. w Kielcach, ówcześnie miasteczku pełnym uzbrojonych po zęby sowieciarzy, gdzie komendantem wojskowym był niejaki Wasyl Markiewicz robiący dotąd w oficjalnej historiografii za ''Polaka'', cytuję : ''radzieccy żołnierze nie chcieli się wtrącać w polskie sprawy'', co wedle niej ma ''tłumaczyć'' dziwną bierność wobec rozgrywającego się niemal tuż pod ich nosem rzekomego ''pogromu'' - o tak tak, zapewne słynący z wrażliwości krasnoarmiejcy obawiali się ''antysemickiego motłochu'' miejscowych Polaków. Lokalny świecki świątek i autorytet moralny za przeproszeniem Bogdan Białek, który uczynił sobie sposób na życie z pasożytowania na legendzie o tymże ''pogromie'', w dostępnym w sieci wystąpieniu pod mówiącym wszystko o nim pretensjonalnym tytułem ''Jesteśmy jak woda, która nie może i nie musi być bardziej mokra'' [ ou la la ] sadzi typowe postmodenistyczne farmazony, że to prawda ''prawdy nie ma a nawet jeśli istnieje jest niepoznawalna, rzeczywistość jest językowym konstruktem bla bla'', można by więc zadać mu pytanie : ''a na jakiej to podstawie twierdzisz w takim razie złociutki, że miał tu miejsce w ogóle jakiś ''pogrom'' i śmiesz jeszcze obwiniać za to ówczesnych kielczan, potępiając histerycznie jako ''antysemitów'' tych co mają odmienne zdanie w tej kwestii - ?'', przecież wynika z tego, iż równie uprawniona powinna być narracja o żydowskim czy sowieckim sprawstwie zbrodni, albo całkowite jej zanegowanie jako sprokurowanej od podstaw przez służby ''maskirowki'', ba nawet najbardziej szalone tezy w rodzaju porwania przez kosmitów skoro ''prawdy nie ma'' a zdani jesteśmy jedynie na domysły i ''faktysze''. Idzie jednak o to, że dzięki ''semantycznej pustce'' ziejącej w miejscu wykastrowanego Białkowego rozumu pan Bogdan może pieprzyć trzy po trzy nie przejmując się nawet zachowaniem pozorów sensu w swoim wyzbytym wszelkiego ''logocentryzmu'' bełkocie, na dzień dobry więc oświadcza bezczelnie zdumionemu audytorium, iż nie ma nic kompletnie do powiedzenia [ fakt ] i właśnie dlatego będzie mówił przez godzinę z okładem, po czym już swobodnie bredzi rzucając a to jakimś czerstwym szmoncesem, to znowu paździerzowym pseudo-koanem pozując na guru-szmuru itd., ot taka ''wiedza radosna'' wsiowego głupka, chłopskiego psychologa co przywdział zgrzebny kubrak szabes-goja bo na nic innego go nie stać, dosłownie - a spróbuj no człowieku przerwać chucpę oszustowi rzucając mu głośno w twarz : ''panie, marnujesz mój czas, jakiż ta gadanina ma cel ?'' a dowiesz się zaraz, że licząc na takowy jesteś ''faszystą'', gdyż ''sens'' jest przejawem ''opresyjnego, patriarchalnego fallocentryzmu'', nie mówiąc już o wzbudzeniu tym ataku wścieklizny u sekciarzy ''kościoła otwartego'' niczym odbyt starego pederasty, którzy zjedzą cię żywcem jako ''antysemitę'' bowiem śmiałeś zakwestionować autorytet ''mistrza dialogu'', jednostronnego rzecz jasna.

Podobnych przykładów zdziczenia myśli można by przytaczać długo, przypomnijmy choćby omawianą tu niedawno Ewę Domańską, związaną z prestiżowymi amerykańskimi uczelniami Stanford i Berkeley, sprzeciwiającą się stanowczo dokończeniu ekshumacji w Jedwabnem bowiem miałoby to wedle niej przerwać proces humifikacji czyli gnicia zwłok ofiar rzekomego ''pogromu'' i zamiany ich w ''nekropersony'' tzn. obdarzony podmiotowością ''ludzki kompost''. Dlatego w obliczu tak wyrafinowanej i rozbestwionej zarazem chucpy rzetelni badacze pokroju Gontarczyka zdają się stać na z góry straconych pozycjach, gdyż krępują ich wymogi naukowego dowodzenia swych racji z których już dawno ''wyzwoliły'' się ww. intelektualne kurwie sankcjonując swe patogenne praktyki teorematami o ''konstruowalnej'' rzeczywistości - można to porównać do absurdalnej walki bokserskiej, gdzie jedna ze stron honoruje wszystkie zasady jak bicie pięściami w rękawicach, nie uderzanie poniżej pasa ni walenie łbem z byka itd. z kimś łamiącym dosłownie wszystkie te reguły, wynik takowego starcia jest oczywiście z góry przesądzony. Dlatego wchodzenie w jakiekolwiek dysputy z wyznawcami ''twórczej prawdy'' nie ma najmniejszego sensu, tutaj prędzej odpowiednie są metody Vlada palownika [ skądinąd prawdziwego bohatera niesłusznie oczernionego przez historię ] bo innego języka ta dzicz nie pojmie, i nie ma to nic wspólnego z ''wolnością badań naukowych'', bowiem w tym akurat wypadku mamy do czynienia z przejawami współczesnego ''myślenia magicznego'' i perfidnie prokurowanego mitotwórstwa a nie sensowną działalnością poznawczą. Z tych samych powodów ograniczanie się do demaskacji i wykazywania nierzetelności neo-szamanów z tytułami uczonych mija się z celem, dosłownie - naukowiec Alan Sokal już ponad 2 dekady temu zmiażdżył merytorycznie wszystkie omawiane tu ''modne bzdury'' no i co z tego ? Nadal plenią się one swobodnie, bowiem jak udowodnić, że kłamie komuś utrzymującemu serio, iż ''konstrukcja'' i ''autonomiczna rzeczywistość'' są synonimami ?!? Stąd niejaki Grabowski wraz z niesławną żydowską rasistką Engelking-Boni mogą bezczelnie robić z żydowskiej policji w gettach ''granatową'' a Polaków ratujących Żydów czynić swobodnie ich mordercami, co powinno stanowić materiał dla prokuratora a nie powód do dyskusji, na tej samej zasadzie na której nie negocjuje się z terrorystami a z tym właśnie, wypowiedzianą nam jawnie wojną informacyjną i to taką na której nie bierze się jeńców mamy tu do czynienia - do wrogów się strzela a nie próbuje przemówić dobrym słowem, szczególnie gdy nie ma co liczyć na jakąkolwiek litość z ich strony. Dlatego dopóty takowe kreatury nie zaczną ponosić konsekwencji karnych i finansowych szerzenia swoich łgarstw, tracić tytułów naukowych do których posiadania właściwie i tak nigdy nie mieli prawa, nie zaczną być otaczani powszechnym ostracyzmem w kręgach akademickich a swołocz jaka bierze ich w obronę jak ten skurwysyn z PAN nie będzie pozbawiana za to stanowisk, wreszcie nadal strumieniem płynąć będą granty, w tym o hańbo i ''polskiego'' [ chyba tylko na urągowisko tak zwanym ] rządu na ich dosłownie g... warte ''badania'', nic się w tej materii nie zmieni i nadal będziemy znosić kubły coraz obrzydliwszych pomyj pseudohistorycznych ''faktyszy'' wylewanych nam na głowy przez uniwersytecką patostreamerkę - powtarzam, nie ma to nic wspólnego ze ''swobodą wyrażania poglądów'' dokładnie na tej samej zasadzie na której nie uznaje się w obiegu naukowym równorzędności ''negacjonizmu'' nazistowskiego, niemieckiego ludobójstwa Żydów, które jest faktem, niezależnie od wątpliwości co do rzeczywistej liczby ofiar i ''urealniania'' z czasem skali mordów dokonanych w Auschwitz jaka z miliona a nawet kilku podawanych tuż po wojnie przez sowietów [ również by zamaskować tym rozmiar własnych zbrodni ] skurczyła się do obecnego pół miliona zabitych tamże, a niektórzy badacze nieśmiało przebąkują, iż mogło być to nawet ''tylko'' ok. 250 tys., co i tak jest potworną daną. W tym szaleństwie ''twórstwa prawdnego'' jest jednak metoda, bo pozwala ono powołać do życia ''alternatywną rzeczywistość'' w której ''istnieją'' jakoweś ''polskie obozy'' dokonując pod jego osłoną bezkarnie najdzikszych przekłamań w ''naukawej'' oprawie by wyłudzić od nas rzekomą ''własność bezdziedziczną'' [ czyją ?! ], stąd proceder ten ma tak potężnych sponsorów inwestujących weń tyle o czym przekonał się boleśnie rząd PiS próbując naruszyć ich interesy ustawą IPN co skończyło się dlań żałosną rejteradą.

Należy sobie to wreszcie uświadomić, stanąć w upiornym świetle tej oto prawdy, że groźniejsze od inwazji nachodźców z głębi Azji czy Afryki są dla nas hordy ''nowych dzikich'', które zalęgły się w centrach naszej cywilizacji i zostały przez nią wyhodowane opanowując ''marszem przez instytucje'' ośrodki myśli, zakażając jej źródła wydzielinami zatrutych intelektów zwanymi nieprecyzyjnie przez Karonia ''marksizmem kulturowym'' [ wykazanie tej nieścisłości wymaga osobnego wpisu ], ci uniwersyteccy niszczyciele Logosu już dawno skanibalizowali pojęcie prawdy w zamian wydalając ''produkt prawdo-podobny''. Powtarzam z całym naciskiem : barbarzyństwo o jakim tu mowa jest postępowe, obecnie zdziczenie posiada charakter intelektualny - dziś najgorszy cham, prymityw ma doktorat : z ''europeistyki'', ''antropologii kulturowej'', gender, ba - może być nawet ''pornozofem'' ! Serio, gdy ze dwa lata temu już będzie wybuchła afera z feministami co to jak przystało na ''przyjaciół kobiet'' mieli je lać i gwałcić, trafiłem stąd na biogram jednego z nich, niejakiego Jakuba Dymka [ nazwisko zobowiązuje ] pomieszczony na stronie ''kretynyki politycznej'' a jakże, gdzie ze zdumieniem przeczytałem, iż jest on kwalifikowanym ''pornozofem'' - wpierw, o naiwny, sądziłem, że ktoś sobie robi tu ordynarne jaja, ale krótka internetowa kwerenda po najzupełniej oficjalnych stronach i mainstreamowych mediach potwierdziła, iż faktycznie niektóre ''progresywne'' uczelnie na Zachodzie otwierają na wzór gender kierunki ''porn studies'' : nie wiem jak wyglądają zaliczenia na takowych ''studiach'', czy wypytywanym się jest o długość imponującego ''oprzyrządowania'' Johna Holmesa, prawdziwej legendy tego biznesu, albo zmuszonym by napisać dysertację na temat ''Białej dziwki 47'' dajmy na to ? Znamienne zresztą, iż informacja o paranaukowej specjalizacji tow. Dymka ''wyparowała'' w międzyczasie z rzeczonego biogramu na ''KP'', niemniej w pewnym ''wybiórczym'' artykule nadal możemy przeczytać o nim, że ''naukowo zajmuje się pornografią i jest wykładowcą na seminarium "Pornografia i Nowoczesność" realizowanym z ramach Uniwersytetu Krytycznego'', przywołajmy stamtąd poświęcony mu passus bo daje on dobre pojęcie jak mogą wyglądać takowe ''pornostudia'' :

''Jak pornografia wiąże się z dwoma kluczowymi dla współczesnej polityki pojęciami: liberalizmem i nowoczesnością? To główne pytanie, na które postaramy się odpowiedzieć, sięgając po różnorodne narzędzia teoretyczne, ale także przywołując zapomniane historie – od prehistorii porno, przez amerykańskich konserwatystów i porno-śledztwa prowadzone przez FBI po futurystyczne utopie. Nie zabraknie też refleksji o tym jak krytycznie analizować porno, z różnych perspektyw, ale bez legitymizowania cenzury. Spoglądając na porno jako dyskurs, a nie tylko gatunek filmowy czy pop-kulturowy fenomen. Epilogiem cyklu będzie spotkanie poświęcone nowym mediom, nowym studiom nad pornografią i nowym obawom – po trzeciej fali feminizmu czy może raczej: po trzeciej fali porn studies. W ramach każdego spotkania odbędzie się wykład i prezentacją oraz otwarta dyskusja.''

- nie linkuję, bo można z łatwością znaleźć w sieci a nie zamierzam tym zapaskudzać sobie bloga, i tego co tu zacytowano aż nadto : trudno wyobrazić sobie przykład większego upadku i degeneracji, gdy ktoś przy pornosie zamiast zwalić sobie gruchę lub sprawić jaką orgietkę urządza jałowe brandzlowanie mózgownicy wydumanymi ''dyskursami''. W tym świetle nie może dziwić, że PWN wydał książkę pornograficzną nagrodzoną w prestiżowym konkursie im. Barbary Skargi [ może to nie Ingarden, ale niewątpliwie jedno z ważniejszych nazwisk polskiej filozofii nie tylko XX w. - myślę, że pani Basia przewraca się w grobie widząc co firmuje się jej nazwiskiem ], rozprawkę Krzysia, jak sam o sobie pisze, Pacewicza, synalka publicysty ''Wybiórczej'' i zdeklarowanego pederasty co tu istotne, pt. ''Fluks. O wspólnocie płynów ustrojowych'', gdzie wykłada, iż higiena jest ''faszystowska'' i opresyjna stąd należy się od niej wyzwolić a za przykład wspólnoty, która dokonała udanej transgresji pod tym względem podaje ruch tzw. ''barebackerów'' czyli pedałów ruchających się w dupy bez kondonów świadomie tym samym zarażając się wzajem HIV-em - nie żartuję, gdzieżbym śmiał, jak kto nie wierzy może przeczytać przychylną recenzję pod wymownym tytułem ''Wykąp się z kolegą''... albo jeśli chce sobie to koniecznie zrobić sięgnąć po same ''dzieło''. Jak czytamy u szczytującego recenzenta :

''Tak, metaforą komunii dla nadchodzącej wspólnoty jest – zdaniem Pacewicza – seks analny i zakażenie wirusem HIV. Receptą na mieszczańskie osuszenie i oddalenie jednostek musi być bowiem „zlanie się” ciał w miłosnych, przyjacielskich, przypadkowych, pijanych itd. uściskach. To płyny, a nie pieniądze, idee, kontrakty, prawa czy przedmioty mogą gwarantować realną communitas. Jakkolwiek nie byłoby to niebezpieczne. „Lepki skandal” wymiany płynów jest wart ryzyka, gdyż „może zwiększać, a nie zmniejszać naszą odporność” przy okazji dostarczając nam jedynej realnej „wspólnoty życia”. Pacewicz nieustępliwie i na przekór wszystkiemu broni życiodajnego fluksu, nie zważając na obsceniczność tej wymarzonej wspólnoty i ryzyka związanego z jej funkcjonowaniem.''

Powtórzę, bo może ktoś nie ogarnia z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia i do czego już doszło : [ byłe ] Państwowe Wydawnictwo Naukowe opublikowało ordynarnego pedalskiego pornosa a wszystko to z akademicką sankcją ! Nie może więc szokować, że w opublikowanej przez Wyd. Poznańskie już dobrych parę lat temu antologii ''wywrotowych'' tekstów pomieszczono przywołany wyżej esej niejakiego Leo Bersaniego pod wszystko mówiącym tytułem : ''Czy odbytnica jest grobem ?'', gdzie możemy przeczytać, iż ''geje nie powinni przepraszać za swoją rozwiązłość rozumianą jako nieumiejętność utrzymania relacji miłosnej, nie powinni ochoczo wracać do monogamii jako korzystnej konsekwencji koszmaru AIDS, powinni raczej ubolewać nad obecną życiową koniecznością takich związków'' stwierdzając tym samym, że promiskuityzm wśród homoseksualistów jest normą i to pożądaną, a cały koncept ''małżeństw jednopłciowych'' poroniony z zasady co przyznają poniekąd same ''homiki'' skąd pochodzi rzeczony cytat, podobnie jak to, iż w fachowym periodyku dla polonistów firmowanym przez Uniwersytet Śląski znalazł się artykuł jakiegoś Tomasza Kaliściaka : ''Gombrowicz od tyłu. Projekt krytyki analnej''... Istna ch...manistyka, i byłoby to nawet śmieszne gdyby nie było straszne, bo mowa tu nie o wygłupach najebanej w trupa studenterii, tylko rzeczach funkcjonujących w normalnym obiegu akademickim i posiadających oficjalną naukową sankcję jaką dzięki omawianemu tu konceptowi ''konstruowalnej prawdziwości'' może zyskać dosłownie najbardziej wulgarne g... byle z powołaniem się na Deleuza, Lacana czy Foucaulta tak jak niegdyś Marksa, Engelsa i Lenina, mechanizm szalbierstwa pozostał ten sam jedynie zmienili się ''klasycy''. Uprawomocnia on najdziksze wymysły jak choćby głoszony przez ''zachwycającego świat humanistyki swoimi koncepcjami'' wymienionego już tutaj Bruno Latoura ''parlament rzeczy'', gdzie w Sejmie powstałym na jego wzór zasiadaliby nie tylko przedstawiciele różnorakich ''mniejszości seksualnych'' oczywiście, pederastów, lesbijek i ''zmiennopłciowców'' przybierających postać kobiety lub mężczyzny zależnie od pory roku, dnia i nastroju, ale również posłowie zabierający głos w imieniu nie-ludzi [ tak jak to już się dzieje w przypadku tzw. ''antyspecystów'' dla których zwierzęta są ''nowym proletariatem'' uciskanym przez mięsożerców co każe im atakować rzeźników i dokonywać zamachów terrorystycznych na masarnie ] a nawet węgla czy zwykłej kupy kamieni - serio, podczas ''szczytu klimatycznego'' w Paryżu Latour wraz ze swymi studentami zorganizował równoległą "konferencję cieni", na którą zaprosił nie tylko reprezentantów krajów, ale także osoby wypowiadające się w imieniu rzeczy - np. ropy naftowej, bowiem w obranej przezeń post-humanistycznej perspektywie ''antropocentryczne'' spojrzenie zastępuje się neutralną kategorią ''persony'' czy jak tutaj ''aktora-sieci'' oznaczającą równie dobrze człowieka co i zwierzę lub materię nieożywioną dążąc do ich ''politycznego upodmiotowienia'', oddania im głosu i totalnej dosłownie ''inkluzywności'', ''wkluczenia'' wszystkich i wszystkiego. Nawet jeśli niektóre obserwacje monsieur Bruna zasługują na uwagę np. jego krytyka ''ekologizmu'' czy trafne rozpoznanie pogrążania się właściwie współczesnej ludzkości w rozszerzającej się gwałtownie sieci technologicznych powiązań co prowadzi do swoistej ''hybrydyzacji'' funkcjonującej w takim środowisku jednostki, nie zmienia to faktu, że postulaty jakie z tego wyciąga są zwyczajnie absurdalne a to iż nie tylko nikt jak się wydaje wśród akademików nie ma odwagi powiedzieć na głos, że ''król jest nagi'' to jeszcze przy tym intelektualna tłuszcza popada w zachwyt spuszczając się nad tymi bredniami świadczy dobitnie w jaką kloakę przemieniły się współczesne uczelnie i ośrodki naukowe już chyba tylko z nazwy.

Onegdaj ''w czeluściach internetu'' natrafiłem na kapitalną w trafnym rozpoznaniu uwagę, iż ''najgorsi patostreamerzy pracują na uniwersytetach'' - święte słowa zaprawdę ! Byle patol bluzgający i łajdaczący się przed kamerką jest lepszy i więcej zeń pożytku niż z utytułowanej szczujni z ''żydowskiego instytutu hiSStorycznego'' i tego typu ścierw, bo na usługi pierwszego czy nam się to podoba lub nie jest przynajmniej zapotrzebowanie, przecież nikt nie zmusza ludzi by takowych chamów oglądali i jeszcze im za to płacili, moim zdaniem zaspokajają oni nade wszystko podły, nikczemny i dlatego tak ludzki, naturalny odruch dowartościowywania się czyimś kosztem, jestem przekonany, że większość z widzów ma satysfakcję, iż sami nie są takimi ''nędznymi polaczkami'' a w swoim mniemaniu przynajmniej ''europejczykami'' pełną, nalaną gębą a nawet ryjem [ skądinąd jeśli ktoś faktycznie buduje swą wartość na poniżeniu innych znaczy iż jest beznadziejnym przegrywem życiowym, i będzie takowym ile by hajsu nie zarabiał, bab wyruchał i jakim to luksusie się nie pławił ]. A jaki pożytek pytam się jest z takiej Ewy Domańskiej dajmy na to i jej wysrywów mentalnych o ''nekropersonie'' etc. na które poszło prawie 130 000 PLN z rządowego grantu za koalicji PO-PSL, i która za niezłą kasę zapewne, szczególnie jak na polskie warunki, z amerykańskich fundacji i uniwersytetów może radośnie moczyć cztery litery w Pacyfiku ? To nie wyjątek bynajmniej a banalny niemal przykład patologii, która stała się dziś normą już właściwie, większość obecnych akademików nie tylko, że zajmuje się kompletnie jałowym, wyzutym z wszelkiej treści i to programowo młóceniem słomy, ale w dodatku jest często jeszcze przy tym szkodnikami przez których trzeba chodzić ze ściśniętym tyłkiem by nie urazić pederastów, lesb, żydów czy muzułmanów, kto tam akurat jest na topie. Abyśmy się dobrze zrozumieli : nie głoszę tym samym bynajmniej pochwały zwykłego prymitywa, sebixa czy chamowatej karyny, nie będę bredził jak Mickiewicz, że ''nasz naród jak lawa, z wierzchu tylko plugawa'' itp. zajeżdżających ''ludomanią'' bzdur typowych dla zasranej polskiej inteligencji, nie żywię też bolszewickiej odrazy do ''białych rączek'' i ''panów'' bo dzisiejsi proletariusze wszystkich krajów i ras łączą się pospołu w łajdactwie - rzekomy ''zdrowy korzeń narodu'' jest zgniły u spodu, perwersje na jakie kiedyś stać było tylko pana hrabiego stały się udziałem mas i rzeczywiście pod tym akurat względem doszło do niemal pełnej ''demokratyzacji'' czy to mowa o trójkąciku 2-óch pedałów + pies, ''swingersowych'' orgietkach, o banalnym już właściwie pieprzeniu się z kim popadnie i chlaniu czy ćpaniu na umór nie wspominając, niemniej prawdą jest też, że ''ryba psuje się od głowy'', w tym rzecz. Chodzi o to, iż w przeciwieństwie do zdeprawowanego intelektualisty przeciętny cham i kurwa nie dorabiają sobie ideologii do własnego chamstwa i kurewstwa - stokroć wolę banalnego wycirucha, który bez żenady wyznaje, iż jedyne co ją w życiu kręci to fiuty, kasa i dobra zabawa od bladzi stawiającej się na piedestale każąc oddawać sobie hołdy niczym świętej a dawanie d... przedstawiającej jako ''misję'', bo tą pierwszą stać co najwyżej na budzące politowanie infantylne tłumaczenia w rodzaju : ''wiesz, chłopak mnie tak rozbestwił, bo zdradził, więc postanowiłam się zemścić i tak mi się już spodobało'' etc., natomiast druga zamiast rzec wprost, iż lubi się ruchać pierdoli niczym poparzona jak Joanna Erbel o jakowejś ''poliamorii'' czyli ''wielomiłości'' [ szkoda, że nie ''płodozmianie'':) - jakiż potencjał semantyczny się w tym kryje sugerujący ''zmienopłciowość'' embriona ! ] i ''anarchii relacyjnej'', k... z niej mać. Na tej zasadzie wykreowano na ''autoryteta moralnego'' za przeproszeniem i ''świeckiego świętego'' zapijaczonego bolszewika i dziwkarza Kuronia, co mnie obchodzi, że zomici spuścili mu raz czy drugi brutalny łomot w ramach wewnątrzkomuszych porachunków, równie dobrze mógłbym się litować nad czerwoną swołoczą pozabijaną w partyjnych czystkach czy SA-manami zarżniętymi podczas ''nocy długich noży'' - pan Jacek nie miał wprawdzie takich świństw na sumieniu jak oni, ale łaził za młodu z czekistowskim naganem za pasem, gnoił wtedy innych ludzi tak czy siak a na starość robił za ''wrażliwą społecznie'' przykrywkę dla balcerowiczowskiego wyzysku i pauperyzacji mas, mało kto już pamięta, że ten skurwiel chciał posłać wojsko na strajkujących za rządów Mazowieckiego pracowników, jak to mówią : ''można wyjść z partii, ale partia z człowieka nie wychodzi nigdy''.

Inny dowód uniwersyteckiej patostreamerki : parę miesięcy temu natrafiłem na pracę nestora polskiej socjologii Floriana Znanieckiego ''Chłop polski w Ameryce'' [ szukałem przyczyn, dlaczego amerykańska Polonia jest taką kompletną polityczną nicością, wystarczy porównać ją z wpływami żydowskiego lobby za oceanem, o czym boleśnie przekonaliśmy się na przykładzie tzw. ustawy 447 ] a tak się akurat składa, że w zeszłym roku Uniwersytet Łódzki zorganizował poświęconą jej konferencję, której zapis znalazł się w sieci i oczywiście wszystko jak leci obejrzałem - tak, przyznaję, jestem perwersem intelektualnym bo nikt normalny nie powodowany wymogami pracy akademickiej itp. sobie coś takiego nie robi, a była to zaiste prawdziwa ''podróż do kresu nocy''. Generalnie zawsze niemal mam doła ale po tym przez jaki tydzień można mnie było dosłownie zdrapywać żyletkami z podłogi, wprawdzie nie był to jakiś szczególnie ciężki szok, gdyż nie żywię specjalnych złudzeń co do poziomu zasranej polskiej inteligencji i ogółu współczesnych ''uczonych'', niemniej wiedzieć coś hipotetycznie a obudzić się z czymś takim na twarzy to jednak zupełnie inna sprawa [ zgódźmy się, że domyślać się zdrady a przyłapać ukochaną jak inny facet ją rypie, jej się zaś to bardzo podoba czyni wręcz traumatyczną różnicę ]. Na kilkadziesiąt wystąpień dwa, góra trzy może coś sobą reprezentowały, nie jest to wymagająca specjalistycznych umiejętności matematyka czy fizyka stąd nawet laik może miarodajnie ocenić wartość merytoryczną tejże ''konfy'' i gwarantuję, że co najmniej 3/4 jej uczestników i prelegentów to banda przegrywów życiowych niezdatnych nawet do pracy przy frytkownicy ! Tyle się teraz pieprzy, iż przez ''reformę Gowina'' ludzie potracą stanowiska i pozamykane zostaną krajowe uniwersytety - jak dla mnie co najmniej połowa zatrudnionych tam jak i na zagranicznych uczelniach powinna na dzień dobry zostać wypierdolona na bruk, w pierwszej kolejności zwłaszcza wszystkim ''wrażliwym społecznie'' zwolennikom ''wkluczenia'' wszystkich i wszystkiego przydałoby się zaznać ciężkiej pracy o jakiej zwykle tylko teoretyzują, by w pocie czoła generowali ''wartość dodatkową'' swoim ''wyzyskiwaczom'', Krzyś Pacewicz zająłby się dzięki temu wreszcie czymś pożytecznym spełniając w harówce na budowie albo jeżdżąc śmieciarką MPO a najlepiej przy oczyszczaniu kanalizacji ściekowej, byłaby to dlań wymarzona wręcz fucha skoro tak lubi pławić się w fekaliach. Dlatego wyczekuję nowych Hunów bo z tą intelektualną dziczą nie da się walczyć cywilizowanymi metodami i tylko inni barbarzyńcy mogą dać im radę, więc jakby co zgłaszam się na przeszpiegi, będę jak ci nestoriańscy chrześcijanie, którzy ponoć robili za ''czujki'' armii Batu-chana:) - nawet jeśli ordyńcy w końcu i mnie wezmą na powróz i tak będzie warto obaczyć wcześniej jak tym kurwiom z doktoratami europeistyki, gender czy antropologii kulturowej ''robią Nadżibullaha'' wieszając gdzie popadnie, widzę już oczętami wyobraźni swemi obwieszoną nimi całą Marszałkowską i to pęczkami niczym dojrzałe [pod]ludzkie grona na każdej latarni [ ach, rozmarzyłem się... ]. Doprawdy nie znam tak wulgarnych inwektyw by wyrazić bezmiar mojej pogardy dla utytułowanej hołoty robiącej zwłaszcza tu nad Wisłą, ale i wszędzie indziej za ''elytę yntelektualną'', jej pasożytniczej egzystencji i zadęcia wprost proporcjonalnego do kompletnej nicości rzekomych ''dokonań'', więc mogę jedynie powtórzyć : tu potrzeba metod Vlada palownika, bo inaczej się nie da. Deprawacja ma przede wszystkim charakter intelektualny i takowa powinna być szczególnie tępiona - gdzie jak gdzie, ale w Polsce, która padła ofiarą zbrodni motywowanych ideologicznie powinno być to oczywiste, wprawdzie nie ma prostego przełożenia między traktatem filozoficznym i uniwersyteckim wykładem a ludobójstwem, niemniej związek taki niewątpliwie istnieje : ''czerwoni Khmerzy'' nie wykoncypowali sobie ot tak siedząc u siebie w dżungli, iż należy cały naród osadzić w jednym wielkim obozie koncentracyjnym, lecz przesiąkli wpierw jadowitą atmosferą francuskich uczelni realizując tylko koncepty tamtejszych profesorków. Nie wyprowadzam stąd bynajmniej idiotycznego potępienia w czambuł racjonalnej działalności naukowej jako ''opresyjnego logocentryzmu'', a jedynie wskazuję, że jak wszystko chyba na tym padole ma ona swą drugą, mroczną stronę jak to już na początku opisano, dlatego koniecznym jest tu zachowanie najdalej posuniętej ostrożności i zdrowy sceptycyzm a nie bezmyślne w gruncie rzeczy korzenie się przed każdą zbrodniczą brednią byle w oprawie wyrafinowanego słownictwa i z akademicką sankcją - książka może równie dobrze nieść treści krzepiące, zbawienne wręcz dla ducha, jak i mordercze dosłownie, owoce zatrutego intelektu : niby banał, a jakoś mało kto zdaje się w ogólnym zaczadzeniu o tym pamiętać.

Probierzem hipokryzji środowisk naukowych wobec turbolechityzmu jest nie tylko fakt, że wyszydzając oczywiste nonsensy ostatniego jednocześnie akceptują plenienie się na uniwersytetach myślenia magicznego w postaci ''studiów (trans)płciowych'' [ bracia Niemcy z właściwą sobie dosadnością już kilkanaście lat temu przyznawane przez nie tytuły nazwali ''das Schwuchtel-Diplom'' czyli ''pedalskimi dyplomami'' - trudno inaczej podsumować ''wiedzę'' nabytą na seminariach pt. ''Orgazm w XX w.'' itp. ], ale także peany płynące z ich strony pod adresem ''Niesamowitej słowiańszczyzny'' Marii Janion, która już na dobrą dekadę przed Bieszkiem głosiła takie same ''pralechickie'' kocopoły, tyle że w efektownej, by nie powiedzieć efekciarskiej oprawie akademickiej erudycji - na jakiej to podstawie baba stawia leżącą u podstaw jej rozważań radykalną tezę o ''traumie'' rzekomo wypartej ''słowiańskiej tożsamości'' przyjęciem chrztu w obrządku łacińskim, skoro nic tak naprawdę nie wiemy o naszych prahistorycznych tradycjach zdani jedynie na rekonstrukcje, a więc de facto gdybanie na kanwie zachowanych szczątków, i sama nawet nie potrafi sensownie określić na czym miałaby polegać ta nasza ''utracona słowiańskość'' ? To samo tyczy przywołanego przez nią zużytego już konceptu ''słowiańskiego chrześcijaństwa'' jakoby wykorzenionego brutalnie przez rzymski katolicyzm - raz, że z zachowanych świadectw i artefaktów z epoki można równie dobrze wysnuć wniosek o jego obecności na naszych ziemiach przed chrztem Mieszka, jak i temu przeczyć, poza tym nawet zakładając uprzednie istnienie tutaj obrządku metodiańskiego jako że byłby on w takim razie efektem podboju Wiślan przez Państwo Wielkomorawskie stanowiłby coś obcego, narzuconego nam z zewnątrz w przeciwieństwie do niechby i koniunkturalnej, ale suwerennej decyzji władcy Polan, wreszcie w przypadku schizmy wschodniej mielibyśmy do ''wyboru'' zamianę duchowej podległości Rzymowi na Konstantynopolowi, więc co to za różnica z podmiotowego punktu widzenia ? W ogóle przeciwstawianie ''obrządku słowiańskiego'' łacińskiemu nie ma większego sensu, bo papieże mimo początkowej nieufności rychło objęli patronatem działalność misyjną Cyryla i Metodego nie raz stając w obronie ''apostołów Słowiańszczyzny'' przed brutalną kontrakcją ze strony germańskiego duchowieństwa i wielmożów, zaś prawosławie jest nie tyle ''słowiańskie'' co nade wszystko ''greckie'', zwłaszcza po reformach Nikona przedsięwziętych przecież w duchu przywrócenia mu bizantyjskiej ortodoksji, więc cała ta czcza gadanina o ''słowiańskim chrześcijaństwie'' jest o kant wiadomo czego potłuc. Zresztą sama Janionowa zdaje sobie sprawę z ''fantazmatyczności'' własnego projektu bełkocząc coś o ''potrzebie utopii'' u podłoża której leżeć ma ''chęć zaczarowania świata, który został odczarowany'' i ''nowym micie początku'' narodu, posiłkując się przy tym cytatami z przywoływanego już tutaj Zoriana Dołęgi, który jak wykazaliśmy zasługuje bardziej na miano natchnionego duchem nieczystym neopogańskiego ''żercy'', a nie rzetelnego badacza prahistorycznych dziejów Polski. Szczurza taktyka chowania się przez nią w dziedzinę badań literackich i snucia na kanwie fantazji romantyków narracji o rzekomo zapoznanej, utraconej pralechickiej tożsamości nie daje jej tym samym prawa do ferowania wyroków i opinii w tak apodyktycznej formie jak to czyni co zakrawa na skrajną nieodpowiedzialność przypominając najgorsze praktyki totalitarnej ''polityki historycznej'' na wzór feminonazistowskich bredni małżonki gen. Ludendorffa Mathilde z jej pracy ''Chrześcijański terror wobec niemieckich kobiet'', gdzie wykładała nie mając na poparcie tego żadnych faktów, iż ''Kościół Katolicki wykorzystał oskarżenia o czary, aby wykorzenić autentyczną, pogańską, germańską kulturę i religię'':). W gruncie rzeczy to co uprawia Janion w ''Niesamowitej słowiańszczyznie'' to nic innego jak rodzaj ''prasłowiańskiego volkizmu'' i żadne odżegnywanie się od ekscesów ''szowinizmu narodowego'' w rytualnej oprawie ''nowolewicowych'' komunałów temu nie zaradzi - nikt jednak z akademickich eunuchów nie ma odwagi postawić sprawy jasno, że stara lesba majaczy i należałoby wreszcie z tego naczelnego szkodnika polskiej kultury i jej pomiotu intelektualnego w postaci różnych Kaziów Szczuk wyegzorcyzmować raz na zawsze nadwiślański obieg naukowy. A że Maria Janion-Ludendorff pisze ze swadą i biegłością znamionującą erudycję doświadczonego wykładowcy uniwersyteckiego to tym gorzej dla niej, bo w ten sposób siła rażenia i zasięg serwowanych przez nią bredni są znacznie większe od kalekich narracji Bieszka a zwłaszcza Pawła Szydłowskiego i stąd trudniej je zdemaskować niż pozbawioną naukowej ogłady grafomanię tamtych. Jedno tylko należy jej oddać, że postulowana przez nią restytucja ''sarmatyzmu'' rozumianego tu oczywiście nie jako groteskowe muzealnictwo historyczne w postaci choćby rytualnego nadawania herbów przez śmierdzące ubecją loże paramasońskie, ale wzór nowej tożsamości narodowej łączącej wpływy Okcydentu z orientalnymi, jawi się nie tyle nawet jako pożądany co wręcz konieczny warunek przetrwania i dalszego rozwoju polskiej nacji w realiach pocz. XXI w., rzecz jasna bez całego bagażu ''transgresywnego'' feministycznego bełkotu jaki on przy tym w jej wizji niesie, tyle że istotnym, fundamentalnym wręcz komponentem tak pomyślanego rodzimego ''eurazjatyzmu'' jest łacińskość, co ustawia go w radykalnej kontrze tak wobec Dugina jak i Konecznego - czy to się komu podoba lub nie my Polacy jesteśmy zromanizowanymi Słowianami i nikim innym nie będziemy ani powinniśmy, stanowimy integralną część łacińskiej Europy Wschodniej otwartej przeto na Azję, stąd fanatycy cywilizacyjnego ''pars pro toto'' nie zdołają nas nigdy okroić z naszej czy to europejskości, czy też ''wschodniości'', rzymskiego chrześcijaństwa itd., już prędzej całkowicie unicestwiając, to akurat nam grozi, zawsze ale świadomość tego nie powinna paraliżować a właśnie motywować Polaków i Polki do zachowania siebie i tym gorliwszej pracy nad sobą. 

W każdym razie na zde-gender-owanych uniwersytetach powinny powstawać także wydziały turbolechityzmu, jeśli akademicką rangę uzyskało na nich myślenie magiczne kwestionujące na pocz. XXI w. wbrew elementarnej wiedzy naukowej o ludzkiej biologii podział płciowy zastępując go jakowymś ''kontinuum seksualnym'' z którego niczym z pulpy ma wyłaniać się raz chłop, to znowu baba albo jakieś hybrydy typu Konczyta Parówa, to dlaczego by nie wykładać już oficjalnie ex cathedra studentom jak to ''król Wiślan Gąsiorek obalił Imperium Rzymskie'' ?! Przecież ''prawda nie jest czymś odkrywanym'' do czego dochodzi się za pomocą żmudnych badań, kwerendy archiwalnej, wykopalisk archeologicznych, zestawiania faktów na drodze logicznej dedukcji itd., tylko ''wytwarzanym'' a więc li tylko kwestią ograniczeń naszej fantazji zależną jedynie od własnego widzimisię w myśl postulowanego choćby przez Lyotarda ''po-różnienia'' i ''wielości'' poszczególnych prawd-ek. Co więcej, tak pojmowane turbolechickie świadome mitotwórstwo, o ile tylko nie przeradza się w ideologiczny zajob każący profanować kapliczki i kościoły oraz atakować fizycznie katolików, jest stokroć mniej szkodliwe niż wszystkie opisane wyżej akademickie patologie razem jak i każda z osobna wzięte. W gruncie rzeczy nie mamy wcale do czynienia z żadnym kuriozum jak to próbuje nam się wmówić, lecz banalnym wręcz przypadkiem megalomanii - skoro świat zdaje się przechodzić do porządku poza nielicznymi wyjątkami nad urojeniami wyższościowymi Żydów, dlaczego i my nie mielibyśmy prawa do własnej hagady ? Gadanina, że ''oni mają tylu uczonych a my nie'' itp. brednie, pomijając już ich zasadność, jest z gruntu rasistowska - czy z faktu, że np. Czukcze nie mogą pochwalić się osiągnięciami cywilizacyjnymi równym Chińczykom-Hanom wynika, iż są od nich gorsi, całkiem bezwartościowi ? [ i to retoryką takową posługują się kreatury co z pianą na pysku ciągiem potępiają wszędzie urojony ''faszyzm'' bełkocząc przy tym, że ''naród to hipostaza'' - zdecydujcie się wreszcie kurwy ! ]. Podobnie co się tyczy Rosjan, którzy ''biali'' czy ''czerwoni'' jednako cierpią imperialistyczny zajob stanowiący esencję putinizmu, nieuleczalny dla tej nacji, stąd mirem cieszą się wśród nich najbardziej pojechane koncepty takie jak poszukiwania pod Archangielskiem śladów Hiperborei – praojczyzny niebieskookich blondynów, czy mitologizacja zauralskiego grodziska Arkaim, ''miasta swastyki'' i rzekomej kolebki ''cywilizacji słowiano-aryjskiej''. To samo jeśli idzie o Ukraińców odwołujących się do mitycznych ''scytyjskich'' korzeni, o rumuńskim protochronizmie wedle którego wszystkie główne osiągnięcia cywilizacyjne ludzkości zapoczątkowali Dakowie niedawno już tu wspominałem, również Zachód nie jest wolny od podobnych bajań jak to miało miejsce choćby w przypadku ''brytyjskiego izraelizmu'', gdzie purytańscy judeochrześcijanie upierdzielili sobie, że są jednym z zaginionych plemion Izraela co z kolei przejęli od nich murzyńscy rastafarianie na Jamajce itd. Skoro więc hiperrasistowscy ''Czarni Hebrajczycy'' amerykańscy mogą uważać się za jedynych prawdziwych Żydów i z tego tytułu nienawidzić głęboko ''aszkenazistów'', a mormoni z kolei wierzyć serio, iż po śmierci wybrani spośród nich będą zaludniać wraz ze swymi haremami planetę Kolob bo tak im objawił tłumacząc ze ''staroegipskiego reformowanego'' ich prorok Joseph Smith, nie widzę najmniejszych przeszkód dla rozwijania rodzimego ''słowianotwórstwa'', aczkolwiek należy pamiętać przy tym, iż rzecz cuchnie montażem służb o czym świadczy choćby ujawniona niedawno przeszłość Bieszka w wojskowej bezpiece, tyle że biorąc pod uwagę jak mętne politycznie typy kręciły przy popularyzacji konceptów Konecznego [ doc. ''ORMO'' Kossecki i Bolo Tejkower od którego Maciej Giertych przepisywał powierzony pieczy tamtego rękopis ''Cywilizacji żydowskiej'' i innych wątpliwej wartości ''dzieł'' pana Feliksa, by przetłumaczyć je i wydać na Zachodzie ] uważam, iż prędzej do poronionej ''obrony syfilizacji judeołacińskiej'' pasuje miano ''ubeckich rzygowin''. Jak widać z powyższego obecne szaleństwo gender jest tylko szczególnym przypadkiem procederu uznaniowej tożsamości praktykowanego od wieków, stąd nie należy popadać w obliczu ''transpłciowej megalomanii'' wedle której jak głosi Amnesty International ''aborcji potrzebować mogą także transpłciowi mężczyźni i chłopcy, którzy mają zdolność zajścia w ciążę'' w apokaliptyczną histerię, choć i lekce sobie ważyć spustoszenia jakie ona sieje, ba - nie miałbym nawet nic przeciwko uważaniu się za kogo tam se człowiek chce, gdyby tylko nie wymuszano na nas akceptacji tegoż i to w tak agresywnej formie udając jeszcze przy tym ''naukę'', a każdy robił to na własny rachunek i odpowiedzialność zamiast pasożytować na grantozie, w tym rzecz.

Na koniec podkreślić należy jeszcze raz wyraźnie, iż nie utożsamiamy ni stawiamy znaku równości między tak różnymi i cudacznymi fenomenami jak marksizm, masoneria, feminizm, gender, polakożercze elukubracje o ''polskich obozach'' i turbolechityzm, a jedynie wskazujemy na ich istotowe pokrewieństwo mające źródło w przeświadczeniu o ''konstruowalnym'' potencjale rzeczywistości i stąd ''kreatywnej'' naturze samej ''prawdy'', o ile w ogóle o takowej można mówić w ich wydaniu, bardziej by chyba pasowało tutaj jak pisałem miano ''wyrobu prawdo-podobnego'' na którym one wszystkie jednako bazują powielając tylko każde na swój sposób - więc ch... z nimi.

ps. 

Aha :

''Najnowsza wystawa czasowa w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie skupia się na bogatych w formie rytuałach magicznych, stanowiących o autentycznej tożsamości Czarnego Lądu. Animistyczna dusza Afryki oparła się bowiem kolonizacji, monoteistycznym religiom czy politycznym dyktaturom. „Technologia magii” pokazuje ponad 80 obiektów – głównie fetyszy i masek rytualnych, które pełnią rolę „pracowników” w wiecznie czynnym warsztacie, jakim jest konstruowanie ludzkiego losu i nieustający krąg życia. [...] Projekt dofinansowany w ramach programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Kultura ludowa i tradycyjna” oraz ze środków Samorządu Województwa Mazowieckiego.''

https://niezalezna.pl/264275-technologia-magii-afryka-odslania-swa-dusze-wystawa