sobota, 13 czerwca 2020

Przywilej białych lewackich świń.

Dajemy póki co pokój anarchokapitalistycznej kucerii podszywającej się pod ''prawicę'', i przerywamy na moment ''łacińską'' serię blogową powracając do starego dobrego orania lewactwa, bo mnie podkurwiło swym bredzeniem o rzekomym ''białym przywileju''. Od biedy można było jeszcze o tym prawić na Zachodzie, ale od dawna jest to już nieprawdą, natomiast trzeba wyjątkowego skurwysyństwa i bezmiaru podłości zmiksowanej z mamucią wręcz głupotą, aby mówić o tym akurat w Polsce, kraju białych ludzi który padł w swej historii niejednokrotnie niestety ofiarą kolonialnej eksploatacji, i to przez innych białych! Czym innym bowiem były zabory, jak nie wyzyskiem niewolniczym miejscowej ludności, który przybierał postać czy to monstrualnego wprost fiskalizmu z jakiego słynął zwłaszcza rzekomo ''liberalny'' zabór austriacki [ stąd przysłowiowa już ''nędza galicyjska'' ], czy też wojskowej ''branki'' szczególnie uciążliwej w kacapskiej despotii, zmuszającej setki tysięcy Polaków z wszystkich warstw społecznych od szlachty po chłopów do walki za nie swoją sprawę, w imię oddawania pod jarzmo Moskali ludów kaukaskich i azjatyckich - nie wątpię jednak, że bezmózgie lewackie spierdoliny i o to ich obwinią. Tym bardziej tyczy to obu okupacji, szczególnie niemieckiej co wynikało ze zbrodniczego założenia jakie legło u podstaw hitleryzmu, iż zdobycie ''przestrzeni życiowej'' na wschodzie Europy wymaga ''germanizacji ziemi'', a nie ''krwi'', oznaczając w praktyce zniewolenie i eksterminację zamieszkujących na tych terenach głównie słowiańskich nacji z polską na czele. To samo rzec można o sowieckiej, z tą wszakże różnicą, iż przybrała ona bardziej perfidne formy, stąd pod pewnymi względami nawet groźniejsze, bo bardziej długotrwałe niż niemiecka, musimy więc do dziś borykać się z jej skutkami - przykra prawda wygląda tak, iż mieliśmy swoich nader licznych kolaborantów, tyle że komunistycznych, a nie nazistowskich jak tępe dzidy próbują bezczelnie przeinaczać historię, i do dziś rzetelnie się z fenomenem prosowieckich renegatów nie rozliczyliśmy. Moja wściekłość ma swe źródła stąd, iż nie jestem w stanie zachować dystansu emocjonalnego do podobnych nikczemnych oskarżeń jako tak się składa potomek polskich ofiar hitlerowskiej okupacji, którym banda chamskich parchów [ nie mylić z Żydami! ] wmawia rzekomą uległość wobec Hitlera, a wręcz czynną kolaborację. Przypomnę, bo jak nie to kto, iż jeden z moich dziadków, polski robotnik wzięty musem w 1941 r. jako pracownik miejscowej Huty ''Ludwików'' do niemieckiego obozu pracy o idiotycznej nazwie ''Diana'', zmarł tam dwa lata później wskutek chorób i głodowych, niewolniczych warunków jakie w nim panowały [ do tego dochodziło brutalne traktowanie szczególnie robotników przymusowych ze Wschodu jakiego padł ofiarą jako Polak i Słowianin, a więc przedstawiciel ''gorszej rasy'' wedle nazioli ]. Z kolei drugi, robotnik tartaczny, cudem omal przeżył alianckie bombardowania Saksonii, wprawdzie nie w Dreźnie jak mylnie onegdaj podawałem, a w sąsiednim Halle, niemniej - nie pojechał tam bynajmniej na saksy, wzięty także musem podczas ulicznej łapanki w '44. Ich żony, a moje babcie jakie ostały się na miejscu przeszły prawdziwy horror pod niemiecką okupacją np. jedna z nich pomnę opowiadała jak była świadkiem, gdy pewien niemiecki esteta w mundurze żandarma złapał w dzikiej furii za włosy jej koleżankę, polską robotnicę, i tak długo tłukł jej głową o metalową siatkę, aż dostała od tego pomieszania zmysłów. Z kolei inni przedstawiciele niemieckiego ''narodu malarzy i poetów'', oraz obrońcy cywilizacji europejskiej przed azjatycką ''turańską dziczą'', urządzili na jej oczach oraz innych polskich robotników zakładu gdzie pracowała, bestialską pokazówkę terroryzując widokiem więźniów żywcem rozszarpywanych przez napuszczane na nich psy bojowe. Mam gdzieś, że może i zabrzmi to patetycznie, ale fakty są takie, iż ojciec podczas ostatniej rozmowy na szpitalnym łożu śmierci wyznał mi z goryczą, że miał takie dzieciństwo jak dzieci w Syrii, i nie było w tym za grosz przesady... Pytam więc jak mam się niby czuć, kiedy pierdolony lewacki burżuj z ''Razem'', przeważnie rozpuszczony niczym dziadowski bicz synalek lub chamica jakim ich rodzice, Janusze i Mariole byznesu zafundowali elitarne licea i studia, zasrana patointeligencja z tzw. ''dobrych domów'' śmie mówić mi, potomkowi polskich proletariuszy i chłopów pańszczyźnianych, jakobym cieszył się ''białym przywilejem'', i stąd mam klękać przed byle czarnym żulem, ćpunem i degeneratem, który sterroryzował ciężarną kobietę przystawiając jej pistolet do brzucha z dzieckiem w łonie, i jakiego jedynym życiowym dorobkiem jest rola w pornosie? - K[urwa]J[ebana]WD[upę]M[mać]D[o]Ch[uja]W[acława]!!! Najchętniej zarżnąłbym to komusze ścierwo tępym nożem, gdyby nie to iż szkoda brudzić sobie rąk takim gównem, lepiej więc byłoby wynająć do tego kanibala z nigeryjskiego gangu, on już wiedziałby jak sprawić się z ''białym mięskiem'' lewaków, i jeszcze przyprawić je odpowiednio do smaku.

Nie będę już szczegółowo obalał bredni o rzekomym ''kolonializmie'' szlacheckiej Rzeczpospolitej, bom wystarczająco napisał się na tenże temat przy okazji merytorycznego orania żeńskiego tumana jakim jest Tokarczukowa. Przywołam więc tylko pokrótce argumenty znakomitego historyka Hieronima Grali, jakich użył on do wykazania nicości głupiego Jasia Sowy i jego bełkotu o rzekomych ''polskich rugach'' na Wschodzie, tak się składa że w rzeczywistości będących dziełem głównie rusińskiej szlachty i magnaterii, oraz takiegoż chłopstwa. Badacz przypomina te oto nieodparte fakty, iż I RP miała w swych dziejach jedynie dwóch stricte polskich władców: Sobieskiego i Leszczyńskiego, Jagiellonowie zaś wywodzili się z rzekomo ''kolonizowanych'' przez to państwo ludów będąc zruszczonymi Litwinami. Wazowie po kądzieli potomkowie tychże Jagiellonów nie mieli w sobie ani kropli polskiej krwi, podobnie niemiecka dynastia saska czyli Wettynowie, wreszcie ''Kluchosław'' Poniatowski wywodzący się po ojcu wprawdzie z małopolskiej szlachty, zawdzięczał jednak wyniesienie na tron nie tylko niemieckiej carycy, ale i protekcji na miejscu potężnej wówczas ''Familii'' Czartoryskich - ruskich kniaziów. Możnowładcy o takichże korzeniach dochodzili do najwyższych stanowisk w tym rzekomo ''imperialnym na brytyjsko-francuską modłę'' państwie, by wymienić choćby prawosławnego kniazia Konstantego Ostrogskiego, hetmana wsławionego pogromem wojsk moskiewskich pod Orszą [ co zresztą wywołało ból dupy stricte litewskiego możnowładztwa, że polski król honoruje ''schizmatyka'':) ], albo Chodkiewicza również dzierżącego buławę triumfatora spod Kircholmu, gdzie wspaniałą szarżą husarii wprost rozniósł Szwedów, jakiego nazwisko wskazuje na rusińskie pochodzenie - jego dziadek wyznawał jeszcze ''grecką wiarę''. Na pewno ofiarą ''polskiego kolonializmu'' wedle Jasia był Józef Sołtan[owicz], prawosławny biskup Smoleńska, który jednak podczas oblężenia miasta przez wojska moskiewskie dochował wierności Jagiellonom, i hojnie za to przez nich wynagrodzony, późniejszy metropolita kijowski wbrew posądzeniom Moskali niechętny unii z Rzymem, dbający o zachowanie autonomii i podniesienie rangi prawosławia w RzPlitej, łącząc to z lojalnością wobec jej władz. Nawiasem polityka takowa wzmocnienia rodzimego prawosławia w kontrze do konkurencyjnego moskiewskiego, byłaby zapewne skuteczniejsza z punktu widzenia interesów państwowych szlacheckiej Rzeczpospolitej, niż forsowany na siłę i co gorsza niekonsekwentnie ''unityzm'', skądinąd z inicjatywy części miejscowej hierarchii prawosławnej, ale bez należytego wsparcia jako się rzekło ze strony króla przede wszystkim, niepotrzebnie tylko antagonizujący resztę wyznawców obrządku wschodniego pchając ich tym samym w carskie łapy, jego ''łacinizacja'' i tak by postępowała naturalnie tworząc ciekawy mariaż doktrynalny, ale to temat do osobnej dyskusji. Żaden ''koroniarz'' nie mógł się poszczycić tak rozległymi latyfundiami, jak wywodzące się spośród litewskich i ruskich kniaziów oraz szlachty ówczesne kresowe ''królewięta'', których polski chudopachołek z szablą jako często jedynym majątkiem mógł być jak pisałem jedynie klientem, pytam się więc kto tu kogo w takim razie do kurwy nędzy ''kolonizował''?!

Nie przypominam sobie jakoś aby w brytyjskim imperium któryś z indyjskich radżów, czy afrykański królik plemienny zasiadł w ichnim parlamencie, albo został uhonorowany tytułem lorda lub para dajmy na to, o wchodzeniu w jakieś koligacje z domem panującym już nie wspominając, toż samo tyczy masońsko-rasistowskiej republiki francuskiej, tej od ''Liberte, Egalite, Fraternite''. Podobny mechanizm panował nawet w kieszonkowych imperiach kolonialnych Holandii czy Belgii, jedyny bodaj wyjątek stanowiła Hispanoameryka, gdzie konkwistadorzy z racji szczupłości własnych sił musieli dla dokonania podboju pójść na daleko idące koncesje dla tamtejszych indiańskich elit plemiennych, ale nawet pod władzą katolickich królów istniał dla nich ''szklany sufit'' co wywoływało rzecz jasna rozgoryczenie owocując w końcu buntami, z największym z nich powstaniem Tupaca Amaru na czele. Poza tym skoro lewica akurat trąbi, że ówczesna RP była jakowymś ''obozem koncentracyjnym'' dla chłopów, to co mi do tego jako potomkowi ciemiężonych w niej plebejuszy? A co w takim razie z uszlachconymi muzułmańskimi Tatarami obdarzonymi władzą nad chrześcijańskimi pańszczyźnianymi, co zresztą wywoływało niemałe kontrowersje w owym czasie - oni też mają klękać za to przed Ukraińcami, Białorusami czy polskimi plebejami przepraszając za ''wyzysk'' i ''islamską niewolę'' sprawowaną nad tamtymi przez ich przodków? Toż samo tyczy potomków spolonizowanej szlachty niemieckiej, szkockiej, węgierskiej, włoskiej etc.? I zakładając nawet fałszywie, że mieliśmy do czynienia z ''polskim kolonializmem'' to jak w takim razie bredzić o rzekomym ''białym przywileju'' wobec niewolonych jakoby tak się składa równie białych ludów czy warstw społecznych nie tylko rusińskiego, ale i polskiego chłopstwa? Pomijam już jakim to cudem ''fantomowe'' wedle głupiego Jasia Sowy państwo miałoby prowadzić tąż ekspansję - wirtualnie?! Mamy więc wedle tego zjeba czy równie durnej Tokarczukowej [ choć przy tym cwanej jak na pazerną babę przystało ] realnie odpowiadać za urojone ''podboje'' i ''wyzysk'' - nie powinno to jednak dziwić, gdyż lewactwo programowo kontestuje logikę jako przejaw ''fallogocentryzmu'', zastępując przy tym fakty ''faktyszami'', i będzie tak czynić u nas przynajmniej dopóty liberalna kanalia Gówin oraz jego następcy hojnie sypią im kasą z budżetu [ ta menda to współczesny Kiereński torujący nowej bolszewii drogę do władzy, póki co nad polskimi już chyba tylko z nazwy uczelniami ]. Jasiu przyznał to zresztą otwarcie w swej pożal się odpowiedzi na koncertową wprost refutację jego bredni w wykonaniu dwóch badaczy ustroju dawnej RzPLitej - Jacka Matuszewskiego i Wacława Uruszczaka, w kontrze strzelił jednego wielkiego focha jak na pseudointelektualną ciotę z pretensjami przystało, ale przyparty do muru argumentami mógł jedynie bezradnie wybełkotać:

''...ani nie jestem historykiem, ani nigdy nie aspirowałem do instytucjonalnego rozpoznania jako historyk. Nie mam też ambicji, aby moje teksty były częścią historiografii. A nawet więcej: żadna z moich prac nie jest historyczna w ścisłym sensie, ponieważ jej przedmiotem nie jest ustalanie, co stało się w przeszłości rozumianej jako zamknięty zbiór faktów. Z tego powodu nie mam obowiązku dokonywać przeglądu całej istniejącej w historiografii literatury na jakikolwiek temat ani tym mniej odwoływać się do niej...''

- doprawdy jak wypierdolone w kosmos ego ta kreatura posiada, a przy tym monstrualną dozę arogancji i zadufanej w sobie głupoty, aby przyznając się do braku argumentów, nicości warsztatowej oraz [nad]zwyczajnej ignorancji, mieć czelność pouczać jeszcze tych co obnażyli merytorycznie śmieszność Jasia o ''standardach naukowych''!!! Typowe: cham prowokuje agresywnymi wygłupami fachowców poświęcających mnóstwo czasu i wysiłku na rzetelne poznanie tego, co on ostentacyjnie wprost lekceważy mając w dupie jak widać, po czym gdy traktują go odpowiednio jako pętaka sprzedając mu orzeźwiającego liścia biegnie z płaczem, że mu się krzywda kurwa dzieje kreując się na ofiarę ''opresji'', i wygrażając na odchodne piąstką pod adresem rzekomych ''prześladowców'', co za przegryw i psychopata przy tym.

Wedle zakompleksionych spierdolin pokroju Sowy&towarzyszy centra cywilizacji istnieją jedynie na Zachodzie, sam więc grzeszy i jemu podobni tak potępianym niby przez lewicę, a skądinąd faktycznie ohydnym ''orientalizmem'', dla którego Wschód - w tym również Europy! - jest synonimem barbarii, ''turańskiej dziczy'', niewolnictwa, despotii i w ogóle wszystkiego co najgorsze. Czyni go to paraintelektualnym ''kompradorem'', rodzajem kapo utwierdzającego bezpośrednio władzę swych panów nad rzeszami miejscowych niewolników - czyż trzeba lepszego dowodu na to, że socjalizm, podobnie zresztą jak liberalizm, jest wrogim nam Polakom przeszczepem ideologicznym, narzędziem upokarzającego poddaństwa obcym wpływom, perfidnym w dodatku, bo wmawiającym jarzmo jako ''wyzwolenie''? Co do bredni o szlacheckiej Rzeczpospolitej jako rzekomo jednym wielkim ''obozie koncentracyjnym'' dla chłopów rzec jedynie można, iż byłby to pierwszy w dziejach Gułag, lub Oświęcim do którego ludzie ochoczo sami zdążali, a nie szukali zeń ucieczki. Szkoda strzępić ozora na kłamstwa komunistów i peezelowców, przesądy niestety do dziś utrzymujące się w powszechnej świadomości, bowiem nikt nie czyta fachowych prac rozprawiających się z nimi merytorycznie badaczy takich jak Piotr Guzowski, poza jedynie specjalistami i pasjonatami historii jak niżej podpisany. Nikt więc poza tym wąskim kręgiem nie zna jego nazwiska, podobnie jak i przywoływanych już tutaj Grali, Anusika, Litwina czy Uruszczaka oraz ich dorobku - a po co, lepiej klepać bezmyślnie farmazony po ignoranckich tumanach jak Tokarczukowa czy głupi Jaś Sowa, skończony miastowy dureń. Owszem, nikt nie mówi, że było sielankowo, zdarzali się psychopaci pokroju Marcina Mikołaja Radziwiłła, który założył sobie harem z porywanych przez się, i przy tym często mocno nieletnich nawet jak na ówczesne standardy wiekowe chłopek, zmuszał je do aborcji owoców gwałtu jaki na nich czynił, po czym preparował płody. Do tego cierpiał na okultystyczny zajob, otaczał kabalistami i sam uznał w końcu za Żyda - tego już było dość utytułowanej rodzinie, podobnie jak i jego dzikich i bezprawnych zajazdów na sąsiednie folwarki skąd brał seksualne niewolnice, więc ubezwłasnowolniła go siłą wtrącając do aresztu domowego, co było i tak surową sankcją na owe czasy w porównaniu z równie krwawymi ekscesami zachodnich arystokratów, o moskiewskiej despotii już nie wspominając, jakie zwykle nie doczekały się żadnej kary. Nie można jednak uogólniać przypadku pojeba i pedofila w stosunku do całej grupy społecznej, tak jak i nie każdy przedsiębiorca w Polsce jest nieudacznym Januszem byznesu pokroju Tołajno, ''człowieka sukcesu'' co dorobił się firmy zatrudniającej ''aż'' kilku pracowników, oczywiście na śmieciówkach a jakże, wyjebanego z poprzedniego interesu przez współwłaścicieli, bo ich okradał znęcając się przy tym nad podwładnymi jak typowy przegryw. Jako potomek pańszczyźnianych nie będę przecież piał peanów na cześć dybów, aczkolwiek i tu należy zachować proporcje, bowiem na owe czasy była to ''humanitarna'' kara zastępująca dość powszechnie wtedy wymierzane ćwiartowanie żywcem, łamanie kołem etc. wywodzące się z prawa niemieckiego - już Szymon Starowolski celnie szydził, iż charakteryzuje się ono germańskim systemowym, a bezmyślnym okrucieństwem, tak że ''wpierw cię powieszą, a dopiero później zastanawiają się za co'':). Natomiast rodzime znając niniejsze dzikie metody wymierzania sprawiedliwości cechowało się jednak naciskiem na kary cielesne i finansowe, zaś sędzia był tu raczej arbitrem polubownie rozsądzającym spory sąsiedzkie na mocy niepisanego autorytetu jaki posiadał w swojej wspólnocie, niż surowym i bezlitosnym czynownikiem jak to miało miejsce później w pruskiej lub ruskiej despotii.

Ciekawie pisze na ten temat zmarły niedawno historyk prawa Stanisław Grodziski, który przebadał zachowane akta sądów wiejskich z czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej, dochodząc do zdumiewających wniosków z punktu widzenia ignoranta, czyli przeciętnego Polaka niestety, a szczególnie ''postępowego inteligenta'' za przeproszeniem, co do rzekomej ''chłopskiej niewoli'' jaka miała panować za I RP. W niczym nie deprecjonuje ich fakt, że autor był esbeckim kapusiem, jak i nazistowskie uwikłanie Carla Schmitta nie przekreśla dorobku tego znakomitego jurysty, na który powołują się nawet lewicowi intelektualiści pokroju Chantal Mouffe, a prace jak ''Teoria partyzanta'' wydaje ''Kretynyka Polityczna'' - cóż, powtórzę: nie trzeba być masonem, aby słuchać Mozarta, to iż ktoś był świnią polityczną i w codziennym obcowaniu nie przeczy, że może być znakomity w swoim fachu. A więc jak pisze w recenzji jego pracy badacz Andrzej Wyczański:

''Dla przeciętnego historyka, przyzwyczajonego do obrazu gnębionego chłopa i rujnującej go pańszczyzny, obserwacje, jakie autor wyprowadził z wiejskich ksiąg sądowych, mogą stanowić zaskoczenie. Wprawdzie wiejskie księgi sądowe zachowały się głównie z Małopolski, ale są dostatecznie liczne i Stanisław Grodziski zna je zbyt dobrze, by jego obraz i wnioski mogły być łatwo zakwestionowane. Po pierwsze księgi wiejskie z ich kompetencjami procesowymi i notarialnymi prezentują się nie jako sądy pańskie, pilnujące głównie interesów dworu, ale jako wyraz samorządu wiejskiegoRzadko widać ingerencję pańską w ich działania, a pracowały one przede wszystkim na podstawie wiejskiego prawa zwyczajowego. Według autora sąd nie był wprawdzie profesjonalny, ale działał racjonalnie, znał dobrze środowisko i dbał o jego dobro i interesy. Autorytet gromady, która stanowiła zaplecze dla tego sądu, prowadził do podporządkowania się stron jego decyzjom, czyli do efektywności jego działania, wreszcie do humanitarnego podejścia do winnego, od którego wymagano poprawy, a nie dokonywano odwetu. Bliższa analiza ksiąg wiejskich, w tym przypadku od strony zapisów notarialnych, pozwoliła autorowi na odnotowanie jeszcze jednego, zaskakującego zjawiska. Otóż historycy powszechnie przyjmują, że właściciel dóbr był jedynym niepodzielnym właścicielem gruntów, a chłop tylko czasowym, warunkowym użytkownikiem swej działki. Zapisy w księgach pozwalają na stwierdzenie, że chłop posiadał dziedziczne uprawnienia do gruntu, na którym gospodarował, że mógł go przekazać w spadku, dawać krewnym, sprzedawać, obciążać długiem itp. Według prawa zwyczajowego chłop czuł się właścicielem swego gospodarstwa i ingerencja dworu w tym zakresie by­ła praktycznie ograniczona tak interesem pana (obawa zbiegostwa), jak i stanowiskiem gromady wiejskiej, uznającej dziedziczne prawo chłopa do uprawianej przez niego ziemi.''

Pastwię się nad patologią, bowiem nie jest to niestety bynajmniej przypadłość jedynie lewicy, aczkolwiek dzierży ona jeśli o to idzie palmę głupoty niewątpliwie - np. wujek ''Szarpanki z życiem'' z tubowego kanału dla inceli pojechał w czasie kwarantannowej posuchy w tym [bez]guście. Najwidoczniej znudziło mu się już ciśnięcie chamowatym i psychopatycznym karynom, co i owszem należy się, sęk w tym, iż gość bezzasadnie rozciąga swe niewesołe obserwacje na ogół kobiet, a konkretnie zwłaszcza naszych rodaczek, przez co przyciąga beznadziejnych stulejarzy wyżywających się w komentarzach bredząc nikczemnie o rzekomych ''p0lkach'' pisanych jak widać z małej litery i przez ''zero''. Cóż, typowa samonienawidząca się tłuszcza zakompleksionych ''polaczków'', białych ''czarnuchów'', ale nie o tym mowa - facet jak wspomniałem zmienił nieco tematykę na moment, i zaczął cisnąć starym ludziom, że łażą po sklepach poza wyznaczonymi dla nich specjalnie godzinami otwarcia, co i faktycznie ma prawo irytować, nie ukrywam iż miałem nie raz podobnie w czasie pandemii, czy tam ''plandemii'' jak kto woli. Podkurwił mnie jednak pierdoleniem o jakowychś ''boomersach'' i ''zoomersach'' w obecnej Polsce, powołując się jeszcze przy tym na jakiegoś pedała, że to nieodpowiedzialne pokolenie ''baby boomers'' obciążyło długami swe dzieci i wnuków z ''pokolenia Z'' obecnej młodzieży, pozbawiając ją w ten sposób perspektyw itd. Takowe kategorie faktycznie mogą pasować do opisu tego co wyczyniało się na szeroko pojętym Zachodzie w okresie kontrkultury i później, a i to od biedy jedynie bowiem i tam nie było znowu tak różowo, nie wszyscy wówczas puszczali bańki mydlane, łykali kwasy i ruchali się z kim popadnie - czytałem kiedyś wywiad z gitarzystą R.E.M., który był wtedy amerykańskim prolem, stąd wspominał, że ''lato miłości'' przeżył zapierdalając w kieracie przez większość tygodnia, a za całą rozrywkę służyła mu oraz jego kolegom z pracy skrzynka ichnich jaboli jakimi uchlewali się łyk-end, dosłownie, by z nastaniem poniedziałku wrócić do roboty na trzymającym ich jeszcze ciężkim kacu, takie proletariackie rozrywki. Niemniej rzeczywiście spora część pokolenia ''baby boomers'' dobrze się bawiła, straceńczo nie raz, korzystając z ówczesnego dobrobytu i prosperity Okcydentu, tyle że gdy po tamtej stronie ''żelaznej kurtyny'' panował niepodzielnie w pewnych przynajmniej kręgach społecznych ''sex, drugs&r'n'roll'', u nas w sowieckich de facto demoludach była za to co najwyżej ''wóda, dupa i harmonia'', a poza tym ciężki zapierdol i kombinowanie jak tu związać koniec z końcem do pierwszego. Kogo więc tumanie jeden z drugim nazywasz polskimi ''boomersami'' - dziadków i babcie wypruwających sobie nieraz żyły w PRL-owskiej gównorobocie, ciułających liche oszczędności na ''książeczkach mieszkaniowych'', które i tak ukradła im ''ludowa'' władza, a resztę zeżarła inflacja, wegetujących teraz na bieda-emeryturach i rentach?! Owszem, nie tyczy to zazwyczaj dobrze uposażonych byłych ubeków jak i solidaruchów, przeważnie byłych agentów tychże uboli jak ''Bolo'', ale ilu takich jest nad Wisłą, i robią oni zakupy w bieda-marketach?

Powyższe stanowi objaw głębokiej choroby polskiego ducha nie waham się rzec, być może jako efekt wojennej traumy, którą jak wiadomo dziedziczy się, a polegającej na potwornym wręcz zakompleksieniu i niewolniczym uleganiu obcym wpływom. Rozpatrywana z tej perspektywy polskość faktycznie może jawić się jako ''nienormalność'', tyle że to jedynie patologiczne skrzywienie optyki wskutek oglądu naszych spraw w krzywym zwierciadle - większość nieszczęść Polaków [ i Polek ] bierze się z patrzenia na siebie cudzymi oczami i przykładania obcych nam zupełnie miar. Nie idzie w kontrze zaznaczam, aby kreślić sielankowe wizje przeszłości, bo skoro niby było tak wspaniale czemu w takim razie skończyło się chujowo katastrofą państwowości, i narodową niewolą z której skutkami borykamy się do dziś, a jedynie zaprzestać należy wreszcie tego niewolniczego pierdolenia, aby tutaj ''było jak na Zachodzie'' czy gdziekolwiek indziej. Polacy jako naród Europy Wschodniej, orientalnej więc poniekąd, posiadają swoją specyfikę odmienną tak od Zachodu jak i Azji, podobnie zresztą jak Węgrzy czy Rumuni dajmy na to [ pisałem o tym w poświęconym im poście ], pora więc fakt ten uświadomić sobie zdobywając tym samym mentalną przynajmniej niepodległość. Stwierdzenie powyższego nie czyni mnie bynajmniej wrogiem Okcydentu, ani też zwolennikiem kacapskiej despotii, akurat Moskwa jest germano-mongolskim tworem, czy raczej ściśle mówiąc chińskim, bowiem takowi urzędnicy w służbie chana byli kreatorami wielu jej instytucji. Rosja w swej istocie stanowi przedziwną imperio-kolonię na równi Zachodu jak i Azji, jednak dostrzeżenie tego pierwszego komponentu obecnego choćby w murach Kremla wybudowanych przez włoskich ''wolnych mularzy'', stanowi nieodmiennie problem dla naszych okcydentalistów. Zgadzam się z Markiem Cichockim, iż Polacy są zromanizowanymi Słowianami i nikim innym nie będą, cywilizacyjnie związani przez to z łacińskim Południem, z pochodzenia zaś Wschodem zapewne, gdzieś z dorzecza Dniepru, a niektórzy badacze jak Andrzej Piskozub twierdzą nawet, że uralskiej Kamy. W każdym razie nie przeszkadzałoby mi, gdyby prawdziwą okazała się teza, iż nasi dalecy przodkowie przybyli tu wskutek ekspansji Hunów, którzy rozgromili leżące na obecnych ziemiach polskich królestwo gocko-sarmackie, a może wręcz wraz z protoplastami Attyli. Jeszcze większą radochę zaś budzi we mnie świadomość, że te słowiańskie ''dzikusy'' przyjęły religię a przez to i cywilizację z Rzymu, nie bez oporu wprawdzie brutalnie tłumionego przez Chrobrego co w końcu wywołało pogańską reakcję, niemniej - choćby ze względu na ból dupska jaki tenże ''turanołaciński'' mariaż wywołuje u wyznawców Konecznego:).

Jak tam było tak było, jedno jest pewne: nasza natura, podobnie jak i innych narodów tej części Europy, nie mieści się ani w stricte azjatyckich, ale też i okcydentalnych formach, i to iż rodzima patointeligencja roszcząca sobie pretensje do przywództwa nie zdobyła się na stworzenie własnej, ograniczając w zdecydowanej większości do biernego kopiowania cudzych wzorców napływających zwykle z Zachodu, ochoczo kibicując narzucaniu ich nam z wściekłym fanatyzmem, dowodzi jej całkowitego bankructwa ideowego przesądzając o jej losie. Mówiąc wprost ta banda pasożytów niezdatnych nawet do pracy przy frytkownicy, i co gorsza szkodników najpodlejszego gatunku powinna wyzdychać czego jej rzecz jasna serdecznie życzę, a co i tak wedle wszelkich znaków niechybnie nastąpi. Nadzieję paradoksalnie pokładam w procesach antykulturowych jak rzekłby Karoń, które obok wielu negatywnych konsekwencji o jakich będzie jeszcze mowa, niosą przynajmniej taki pozytywny skutek, iż czynią zbędnymi uczelnie i teatry opanowane dziś przez prawdziwą dzicz z doktoratami, lewacki motłoch gorszy od kanibali z nigeryjskich gangów, lub islamistycznych bojówek, bo ryjący jako zdeklarowani niszczyciele Logosu u podstaw naszej cywilizacji, czy raczej tego co z niej wskutek ich kreciej roboty pozostało. Doprawdy byle Czukcza pojony kumysem ma więcej RiGCzu niż takie spierdoliny jak Hartman, Środzina czy inszy genderowy pomiot, być może więc wcale tak dystopijnymi nie są wizje przyszłości rodem z performansów nie pomnę już którego to polskawego artychy, o nomadach pomykających na wierzchowcach między blokami po zrujnowanych osiedlach naszych miast - jeśli tylko wzięliby na powróz wspomniane kanalie, lub jeszcze lepiej z właściwą sobie brutalnością, ale i zdecydowaniem jakiego brak tak bardzo jest obecnie nad Wisłą odczuwalny, zlikwidowaliby ich ''ślad węglowy'' zamieniając je w ''nekropersony'', ludzki kompost użyźniający swym ścierwem glebę, byłoby to nie tylko dobre i pożyteczne dla planety, ale wręcz cnotliwe. Idą takie czasy, wszystko zdaje się na to wskazywać, gdy z jednej owszem postępować będzie odklejenie od realiów coraz bardziej wirtualnej ekonomii, ale zarazem najprawdopodobniej w cenie i to na wagę złota dosłownie staną się podstawowe dobra jak dostęp do wody, ziemia i żywność, o zdrowiu biologicznym już nie mówiąc, a te dwa sprzeczne z pozoru trendy spotykają się w handlu powietrzem przynoszącym dziś największe zyski. Czy to dobrze czy źle to osobny temat, w każdym razie nie ulega dla mnie wątpliwości, że przyszło nam żyć w epoce jakowegoś ''biokapitalizmu'' [ niektórzy nazywają to wprost ''kapitalizmem somatycznym'' ] - tacy jak Czaskosky i jego globalistyczni mocodawcy wyciągają z tego jak widać po ich działaniach i deklaracjach wniosek o konieczności zbudowania planetarnego ''zielonego ładu'', z nimi jako rzecz jasna tegoż przywódcami z czym wcale się nie kryją podkreślam jeszcze raz. Co do mnie jednak sądzę iż przeliczą się, bowiem ''archeofuturystyczny'' duch neobarbarzyństwa jakie temu procesowi towarzyszy, obok wielu negatywów niesie chociaż ten oto pozytywny w mojej ocenie skutek, że pozwala na odradzanie się przeżytych już wydawałoby się całkiem form i instytucji jak państwo narodowe właśnie, choćby w postaci jego pierwocin jako plemiennej hordy, dobre i to:). Teza zaś o rzekomo ''podzielonym narodzie'' jest z gruntu fałszywa, gdyż nie ma obecnie żadnych ''dwóch narodów'', bowiem część Polaków, a wygląda nawet, że ich większość jest nimi jedynie z nazwy, uważając się za ''Europejczyków'' [ jakby jedno wykluczało drugie, ale najwidoczniej w ich opinii owszem tak ] lub wręcz ''obywateli świata'' i ''kosmopolitów'', albo zwyczajnie ma na to wyj... za przeproszeniem, byle pełna micha była to dadzą tyłka każdemu kto lepiej zapłaci, więc to nie ja wykluczam ich arbitralnie ze wspólnoty narodowej, lecz oni sami to czynią. Dlatego Polska powinna być tylko dla Polaków, bo niby dla kogo innego - ziemniaków? Cała reszta zaś winna stulić mordy, skoro sama gdzieś ma los tego kraju, więc tym samym pozbawiła się prawa do zabierania głosu w jego sprawie, ot co.

Tyle na dziś - w następnym wpisie postaram zająć się głębszym nieco namysłem nad fenomenem wykreowania takiej nicości jak Dżordżu na ''antysystemowego'' męczennika, i co to mówi o niewesołym oględnie zowiąc stanie Okcydentu, którego jesteśmy daleką eurazjatycką de facto peryferią [ na szczęście! ]. Wprawdzie Martin Looter King także był kurwiarzem i złodziejem, ale przy tym miał gadane przynajmniej i dobrze ściemniał, tak iż do dziś wielu ma problem z przyznaniem prawdy o tym komuszym bydlaku, tu zaś już nawet nikt nie udaje specjalnie, że z Floyda był menel i skończona kanalia, a wręcz poczytuje mu się to za powód do chwały!

sobota, 6 czerwca 2020

Rozpalone okcydentalne wieprze czyli o rzekomej ''rzymskości'' nazistów.

Poczynimy konieczny przerywnik w blogowej serii o ''Res publica Romana'', a to by objaśnić pewne wątpliwości jakie być może nasunąć się mogą co do motywów jakie za nią stoją. Jedynie skończony tuman wywieść z tego co tu wypisuję może jakobym pragnął ustanowienia nad Wisłą czegoś w podobie ''nowego cezaryzmu'' na miarę naszych możliwości oczywiście, czy infantylnie pragnął nadejścia zbaffcy oczyzny na białym koniku lub inszej kasztance, o powrocie totalitaryzmów ''brunatnym'' abo ''czerwonym'' już nie wspominając. Powtórzę więc, bo chyba nie do wszystkich dotarło: cały mój wysiłek ukierunkowany jest na wykazanie opierając się przy tym na dorobku badaczy łacińskiej starożytności, że dyktatura jest tak naprawdę republikańską i wolnościową w gruncie rzeczy instytucją. I nie ma w tym nic absurdalnego ni dziwacznego o ile tylko swoboda nie pomyli nam się z anarchicznym warcholstwem, które jest niczym innym jak tyranią chaosu i nagiej, nie ujętej w karby instytucji oraz praw przemocy. Co więcej - właśnie dlatego, że w 1917 roku w Rosji, i 1923 w Niemczech podczas puczu monachijskiego, zbrakło porządnego republikańskiego dyktatora, który zaserwowałby bandom Lenina i Hitlera solidną kurację złożoną z ołowiu i konopnego sznura, doszło do powstania zbrodniczych reżimów przez nich ustanowionych. Tak, mam świadomość, że jeden i drugi nie działali sami, i do władzy wyniosły ich potężne siły tak natury politycznej, jak i społecznej, niemniej likwidacja sukinsynów i ukręcenie łba bestii w kolebce mocno pokrzyżowałoby szyki ich mocodawcom śmiem twierdzić, bo coby o nich nie rzec żaden nie był pierwszą lepszą kurwą z ulicy, jaka za pieniądze zrobi dosłownie wszystko, wyhodowanie podobnej kanalii kosztuje jednak i nie jest wcale takie łatwe. Zresztą to co się wyprawia obecnie w USA najlepszym dowodem palącej [ dosłownie ] konieczności przywrócenia dyktatury, rzecz jasna właściwie pojętej jako instytucja nie tylko militarnej ekspansji wolnościowego ustroju republikańskiego, ale i ochrony porządku państwowego i prawa przeciwko siłom anarchii i chaosu. W każdym razie moje serce jest teraz po stronie tych dzielnych czarnych kobiet, które pogoniły lewacką hołotę z ich dzielnic, niż w zdecydowanej większości białych burżujów z ''antyfy'' jakim od dobrobytu w tyłkach się poprzewracało, czy murzyńskiej żulii podjeżdżającej wypasionymi wózkami, by ładować do nich towar z rabowanych przez się sklepów i domostw. Jestem pewien, że wszyscy stojący na straży państwa i prawa, przeciwko anarchii obojętnie pro- czy antykapitalistycznej, bez względu na swe pochodzenie, przynależność rasową czy stan majątkowy, solidarnie strzelać będą do rozbestwionej hołoty. Powtarzam: zapakować to całe anarchistyczne tałatajstwo z lewa jak i prawa musem w samoloty i posłać w diabły do Konga, po co brudzić sobie ręce g...em, miejscowi watażkowie już tam będę wiedzieli jak za drobną opłatą sprawić się z nimi, dzięki temu wspomożemy finansowo biednych czarnych ludzi, a i nam odpadną durne oskarżenia o ''rasizm'', ''faszyzm'' i takie tam. Zapierdalanie w afrykańskim bieda szybie, tudzież kuracja złożona z konopnego sznura, odrobiny ołowiu we łbie i dołu z wapnem, prędko wyleczy z lewackich jak i libertariańskich farmazonów, to najlepszy sposób zarówno na czerwone, jak i brunatne robactwo.

Jedynie skończona ameba umysłowa zrówna dopominanie się przez pracowników i inne grupy społeczne o swe prawa, należne o ile tylko są zasadne, w zorganizowanych i zdyscyplinowanych formach, z działalnością sfanatyzowanych psychopatów wyznających jawnie terrorystyczną doktrynę ''walki klas'', albo ''ras'' i to niezależnie o jaką z nich akurat idzie. Zresztą jeśli coś stanowi rzeczywiste oskarżenie obecnego kapitalizmu, to właśnie te bandy zdeprawowanej nadmierną konsumpcją, przeżartej i przećpanej gówniażerii chcącej dla ''funu'' podpalić świat, jebana patointeligencja z ''dobrych'' domów. W carskiej Rosji czy Francji ''ancien regime'u'' było tak samo, ileż to szlachcianek i arystokratów tamtejszych zostawało rewolucjonistami, ktoś w ogóle powinien zająć się serio opisem tego autodestrukcyjnego fenomenu - najgorszymi terrorystami wcale nie są zbuntowani proletariusze, ani nawet męty z dołów społecznych, a właśnie mafia pięknoduchów, estetów, idealistów pierdolonych. I później mamy takich szlachciców jak Lenin czy Dzierżyński, albo duchownych pokroju niedoszłego księdza Stalina, lub byłego mnicha buddyjskiego Pol Pota, dziś zlewaczonych burżujów cierpiących na typową dla tego środowiska ''chłopomanię'' jaką stanowi współczesna ''negrofilia'' czy ''pedałolubizm'' [ wypisz wymaluj klimaty z ''Wesela'' Wyspiańskiego, kto nie wierzy niech po nie sięgnie ]. Przypomina się aż co pisał wybitny pedał Pasolini, który ku oburzeniu lewactwa mimo swego komuszego spierdolenia, otwartym tekstem jebnął podczas zamieszek '68 na Zachodzie, że prawdziwymi proletariuszami są właśnie gliniarze pałujący zadymiarzy, a nie to goszystowskie ścierwo zabawiające się jedynie w rewolucję. Nie dziwi mnie także, iż ogniskiem ideologicznej zarazy są uniwersytety w świecie Zachodu jakiego na szczęście jesteśmy eurazjatycką peryferią zaledwie, bom pisał z rok będzie temu, że ''najgorsze barbarzyństwo jest postępowe'', a ''zdziczenie obecnie posiada nade wszystko charakter intelektualny - dziś największy cham i prymityw ma doktorat: z europeistyki, antropologii kulturowej czy gender, ba - może być nawet ''pornozofem''... W tymże wpisie wskazywałem również ''proroczo'', że stokroć ''groźniejsze od inwazji nachodźców z głębi Azji czy Afryki są dla nas hordy ''nowych dzikich'' obsiadających wyższe uczelnie, gdyż ci uniwersyteccy ''niszczyciele Logosu'' ryją u podstaw naszej cywilizacji, to banda intelektualnych terrorystów dosłownie, a każde zło materialne i cielesne ma swe korzenie w zatrutym umyśle i chorym, przeżartym metafizycznym złem duchu, czego skutki właśnie obserwujemy. Dlatego tylko skończony tuman śmieszkować może z przejawów tejże patologii jak wspominany już na blogu artykuł ''Gombrowicz od tyłu, Projekt krytyki analnej'' pomieszczony w fachowym periodyku dla polonistów wydawanym przez władze Uniwersytetu Śląskiego - 40 stron [!] pdf wypełnionych koszmarnym bełkotem o ''rewolucyjnym potencjale tezy, że odbytnica jest grobem w którym pogrzebana została męskość hegemoniczna i fallogocentryczna''... Groza, widomy dowód upadku Okcydentu - to już nawet nie jest ''społeczeństwo spektaklu'', a ordynarne porno jak to w którym wystąpił afroćwok o którego poszła cała chryja [ choć muszę przyznać, że rypana przezeń czekolada niezgorsza ]. Świat stanął na głowie: z byle żula, ludzkiej kanalii, która sterroryzowała ciężarną pistoletem przystawionym do brzucha, by ją obrabować, ćpuna i degenerata jakiego ''dorobkiem życiowym'' jest rola w pornosie, zrobiono bohatyra i męczennika ''policyjnej przemocy'' - JPRDL!!! Jednak to nie tacy jako on są najgorsi, bo od czarnej niebezpieczniejsza jest biała neobolszewicka hołota, a szczególnie członkowie władczych elit anarchizujących swoje państwo, byle zachować władzę. Dlatego im w pierwszej kolejności powinna zafundować Dzień Sznura porządna republikańska dyktatura, której konieczność zaprowadzenia nieodmiennie postuluję: doprawdy nastawiano po obu stronach oceanu tyle pięknych nowusieńskich latarni, aż proszących się o [nad]zwyczajny z nich użytek - jeśli tego nie uczynimy, oni sprawią nam piekło na ziemi, nie ma wyjścia. Co za czasów doczekaliśmy, że prezydent USA, przywódca globalnego mocarstwa musi kryć się w bunkrze nie tyle przed rozbestwioną tłuszczą grasującą na ulicach, co nade wszystko sabotującymi jego decyzje, formalnie jak widać tylko podległymi mu generałami i urzędnikami państwowymi!

Jak zawsze zresztą bezmózga swołocz stanowi tylko wygodne narzędzie w rękach cynicznej oligarchii z ustami pełnymi frazesów o ''demokracji'', choć skrycie gardzącej zrewoltowanym motłochem, czemu trudno zresztą się dziwić, skoro tumany potrafią koncertowo nasrać sobie na głowę profanując pomnik gorącego orędownika równouprawnienia murzyńskiej ludności, jakim był Kościuszko. Podobnie było i w Rosji wiek temu już będzie: przecież cara obalili generałowie i ludzie z jego najbliższego kręgu, a nie tłum na ulicach Petersburga, który posłużył za zasłonę dymną, toż samo z następną rewolucją - wiadomo kto posłał Lenina pociągiem, zdecydowanie za to mniej się mówi o statku pełnym rewolucyonerów z Trockim na czele jaki wówczas przybył z USA. Mają więc tam doświadczenie we wszczynaniu ''oddolnych'', całkiem ''spontanicznych'' rzecz jasna buntów i zamieszek, zarówno w innych krajach, jak i u siebie, stąd dla tamtejszych służb, i każdych zresztą, to bułka z masłem. Nie odkryję Ameryki [ nomen omen ] stwierdzeniem, że odbywa się w niej teraz otwarty niemal zamach stanu, [socjal]Demokratom pali się dupa z powodu ''ObamaGate'', czyli uwikłania kierowanych przez nich tajnych służb w nieudaczną próbę wrobienia Trumpa w absurdalną ''ruską agenturalność'', stąd poszczuli tłuszczę i wyhodowanych przez się terrorystów, by ocalić zad przed kompromitacją. Nie może więc dziwić, że wywodzący się z tejże mafii politycznej burmistrz Nowego Jorku składa publiczny hołd swej psychopatycznej córce zadymiarze, a tameczny komendant policji pada na kolana przed motłochem, zamiast go rozpędzić jak powinien, w tym szaleństwie jest metoda. Nie będę jednak rozwijał tematu, bo nie o tym jest niniejszy wpis, kto chce niech sobie przypomni historie Patty Hearst, dziedziczki fortuny prasowego magnata, która została porwana a następnie skaptowana do lewackiej bojówki terrorystycznej noszącej wszelkie znamiona kreatywności amerykańskich tajniaków, wedle oficjalnej wersji założonej przez czarnego szura i policyjnego prowokatora Donalda DeFreeze; albo Richarda Aoki, agenta FBI dostarczającego''czarnym panterom'' rządową broń do walki z rządem pod kontrolą tegoż rządu:) [ facet zinfiltrował murzyńską bolszewię, mimo iż z pochodzenia był Japończykiem, jak dla mnie przechuj ]. Obecnie mamy jedynie do czynienia z paroksyzmem endemicznej dla USA przemocy, drobny przykład sprzed roku będzie - napierdalanka amerykańskich patriotów z antyfiarzami, ładny lewak zebrał cios na mordę:


- znamienne, iż wśród tamtejszych narodowców obok białych nie brak też Latynosów, Azjatów a i Murzyni jak widać się trafiają, natomiast antyfiarze same białasy: i kto tu jest naziolem? A, zapomniałem - przecież to wedle mediów głównego ścieku grupy ''białych nacjonalistów'' podszywające się pod lewaków, jeszcze chwila a dowiemy się, że zadymy to spisek Trumpa:). O tyle jednak podobne bełkotliwe tłumaczenia stanowią pozytywny symptom, bo świadczą o tym, iż nie ma jednak społecznego przyzwolenia, w tym również sporej grupy ogarniętych czarnych Amerykanów, na podobne skurwysyństwo. Pozostaje więc jedynie powtórzyć z naciskiem, że jak anarchiści prokapitalistyczni nie są żadną alternatywą dla anarchokomunistów, tak i ''biały suprematyzm'' nie stanowi takowej wobec czarnego, i vice versa. Tym bardziej, że jednym z patronów intelektualnych współczesnej lewicy obok Marksa rzecz jasna, ale i Freuda oraz Nietzschego jest także Heidegger, ''duchowy nazista'' od którego zaczerpnęła radykalne zakwestionowanie niemal całego dorobku intelektualnego myśli europejskiej w imię powrotu do mitycznego ''źródła'' naszej cywilizacji, bełkotliwy język tracący programowo swój referencyjny charakter, wreszcie koncept totalnej ''reformy'' a tak naprawdę zniszczenia uniwersytetu.

Dziś więc zajmiemy się wykazaniem, iż pretensje nazioli do ''imperialnej rzymskości'' i pozowanie na ''starożytnych Greków'' były powierzchowne i zakłamane, a do tego podszyte nieskrywaną nawet specjalnie patologiczną nienawiścią do łacińskiego dziedzictwa cywilizacyjnego Europy. Wszystko to bowiem traktowali instrumentalnie, jako propagandową podbudowę ohydnego, morderczego dosłownie ''orientalizmu'', pogardy wobec ''dzikiej Azji'', stanowiącej logiczną konsekwencję fundamentalnej dla hitleryzmu doktryny ''Lebensraumu'' czyli ''przestrzeni życiowej na Wschodzie'' Europy. Ściśle z tym związana była koncepcja ''germanizacji ziemi'' a nie ''krwi'' wyłożona w ''Mein Kampf'', co wykluczało asymilację zamieszkujących na tych terenach Słowian, z Polakami na czele jako egzystującymi na pierwszej linii frontu niemieckiego ''Drang nach Osten'', w praktyce oznaczając ich zniewolenie i eksterminację. Świetnie rozpoznał to i ujął w lakonicznej, klarownej formule jeszcze przed wcieleniem tychże ludobójczych wizji w życie przedwojenny polski prawnik i zdeklarowany piłsudczyk Antoni Chmurski : ''Państwo Hitlera - to wielki obóz wojenny, zwrócony frontem na Wschód. A na Wschodzie graniczy z Trzecią Rzeszą - Rzeczpospolita Polska''... [ cytat ze str. 57 niniejszego opracowania ]:


Tyle że nazizm w równym niemal stopniu zasadzał się też na zaciekłej wrogości wobec tradycji europejskiego antyku, szczególnie rzymskiej jurysprudencji. Wprawdzie naziole chętnie widzieli w sobie dziedziców starożytnych rodzimych cywilizacji, ze szczególnym uwzględnieniem Spartiatów, jednak dokonując przy tym ordynarnych manipulacji czyniących z tych nawiązań istną groteskę np.:

''Ideolodzy nazistowscy pomijali oczywiście niewygodne dla nich elementy spartańskiej rzeczywistości, zwłaszcza charakterystyczny dla tamtej kultury homoseksualizm, o którym często wspominali starożytni autorzy. [...] Potwierdzają to wytyczne Ministerstwa Spraw Wewnętrznych III Rzeszy, przeznaczone dla twórców podręczników oraz nauczycieli historii z 1933 r.: „W prahistorii należy podkreślić, że całą północną i środkową Europę opanowała rasa północna, tj. nordycka. Do Azji Mniejszej i północnej Afryki, 5000 lat przed Chrystusem podążają Nordycy. Nordykami byli Hindusi, Persowie, Medowie. Kultura egipska [...] jest dziełem ludów rasy północnej. Historię Grecji rozpoczynamy od terenów środkowoeuropejskich w celu wykazania, że kultura grecka jest dziełem rasy nordyckiej, natomiast przyczyny upadku Grecji przedstawiamy jako wynik przemie­szania ras, skutkiem czego nastąpiło zanikanie krwi nordyckiej. W nauczaniu dziejów Rzymu nieodzowne jest podkreślenie, że jego potęga i kultura była dziełem nordyków, walka plebejuszy i patrycjuszy - walką rasową. Upadek Imperium Rzymskiego spowodowany był przez «zanikanie krwi nordyckiej». Dzięki «wędrówce ludów» państwo rzymskie otrzymało «świeżą nordycką krew» i dlatego tam, gdzie przeniknęli Germanie, nastąpił rozkwit kultury”.


- a więc racja w opisanym przeze mnie ostatnio sporze jaki rozdarł Republikę Rzymską, stała wedle nich po stronie ''optymatów'' reprezentujących w tej perspektywie ''arystokrację rasy'', natomiast ''popularzy'' w takim razie przewodzili buntowi ''helotów'' i ''podludzi'':). Ciekawe jak sobie tłumaczyli fundamentalny dla wszechniemieckiego szowinizmu mit bitwy w Lesie Teutoburskim i pogrom rzymskim legionów zadany przez germańskiego wodza Arminiusa - wojną domową wśród ''Nordyków''? [ o tyle mogłoby to być uzasadnionym, że był on przecież rzymskim obywatelem i byłym legionistą, niemniej z pochodzenia barbarzyńskim ''homo novus'' dla senatorskiej arystokracji, jak i zwykłych mieszkańców Wiecznego Miasta ]. Natomiast widać wyraźnie z powyższego, że wg nazistów nie było żadnego ''upadku Rzymu'' a inwazja Germanów stanowiła dlań dobrodziejstwo, oznaczając w rezultacie przejęcie przez nich jego dziedzictwa - zupełnie w tym podobni byli Osmanom, także uzurpujących sobie miano jego spadkobierców [ przypominam, że sułtanowie mniemali, iż po zdobyciu Konstantynopola prawa jakie z cesarzy rzymskich przeszły na bizantyjskich teraz należą się im, stąd serio dążyli do odtworzenia Imperium Romanum na modłę muzułmańską ]. Przeświadczenie to znalazło wyraz w popularnej literaturze niemieckiej jeszcze w XIX w. w opisie zmagań pierwszych germańskich władców podbitego przez nich Rzymu z ówczesnym Cesarstwem Wschodnim, miało to niebagatelne znaczenie dla rozkrzewionego wśród Niemców ''orientalizmu'', który przybrał tak zbrodniczą postać w następnym stuleciu:

''Nieprzychylny stosunek do Bizancjum stał się źródłem paradoksu — zrekonstruowanie obrazu obecności Bizancjum w świadomości europejskiej, by użyć wyrażenia Paula Hazarda, jest niemożliwe, bo Bizancjum zupełnie świadomie usunięto z historiograficznego modelu rozwoju Europy. Obecności (czy jak napisała niedawno wybitna brytyjska bizantynistka — nieobecności) Bizancjum nie można jednak badać w ten sam sposób jak bada się stosunek do kultury chińskiej czy japońskiej (mimo że i na Cesarstwo Wschodnie narzucono paradygmat orientalizmu). Bizancjum, postrzegane jako równie egzotyczne, było częścią, chcianą lub niechcianą, europejskiej historii. [...] Najbardziej znanym niemieckim dziewiętnastowiecznym utworem zawierającym motywy bizantyńskie jest powieść Felixa Dahna ''Ein Kampf um Rom'' (książka ukazała się w 1876 roku, ale Dahn rozpoczął pracę nad nią w 1858/1859 roku). Tekst należy do tak zwanych Professorenromanen, czyli powieści, które wyszły spod pióra uniwersyteckich wykładowców. Fabułę książki, rozpoczynającą się w ostatnich dniach panowania Teodoryka Wielkiego (dokładnie w 526 roku ) stanowiła historia nieudanej próby utrzymania przez Ostrogotów dziedzictwa wielkiego monarchy i walki przeciwko wojskom Cesarstwa Bizantyńskiego pod dowództwem Belizariusza. Okres, w którym rozgrywa się historia, był dobrze znany Dahnowi. Autor ten opublikował wcześniej (w 1865 roku) pracę poświęconą Prokopiuszowi z Cezarei (postać bizantyńskiego historyka pojawia się w powieści) . ''Ein Kampf um Rom'' cieszyło się ogromną popularnością, o czym świadczy liczba wydań — do końca I wojny światowej było ich 110, a liczba sprzedanych egzemplarzy do początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku sięgnęła około 2 milionów. Wszystko to, wedle jednego z badaczy, czyni utwór Dahna jedną z najbardziej wziętych niemieckojęzycznych powieści . Mimo że tekst zaliczono do powieści dla młodzieży (Jungsromanen), to odegrał on istotną rolę w kształtowaniu historycznej wyobraźni Niemców w XIX i XX wieku. Dla czytelników powieści Dahna utożsamienie Gotów z Niemcami nie ulegało wątpliwości. Autor zresztą przedstawia ich, wykorzystując klisze, które zostały później użyte i nadużyte przez ideologów narodowego socjalizmu — Goci/Niemcy są wysokimi, dobrze zbudowanymi niebieskookimi blondynami. Powieść cieszyła się w czasach nazistowskich sporą popularnością, służąc jako dowód na ciągłość idei wielkoniemieckiej Rzeszy. Otwierająca książkę scena, w której bohaterowie — Witichis, Wildebald, Totilla i Teja — zaprzysięgają współpracę dla dobra wszystkich Gotów, nabierała szczególnego znaczenia w dobie jednoczenia Cesarstwa Niemieckiego.''

[ str. 104 ]


W każdym razie fakty są takie, iż zwłaszcza radykalna frakcja nazistów skupiona wokół SS stała na stanowisku zapiekłej wrogości wobec łacińskiego dziedzictwa Europy, tak katolicyzmu jak i pogańskiego Antyku, czego dowodem utrącenie przez nich kariery Carla Schmitta - ten wybitny niewątpliwie filozof prawa, lecz polityczny spierdoleniec należał do konkurencyjnego stronnictwa jurystów kolaborujących z reżimem NSDAP. Przewodził jej morderca Polaków, ale i biegły adwokat Hans Frank, dążyła ona do kompromisowego uzgodnienia zasady ''fuhrerprinzip'' z poszanowaniem jednak elementarnych procedur prawnych. Natomiast esesmańscy ideolodzy bezprawia twardo obstawali przy czystym, rewolucyjnym z nieczystego ducha woluntaryzmie na bolszewicką modłę, i płynącej stąd pogardzie dla formalizmu z jego respektem dla reguł i zasad, aczkolwiek nie jak u Lenina w imię ''proletariatu'' a wyimaginowanej przez nazistów ''rasy nordyckiej'' - w jednym i drugim wypadku znajdowało to konkretny wyraz w formule ''prawa'' jako narzędzia terroru, tyle że tam ''klasowego'' tu zaś ''rasowego'':

''W 25-punktowym programie NSDAP z 1920 roku zamieszczono punkt 19, który brzmiał: „Domagamy się zastąpienia prawa rzymskiego, służącego materialistycznemu porządkowi świata, przez niemieckie prawo wspólnoty” [...] Wszyscy członkowie tworzą jedną osobę prawną, która nazywa się Volksgemeinschaft, dosłownie Wspólnota Narodowa. Prawa rządzące nią wyłaniają się z wewnętrznych potrzeb duchowych, politycznych i materialnych, które rozwinęły się dzięki wspólnemu doświadczeniu historycznemu. Dlatego prawo w poczuciu narodowego socjalizmu nie było wyrazem władzy państwowej, której lud musi się podporządkować jako bierna i bezwładna masa. Zgodnie z koncepcją Volksgemeinschaft prawo było częścią życia ludzi. Ustawodawca uwydatniał i wyrażał organicznie poczucie tego, co sprawiedliwe i niesprawiedliwe, poczucie dobra i zła, które są nieodłączną częścią duszy narodu. Punktem wyjścia dla narodowo socjalistycznej koncepcji prawa byli ludzie, a nie państwo. Zadaniem państwa było dopilnowanie, aby prawo było przestrzegane.

System prawny wprowadzony w Niemczech pod koniec średniowiecza opierał się na zasadach rzymskiego orzecznictwa. Zasady te zostały odnowione i przeformułowane w XIX wieku. Były one całkowicie obce tradycji niemieckiej i okazały się nieustającą przeszkodą w rozwoju jednolitego systemu prawa. Naród niemiecki nie posiadał tradycyjnego systemu prawnego, takiego jak ten, w którym Anglosasi znaleźli wyraz swojego wewnętrznego poczucia sprawiedliwości i który stanowi podstawę ich idei prawnych. Wprowadzenie systemu obcego naturze Niemców, w wielu sferach życia oddzielało działanie prawa od naturalnie rozwijającego się życia narodu. Wielkie dzieło kodyfikacji przeprowadzone w ramach Drugiego Cesarstwa w 1871 r. zostało dokonane przez ludzi, którzy zostali wykształceni w zakresie prawa rzymskiego. Powszechnie było wiadomo i wkrótce się okazało, że to prawo wymaga reformy, a jednak wszystkie próby jego ulepszenia zakończyły się niepowodzeniem. [...]

W narodowym państwie socjalistycznym Führer był prawodawcą. On sam był także integralną częścią wspólnoty narodowej. W ten sposób prawo opierało się na innej zasadzie niż ta, na której opiera się prawny status dyktatury. W celu utrzymania zasady dyktatury konieczny jest zewnętrzny przymus, natomiast tu przywództwo oparte było na bezwarunkowym przeświadczeniu o autorytecie. Tam, gdzie istnieje przymus, jednostka ma poczucie, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec społeczności, a to właśnie poczucie indywidualnej odpowiedzialności stanowiło podstawę narodowo-socjalistycznej ideologii. Najwyższym honorem i najwyższym ideałem było służenie narodowi. Honor oraz wolność wewnętrzna i zewnętrzna są niezbędne do istnienia społeczności. Ponieważ ideał wspólnoty narodowej był podstawą narodowego socjalizmu, należało znaleźć formułę prawną, która wyrażałaby tę zasadę i dawała każdemu Niemcowi przestrzeń prawną w ramach wspólnoty. Jednostka nie jest odizolowana od społeczności. Społeczność musi składać się z członków. Osoby te nie są przedmiotami w rękach rządzących ani instytucji społecznych. Każda reprezentuje społeczność w sobie i ma w niej swoje pole do działania. Całkowita aktywność społeczności zależy od siły i osiągnięć pojedynczych członków. Dlatego jednostka nie znajdowała się w sytuacji podmiotu, który nie ma żadnych praw, jak ma to miejsce w państwie absolutystycznym. Prawa wspólnoty były jej prawami i od niej zależał jej honor i wolność.''


''Punkt 19 zawiera bowiem program nie tylko negatywny – odrzucenie prawa rzymskiego – ale przede wszystkim konkretny postulat na przyszłość – zastąpienia go przez niemieckie, a czasami w omówieniach mówi się o germańskim – prawo wspólnoty. Po pierwsze – należy się przyjrzeć zatem, co rozumiano przez prawo rzymskie. Powstawał tu pewien kłopot – z jednej strony bowiem nader chętnie przypominano, że Rzymianie, podobnie jak antyczni Grecy – zaliczali się do aryjczyków, więc dlaczego odrzucano prawo rzymskie? Odpowiedź narodowych socjalistów była prosta: prawo rzymskie w gruncie rzeczy nie było wcale prawem rzymskim, tak naprawdę było ono bizantyjsko-azjatyckie, żydowskie i greckie, bo powstało już po upadku Rzymu. Jeden z mało znanych publicystów narodowosocjalistycznych, autor wydanej w 1931 r. broszury propagandowej, poświęconej germańskiemu pojmowaniu prawa własności, zatytułował jej rozdziały bardzo wymownie, mianowicie rozdział drugi – ''Tak zwane prawo rzymskie'', a rozdział piąty ''Wpływ prawa bizantyjskiego na rozwój Niemiec'' [ czyż wyznawcom Konecznego nie brzmi to aby znajomo? - przyp. mój ]. Podobne rozumowanie można znaleźć także u Rolanda Freislera, który znacznie później, bo w 1940 r., starannie odróżniał antycznych, czystych rasowo Spartan, i ich urządzenia prawne, od tych, które powstały, gdy ich rasa się zdegenerowała. W każdym razie podstawowym twierdzeniem głoszonym i powtarzanym przez nazistów było, że prawo germańskie, które obowiązywało do recepcji prawa rzymskiego u schyłku średniowiecza, było zupełnie odmienne w treści, miało podłoże we wspólnocie rasy i należy do tego prawa wrócić. [...] Pod hasłem „prawo rzymskie” rozumieli naziści przede wszystkim wypracowane przez antycznych prawników i przez całe pokolenia ich następców zasady tworzenia i stosowania prawa, znane w stosowanych od wieków paremiach. Mało kto zajmował się treścią prawa rzymskiego. Chodziło o znalezienie prawniczo brzmiącego uzasadnienia dla całkowicie odmiennej wizji prawa, któremu przydano miano germańskiego czy prawdziwie niemieckiego. Postulat germanizacji czy przywrócenia prawa niemieckiej wspólnoty, pracowicie uzasadniany i rozwijany przez nazistowskich prawników, miał przede wszystkim uwolnić rządzących od ograniczeń w tworzonym i narzucanym przez nich prawie, po to, by – uwolnieni od formalizmu, dokładności – mogli tworzyć prawo niezbędne dla realizacji ich władzy i politycznych celów. [...] W tym sensie ustroje totalitarne muszą zaprzeczyć wszystkiemu, co europejska czy śródziemnomorska kultura prawna wypracowała, albo – po prostu nie będą totalitarne. Trafnie już dawno temu zauważył Carl Joachim Friedrich, że jeżeli założyć, że państwo to taki twór, który opiera się na prawie i działa przez prawo, to o państwach totalitarnych nie można mówić jako o państwach, bo one prawa po prostu nie uznają. Konsekwentnie zatem używał określenia „reżimy totalitarne”. Na rzecz tej tezy przemawia także fakt, że również totalitaryzm komunistyczny nie hołubił zasad prawa rzymskiego, ani właśnie wypracowanych przez Rzymian istotnych elementów kultury prawnej, czego przekonująco dowodzą publikacje Adama Lityńskiego. Odrzucenie prawa rzymskiego w III Rzeszy nie było tylko i wyłącznie pustą retoryką, faktycznie służyło przejściu do totalnego bezprawia pod hasłem powrotu do dawnych, germańskich, rasowych wartości''.


I to może tyle co się tyczy rzekomej ''rzymskości'' czy tam ''greckości'' nazioli - powyższy zestaw obszernych cytatów aż nadto dobitnie okazuje, że ruch ten stanowił co najwyżej nikczemną parodię europejskiego antyku, i zwyrodnienie naszej chylącej się już wtedy ku upadkowi cywilizacji ''białego człowieka'', jej przedagonalne paroksyzmy. Dlatego trzeba wyjątkowej naiwności, by nie rzecz wprost głupoty, aby bredzić jak Degrelle:

''Pewnego razu ośmieliłem się zapytać Hitlera: „Mein Führer, proszę wyjawić mi swoją tajemnicę. Kim Pan, koniec końców, tak naprawdę jest?” – Hitler uśmiechnął się i odpowiedział: „Jestem Grekiem”. Miał na myśli człowieka starożytnej Hellady – człowieka o klasycznym systemie wartości, oddanego pięknu, naturze, prawom ducha i harmonii. Szczerze nienawidził świata współczesnego, zarówno w jego wariancie kapitalistycznym, liberalno-kosmopolitycznym, jak i internacjonalistyczno-marksistowskim. Uważał tą materialistyczną, stechnicyzowaną, cyniczną cywilizację za szczyt brzydoty, po prostu za patologię.''

http://xportal.pl/?p=35116

- stąd nigdy nie entuzjazmowałem się tym autorem, i nie pojmuję przyczyn fascynacji nim ze strony niektórych naszych narodowców, przecież to dureń był a że czynnie zwalczał komunizm? Niestety, ale w mundurze esesmana to raz, a dwa mamy w takim razie czcić każdą bolszewicką kanalię co z kolei biła hitlerowskich morderców Polaków? Nie dla nas to czyniła, ale w imię Stalina, sprawy komunizmu i swej ''rodiny'', więc nic im nie zawdzięczamy tak naprawdę, podobnie jak i takim Degrellom cierpiącym na patologiczną, zaślepiającą ich całkiem fanatyczną wiarę w Hitlera jako rzekomego ''zbawcy Europy'' przed jakoby ''azjatyckim żydo-bolszewizmem'' [ rzecz jasna okcydentalne źródła tej zbrodniczej ideologii kompletnie nie miały dla nich znaczenia ].

Na finał wypada objaśnić o co idzie z wymienionymi w tytule ''płonącymi świniami''? Otóż uznałem to za dobrą metaforę groteskowego ''antyturanizmu'' nazistów, bowiem w artykule traktującym o zastosowaniu słoni bojowych głównie w armiach hellenistycznych monarchii powstałych na gruzach imperium Aleksandra Wielkiego, ale też Kartagińczyków jak i Rzymian [ co stanowiło dobitny przykład starożytnego ''eurazjatyzmu'' będąc efektem zetknięcia cywilizacji greckiej z indyjską ], natrafiłem na takowy wyborny fragment:

''Innowacyjnością wykazywali się starożytni opracowując szeroki asortyment egzotycznych sposobów walki ze słoniami. Byli święcie przekonani o strachu, jaki wzbudza w nich świnia, choć nie do końca rozumieli, dlaczego. Mając tę wiedzę, jak również świadomość strachu wszystkich zwierząt przed ogniem, twórczy Megaryjczycy postanowili połączyć oba te czynniki. Nieszczęsne prosiaki wysmarowano smołą i wypuszczono na słonie Antygona II Gonatasa. Możemy podejrzewać, że nie byli pierwsi. Dziesięć lat wcześniej pod Benewentem również świnie miały przepłoszyć słonie Pyrrusa. Choć wspominając o tym Elian nic o podpalaniu prosiaków nie mówi , zestawienie tego ustępu z tekstem o sukcesie Megaryjczyków, który wskazuje, że ogień jest potrzebny, by zmusić świnie do głośnego kwiczenia , daje nam solidne podstawy, by sądzić, że i tu autor myśli o płonących świniach. Wielu uczonych powołuje się na rzymskie aes signatum z przedstawieniem słonia i świni . Nie można uznać tego za rozstrzygający dowód, ale najwyraźniej mieszkańcy znad Tybru jakoś łączyli oba zwierzęta. Chwytanie się podobnych pomysłów świadczy o całkowitej bezradności wobec słoni.''


- a więc rozpalone okcydentalne wieprze kontra orientalne słonie bojowe:))): czyż to nie zacna figura rzekomego ''starcia cywilizacji'' jakie miało miejsce podczas II wojny światowej? [ w gruncie rzeczy zaś wewnętrznego konfliktu w obrębie tej samej rodziny ideologicznych nowoczesnych barbarzyńców ]. Przywołany we fragmencie artykuł historyczny pochodzi ze znakomitego rocznika wydawanego przez PAN ''Meander'' poświęconego kulturze świata starożytnego. Polecam zeń dla edukacji koniecznej by rozbić zalegające w umysłach prostackie wymysły jak te wyżej pomienione, tekst badacza Radosława Gawrońskiego traktujący o korzystaniu przez Cezara i pierwszych cesarzy rzymskich ze służby wojskowej Germanów tworzących ich gwardię przyboczną, i przyczyn dla których po śmierci Nerona zastąpiono ich azjatyckimi najemnikami:


- czy recenzję, dość miażdżącą zresztą, pracy jakiej tematem są przemiany systemu władzy cesarskiej w późnym antyku, zawierającą taki oto passus:

''Należy podkreślić trafność spostrzeżeń autora dotyczących kształtowania się ceremoniału dworskiego w okresie dominatu i jego rozwoju za panowania Konstantyna Wielkiego i jego następców. Kolb słusznie zauważa, że późnoantyczne formy autoprezentacji władcy to nie tylko import z Persji, ale wynik wielowiekowego rozwoju i łączenia elementów grecko-hellenistycznych, orientalnych, etruskich i rzymsko-italskich w jedną całość.''


- znamienne zresztą, iż proces ''orientalizacji'' imperium [ jak widać niezbyt fortunnie tak określany ], który za panowania tego władcy dopełnił się [ gdyż miał miejsce od dłuższego czasu, już Aurelian był gorącym wyznawcą synkretycznego kultu ''Sol Invictus'' będącego połączeniem elementów grecko-łacińskich z aryjskim mitraizmem ], co znalazło symboliczny wyraz w ustanowieniu nowej faktycznej stolicy na wysuniętym ku Azji wybrzeżu Europy, ściśle wiązał się z jego chrystianizacją, bowiem chrześcijaństwo co do zasady jest religią orientalną i na Wschodzie pierwotnie znajdowały się jego ośrodki wraz z najliczniejszą liczbą wyznawców, dopiero inwazja islamu zmieniła ten stan rzeczy. Wreszcie skoro zaczęliśmy od wymysłów nazistowskich Niemców na temat ich germańskiej przeszłości, oraz tematowi nieuprawnionych roszczeń tychże do rzekomo ''nordyckiego'' dziedzictwa rzymskiej republiki oraz imperium poświęciliśmy niniejszy wpis, pora zakończyć go wzmianką o sensacyjnym odkryciu archeologicznym jakiego dokonano stosunkowo niedawno. Otóż badacze wydobyli spod ziemi pozostałości przechodniego obozu warownego rzymskich legionistów najprawdopodobniej z III w. n.e. położonego w środku dzisiejszych Niemiec dosłownie, na terenie obecnej Turyngii, a więc daleko poza limesem czyli granicą panowania Imperium Romanum. Co ciekawe, jak głoszą wiarygodne świadectwa z epoki, gros żołnierzy biorących udział w tej odwetowej wyprawie na germańskich najeźdźcach, stanowiącej ich prawdziwy pogrom, wywodziła się z Azji! [ być może więc nazistowska ''orientofobia'' jest dalekim echem łomotu jaki wówczas od nich zebrali dalecy przodkowie dzisiejszych Niemców:) ]. Cóż za zagwozdka dla obrońców ''syfilizacji judeołacińskiej'' spod znaku Konecznego, łączących pogardę dla ''turańskiej dziczy'' z odrazą wobec rzekomego ''bizantynizmu'' Niemców - pozaeuropejscy, głównie azjatyccy najemnicy w służbie rzymskiego cesarza gromią germańskich ''barbarzyńców'':

''Obaj wyżej wymienieni antyczni kronikarze wyraźnie potwierdzają udział w składzie rzymskich oddziałów łuczników z Bliskiego Wschodu tzw. auxilia (czyli oddziałów pomocniczych) którzy w 235 roku n.e. mieli wspierać armię Maksymina Traka w czasie jego kampanii przeciw Germanom. W swym opisie Juliusz Kapitolinus wspomina o tym w następujący sposób: „(..) z całą armią przeprawił się do Germanii, biorąc ze sobą Maurów, Osdroenów, Partów i tych wszystkich, których prowadził na wojnę Aleksander. Maksyminus wziął ze sobą pomocnicze wojska wschodnie, głównie dlatego, że lekkozbrojni łucznicy najskuteczniej walczą przeciw Germanom”. Potwierdził to również Herodian notując: „Prowadził ze sobą wielkie masy wojska, niemal całą siłę zbrojną rzymską, między innymi bardzo wielką liczbę mauretańskich oszczepników oraz łuczników z Osroeny i Armenii, z których jedni byli poddanymi, drudzy przyjaciółmi i sprzymierzeńcami, dalej pewną liczbę Partów, którzy zbiegli do Rzymu zwerbowani za pieniądze albo też zostali wzięci do niewoli i jako jeńcy służyli Rzymianom”.


piątek, 29 maja 2020

Populares über alles!

Przygotowując się do wykazania, iż autorytarne formy rządów jak dyktatura są integralnym elementem łacińskiej tradycji wolnościowej republikanizmu wynikającym z jego militarnego charakteru, poczytuję sobie właśnie ''Historię Rzymu'' znakomitego starożytnika Adama Ziółkowskiego [ abstrahując całkiem od osobistych wyborów człowieka, a zwłaszcza jego córki z próbówki ]. Natrafiłem weń na fragmenta przywołujące mimo zupełnie odmiennego kontekstu dziejowego niepokojąco aktualne analogie a tyczące przyczyn ostrego konfliktu politycznego jaki rozdarł dosłownie na pół Rzeczpospolitą doprowadzając do jej upadku. Oto więc jak historyk opisuje czynniki natury społecznej i ekonomicznej, które legły u jego źródła [ umieszczone w poniższych cytatach uwagi i komentarze w nawiasach są mego autorstwa ]:

''Republikańska umowa społeczna miała rozbić się o to, że warstwy niższe, których pot i krew zdobyły dla republiki władzę nad światem, oraz warstwy wyższe w których rękach znalazły się owoce grabieży tegoż świata, potrzebowały żywotnie tegoż samego: ziemi, i to ziemi leżącej w Italii. Dla pierwszych jej asygnacje długo były praktycznie jedyną formą partycypacji w zyskach z imperium [ obok łupiestw wojennych dokonywanych podczas służby w legionach ]; dla drugich zaś była ona główną lokatą bogactw napływających w ich ręce. Zwłaszcza senatorzy - najbogatsi, prawnie odsunięci od handlu i kontraktów publicznych [ zmuszeni przez to do obchodzenia obostrzeń poprzez kompanie handlowe zakładane na ''słupów'' jak to uczynił za pomocą swego wyzwoleńca Katon, ów oficjalny wzorzec starorzymskich cnót ], a poza tym nie mogący posiadać majątku poza Italią - byli skazani na powiększanie swych majątków ziemskich. Polityka państwa zmierzała do pogodzenia interesów obu grup: po konfiskatach i aneksjach wskutek podbojów, które spowodowały olbrzymi wzrost ''ager Romanus'' [ ziemi znajdującej się w bezpośrednim władaniu Rzeczpospolitej ], Północ Italii przeznaczono na kolonizację [ dla drobnych właścicieli ], pozostawiając Południe użytkownikom ziemi publicznej. Akcja kolonizacyjna na Północy ustała w praktyce pod koniec lat 70-ych II wieku p.n.e. po wyczerpaniu tamtejszego ''ager publicus'' [ ziemi państwowej ]. W tym samym czasie inne obszary Półwyspu stały się widownią nowego zjawiska: opuszczania przez drobnych rolników ziemi, wchłanianej następnie przez wielką własność''

- znajdującą się we władaniu oligarchii dodajmy bazującej na olbrzymich majątkach opartych na pracy niewolniczej, co z jednej strony poprzez ekstensywne rolnictwo i nade wszystko hodowlę bydła i owiec pozwoliło niepomiernie zwiększyć produkcję żywności dla zaopatrzenia gwałtownie przyrastającej ludności Rzymu, którego liczba już wtedy przekroczyła dobre ponad pół miliona, a nawet eksportować wypracowane nadwyżki szczególnie w zachodniej części świata śródziemnomorskiego, na długo przed ich podbojem utwierdzając tam wpływy republiki. Zarazem jednak czyniło Południe Italii rejonem permanentnej destabilizacji społecznej, istną polityczną beczką prochu i areną okresowo wybuchających powstań niewolników z najgłośniejszym z nich Spartakusa na czele, oraz endemicznego wręcz bandytyzmu sianego tak przez grupy zbiegłych niewolników, jak i w służbie swych panów brutalnie wywłaszczających słabszych właścicieli ziemi, wreszcie ordynarnego piractwa dostarczającego na rynek ''żywego towaru'', ale i nie stroniącego okresowo od rabunków statków wiozących niezbędne dla stolicy towary jak posiadające strategiczne znaczenie zboże, czemu kres położył dopiero rywal Cezara w walce o władzę Pompejusz. Dlatego mimo iż zgromadzone wskutek tego w rękach rzymskiej oligarchii bogactwa pozwoliły sfinansować w decydującym stopniu nieprawdopodobny wysiłek zbrojny, istną ''totalen Krieg'' na starożytną skalę jaką było rozstrzygające starcie i pogrom Kartaginy, głównego rywala Rzymu w ówczesnym świecie śródziemnomorskim, przed co bardziej dalekowzrocznymi przedstawicielami elit władczych republiki stanęła konieczność radykalnych reform społecznych i politycznych dla dalszego trwania i rozwoju Rzeczpospolitej. Jak pisze Ziółkowski:

''Kryzys agrarny, którego objawem było porzucanie ziemi przez chłopów, stanowił zasadnicze przewartościowanie i zapaść systemu stworzonego przez politykę asygnowania kolonistom minimum ziemi zmuszającej ich do służby w legionach. System ten, obliczony na jedno - maksymalne zwiększanie liczby rolników-żołnierzy - pozwolił republice podbijać świat, po czym zbankrutował w obliczu nowych aspiracji konsumpcyjnych i majątkowych zrodzonych wskutek napływu bogactw z tegoż świata [ bowiem czynił atrakcyjniejszą alternatywą od uprawiania marnego spłachetka ziemi na własne potrzeby status miejskiego proletariatu w stolicy, lub otwierającą nowe możliwości poprawy bytu emigrację do świeżo podbitych przez Rzym pozaitalskich prowincji ]. Wreszcie największy problem: skoro ideologia ''Italii-ojczyzny Rzymian'' wykluczała kolonizację obszarów pozaitalskich, kontynuowanie polityki asygnowania ziemi obywatelom - istoty ''umowy społecznej'' będącej podstawą funkcjonowania średniej republiki - mogło na większą skalę odbywać się wyłącznie na Południu, kosztem tamtejszego ''ager publicus''. Ten zaś był okupowany przez warstwę rządzącą przynosząc jej wielkie zyski. Gdy więc próba akcji kolonizacyjnej została w końcu podjęta, opór nieprawnych użytkowników ziemi publicznej doprowadził do wybuchu, wobec którego zbladły wszystkie wcześniejsze konflikty i jaki po stuletnich konwulsjach doprowadził do upadku republiki. [...] Kryzys agrarny [ czyli w tamtych warunkach tak naprawdę własnościowy i tyczący stratyfikacji społecznej, narastających nierówności w tej mierze a wskutek tego rozpadu wspólnoty politycznej ], który zapoczątkował proces rozkładu republiki, narodził się wówczas, gdy państwo postanowiło odzyskać własne zasoby nad którymi przestało sprawować faktyczną kontrolę, a które aktualni użytkownicy nie posiadając do nich tytułu, przywykli od dawna traktować jako swoją własność.''

Jako się rzekło więc powodowana oliganthropią czyli obawą przed utratą ludzi, obywateli-żołnierzy stanowiących podstawę potęgi republiki wskutek opisanych wyżej procesów, grupa przedstawicieli jej elit na czele z prawdziwymi mężami stanu, braćmi Tyberiuszem i Gajuszem Grakchami, podjęła dzieło niezbędnych reform w celu zaspokojenia plebejskich rewindykacji koniecznych dla przywrócenia stabilności struktury społecznej i państwowej. Niestety spotkało się to ze wściekłym i ślepym oporem zdecydowanej większości ich stanu bojącym się utraty dotychczasowych przywilejów i bogactw w jakich posiadanie jego członkowie weszli niezgodnie z prawem [ aż chciałoby się rzec: ''żoliborskich inteligentów'' sprawujących dotąd hegemonię w sferze publicznej, oraz uwłaszczonych na państwowym majątku uboli... ], i to mimo kompromisowego w gruncie rzeczy charakteru wprowadzanych zmian, sankcjonującego w wielu wypadkach dotychczasowe złodziejstwo państwowej ziemi uprawiane przez senatorską oligarchię, a jedynie zmniejszających jego zakres na rzecz drobnych właścicieli. Dlatego odpowiedziała ona na to wpierw radykalną obstrukcją prawną republikańskiej sanacji [ wymagającej skądinąd przyznania nadzwyczajnych uprawnień dla przeprowadzających ją trybunów plebejskich ], a gdy niewiele tym wskórała posuwając się w końcu do bestialskiego linczu reformatorów. Insza inszość, że rzymscy populiści nie byli jedynie bierną stroną sporu, odpowiadając na ciosy w równie zdecydowany sposób: gdy Scypion Afrykański Młodszy, wsławiony ostatecznym pogromem Kartaginy, lecz nieodrodny syn swej ''nadzwyczajnej kasty'' senatorskiej zablokował faktycznie wspomnianą reformę agrarną, znaleziono go prędko martwego w łóżku - sprawie ukręcono po cichu łeb, mimo iż wszystko wskazywało na zabójstwo a poszlaki ewidentnie wiodły do jego małżonki Sempronii, tak się akurat składa siostry Grakchów... Zanim jednak doszło do ich mordu zdołali przeforsować wiele rozwiązań ustrojowych i w dziedzinie polityki społecznej, które mimo skrajnie odmiennego kontekstu dziejowego budzą jakże aktualne skojarzenia, np.:

''Kolejne ustawy wniesione przez Caiusa [ Gajusza Grakcha ] lub przezeń inspirowane, ukazują dokładne przeciwieństwo demagoga w przyjętym dziś znaczeniu słowa: męża stanu o niezmiernie szerokich horyzontach, którego zasadniczym celem było usprawnienie funkcjonowania republiki i jej imperium, z naciskiem na ochronę plebsu rzymskiego, sprzymierzeńców i poddanych przed wyzyskiem lub arbitralnością warstwy rządzącej, sprawowanie przez którą realnych rządów było dlań skądinąd oczywistością [ znowu chciałoby się rzec: zupełnie jak dla Kaczyńskich nie mogących niestety wyzbyć się swoich inteligenckich przesądów i uwarunkowań ]. Przykładem jest często określana przez starożytnych jak i nowożytnych jako ''otwarcie demagogiczna'' lex Sempronia frumentaria, ustanawiająca regulowaną przez ''aerarium'' [ budżet państwa ] miesięczną sprzedaż po niskiej cenie zboża ubogim obywatelom. Określenie minimalnego zapotrzebowania państwa na zboże dla mieszkańców Miasta, i stworzenie odpowiedniej infrastruktury do jego przechowywania [ ''horrea Semproniana'' czyli spichrze semproniańskie ] likwidowało największą bolączkę dotychczasowego systemu: brak zabezpieczenia przed periodycznymi niedoborami żywności, wystawiającymi ludność nie tylko na łaskę spekulantów, ale wraz z jej przyrostem do setek tysięcy zwyczajnie na głód. [...] Z późniejszej perspektywy za kluczowy element działalności Caiusa uchodziły i uchodzą leges iudiciariae czyli ''ustawy sądownicze'', które wykluczały senatorów z trybunału o zdzierstwa [ bez wątpienia lex repetundarum z 123 r. p.n.e. ] i innych stałych trybunałów [...]. Jakkolwiek dotkliwym ciosem była ta ustawa dla senatu, w chwili uchwalania nie wzbudziła kontrowersji większych, niż reszta ustawodawstwa gracchańskiego: trybunały senatorskie zanadto skompromitowały się w przeszłości skandalicznymi uwolnieniami notorycznych złodziei, nieuniknionymi zważywszy, że trybunały obsadzali ludzie, którzy albo już znaleźli się, lub mieli dopiero znaleźć w tej samej pozycji co oskarżeni. Leges iudiciariae stanowiły więc za to, iż oskarżeni nie będą sądzić się sami.''

Oczywiście na uzasadnioną śmieszność narażałoby utożsamianie braci Kaczyńskich ze starożytnymi Grakchami, a i w obozie ich przeciwników brak postaci zdolnych mierzyć się z późniejszym o prawie stulecie od opisanych tu wypadków Cyceronem, początkowo ''homo novus'' z ówczesnego ''awansu społecznego'', któremu jednak nieprzezwyciężalny a straszliwy snobizm i kompleksy kazały w końcu stanąć po stronie republikańskiej oligarchii [ aczkolwiek marszałek Grodzki przemawia tak pompatycznie jakby drapował się w togę senatora i obrońcy rzymskiej ''praworządności'' a może nawet i samego cesarza, nic tylko ozdobić mu łeb wawrzynem, choć prędzej chyba pasowałaby zwykła lebioda:) ]. Niemniej trudno doprawdy oprzeć się narzucającym wręcz podobieństwom między zaprowadzoną w interesie plebejuszy ''frumentacją'' i sprawiedliwszą nieco partycypacją w majątku publicznym wśród obywateli, a 500+ oraz szerokim programem świadczeń społecznych wprowadzonym przez PiS, czyli rzekomym ''socjalistycznym rozdawnictwem'' w nomenklaturze libertariańskich, korwinowych spierdolin umysłowych i przegranych Januszexów byznesu. Tym bardziej tyczy to reform ustrojowych z kluczową sądownictwa na czele, wywołującą tu jak i tam z dość podobnych motywów wściekły opór dotychczasowej oligarchii Rzeczpospolitej i stosującą w tym celu do złudzenia bliźniaczą wprost obstrukcję w imię rzekomo zagrożonej ''praworządności'' przez ''populistyczną'' politykę braci Grakchów, ee chciałem rzec Kaczyńskich:). Wreszcie niepokojące analogie nasuwają działania przeciwników obozu reform, którzy w obliczu klęski jawnego występowania w obronie swych zagrożonych przywilejów pod hasłem ''żeby było tak jak było'', poczęli stosować perfidną i prostacką a skuteczną niestety do czasu demagogię [ niczym pierdolenie korwinowych stulejarzy o ''MADkach'' żerujących na socjalu ], by wreszcie posunąć się otwarcie do terroru czego przykładem choćby późniejsze proskrypcje sullańskie. Dlatego porównania reżimu zaprowadzonego przez Sullę z Piłsudskim są uzasadnione jedynie o tyle, gdy upatrujemy w tym drugim dyktatora występującego w imię przywrócenia republikańskiego ładu w państwie, jego ''sanacji'' właśnie, antycypującego wszakże w metodach wbrew deklarowanym celom cezaryzm, natomiast skala represji i ich skutek jakim w przypadku Rzymianina było nadanie statusu głównej instancji starożytnemu parlamentowi czyli senatowi - zupełnie jak to chciałby ustanowić marszałek Grodzki:) - są tu i tam niewspółmierne i wykluczają się wzajem. Przede wszystkim jednak ówczesny konflikt dał początek głębokiemu rozłamowi politycznemu i społecznemu, którego kategorie jako żywo pasują do opisu i obecnego rozdzierającego naszą Rzeczpospolitą:

''Poświęcenie bogini Concordii, personifikacji consensusu co do podstawowych zasad życia obywatelskiego, świątyni wzniesionej ze skonfiskowanych majątków pomordowanych gracchańczyków, było godną proklamacją końca tegoż consensusu. Lata 133-121 [ czyli początkowego okresu starć zwolenników i przeciwników reform ] wprowadziły nieodwracalne zmiany w rzymskim życiu politycznym: strony konfliktu, które objawiły się w tych latach istniały aż do końca republiki, nieustannie podsycane tak rozpamiętywaniem przeszłych wydarzeń, jak i bieżącymi doświadczeniami. Przed uczestnikami życia politycznego były odtąd otwarte tylko dwie drogi: via popularis [ ''ludowa'' ], uprzednio oznaczająca niekonwencjonalne robienie kariery z poparciem ludu [ i naruszeniem często obowiązującego prawa i obyczaju ], oraz ta jaką szli ''boni'' czyli ''dobrzy'', optimi [ ''najlepsi'' ] lub w terminologii Cicerona ''optimates''. Zwolennicy Gracchów i ich duchowi spadkobiercy, też nobile i senatorzy, bronili koncepcji ludowej ''libertas'' [ ''wolności'' ], w tym zasady, że wola ludu wyrażona na zgromadzeniu zwołanym przez jego reprezentanta, magistrata lub trybuna, dla rozstrzygnięcia kwestii przezeń postawionej, była ostateczna i niepodważalna. [...] Mordercy Gracchów i ci, którzy się z nimi solidaryzowali, wyznawali ideologię ''salus rei publicae'' [ ''dobra rzeczpospolitej'' ], pod którym wszakże rozumieli utrzymywanie wszelkimi sposobami korporacyjnej władzy elity, z jej prawem do eliminowania tych, co tej władzy zagrażali za pomocą samosądu lub pseudo-legalną uzurpacją ''senatusconsultum ultimum'' włącznie. W codziennym życiu politycznym oznaczało to stosowanie technik paraliżowania ''libertas'' ludu drogą doprowadzania do skrajności odpowiednich procedur politycznych i religijnych. [...] Jednocześnie optymaci siłą rzeczy dążyli do poszerzania zakresu kompetencji senatu, instytucji grupującej elitę i z zasady wrogiej politycznym indywidualistom, choć na otwartą próbę poddania kontroli senatu procesu legislacyjnego przyszło czekać czterdzieści lat, do jedynowładztwa Sulli. Z obiema drogami związane były konkretne opcje programowe: przystanie do popularów było opowiedzeniem się nie tylko za ''libertas'', ale i za ''leges agrariae'' [ czyli powszechnym uwłaszczeniem obywateli ] oraz ''frumentariae'' [ sprawiedliwszym podziałem majątku narodowego i programem opieki społecznej ze strony państwa ], natomiast dobry optymata winien był przeciwstawiać się wszystkim takim inicjatywom. Ta polaryzacja programowa nie dokonała się od razu: zwłaszcza kluczowe hasło asygnacji [ przyznania ] ziemi w następnym pokoleniu nie było jeszcze wyłączną bronią popularów. W końcu jednak demokratyczna formuła eksploatacji imperium została na płaszczyźnie ideologicznej zawłaszczona przez jedną stronę; druga zaś reprezentująca większość elity władzy świadomie ją odrzuciła, podpisując w ten sposób na siebie wyrok śmierci.''

Dosłownie, bowiem populistyczne rewindykacje były nazbyt daleko posunięte, a nade wszystko uzasadnione realnymi potrzebami ludu i samego państwa, aby mógł im położyć kres nawet tak wściekły terror jak ten rozpętany przez Sullę w imię obrony interesów oligarchii, którą reprezentował. W efekcie zaślepione nienawiścią i pogardą wobec ''roszczeniowego motłochu'' stronnictwo optymatów, niezdolne do ustąpienia w porę wobec dość skromnych początkowo żądań popularów, co zagwarantowałoby mu zachowanie przynajmniej części nabytych dotąd przywilejów i majątków, zostało po blisko stuletnich konwulsjach wewnętrznych walk w końcu zmiecione przez militarną rewoltę plebejuszy jaką poniekąd w swej głupocie wywołało, która doprowadziła do ustanowienia de facto populistycznej wojskowej tyranii kolejnych cezarów. Jak ciekawie, a przenikliwie opisuje finał tych zmagań Ziółkowski:

''Wojny domowe po śmierci Cezara były nie tylko ostatecznym starciem między cezarianami a obrońcami republiki, ale też największą bitwą warstw nieposiadających o udział w zyskach z imperium. Zgodnie z tendencją sięgającą czasów Mariusa [ wybitny wódz republikański i populistyczny dyktator, choć niestety chwiejny politycznie ] i Saturninusa [ trybun plebejski znany z wprowadzenia pomysłowej metody radzenia sobie z ordynarną obstrukcją optymatów za pomocą kamieni miotanych pod ich adresem przez jego zwolenników podczas ludowych zgromadzeń - przyp. mój jak wszystkie wyżej ], jedynymi jacy odnieśli z niej korzyść byli żołnierze zwycięskiej strony, rekompensowani co prawda na modłę nie Cezara a Sulli: grabieżą współobywateli. Wobec spadkobierców Cezara, nie posiadających jego autorytetu, ich żołnierze występowali jako potężna grupa nacisku, świadoma swej wartości i każąca niezwykle drogo płacić za swe usługi. [...] Po [ decydującym boju pod ] Philippi żołnierze triumwirów występowali z solidarnością i bezwzględnością nowoczesnego związku zawodowego, z jednej strony nie pozwalając, by ambicje wodzów zmuszały ich do przelewania krwi towarzyszy broni, z drugiej zaś bez skrupułów dając się użyć do eliminacji wszystkich, którzy stanowili zagrożenie dla przyobiecanej im zdobyczy. [...] Żołnierze, z pochodzenia w ogromnej większości drobni rolnicy, pilnie baczyli przy tym, by oszczędzano ziemię ich krewnych, poległych towarzyszy, a nawet weteranów wcześniej obdzielonych nadaniami; doszło nawet do tego, że wskutek ich protestów młody Cezar zrezygnował z konfiskowania majątków mniejszych niż te, które przyznawano żołnierzom, całkowicie wyłączając tym samym poletka prawdziwie małorolnych. Za awans społeczny i ekonomiczny ogromnej rzeszy zorganizowanych w legiony nieposiadających zapłacili zamożni mieszkańcy municypiów.''

- czyżbyśmy więc obserwowali u nas początki procesu, który doprowadzi do ustanowienia ''Wielkiego Ludowego Imperium Lechickiego''?:))). Mówiąc zaś serio prędzej skończy się kolejnym dziejowym łomotem jak to zazwyczaj niestety w naszej historii najnowszej, stąd aby go uniknąć koniecznym jest przeforsowanie wielu zmian i radykalne przeformułowanie paradygmatu ustrojowego a nawet wręcz narodowego, o czym zresztą już pisałem. W każdym razie skoro w obliczu ślepego uporu dotychczasowej oligarchii Rzeczpospolitej oraz słabości i niedomagań reformatorów nie sposób dokonać tego legalnie, życzyłbym sobie ustanowienia takowego dyktatu popularów i zmilitaryzowanego związku zawodowego plebejuszy jaki byłby w stanie zgnieść na miejscu rządy rozbestwionej patointeligencji, jak i broniące je ślepo kurwinowe frajerstwo, niechby i wbrew swoim intencjom. Durnemu prawactwu pierniczącemu o rzekomo ''lewicowych'' ze swej natury związkach zawodowych zaordynowałbym przymusową lekturę programowego ''Co robić?'' Lenina, pełną jadowitych wielkopańskich połajanek tego obszarnika pod adresem leniwych w jego opinii proli, którym nie chce się w komunizm - tępe kuce nie zdają sobie nawet sprawy, że cwany Ozjasz śmieje im się w twarz powtarzając niemal słowo w słowo antyzwiązkową bolszewicką retorykę przyszłego ''wodza rewolucji'' nadając jej tylko niby ''antysocjalistyczny'' charakter, a te spierdoliny jeszcze za nim bezmyślnie klepią sądząc w swej głupocie, że jakoby zwalczają ''lewactwo'':). Bezlitośnie dobiłbym ich merytorycznie dwiema solidnymi cegłami ''Efektu domina'' Zyzaka z których jednoznacznie wynika, iż największymi orędownikami współpracy ekonomicznej i politycznej z ZSRR w USA były tamtejszy wielki kapitał i finansjera, zaś twardy pryncypialny antykomunizm reprezentowały uparcie główne amerykańskie centrale związkowe, wspierające min. ''Solidarność'' - i po to właśnie ubectwo wylansowało Kurwina z jego bredzeniem ''wszystkie związki na Powiązki'', to również tłumaczy fenomen wolnorynkowych tajniaków i resortowych hrabiów jak Jędrzej Zdzisław Stefan ''Odbyteusz'' Jabłoński wedle trafnego określenia Foxa:).