sobota, 6 czerwca 2020

Rozpalone okcydentalne wieprze czyli o rzekomej ''rzymskości'' nazistów.

Poczynimy konieczny przerywnik w blogowej serii o ''Res publica Romana'', a to by objaśnić pewne wątpliwości jakie być może nasunąć się mogą co do motywów jakie za nią stoją. Jedynie skończony tuman wywieść z tego co tu wypisuję może jakobym pragnął ustanowienia nad Wisłą czegoś w podobie ''nowego cezaryzmu'' na miarę naszych możliwości oczywiście, czy infantylnie pragnął nadejścia zbaffcy oczyzny na białym koniku lub inszej kasztance, o powrocie totalitaryzmów ''brunatnym'' abo ''czerwonym'' już nie wspominając. Powtórzę więc, bo chyba nie do wszystkich dotarło: cały mój wysiłek ukierunkowany jest na wykazanie opierając się przy tym na dorobku badaczy łacińskiej starożytności, że dyktatura jest tak naprawdę republikańską i wolnościową w gruncie rzeczy instytucją. I nie ma w tym nic absurdalnego ni dziwacznego o ile tylko swoboda nie pomyli nam się z anarchicznym warcholstwem, które jest niczym innym jak tyranią chaosu i nagiej, nie ujętej w karby instytucji oraz praw przemocy. Co więcej - właśnie dlatego, że w 1917 roku w Rosji, i 1923 w Niemczech podczas puczu monachijskiego, zbrakło porządnego republikańskiego dyktatora, który zaserwowałby bandom Lenina i Hitlera solidną kurację złożoną z ołowiu i konopnego sznura, doszło do powstania zbrodniczych reżimów przez nich ustanowionych. Tak, mam świadomość, że jeden i drugi nie działali sami, i do władzy wyniosły ich potężne siły tak natury politycznej, jak i społecznej, niemniej likwidacja sukinsynów i ukręcenie łba bestii w kolebce mocno pokrzyżowałoby szyki ich mocodawcom śmiem twierdzić, bo coby o nich nie rzec żaden nie był pierwszą lepszą kurwą z ulicy, jaka za pieniądze zrobi dosłownie wszystko, wyhodowanie podobnej kanalii kosztuje jednak i nie jest wcale takie łatwe. Zresztą to co się wyprawia obecnie w USA najlepszym dowodem palącej [ dosłownie ] konieczności przywrócenia dyktatury, rzecz jasna właściwie pojętej jako instytucja nie tylko militarnej ekspansji wolnościowego ustroju republikańskiego, ale i ochrony porządku państwowego i prawa przeciwko siłom anarchii i chaosu. W każdym razie moje serce jest teraz po stronie tych dzielnych czarnych kobiet, które pogoniły lewacką hołotę z ich dzielnic, niż w zdecydowanej większości białych burżujów z ''antyfy'' jakim od dobrobytu w tyłkach się poprzewracało, czy murzyńskiej żulii podjeżdżającej wypasionymi wózkami, by ładować do nich towar z rabowanych przez się sklepów i domostw. Jestem pewien, że wszyscy stojący na straży państwa i prawa, przeciwko anarchii obojętnie pro- czy antykapitalistycznej, bez względu na swe pochodzenie, przynależność rasową czy stan majątkowy, solidarnie strzelać będą do rozbestwionej hołoty. Powtarzam: zapakować to całe anarchistyczne tałatajstwo z lewa jak i prawa musem w samoloty i posłać w diabły do Konga, po co brudzić sobie ręce g...em, miejscowi watażkowie już tam będę wiedzieli jak za drobną opłatą sprawić się z nimi, dzięki temu wspomożemy finansowo biednych czarnych ludzi, a i nam odpadną durne oskarżenia o ''rasizm'', ''faszyzm'' i takie tam. Zapierdalanie w afrykańskim bieda szybie, tudzież kuracja złożona z konopnego sznura, odrobiny ołowiu we łbie i dołu z wapnem, prędko wyleczy z lewackich jak i libertariańskich farmazonów, to najlepszy sposób zarówno na czerwone, jak i brunatne robactwo.

Jedynie skończona ameba umysłowa zrówna dopominanie się przez pracowników i inne grupy społeczne o swe prawa, należne o ile tylko są zasadne, w zorganizowanych i zdyscyplinowanych formach, z działalnością sfanatyzowanych psychopatów wyznających jawnie terrorystyczną doktrynę ''walki klas'', albo ''ras'' i to niezależnie o jaką z nich akurat idzie. Zresztą jeśli coś stanowi rzeczywiste oskarżenie obecnego kapitalizmu, to właśnie te bandy zdeprawowanej nadmierną konsumpcją, przeżartej i przećpanej gówniażerii chcącej dla ''funu'' podpalić świat, jebana patointeligencja z ''dobrych'' domów. W carskiej Rosji czy Francji ''ancien regime'u'' było tak samo, ileż to szlachcianek i arystokratów tamtejszych zostawało rewolucjonistami, ktoś w ogóle powinien zająć się serio opisem tego autodestrukcyjnego fenomenu - najgorszymi terrorystami wcale nie są zbuntowani proletariusze, ani nawet męty z dołów społecznych, a właśnie mafia pięknoduchów, estetów, idealistów pierdolonych. I później mamy takich szlachciców jak Lenin czy Dzierżyński, albo duchownych pokroju niedoszłego księdza Stalina, lub byłego mnicha buddyjskiego Pol Pota, dziś zlewaczonych burżujów cierpiących na typową dla tego środowiska ''chłopomanię'' jaką stanowi współczesna ''negrofilia'' czy ''pedałolubizm'' [ wypisz wymaluj klimaty z ''Wesela'' Wyspiańskiego, kto nie wierzy niech po nie sięgnie ]. Przypomina się aż co pisał wybitny pedał Pasolini, który ku oburzeniu lewactwa mimo swego komuszego spierdolenia, otwartym tekstem jebnął podczas zamieszek '68 na Zachodzie, że prawdziwymi proletariuszami są właśnie gliniarze pałujący zadymiarzy, a nie to goszystowskie ścierwo zabawiające się jedynie w rewolucję. Nie dziwi mnie także, iż ogniskiem ideologicznej zarazy są uniwersytety w świecie Zachodu jakiego na szczęście jesteśmy eurazjatycką peryferią zaledwie, bom pisał z rok będzie temu, że ''najgorsze barbarzyństwo jest postępowe'', a ''zdziczenie obecnie posiada nade wszystko charakter intelektualny - dziś największy cham i prymityw ma doktorat: z europeistyki, antropologii kulturowej czy gender, ba - może być nawet ''pornozofem''... W tymże wpisie wskazywałem również ''proroczo'', że stokroć ''groźniejsze od inwazji nachodźców z głębi Azji czy Afryki są dla nas hordy ''nowych dzikich'' obsiadających wyższe uczelnie, gdyż ci uniwersyteccy ''niszczyciele Logosu'' ryją u podstaw naszej cywilizacji, to banda intelektualnych terrorystów dosłownie, a każde zło materialne i cielesne ma swe korzenie w zatrutym umyśle i chorym, przeżartym metafizycznym złem duchu, czego skutki właśnie obserwujemy. Dlatego tylko skończony tuman śmieszkować może z przejawów tejże patologii jak wspominany już na blogu artykuł ''Gombrowicz od tyłu, Projekt krytyki analnej'' pomieszczony w fachowym periodyku dla polonistów wydawanym przez władze Uniwersytetu Śląskiego - 40 stron [!] pdf wypełnionych koszmarnym bełkotem o ''rewolucyjnym potencjale tezy, że odbytnica jest grobem w którym pogrzebana została męskość hegemoniczna i fallogocentryczna''... Groza, widomy dowód upadku Okcydentu - to już nawet nie jest ''społeczeństwo spektaklu'', a ordynarne porno jak to w którym wystąpił afroćwok o którego poszła cała chryja [ choć muszę przyznać, że rypana przezeń czekolada niezgorsza ]. Świat stanął na głowie: z byle żula, ludzkiej kanalii, która sterroryzowała ciężarną pistoletem przystawionym do brzucha, by ją obrabować, ćpuna i degenerata jakiego ''dorobkiem życiowym'' jest rola w pornosie, zrobiono bohatyra i męczennika ''policyjnej przemocy'' - JPRDL!!! Jednak to nie tacy jako on są najgorsi, bo od czarnej niebezpieczniejsza jest biała neobolszewicka hołota, a szczególnie członkowie władczych elit anarchizujących swoje państwo, byle zachować władzę. Dlatego im w pierwszej kolejności powinna zafundować Dzień Sznura porządna republikańska dyktatura, której konieczność zaprowadzenia nieodmiennie postuluję: doprawdy nastawiano po obu stronach oceanu tyle pięknych nowusieńskich latarni, aż proszących się o [nad]zwyczajny z nich użytek - jeśli tego nie uczynimy, oni sprawią nam piekło na ziemi, nie ma wyjścia. Co za czasów doczekaliśmy, że prezydent USA, przywódca globalnego mocarstwa musi kryć się w bunkrze nie tyle przed rozbestwioną tłuszczą grasującą na ulicach, co nade wszystko sabotującymi jego decyzje, formalnie jak widać tylko podległymi mu generałami i urzędnikami państwowymi!

Jak zawsze zresztą bezmózga swołocz stanowi tylko wygodne narzędzie w rękach cynicznej oligarchii z ustami pełnymi frazesów o ''demokracji'', choć skrycie gardzącej zrewoltowanym motłochem, czemu trudno zresztą się dziwić, skoro tumany potrafią koncertowo nasrać sobie na głowę profanując pomnik gorącego orędownika równouprawnienia murzyńskiej ludności, jakim był Kościuszko. Podobnie było i w Rosji wiek temu już będzie: przecież cara obalili generałowie i ludzie z jego najbliższego kręgu, a nie tłum na ulicach Petersburga, który posłużył za zasłonę dymną, toż samo z następną rewolucją - wiadomo kto posłał Lenina pociągiem, zdecydowanie za to mniej się mówi o statku pełnym rewolucyonerów z Trockim na czele jaki wówczas przybył z USA. Mają więc tam doświadczenie we wszczynaniu ''oddolnych'', całkiem ''spontanicznych'' rzecz jasna buntów i zamieszek, zarówno w innych krajach, jak i u siebie, stąd dla tamtejszych służb, i każdych zresztą, to bułka z masłem. Nie odkryję Ameryki [ nomen omen ] stwierdzeniem, że odbywa się w niej teraz otwarty niemal zamach stanu, [socjal]Demokratom pali się dupa z powodu ''ObamaGate'', czyli uwikłania kierowanych przez nich tajnych służb w nieudaczną próbę wrobienia Trumpa w absurdalną ''ruską agenturalność'', stąd poszczuli tłuszczę i wyhodowanych przez się terrorystów, by ocalić zad przed kompromitacją. Nie może więc dziwić, że wywodzący się z tejże mafii politycznej burmistrz Nowego Jorku składa publiczny hołd swej psychopatycznej córce zadymiarze, a tameczny komendant policji pada na kolana przed motłochem, zamiast go rozpędzić jak powinien, w tym szaleństwie jest metoda. Nie będę jednak rozwijał tematu, bo nie o tym jest niniejszy wpis, kto chce niech sobie przypomni historie Patty Hearst, dziedziczki fortuny prasowego magnata, która została porwana a następnie skaptowana do lewackiej bojówki terrorystycznej noszącej wszelkie znamiona kreatywności amerykańskich tajniaków, wedle oficjalnej wersji założonej przez czarnego szura i policyjnego prowokatora Donalda DeFreeze; albo Richarda Aoki, agenta FBI dostarczającego''czarnym panterom'' rządową broń do walki z rządem pod kontrolą tegoż rządu:) [ facet zinfiltrował murzyńską bolszewię, mimo iż z pochodzenia był Japończykiem, jak dla mnie przechuj ]. Obecnie mamy jedynie do czynienia z paroksyzmem endemicznej dla USA przemocy, drobny przykład sprzed roku będzie - napierdalanka amerykańskich patriotów z antyfiarzami, ładny lewak zebrał cios na mordę:


- znamienne, iż wśród tamtejszych narodowców obok białych nie brak też Latynosów, Azjatów a i Murzyni jak widać się trafiają, natomiast antyfiarze same białasy: i kto tu jest naziolem? A, zapomniałem - przecież to wedle mediów głównego ścieku grupy ''białych nacjonalistów'' podszywające się pod lewaków, jeszcze chwila a dowiemy się, że zadymy to spisek Trumpa:). O tyle jednak podobne bełkotliwe tłumaczenia stanowią pozytywny symptom, bo świadczą o tym, iż nie ma jednak społecznego przyzwolenia, w tym również sporej grupy ogarniętych czarnych Amerykanów, na podobne skurwysyństwo. Pozostaje więc jedynie powtórzyć z naciskiem, że jak anarchiści prokapitalistyczni nie są żadną alternatywą dla anarchokomunistów, tak i ''biały suprematyzm'' nie stanowi takowej wobec czarnego, i vice versa. Tym bardziej, że jednym z patronów intelektualnych współczesnej lewicy obok Marksa rzecz jasna, ale i Freuda oraz Nietzschego jest także Heidegger, ''duchowy nazista'' od którego zaczerpnęła radykalne zakwestionowanie niemal całego dorobku intelektualnego myśli europejskiej w imię powrotu do mitycznego ''źródła'' naszej cywilizacji, bełkotliwy język tracący programowo swój referencyjny charakter, wreszcie koncept totalnej ''reformy'' a tak naprawdę zniszczenia uniwersytetu.

Dziś więc zajmiemy się wykazaniem, iż pretensje nazioli do ''imperialnej rzymskości'' i pozowanie na ''starożytnych Greków'' były powierzchowne i zakłamane, a do tego podszyte nieskrywaną nawet specjalnie patologiczną nienawiścią do łacińskiego dziedzictwa cywilizacyjnego Europy. Wszystko to bowiem traktowali instrumentalnie, jako propagandową podbudowę ohydnego, morderczego dosłownie ''orientalizmu'', pogardy wobec ''dzikiej Azji'', stanowiącej logiczną konsekwencję fundamentalnej dla hitleryzmu doktryny ''Lebensraumu'' czyli ''przestrzeni życiowej na Wschodzie'' Europy. Ściśle z tym związana była koncepcja ''germanizacji ziemi'' a nie ''krwi'' wyłożona w ''Mein Kampf'', co wykluczało asymilację zamieszkujących na tych terenach Słowian, z Polakami na czele jako egzystującymi na pierwszej linii frontu niemieckiego ''Drang nach Osten'', w praktyce oznaczając ich zniewolenie i eksterminację. Świetnie rozpoznał to i ujął w lakonicznej, klarownej formule jeszcze przed wcieleniem tychże ludobójczych wizji w życie przedwojenny polski prawnik i zdeklarowany piłsudczyk Antoni Chmurski : ''Państwo Hitlera - to wielki obóz wojenny, zwrócony frontem na Wschód. A na Wschodzie graniczy z Trzecią Rzeszą - Rzeczpospolita Polska''... [ cytat ze str. 57 niniejszego opracowania ]:


Tyle że nazizm w równym niemal stopniu zasadzał się też na zaciekłej wrogości wobec tradycji europejskiego antyku, szczególnie rzymskiej jurysprudencji. Wprawdzie naziole chętnie widzieli w sobie dziedziców starożytnych rodzimych cywilizacji, ze szczególnym uwzględnieniem Spartiatów, jednak dokonując przy tym ordynarnych manipulacji czyniących z tych nawiązań istną groteskę np.:

''Ideolodzy nazistowscy pomijali oczywiście niewygodne dla nich elementy spartańskiej rzeczywistości, zwłaszcza charakterystyczny dla tamtej kultury homoseksualizm, o którym często wspominali starożytni autorzy. [...] Potwierdzają to wytyczne Ministerstwa Spraw Wewnętrznych III Rzeszy, przeznaczone dla twórców podręczników oraz nauczycieli historii z 1933 r.: „W prahistorii należy podkreślić, że całą północną i środkową Europę opanowała rasa północna, tj. nordycka. Do Azji Mniejszej i północnej Afryki, 5000 lat przed Chrystusem podążają Nordycy. Nordykami byli Hindusi, Persowie, Medowie. Kultura egipska [...] jest dziełem ludów rasy północnej. Historię Grecji rozpoczynamy od terenów środkowoeuropejskich w celu wykazania, że kultura grecka jest dziełem rasy nordyckiej, natomiast przyczyny upadku Grecji przedstawiamy jako wynik przemie­szania ras, skutkiem czego nastąpiło zanikanie krwi nordyckiej. W nauczaniu dziejów Rzymu nieodzowne jest podkreślenie, że jego potęga i kultura była dziełem nordyków, walka plebejuszy i patrycjuszy - walką rasową. Upadek Imperium Rzymskiego spowodowany był przez «zanikanie krwi nordyckiej». Dzięki «wędrówce ludów» państwo rzymskie otrzymało «świeżą nordycką krew» i dlatego tam, gdzie przeniknęli Germanie, nastąpił rozkwit kultury”.


- a więc racja w opisanym przeze mnie ostatnio sporze jaki rozdarł Republikę Rzymską, stała wedle nich po stronie ''optymatów'' reprezentujących w tej perspektywie ''arystokrację rasy'', natomiast ''popularzy'' w takim razie przewodzili buntowi ''helotów'' i ''podludzi'':). Ciekawe jak sobie tłumaczyli fundamentalny dla wszechniemieckiego szowinizmu mit bitwy w Lesie Teutoburskim i pogrom rzymskim legionów zadany przez germańskiego wodza Arminiusa - wojną domową wśród ''Nordyków''? [ o tyle mogłoby to być uzasadnionym, że był on przecież rzymskim obywatelem i byłym legionistą, niemniej z pochodzenia barbarzyńskim ''homo novus'' dla senatorskiej arystokracji, jak i zwykłych mieszkańców Wiecznego Miasta ]. Natomiast widać wyraźnie z powyższego, że wg nazistów nie było żadnego ''upadku Rzymu'' a inwazja Germanów stanowiła dlań dobrodziejstwo, oznaczając w rezultacie przejęcie przez nich jego dziedzictwa - zupełnie w tym podobni byli Osmanom, także uzurpujących sobie miano jego spadkobierców [ przypominam, że sułtanowie mniemali, iż po zdobyciu Konstantynopola prawa jakie z cesarzy rzymskich przeszły na bizantyjskich teraz należą się im, stąd serio dążyli do odtworzenia Imperium Romanum na modłę muzułmańską ]. Przeświadczenie to znalazło wyraz w popularnej literaturze niemieckiej jeszcze w XIX w. w opisie zmagań pierwszych germańskich władców podbitego przez nich Rzymu z ówczesnym Cesarstwem Wschodnim, miało to niebagatelne znaczenie dla rozkrzewionego wśród Niemców ''orientalizmu'', który przybrał tak zbrodniczą postać w następnym stuleciu:

''Nieprzychylny stosunek do Bizancjum stał się źródłem paradoksu — zrekonstruowanie obrazu obecności Bizancjum w świadomości europejskiej, by użyć wyrażenia Paula Hazarda, jest niemożliwe, bo Bizancjum zupełnie świadomie usunięto z historiograficznego modelu rozwoju Europy. Obecności (czy jak napisała niedawno wybitna brytyjska bizantynistka — nieobecności) Bizancjum nie można jednak badać w ten sam sposób jak bada się stosunek do kultury chińskiej czy japońskiej (mimo że i na Cesarstwo Wschodnie narzucono paradygmat orientalizmu). Bizancjum, postrzegane jako równie egzotyczne, było częścią, chcianą lub niechcianą, europejskiej historii. [...] Najbardziej znanym niemieckim dziewiętnastowiecznym utworem zawierającym motywy bizantyńskie jest powieść Felixa Dahna ''Ein Kampf um Rom'' (książka ukazała się w 1876 roku, ale Dahn rozpoczął pracę nad nią w 1858/1859 roku). Tekst należy do tak zwanych Professorenromanen, czyli powieści, które wyszły spod pióra uniwersyteckich wykładowców. Fabułę książki, rozpoczynającą się w ostatnich dniach panowania Teodoryka Wielkiego (dokładnie w 526 roku ) stanowiła historia nieudanej próby utrzymania przez Ostrogotów dziedzictwa wielkiego monarchy i walki przeciwko wojskom Cesarstwa Bizantyńskiego pod dowództwem Belizariusza. Okres, w którym rozgrywa się historia, był dobrze znany Dahnowi. Autor ten opublikował wcześniej (w 1865 roku) pracę poświęconą Prokopiuszowi z Cezarei (postać bizantyńskiego historyka pojawia się w powieści) . ''Ein Kampf um Rom'' cieszyło się ogromną popularnością, o czym świadczy liczba wydań — do końca I wojny światowej było ich 110, a liczba sprzedanych egzemplarzy do początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku sięgnęła około 2 milionów. Wszystko to, wedle jednego z badaczy, czyni utwór Dahna jedną z najbardziej wziętych niemieckojęzycznych powieści . Mimo że tekst zaliczono do powieści dla młodzieży (Jungsromanen), to odegrał on istotną rolę w kształtowaniu historycznej wyobraźni Niemców w XIX i XX wieku. Dla czytelników powieści Dahna utożsamienie Gotów z Niemcami nie ulegało wątpliwości. Autor zresztą przedstawia ich, wykorzystując klisze, które zostały później użyte i nadużyte przez ideologów narodowego socjalizmu — Goci/Niemcy są wysokimi, dobrze zbudowanymi niebieskookimi blondynami. Powieść cieszyła się w czasach nazistowskich sporą popularnością, służąc jako dowód na ciągłość idei wielkoniemieckiej Rzeszy. Otwierająca książkę scena, w której bohaterowie — Witichis, Wildebald, Totilla i Teja — zaprzysięgają współpracę dla dobra wszystkich Gotów, nabierała szczególnego znaczenia w dobie jednoczenia Cesarstwa Niemieckiego.''

[ str. 104 ]


W każdym razie fakty są takie, iż zwłaszcza radykalna frakcja nazistów skupiona wokół SS stała na stanowisku zapiekłej wrogości wobec łacińskiego dziedzictwa Europy, tak katolicyzmu jak i pogańskiego Antyku, czego dowodem utrącenie przez nich kariery Carla Schmitta - ten wybitny niewątpliwie filozof prawa, lecz polityczny spierdoleniec należał do konkurencyjnego stronnictwa jurystów kolaborujących z reżimem NSDAP. Przewodził jej morderca Polaków, ale i biegły adwokat Hans Frank, dążyła ona do kompromisowego uzgodnienia zasady ''fuhrerprinzip'' z poszanowaniem jednak elementarnych procedur prawnych. Natomiast esesmańscy ideolodzy bezprawia twardo obstawali przy czystym, rewolucyjnym z nieczystego ducha woluntaryzmie na bolszewicką modłę, i płynącej stąd pogardzie dla formalizmu z jego respektem dla reguł i zasad, aczkolwiek nie jak u Lenina w imię ''proletariatu'' a wyimaginowanej przez nazistów ''rasy nordyckiej'' - w jednym i drugim wypadku znajdowało to konkretny wyraz w formule ''prawa'' jako narzędzia terroru, tyle że tam ''klasowego'' tu zaś ''rasowego'':

''W 25-punktowym programie NSDAP z 1920 roku zamieszczono punkt 19, który brzmiał: „Domagamy się zastąpienia prawa rzymskiego, służącego materialistycznemu porządkowi świata, przez niemieckie prawo wspólnoty” [...] Wszyscy członkowie tworzą jedną osobę prawną, która nazywa się Volksgemeinschaft, dosłownie Wspólnota Narodowa. Prawa rządzące nią wyłaniają się z wewnętrznych potrzeb duchowych, politycznych i materialnych, które rozwinęły się dzięki wspólnemu doświadczeniu historycznemu. Dlatego prawo w poczuciu narodowego socjalizmu nie było wyrazem władzy państwowej, której lud musi się podporządkować jako bierna i bezwładna masa. Zgodnie z koncepcją Volksgemeinschaft prawo było częścią życia ludzi. Ustawodawca uwydatniał i wyrażał organicznie poczucie tego, co sprawiedliwe i niesprawiedliwe, poczucie dobra i zła, które są nieodłączną częścią duszy narodu. Punktem wyjścia dla narodowo socjalistycznej koncepcji prawa byli ludzie, a nie państwo. Zadaniem państwa było dopilnowanie, aby prawo było przestrzegane.

System prawny wprowadzony w Niemczech pod koniec średniowiecza opierał się na zasadach rzymskiego orzecznictwa. Zasady te zostały odnowione i przeformułowane w XIX wieku. Były one całkowicie obce tradycji niemieckiej i okazały się nieustającą przeszkodą w rozwoju jednolitego systemu prawa. Naród niemiecki nie posiadał tradycyjnego systemu prawnego, takiego jak ten, w którym Anglosasi znaleźli wyraz swojego wewnętrznego poczucia sprawiedliwości i który stanowi podstawę ich idei prawnych. Wprowadzenie systemu obcego naturze Niemców, w wielu sferach życia oddzielało działanie prawa od naturalnie rozwijającego się życia narodu. Wielkie dzieło kodyfikacji przeprowadzone w ramach Drugiego Cesarstwa w 1871 r. zostało dokonane przez ludzi, którzy zostali wykształceni w zakresie prawa rzymskiego. Powszechnie było wiadomo i wkrótce się okazało, że to prawo wymaga reformy, a jednak wszystkie próby jego ulepszenia zakończyły się niepowodzeniem. [...]

W narodowym państwie socjalistycznym Führer był prawodawcą. On sam był także integralną częścią wspólnoty narodowej. W ten sposób prawo opierało się na innej zasadzie niż ta, na której opiera się prawny status dyktatury. W celu utrzymania zasady dyktatury konieczny jest zewnętrzny przymus, natomiast tu przywództwo oparte było na bezwarunkowym przeświadczeniu o autorytecie. Tam, gdzie istnieje przymus, jednostka ma poczucie, że nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec społeczności, a to właśnie poczucie indywidualnej odpowiedzialności stanowiło podstawę narodowo-socjalistycznej ideologii. Najwyższym honorem i najwyższym ideałem było służenie narodowi. Honor oraz wolność wewnętrzna i zewnętrzna są niezbędne do istnienia społeczności. Ponieważ ideał wspólnoty narodowej był podstawą narodowego socjalizmu, należało znaleźć formułę prawną, która wyrażałaby tę zasadę i dawała każdemu Niemcowi przestrzeń prawną w ramach wspólnoty. Jednostka nie jest odizolowana od społeczności. Społeczność musi składać się z członków. Osoby te nie są przedmiotami w rękach rządzących ani instytucji społecznych. Każda reprezentuje społeczność w sobie i ma w niej swoje pole do działania. Całkowita aktywność społeczności zależy od siły i osiągnięć pojedynczych członków. Dlatego jednostka nie znajdowała się w sytuacji podmiotu, który nie ma żadnych praw, jak ma to miejsce w państwie absolutystycznym. Prawa wspólnoty były jej prawami i od niej zależał jej honor i wolność.''


''Punkt 19 zawiera bowiem program nie tylko negatywny – odrzucenie prawa rzymskiego – ale przede wszystkim konkretny postulat na przyszłość – zastąpienia go przez niemieckie, a czasami w omówieniach mówi się o germańskim – prawo wspólnoty. Po pierwsze – należy się przyjrzeć zatem, co rozumiano przez prawo rzymskie. Powstawał tu pewien kłopot – z jednej strony bowiem nader chętnie przypominano, że Rzymianie, podobnie jak antyczni Grecy – zaliczali się do aryjczyków, więc dlaczego odrzucano prawo rzymskie? Odpowiedź narodowych socjalistów była prosta: prawo rzymskie w gruncie rzeczy nie było wcale prawem rzymskim, tak naprawdę było ono bizantyjsko-azjatyckie, żydowskie i greckie, bo powstało już po upadku Rzymu. Jeden z mało znanych publicystów narodowosocjalistycznych, autor wydanej w 1931 r. broszury propagandowej, poświęconej germańskiemu pojmowaniu prawa własności, zatytułował jej rozdziały bardzo wymownie, mianowicie rozdział drugi – ''Tak zwane prawo rzymskie'', a rozdział piąty ''Wpływ prawa bizantyjskiego na rozwój Niemiec'' [ czyż wyznawcom Konecznego nie brzmi to aby znajomo? - przyp. mój ]. Podobne rozumowanie można znaleźć także u Rolanda Freislera, który znacznie później, bo w 1940 r., starannie odróżniał antycznych, czystych rasowo Spartan, i ich urządzenia prawne, od tych, które powstały, gdy ich rasa się zdegenerowała. W każdym razie podstawowym twierdzeniem głoszonym i powtarzanym przez nazistów było, że prawo germańskie, które obowiązywało do recepcji prawa rzymskiego u schyłku średniowiecza, było zupełnie odmienne w treści, miało podłoże we wspólnocie rasy i należy do tego prawa wrócić. [...] Pod hasłem „prawo rzymskie” rozumieli naziści przede wszystkim wypracowane przez antycznych prawników i przez całe pokolenia ich następców zasady tworzenia i stosowania prawa, znane w stosowanych od wieków paremiach. Mało kto zajmował się treścią prawa rzymskiego. Chodziło o znalezienie prawniczo brzmiącego uzasadnienia dla całkowicie odmiennej wizji prawa, któremu przydano miano germańskiego czy prawdziwie niemieckiego. Postulat germanizacji czy przywrócenia prawa niemieckiej wspólnoty, pracowicie uzasadniany i rozwijany przez nazistowskich prawników, miał przede wszystkim uwolnić rządzących od ograniczeń w tworzonym i narzucanym przez nich prawie, po to, by – uwolnieni od formalizmu, dokładności – mogli tworzyć prawo niezbędne dla realizacji ich władzy i politycznych celów. [...] W tym sensie ustroje totalitarne muszą zaprzeczyć wszystkiemu, co europejska czy śródziemnomorska kultura prawna wypracowała, albo – po prostu nie będą totalitarne. Trafnie już dawno temu zauważył Carl Joachim Friedrich, że jeżeli założyć, że państwo to taki twór, który opiera się na prawie i działa przez prawo, to o państwach totalitarnych nie można mówić jako o państwach, bo one prawa po prostu nie uznają. Konsekwentnie zatem używał określenia „reżimy totalitarne”. Na rzecz tej tezy przemawia także fakt, że również totalitaryzm komunistyczny nie hołubił zasad prawa rzymskiego, ani właśnie wypracowanych przez Rzymian istotnych elementów kultury prawnej, czego przekonująco dowodzą publikacje Adama Lityńskiego. Odrzucenie prawa rzymskiego w III Rzeszy nie było tylko i wyłącznie pustą retoryką, faktycznie służyło przejściu do totalnego bezprawia pod hasłem powrotu do dawnych, germańskich, rasowych wartości''.


I to może tyle co się tyczy rzekomej ''rzymskości'' czy tam ''greckości'' nazioli - powyższy zestaw obszernych cytatów aż nadto dobitnie okazuje, że ruch ten stanowił co najwyżej nikczemną parodię europejskiego antyku, i zwyrodnienie naszej chylącej się już wtedy ku upadkowi cywilizacji ''białego człowieka'', jej przedagonalne paroksyzmy. Dlatego trzeba wyjątkowej naiwności, by nie rzecz wprost głupoty, aby bredzić jak Degrelle:

''Pewnego razu ośmieliłem się zapytać Hitlera: „Mein Führer, proszę wyjawić mi swoją tajemnicę. Kim Pan, koniec końców, tak naprawdę jest?” – Hitler uśmiechnął się i odpowiedział: „Jestem Grekiem”. Miał na myśli człowieka starożytnej Hellady – człowieka o klasycznym systemie wartości, oddanego pięknu, naturze, prawom ducha i harmonii. Szczerze nienawidził świata współczesnego, zarówno w jego wariancie kapitalistycznym, liberalno-kosmopolitycznym, jak i internacjonalistyczno-marksistowskim. Uważał tą materialistyczną, stechnicyzowaną, cyniczną cywilizację za szczyt brzydoty, po prostu za patologię.''

http://xportal.pl/?p=35116

- stąd nigdy nie entuzjazmowałem się tym autorem, i nie pojmuję przyczyn fascynacji nim ze strony niektórych naszych narodowców, przecież to dureń był a że czynnie zwalczał komunizm? Niestety, ale w mundurze esesmana to raz, a dwa mamy w takim razie czcić każdą bolszewicką kanalię co z kolei biła hitlerowskich morderców Polaków? Nie dla nas to czyniła, ale w imię Stalina, sprawy komunizmu i swej ''rodiny'', więc nic im nie zawdzięczamy tak naprawdę, podobnie jak i takim Degrellom cierpiącym na patologiczną, zaślepiającą ich całkiem fanatyczną wiarę w Hitlera jako rzekomego ''zbawcy Europy'' przed jakoby ''azjatyckim żydo-bolszewizmem'' [ rzecz jasna okcydentalne źródła tej zbrodniczej ideologii kompletnie nie miały dla nich znaczenia ].

Na finał wypada objaśnić o co idzie z wymienionymi w tytule ''płonącymi świniami''? Otóż uznałem to za dobrą metaforę groteskowego ''antyturanizmu'' nazistów, bowiem w artykule traktującym o zastosowaniu słoni bojowych głównie w armiach hellenistycznych monarchii powstałych na gruzach imperium Aleksandra Wielkiego, ale też Kartagińczyków jak i Rzymian [ co stanowiło dobitny przykład starożytnego ''eurazjatyzmu'' będąc efektem zetknięcia cywilizacji greckiej z indyjską ], natrafiłem na takowy wyborny fragment:

''Innowacyjnością wykazywali się starożytni opracowując szeroki asortyment egzotycznych sposobów walki ze słoniami. Byli święcie przekonani o strachu, jaki wzbudza w nich świnia, choć nie do końca rozumieli, dlaczego. Mając tę wiedzę, jak również świadomość strachu wszystkich zwierząt przed ogniem, twórczy Megaryjczycy postanowili połączyć oba te czynniki. Nieszczęsne prosiaki wysmarowano smołą i wypuszczono na słonie Antygona II Gonatasa. Możemy podejrzewać, że nie byli pierwsi. Dziesięć lat wcześniej pod Benewentem również świnie miały przepłoszyć słonie Pyrrusa. Choć wspominając o tym Elian nic o podpalaniu prosiaków nie mówi , zestawienie tego ustępu z tekstem o sukcesie Megaryjczyków, który wskazuje, że ogień jest potrzebny, by zmusić świnie do głośnego kwiczenia , daje nam solidne podstawy, by sądzić, że i tu autor myśli o płonących świniach. Wielu uczonych powołuje się na rzymskie aes signatum z przedstawieniem słonia i świni . Nie można uznać tego za rozstrzygający dowód, ale najwyraźniej mieszkańcy znad Tybru jakoś łączyli oba zwierzęta. Chwytanie się podobnych pomysłów świadczy o całkowitej bezradności wobec słoni.''


- a więc rozpalone okcydentalne wieprze kontra orientalne słonie bojowe:))): czyż to nie zacna figura rzekomego ''starcia cywilizacji'' jakie miało miejsce podczas II wojny światowej? [ w gruncie rzeczy zaś wewnętrznego konfliktu w obrębie tej samej rodziny ideologicznych nowoczesnych barbarzyńców ]. Przywołany we fragmencie artykuł historyczny pochodzi ze znakomitego rocznika wydawanego przez PAN ''Meander'' poświęconego kulturze świata starożytnego. Polecam zeń dla edukacji koniecznej by rozbić zalegające w umysłach prostackie wymysły jak te wyżej pomienione, tekst badacza Radosława Gawrońskiego traktujący o korzystaniu przez Cezara i pierwszych cesarzy rzymskich ze służby wojskowej Germanów tworzących ich gwardię przyboczną, i przyczyn dla których po śmierci Nerona zastąpiono ich azjatyckimi najemnikami:


- czy recenzję, dość miażdżącą zresztą, pracy jakiej tematem są przemiany systemu władzy cesarskiej w późnym antyku, zawierającą taki oto passus:

''Należy podkreślić trafność spostrzeżeń autora dotyczących kształtowania się ceremoniału dworskiego w okresie dominatu i jego rozwoju za panowania Konstantyna Wielkiego i jego następców. Kolb słusznie zauważa, że późnoantyczne formy autoprezentacji władcy to nie tylko import z Persji, ale wynik wielowiekowego rozwoju i łączenia elementów grecko-hellenistycznych, orientalnych, etruskich i rzymsko-italskich w jedną całość.''


- znamienne zresztą, iż proces ''orientalizacji'' imperium [ jak widać niezbyt fortunnie tak określany ], który za panowania tego władcy dopełnił się [ gdyż miał miejsce od dłuższego czasu, już Aurelian był gorącym wyznawcą synkretycznego kultu ''Sol Invictus'' będącego połączeniem elementów grecko-łacińskich z aryjskim mitraizmem ], co znalazło symboliczny wyraz w ustanowieniu nowej faktycznej stolicy na wysuniętym ku Azji wybrzeżu Europy, ściśle wiązał się z jego chrystianizacją, bowiem chrześcijaństwo co do zasady jest religią orientalną i na Wschodzie pierwotnie znajdowały się jego ośrodki wraz z najliczniejszą liczbą wyznawców, dopiero inwazja islamu zmieniła ten stan rzeczy. Wreszcie skoro zaczęliśmy od wymysłów nazistowskich Niemców na temat ich germańskiej przeszłości, oraz tematowi nieuprawnionych roszczeń tychże do rzekomo ''nordyckiego'' dziedzictwa rzymskiej republiki oraz imperium poświęciliśmy niniejszy wpis, pora zakończyć go wzmianką o sensacyjnym odkryciu archeologicznym jakiego dokonano stosunkowo niedawno. Otóż badacze wydobyli spod ziemi pozostałości przechodniego obozu warownego rzymskich legionistów najprawdopodobniej z III w. n.e. położonego w środku dzisiejszych Niemiec dosłownie, na terenie obecnej Turyngii, a więc daleko poza limesem czyli granicą panowania Imperium Romanum. Co ciekawe, jak głoszą wiarygodne świadectwa z epoki, gros żołnierzy biorących udział w tej odwetowej wyprawie na germańskich najeźdźcach, stanowiącej ich prawdziwy pogrom, wywodziła się z Azji! [ być może więc nazistowska ''orientofobia'' jest dalekim echem łomotu jaki wówczas od nich zebrali dalecy przodkowie dzisiejszych Niemców:) ]. Cóż za zagwozdka dla obrońców ''syfilizacji judeołacińskiej'' spod znaku Konecznego, łączących pogardę dla ''turańskiej dziczy'' z odrazą wobec rzekomego ''bizantynizmu'' Niemców - pozaeuropejscy, głównie azjatyccy najemnicy w służbie rzymskiego cesarza gromią germańskich ''barbarzyńców'':

''Obaj wyżej wymienieni antyczni kronikarze wyraźnie potwierdzają udział w składzie rzymskich oddziałów łuczników z Bliskiego Wschodu tzw. auxilia (czyli oddziałów pomocniczych) którzy w 235 roku n.e. mieli wspierać armię Maksymina Traka w czasie jego kampanii przeciw Germanom. W swym opisie Juliusz Kapitolinus wspomina o tym w następujący sposób: „(..) z całą armią przeprawił się do Germanii, biorąc ze sobą Maurów, Osdroenów, Partów i tych wszystkich, których prowadził na wojnę Aleksander. Maksyminus wziął ze sobą pomocnicze wojska wschodnie, głównie dlatego, że lekkozbrojni łucznicy najskuteczniej walczą przeciw Germanom”. Potwierdził to również Herodian notując: „Prowadził ze sobą wielkie masy wojska, niemal całą siłę zbrojną rzymską, między innymi bardzo wielką liczbę mauretańskich oszczepników oraz łuczników z Osroeny i Armenii, z których jedni byli poddanymi, drudzy przyjaciółmi i sprzymierzeńcami, dalej pewną liczbę Partów, którzy zbiegli do Rzymu zwerbowani za pieniądze albo też zostali wzięci do niewoli i jako jeńcy służyli Rzymianom”.


piątek, 29 maja 2020

Populares über alles!

Przygotowując się do wykazania, iż autorytarne formy rządów jak dyktatura są integralnym elementem łacińskiej tradycji wolnościowej republikanizmu wynikającym z jego militarnego charakteru, poczytuję sobie właśnie ''Historię Rzymu'' znakomitego starożytnika Adama Ziółkowskiego [ abstrahując całkiem od osobistych wyborów człowieka, a zwłaszcza jego córki z próbówki ]. Natrafiłem weń na fragmenta przywołujące mimo zupełnie odmiennego kontekstu dziejowego niepokojąco aktualne analogie a tyczące przyczyn ostrego konfliktu politycznego jaki rozdarł dosłownie na pół Rzeczpospolitą doprowadzając do jej upadku. Oto więc jak historyk opisuje czynniki natury społecznej i ekonomicznej, które legły u jego źródła [ umieszczone w poniższych cytatach uwagi i komentarze w nawiasach są mego autorstwa ]:

''Republikańska umowa społeczna miała rozbić się o to, że warstwy niższe, których pot i krew zdobyły dla republiki władzę nad światem, oraz warstwy wyższe w których rękach znalazły się owoce grabieży tegoż świata, potrzebowały żywotnie tegoż samego: ziemi, i to ziemi leżącej w Italii. Dla pierwszych jej asygnacje długo były praktycznie jedyną formą partycypacji w zyskach z imperium [ obok łupiestw wojennych dokonywanych podczas służby w legionach ]; dla drugich zaś była ona główną lokatą bogactw napływających w ich ręce. Zwłaszcza senatorzy - najbogatsi, prawnie odsunięci od handlu i kontraktów publicznych [ zmuszeni przez to do obchodzenia obostrzeń poprzez kompanie handlowe zakładane na ''słupów'' jak to uczynił za pomocą swego wyzwoleńca Katon, ów oficjalny wzorzec starorzymskich cnót ], a poza tym nie mogący posiadać majątku poza Italią - byli skazani na powiększanie swych majątków ziemskich. Polityka państwa zmierzała do pogodzenia interesów obu grup: po konfiskatach i aneksjach wskutek podbojów, które spowodowały olbrzymi wzrost ''ager Romanus'' [ ziemi znajdującej się w bezpośrednim władaniu Rzeczpospolitej ], Północ Italii przeznaczono na kolonizację [ dla drobnych właścicieli ], pozostawiając Południe użytkownikom ziemi publicznej. Akcja kolonizacyjna na Północy ustała w praktyce pod koniec lat 70-ych II wieku p.n.e. po wyczerpaniu tamtejszego ''ager publicus'' [ ziemi państwowej ]. W tym samym czasie inne obszary Półwyspu stały się widownią nowego zjawiska: opuszczania przez drobnych rolników ziemi, wchłanianej następnie przez wielką własność''

- znajdującą się we władaniu oligarchii dodajmy bazującej na olbrzymich majątkach opartych na pracy niewolniczej, co z jednej strony poprzez ekstensywne rolnictwo i nade wszystko hodowlę bydła i owiec pozwoliło niepomiernie zwiększyć produkcję żywności dla zaopatrzenia gwałtownie przyrastającej ludności Rzymu, którego liczba już wtedy przekroczyła dobre ponad pół miliona, a nawet eksportować wypracowane nadwyżki szczególnie w zachodniej części świata śródziemnomorskiego, na długo przed ich podbojem utwierdzając tam wpływy republiki. Zarazem jednak czyniło Południe Italii rejonem permanentnej destabilizacji społecznej, istną polityczną beczką prochu i areną okresowo wybuchających powstań niewolników z najgłośniejszym z nich Spartakusa na czele, oraz endemicznego wręcz bandytyzmu sianego tak przez grupy zbiegłych niewolników, jak i w służbie swych panów brutalnie wywłaszczających słabszych właścicieli ziemi, wreszcie ordynarnego piractwa dostarczającego na rynek ''żywego towaru'', ale i nie stroniącego okresowo od rabunków statków wiozących niezbędne dla stolicy towary jak posiadające strategiczne znaczenie zboże, czemu kres położył dopiero rywal Cezara w walce o władzę Pompejusz. Dlatego mimo iż zgromadzone wskutek tego w rękach rzymskiej oligarchii bogactwa pozwoliły sfinansować w decydującym stopniu nieprawdopodobny wysiłek zbrojny, istną ''totalen Krieg'' na starożytną skalę jaką było rozstrzygające starcie i pogrom Kartaginy, głównego rywala Rzymu w ówczesnym świecie śródziemnomorskim, przed co bardziej dalekowzrocznymi przedstawicielami elit władczych republiki stanęła konieczność radykalnych reform społecznych i politycznych dla dalszego trwania i rozwoju Rzeczpospolitej. Jak pisze Ziółkowski:

''Kryzys agrarny, którego objawem było porzucanie ziemi przez chłopów, stanowił zasadnicze przewartościowanie i zapaść systemu stworzonego przez politykę asygnowania kolonistom minimum ziemi zmuszającej ich do służby w legionach. System ten, obliczony na jedno - maksymalne zwiększanie liczby rolników-żołnierzy - pozwolił republice podbijać świat, po czym zbankrutował w obliczu nowych aspiracji konsumpcyjnych i majątkowych zrodzonych wskutek napływu bogactw z tegoż świata [ bowiem czynił atrakcyjniejszą alternatywą od uprawiania marnego spłachetka ziemi na własne potrzeby status miejskiego proletariatu w stolicy, lub otwierającą nowe możliwości poprawy bytu emigrację do świeżo podbitych przez Rzym pozaitalskich prowincji ]. Wreszcie największy problem: skoro ideologia ''Italii-ojczyzny Rzymian'' wykluczała kolonizację obszarów pozaitalskich, kontynuowanie polityki asygnowania ziemi obywatelom - istoty ''umowy społecznej'' będącej podstawą funkcjonowania średniej republiki - mogło na większą skalę odbywać się wyłącznie na Południu, kosztem tamtejszego ''ager publicus''. Ten zaś był okupowany przez warstwę rządzącą przynosząc jej wielkie zyski. Gdy więc próba akcji kolonizacyjnej została w końcu podjęta, opór nieprawnych użytkowników ziemi publicznej doprowadził do wybuchu, wobec którego zbladły wszystkie wcześniejsze konflikty i jaki po stuletnich konwulsjach doprowadził do upadku republiki. [...] Kryzys agrarny [ czyli w tamtych warunkach tak naprawdę własnościowy i tyczący stratyfikacji społecznej, narastających nierówności w tej mierze a wskutek tego rozpadu wspólnoty politycznej ], który zapoczątkował proces rozkładu republiki, narodził się wówczas, gdy państwo postanowiło odzyskać własne zasoby nad którymi przestało sprawować faktyczną kontrolę, a które aktualni użytkownicy nie posiadając do nich tytułu, przywykli od dawna traktować jako swoją własność.''

Jako się rzekło więc powodowana oliganthropią czyli obawą przed utratą ludzi, obywateli-żołnierzy stanowiących podstawę potęgi republiki wskutek opisanych wyżej procesów, grupa przedstawicieli jej elit na czele z prawdziwymi mężami stanu, braćmi Tyberiuszem i Gajuszem Grakchami, podjęła dzieło niezbędnych reform w celu zaspokojenia plebejskich rewindykacji koniecznych dla przywrócenia stabilności struktury społecznej i państwowej. Niestety spotkało się to ze wściekłym i ślepym oporem zdecydowanej większości ich stanu bojącym się utraty dotychczasowych przywilejów i bogactw w jakich posiadanie jego członkowie weszli niezgodnie z prawem [ aż chciałoby się rzec: ''żoliborskich inteligentów'' sprawujących dotąd hegemonię w sferze publicznej, oraz uwłaszczonych na państwowym majątku uboli... ], i to mimo kompromisowego w gruncie rzeczy charakteru wprowadzanych zmian, sankcjonującego w wielu wypadkach dotychczasowe złodziejstwo państwowej ziemi uprawiane przez senatorską oligarchię, a jedynie zmniejszających jego zakres na rzecz drobnych właścicieli. Dlatego odpowiedziała ona na to wpierw radykalną obstrukcją prawną republikańskiej sanacji [ wymagającej skądinąd przyznania nadzwyczajnych uprawnień dla przeprowadzających ją trybunów plebejskich ], a gdy niewiele tym wskórała posuwając się w końcu do bestialskiego linczu reformatorów. Insza inszość, że rzymscy populiści nie byli jedynie bierną stroną sporu, odpowiadając na ciosy w równie zdecydowany sposób: gdy Scypion Afrykański Młodszy, wsławiony ostatecznym pogromem Kartaginy, lecz nieodrodny syn swej ''nadzwyczajnej kasty'' senatorskiej zablokował faktycznie wspomnianą reformę agrarną, znaleziono go prędko martwego w łóżku - sprawie ukręcono po cichu łeb, mimo iż wszystko wskazywało na zabójstwo a poszlaki ewidentnie wiodły do jego małżonki Sempronii, tak się akurat składa siostry Grakchów... Zanim jednak doszło do ich mordu zdołali przeforsować wiele rozwiązań ustrojowych i w dziedzinie polityki społecznej, które mimo skrajnie odmiennego kontekstu dziejowego budzą jakże aktualne skojarzenia, np.:

''Kolejne ustawy wniesione przez Caiusa [ Gajusza Grakcha ] lub przezeń inspirowane, ukazują dokładne przeciwieństwo demagoga w przyjętym dziś znaczeniu słowa: męża stanu o niezmiernie szerokich horyzontach, którego zasadniczym celem było usprawnienie funkcjonowania republiki i jej imperium, z naciskiem na ochronę plebsu rzymskiego, sprzymierzeńców i poddanych przed wyzyskiem lub arbitralnością warstwy rządzącej, sprawowanie przez którą realnych rządów było dlań skądinąd oczywistością [ znowu chciałoby się rzec: zupełnie jak dla Kaczyńskich nie mogących niestety wyzbyć się swoich inteligenckich przesądów i uwarunkowań ]. Przykładem jest często określana przez starożytnych jak i nowożytnych jako ''otwarcie demagogiczna'' lex Sempronia frumentaria, ustanawiająca regulowaną przez ''aerarium'' [ budżet państwa ] miesięczną sprzedaż po niskiej cenie zboża ubogim obywatelom. Określenie minimalnego zapotrzebowania państwa na zboże dla mieszkańców Miasta, i stworzenie odpowiedniej infrastruktury do jego przechowywania [ ''horrea Semproniana'' czyli spichrze semproniańskie ] likwidowało największą bolączkę dotychczasowego systemu: brak zabezpieczenia przed periodycznymi niedoborami żywności, wystawiającymi ludność nie tylko na łaskę spekulantów, ale wraz z jej przyrostem do setek tysięcy zwyczajnie na głód. [...] Z późniejszej perspektywy za kluczowy element działalności Caiusa uchodziły i uchodzą leges iudiciariae czyli ''ustawy sądownicze'', które wykluczały senatorów z trybunału o zdzierstwa [ bez wątpienia lex repetundarum z 123 r. p.n.e. ] i innych stałych trybunałów [...]. Jakkolwiek dotkliwym ciosem była ta ustawa dla senatu, w chwili uchwalania nie wzbudziła kontrowersji większych, niż reszta ustawodawstwa gracchańskiego: trybunały senatorskie zanadto skompromitowały się w przeszłości skandalicznymi uwolnieniami notorycznych złodziei, nieuniknionymi zważywszy, że trybunały obsadzali ludzie, którzy albo już znaleźli się, lub mieli dopiero znaleźć w tej samej pozycji co oskarżeni. Leges iudiciariae stanowiły więc za to, iż oskarżeni nie będą sądzić się sami.''

Oczywiście na uzasadnioną śmieszność narażałoby utożsamianie braci Kaczyńskich ze starożytnymi Grakchami, a i w obozie ich przeciwników brak postaci zdolnych mierzyć się z późniejszym o prawie stulecie od opisanych tu wypadków Cyceronem, początkowo ''homo novus'' z ówczesnego ''awansu społecznego'', któremu jednak nieprzezwyciężalny a straszliwy snobizm i kompleksy kazały w końcu stanąć po stronie republikańskiej oligarchii [ aczkolwiek marszałek Grodzki przemawia tak pompatycznie jakby drapował się w togę senatora i obrońcy rzymskiej ''praworządności'' a może nawet i samego cesarza, nic tylko ozdobić mu łeb wawrzynem, choć prędzej chyba pasowałaby zwykła lebioda:) ]. Niemniej trudno doprawdy oprzeć się narzucającym wręcz podobieństwom między zaprowadzoną w interesie plebejuszy ''frumentacją'' i sprawiedliwszą nieco partycypacją w majątku publicznym wśród obywateli, a 500+ oraz szerokim programem świadczeń społecznych wprowadzonym przez PiS, czyli rzekomym ''socjalistycznym rozdawnictwem'' w nomenklaturze libertariańskich, korwinowych spierdolin umysłowych i przegranych Januszexów byznesu. Tym bardziej tyczy to reform ustrojowych z kluczową sądownictwa na czele, wywołującą tu jak i tam z dość podobnych motywów wściekły opór dotychczasowej oligarchii Rzeczpospolitej i stosującą w tym celu do złudzenia bliźniaczą wprost obstrukcję w imię rzekomo zagrożonej ''praworządności'' przez ''populistyczną'' politykę braci Grakchów, ee chciałem rzec Kaczyńskich:). Wreszcie niepokojące analogie nasuwają działania przeciwników obozu reform, którzy w obliczu klęski jawnego występowania w obronie swych zagrożonych przywilejów pod hasłem ''żeby było tak jak było'', poczęli stosować perfidną i prostacką a skuteczną niestety do czasu demagogię [ niczym pierdolenie korwinowych stulejarzy o ''MADkach'' żerujących na socjalu ], by wreszcie posunąć się otwarcie do terroru czego przykładem choćby późniejsze proskrypcje sullańskie. Dlatego porównania reżimu zaprowadzonego przez Sullę z Piłsudskim są uzasadnione jedynie o tyle, gdy upatrujemy w tym drugim dyktatora występującego w imię przywrócenia republikańskiego ładu w państwie, jego ''sanacji'' właśnie, antycypującego wszakże w metodach wbrew deklarowanym celom cezaryzm, natomiast skala represji i ich skutek jakim w przypadku Rzymianina było nadanie statusu głównej instancji starożytnemu parlamentowi czyli senatowi - zupełnie jak to chciałby ustanowić marszałek Grodzki:) - są tu i tam niewspółmierne i wykluczają się wzajem. Przede wszystkim jednak ówczesny konflikt dał początek głębokiemu rozłamowi politycznemu i społecznemu, którego kategorie jako żywo pasują do opisu i obecnego rozdzierającego naszą Rzeczpospolitą:

''Poświęcenie bogini Concordii, personifikacji consensusu co do podstawowych zasad życia obywatelskiego, świątyni wzniesionej ze skonfiskowanych majątków pomordowanych gracchańczyków, było godną proklamacją końca tegoż consensusu. Lata 133-121 [ czyli początkowego okresu starć zwolenników i przeciwników reform ] wprowadziły nieodwracalne zmiany w rzymskim życiu politycznym: strony konfliktu, które objawiły się w tych latach istniały aż do końca republiki, nieustannie podsycane tak rozpamiętywaniem przeszłych wydarzeń, jak i bieżącymi doświadczeniami. Przed uczestnikami życia politycznego były odtąd otwarte tylko dwie drogi: via popularis [ ''ludowa'' ], uprzednio oznaczająca niekonwencjonalne robienie kariery z poparciem ludu [ i naruszeniem często obowiązującego prawa i obyczaju ], oraz ta jaką szli ''boni'' czyli ''dobrzy'', optimi [ ''najlepsi'' ] lub w terminologii Cicerona ''optimates''. Zwolennicy Gracchów i ich duchowi spadkobiercy, też nobile i senatorzy, bronili koncepcji ludowej ''libertas'' [ ''wolności'' ], w tym zasady, że wola ludu wyrażona na zgromadzeniu zwołanym przez jego reprezentanta, magistrata lub trybuna, dla rozstrzygnięcia kwestii przezeń postawionej, była ostateczna i niepodważalna. [...] Mordercy Gracchów i ci, którzy się z nimi solidaryzowali, wyznawali ideologię ''salus rei publicae'' [ ''dobra rzeczpospolitej'' ], pod którym wszakże rozumieli utrzymywanie wszelkimi sposobami korporacyjnej władzy elity, z jej prawem do eliminowania tych, co tej władzy zagrażali za pomocą samosądu lub pseudo-legalną uzurpacją ''senatusconsultum ultimum'' włącznie. W codziennym życiu politycznym oznaczało to stosowanie technik paraliżowania ''libertas'' ludu drogą doprowadzania do skrajności odpowiednich procedur politycznych i religijnych. [...] Jednocześnie optymaci siłą rzeczy dążyli do poszerzania zakresu kompetencji senatu, instytucji grupującej elitę i z zasady wrogiej politycznym indywidualistom, choć na otwartą próbę poddania kontroli senatu procesu legislacyjnego przyszło czekać czterdzieści lat, do jedynowładztwa Sulli. Z obiema drogami związane były konkretne opcje programowe: przystanie do popularów było opowiedzeniem się nie tylko za ''libertas'', ale i za ''leges agrariae'' [ czyli powszechnym uwłaszczeniem obywateli ] oraz ''frumentariae'' [ sprawiedliwszym podziałem majątku narodowego i programem opieki społecznej ze strony państwa ], natomiast dobry optymata winien był przeciwstawiać się wszystkim takim inicjatywom. Ta polaryzacja programowa nie dokonała się od razu: zwłaszcza kluczowe hasło asygnacji [ przyznania ] ziemi w następnym pokoleniu nie było jeszcze wyłączną bronią popularów. W końcu jednak demokratyczna formuła eksploatacji imperium została na płaszczyźnie ideologicznej zawłaszczona przez jedną stronę; druga zaś reprezentująca większość elity władzy świadomie ją odrzuciła, podpisując w ten sposób na siebie wyrok śmierci.''

Dosłownie, bowiem populistyczne rewindykacje były nazbyt daleko posunięte, a nade wszystko uzasadnione realnymi potrzebami ludu i samego państwa, aby mógł im położyć kres nawet tak wściekły terror jak ten rozpętany przez Sullę w imię obrony interesów oligarchii, którą reprezentował. W efekcie zaślepione nienawiścią i pogardą wobec ''roszczeniowego motłochu'' stronnictwo optymatów, niezdolne do ustąpienia w porę wobec dość skromnych początkowo żądań popularów, co zagwarantowałoby mu zachowanie przynajmniej części nabytych dotąd przywilejów i majątków, zostało po blisko stuletnich konwulsjach wewnętrznych walk w końcu zmiecione przez militarną rewoltę plebejuszy jaką poniekąd w swej głupocie wywołało, która doprowadziła do ustanowienia de facto populistycznej wojskowej tyranii kolejnych cezarów. Jak ciekawie, a przenikliwie opisuje finał tych zmagań Ziółkowski:

''Wojny domowe po śmierci Cezara były nie tylko ostatecznym starciem między cezarianami a obrońcami republiki, ale też największą bitwą warstw nieposiadających o udział w zyskach z imperium. Zgodnie z tendencją sięgającą czasów Mariusa [ wybitny wódz republikański i populistyczny dyktator, choć niestety chwiejny politycznie ] i Saturninusa [ trybun plebejski znany z wprowadzenia pomysłowej metody radzenia sobie z ordynarną obstrukcją optymatów za pomocą kamieni miotanych pod ich adresem przez jego zwolenników podczas ludowych zgromadzeń - przyp. mój jak wszystkie wyżej ], jedynymi jacy odnieśli z niej korzyść byli żołnierze zwycięskiej strony, rekompensowani co prawda na modłę nie Cezara a Sulli: grabieżą współobywateli. Wobec spadkobierców Cezara, nie posiadających jego autorytetu, ich żołnierze występowali jako potężna grupa nacisku, świadoma swej wartości i każąca niezwykle drogo płacić za swe usługi. [...] Po [ decydującym boju pod ] Philippi żołnierze triumwirów występowali z solidarnością i bezwzględnością nowoczesnego związku zawodowego, z jednej strony nie pozwalając, by ambicje wodzów zmuszały ich do przelewania krwi towarzyszy broni, z drugiej zaś bez skrupułów dając się użyć do eliminacji wszystkich, którzy stanowili zagrożenie dla przyobiecanej im zdobyczy. [...] Żołnierze, z pochodzenia w ogromnej większości drobni rolnicy, pilnie baczyli przy tym, by oszczędzano ziemię ich krewnych, poległych towarzyszy, a nawet weteranów wcześniej obdzielonych nadaniami; doszło nawet do tego, że wskutek ich protestów młody Cezar zrezygnował z konfiskowania majątków mniejszych niż te, które przyznawano żołnierzom, całkowicie wyłączając tym samym poletka prawdziwie małorolnych. Za awans społeczny i ekonomiczny ogromnej rzeszy zorganizowanych w legiony nieposiadających zapłacili zamożni mieszkańcy municypiów.''

- czyżbyśmy więc obserwowali u nas początki procesu, który doprowadzi do ustanowienia ''Wielkiego Ludowego Imperium Lechickiego''?:))). Mówiąc zaś serio prędzej skończy się kolejnym dziejowym łomotem jak to zazwyczaj niestety w naszej historii najnowszej, stąd aby go uniknąć koniecznym jest przeforsowanie wielu zmian i radykalne przeformułowanie paradygmatu ustrojowego a nawet wręcz narodowego, o czym zresztą już pisałem. W każdym razie skoro w obliczu ślepego uporu dotychczasowej oligarchii Rzeczpospolitej oraz słabości i niedomagań reformatorów nie sposób dokonać tego legalnie, życzyłbym sobie ustanowienia takowego dyktatu popularów i zmilitaryzowanego związku zawodowego plebejuszy jaki byłby w stanie zgnieść na miejscu rządy rozbestwionej patointeligencji, jak i broniące je ślepo kurwinowe frajerstwo, niechby i wbrew swoim intencjom. Durnemu prawactwu pierniczącemu o rzekomo ''lewicowych'' ze swej natury związkach zawodowych zaordynowałbym przymusową lekturę programowego ''Co robić?'' Lenina, pełną jadowitych wielkopańskich połajanek tego obszarnika pod adresem leniwych w jego opinii proli, którym nie chce się w komunizm - tępe kuce nie zdają sobie nawet sprawy, że cwany Ozjasz śmieje im się w twarz powtarzając niemal słowo w słowo antyzwiązkową bolszewicką retorykę przyszłego ''wodza rewolucji'' nadając jej tylko niby ''antysocjalistyczny'' charakter, a te spierdoliny jeszcze za nim bezmyślnie klepią sądząc w swej głupocie, że jakoby zwalczają ''lewactwo'':). Bezlitośnie dobiłbym ich merytorycznie dwiema solidnymi cegłami ''Efektu domina'' Zyzaka z których jednoznacznie wynika, iż największymi orędownikami współpracy ekonomicznej i politycznej z ZSRR w USA były tamtejszy wielki kapitał i finansjera, zaś twardy pryncypialny antykomunizm reprezentowały uparcie główne amerykańskie centrale związkowe, wspierające min. ''Solidarność'' - i po to właśnie ubectwo wylansowało Kurwina z jego bredzeniem ''wszystkie związki na Powiązki'', to również tłumaczy fenomen wolnorynkowych tajniaków i resortowych hrabiów jak Jędrzej Zdzisław Stefan ''Odbyteusz'' Jabłoński wedle trafnego określenia Foxa:).

niedziela, 24 maja 2020

Dykta-tura.

Świeża gównoburza z lichym, nędznym jak skurwysyn kawałkiem Kazika obudziła stare demony pożal się dyskursu publicznego III RP, czyli zwyczajowe pierdolenie o rzekomej ''dyktaturze'' i ''autorytarnych zapędach'' PiS i samego Kaczyńskiego. Tymczasem jest ona żywym dowodem czegoś dokładnie przeciwnego: słabości i postępującego w katastrofalnym tempie niedołęstwa obecnej ekipy rządzącej zaliczającej fakap za fakapem. Doprawdy trzeba być wyjątkową spierdoliną, aby dać okazję do wykreowania się na ''męczennika wolności słowa'' byłemu funkcjonariuszowi reżimowej propagandy, który zaczynał karierę w czasie stanu wojennego, esbeckiemu kapusiowi a do tego sprzedajnej medialnej dziwce lansującej kawałki muzyczne za gruby hajs, byle nachlać się Sauvignon Blanc w nowozelandzkiej winnicy [ skądinąd szanuję za gust, serio bo to jeden z moich ulubionych szczepów ]. Przy czym nie można by mieć za to specjalnych pretensji do MC ''Bera'', gdyby robił to w prywatnym medium, choć pryncypialny moralista mógłby zżymać się, że facet wychodzi na niewiarygodnego śmiecia puszczając gówno w które nie wierzy, aby tylko się nachapać. Nu ale piniondz i to poważny był potrzebny panu redaktorowi na takowe fanaberie jak wyżej pomieniona, sęk jedynie w tym iż Niedźwiecki zawdzięczał swoją pozycję publicznemu, stąd de facto państwowemu radiu i za pracy głównie w nim miał trwać rzeczony proceder, to zaś czyni go urzędnikiem, biurokratą biorącym łapówy za załatwianie spraw na lewo, a więc zwykłą kurwą i złodziejem na etacie [ koszmarem państwowców i mokrym snem libertariańskich stuleji ]. Co się zaś tyczy sprawy samego cenzurowania to abstrahując całkiem czy faktycznie doń doszło lub nie, albo robisz to poważnie zaprowadzając ścisły zamordyzm, lub też nie posiadając odpowiedniej ku temu siły zamiast ośmieszać się żałosnymi napinkami załatwiasz przeciwnika jego własną bronią. Konkretnie należało puszczać zapętlony kawałek Kazika w reżimowym radiu aż do urzygu, tak by wszyscy mieli go dość włącznie z samym artystą-prostytutą, i przyszło mi to na myśl zanim podobny koncept zarzucił na tłiterze Otokieł, bowiem przypominało historię zasłyszaną onegdaj od Kelthuza zanim pochłonął go panmiodkowy Golem. Otóż przed laty jego kumple z kapeli zorganizowali zamkniętą imprezę na której leciał non stop jeden tylko kawałek ''Wonderful life'', skądinąd ulubiony smęt Niedźwieckiego, zaś w barze można było dostać wyłącznie czystą - nie wiem jak oni to wytrzymali, bo ja po godzinie-dwóch najdalej czegoś takiego obwiesiłbym się w knajpianej toalecie, no ale to metaluchy som, wiadomo: zakute łby:). Jedyne co więc pozostało nieudacznym PiSowskim paraautorytarystom to tweeterowe wojenki i ośmieszanie na profilu ''Dekonstrukcja mitu'' szmaciarza Jasia Pińskiego i jego kamandy cweli zabawiającej się ordynarnymi wrzutkami typu rzekome porno Dudexa, albo obleśne sugestie jakoby żona Ziobry była mafijną dziwką. W reżimie z prawdziwego zdarzenia żaden nie śmiałby pisnąć nawet, bo groziłby mu za to conocny pogrom kielecki dupska pod celą tak, że odbyt płonąłby niczym stodoła w Jedwabnem, o ile nie wprost posłużenie za kompost, przemiana w ''nekropersonę''. Nie przemawia bynajmniej przeze mnie jakowyś sadysta czy infantylny kuc masturbujący się wizją polskiego pinoczetyzmu, lub tęskniący za jaruzelskim zamordyzmem komuch, a jedynie trzeźwo rozpatrujący sprawy obserwator: niech mi która z demoliberalnych obsranych cipek wyjaśni jakim cudem uporać się ''praworządnie'' z regularną mafią w sędziowskich togach, kanaliami i pedofilami przechwalającymi wesoło w prywatnych rozmowach rżnięciem 13-letnich Tajek ''dla zdrowotności''?! Na pewno nie dokumentami ciecia Latkowskiego, dlatego obsobaczać PiS należy nie za łamanie nieporządku konstytucyjnego bezprawia, lecz że robi to nieudolnie i niekonsekwentnie uprawiając politykę ''wstawania z kolan poprzez padanie na twarz'' jak trafnie podsumował Targalski. Tak więc pan prezes wraz z ekipą mogą co najwyżej zaprowadzić tytułową dykta-turę, pierwszy bodaj w dziejach paździerzowy ''totalitaryzm'' i nawet zakatowanie kogoś na komisariacie czy co nie daj uliczna masakra przy narastającej fali społecznych protestów niczego by tu nie zmieniły, będąc objawem słabości pozbawionej autorytetu władzy, stąd skłonnej do kompensowania sobie tego nadużywaniem broni niewspółmiernie do realnego zagrożenia.

Skądinąd zastanawiająca jest ta wspomniana seria fakapów ze strony rządzących ostatnio, i ze względu na niepodmiotowy charakter III RP jej przyczyn upatrywałbym nie tylko w ambicjach polityków coraz bardziej ''rozjednoczonej'' prawicy walczących zaciekle o schedę po Kaczyńskim. Sądzę iż ma to związek z zaostrzającą się także na terytorium Polski rywalizacją między USA a Chinami, czego pokłosiem tłiterowa nawalanka między ambasadorami tych krajów jaka miała miejsce niedawno oraz wyraźna demonstracja, którą stanowił ostentacyjny, odpowiednio głośny przelot nad stolicą kraju amerykańskiego bombowca jako odpowiedź na przysłanie przez Pekin ładunku maseczek gigantycznym, posowieckim transportowcem. W tym kontekście należy też rozpatrywać publikację ''Wybiórczej'' jakoby ich dostawa była gie warta - na dwoje babka wróżyła, bo rzeczone medium to bardzo oględnie niezbyt wiarygodne źródło informacji, robiące w dodatku teraz już jawnie za tubę Sorosa, ten zaś ma doświadczenie w atakach spekulacyjnych na dalekowschodnie ekonomie, a też nienawidzi Chin z innych wszakże powodów niż Trump, reprezentując najprawdopodobniej frakcję globalistów obawiającą się utracić zainwestowane w CHRL aktywa, a nade wszystko tego, że dotychczasowy azjatycki niewolnik ma dość utrzymywania tych pasożytów zapierdalając za przysłowiową miskę ryżu. W każdym razie obecny rząd mimo oficjalnych peanów pod adresem USA prowadzi, zapewne z poduszczenia Berlina jakiego reprezentantem interesów wygląda na to jest sam premier, kunktatorską politykę wydając po cichu Huawei zgodę na finalizowaną właśnie budowę infrastruktury 5G co musi wściekle drażnić delikatnie mówiąc Amerykanów, być może więc postanowili wymienić dotychczasową ekipę na lepszy model, lub co najmniej dokooptować jej bardziej ''wolnorynkowego'' czyli spolegliwego wobec ekspansji jankeskich koncernów nad Wisłą koalicjanta. Sądzę, że wszyscy co uwierzyli w pierdolenie PiSowców o rzekomych ''ruskich onucach'' z Konfideracji, i to na plus autentycznych miłośników Putina lub przynajmniej pożytecznych idiotów Rosji może czekać przykre rozczarowanie - jeden Janusz jeżdżący na Krym i do Kadyrowa wiosny nie czyni, bo jest tam już całkiem ubezwłasnowolniony i nie był nawet w stanie spieprzyć sprawy swoim zwyczajem co dowodnie okazała chryja podczas prawyborów, stąd pozostało mu żałosne pajacowanie w hiphopowych ciuszkach ku uciesze i zachwytom korwinowych stulejarzy. Jak dodamy do tego oficera prowadzącego z JP Morgan zainstalowanego przy peezelaku Kosiniaku, co może najprawdopodobniej mieć związek z czekającymi nas gruntownymi dosłownie przekształceniami własności ziemi w kraju, wizja lewackiej lub kolibowej koalicji pobłogosławionej przez Waszyngton nie wydaje się niestety tak nieprawdopodobna - skoro towarzysze Miller i Kwachu przetarli już sobie drogę do jankeskiego tyłka czemuż by więc nie czekający w kolejce Zandberg wraz z Biedroniem? [ Czarzasty jako typowy cwany komuch umie liczyć kasę, i jeśli tylko uzna, że mu się to opłaca w każdym możliwym tego sensie pozbędzie się raz dwa dotychczasowych obiekcji ]. Wyjaśniałoby to również pielgrzymki wolnorynkowych liderów Konfederacji do saloniku pani Monisi reprezentującej zapewne konkurencyjną frakcję w zabieganiu o względy takich czy innych hegemonów światowych, w każdym razie perspektywy dla nas nie wyglądają przy takowym obrocie spraw za wesoło.

Nie trzeba doprawdy proroczych zdolności, by dostrzegać wyraźnie, że narastająca rywalizacja między Stanami a CHRL ''rozbuja'' świat, przydałaby się więc na czekający nas dziejowy sztorm jaka porządna państwowa nawa ze sprawną ekipą u steru, a nie przeciekająca, rozpadająca się krypa pełna nachlanych w sztok, okładających się zaciekle marynarzy, wraz z obłąkanym kucowskim majtkiem drącym ryja z masztu, że jedyny ratunek stanowi zatopienie całkiem łajby. Brakuje na miejscu kogoś takiego jak Walter Walker, brytyjski wojskowy, który dzięki obranej przez się rozsądnej taktyce rozgromił komunistyczną maoistowską irredentę na Borneo w latach 60-ych, unikając przy tym wszystkich błędów popełnionych przez wojska USA podczas interwencji w Wietnamie. Zdawał sobie sprawę, że użycie regularnych sił, w tym wypadku najemników spośród Gurkhów w służbie JKM, starczy jedynie do zdławienia rebelii w miastach, kluczowe jednak dla rozstrzygnięcia konfliktu było zapanowanie nad dżunglą, tego zaś nie sposób dokonać bez przekonania do siebie znających ją jak własną kieszeń lokalsów. Zamiast więc napierdalać ich napalmem jak w owym czasie czynili durni Amerykanie, co rzecz jasna tylko przysparzało poparcia Wietkongowi, sformował z miejscowych Dajaków, Malajów i dywersantów z chińskiej diaspory na której głównie opierała się komunistyczna partyzantka lotne brygady do jej zwalczania, złożone ze zdeterminowanych bojowników gotowych dosłownie tygodniami czyhać w ukrytych w ostępach leśnych i bagnach zasadzkach na tamtejszych bolszewików, by ich wymordować. W ten sposób pozbawiali komunistów głównej broni partyzantki jaką jest doskonała orientacja w terenie, atak z zaskoczenia, osaczanie regularnych wojsk w bazach i nękanie atakami terrorystycznymi w miastach, czyli tego wszystkiego co z takim powodzeniem stosował właśnie wobec Amerykanów Wietkong. Wtapiając się w tło, dosłownie dżungli jak i społeczne podcinali terroryzm u korzenia, jeśli dodamy do tego sprawną strukturę dowodzenia, z jednej zdecentralizowaną, bazującą na dużej samodzielności operujących w terenie niewielkich, mobilnych przez to zgrupowań, a zarazem kompleksową podporządkowującą sztabowi wojskowemu policję jak i administrację cywilną zgodnie współpracujące w dziele zniszczenia dywersantów w czym dużą rolę odgrywała komunikacja, przy ówczesnych poziomie technologicznym głównie drogą radiową, jasnym staje się sukces obranej przez Walkera strategii. Pozwalało to stosunkowo niewielkim kosztem przerzucać w miarę potrzeby do rozsianych w interiorze lotnisk sprzęt zaopatrując walczących na miejscu żołnierzy helikopterami czy lekkimi samolotami a nawet nękać maoistowskich komuchów w ich bazach po drugiej stronie granicy, bez efektownych lecz przeciwskutecznych w gruncie rzeczy nalotów dywanowych ciężkimi bombowcami - nauczeni przykrym doświadczeniem z walk w Wietnamie Jankesi wykorzystali dopiero później tą taktykę organizując oddziały ''contras'' do zwalczania komunistycznego reżimu sandinistów w Nikaragui czy wspierając stingerami afgańskich mudżahedinów, skutecznie tym samym przyprawiając bolszewię o potężny ból tyłka. Przydałaby się więc i u nas jaka porządna republikańska, łacińska z ducha dyktatura na opisaną tu ''sieciocentyczną'' modłę dostosowaną do obecnych czasów, czemu już dałem wyraz w ''eurazjatyckim'' wpisie, na pohybel rozwolnościowcom jak i komuchom. Co tu gadać zresztą: ewolucja globalnego systemu jednoznacznie wskazuje, że jedynym sensownym sposobem opanowania narastającego chaosu społecznego, politycznego i ekonomicznego jest jakaś forma autorytaryzmu, stąd zgadzam się z resortowym masonem Sokałą, że wyjdzie zwycięsko z obecnego zamieszania ten, kto do minimum ograniczy wpływ mas na decyzje podejmowane przez decydentów. Kwestią otwartą pozostaje jedynie czy stanie się to w interesie pozapaństwowych, ''dyskretnych'' struktur jak reprezentowany przezeń ryt mieszany nie wstrząśniety, czy też doprowadzi do ukonstytuowania regularnej dyktatury co stanowi zdecydowanie uczciwsze rozwiązanie, bowiem tu rząd jest widzialny, hierarchia jawna zaś obywatele dysponują ograniczonym wprawdzie, za to realnym zasobem swobód. Niestety obawiam się, że bardziej prawdopodobnym może okazać się pierwszy wariant, gdyż ludzie generalnie zdurnieli już ze szczętem i uwielbiają wprost być oszukiwani, stąd łykną każdy zamordyzm byle w ''wolnościowym'' opakowaniu, ot i wytłumaczenie fenomenu resortowych libertarian jak pomieniony doktor-mason.

Odkłamaniem jednak pojęcia dyktatury i przywróceniem jej pierwotnego sensu jako w istocie wolnościowej, arcyrepublikańskiej instytucji zajmiemy się następnym razem ze względu na zaprowadzone na blogspotowej platformie ograniczenia rozmiarów tekstu uniemożliwiające mi rozwinięcie wątku, może to i dobrze bo zapobiegnie płodzeniu po staremu monstrualnych elaboratów wpływając na klarowność narracji:). No więc tyle póki co z mej strony słowa na niedzielę.

poniedziałek, 18 maja 2020

Mises ssie.

Zanim przejdę do rzeczy tytułem wstępu należy poczynić parę uwag gwoli objaśnienia, iż moja wściekła irytacja by nie powiedzieć wprost potężny wkurw na rozwolnościowców i wolnorynkowców [ istotne rozróżnienie, bo wbrew pozorom to nie to samo co będzie jeszcze do okazania ] nie wziął się znikąd, tak aby nie powstało fałszywe wrażenie, że zakrawa to już na jakąś niezdrową obsesję, szczerze chciałbym nawet aby tak było, ale niestety ma on swe racjonalne uzasadnienie. Dłuuugo mógłbym wyliczać powody mej antylibertariańskiej abominacji, ale jeden zwłaszcza wysuwa się obecnie na czoło monstrualnej rozmiarowo listy zarzutów: przez to, że pozbawili mnie sensownej politycznej alternatywy zmuszony jestem popierać wbrew mej woli całkiem już niemal zjebany PiS!!! Fakty mają się tak, że skurwiesyny ordynarnie przywłaszczyły sobie miano radykalnej prawicy, drą ryja iż PiS to nie prawica a oni to niby co?! Powtarzam: niech mi ktoś pokaże drugi taki kraj, gdzie z zasady antypaństwowy i antynarodowy libertarianizm uchodzi za ''prawicę'' i to w wersji ''hard trU'', bardzo byłbym rad bo oznaczałoby to, iż nie jesteśmy pod tym względem kuriozum na skalę światową jakim póki co jawimy się. Będę wołał głośno ile tylko starczy mi sił, że liberałowie i socjaliści jedne polityczne kurwy po tym samym ideologicznym chuju, a nawet ci pierwsi są gorsi o tyle, iż lewactwo przynajmniej nie ukrywa, że jest bandą antypolskich gówien: otwarcie już gardzi swą narodowością, pali polskie flagi wymachując za to unijnymi czy ''tęczawymi'' lub czarno-czerwonymi sztandarami anarchii i bredzi o rzekomo ''przestarzałej wierze w państwo narodowe'' postulując głośno zastąpienie go bezpaństwową globalną komuną albo ''rządem światowym'', bo niestety tenże nie jest jakowąś ''teorią spiskową'' szurów od NWO. Natomiast libertariańskie mendy zgodnie z zalecaną jeszcze przez Rothbarda taktyką infiltrowania ruchów antysystemowych podszyły się pod radykalną prawicę w obecnej Polsce, żerując perfidnie na słusznym często wkurwie i frustracji wielu społecznych środowisk. Dlatego należy ich tępić ze szczególną zaciekłością jako zamaskowanych dla niepoznaki ukrytych wrogów we własnym obozie politycznym, dokładnie na tej samej zasadzie jak bojówki przedwojennej PPS flekowały bezlitośnie komunistów wpierdzielających im się na 1-majowe demonstracje. Na szczęście nie tylko ja tak sądzę, i świadomość ta przebija się z wolna do środowisk głównonurtowych narodowców czego świadectwem niedawny artykuł Karola Kaźmierczaka. Wprawdzie rugałem go tutaj ostatnio srogo za kocopoły o jakowymś ''powrocie do jungerowskiej sfery elementarnej'' wskutek nadchodzącego kryzysu, facet ewidentnie nie docenia konsumeryzmu jako niesłychanie użytecznego w rękach rządzących narzędzia nie tyle nawet ekonomicznej co nade wszystko politycznej kontroli mas, błędnie upatrując w kontrkulturowej rewolcie li tylko ''fanaberię dekadentów''. Pomijając to jednak trafnie przyznaję wytyka liderom Konfederacji brnięcie w jałowe rezonatorstwo i polityczną szurię, nie ukrywam cieszy mnie, iż wreszcie przebija się do opinii choćby wciąż planktonu politycznego, że wolnorynkowy ekstremizm nie ma nic wspólnego z prawicą a podszywająca się pod nią kuceria tylko ją kompromituje torując lewicy drogę do władzy bredzeniem o rzekomym ''socjalistycznym rozdawnictwie''. Piszę przecież w podobnym duchu już od jakiegoś czasu, ale na niszowym blogu o z konieczności ograniczonym zasięgu oddziaływania, zaś fakt iż wspomniany tekst lansują Wszechpolacy na swym profilu zdaje się świadczyć, że wśród narodowców dojrzewa wreszcie potrzeba zerwania zabójczego dla nich na dłuższą metę politycznego mariażu z kolibami, oby - radują mnie wielce zwłaszcza takowe uwagi Kaźmierczaka:

''Dyskurs prawicowy jest u nas całkowicie zdominowany przez koliberalizm przechodzący w libertarianizm i jako taki zupełnie dysfunkcyjny. A ponieważ partia Konfederacja opiera się na bazie społecznej uformowanej całkowicie przez ten dyskurs gra w ramach wyznaczonych przez ten anarchizm, spiskologię, ignorancję. Nie ma drogi na skróty - najpierw trzeba znaleźć i uformować bazę społeczną bez tego żadnej konstruktywnej narodowej siły politycznej nie będzie. [...] Coraz bardziej mieszczańska i stateczna Konfederacja może szybko wypalić się w warunkach ekonomicznego kryzysu i pauperyzacji mas. Głównym sprawcami dysfunkcji partii są krzykliwi, a jednocześnie całkowicie nieodnajdujący się w warunkach obecnego kryzysu koliberałowie. Duże możliwości otwierają się natomiast przed radykalnymi lewicowcami z Razem, którzy po raz pierwszy mogą wyjść z własnej bańki wielkomiejskiej inteligencji i wolnych zawodów. Po raz pierwszy radykalne postulaty ekonomiczne mają bowiem szansę na masowe poparcie. W przeciwieństwie do „antysystemowej prawicy”, w środowisku lewicowym całe programy polityki finansowej, gospodarczej czy społecznej na czas kryzysu są już gotowe. [...]''

- i konkluzja:

''Jeśli kryzys przybierze ostre formy, nałoży się na niego inny funkcjonalny podział: na konserwatystów w potocznym tego słowa znaczeniu, kurczowo trzymających się starych instytucji, stylu życia, koncepcji i dyskursów, oraz na radykałów, dla których kryzys jest lekcją, jaka musi za sobą pociągnąć gruntowne zmiany. W światku dotychczasowej polskiej „antysystemowej prawicy” zaludnionej tak licznie przez socjopatycznych liberałów, pryncypialnych anarchistów, cynicznych demagogów czy rozwijających teorie spiskowe infantylnych ignorantów trudno znaleźć na razie kogoś kto zaproponuje koncepcję zakresu takiej zmiany i środków jakie są konieczne do jej przeprowadzenia.''

- w punkt, od siebie dodam, że jak podają autorzy opracowania ''Oblicza buntu społecznego'' traktującego o protestach czasu Wielkiego Kryzysu w przedwojennej Polsce, za większość ówczesnych zadym wcale nie odpowiadała lewica jakby mogło się wydawać, ale właśnie narodowcy! Na to jednak należy pozbyć się wolnorynkowej szurii, wszystkim kolibom powiedzieć ''won!'' i przypomnieć sobie wreszcie o źródłowo nacjonalistycznym solidaryzmie narodowym także w ekonomii, który nie ma nic ale to nic wspólnego z jakowymś ''narodowym socjalizmem''. Wprawdzie jak pisałem tu niedawno sam narodowcem nie jestem, bo gdy patrzę jak prezentuje się ta nasza ''przyszłość narodu'' złożona głównie jak nie z bezmózgiego lewactwa to infantylnych kucerzy dochodzę do przykrego wniosku, iż koncept wymiany populacji nad Wisłą nie jest znowu taki zły... Niemniej popieram z powodów pragmatycznych program stricte nacjonalistyczny jako najlepszy w mojej opinii na teraz, zresztą widać jak na dłoni tak że bardziej już chyba nie można nieodzowność posiadania własnego państwa narodowego, niechby nawet tak lichego jak te które mamy i przez to zmuszonego pokrywać własną słabość groteskowym zamordyzmem i napinkami mobilizacyjnymi. I akurat właśnie teraz libertariańskie spierdoliny umysłowe uparły się drzeć głośno ryja rothbardiańskie kocopoły, że ''państwo to złodzieje, a podatki kradzież!'', ''wolny rynek uber alles!!!'' - nie mam słów ani pytań, powtórzę jedynie: zjebanie historycznej szansy ever. Gdyby rządzący obecnie faktycznie byli ''grupą rekonstrukcyjną sanacji'', a niestety nie są nawet jej parodią cokolwiek by o tym sami nie myśleli, to zamiast wsadzać tę hołotę na równi z ''tęczawą'' neobolszewią do jakowejś nowej Berezy powinni idąc z duchem czasu zapakować jednych i drugich w samoloty i posłać w diabły do Konga, gdzie miejscowi kacykowie już by wiedzieli jak za drobną opłatą zająć się nimi. Zaiste sprawiedliwością dziejową byłoby aby wszystkie białe burżuje z ''Razem'' o rączkach nieskalanych przeważnie ciężką pracą [ w żadnym bodaj innym ugrupowaniu obecnie na krajowej scenie politycznej nie ma tylu absolwentów elitarnych liceów i uczelni z towrzyszem mikroprzedsiębiorcą na czele ], jakże ubolewające nad losem murzyniątek zmuszanych do nędznie opłacanej harówki ponad siły w tamtejszych kopalniach kobaltu, co nie przeszkadza im wszakże kupować ''ajfony'' bazujące na surowcach wydartych ziemi przez tychże biednych czarnych ludków, odciążyły ich nieco w robocie. Podobnie i kuceria zaznałaby na własnej skórze co to znaczy, iż ''kto nie pracuje ten nie je'' jak lubi powtarzać ślepo za swym zjebanym guru, wykazując się przedsiębiorczością zapierdalając w afrykańskich bieda-szybach za przysłowiową miskę wodnistej brei, na pewno żadne tam ''socjalistyczne'' związki zawodowe nie stałyby im ku temu już na przeszkodzie. Pierwej jednak należy dać im szansę wytłumaczenia Murzynom, iż rasa nie ma znaczenia dla praw rządzących rozwojem ekonomicznym jak utrzymują ''austriacy'', podobnie co i inne okoliczności dziejowe oraz geopolityczne czy kontekst kulturowy itd. zaś transmisje z tego powinny iść mym zdaniem na żywo we wszelkich stacjach telewizyjnych tu na miejscu i platformach społecznościowych czy na publicznych telebimach, jestem pewien że byłaby przy tym kupa śmiechu i ubaw co niemiara. Cały ten ''preriowy libertarianizm'' a la Ceyrowsky to podobnie jak LGBT czy insze gendery rodzaj kultu cargo dla białych Papuasów, który żenią dającym się na to nabrać frajerom cwani Jankesi - jeśli już brać za wzór USA to jego realną postać z silnymi instytucjami, zwłaszcza armią i takimiż służbami oraz de facto kapitalizmem państwowym, zamiast traktować śmiertelnie serio wolnorynkowe kity jakimi Stany Zjednoczone maskują swoją hegemonię, co tak gorliwie czyni poza tym zazwyczaj nienawidząca wprost patologicznie Amerykanów kuceria.

Pieprzyć więc tych przegrywów na własne życzenie, polityczną zbrodnią byłoby poprzez związek z nimi zmarnować perspektywę stworzenia nowej siły autentycznej tym razem polskiej prawicy, niezbędnej wręcz w obliczu postępującej dekompozycji i zniedołężnienia PiS. Jakby na to nie patrzeć politycy tego ugrupowania skompromitowali się niemal całkiem popisem nieudolności w sprawie wyborów, i nic nawet nadzwyczajne okoliczności ich nie usprawiedliwiają - w Korei POŁUDNIOWEJ można było jakoś przeprowadzić wybory w obliczu pandemii czy jak kto woli ''plandemii'', a w Polsce nie [ to także ku uwadze gorących zwolenników tak rozplenionego niestety nad Wisłą ohydnego ''orientalizmu'' od prawa do lewa, dla których Azja to tylko ''turańska dzicz'', ruska kacapia i tyrania Kimów: i co, nie łyso wam tumany i ignoranci, jak my na tle tych rzekomych ''barbarzyńców'' teraz wyglądamy? ]. Będę powtarzał to do znudzenia aż w końcu dotrze: rugać PiS trzeba nie za rzekomy ''autorytaryzm'' a właśnie za niemożność jego ustanowienia - dramat Kaczyńskiego a przez to i rządzonej przezeń Polski polega na tym, że może on i by chciał być nowym Piłsudskim, niestety okrutna ironia losu sprawiła, iż bardziej przypomina znienawidzonego przezeń Dmowskiego, nie poglądami rzecz jasna, lecz charakterem bo podobnie jak tamten stary kawaler zeń, a nade wszystko polityk gabinetowy, tu zaś potrzebna jest ''skrajnie prawicowa, krwawa dyktatura, ''operacja Bielik'', rozpocznie się Dzień Sznura'' że przywołam ''klasyka'', a kto niby ją ma teraz nad Wisłą zaprowadzić - Jabłonowski?! Dlatego tak wkurwia mnie to powszechne pierdolenie o prezesie jako rzekomym ''Naczelniku'', puścił ten mem Ziemkiewicz i teraz wszyscy po nim bezmyślnie klepią - gdyby tak było leberał Gówin skończyłby jak gen. Zagórski wrzucony do wora przez grupę oficerów a wór do jeziora, co by mu się należało zresztą choćby za załatwienie wywczasów w buskim uzdrowisku na stanowisku jego prezesa skompromitowanemu byłemu włodarzowi Kielc, jakiego nie chciał już nawet miejscowy aktyw PiS i protestująca przeciwko niemu lokalna ''Solidarność''. Nie wiem jak ślepym trzeba być, aby nie dostrzegać, że jedyne co pozostało Kaczyńskiemu to lawirowanie i coraz trudniejsza mediacja między zaciekle walczącymi o władzę buldogami w jego własnej formacji, rola superarbitra co najwyżej i jeśli go zbraknie wszystko szlag trafi na miejscu. I akurat gdy w obliczu nadchodzących wyzwań spowodowanych kryzysem ekonomicznym i globalną walką mocarstw, w celu zapobieżeniu śmiertelnej dla państwa groźby destabilizacji porządku narzuca się wprost dziejowa konieczność silnego przywództwa o prerogatywach republikańskiego dyktatora nawet jeśli trzeba, obóz rządzący pogrąża się w wewnętrznych swarach zaliczając przy tym co rusz kompromitujące wpadki, zaś potencjalna konkurencja z prawa opiera głównie na psychopatycznym gówniarstwie sadzącym anarchistyczne farmazony...

Jakby tego było mało obecnie urzędujący prezydent postanowił zbłaźnić się jakimiś żenującymi rapsami zapominając najwidoczniej, iż żelazny target infantylnych zjebów jest już obstawiony pół na pół przez lewactwo i kucerię zachwyconą popisami starego pajaca Qrwę, bezkonkurencyjnego trzeba przyznać jeśli idzie o tego typu polityczne wygłupy [ znać absolwenta starej szkoły ubeckiej ''cybernetyki społecznej'' ]. Natomiast elektorat PiS to jednak zazwyczaj ludzie poważnie traktujący kategorie państwa i narodu, stąd wątpię aby podobało im się, że niechby formalny przywódca tychże zniża się do poziomu Ozjasza czy inszego Bodnara, dno! Od jakiegoś już czasu diagnozuję na blogu nieuchronną skądinąd degenerację formacji rządzącej w partię trzymającą za władzę, gnilny ten proces przyspieszył ostatnio wskutek przejęcia elektoratu i częściowo aktywu PSL z całym złodziejstwem inwentarza, co umocniło obecną tam już jak w każdym zresztą krajowym ugrupowaniu frakcję butnych a pazernych chamów i cwaniaczków pokroju myster ''jenota''. Zresztą jeszcze przed powrotem do władzy PiS utraciłem doń jakiekolwiek większe złudzenia o czym łacno przekonać się rzucając choćby okiem na post ''Praktyka małego podsrywu'' sprzed dobrych 5 lat już będzie, stanowiący sążnistą orkę merytoryczną czołowych ówczesnych propagandzistów tegoż obozu politycznego. Nie znam ani jednego zdeklarowanego, fanatycznego jego zwolennika, wszyscy popierający go włącznie z niżej podpisanym czynią to jedynie na zasadzie ''na bezrybiu i rak ryba'' obrzydzeni nędzą i kurewstwem politycznym pożal się opozycji. Gdyby więc ktoś nam zaproponował jaką sensowną alternatywę - czuję się w prawie użyć liczby mnogiej bom przegadał z nimi na ten temat wiele godzin - nie wahalibyśmy się pewnie ani sekundy, i właśnie gdy otwiera się na to szansa ugrupowanie pretendujące do tej roli stoi nawet nie choćby uładzonymi systemowo narodowcami pokroju Winnickiego, tylko wolnorynkowymi stulejarzami skazanymi na III aksjomat: ''nie zaruchasz kucu!'' wyżywającymi się w bredzeniu o ''MADkach'' i ''roszczeniowej hołocie''!!! Brawo wy, skurwysyny, tępe dzidy, frustraci seksualni i przegrywy życiowe na własne życzenie, brak mi słów patrząc na ten ludzki ściek, istną polityczną kloakę w jaką zamieniła się rzekoma ''antysystemowa prawica''. Mogę więc jedynie powtórzyć co odpowiedział mi jeden lewak, gdy szydziłem zeń jak on, pryncypialny socjalista tak ''czerwony'', że aż ''brunatny'' może popierać neoliberalnego cwela Bidronia, który chce zamykać ''nieekologiczne'' kopalnie węgla pozbawiając źródeł utrzymania tysiące polskich górników i ich rodzin, oraz wzoruje się na Baal-cerowiczu i Macronie, socjaliście z banku Rotszylda rozpierdalającym francuskie państwo opiekuńcze i każącym strzelać policji do protestujących na ulicach robotników? On zaś przygwożdżony nieodpartymi argumentami bezradnie rozkładając ręce wydukał jedynie: ''bo nie mam na kogo innego głosować''... Jestem stąd wściekły na post-korwinową hołotę, iż przez nią łykając gorzkie upokorzenie muszę teraz wyznać publicznie dokładnie to samo, dlatego ideologiczną liberalną mętownię będę tępił na ile tylko starczy mi sił i możliwości zalecając to samo wszystkim, co pojmują konieczność stworzenia realnie prawicowej alternatywy dla PiS rozdzieranego coraz bardziej zaciekłymi walkami wewnątrzpartyjnych frakcji, a to właśnie rozwolnościowcy wszelkich odcieni stanowią bodaj główną ku temu przeszkodę.

I tu należałoby po przydługim acz koniecznym wstępie przejść wreszcie do merytorycznej orki ''austriackiego gadania'' ilustrując przykładami niemożliwość jego uzgodnienia ze stricte narodowym programem politycznym, ale ponieważ jak zwykle rozrósł mi się on do rozmiarów osobnego wpisu, a też wykazanie ''błędów i wypaczeń'' misesizmu wymaga sporo zachodu, i nie da się tego załatwić w dwóch-trzech zdaniach, stąd zajmiemy się tym w następnych częściach, a na razie to tyle z mojej strony by nie przeciągać ponad miarę.